Strona główna » Literatura faktu, reportaże, biografie » 1968. Rok buntu

1968. Rok buntu

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-8110-655-9

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “1968. Rok buntu

To właśnie fakty tworzą napięcie, sprawiają, że się zatrzymuję przy każdej scenie. Fakty, a więc rzeczywistość. Ta zaś nie jest łatwa do opisania. „Smålandsposten” W tej powieści Guillou zadał sobie trud przedstawienia radykalnego wybuchu, akcentując napiętą relację między prawem a polityką. To prawdziwy powiew świeżości.„Svenska Dagbladet” Rok 1968 jest jednym z najbardziej legendarnych w całym XX wieku. Protesty przeciwko wojnie w Wietnamie ‒ w Stanach Zjednoczonych i w Europie Zachodniej ‒ doprowadziły do powstania lewicowej fali, która odcisnęła piętno na polityce i kulturze. Młody Eric Letang, świeżo upieczony prawnik, za wszelką cenę chce uczestniczyć w wydarzeniach politycznych. Jako młody notariusz w cieszącej się złą sławą kancelarii adwokackiej Henninga Sjöstranda raz za razem musi się przekonywać, że prawo można wykorzystywać zarówno w dobrym, jak i w złym celu. Pierwsze duże zadanie wiedzie go do Europy tego gorącego lata, kiedy na ulicach Paryża roi się od czerwonych flag, a w Pradze socjalizm z ludzką twarzą kończy się klęską. Fala radykalnej lewicy doprowadzi do kolejnego rozłamu w rodzinie Lauritzenów. Narasta konflikt między młodszym synem, który uważa, że należy się buntować, a starszym, utrzymującym, że prawo własności jest ważniejsze niż wszystko inne.

Polecane książki

Poradnik do gry The Elder Scrolls V: Skyrim zawiera opis przejścia wszystkich zadań pobocznych, jak również opisy zadań Akademii Bardów oraz misji Ostrzy i Siwobrodych. Tekst oferuje ponadto omówienia wszystkich możliwych zakończeń i liczne podpowiedzi.Skyrim - questy poboczne - poradnik do gry zawi...
  Droga Czytelniczko, Drogi Czytelniku, niezależnie od tego, czy masz sentyment do tej postaci, czy też nie, zapewne nieco znużona/znużony jesteś nieustannym odmienianiem przez wszystkie przypadki imienia Jana Pawła Drugiego i tytułu Ojca Świętego. Rozumiem Cię doskonale. Ja też mam tego dosyć, do t...
11-letni Joe cierpi z powodu choroby objawiającej się całkowitym brakiem odporności – zwykłe przeziębienie mogłoby być dla niego śmiertelnie niebezpieczne. Dlatego żyje w „bańce" – sterylnie czystym szpitalnym pokoju, w którym powietrze jest starannie filtrowane, a funkcje życiowe chłopca stale...
Sprzeciw się swoim demonom. Dwie dziewczyny, trzech chłopaków i czas, kiedy wszystko jest jeszcze „pierwsze” - pierwsze miłości, pierwsze pocałunki, pierwszy alkohol i pierwsze prawdziwe pożegnania. Niepokorni to historia dojrzewania piątki młodych ludzi, pełna emocji i dramatów. Miłość i zdrada,...
 Wydanie drugie   Baśnie braci Grimm (niem. Kinder- und Hausmärchen) – zbiór baśni spisanych przez niemieckich pisarzy i językoznawców, braci Wilhelma i Jacoba Grimmów i opublikowany w roku 1812 (tom I) i w roku 1815 (tom II). Zbiór ten, powstały na...
Opowieść o ogrodowym drewnianym ludku, który przez całe lato stał dumnie na klombie podziwiany przez ludzi, a  na zimę został schowany do komórki wraz z innymi nieprzydatnymi zimą sprzętami. Samotny i niepewny swego losu Dobosz może liczyć tylko na towarzystwo rodziny rozbrykanych myszek, na które k...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Jan Guillou

Tytuł oryginału:

1968

Copyright © Jan Guillou 2017

Published by agreement with Salomonsson Agency

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2018 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Mariusz Kulan

Korekta: Izabela Sieranc, Iwona Wyrwisz, Joanna Rodkiewicz

ISBN: 978-83-8110-655-9

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

ZŁOTY WIEKTOM VIII

Kiedy Wietnam był ważniejszy niż wszystko inne,a w Paryżu zakwitło tysiąc kwiatów

Kazano im iść szóstkami. Jak prawie wszystko inne w życiu, miało to konkretną przyczynę polityczną. Chodziło o ułatwienie pracy towarzyszom liczącym demonstrantów. Regularne szacunki policji zawsze były zadziwiająco skąpe. Bez względu na to, czy demonstrujących było trzy tysiące, czy więcej, jak tego dnia przed nastaniem lata, policja w wypowiedziach dla burżuazyjnej prasy podawała liczbę dwóch tysięcy. Dziennikarze dodatkowo ją zaniżali, toteż trzy tysiące na ulicach równały się kilku setkom na łamach gazet.

Tego dnia Eric poza siedzeniem przy biurku miał za zadanie przemaszerować Strandvägen do ambasady amerykańskiej w sześcioosobowym szeregu i dać się policzyć. To był skromny wkład w walkę z amerykańskim imperializmem, ale lepszy niż zupełna bezczynność.

Mógł pójść po linii najmniejszego oporu, zakończyć marsz po minięciu liczących demonstrantów towarzyszy na moście Djurgården i pójść do domu albo wręcz pojechać taksówką dla zaoszczędzenia czasu. Przez najbliższe tygodnie musiał pisać co najmniej dziesięć godzin na dobę, żeby zdążyć przed świętem midsommar.

Pomysł, aby się zmyć po liczeniu i wrócić do maszyny do pisania, wydawał się racjonalny, a jednocześnie niemoralny. To byłoby oszustwo – małe, ale jednak.

Przez pół godziny stał w tłumie przed ambasadą, naprzeciwko długiego kordonu policji, co jakiś czas wykrzykiwał hasła o Stanach Zjednoczonych, które powinny się wynieść z Wietnamu, o Erlanderze i Geijerze – sługusach Lyndona. Wreszcie uznał zadanie za wykonane i zaczął się przeciskać przez tłum, żeby wrócić do domu i do biurka, które na niego czekało. Zauważył, że choć ściągnięto wielu policjantów, to nie mają oni białych kasków ani tarcz.

To był postęp, małe zwycięstwo w walce z amerykańskim imperializmem. Poparcia ludzi nie zdobywało się bójkami z policją. Dwóch towarzyszy z Socjalistycznych Prawników brało udział w negocjacjach na temat zaprzestania przemocy toczonych pomiędzy kierownictwem policji a przedstawicielami ruchu DFFG – zjednoczonych grup wsparcia Narodowego Frontu Wyzwolenia Wietnamu Południowego, NFW.

Eric powinien uczestniczyć w rozmowach, także ze względu na to, że od początku był to jego pomysł, ale nie miał czasu. Musiał się uporać z magisterką z prawa, a jednocześnie dokończyć szkic powieści przed midsommar. Na tym były oparte wszystkie plany. Mimo to nie mógł się nie włączyć w demonstrację. Obecność w czasie liczenia to absolutne minimum.

Także inni zaczęli się rozchodzić, zwłaszcza towarzysze z wózkami dziecięcymi – dzieci chyba też się liczyły jako demonstranci. Wśród niedzielnych spacerowiczów na Strandvägen – w najbardziej konserwatywnej burżuazyjnej części Sztokholmu – demonstranci mieszali się z mieszczanami, jakby nie byli wrogami, choć i tak ubrania jednoznacznie wskazywały, kto jest kim. Dżinsy, afgańskie kożuchy i dziergane czapki z Peru – a może z Boliwii, Eric nie był pewny – oznaczały demonstrantów, zwłaszcza w zestawieniu z drewnianymi chodakami. Spodnie z gabardyny, tweedu albo lodenu i brązowe buty turystyczne zdradzały burżujów w rodzaju tych, którzy stali na balkonach przy Strandvägen i krzyczeli: „Zbombardować Hanoi!”, kiedy dołem w stronę amerykańskiej ambasady sunął pochód protestujących.

Mężczyzna, który chwycił go za ramię, kiedy szedł szybkim krokiem, miał na sobie właśnie tweedową marynarkę i angielskie buty turystyczne, a do tego krawat. W pierwszej chwili Eric pomyślał, że chce wszcząć awanturę.

Po chwili jednak zauważył znaczek NFW w klapie marynarki, a zaraz potem rozpoznał kuzyna Henninga. Nie widzieli się od kilku lat, stali po przeciwnych stronach rodzinnego konfliktu, teoretycznie się nienawidzili.

Kiedy początkowe zdumienie minęło, wybuchnęli śmiechem i padli sobie w ramiona, po męsku i po mieszczańsku, z donośnym poklepywaniem po plecach.

– Nigdy cię o to nie podejrzewałem – powiedział Henning i wskazał znaczek NFW na zamszowej kurtce Erica.

– Ja siebie też nie – odparł Eric i znowu wybuchnęli śmiechem.

– Musimy to uczcić, chodźmy na piwo! – zawołał Henning.

Piwo było nieuniknione, niezależnie od tego, z jak silnym oburzeniem praca na biurku Erica domagała się uwagi. Niewyraźna, ciągnąca się od lat wrogość została rozproszona przez śmiech ze znaczków NFW. Zastąpiła ją ciekawość.

Henning oznajmił, że zna dobry pub tuż obok. To było jego stałe miejsce spotkań. Skręcili w Grevgatan, prosto w niebieskie serce prawicy.

Pub nazywał się Tudor Arms i wydawało się, że połowa klienteli mówi po angielsku. Henning zamówił duże piwo angielszczyzną, która robiła wrażenie nienagannej, i zapytał, czego szanowny kuzyn sobie życzy – wciąż po angielsku, jakby z rozpędu. Eric odparł, że prosi to samo, cokolwiek to jest.

Usiedli naprzeciwko siebie w boksie obleczonym materiałem w szkocką kratę, wznieśli kufle z piwem, trochę wypili i znów wybuchnęli śmiechem.

– Well – odezwał się Henning – kto zaczyna?

– Ty – odparł Eric. – Zanim przejdziemy do tematu Wietnamu: kim dzisiaj jesteś i czym się zajmujesz?

– Jestem świeżo upieczonym inżynierem budownictwa lądowego, absolwentem Królewskiego Instytutu Technologicznego w Sztokholmie, podporucznikiem rezerwy, właśnie dostałem pracę w brytyjskiej firmie w Kopenhadze. Nieżonaty, mam swoją duńską kæreste – ukochaną o imieniu Mette. Jest pielęgniarką, ale uczy się na lekarkę. A jak to wygląda u ciebie?

– A niech mnie. W jakich wojskach?

– Inżynieryjnych.

– Czy podporucznik może tak sobie demonstrować przeciwko amerykańskiemu imperializmowi?

– W mundurze prawdopodobnie nie. A ty?

– Za tydzień lub dwa zostanę magistrem prawa, nie mam stałej partnerki, tylko nieudane związki za sobą. Odmawiam służby wojskowej ze względu na przekonania.

– Co? Że niby jesteś pacyfistą? Przecież wspierasz NFW.

– No tak, ale nie zamierzam służyć we francuskim wojsku. Po maturze, kiedy wszyscy inni poszli do wojska, zapisałem się na uniwersytet w Montpellier. To były dobre czasy. Dopóki nie dostałem wezwania na komisję. W swojej głupocie odpowiedziałem zgodnie z prawdą na wszystkie pytania dotyczące znajomości języków, uprawianych sportów i inne i powołano mnie do kilkuletniej służby w jednym z tych oddziałów specjalnych, które Francja wysyła na wojny kolonialne. Najbliższa będzie pewnie w Czadzie albo w Mali – tam, gdzie ludzie ubzdurali sobie, że muszą zrobić to co Algierczycy. Rozumiesz chyba, w jakiej sytuacji się znalazłem?

– Więc uciekłeś do domu – do Szwecji?

– Tak, z tamtą chwilą moje francuskie życie dobiegło końca. Rzuciłem palenie. Skoro nie można palić gauloise’ów, to nie ma sensu. Ale pacyfistą oczywiście nie jestem. Teraz do Szwecji napływają amerykańscy dezerterzy, wspieramy ich, ty ich wspierasz, ja również. Szwecja przyjęła francuskich dezerterów z wojny w Algierii „ze względów humanitarnych”. Ja zostałem jednym z nich.

Rozmowa stanęła w miejscu. Przez chwilę pili w milczeniu.

– Masz jakieś długi studenckie? – zapytał Henning, kiedy już prawie wszystko wypili.

– Ani grosza, a ty?

– Tak samo. Tak więc ty wziąłeś pieniądze ze spadku i opłaciłeś studia, a my, cała reszta, zostaliśmy zrobieni w konia. Każdego lata pracowałem w tartakach i składach drewna niedaleko domu. Ciężka praca, ale dobrze płatna, zwłaszcza dla studenta.

Rozmowa znów utknęła. Henning wstał i poszedł po piwo. Kiedy wrócił z dwoma kuflami i wypili pierwszy łyk, Eric położył dłonie na stole i rozsunął palce.

– Co tu widzisz? – zapytał.

Tak jak się spodziewał, Henning patrzył na jego dłonie coraz bardziej zdziwiony.

– Popękana płytka, zadarte skórki, brud za paznokciami, zagojone ranki – wyliczał. – To nie było dobrze widziane przy stole za czasów naszego dzieciństwa. Coś ty robił, do cholery?

– Pracowałem jako robotnik w porcie – odparł Eric. – Raczej nie jest to tak arystokratyczne jak praca w tartaku, do tego w Ådalen. Ale jeśli chodzi o spadek, to źle zrozumiałeś sytuację – wszyscy zostaliśmy zrobieni w konia, ale o tym porozmawiamy innym razem. Tak czy inaczej, ja również dzięki pracy nie mam żadnych długów studenckich. Zdaje się, że jesteśmy bliskimi krewnymi.

Henning energicznie pokiwał głową i uniósł kufel.

– Nigdy nie wolno wpadać w długi – oznajmił. – Dżentelmen dba o swoją garderobę, a przede wszystkim o buty. Służbę zawsze trzeba traktować z szacunkiem. Nie żebym kiedyś miał służbę, no, może w dzieciństwie, ale w takim razie jestem niewinny. Pod żadnym pozorem nie wolno wchodzić do pomieszczenia przed damą. Niech mnie diabli, jasne, że jesteśmy blisko spokrewnieni!

Ostatnie zdanie wypowiedział z demonstracyjną norrlandzką intonacją. Uśmiechnęli się do siebie i znowu pociągnęli z kufli.

– Ale tego ciosu w plecy nigdy ci nie wybaczę – dodał jakby żartem, choć jednocześnie poważnie.

Właśnie o to chodziło, o cios w plecy. Wówczas można było pomyśleć, że ta chwila zaważy na całym ich życiu, ale w rzeczywistości stało się inaczej. Skutki finansowe już dawno odeszły w zapomnienie. Ale upokorzenie najwyraźniej nie.

Eric zdawał sobie sprawę, że powinien odpuścić, ale mimo to nie mógł się powstrzymać.

– Cholera, przecież miałem wtedy dziesięć lat – powiedział. – Peter i ty byliście więksi i silniejsi, co miałem zrobić? Co ty byś zrobił na moim miejscu? Grzecznie czekał, aż starsi kuzyni spuszczą ci manto?

Henning wycofał się, machnął lewą ręką.

– Zostawmy to gówno za sobą, na zdrowie! – powiedział.

Dwaj Amerykanie, może w ich wieku, a może o parę lat młodsi, podeszli do ich stolika i zaczęli awanturę z powodu znaczków NFW. Chcieli wyjść na ulicę i się bić. Henning odprawił ich w niecałe dwie minuty, a potem skłonił szkockiego barmana do wyrzucenia ich z pubu.

Zadziałało nie tyle to, co powiedział, lecz raczej sposób, w jaki to zrobił, przede wszystkim wymowa i ton głosu. Dla Erica zabrzmiało to jak coś w rodzaju: „jeśli panowie marines są sfrustrowani, że muszą demonstrować odwagę w walce w szwedzkim lokalu gastronomicznym zamiast podczas właśnie trwającej ofensywy Korpusu w starym cesarskim mieście Hue, to jako szwedzki oficer muszę przyznać, że w pewnym stopniu to rozumiem. Jednakże możemy mieć pewność, że panów przełożony z działu piechoty morskiej w ambasadzie ze znacznie mniejszym zrozumieniem potraktowałby inicjatywę przeniesienia wojny z Wietnamu na sztokholmskie ulice”.

To była druzgocąca wypowiedź – formalnie grzeczna, a jednak głęboko pogardliwa, zwłaszcza jej ton – z pewnością to właśnie był tak zwany Queen’s English.

– Gdzie, u diabła, nauczyłeś się tak mówić? – zapytał Eric, kiedy dwaj Amerykanie dyskretnie, lecz zdecydowanie zostali odprowadzeni do drzwi.

– Rok w liceum w Edynburgu i wakacje w Scotmoor Abbey – odparł Henning, jakby to była oczywistość.

– U cioci Rosy, Petera, Elizabeth i wujka Andrew?

– Of course. Ale, jak pewnie wiesz, dla mnie to nie są „ciocia” i „wujek”.

Eric musiał się zastanowić.

– Ciocia Rosa jest twoją przyrodnią siostrą. A Peter… jesteś wujkiem dla Petera i Elizabeth. To by oznaczało, że Andrew Turnbull jest twoim szwagrem?

– Right. Gdybyśmy mieli ująć sprawę formalnie, na to by wyszło. Angielszczyznę czerpałem przede wszystkim od Andrew. Jeżeli człowiek brzmi tak jak on, przeważnie jest dobrze przyjmowany w Zjednoczonym Królestwie. A jak tam twój angielski?

– Pewnie na przyzwoitym szkolnym poziomie, gdzie mu tam do twojego. Zabawne, ale chyba mówię raczej z francuskim niż szwedzkim akcentem. Moim drugim językiem jest francuski. Po niemiecku też pewnie lepiej mówię niż po angielsku.

– Rozumiem – odparł Henning po szwedzku, choć zabrzmiało to jak spłaszczony Queen’s English – I see – dodał, jakby dawał do zrozumienia, że to szkoda.

Zabrnęli w ślepą uliczkę w rozmowie. Nie można było przejść dalej bez wikłania się w rozważania na temat wszystkiego, co się wydarzyło od czasów ich dzieciństwa, kiedy rodzina się rozpadła i nawet Boże Narodzenie zaczęto świętować osobno, w różnych frakcjach.

Jednak nie mogli uciec od tego tematu – zwłaszcza że się spotkali na demonstracji w sprawie Wietnamu. Nie mogli widzieć w sobie wrogów z powodu wydarzeń z dzieciństwa. Sami przecież nie byli niczemu winni. Nawet temu, co Henning nazwał ciosem w plecy, choć zdawało się, że tkwi to głęboko w pamięci ich obu.

– Tak to wygląda – powiedział Eric. – Mam piekielnie dużo roboty, z którą muszę się uporać do midsommar. Opowiedzenie wszystkiego, co chcesz wiedzieć i co ja chcę wiedzieć, zajęłoby pewnie co najmniej tydzień. Po prostu się nie da zrobić tego teraz. Należy działać peu à peu. Nadal mieszkasz przy Norr Mälarstrand?

– Tak. A ty przy Sveavägen w dawnym mieszkaniu Johanne?

– Tak jest. Przespacerujmy się do ciebie albo do mnie, to opowiem o „ciosie w plecy” i o tym, co było później. A przy następnym spotkaniu będzie twoja kolej, okej?

Zeszli z powrotem Strandvägen i ruszyli dalej wolnym krokiem w kierunku Kungsholmen.

W rodzinie mówiono, że prastryj Lauritz zmarł wiosną czterdziestego piątego, bo pękło mu serce. Wtedy gdy nieubłaganie wyszła na jaw prawda o jego ukochanych Niemczech. Gwoli sprawiedliwości należy dodać, że Niemcy Hitlera były zupełnie innym krajem niż ten, w którym bracia Lauritzenowie zostali dyplomowanymi inżynierami, znaleźli miłość i się ożenili z dwiema przyjaciółkami z Drezna. To samo się tyczyło prastryja Sverrego, nawet jeśli z przyczyn naturalnych nie wziął ślubu. Jednak po wojnie bycie sympatykiem Niemiec albo uchodzenie za takiego rzecz jasna byłoby obciążeniem.

Ale prastryj Lauritz zmarł nagle – przez pęknięte serce w pamięci rodziny, na zapalenie płuc według aktu zgonu – i uniknął cierpienia z powodu zbrodni nazizmu i rodzinnej ruiny.

No, może nie ruiny, co to, to nie. Ale posiadłości w Berlinie i Dreźnie stanowiły ponad dziewięćdziesiąt procent rodzinnego majątku.

Centrum Drezna nie tylko zostało doszczętnie zniszczone przez Bombera Harrisa i dzielnych angielskich lotników, kiedy wojna już była wygrana (mówiono, że to ze wszech miar osobista zemsta Churchilla za Coventry). Poza tym po wojnie zrujnowane Drezno stało się częścią przyszłej NRD. Najpiękniejsze barokowe miasto Europy po odbudowie zyskało postać najbrzydszego „barakowego” miasta Europy, a wszystkie działki w centrum zostały oczywiście upaństwowione. To samo dotyczyło większości posiadłości w Berlinie. Niewiele dało się powiedzieć na ten temat. To niedorzeczne, że dawniej osoby prywatne mogły być właścicielami całych centrów miast.

W Szwecji firma inżynieryjna Lauritzen & Co przetrwała nietknięta, tak samo jak spółka zależna. Jej wartość wynosiła kilka milionów. Ówczesnych koron.

Istniały jedynie dwa duże, choć niewidzialne problemy. Pierwszy to wyobrażenie starszych panów na temat własnej nieśmiertelności. Drugi, po części konsekwencja pierwszego, to brak jakiegokolwiek zabezpieczenia prawnego. Obaj odeszli nagle, nie pozostawiwszy testamentu. Prastryj Lauritz zmarł na zapalenie płuc, na które zapadł, gdy mimo ostrego przeziębienia położył się przy otwartym oknie. Można to było zrozumieć tylko jako coś w rodzaju samobójstwa w spontanicznym akcie rozpaczy po ukazaniu się zdjęć z Buchenwaldu i Dachau.

Dziadek Oscar zupełnie niepotrzebnie ściągnął na siebie malarię i również zmarł co najmniej o dziesięć lat za wcześnie. Cios w plecy stracił znaczenie.

Tak to wyglądało. Dziadek Oscar miał problem z sukcesją – jakby naprawdę był wodzem wikingów, jak żartowaliśmy w rodzinie. A przynajmniej dorośli tak żartowali.

Kogo miał wyznaczyć na następcę? Po jego starszym bracie Lauritzu nie było już nikogo, wujek Karl poniósł śmierć na pokładzie jednego z niszczycieli wysadzonych w powietrze w zatoce Hårsfjärden, w wyniku jednej z największych akcji sabotażowych w Szwecji w czasie drugiej wojny światowej. Wujek Harald zginął albo zaginął, ale tak czy inaczej, jako Sturmbannführer SS był podwójnie zdyskwalifikowany. Johanne i Rosa były kobietami.

Własnych synów nie widział w roli szefów firmy – można chyba powiedzieć, że ta opinia przetrwała lata. Córka Hélène z przyczyn naturalnych nie mogła wchodzić w grę.

Pozostawało czterech małych chłopców z następnego pokolenia. Musiało paść na któregoś z nich.

I tu pojawiał się tak zwany cios w plecy.

Było Boże Narodzenie tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego czwartego roku. Dwóch chłopców najwyraźniej pamiętało to całkiem dobrze. Peter i Eilert chyba zapomnieli.

Dziadek Oscar postanowił przetestować czterech chłopaków. Nikt nie mógł przewidzieć, co zamierza, kiedy pod koniec wieczoru, po rozdaniu prezentów, kiedy dzieci w zasadzie powinny pójść spać, zabrał czterech chłopaków do męskiego pokoju, w którym zazwyczaj nie wolno im było się bawić, położył błyszczącą dwukoronówkę na podłokietniku skórzanego fotela i kazał im się bić.

Jeden z chłopaków – traf chciał, że przyszły oficer wojsk inżynieryjnych – był największy i najsilniejszy, i powinien bez trudu wygrać dwukoronówkę. Drugi – traf chciał, że przyszły prawnik – uderzył desperacko i wszystko się skończyło nieszczęściem. Służba wyniosła dwóch zakrwawionych chłopców, a mamy płakały i pomstowały. Patriarcha z kamienną twarzą wydał polecenie, aby Eric od tamtego czasu jadł z nim śniadanie w wykuszu o siódmej.

Przy śniadaniowym stole przyszły kierownik przedsiębiorstwa miał pobierać nauki konieczne do odnoszenia zwycięstw w kapitalistycznym świecie, w którym przeżywa tylko najsilniejszy. A przynajmniej tego należało się spodziewać.

Jednak w późniejszych latach Eric potrafił sobie przypomnieć tylko dwie szczególnie wyraźnie wyryte w pamięci instrukcje. Że odcinanie czubka jajka należy zawsze zaczynać od grubego końca i że studia inżynierskie są wyjątkowo niepewną drogą do przyszłego przywództwa, ponieważ władza nad produkcją spoczywa w rękach ekonomistów, a nie techników.

Poza tym nie było zbyt wiele nauki. Dziadek Oscar chciał po raz ostatni zobaczyć Afrykę. Zabrał ze sobą małego następcę tronu i swojego najmłodszego syna – malarza – w długą podróż do Tanganiki.

Podróż była przygodą i zasługiwała na długą opowieść, ale jeszcze nie teraz. Dziadek Oscar wbił sobie do głowy, że jest odporny na malarię. Wyjaśnianie, dlaczego tak uznał, zajęłoby mnóstwo czasu. Rzecz w tym, że jednak nie był odporny.

W końcu doszli do kwestii prawnych i powodu, dla którego rodzina się rozpadła, jej członkowie sprawili sobie domki letniskowe na sztokholmskich szkierach i zaczęli osobno obchodzić święta Bożego Narodzenia i midsommar.

Dziadek Oscar, tak samo jak jego starszy brat Lauritz, nie brał pod uwagę, że umrze, i dlatego nie spisał testamentu.

Spór o spadek między ciocią Johanne i ciocią Rosą z jednej strony a matką Erica, Hélène, wujem Carlem Lauritzem i wujem Hansem Olafem z drugiej oraz wewnętrzny spór trojga ostatnich trwały dziesięć lat.

Nikt nie wygrał. Wszyscy przegrali, z wyjątkiem adwokatów – dwaj z nich naprawdę się wzbogacili. Firma Lauritzen & Co została poszatkowana i posprzedawana gdzie się dało za ceny ustalane przez adwokatów – byli oni wśród nabywców, co zresztą wyszło na jaw dopiero kilka lat później. Właśnie dzięki temu powstała jedna z najbardziej szanowanych kancelarii adwokackich w kraju. Mniej więcej tak jak po krachu Kreugera.

Po dziesięciu latach opłacania adwokatów pozostała mniejsza posiadłość w Sztokholmie – widocznie zgraja prawników nie miała odwagi puścić rodziny w samych skarpetkach. Większość jej członków mieszkała we własnych posiadłościach.

– Masz więc historię ciosu w plecy w wersji skróconej – zakończył Eric.

– O cholera.

– Tak, chyba można to w ten sposób podsumować.

Dotarli do Norr Mälarstrand, za Kungsholmstorg – miejsca zamieszkania Henninga. Noga Erica nie postała tu, odkąd był dzieckiem. Lato nadchodziło wyjątkowo wcześnie i obaj czuli, że się pocą – Henning z tweedową marynarką zarzuconą na ramię, Eric z zamszową kurtką pod pachą. Dało się zauważyć, że Henning jest poruszony historią. A zatem nieubłaganie nasuwał się wniosek, że nigdy wcześniej jej nie słyszał. Ale tak to już jest ze sporami o spadek. Zwaśnione strony budowały zupełnie różne dzieje i jedyne źródło, na którym się opierały, stanowił ich własny ogląd rzeczywistości. Nader powszechna ludzka słabość była główną przyczyną wzbogacenia się adwokatów spod ciemnej gwiazdy.

Mogło dziwić, że ciotka Johanne wykazywała się takim samym brakiem rozsądku jak wszyscy inni w tej historii. Wszak jej inteligencji nie dało się nic zarzucić. Obroniła pracę doktorską napisaną po niemiecku, należała do wiodących krytyczek literackich w kraju, a w czasie wojny była oficerem wywiadu. W większości kryzysowych sytuacji potrafiła zachować chłodne krytyczne spojrzenie. Jednak tam, gdzie się zaczyna spór o spadek, rozsądek się kończy, jak zawsze nauczał doktor prawa cywilnego Livrell.

– Nie zapraszam cię na górę, bo miałeś pracować – powiedział Henning.

– Tak jest, naprawdę muszę wracać za biurko. Ale teraz już wiemy, że się znów spotkamy.

– Tak, z całą pewnością. Ale najpierw musisz się uporać z egzaminem z prawa?

– Tak.

– A potem? Co zrobisz?

– Zostanę adwokatem.

– Co?

– Tak!

– Mimo tego wszystkiego, co mówiłeś?

– Nie, właśnie dlatego. Powiedzmy, że dziadek Oscar wziąłby to samo lekarstwo na malarię, które wmusił we mnie i wujka Hansa Olafa, nadal by żył i miał się dobrze. I powiedzmy, że zmarłby przed jesienią, w szacownym, zaawansowanym wieku.

– No.

– Wtedy łajdackim adwokatom nie wyszłyby złote interesy, a raczej kradzieże i oszustwa.

– Jesteś przeciwny dziedziczeniu?

– Oczywiście. Z wyjątkiem domków letniskowych, biżuterii konfirmacyjnej i tego typu rzeczy. Ale jeszcze bardziej jestem przeciwny nieuczciwym adwokatom.

Henning skinął głową, rozłożył ręce i odwrócił się do drzwi.

– Do zobaczenia – rzucił przez ramię. – W przyszłym tygodniu zapraszam na kolację.

Drzwi zamknęły się za nim.

Eric ruszył w dół bulwarem z powrotem do ratusza. Światło słoneczne było ostre, na niebie widniało kilka chmur przypominających kłęby waty, zatoka Riddarfjärden lśniła, a pojedynczy spacerowicze robili wrażenie kompletnie obojętnych wobec sytuacji na świecie.

Stracił trzy godziny.

Musiał to nadrobić. Ograniczył się do szybkiej kolacji w barze z kiełbaskami, kawy i ritalinu przy biurku. Musiał skończyć przed midsommar.

Tak, musiał. W czasie gdy studenci stali na barykadach – dosłownie – w Paryżu, a pięć milionów francuskich robotników zjednoczyło się z nimi w strajku. Powinien być właśnie tam, solidarny z buntem. Francja zamknęła granice dla każdego, kogo dało się uznać za nazbyt radykalnego studenta z Europy zdążającego na owe barykady – była to kwestia polityczna, którą pilnujący granic żandarmi pewnie rozstrzygali na podstawie długości włosów – ale ten problem go nie dotyczył. Wprawdzie miał długie włosy, ale posiadał również francuski paszport. Żandarmi nie mogli go zatrzymać na granicy jak wszystkich niemieckich, holenderskich i belgijskich studentów.

Zamiast siedzieć w domu przy biurku, powinien tam być i coś robić.

Powinien też być w Båstad przed mniej więcej tygodniem, kiedy towarzysze zablokowali mecz tenisowy z Rodezją – państwem apartheidu. Socjalistyczni Prawnicy wysłali dwóch przedstawicieli, choć powinni trzech. Zaklął i nie ruszał się zza biurka.

Mecz w każdym razie został udaremniony – oczywiście nie dało się grać w tenisa wśród armatek wodnych i mokrych policjantów ganiających równie mokrych demonstrantów po całym korcie.

Triumf był chwilowy, bo mecz rozegrano kilka dni później, w pełnej dyskrecji, w Nicei, w bezpiecznej odległości od zamieszek w Paryżu. Szwecja wygrała cztery do jednego. Szwedzki związek tenisowy przedstawił to jako podwójne zwycięstwo, także demokracji, ponieważ sport jest apolityczny i nigdy nie powinien ustępować przed małpią zgrają rozwrzeszczanych komunistów.

Takie określenia zawsze padały. Nie tylko z prawej strony, wygłaszali je też socjaldemokraci starszego pokolenia. Jeśli ktoś jest zwolennikiem „biednych Murzynów”, jak przywódca prawicy nazywał ofiary apartheidu, albo, co gorsza, przeciwnikiem wojny w Wietnamie, jest też komunistą, który tym samym „wystąpił ze wspólnoty demokratycznej”. Politycy lubili przestarzałe określenia tego typu, kiedy chowali głowę w piasek przed okropnościami współczesnego świata. Masakra w My Lai została ujawniona niemal równe dwa miesiące przed „zamieszkami w Båstad”, jak nazwano demonstrację na łamach prasy.

Misja w My Lai została zakwalifikowana jako „search and destroy”. To było eufemistyczne określenie taktyki oddziałów piechoty morskiej, które chodziły od wsi do wsi w południowym Wietnamie na obszarach uznawanych za niepewne, czyli tam, gdzie mieszkańcy nie byli ani republikanami, ani demokratami – z tego powodu musieli zostać znalezieni i unicestwieni.

Unicestwianymi wrogami byli zazwyczaj starsi mężczyźni, starsze kobiety, młodsze kobiety lub dzieci. Po odnalezieniu wioski neutralizowano wszystkich podejrzanych przedstawicieli wymienionych grup seriami z karabinu maszynowego z małej odległości, a potem wszystko palono. Ze względów higienicznych jak najwięcej ciał miało się znaleźć w płomieniach. Jeśli czas na to pozwalał, trupom najpierw odcinano uszy. Amerykańscy żołnierze je zbierali, nawlekali na stalowe druty i suszyli na słońcu. Nigdy się nie dowiedział dlaczego – być może było to coś w rodzaju zabawy albo zawodów.

Każdy, kto protestował przeciwko temu barbarzyństwu, musiał oczywiście być traktowany z pogardą jako komunista.

To, że burżuazja jest po stronie Stanów Zjednoczonych w sprawie ludobójstwa, tłumaczono rozwiniętą moralnością i ideologią. Choć nawet dziennik „Svenska Dagbladet” nie chwalił akcji piechoty morskiej w My Lai, kiedy nieszczęśliwie wyszła na jaw. My Lai było brudną sprawą, wypadkiem przy pracy – jednym z tych, które niestety zdarzają się na wojnie.

Jednak nie należało się kurczowo trzymać niechlubnych wyjątków w amerykańskich działaniach wojennych. Najważniejsze było coś znacznie większego, same zasady. Jeśli Wietnam podda się komunizmowi, kraje Azji Południowo-Wschodniej jeden po drugim upadną jak kostki domina, a potem katastrofa rozprzestrzeni się na inne części świata. Tak więc Stany Zjednoczone broniły całego wolnego świata, a to wymagało takich samych ofiar jak ratowanie Europy przed nazistowską dyktaturą.

Punkt widzenia prawicy mimo wszystko był zrozumiały.

Trudniej było zrozumieć socjaldemokratów, kiedy mówili w zasadzie to samo, zwłaszcza przedstawiciele starszego pokolenia stojący na czele rządu – jak Tage Erlander, Torsten Nilsson, Sven Andersson i inni ramole, którzy przeżyli drugą wojnę światową. Z wdzięczności dla Stanów Zjednoczonych, które uratowały również Szwecję przed nazistowską dyktaturą, trzeba było okazać zrozumienie Amerykanom teraz, kiedy na nowo próbowali ratować wolny świat. Choć czasami można było nieco skrytykować same metody.

Tak to wyglądało z jednej strony.

Z drugiej strony młody minister edukacji wziął udział w zimowej demonstracji w sprawie Wietnamu, ramię w ramię z ambasadorem Wietnamu Północnego w Moskwie. Rozpętała się afera i Stany Zjednoczone wezwały swojego ambasadora do Waszyngtonu.

Wśród ludzi z NFW tłumaczono te socjaldemokratyczne działania jednej i drugiej strony zwyczajnym dostosowywaniem się do sytuacji. Socjaliści musieli znaleźć sposób na pozorne wspieranie wietnamskiej walki o wolność, bo w przeciwnym razie w ich i tak już zdziesiątkowanej młodzieżówce nie pozostałby ani jeden członek z prawdziwego zdarzenia. Fałszywi członkowie, żywi lub martwi, przechrzczone koty lub psy, wszystkie nazwiska, które można było wprowadzić do rejestru członków, to jedna sprawa. Wiązało się to z państwowymi dotacjami – im więcej zarejestrowanych nazwisk, tym więcej pieniędzy. Jeśli jednak nie pozostaną żadni prawdziwi członkowie, jak będą wyglądały w mediach kongresy, kto będzie machał czerwonymi flagami w państwowej telewizji?

To samo dotyczyło ruchu solidarności. Grupy NFW miały komunistyczny stempel, więc nie można było ich wspierać. Socjaliści szybko więc zbudowali wspieraną przez państwo przeciwwagę dla ruchu, którą nazwali Szwedzkim Komitetem do spraw Wietnamu, oddelegowali kilku zaufanych weteranów do, oczywiście, demokratycznie wybranego zarządu, a następnie występowali pod niezobowiązującym hasłem: „Pokój w Wietnamie” i zachęcali „strony” do rozpoczęcia negocjacji pokojowych. Jednocześnie rząd napuszczał policję bezpieczeństwa na tych z NFW i „dystansował się od wszelkiej przemocy i komunizmu”.

Taktyka socjaldemokratów była zrozumiała. Ale nie ich ideologia.

Co należało z tym wszystkim zrobić, jak pytał Lenin już w tysiąc dziewięćset piątym roku? Jak podejść do socjalistów, którzy jednocześnie są za pokojem w Wietnamie i za walką Stanów Zjednoczonych z komunizmem?

Należało jakoś zadziałać. Zawsze należy działać, bo gadać potrafi każdy.

Eric był przekonany, że sam powinien robić więcej. Powinien być w Paryżu, powinien być w Båstad i powinien uczestniczyć w pertraktacjach pomiędzy DFFG i sztokholmską policją, żeby zakończyć brutalne zmagania mundurowych z demonstrantami.

Ale nie był. Siedział w domu i pisał. Teraz zaś siedział w grill-barze nad talerzem z dwiema tłustymi parówkami i górą frytek. Bez keczupu – Francuzi woleli frytki z musztardą, tyle że lepszą niż szwedzka.

W ten sposób nie mógł wiele zdziałać.

Jako adwokat chyba bardziej się przyda, toteż powinien teraz przede wszystkim skupić się na zdaniu egzaminu.

To była wymówka. Wymówka, której nie brakowało burżuazyjnej, reformistycznej logiki. Adwokat był silniejszym towarzyszem w walce niż studiujący prawo członek Socjalistycznych Prawników. To wciąż była logika. I może jeszcze brak inicjatywy i odwagi?

Socjalistycznych Prawników nie było wielu. Wynikało to z prostej matematyki. Na wydziale prawa uniwersytetu w Sztokholmie w roku tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym ósmym na dokładnie dwa i pół tysiąca studentów przypadało dokładnie dwudziestu pięciu socjalistów, czyli – znowu dokładnie – jeden procent.

Do przyjęcia na studia prawnicze wymagano oceny B – zaliczone, ale nic ponadto – na świadectwie maturalnym. Oznaczało to studia w otoczeniu legionu mieszczańskich głupków. W razie wyborów konserwatywna Partia Prawicy z całą pewnością zdobyłaby ponad dziewięćdziesiąt procent głosów.

Jedynym jasnym punktem w kontaktach z ludźmi na wydziale były mieszczańskie studentki, często krótko trzymane w domu, które w nowym akademickim środowisku rzucały się w wir współczesnego wyzwolonego życia seksualnego. Gdy tylko zdobywały tabletki antykoncepcyjne, zmieniały się nie do poznania. To była zdecydowana zaleta studiów na wydziale prawa, o ile człowiek potrafił się zdobyć na pójście do łóżka z prawicowymi kobietami w plisowanych spódnicach i pończochach w fantazyjne wzory. Ta część Socjalistycznych Prawników, do której należał, potrafiła.

To było kiedyś. Teraz obowiązywał celibat. Wszystko musiało być gotowe, a biurko powinien pozostawić czyste do midsommar, kiedy to miał pojechać do Palestyny.

Zjadł parówki i prawie wszystkie frytki. Sto metrów dalej na Sveavägen stało biurko z zieloną maszyną Halda i przynajmniej setką niezapisanych kartek A4.

Henning nazywał swoją Mette z Kopenhagi kæreste, z braku dobrego szwedzkiego odpowiednika. Nie trzeba było jednak wyjaśniać tego słowa, bo po norwesku znaczyło to samo.

O tym jednak raczej nie myślał. A ściślej rzecz ujmując: oczywiście nie mówił po norwesku – dołączył do rodziny dopiero w wieku trzech, czterech lat, a jego przyrodnia siostra i adopcyjna matka Johanne nigdy nie miały powodu mówić po norwesku na Kungsholmen.

Mimo wszystko to była drobnostka. Bardziej dziwiło go, że Henning zamówił stolik w Riche, jednej z najbardziej luksusowych restauracji w Sztokholmie. Krawat był tam obowiązkowy. Podkreślił to wręcz zachwycony, kiedy dzwonił z zaproszeniem. A więc w sensie politycznym mieli zjeść kolację w tym samym środowisku na wydziale prawa – wyłącznie wśród szlachetnie urodzonych przedstawicieli prawicy.

Eric nie protestował. Skoro zapraszał ktoś, komu nie można odmówić, byłoby trochę niegrzecznie zgłaszać zastrzeżenia do wyboru restauracji. Nawet jeśli jego krawaty od kilku lat wisiały nieużywane w szafie – miał tam wszystko, co powinien mieć: dokładnie wyczyszczone marynarki, smoking w podróżnym pokrowcu, rząd zadbanych i wypucowanych butów. „Dżentelmen dba o garderobę”. Nawet biedny dżentelmen, który na co dzień chodzi w drewniakach, dżinsach i ma długie włosy.

Siedzieli naprzeciwko siebie przy oknie w krawatach i marynarkach klubowych – letnim wieczorem w dzień powszedni w garniturach byli slightly overdressed, jak ujął to Henning, typową klasą średnią. To było jak maskarada i Henning najwyraźniej założył, że w takim przebraniu wtopią się w pospolitą prawicę i nie wzbudzą najmniejszych podejrzeń.

Zamówili ostrygi, choć już kończył się sezon, zupę z homara i polędwicę wołową à la Charlemagne. Henning zażartował, że gospodarz pozostawia wybór win swojemu francuskiemu gościowi, ale nie brzmiało to jak żart.

Parę metrów od nich w wieczornym słońcu na Birger Jarlsgatan mijali ich przechodnie i wyglądało na to, że co dziesiąty ma znaczek NFW.

Eric miał nadzieję, że żaden towarzysz go nie rozpozna, i było to po nim wyraźnie widać.

– Nie martw się, że ktoś cię rozpozna – powiedział Henning i uniósł kieliszek szampana. – Tu i teraz to niemożliwe, nikt się nas nie spodziewa, jesteśmy zamaskowani, a poza tym w szybie odbija się słońce. My ich widzimy, ale oni nas nie. Za nasze ponowne spotkanie!

Wznieśli toast.

– Teraz twoja kolej na opowiedzenie tego, czego nie wiem – rzekł Eric. – Pamiętam cię tylko jako kuzyna Henninga przy świątecznym stole dla dzieci. Siedzieliśmy tam w granatowych aksamitnych garniturach i muszkach na gumce. Oczywiście wiedziałem, że ciocia Johanne jest mamą twoją i Eilerta. I nazywaliśmy się „kuzynami”. Mam wrażenie, że żaden tata nigdy się nie pojawiał, ale nie jestem pewny, dorośli tłumaczyli to nieco mętnie „wojną”. Ale teraz, wreszcie, kiedy się spotkaliśmy… Jak to się stało?

– Jak zostaliśmy kuzynami, wakacyjnymi przyjaciółmi i krewnymi, aż do czasu, kiedy padł cios w plecy?

– Tak, ale nie wyciągaj tego ponownie. Zgodziliśmy się. Teraz twoja kolej, żeby opowiedzieć to, czego dorośli nigdy nam nie mówili. Zaczynaj!

– Right. Prastryj Lauritz, jak nazywano go w rodzinie, pracował jako inżynier przy odbudowie mostu Sandö. Wynajmował pokoje od mojej matki w Lunde…

Więcej nie zdążył powiedzieć. Podano zupę z homara, należało spróbować wina, a poza tym nie rozpoczyna się konwersacji świeżo po podaniu zupy. Jedli tak długo, ile należało, zanim Henning mógł kontynuować. Opowiadał zwięźle i bez sentymentów, co pasowało do wyobrażenia o oficerze rezerwy w wojskach inżynieryjnych.

Jego matka Britta Karlsson powinna być, jak to się mówiło u nich w domu, morową babką. Kiedy jednak do małego domu w Lunde, który jej ojciec zbudował własnymi rękami, wprowadził się lokator – dyplomowany inżynier Lauritzen – miała dwa problemy. Jeden stały i jeden nagły.

Od wieku nastoletniego była niezamężną matką i dlatego, zgodnie z obowiązującymi zasadami moralnymi, pozostała niezamężna. W Ådalen wszyscy byli albo komunistami, albo członkami Kościoła wolnego. Ci drudzy naturalnie uważali ją za dziwkę. Choć komuniści nie byli o wiele lepsi, możliwe, że takie nastawienie charakteryzowało mieszkańców czerwonego Ådalen. To był jej stały problem.

Pracowała jako sprzątaczka w hotelu Central w najbliższym mieście Kramfors, była krawcową i wynajmowała piętro – wyjątkowo dobrze sytuowanemu lokatorowi, który płacił trzy razy więcej od innych.

Nagły problem dotyczył pieniędzy. Płaciła za naukę syna Hjalmara aż do matury, coraz bardziej się zadłużając. W końcu podpisała o jeden papier za dużo i bank postanowił zabrać jej dom.

Wtedy wkroczył lokator. Nie wiadomo dokładnie, w jaki sposób, ale jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystkie jej długi zniknęły. Być może lokator spłacił cały dług – dla niego to musiały być drobniaki.

Nawiązali romans. W tym samym czasie syna Britty Karlsson powołano do wojska – trwała wojna światowa i nawet studenci nie mogli się wymigać. Jako student został przyjęty do szkoły oficerskiej i postanowił, że będzie się piął po szczeblach kariery. W wojskach inżynieryjnych. Nie był to przypadek. On i inżynier, który mieszkał na piętrze, dobrze się dogadywali. Może Hjalmar myślał, że jako podporucznik wojsk inżynieryjnych w swoim czasie będzie mógł się starać o pracę w pewnej firmie inżynieryjnej w Sztokholmie. A właściwie nie „może”. Na pewno.

Kiedy Hjalmar był w wojsku, romans Britty i Lauritza rozkwitał. W końcu po raz drugi zaszła w ciążę.

Pan inżynier Lauritzen miał dwie możliwości. Mógł się wyrzec ojcostwa i wykorzystać swoją przewagę ekonomiczną do zdobycia wolności.

Mógł uznać dziecko.

Mógł uiścić jednorazową opłatę – w tamtych czasach nieco ponad trzy tysiące koron – i się pozbyć problemu.

Opowieść po raz kolejny przerwał restauracyjny rytuał – musieli czekać wyjątkowo długo. Należało spróbować bordeaux – Pauillac, rocznik tysiąc dziewięćset pięćdziesiąty dziewiąty. Przez chwilę jedli w milczeniu, aż w końcu Henning skrzyżował nóż i widelec na talerzu i mówił dalej.

Pan inżynier wybrał zupełnie inne rozwiązanie. Założył specjalne konto w sztokholmskim Enskilda Banku, z którego środki miały sfinansować całą naukę Henninga Karlssona aż do matury. Zaopatrzył matkę w mały dom i sklep z przyborami do szycia w Härnösand, gdzie mieszkała jej siostra wraz z mężem – uzależnionym od alkoholu robotnikiem portowym, który był komunistą i, co gorsza, także damskim bokserem.

Nie sposób powiedzieć, czy to miało być tymczasowe rozwiązanie. Niemiecka żona pana inżyniera w tamtym czasie umierała na raka. Może uznał, że to nieodpowiedni moment na konfrontowanie rodziny z prawdą.

Nigdy się nie dowiemy, bo zmarła przedwcześnie wiosną czterdziestego piątego.

Henning umilkł i ponownie przystąpił do jedzenia polędwicy. Skończyli posiłek, zrezygnowali z deseru, zamówili kawę i koniak.

– Twój ojciec, a mój prastryj Lauritz, którego nigdy nie poznałem, a jedynie widziałem na zdjęciach, umarł i uwolnił się od problemu – stwierdził Eric, kiedy dostali kawę. – Twoja matka Britta siedziała opuszczona w Härnösand z jeszcze jednym nieślubnym dzieckiem na głowie… wybacz to określenie.

– Merytorycznie jest poprawne. Tym samym zbliżamy się do pytania, w jaki sposób ty i ja zostaliśmy kuzynami.

Eric zaczął podejrzewać, jak to się odbyło, przynajmniej w sensie prawnym. Ale Henning stopniował napięcie, jakby się z nim trochę droczył. Wreszcie podjął wątek.

Britta Karlsson w Härnösand była ciężko chora na gruźlicę, prawdopodobnie umierała. Nie – z pewnością umierała. W takim stanie pojechała do Sztokholmu z trzyletnim synem, odszukała Johanne Lauritzen, która – jak z pewnością wyczuła – była najstarszą córką pana inżyniera i, jak się praktycznie złożyło – choć o tym Britta raczej nie miała pojęcia – także samotną matką.

Diabli wiedzą, czy Johanne od razu uwierzyła w całą historię. Jednak wizyta w Enskilda Banku w Sztokholmie wyjaśniła kwestię finansowania nauki chłopca, jak również zakupu dwóch niewielkich posiadłości w Härnösand, obu zapisanych na Brittę Karlsson.

Adopcja rozwiązała wszystkie problemy prawne.

Britta Karlsson zmarła w ciągu roku, po krótkim pobycie w sanatorium w Härjedalen. Została pochowana w Härnösand.

– Masz jakieś wspomnienia biologicznej matki? – zapytał Eric, kiedy wybrali cygara i koniak z wózka na kółkach.

Henning najwyraźniej się zastanawiał, starannie zapalając cygaro kawałkiem cedrowego drewna.

– Możliwe, ale mogą to być tylko fantazje – odparł i wydmuchał pierwszy obłok dymu. – Ale pamiętam albo wydaje mi się, że pamiętam, cholernie długą podróż pociągiem do Sztokholmu. Było zimno, podłogę pokrywała śnieżna breja, byliśmy opatuleni, ale i tak marzliśmy – siedzieliśmy na twardych lakierowanych drewnianych ławkach, a kobieta, która była moją matką, kaszlała, trzymając przy ustach zakrwawioną chusteczkę. A może to tylko mój wymysł. Czy w połowie lat czterdziestych w pociągach nadal była trzecia klasa?

– Tak, można to czasem zobaczyć w kinie, właśnie te lakierowane drewniane ławki.

– To by znaczyło, że wspomnienie jest prawdziwe.

– Mhm. Kiedy ciotka Johanne powiedziała ci, że nie jest twoją prawdziwą mamą? Ech, niezręcznie się wyraziłem, ale wiesz, co mam na myśli.

– Krótko po ciosie w plecy.

– Przestaniesz w końcu?

– Tak, ale to pewne. Kupiła nam domek letniskowy na wyspie Möja i to był koniec wspólnego rodzinnego świętowania Bożego Narodzenia i midsommar. Staruszek Oscar zmarł w tym samym czasie i wtedy zaczęły się spory o spadek.

– Nie widzieliśmy się przez jakieś czternaście lat.

– Right.

Rozmowa została przerwana, może zrobiło się zbyt intymnie. Albo zbyt melodramatycznie. Mały zasmarkaniec, opatulony na mrozie w trzeciej klasie pociągu, obok śmiertelnie chorej matki, kompletnie nieświadomy, że to podróż do życia w pierwszej klasie. Nieco starszy chłopak w wieku dojrzewania, który miał zrozumieć, że jego matka jest tak naprawdę jego siostrą, a młodszy brat Eilert siostrzeńcem, co znaczy, że on sam jest dla niego wujkiem. To było za dużo jak na jeden raz, prawdopodobnie lepiej się nadawało na film niż na rozmowę przy stoliku w restauracji.

Powinni chyba zmienić temat, przynajmniej tym razem. A w każdym razie ktoś powinien coś szybko powiedzieć, nie mogli bez końca tak siedzieć i udawać, że się rozkoszują koniakiem.

– I zamierzasz kontynuować swoje luźne życie, nie myśląc o żadnym trwalszym związku? – zapytał w końcu Henning.

Kpiarski ton zasygnalizował bardziej swobodną męską rozmowę o winie, kobietach i śpiewie. Eric z wdzięcznością przyjął zaproszenie do wyczekiwanej nonszalanckiej pogawędki mężczyzny z mężczyzną.

Przede wszystkim należy się wystrzegać miłości, rozpoczął tonem światowca. W każdym razie dopóki człowiek studiuje i ledwo jest w stanie się utrzymać. To oczywiście nie ma nic wspólnego z seksem, to zupełnie inna sprawa i wielu ludzi pewnie by się zdziwiło, gdyby wiedzieli, jak młode studiujące prawo córki prawicowej burżuazji do tego podchodzą. Należało jednak trzymać się zasady, aby nie iść z żadną z nich do łóżka więcej niż trzykrotnie, bo mogło się to przerodzić w związek.

Jednak na pierwszym roku uniwersytetu w Montpellier jeszcze tego nie wiedział. Miała na imię Gaëla i oczywiście to wszystko zupełnie zawróciło mu w głowie, nigdy wcześniej nie był tak zakochany, wiedział, że już nigdy nie będzie tak mocno czuł, że żyje, i tak dalej. Z Gaëlą układał jeden nierealny plan na życie za drugim, bo oczywiście mieli żyć długo i szczęśliwie, dopóki śmierć ich nie rozłączy.

Plany zakładały nie tylko, że naprawdę jest młodym geniuszem literackim typu francuskiego. W tym punkcie on i ona, studiująca literaturoznawstwo, byli zgodni. Zakładały również, że wkrótce się przebije i będą wiedli początkowo skromne wspólne życie, najchętniej na poddaszu, dopóki ona nie skończy studiów i nie zacznie płacić większości rachunków. Nie można było tego wymagać od poważnego pisarza.

Niestety zarówno największe francuskie, jak i szwedzkie wydawnictwa odrzuciły jego dwa genialne rękopisy powieści. Nie to jednak uchroniło go przed miłosną głupotą, tylko L’Armée Française. Gdyby został w Montpellier, czekałyby go minimum dwa lata służby wojskowej i prawdopodobnie mniej lub bardziej prosta droga do którejś z dwóch trwających wtedy wojen kolonialnych.

Gaëla nie mogła się przeprowadzić do Szwecji.

To wszystko. Od tamtego czasu wystrzegał się miłości.

Za kilka lat, kiedy już zapewni sobie środki do życia, będzie mógł zacząć patrzeć na kobiety inaczej.

Opowieść wyraźnie przypadła do gustu Henningowi. A może po prostu pytał, żeby mieć pretekst do opowiadania o Mette z Kopenhagi. Po raz ostatni widzieli się w kwietniu na wielkiej demonstracji poparcia dla Wietnamu, która zgromadziła ponad dwadzieścia pięć tysięcy uczestników.

Samą demonstrację dało się przeprowadzić spokojnie i bez awantur. Jednak jak tylko ostatnia przemowa dobiegła końca, policja przystąpiła do pełnego furii ataku. Konie, motocykle, gliniarze w cywilu byle jak upodobnieni do demonstrantów i uzbrojeni w krótkie pałki szli naprzód przez tłum ludzi niczym kosy. Kilkuset uczestników protestu odniosło mniej lub bardziej poważne obrażenia. Nagle z bocznej uliczki wyjechali członkowie najbardziej osławionego gangu motocyklowego w Danii, w metalowych hełmach i ze swastykami. Zaczęli atakować niczym oddziały pomocnicze policji. Tak więc sytuacja się zaostrzyła.

Jednak nie wszyscy demonstranci byli bezbronnymi ofiarami brutalnej policji. Mette i jej koleżanki na solidnych kijach ze świerkowego drewna trzymały plakaty. Kiedy zaczęła się walka, użyły ich jako broni i przystąpiły do kontrataku na motocyklistów. Z dużym powodzeniem. Można było założyć, że napastnicy dobrze się zastanowią, zanim znowu wkroczą do akcji jako siły pomocnicze policji. Poza tym istniała poważna różnica pomiędzy pobiciem policjanta a członka gangu motocyklowego – nie trzeba było kończyć studiów prawniczych, żeby zdawać sobie z tego sprawę.

Przemoc demonstrujących w sprawie Wietnamu oczywiście szeroko nagłaśniano i potępiano.

Jednocześnie gazeta „Information” i inne lewicowe tytuły ujawniły, że duńska policja bezpieczeństwa zarejestrowała ponad dziesięć tysięcy lewicowych demonstrantów jako podejrzanych o wrogość wobec państwa z powodu ich poglądów. Taka informacja wywołała pewnie znacznie większe wzburzenie w Danii, niż wywołałaby w Szwecji. W Danii wszyscy, nawet część burżuazyjnej prasy, skojarzyli to z latami wojny, okupacją, Gestapo i duńską policją, która była narzędziem wroga „w walce z komunizmem”. Dlatego jako manifestacja polityczna demonstracja w sprawie Wietnamu odniosła o wiele większy sukces, niż można było się spodziewać.

W istocie miało to związek z przyjaciółmi Mette. Zaledwie trzy lata wcześniej byli pierwszymi duńskimi demonstrantami w sprawie Wietnamu, grupa liczyła dwadzieścia pięć osób. Tak to się zaczęło. To właśnie był rdzeń ruchu wietnamskiego.

W tym miejscu pojawia się szczególnie ważny aspekt. Nikt z kręgu znajomych Mette nie przychodził na demonstracje ubrany jak zwykły uczestnik. Żadnych wojskowych kurtek z demobilu z namalowanymi symbolami pacyfistycznymi, żadnych długich włosów i bandan, nic z tych rzeczy. Przychodzili w marynarkach i krawatach. W ten sposób mogli wciąż uciekać policji, która miała pełne ręce roboty z długowłosymi demonstrantami – oni z całą pewnością nie nosili krawatów.

Kręgi, w których się obracała Mette, wydawały gazetę pod tytułem „Młody Komunista”. Henning miał wszystkie numery w segregatorze w domu i zaproponował, że podeśle je Ericowi. O ile czytanie po duńsku nie stanowi dla niego zbyt wielkiego problemu.

Ta ostatnia uwaga była bezsensowna, przecież Eric potrafił czytać po norwesku, ale nic nie powiedział. Bardziej zdziwiła go sama historia i dał temu wyraz. Jak dotąd ostatnia brutalna demonstracja w Szwecji odbyła się dwudziestego grudnia ubiegłego roku. W czasie spotkania w siedzibie młodzieżowej organizacji socjaldemokratycznej, na którym głównym mówcą był Jan Myrdal, przed budynkiem czekała policja przygotowana do tłumienia zamieszek i kawaleria. Kiedy uczestnicy wyszli na ulicę, policja zaatakowała. Pieszo lub konno goniła i biła ludzi próbujących uciekać na wszystkie strony. Sam widział, jak czterech policjantów goni aktywistę na dziedzińcu szkoły Norra Latin, powala go na ziemię i zaczyna okładać pałkami. Potem – najwyraźniej rozwścieczeni przesłaniem o zwalczaniu imperializmu Stanów Zjednoczonych – wspólnymi siłami zaczęli rozrywać transparent, a aktywista próbował go uratować.

Trudno to było nazwać zwycięstwem sprawy wietnamskiej. Prasa dostała szału, najwyraźniej tak samo jak w Kopenhadze, i obwiniała o wszystko manifestantów, mimo że nie zdążyli nawet zacząć demonstrować, bo zostali zaatakowani przez policję. Wychodzili przecież ze spotkania. Nawet Jan Myrdal został pobity.

Wniosek był taki, że należy ukrócić przemoc policji. I wyglądało na to, że się powiodło. Majowa demonstracja, na której niespodziewanie spotkał kuzyna, była tego dowodem.

Henning się nie zgadzał. Myślenie, że policja mogłaby się powstrzymać od przemocy, było iluzją. Przecież właśnie to stanowiło jej obowiązek i dlatego zaczęła się uzbrajać w nowy sprzęt. Również w Szwecji prasa, nawet socjaldemokratyczny dziennik „Aftonbladet”, ujawniła zakrojony na szeroką skalę policyjny proceder rejestracji manifestantów z powodu ich poglądów. Opinia państwa na temat demonstrujących poparcie dla Wietnamu była jasna jak słońce: są wrogami państwa i tak należy ich traktować.

Zaplątali się w dygresję na temat wszystkich demaskatorskich tekstów o rejestrach i policjantach, którzy w przebraniu robili zdjęcia na demonstracjach. „Aftonbladet” w ostatnim czasie podał sporo fantastycznych szczegółów. Na przykład to, że wywodzący się z socjaldemokratów sztokholmski radny odpowiedzialny za finanse, Hjalmar Mehr, został zarejestrowany przez krajowe służby bezpieczeństwa jako „podejrzany kosmopolita”.

Sens tego faktu zdawał się umykać Henningowi.

W ramach dalszego ciągu zamówili po piwie.

Eric wyjaśnił, że „podejrzany kosmopolita” to termin nazistowski, pozostałość po czasach, w których szwedzka policja bezpieczeństwa Säpo współpracowała z Gestapo. „Podejrzany kosmopolita” oznaczało po prostu Żyda. Nie dało się wyraźniej zilustrować szaleństwa, jakim było całe to rejestrowanie z powodu poglądów.

Henning wrócił do kwestii taktyki na demonstracjach. Duńscy towarzysze z Ligi Młodych Komunistów (KUF) znaleźli na przykład sposób na zneutralizowanie policyjnych koni – amoniak i długie igły. Jeśli igła przebiła otrzewną, koń zdychał po kilku dniach. Prysznic z amoniaku w nozdrza sprawiał, że konie dostawały szału. Można było użyć konewki. Wtedy zaczynało się rodeo.

Henning przez chwilę mówił o tym, że obronę przed brutalnością policji zaczęto tworzyć na wzór duński, kiedy nagle Eric wybuchnął śmiechem.

Henning oczywiście się żachnął.

– Nie, nie – pośpieszył z zapewnieniami Eric. – To nie argumenty są śmieszne, tylko ta sytuacja. Rozejrzyj się!

– No? – odparł Henning, nawet nie próbując się rozejrzeć. – No i? O co chodzi?

– Chodzi o to, że siedzimy w Riche i prowadzimy spór na temat tego, czy na demonstracjach w sprawie Wietnamu jest przemoc, czy jej nie ma. Przy oknie w Riche…

– Tak. No i?

– Pomyśl, co by było, gdyby ludzie przy sąsiednich stolikach usłyszeli, o czym rozmawiamy z aż takim zaangażowaniem. Pewnie myślą, że prowadzimy jakieś pertraktacje służbowe.

Henning w końcu się rozluźnił, a nawet lekko uśmiechnął.

– Właśnie dlatego tu przyszliśmy – powiedział. – To działanie zaczerpnięte z taktyki Duńczyków. Partyzantka powinna pływać wśród ludzi jak ryba w wodzie, nieprawdaż?

– Tak, według przewodniczącego Mao. Czyli ryba siedzi teraz w Riche?

– Zgadza się. Gdybyś tylko się ostrzygł, obraz byłby idealny.

– Więc to dlatego tu przyszliśmy? W celach pedagogicznych?

– Right! Jedzenie też mają lepsze niż w zwykłych lewicowych knajpach. Ale o pacyfistycznych czy aktywistycznych strategiach w czasie demonstracji porozmawiamy innym razem, mamy czas. Mówiłeś, że zamierzasz pojechać do Palestyny. Jak i dlaczego?

– Samochodem. Dwoma samochodami. Palestyńska Liga Robotnicza ze Sztokholmu zaprosiła tam delegację różnych lewicowców, chociażby Görana Palma. Mamy odwiedzać obozy dla uchodźców w Jordanii, spotkać się z przywódcami rozmaitych ruchów wyzwoleńczych w Ammanie i Bejrucie, zdobyć informacje z pierwszej ręki.

Henning był sceptyczny i przez jakiś czas ględzili o teorii punktu zapalnego – o tym, że oś konfliktu pomiędzy ruchami wyzwoleńczymi z krajów Trzeciego Świata a amerykańskim imperializmem przebiega w Wietnamie. Jak dotąd większość rozsądnych ludzi była co do tego zgodna. Ale Henningowi chodziło o to, że cała ta rozwodniona solidarność z MPLA, ANC, FRELIMO, MPLA, rozmaitymi organizacjami z Afryki i Ameryki Łacińskiej, a w najgorszym wypadku z IRA i Kubą, Grekami, Hiszpanami, Portugalczykami i wszystkimi tego typu grupami zabierały czas i energię, które lepiej było przeznaczyć na główne zadanie. Niektórzy towarzysze uczestniczyli w rozmaitych spotkaniach siedem dni w tygodniu.

Eric się nie zgadzał. Najważniejsze, aby wszyscy postępowi ludzie znaleźli sobie coś sensownego i konkretnego do roboty. Nie wystarczyło tylko gadać. Albo zadawać sobie minimum trudu – pójść na demonstrację poparcia dla Wietnamu i dać się policzyć.

Henning najwyraźniej poczuł zmęczenie dyskusją, bo skinął na kelnerkę, położył na obrusie trzy banknoty stukoronowe i powiedział, że reszty nie trzeba.

– Zdążysz załatwić wszystko co trzeba przed wyjazdem? – zapytał, wręcz demonstracyjnie zmieniając temat.

– Tak, uporałem się z egzaminami, praca jest napisana i złożona, został mi jeszcze jeden końcowy egzamin z prawa ogólnego, ale to tylko dla wyższej oceny, więc w zasadzie wszystko gotowe.

– A jaki jest temat pracy?

– Zasadniczo pojęcie culpa. Różnica między winą zamierzoną a winą czy drobniejszym przewinieniem z powodu zaniedbania albo nieuwagi, czyli culpą.

– I co to oznacza?

– Jeśli zastrzelisz mnie z zemsty za cios w plecy z czasów dzieciństwa, to będzie to dolus – zamiar. Będziesz ponosił pełną odpowiedzialność. Jeżeli pożyczysz mi swój pistolet, a ja się okażę niezdarą na strzelnicy i postrzelę się w stopę, to będzie to nieszczęśliwy wypadek, casus. Wówczas będziesz niewinny. Jeśli zostawisz swój pistolet w niezamkniętej na klucz szufladzie, a dziecko znajdzie go i do mnie strzeli, będziesz winny zaniedbania, ale bez zamiaru – to jest culpa. Grozi za to mniejszy wymiar kary.

– Ale, co jeszcze gorsze, stracę pozwolenie na broń?

– Tak, to bardzo prawdopodobne.

– Rozjaśniłeś mi w głowie. Po tym wszystkim zostanie ci już tylko powieść?

– Skąd o niej wiesz?

– Johanne mi powiedziała. Zdaje się, że jest twoją mentorką.

– Tak, to prawda, wspaniałą mentorką. Zamiast być młodym geniuszem literackim typu francuskiego, zamierzam się podszkolić w stylu realistycznym, który… interesujesz się teorią literatury?

– A jak myślisz?

– Podporucznik wojsk inżynieryjnych, świeżo upieczony inżynier po KTH. Jeśli podejść do tego troszkę stereotypowo, można chyba uznać, że teorie literackie to nie twoja specjalność?

– Right. Idziemy?

Wieczór na początku lata był ciepły, czekali na taksówkę przed restauracją. Henning zaproponował, aby przejechali przez Sveavägen, zanim ruszy dalej do domu na Norr Mälarstrand. Wydawał się zamyślony, wręcz ponury.

– Uważasz, że należy podejmować więcej konkretnych działań – powiedział jakby do siebie. – Na przykład aktywnie pracować w grupach NFW, a nie tylko przychodzić raz w tygodniu i dawać się policzyć jak owca?

– Tak, jeśli czas pozwala. Teraz miałem sporo bardzo ciężkiej pracy, ale jesienią…

– Więc mógłbyś sobie wyobrazić siebie stojącego pod sklepem monopolowym z puszką na datki i sprzedającego biuletyn o Wietnamie?

– Owszem, dlaczego nie?

Henning zwlekał z odpowiedzią. Podjechała wolna taksówka, a oni podbiegli razem, bo każdy chciał wsiąść z drugiej strony – dżentelmen nigdy się nie pcha pierwszy do taksówki.

Niebo nadal było jasne, jakby trwało coś w rodzaju przedwczesnego letniego zmierzchu, kiedy taksówka jechała Birger Jarlsgatan. Ludzie w mieście mieli letnie ubrania, gołe nogi i marynarki albo kurtki zarzucone na ramię. Ciepło nadeszło tak szybko, że wiosna nie nadążyła.

– Znam członków NFW z Kungsholmen. Jeśli chcesz, zorganizuję spotkanie z nimi, żeby sprawdzić, czy możemy się przyłączyć – powiedział nagle Henning, prosto w przestrzeń, jakby odpowiadał na pytanie. – Zobaczymy, czy się nadajemy, aby zrobić coś bardziej konkretnego dla Wietnamczyków niż tylko pokazanie się rachmistrzom.

– Brzmi nieźle – przyznał Eric.

– No to dobrze, zadzwonię do ciebie, kiedy będziemy mieli konkretny termin.

Brzmiało to tak, jakby mówił o wizycie u lekarza, jakby kryło się w tym coś podejrzanego. Ale co mogło być podejrzane w dołączeniu do największego i najnowocześniejszego ruchu ludowego w Szwecji?

Kiedy Henning zadzwonił w sprawie spotkania, nie powiadomił Erica, że będzie obowiązywał jakiś dress code. Dlaczego miałby to zrobić? Kiedy jednak się spotkali w piwnicy przy jednej z małych uliczek okalających plac Kungsholm, Henning miał na sobie dżinsy, flanelową koszulę w czerwoną kratę i coś w rodzaju butów sportowych z trzema czerwonymi paskami.

Wszyscy inni, łącznie z Erikiem, założyli drewniane chodaki.

Poza tym byli identycznie ubrani w coś w rodzaju ogrodniczek, pewnie kupionych w Arbetarboden przy placu Hötorget.

Pięcioro towarzyszy i towarzyszek stojących na czele grupy NFW było rówieśnikami – o kilka lat młodszymi od Henninga i Erica, ale ich włosy miały mniej więcej taką samą długość jak włosy Erica, zarówno chłopaków, jak i dziewczyn. Usiedli za składanymi stolikami ze sklejki, wyglądali bardzo poważnie.

– Dobrze, towarzysze, spotkanie uważam za otwarte – powiedział jeden z nich, w okrągłych okularach, uderzająco podobny do Johna Lennona. – Dwóch nowych towarzyszy zgłosiło się do uczestnictwa w rewolucyjnej walce, witamy ich. Oddaję głos.

Nikt się nie uśmiechał, to było dziwne. A stwierdzenie o „uczestnictwie w rewolucyjnej walce” stanowiło chyba tylko niefortunne sformułowanie? Przecież grupy NFW były ruchem społecznym, a nie partią polityczną?

Blondynka, także w okrągłych okularach, tyle że większych, ładna, choć nieumalowana, z włosami schowanymi pod chustką, a może mówiło się na to apaszka, odchrząknęła i surowym tonem poprosiła nowych towarzyszy o zdanie sprawy z przynależności klasowej.

Eric poczuł się kompletnie zbity z tropu, Henning błyskawicznie odzyskał rezon.

– Dobrze. To może ja zacznę – powiedział z mocnym norrlandzkim akcentem. – W moim przypadku nie jest to zbyt skomplikowane. Mój ojciec był rybakiem na wyspie nieopodal Bergen na biednym zachodnim wybrzeżu Norwegii. W młodym wieku stracił ojca, ale dzielnie zmagał się z życiem i parł do przodu. Jednak niedługo po tym, jak moja matka, niezamożna sprzątaczka z Lunde nieopodal Kramfors, zaszła w ciążę, mój ojciec zmarł, w młodym wieku, tak jak i jego ojciec. Nigdy nie wzięli ślubu i mojej matce było ciężko, musiała ostro walczyć o to, abym mógł się uczyć. Jednak zmarła na gruźlicę na długo, zanim skończyłem szkołę. Wtedy oddano mnie do adopcji. W czasie studiów zatrudniłem się w składzie drewna w Ådalen, więc nie potrzebowałem żadnych pożyczek studenckich. Było ciężko, ale poradziłem sobie. Po wojsku pracowałem dalej w składzie drewna, głównie nosiłem deski, do tego potrzeba młodych chłopaków. I w końcu zostałem inżynierem. No, to tyle miałbym do powiedzenia.

To było fantastyczne przedstawienie. Nie tylko wyraźna norrlandzka intonacja, prawdopodobnie z Ådalen w regionie Ångermanland, zrobiła piorunujące wrażenie na młodzieży z NFW. Sam sposób, w jaki Henning wypowiadał nazwę Ådalen, z długim niskim a, wyraźnie przyprawiał młodych towarzyszy o dreszcze. Ådalen było świętą ziemią, to tam wojsko zabijało strajkujących robotników w tysiąc dziewięćset trzydziestym pierwszym roku. To była golgota szwedzkiego ruchu robotniczego. Tu i teraz nie ulegało wątpliwości, że klasa robotnicza zjednoczyła się ze studentami w antyimperialistycznej walce.

Kiedy towarzysze doszli do siebie po tym objawieniu, wyczekująco spojrzeli na Erica.

On poczuł się kompletnie bezradny. Nie potrafił udawać przedstawiciela klasy robotniczej, nawet ze sztokholmskiej dzielnicy Söder. Mógłby przemawiać do sądu – czuł się bowiem jak przed sądem – po norwesku, francusku albo niemiecku. Wiedział jednak, że jak tylko otworzy usta i zacznie mówić po szwedzku, zostanie zdemaskowany. Nie dało się tego uniknąć.

Poza tym na twarzy Henninga malował się drwiący uśmieszek, którego nikt inny nie widział.

– Cóż, towarzysze – zaczął ostrożnie Eric i natychmiast usłyszał, że nawet słowo „towarzysze” źle brzmi w jego ustach. – Nie mogę się pochwalić tak szlachetnym pochodzeniem jak to, o którym opowiedział towarzysz Henning.

Zobaczył usta zaciśnięte w wąskie kreski, dezaprobatę na twarzach. Zrozumiał, że to nie moment na żarty lub ironię. Odchrząknął i spróbował zacząć raz jeszcze.

– Można powiedzieć krótko, że mam pochodzenie mieszczańskie – kontynuował bezsilnie. – Ale płaciłem za studia na uniwersytecie dzięki własnej pracy, głównie jako robotnik portowy.

To również do nich nie trafiło. Twarze mieli bez wyrazu, a ich usta w dalszym ciągu przypominały kreski.

– Za parę dni zostanę absolwentem prawa, a od kilku lat należę do Socjalistycznych Prawników. To wszystko.

Zapadła cisza.

– Ale przecież jesteś jakimś hrabią, czy coś – wtrącił Henning z jeszcze mocniejszym norrlandzkim akcentem, a przynajmniej tak się wydawało Ericowi.

Można było odnieść wrażenie, że w powietrzu nad sklejkowymi stolikami zawisło bluźnierstwo. Henning wyglądał na zachwyconego. Jeśli zesztywniałe twarze członków NFW cokolwiek wyrażały, to była to pogarda.

– Jasne – przyznał. – Dokładnie wicehrabią, ale to tylko historia, a poza tym, jak wiadomo, rodziców się nie wybiera.

Żart nie wypalił, Eric powinien był to przewidzieć. Nikt się nie uśmiechnął.

– A więc chcesz powiedzieć, że wolałbyś się urodzić w klasach wyższych, gdybyś mógł wybierać? – zapytała inna towarzyszka, również ładna, choć dziwnie ubrana i rozwścieczona.

– Poza tym zdaje się, że mieliście w rodzinie wielu służących – dodał Henning. – Choć oni oczywiście nie mogli należeć do związków zawodowych.

Na twarzach towarzyszy przy stole malowało się obrzydzenie.

– Tak jak mówiłem – spróbował Eric po raz ostatni. – Lenin uczy nas, że trzeba odróżniać przynależność klasową od klasowego punktu widzenia. On sam pochodził z klasy średniej, tak samo jak Marks. Trocki był z wyższej klasy średniej, a towarzysz Iosif Wissarionowicz Dżugaszwili, czyli Stalin, przez jakiś czas kształcił się w seminarium duchownym. Hjalmar Branting pochodził z wyższych sfer. Można tak wymieniać dalej. Ja sam jestem socjalistą i podtrzymuję, że jestem niewinny „wyboru” rodziców.

Za sklejkowymi stolikami widać było nieruchome twarze.

– Dlaczego wspominasz o socjalfaszyście Brantingu, a nie o naszym wielkim przywódcy i sterniku? – zapytał jeden z towarzyszy, który dotychczas nie zabierał głosu.

– No dobrze! Mao też nie pochodzi z klasy robotniczej – próbował się bronić Eric.

– Niech żyje przewodniczący Mao, nasz wielki przywódca, wielki naczelnik i wielki sternik! Niech nam żyje długo! – wykrzyknął ten podobny do Johna Lennona.

Towarzysze zgodnie pokiwali głowami bez śladu uśmiechu, a Ericowi nie przychodził do głowy żaden komentarz do tego hołdu.

– Czy główne zadanie nie jest dla ciebie jasne? – zapytał John Lennon.

– Chodzi ci o zadanie w walce z amerykańskim imperializmem?

– Tak jest.

– Dla grup NFW jest to chociażby wpłynięcie na szwedzką opinię publiczną, przeciągnięcie ludzi na naszą stronę, zmuszenie rządu – nawet siłą, jeśli nie będzie innego wyjścia – do walki o wolność demonstracji, uznanie Demokratycznej Republiki Wietnamu, zwiększenie wsparcia dla NFW, azyl polityczny dla amerykańskich dezerterów…

Wyglądało na to, że nikt się nie zgadza z tymi oczywistościami.

– Kompletnie niesłuszna linia, to jest rewizjonizm – odparł ten sam towarzysz. – Naszym głównym zadaniem jest uzbrajanie mas w myśli wielkiego przywódcy Mao Tse-tunga, rozwijanie rewolucji kulturalnej w Szwecji na długość i na szerokość i tym samym odważne mobilizowanie ludzi do walki z amerykańskim imperializmem i jego sługusami, zwłaszcza ze współczesnym rewizjonizmem, który się zagnieździł w ruchu rewolucyjnym – wyrecytował towarzysz szybko i monotonnie.

Twarze ludzi za sklejkowymi stolikami były pozbawione wyrazu. Spotkanie dobiegło końca.

Henning i Eric wzięli po podręczniku z podstawami marksistowsko-leninowskiej myśli Mao Tse-tunga. Kosztował pięć koron, należało zapłacić gotówką na miejscu. Henning i Eric rozstali się z towarzyszami z mieszanymi uczuciami. Towarzysze spoglądali na Henninga z błyskiem w oku. Szczególnie zaś towarzyszki – potrafiłby rozbudzić je obie i to pewnie jednocześnie. Ericowi nikt nie patrzył w oczy.

– Co to miało być, do diabła? Dlaczego zrobiłeś cholerne przedstawienie? Wielkie dzięki za tego hrabiego! – niemal krzyczał Eric.

Prawie całą drogę na Norr Mälarstrand pokonali piechotą w głuchej ciszy.

– Ale przecież – zaczął Henning z norrlandzkim akcentem, ale po chwili kontynuował już w swoim codziennym dialekcie – starannym sztokholmskim, charakterystycznym dla Kungsholmen i Vasastan – ani jedno moje słowo na temat mnie nie było kłamstwem, czyż nie?

– Zgadza się, ale całokształt był jednym wielkim pieprzonym kłamstwem, towarzyszu proletariuszu! Po jaką cholerę spotykaliśmy się z tymi bałwanami?

– Właśnie po to, aby się z nimi spotkać. Nazywają się ruchem buntowników i chcą przejąć ruch solidarności z Wietnamem. Jedno z ich haseł brzmi zresztą: „rozbić NFW!”, dlatego pomyślałem, że zebranie was w jednym miejscu będzie dobrym pomysłem.

– Niby po co? Żebym się dowiedział, że ruch solidarności z Wietnamem opanowali szaleńcy?

– Skąd. Uważam, że akurat ci szaleńcy znikną, niedługo unicestwią sami siebie. Ale mimo wszystko spotkanie z takimi ludźmi chyba dało ci do myślenia?

Usiedli na ławce blisko wody, zmrużyli oczy od słońca i patrzyli na Söder – szlachetną robotniczą dzielnicę po drugiej stronie. Eric rozmyślał nad rzeczywistym sensem całego tego absurdalnego przedstawienia.

– Czy to był kolejny z twoich dydaktycznych pomysłów? – zapytał po chwili.

– Tak, można tak powiedzieć. Jesteś bystry, dobrze wykształcony i kulturalny, władasz kilkoma językami, francuskim wręcz tak samo dobrze jak ja angielskim, o ile dobrze rozumiem. Nie powinieneś się zadawać z takimi bałwanami. Nie powinieneś stać pod sklepem monopolowym z puszką w ręku, sprzedając biuletyn „Vietnambulletinen”, i do tego jeszcze pozwalać, aby tacy idioci na okrągło cię opieprzali za to, że byłeś nieostrożny w wyborze rodziców. Musisz się zajmować ważniejszymi sprawami w tej walce, wszystko inne byłoby marnowaniem tego, co masz. W dodatku niemoralnym.

– Co na przykład miałbym robić?

– Właśnie to pytanie powinniśmy sobie zadać. Obaj.

Świat był szalony, a on siedział i pisał o nieistotnych drobnostkach. W samych majtkach, czując, jak pot spływa mu po plecach. Za oknem były trzydzieści dwa stopnie, w środku pewnie jeszcze więcej – najgorętszy czerwiec w Sztokholmie od tysiąc osiemset siedemdziesiątego szóstego roku.

Zastrzelono Roberta Kennedy’ego, zaledwie dwa miesiące po zabójstwie Martina Luthera Kinga. Świat bez wątpienia był szalony. Tym razem ludzie z Secret Service schwytali zabójcę – najwyraźniej chorego psychicznie Araba. Co Arabowie mogliby zyskać na tym, że po zamachu to republikanin, w dodatku o prawicowych ciągotach, być może zostanie wybrany na prezydenta w jesiennych wyborach? Richard Nixon na stołku prezydenckim z całą pewnością oznaczał przedłużenie wojny w Wietnamie i jeszcze silniejsze wsparcie dla okupacyjnej polityki Izraela.

Eric zaś siedział i pisał. Wciąż odpływając myślami do innych spraw.

Szalony chyba nie był Rzecznik Sprawiedliwości, który właśnie uniewinnił wszystkich policjantów i oddalił wszystkie skargi dotyczące pobić demonstrantów dwudziestego grudnia ubiegłego roku. Rzecznik wiedział, co robi – służył państwu, zwalczał komunizm i wszelkie pogwałcenia wolności zgromadzeń i demonstracji. Według najwyższego krajowego zwierzchnika organów ochrony prawnej demonstracje przeciwko ludobójstwu w Wietnamie stanowiły nadużycie demokracji. Dlatego żaden policjant w żadnym momencie nie mógł użyć więcej przemocy, niż wynikało to z konieczności i motywacji służbowej.

To było szaleństwo, tyle że dobrze zorganizowane i sformułowane urzędowym językiem.

On zaś tylko siedział i pisał, bo obiecał Johanne, że zdąży.

Zatrzymano ponad czterdzieści osób, jeszcze więcej zostało pobitych tak, że wymagało pomocy lekarskiej. Wielu zebrało cięgi w policyjnych furgonetkach w drodze do aresztu. Zeznania świadków nie miały żadnego znaczenia, bo zazwyczaj było to słowo przeciwko słowu – słowa policjantów przeciwko słowom podejrzanych obywateli. Nieważne, jak nieprawdopodobne czy po prostu kłamliwe były oświadczenia policjantów. Jak na przykład to, że mocno krwawiąca „młoda komunistka” – takie określenie znalazło się w raporcie jednego z policjantów – ku zdziwieniu wszystkich w policyjnym dodge’u wyrwała policjantowi pałkę i zanim ten, oniemiały i sparaliżowany ze zdumienia, zdążył zareagować, zaczęła się nią okładać „z wyraźnym zamiarem późniejszego zdyskredytowania funkcjonariusza na służbie”.

W tym samym czasie on siedział w majtkach i kończył politycznie nieistotną powieść o latach pięćdziesiątych.

Towarzysze z Socjalistycznych Prawników prosili go o doszlifowanie polemiki, którą chcieli spróbować wysłać do „Dagens Nyheter”.

Powinno się udać. Argumenty rzecznika były wdzięcznym obiektem ataku, również utrzymanego w humorystycznym tonie. Rządowy zwierzchnik urzędników państwowych był na tyle bezczelny, że w tym samym czasie załatwił sprawę policyjnej interwencji na Hötorget sprzed trzech lat, kiedy to kilku studentów medycyny zostało zatrzymanych i pobitych, bo rozwinęli metrowy transparent z kartonu, z odręcznym napisem: „Stany Zjednoczone muszą opuścić Wietnam”.

Policjanci, którzy akurat tamtędy przejeżdżali albo zostali wezwani przez miłującego porządek obywatela, poczuli się urażeni komunikatem i dlatego uznali zachowanie studentów za naruszenie spokoju publicznego.

To było szaleństwo, które można było skwitować śmiechem. Tym razem ułaskawienie policjantów wydawało się niemożliwe.

„Demonstracja” nie była nielegalna, bo nawet nie dało się jej uznać za demonstrację, stanowiła tylko wyraz poglądów. Komunikatu „Stany Zjednoczone muszą opuścić Wietnam” nie można było potraktować jako naruszenia spokoju publicznego w sensie prawnym, bez względu na ocenę polityczną dokonaną przez funkcjonariusza na miejscu.

Nawet najbardziej cynicznie pesymistyczni towarzysze z grona Socjalistycznych Prawników nie potrafili sobie wyobrazić, jak Rzecznik Sprawiedliwości tym razem ułaskawi policjantów.

A jednak zrobił to. Wzywano kolejnych policjantów, sprowadzano kolejne wozy i furgonetkę. Przyciągnęło to uwagę, wywołało zbiegowisko i zamieszanie. W efekcie policjanci jak najbardziej słusznie interweniowali, aby przywrócić porządek – wszystko zgodnie z obowiązującymi lokalnymi przepisami. To, że policja wywołała zamieszanie, nie miało znaczenia.

Studenci medycyny zostali skazani na ogromne grzywny – najwyższa wynosiła dziewiętnaście tysięcy koron za naruszenie porządku, „brutalne stawianie oporu” i próby uduszenia policjanta.

Zorganizowano ogólnokrajową zbiórkę pieniędzy. Tak to się zaczęło, tak wyglądały narodziny ruchu NFW w Szwecji.

Eric wstał zza biurka i wyszedł do kuchni dolać sobie kawy. Skończyła się. Może to i lepiej, było mu trochę niedobrze, ale może to przez ten upał. Nie zostało mu już dużo pisania, tylko końcowe komentarze dla ciotki Johanne. Tym razem miał wyjątkowo dużo zastrzeżeń do jej opinii i poprawek.

Z powrotem przy maszynie, ze szklanką wody zamiast kawy, zaczął szybko oddychać jak w dawnych czasach przed startem na basenie, żeby zebrać siły przed ostatnim zadaniem pisarskim, ostatnim odcinkiem.

Kawałek dalej na biurku leżał czerwony – jak na ironię – indeks z niebieskiego wydziału, dowód, że Eric jest wykształconym prawnikiem. Skopiował oceny i wysłał je wraz z podaniem o pracę do kancelarii adwokackiej Hansa Görana Bancka. Miał umówione spotkanie za dwie godziny. To było wspaniałe, ale musiał skończyć podsumowanie dla ciotki Johanne i nie tracić czasu na uciekanie myślami do politycznych szaleństw współczesności.

Szkic powieści stanowił jego drugi egzamin, ciotka Johanne była ostrą jak brzytwa recenzentką. Poza tym projekt można było uznać za reedukację. W Montpellier, podczas pachnącego Morzem Śródziemnym beztroskiego życia z Gaëlą, pisanie odczuwał jako zabawę, coś, co po prostu płynęło niewysychającym strumieniem, jak tylko usiadł przy maszynie. Pisał intuicyjnie, traktował to jak sztukę, skojarzenia wydarzeń albo ich przebieg bez oczywistego, a może i jakiegokolwiek związku. Ważna była uroda tekstu, a nie jego treść.

Piękno się wypaliło, zmieniło się w swoje przeciwieństwo, wręcz niemoralne, kiedy opublikowano pierwsze zdjęcia wietnamskich wiosek zbombardowanych napalmem.

Pisanie oznaczało tworzenie opinii, człowiek stawał się opiniotwórczy, jak sformułował to Jan Myrdal. Chowanie się za intuicyjną działalnością artystyczną również oznaczało zajęcie stanowiska. To było nieuniknione.

Ciotka Johanne natychmiast zrozumiała problem, kiedy spróbował go jej opisać. Spotkali się przypadkiem w mieście i poszli na kawę.

Była oczywiście lepiej przygotowana do zrozumienia tego niż ktokolwiek, kto mógłby mu przyjść do głowy. Nie tylko z powodu encyklopedycznej wiedzy, obejmującej całą literaturę współczesną od dzieł z początku dziewiętnastego wieku do najnowszych powieści francuskich. Brała przecież aktywny udział w walce norweskiego ruchu oporu z nazizmem, awansowała do stopnia majora w brytyjskiej organizacji wywiadowczo-sabotażowej SOE, została odznaczona Krzyżem Wojskowym za zasługi, zapewne jedyne w swoim rodzaju, o których nigdy nie chciała mówić. Niechętnie i jeden jedyny raz, po długich namowach, pokazała medale. Na tym jednak poprzestała.

Kto mógł lepiej przeanalizować intelektualne wyzwanie w czasie wojny i działalności ruchu oporu albo walki o solidarność? Nikt.

Sformułowała zadanie jasno i prosto. Pisz w pierwszej osobie, stwórz opowieść o naszej rodzinie w latach pięćdziesiątych. Pisz tak, aby można było zrozumieć specyfikę tamtych czasów. Pierwsza osoba i perspektywa dziecka będą cię zmuszały do konkretu i unikania „intuicyjnego lania wody”. Jeżeli tego dokonasz, reedukacja zakończy się sukcesem.

Tak czy inaczej, tekst miał gotowy, a sam być może przeszedł reedukację. Rozdział po rozdziale ciotka Johanne zżymała się, krytykowała i występowała z kontrpropozycjami, niekiedy chwaliła. I tak do samego końca.

Jednak w ostatnich komentarzach zaskoczyła go, pisząc, że ta powieść nigdy nie będzie mogła zostać wydana. To była, delikatnie mówiąc, niepotrzebna uwaga. Już pierwsze akapity kodeksu karnego uniemożliwiały publikację. Co gorsza, niepokoiło ją, że odszedł tak daleko od swoich wcześniejszych ambicji literackich i przerzucił się na „żurnalistykę”. To nie była pochlebna opinia.

Protestował przeciwko temu tak elegancko, jak tylko zdołał, mimo wzburzenia.

Tak, zdetronizował swoich intelektualnych francuskich idoli, od Claude’a Simona do Le Clézia. Wyemigrował duchowo do Stanów Zjednoczonych, szkic jego powieści był w zasadzie zerżnięty z powieści bez fikcji Z zimną krwią Trumana Capote’a. Więcej konkretu, politycznego i rzeczowego, nie dało się uzyskać w powieści.

Zakończył list zwyczajową mantrą: że książką, którą naprawdę należy napisać, jakkolwiek Johanne by się opierała, jest Niebieska Gwiazda – opowieść o jej życiu w ruchu oporu w czasie drugiej wojny światowej.

Groził, że jeśli ciotka jej nie napisze, to sam w przyszłości stworzy swoją wersję, niewątpliwie gorszą.

Tym sposobem zakończył wszystko, co musiał, przed midsommar. Ta myśl go zaskoczyła – przez ostatnie tygodnie był przykuty do maszyny, czuł się jak Syzyf, skazany na pracę, która zgodnie z boskim planem miała nigdy się nie skończyć. A jednak nagle zakończył pracę, ponad pół godziny przed zaplanowaną rozmową kwalifikacyjną w kancelarii adwokackiej – początkiem zupełnie nowego życia.

Wszedł pod prysznic, odkręcił zimną wodę i pozwolił jej płynąć, nie myślał o niczym, oddał się zimnu i oczyszczającej pustce.

Potem włożył czystą bieliznę, dżinsy i indyjską bawełnianą koszulę w jasnych kolorach ze znaczkiem NFW na kołnierzyku. Do tego drewniane chodaki.

Nie był to strój z miejsca kojarzący się z adwokatem ani nawet strój na rozmowę o pracę w kancelarii. Jednak Hans Göran Banck nie był zwykłym adwokatem. To on uruchomił szwedzki oddział Amnesty International. Jak na prawnika był ekstremalnie postępowy. To on pomagał wszystkim amerykańskim dezerterom, którzy chcieli zostać w Szwecji. Do tej pory przybyło ich około pięćdziesięciu, w większości z RFN. Można było oczekiwać, że nadciągną tysiące – w amerykańskich bazach w RFN stacjonowało dwieście pięćdziesiąt tysięcy żołnierzy.

Jeżeli któryś ze sztokholmskich adwokatów mógł zaakceptować młodego aplikanta ze znaczkiem NFW, to właśnie Hans Göran Banck.

W dodatku znaczna część pracy w biurze Bancka miała dotyczyć amerykańskich dezerterów, a to był dodatkowy plus. Wykonywałby konkretną antyimperialistyczną pracę, mógłby czegoś dokonać.

Wiedział, że pokonanie