Strona główna » Sensacja, thriller, horror » Afganistan. Dotknąłem wojny.

Afganistan. Dotknąłem wojny.

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-62730-23-0

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Afganistan. Dotknąłem wojny.

Piotr Langenfeld, dziennikarz i publicysta, przebywał dwukrotnie w Afganistanie w charakterze korespondenta wojennego, przydzielony do 10 Dywizji Górskiej oraz 25 Dywizji Piechoty. Jako jeden z nielicznych Polaków przemierzał z żołnierzami US Army bezdroża prowincji Chost i Logar.  Nie zwiedzał wyłącznie bezpiecznych baz, wręcz przeciwnie. Brał udział w patrolach i konwojach, przeżył kilka potyczek z talibami, rozmawiał z prostymi żołnierzami, a także z wyższymi oficerami dowodzącymi bazami. Spotkał tu zwyczajnych ludzi, którzy walczą o przetrwanie, i prawdziwych bohaterów niełatwej afgańskiej codzienności. Był świadkiem przejmujących scen w ogarniętym wojną kraju. Próbuje zrozumieć Afganistan.  O swoim przeżyciach i wrażeniach opowiada w niniejszej książce, pełnej akcji, często humoru, ale i refleksji, z której wyłania się prawdziwe oblicze wojny.  To miał być spokojny patrol. Nic szczególnego. Mieliśmy obejść dwie najbliższe wsie. Po kilkunastu minutach byliśmy na miejscu.  
– Jim, weź dwóch ludzi i biegiem na tamten pagórek – Boston nawet nie patrzył w stronę żołnierzy, wydając rozkaz. Kątem oka dostrzegłem trzy pochylone sylwetki, biegnące pod niewielkie wzniesienie.
 – Bailey – Boston przywołał do siebie jednego ze strzelców – znajdź sobie spokojne miejsce w którymś z zabudowań, żebyś miał nas na oku. Pastor pójdzie zaraz za mną. Kapelan poprawił kamizelkę i odruchowo sprawdził ładownicę. – Zapomniałbym – Boston chwilę trzymał w palcach niezapalone cygaro. – Peter – wskazał palcem na mnie – masz się trzymać radiotelegrafisty i mnie. Zawsze idziesz za dowódcą, w środku formacji. Jasne? Janett, pilnuj go, żeby nam tu nie udawał kowboja. Radiotelegrafista lekko klepnął mnie w ramię. Na oko był młodszy ode mnie, i niższy. Popatrzyłem na niego z góry. – Słuchaj, nie będę… – zacząłem.
 – OK – Janett zignorował mnie zupełnie. Splunął i dokończył: – Idziesz za mną...

Polecane książki

Lisa Gardner to jedna z moich ulubionych autorek. Jej ekscytujące thrillery mają szybkie tempo i zaskakują niemal na każdej stronie. Zdecydowanie polecam”. – Karin Slaughter Czy jest bohaterem? Osiem lat temu starszy brat Sharlah Nay Rash zatłukł pijanego ojca kijem bejsbolowym, by uratować im...
W dzisiejszym świecie pełnym coraz to nowych odkryć dotyczących zasad żywienia i modnych diet, łatwo się pogubić. Nie jesteśmy w stanie śledzić wszystkich nowinek naukowych ani też ich zweryfikować. Krystyna Naszkowska postanowiła sprawdzić u źródła jak jest naprawdę. Czy jaja nas żywią czy trują?...
Kiedy przemoc staje się codziennością.   Jak wiele jest na świecie rodzin, które wydają się być szczęśliwe, poukładane i pełne miłości, a tymczasem za ścianami ich wygodnych domów rozgrywa się prawdziwy dramat? Bohaterka „Ocalić siebie” opowiada historię jednej z takich rodzin, poruszającą tym ba...
Najnowszy kodeks (stan prawny na dzień 1 lutego 2015 r.) – wygodny kieszonkowy format, artykuły opatrzone nazwami z wyjaśnieniem ich sensu, indeks rzeczowy ułatwiający wyszukiwanie zagadnień....
Monografia jest jedynym na rynku wydawniczym opracowaniem w całości dotyczącym zagadnienia klauzuli rzeczywistego beneficjenta w międzynarodowym prawie podatkowym. Mimo że pojęcie "rzeczywisty beneficjent" stanowi jeden z fundamentalnych terminów umów o unikaniu podwójnego opodatkowania, je...
Wiosna 1963 roku. Po kolejnym nieudanym zamachu na prezydenta Francji Charles'a de Gaulle'a szef komórki operacyjnej organizacji terrorystycznej OAS, Marc Rodin, wynajmuje zawodowego zabójcę. Tajemniczy Anglik posługujący się pseudonimem Szakal układa misterny plan zamachu. O zamiarach OAS dowiaduj...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Piotr Langenfeld

PiotrLangenfeldAFGANISTANDOTKNĄŁEM WOJNY

Dla Diany

Od Autora

Afganistan. Polakom w większości nic to nie
mówi.

Wojna w tym odległym kraju pojawia się w serwisach
informacyjnych, kiedy ktoś tam zginie, coś wybuchnie. Czasem jacyś
młodociani myśliciele z arafatką na szyi wygłoszą kilka antywojennych
frazesów, zarzucając NATO zbrodniczą działalność. Wielu zaczyna
bronić talibów, jakby bili się oni o własną ojczyznę, broniąc
jej przed hordami zachodnich armii. Przeczytałem kiedyś w komentarzu
internetowego „specjalisty”, że taliban jest jak polska partyzantka
z czasów drugiej wojny światowej. Pewien naukowiec wręcz potępiał
NATO, stając w obronie talibów jako może nie najlepszych na świecie
bojowników, ale mających swoje racje.

Co łączy wszystkie te grupy, wyspecjalizowane
w tworzeniu opisów Afganistanu?

Nigdy tam nie byli. Nigdy nie widzieli Pasztuna,
a co dopiero taliba. Ci, którzy byli w Afganistanie i poznali ten kraj,
giną w tłumie gadających głów czerpiących wiedzę z mediów lub
lepszych bądź gorszych raportów.

Czym jest Afganistan? Jak wygląda ta wojna? Te
pytania męczyły mnie od 2001 roku, kiedy zaczęła się wojna
z terroryzmem. Jako że w życiu napisałem kilka artykułów, kolega z US
Army zaproponował mi, żebym jako korespondent poprosił o przydział do
którejś z jednostek w Afganistanie. Rzecz zupełnie powszechna wśród
zachodnich dziennikarzy. Miałem sam się przekonać, jak tam jest,
bez większych ograniczeń i problemów. Amerykanie to otwarty naród,
gotowy pokazać swoje działania zgodnie z prawdziwie demokratycznymi
zasadami.

– Nawet jeśli napiszesz o nas źle i same bzdury,
będziesz mógł tu wrócić – powiedział mi jeden z oficerów. –
Otwartość na media to jeden z filarów naszej pracy.

To wojna inna niż te znane nam z podręczników
historii. To wojna dziwna, w której nie ma – jak by nie patrzeć
– ludobójstwa i hekatomby. Zachodnie armie mimo błędów walczą
ostrożnie. Czasem wydaje się, że surowe zasady walki wzbudzają
politowanie wśród wrogów. NATO nie walczy jak Sowieci, nie równa
z ziemią całych wsi. Uważam, że dzięki takiej ostrożnej taktyce
rebelianci są w stanie do dziś stawiać opór.

W walkach w Afganistanie zginęło mniej żołnierzy
NATO niż w jednej przeciętnej bitwie drugiej wojny światowej.
A wojna trwa już dziesiąty rok. Walczymy z wrogiem daleko, odsuwając
niebezpieczeństwo od naszych granic, jednocześnie szkoląc armię
w najtrudniejszych warunkach, w prawdziwej walce.

Smuci brak spójności, pomysłu, a czasem i woli
walki sprzymierzonych. Zwłaszcza rządy europejskie, poddawane krytyce
lewackich środowisk, nie palą się do posyłania swych wojsk w ogień
walki. Ten brak jedności może kosztować NATO porażkę.

W tej wojnie lwią część działań prowadzą
siły zbrojne USA. O nich głównie jest ta książka. Wojna to nie tylko
wybuchy i śmierć. Niewielkie bazy gdzieś górach stają się ośrodkami
pomocy dla zacofanych wsi, nierzadko atakowanych i zastraszanych przez
talibów i ich popleczników.

Wielu ludzi z wymienionych przeze mnie grup
powie: „Propaganda!”. Nie, to nie propaganda. To współczesny
Afganistan. Pełen biedy, korupcji, ale też dobrych i dzielnych
ludzi. Tego nie pokazują stacje telewizyjne, tego próżno szukać
w portalach internetowych. Szkoły, meczety, książki, zwyczajne życie –
to zajmuje na co dzień Afgańczyków. Potem bezpieczeństwo, egzekucje
i skorumpowana policja. Ale cóż, o tym domorośli eksperci nie mogą
czerpać wiedzy z telewizora.

Nie twierdzę, że poznałem Afganistan. Ale
byłem, widziałem, mam swoje zdanie.

Wstęp

To miał być spokojny patrol. Nic
szczególnego. Mieliśmy obejść dwie najbliższe wsie. Droga początkowo
prowadziła wąskim i płytkim parowem, który mimo wszystko dawał
nam poczucie ochrony przed wścibskimi oczami. Po kilkunastu minutach
byliśmy na miejscu.

– Jim, weź dwóch ludzi i biegiem na tamten
pagórek – Boston nawet nie patrzył w stronę żołnierzy, wydając
rozkaz.

Kątem oka dostrzegłem trzy pochylone sylwetki,
biegnące pod niewielkie wzniesienie.

– Bailey – Boston przywołał do siebie jednego
ze strzelców – znajdź sobie spokojne miejsce w którymś z zabudowań,
żebyś miał nas na oku. Pastor pójdzie zaraz za mną.

Kapelan poprawił kamizelkę i odruchowo sprawdził
ładownicę.

– Zapomniałbym – Boston chwilę trzymał
w palcach niezapalone cygaro. – Peter – wskazał palcem na mnie –
masz się trzymać radiotelegrafisty i mnie. Zawsze idziesz za dowódcą,
w środku formacji. Jasne? Janett, pilnuj go, żeby nam tu nie udawał
kowboja.

Radiotelegrafista lekko klepnął mnie w ramię. Na
oko był młodszy ode mnie i niższy. Popatrzyłem na niego
z góry.

– Słuchaj, nie będę… – zacząłem.

– OK – Janett zignorował mnie zupełnie.

Splunął i dokończył:

– Idziesz za mną.

Boston włożył cygaro do ust i ruszyliśmy do
wsi.

Budynki o wysokich murach wyglądały na zniszczone
i opuszczone. Dopiero kiedy znaleźliśmy się między zabudowaniami,
pojawili się jacyś ludzie. Kilka kobiet prało w strumieniu. Gdy
wyszliśmy na otwartą przestrzeń, w ułamku sekundy zasłoniły
twarze.

Z drugiej strony do osady wkroczył patrol
afgańskiej armii. Żołnierze szybko zaczęli o coś wypytywać
mieszkańców. Od razu zebrała się wokół nich spora grupka
gestykulujących ludzi. Dopiero teraz zauważyliśmy na jednym z domów
antenę satelitarną.

– Hej, Alik – porucznik wezwał tłumacza. –
Pędź do tych z ANA i powiedz, że chcemy wejść do domu
z anteną.

Parę minut później byliśmy w środku. Na małym
stoliku leżało kilka telefonów komórkowych.

– Popatrz, kurwa – Janett, który wcisnął się
za mną do pomieszczenia, nie przebierał w słowach. – Jeden sygnał,
jeden dzwonek i ktoś gdzieś bierze nas na muszkę. Albo odpala ładunek
i lecimy w kawałeczkach do nieba…

– Rimpley, Scott, biegiem do drogi – Boston nie
tracił czasu na gadanie. – Szukajcie spotera, obserwatora. Pewnie
gdzieś się tu kręci.

Zatrzymali go szybko. W chacie pojawili się kolejni
afgańscy żołnierze. Ich porucznik tylko czekał, żeby zacząć
przepytywać podejrzanego. Wycofaliśmy się na zewnątrz. Wiedziałem,
że tutaj nie będzie ławy przysięgłych

– Wyciągną z niego wszystko, bez obaw – Boston
stanął koło mnie. – Kilka tygodni temu talibowie zmasakrowali
rekrutów do ANA. W ładunkach były gwoździe i odłamki szkła. Wielu
z żołnierzy tego patrolu – wskazał na ludzi otaczających domek
z anteną – straciło wtedy braci i kuzynów. Nie odpuszczą mu.

Ktoś sięgnął do manierki, ktoś zapalił
papierosa. Milczeliśmy. Wreszcie ruszyliśmy w kierunku domu z zielonymi
okiennicami. Spostrzegłem Baileya, który zmieniał stanowisko. Dom
stał na skraju wsi i z jego dachu bardzo dobrze widać było
„Cherokee”. Kilka tygodni temu rebelianci wypędzili mieszkańców,
tworząc z ich gospodarstwa fortecę. Ustawili moździerz i zaczęli
ostrzał. Amerykanów uratował członek starszyzny. Pokonał strach
i przybiegł na posterunek prosić o pomoc.

Zapukaliśmy do domu.

– Jeszcze nigdy nie widziałeś tak zaskoczonego
człowieka – Boston pokazał uchylające się drzwi.

Faktycznie – na oko sześćdziesiącioletni
mężczyzna patrzył na nas w niemym zdumieniu. Boston zaśmiał się
głośno.

– Zapytaj go, to powie, że nic się
tu nie dzieje, nic się nie wydarzyło. A on nigdy nie był u nas
w bazie. Uratowaliśmy mu dom i prawdopodobnie życie, a on udaje, że
w ogóle nas nie poznaje.

Bailey ulokował się na niewielkiej glinianej
obórce i osłaniał nas swoim M14. Trochę dalej przy drodze ułożył
się strzelec z M240. Ruszyliśmy do kolejnych domów.

Przed jednym z nich siedzieli ojciec i syn. Pastor
wraz z naszym tłumaczem zapytał ich o mułłę, wskazując na Koran,
który starzec trzymał na kolanach. Boston nieszczególnie interesował
się rozmową; całą uwagę skupił na zachowaniu młodszego
z Afgańczyków, który nerwowo rozglądał się po okolicy. Wokół nas
zrobił się tłok. Ludzie podeszli, żeby przysłuchać się rozmowie
pastora ze starcem.

– Szefie – żołnierz mówił cicho, aby nie
przerywać toczącej się rozmowy. – Musi pan to zobaczyć – wskazał
dwóch żołnierzy stojących koło kontrolowanego samochodu.

Jeszcze nie zdążyliśmy podejść w tamtą stronę,
gdy do porucznika zbliżył się ubrany na biało młody Afgańczyk. Na
głowie miał kolorową czapkę wyszywaną cekinami. Ukucnęli pod
rachitycznym drzewem

– Chcę przejechać – powiedział łamanym
angielskim i pokazał na stojący trochę na uboczu stary odrapany
samochód.

– Czemu pytasz o pozwolenie? – Boston był
zaskoczony.

W oddali pojawił się motocyklista. Afgańczyk
próbował wstać.

– Co ty kombinujesz? – Boston chwycił go za
ramię, uniemożliwiając mu wyprostowanie się. – Boisz się?

– Nie – odparł uśmiechnięty Afgańczyk. –
Jestem mężczyzną jak i ty i nie boję się.

– Jesteś pedałem, a nie mężczyzną –
przywalił Boston. – Przekombinowałeś z tą czapką.

Afgańczyk rozejrzał się niespokojnie.

– To jak, mogę? – zapytał po chwili.

– Coś ci źle z oczu patrzy! Gdzie masz
wóz? Sprawdzimy cię, kolego.

Paręset metrów dalej przy niskim murku stały
dwie toyoty. Pierwsza należała do człowieka w czapce – to ten
samochód przed chwilą sprawdzali nasi ludzie. Kierowcą drugiego
pojazdu był młody facet z dwójką dzieci i jakimś starcem na
tylnym siedzeniu. Wyraźnie trząsł się ze strachu. Na polecenie
Bostona wyszedł z samochodu, dygocząc. Podeszliśmy ostrożnie. Kilku
żołnierzy stanęło wokół samochodu. Nawet nie wiem, kiedy dotarł
pastor z tłumaczem. Zajrzeli do wnętrza.

– Boston, wzywaj saperów – usłyszałem
stłumiony krzyk z samochodu.

Scotti podbiegł, nie pytając o nic. Po chwili też
byłem przy aucie.

– O pierdolec – mój opiekun wytarł czoło
dłonią. – Jebany pierdolec – powtarzał.

Z kratki nawiewu wystawały kable, widać było
kolejny przewód przypięty do podłogi i ciągnący się wzdłuż progu
– pewnie aż do wyładowanego materiałem wybuchowym bagażnika.

– Nie my mieliśmy być celem – Boston pokazał
żołnierzy afgańskich przed domkiem z anteną satelitarną. – To
oni mieli zginąć.

Nie do końca rozumiałem, skąd Boston miał
tę pewność. Dopiero teraz zobaczyłem, że trzymał w ręku jakiś
dokument, a nasz tłumacz coś mu szybko wyjaśniał. Okazało się,
że kierowca miał podróbkę oficjalnej, urzędowej przepustki, która
pozwalała mu przejeżdżać przez policyjne posterunki. Celem ataku
miał być posterunek policyjny lub wojskowy.

– Już po tobie – Boston popchnął
Afgańczyka na ziemię.

– Możecie mnie tylko zabić – rzucił po
angielsku, patrząc gdzieś ponad nami.

– Nie, kolego, nawet nie wiesz, jak bardzo się
mylisz – porucznik wyciągnął palec w jego kierunku. – My uwiniemy
się z tobą szybko. Ale potem oddamy cię ludziom z ANA.

– Oni nie są, oni nie są… – widać było,
że szukał brakujących słów. – Oni są Tadżykami – wyrzucił
wreszcie jednym tchem. – To swołocz!

– No tak – rzucił Boston. – A ty zabiłeś
ich rodaków.

Część pierwsza Wiosna

△ Afganistan

Bagram i Chost

Ze snu wyrwały mnie gwałtowne
turbulencje. Spojrzałem za okno – przelatywaliśmy przez gęstą
warstwę chmur. Rozejrzałem się po kabinie, próbując jednocześnie
coś zrobić z nogami. Cholera, przecież to nic nie
da, pomyślałem. Ile nowych pozycji można znaleźć,
siedząc ciągle w tym samym miejscu? Sprawdziłem, jak daleko jest
wyjście awaryjne. Moje stawy krzyczały. Byłem gotów wysiąść
natychmiast.

W co ja się wpakowałem, po co mi
to było – przeszło mi przez głowę. Zamknąłem oczy,
ale nie mogłem zasnąć. Przypominała mi się każda minuta
z kilkudziesięciu minionych godzin.

Ponad dwadzieścia godzin spędziłem w Dubaju,
w terminalu drugiej kategorii obsługującym loty do dzikich krajów,
takich jak Bangladesz czy właśnie Afganistan. Oj, nie była to luksusowa
część słynnego portu lotniczego w stolicy Emiratów. Już zawsze
Dubaj będzie mi się kojarzyć z ciepłą wodą mineralną, równie
ciepłą colą, zapachem potu malezyjskich robotników i wszechobecnym
pyłem…

Potem był lot afgańskimi liniami Pamir – jedynymi,
w których bilet dało się zabukować przez internet. Wysłużony
boeing, zaledwie kilkunastu pasażerów i załoga ze środkowej Azji,
która nie bardzo rozumiała angielski.

Samolot poderwał się do lotu, trochę tylko mocniej
trzęsąc i wolniej niż zwykle reagując na polecenia pilota. Ale poza
tym wszystko wyglądało normalnie. Była nawet instrukcja na wypadek
katastrofy i pasy.

– Loteria, wielka loteria dla naszych drogich
pasażerów! – kilkanaście minut później steward rozdarł się,
jakby przekrzykiwał klientów na wielkim bazarze.

Błyskawicznie zebrał karty pokładowe, każdą
z nich umieścił w plastikowym opakowaniu i wrzucił je wszystkie do
czarnego worka.

– Zamieszamy i wybierzemy szczęśliwca, który
wygra sto dolarów – perorował dalej. – To nagroda za lojalność
i zachęta do latania naszymi liniami.

Jego ręka cały czas mieszała w worku. Co chwila
podnosił go tak, by wszyscy mogli zobaczyć, że nic nie wypadło.

– A teraz nasza radość niech będzie waszą! –
krzyknął steward i wyciągnął z worka jedną z kart.

– Wygrywa, wygrywa… – słowo ciągnęło
się w nieskończoność między kilkunastoma pasażerami. Aż wreszcie
zamieniło się w nazwisko, by w którymś z rzędów wyrwać z fotela
starszego mężczyznę. „Wyrwać” to jednak za dużo powiedziane,
raczej „dostojnie podnieść”. Mężczyzna nie był specjalnie
zaskoczony. Dumnie przyjął studolarowy banknot i zaszczycił nas
wyniosłym spojrzeniem, po czym zagłębił się na powrót w fotelu. Wraz
z nim z kabiny ulotnił się steward.

– Pewnie to lokalny urzędnik – odezwał się
po angielsku ktoś za mną.

– Albo celnik – dopowiedział jego sąsiad.

Za oknem spod towarzyszącej nam od startu warstwy
chmur pokazały się ośnieżone szczyty gór, meandrujące koryta rzek,
małe poletka oraz mniejsze i większe zabudowania. Z rozważań wyrwał
mnie skandowany szkolnym angielskim komunikat: Proszę zapiąć
pasy, samolot podchodzi do lądowania!

Stolica

Port lotniczy w Kabulu z zewnątrz sprawiał całkiem
dobre wrażenie – kilka samolotów, dużo śmigłowców (głównie
ONZ-u), maszyny wojskowe i dość nowoczesny budynek odpraw. Po wyjściu
z samolotu czekała nas przesiadka do starego autobusu i krótki przejazd
pod terminal.

Wnętrze budynku wyglądało już inaczej. Małe,
ciemne pomieszczenie pełne było dopiero co przybyłych podróżnych,
którzy w zniecierpliwieniu czekali na odprawę. Amerykanie, Kanadyjczycy;
poza tym Arabowie i Pasztunowie.

Stanąłem na końcu kolejki. Przede mną ustawili
się inni pasażerowie z naszego samolotu, było też kilka osób,
których nie zauważyłem wcześniej.

Strażnikom granicznym bynajmniej się nie spieszyło,
bardzo przykładali się do pracy, wesoło sobie rozmawiali. Mimo
to wszyscy ci, którzy stali przede mną, w miarę przesuwania się
kolejki wydawali się coraz mniejsi. Krok za krokiem pochylali się
coraz niżej. Nie tylko Afgańczycy. Kiedy przyszła moja kolej, podając
dokumenty, starałem się patrzeć tylko na własne sznurówki. Wreszcie
upragniona trójkątna pieczątka znalazła się w moim paszporcie;
mogłem ruszać dalej.

Telefon, muszę dostać się do
telefonu, pomyślałem gorączkowo i rozejrzałem się
po sali przylotów. Łatwo powiedzieć… Europejskie telefony tu nie
działają. Poprosiłem w końcu o pomoc policjanta, okazało się jednak,
że nie zna angielskiego. Siedział na koszu na śmieci i z dziwnym
wyrazem twarzy wpatrywał się w mój list potwierdzający akredytację,
jaką dostałem od Amerykanów. Wreszcie zawołał kolegę, który umiał
powiedzieć coś po angielsku. Trafiłem do naczelnika. Siedział za
ogromnym biurkiem, zajmującym prawie całe pomieszczenie. Moi opiekunowie
już z daleka mu salutowali, a potem dumnie ściskali dłoń. Szybko
i grzecznie wyjaśniłem sprawę. Naczelnik tylko przelotnie rzucał
na mnie okiem, właściwie odniosłem wrażenie, że parująca przed
nim szklanka herbaty była ważniejsza. Po krótkiej i zupełnie dla
mnie niezrozumiałej wymianie zdań do pokoiku wcisnął się kolejny
policjant.

– Który raz w Afganistanie? – zapytał,
wyciągając palec w moim kierunku.

– Pierwszy – odpowiedziałem.

– Mhm, pierwszy – powtórzył i dalej kartkował
mój paszport.

– Poland – wycedził wolno. – Dobra –
rzucił po chwili – jesteś pierwszy raz, to mogę ci pomóc. Zadzwonię
do Amerykanów.

Rozmowa trwała kilkadziesiąt sekund. Miałem
wziąć taksówkę.

…………………………

Stałem potem przed terminalem i zastanawiałem
się, skąd niby mam tutaj wziąć taryfę. Teren lotniska otoczony
był płotem. Przede mną rozciągał się betonowy plac i coś,
co mogłoby być trawnikiem, gdyby ktoś regularnie to podlewał,
trochę dalej widać było bramę i ulicę prowadzącą do miasta, a na
jej końcu – pomnik z sowieckiego szturmowego Suchoja. Noga za nogą
powlokłem się w kierunku bramy. Po kilku krokach pot lał się ze mnie
strumieniami, a kurz zatykał mi usta i nos. Mój Boże, co ja
tutaj robię, myślałem, maszerując. Jeszcze sto
metrów i musi coś być. Oczami wyobraźni widziałem już
nawet klimatyzację i zimne napoje. Wszystko to w taksówce, która na
pewno czeka tu specjalnie na mnie. Dotarłem do ogrodzenia. Dopiero
teraz zobaczyłem grupę starszych mężczyzn leniwie opartych
o samochody.

Najpierw
pieniądze. Uświadomiłem sobie, że nie mam afganów, tylko
dolary. Chwilę jeszcze krążyłem po betonie na granicy omdlenia
z upału, wreszcie między samochodami dostrzegłem kolorowy parasol
i trochę więcej głów. Mały straganik. Brodaty staruszek siedział
pod starym parasolem Coca-Coli, przy gablotce podobnej do takiej,
z której w Krakowie sprzedaje się obwarzanki. Wewnątrz miał karty
telefoniczne i komórki wszelkiej maści, wszystko wyłożone niemal na
jezdni, w niesamowitym ruchu i hałasie. Sto dolarów to jakieś pięć
tysięcy afgani. Schowałem je do portfela; dopiero teraz zauważyli mnie
brodacze przy samochodach. Spomiędzy tłumu wybijał się właściciel
fantazyjnie narzuconej na ramiona arafatki.

– Pan idzie tu, pan idzie tu – wyraźnie
najmłodszy wśród nich, krzyczał i żywo gestykulował dłońmi.

Patrzyłem, który spośród zdezelowanych
samochodów wskaże. Wybór był prawie żaden. Chyba tylko w Hawanie
znalazłbym starsze auta.

– My jesteśmy legalna firma, my zawieziemy
pana bezpiecznie. Pan idzie tu – naganiacz machał mi przed oczami
zalaminowanym kartonikiem z mocno rozmazanym zdjęciem.

Z rezygnacją pokiwałem głową i wsiadłem do
czegoś, co kiedyś było toyotą corrolą. Kierowca bacznie przyglądał
mi się we wstecznym lusterku. Bezczelnie robiłem to samo. W końcu
ruszyliśmy.

Przed nami rozciągał się Kabul. Tumany kurzu
spowijały każdą ulicę. Ruch kołowy wydawał się niekontrolowany
przez nikogo. Budynki stare, odrapane, niektóre zniszczone. Śmieci
i przydrożne stragany, na których leżały poćwiartowane zwierzęta,
słodycze, telefony, telewizory, owoce – istne mydło i powidło. Auta
wjeżdżały w każdą lukę, nikt nie czekał na swoją kolej, omijali
się, wjeżdżając bez ostrzeżenia na lewy pas, wykorzystując nawet
coś, co przypominało chodnik. Nieustanny jazgot klaksonów przerywały
wrzaski kierowców i przechodniów. Piesi jak zwierzyna łowna uciekali
wprost spod zderzaków. Skłonny byłem się założyć, że przynajmniej
raz w ciągu dnia ktoś tu przejeżdża komuś po nogach. Minęliśmy
amerykańską ambasadę. Betonowe zapory, drut kolczasty, posterunki,
a w nich uzbrojeni po zęby żołnierze. Wyglądało to prawie jak
średniowieczna forteca.

Zobaczyłem pierwszy patrol NATO, który przejechał
tak szybko, że nie zdołałem rozpoznać, jaka to armia. Kilka ulic
dalej wyprzedziła nas kolumna czarnych aut terenowych z przyciemnionymi
szybami. W ostatnim siedziała ochrona, wypatrująca zagrożeń przez
otwartą tylną szybę. W tumanie kurzu błysnął promień celownika
laserowego.

Wreszcie opuściliśmy śródmieście dziurawą
jak sito drogą. Setki ciężarówek upstrzonych frędzelkami, gwiazdkami
i płytami CD utrudniały nam podróż. Mój szofer nie robił sobie
z tego wiele. Wymijał poboczem lub środkiem, nie zważając na
policjanta z drogówki, a gdy coś mu stanęło na drodze, trąbił
lub mrugał światłami. I pomyśleć, że tak jeździ tu większość
kierowców.

Co kilkaset metrów pojawiały się kolejne
posterunki – tym razem były to „tylko” umocnione stanowiska
karabinów maszynowych i ukryte z tyłu małe budki. Nad nimi dumnie
powiewały afgańskie flagi. Gdyby nie one, zabudowania przypominałyby
przydrożne stragany.

Naboje, granaty, AK-47,
wyobrażałem sobie przez moment zachwalającego swój
towar kupca. Pan szanowny kupi, dołożę semtex
gratis…

Nagle zahamowaliśmy tak gwałtownie, że walnąłem
głową w oparcie przedniego fotela. Mój kierowca coś krzyczał
i gwałtownie gestykulował, ale przynajmniej na moment zwolnił. Przed
nami wyrósł konwój Armii Afgańskiej. Wśród pojazdów wyróżniały
się lśniące nowością cysterny. Kawalkadę osłaniało kilkunastu
żołnierzy w pick-upach. Twarze mieli obwiązane chustami, na oczach
gogle, w rękach broń. Uprzejmość uprzejmością, ale czas to
pieniądze; nasz samochód wyrwał nagle poboczem i, nie zważając
na klaksony i nerwowe wymachiwanie bronią, zaczął slalom między
wojskowymi pojazdami.

– Stop, stop! – krzyknąłem, kiedy zauważyłem,
że jeden z żołnierzy nie bez żartów wycelował w nas karabin.

– Don’t worry, don’t worry
– zanucił pod nosem kierowca i na kilka minut zajął miejsce
w konwoju. Kilka minut potem znów rwaliśmy poboczem, wykorzystując
chwilową nieuwagę żołnierzy. Kolejne ciężarówki i posterunki. Za
nami, przed nami i wokół nas nieustannie wznosiła się chmura
pyłu.

– Zamknij okno – krzyknąłem do pogwizdującego
kierowcy.

Kiedy poklepywanie w ramię sprawiło, że tylko
przyspieszył, poważnie rozważałem zmasakrowanie mu potylicy. Nagle
dostrzegłem ludzi tuż przed nami, wprost na naszej drodze. Ułamek
sekundy później złapałem się na tym, że wciskam nogę w podłogę,
szukając pedału hamulca, a ręce nerwowo zaciskam na przednim
fotelu. Zahamowaliśmy tak gwałtownie, że znów walnąłem głową
w oparcie fotela. Przez moment nie widziałem nic, wreszcie dotarło do
mnie, co się stało.

Przed maską samochodu stał policjant. Nawet
na nas nie patrzył. Odruchowo sięgnąłem po paszport. Mundurowy
powiedział coś do kierowcy, który machnął do mnie ręką,
mówiąc:

– Sorry.

Po ponad godzinie dotarliśmy do amerykańskiego
posterunku. Nie było w nim żołnierzy, tylko najemnicy jednej
z firm. Wszyscy mieli zasłonięte twarze, tak by nikt z miejscowych ich nie
rozpoznał. Za dodatkowy napiwek kierowca użyczył mi telefonu. Mogłem
zadzwonić do bazy.

Nadal siedziałem w taksówce i obserwowałem sznur
starych rosyjskich ziłów i kamazów, które zwoziły do bazy cegły
i żwir. Każdy z nich musiał odstać swoje, zanim dostał zgodę
na wjazd. Czułem się jak dziecko, które liczy barany. Kwadrans za
kwadransem. Czekałem na łącznika. Wreszcie pojawił się.

Podjechała biała furgonetka, a z niej wyszedł
niski i krępy amerykański żołnierz w pełnym oporządzeniu. Na
rękawie widać było charakterystyczną naszywkę 101 Dywizji
Powietrznodesantowej, słynnych Krzyczących Orłów. Ta dywizja
lądowała w Normandii w 1944 roku, broniła Bastogne w Ardenach,
walczyła w Wietnamie i Zatoce Perskiej. Dziś jest dywizją areomobilną
– jej narzędziem walki są śmigłowce.

Kilka szybko rzuconych słów i załadowałem torby
do jego samochodu. Zamknąłem drzwi i przez chwilę poczułem się jak
w Europie. Klimatyzacja…

Wjechalismy do Bagram, dawnej sowieckiej bazy
lotniczej. Mimo tylu wojen nadal stoją tu budynki wzniesione przez
Rosjan. Życie toczyło się tu ustalonym wojskowym rytmem. Nad
naszymi głowami schodził do lądowania owiany legendą śmigłowiec
szturmowy AH-64 Apache, pogromca czołgów Saddama Husajna z wojny
w Zatoce Perskiej, najgroźniejszy wróg talibów i ich sprzymierzeńców,
uzbrojony w 30-milimetrowe działko, wyrzutnię rakiet niekierowanych
i pocisków Hellfire 2. Zaraz za nim wylądował samolot szturmowy A-10,
właściwie armata ze skrzydłami. Jego wnętrze kryje sześciolufowe
30-milimetrowe działko z wielkim bębnem z zapasem amunicji. Silniki
nie zmieściły się do środka, więc konstruktorzy ulokowali je na
bokach ogona, co nadało tej maszynie charakterystyczny wygląd. Działko
A-10 wydaje specyficzny dźwięk podczas strzelania, a jego pociski ze
zubożonym uranem są w stanie przebić każdy pancerz.

W oddali podnosił się kurz startujących
maszyn. Patrol za patrolem, dwadzieścia cztery godziny na dobę, żeby
nie dać chwili wytchnienia talibom i ich sojusznikom.

Miasteczko na Dzikim Wschodzie

Jechaliśmy główną ulicą bazy nazywaną Disney
Drive. Wąska asfaltowa droga, chodnik, kilka drzewek rosnących
w kilkudziesięciometrowych odstępach. Przeciskaliśmy się między
przysadzistymi terenowymi humvee, pokracznymi minoodpornymi MRAP-ami,
jakimiś ciężarówkami i wszelkiej maści pojazdami, jakie tylko armia
amerykańska zdołała tu ściągnąć. Ona sama lub jej współpracownicy
i sojusznicy.

Polacy, Francuzi, Brytyjczycy. Pełno tu
mundurów. Wielu mężczyzn biegało, inni grali w koszykówkę lub
snuli się pomiędzy budynkami i P/X-ami – te świetnie zaopatrzone
sklepy Amerykanie budują w swoich bazach na całym świecie.

– To jest wojna? – zastawiałem się głośno,
kiwając głową z powątpiewaniem. – To jakiś obóz dla turystów
– tłumaczyłem sam sobie, przechodząc koło sklepów Adidasa
i Harleya-Davidsona. Minąłem Green Beans Coffee.

Wkrótce dotarło do mnie, że są jeszcze siłownie,
sale kinowe, nawet salon fryzjerski dla kobiet. Gdzieś w tle, w scenerii
sennego amerykańskiego miasteczka lądowały samoloty transportowe,
ktoś jechał na patrol, a od czasu do czasu przebijał się do publicznej
wiadomości komunikat o kolejnych kontrolowanych eksplozjach…

Dziwne? Może na pierwszy rzut oka, i to tylko dla
Europejczyka. Amerykanie traktowali to jak coś absolutnie normalnego. Tak
było od zawsze, czyli od drugiej wojny światowej. Zasada jest prosta:
warunki mają być jak najbardziej zbliżone do tych w domu.

…………………………

Przez pierwsze dwa dni wszystko wydawało mi się
ciekawe, ale z biegiem czasu zrobiło się nudno. W końcu przyszła
dobra wiadomość: jutro o trzeciej rano zbiórka. Pojadę do prowincji
Chost na wschodzie Afganistanu. Dostałem przydział do wysuniętej bazy
operacyjnej Salerno.

Niewielka salka terminalu lotniczego wypełniona
była po brzegi żołnierzami US Army lecącymi w najróżniejsze
strony Afganistanu: Kandahar, Dżalalabad itd. Żołnierze służby
czynnej, rezerwiści, „doradcy”, reporterzy. Grupa lecąca do bazy
Salerno liczyła jakieś dwadzieścia osób. Wszyscy siedzieliśmy na
niewielkich, zakurzonych krzesełkach w poczekalni. Wczesnym rankiem,
koło szóstej wydano nam paszporty, które wcześniej zostały zabrane
do kontroli. Każdy dostał rozkaz podróżny, żeby był dowód,
że ktoś opłaca nasze przeloty wojskowymi maszynami. Przed startem
zostaliśmy pouczeni o konieczności noszenia kamizelek kuloodpornych
i hełmów. Wojskowy autobus dowiózł nas pod sam samolot.

Wielki, czterosilnikowy samolot transportowy
C-130 Hercules był zapakowany paletami z jakimś sprzętem
i skrzyniami. Zajęliśmy miejsca tuż za ładunkiem, na niewygodnych
krzesełkach z rurek i materiału. Obok mnie usiadło dwóch
korespondentów i dość wiekowy żołnierz sił specjalnych, który –
jak twierdził – „teraz tylko doradza”. Wyglądał jak święty
Mikołaj z dużym brzuchem i siwą brodą, tylko zamiast worka
z prezentami miał karabinek M4.

Samolot rozpoczął kołowanie, przyśpieszył,
wszystkimi szarpnęło dość nieprzyjemnie i już byliśmy
w powietrzu. Lot trwał tylko czterdzieści minut. I zakończył się
równie niespodziewanie, jak rozpoczął. W maszynach wojskowych
nie ma czasu na finezje znane z linii cywilnych. Poczuliśmy
tylko rosnące ciśnienie w uszach i kilka minut później maszyna
uderzyła w ziemię. Przez moment z nerwowym napięciem spoglądaliśmy
wszyscy na liny zabezpieczające ładunek… Puszczą, nie
puszczą – kołatało się w naszych głowach. Wytrzymały.
A ja byłem na miejscu, w bazie Salerno.

△ CHOST

Nariza

Długi ziemny pas startowy otoczony był płotem
i drutem kolczastym. Dalej ciągnęły się zabudowania bazy, wieże
strażnicze, a wokół bazy – góry. W drewnianym budynku terminalu
było tłoczno, wielu żołnierzy czekało na loty do wysuniętych baz
operacyjnych i posterunków.

◊ Prowincja Chost z lotu ptaka; mieszanina
nieurodzajnych pustyń, gór i zielonych pól nawadnianych przez
miejscowych rolników. Wioski ciągną się tu kilometrami,
a niemal każdy dom budowany jest jak mała forteca.

Jeden z poruczników złościł się, że nie
przygotowano lotu dla niego i jego ludzi. Ledwo opanowywał nerwy.

– Mam gdzieś, że nie ma miejsca w śmigłowcu
– pluł na wystraszonego kaprala. – Czekamy na lot już trzy
dni. Masz znaleźć miejsce, rozumiesz? – wpatrywał się w rozmówcę
przekrwionymi ze złości oczami.

– Tak jest, sir. Tak jest
– powtarzał wystraszony żołnierz. – Zaraz się tym zajmę.

– Cholerne miejsce! – krzyknął na koniec oficer,
wznosząc ręce ku niebu.

Przywitał nas major Gregory organizujący
przydziały dla korespondentów w tym rejonie. Baza była spora,
choć nie tak jak Bagram. Mieszkało w niej około trzech tysięcy
ludzi, a mimo to wydawała się pusta i cicha. Co jakiś czas tylko
na lotnisku lądowały śmigłowce. To baza 1 Batalionu 501 Pułku, 4
Brygady Powietrznodesantowej z 25 Dywizji Piechoty. Było tu wszystko,
od zwyczajowego P/X-a po kawiarnie, siłownie, centrum rozrywki, ba
– nawet bazar pełen podróbek i lokalnego rękodzieła. Niestety,
ciupagi nie udało mi się znaleźć.

Około 19.30 zaczęły się nocne ćwiczenia na
strzelnicy. Serie broni maszynowej odbijały się echem od gór, podobnie
jak okrzyki amerykańskich żołnierzy. Około szóstej rano gdzieś na
skraju linii obrony słychać było eksplozje, najprawdopodobniej granatu
moździerzowego. Otaczające bazę szerokim pierścieniem posterunki
są atakowane co jakiś czas przez młodych zapaleńców, którzy nie
wiedzą chyba, że nie są w stanie zagrozić placówce. Wciąż jednak
wracają i raz za razem próbują – pytanie, kto kogo przechytrzy
i trafi na słabszy moment. Chwilę potem wystartowały śmigłowce
szturmowe AH-64, które przez prawie dwie godziny wyszukiwały pozycje
rebeliantów, żeby je potem ostrzelać. Tu śmigłowce pełnią
rolę odstraszającą. Startują parami kilka razy na dobę i latają
nad szeroką doliną, w której leży Salerno. Rebelianci się ich
boją.

…………………………

Któregoś dnia rano zaczepił mnie sierżant
Burns. Wpadł do baraku, w którym mieszkałem, z okrzykiem:

– Za dziesięć minut czeka na ciebie dowódca
bazy!

– Jasna cholera – pomyślałem. – Masz ci
niespodziankę.

Odszukałem notes i zacząłem wymyślać pytania. Nie
mogłem przecież wyjść na zupełnego kretyna. Burns czekał w swojej
toyocie i grzał silnik.

TOC, Tactical Operation Center,
centrum dowodzenia, usytuowane zostało przy skrzyżowaniu dróg
prowadzących na lotnisko oraz do parku maszyn, w jednym z najruchliwszych
miejsc w bazie. Wewnątrz przywitał nas sierżant major batalionu
i od razu zaprowadził do biura podpułkownika Smitha. Dowódca wpadł
do pokoju w przepoconym podkoszulku, spodenkach i adidasach, prosto
z porannego joggingu. Szczupły, wysportowany i pełen energii.

– Witaj – uścisnął mi rękę. – Jak masz
na imię?

– Peter – w ostatniej chwili przypomniałem
sobie radę niemieckiego fotografa Simona, że angielska wersja mojego
imienia będzie prostsza do wymówienia.

Biuro było obite boazerią. Usiadłem w fotelu obok
stolika, na którym stał jakiś kolorowy sztuczny kwiat z gatunku ozdób
modnych w Polsce kilkanaście lat temu.

– Prezent od gubernatora – uśmiechnął się
Smith – nie mogę go wyrzucić…

– Niezły ma gust – zażartował Burns, siadając
obok mnie.

– Musi tu stać, bo się obrażą, choć sam nie
wiem, co to jest – podpułkownik otworzył laptopa i wziął do ręki
jakieś papiery. – A więc jesteś z Polski?

– Tak jest – odpowiedziałem szybko, przejęty
sytuacją.

Podpułkownik, jak wielu oficerów, był
bezpośredni.

– Polacy to nasi najlepsi sojusznicy, dobrze
walczą. To znaczy mamy wielu sojuszników w NATO, ale wy, Polacy,
macie zapał do walki – mówił z kurtuazją.

Zajrzał zza biurka do pokoju obok, jakby chciał
się upewnić, że nikt nie podsłuchuje.

– A Francuzi to cipy! – dodał z poważną
miną.

Burns wzdrygnął się i aż podskoczył
zaniepokojony. Uśmiechnąłem się.

– Jesteś pierwszy raz w kraju?

– Tak – potwierdziłem, ściskając notes
i czekając, kiedy będę mógł zadać pytanie. Choć wcale się do tego
nie paliłem.

△ Birds are coming – ptaki
nadlatują. Śmigłowce CH-47 Chinook oraz maszyny „Ginle Air”
to najszybsza i najpewniejsza forma transportu i zaopatrywania
baz w dolinie Chostu, ale i w całym Afganistanie.

– Pij dużo. Mamy więcej ofiar z odwodnienia niż
od kul nieprzyjaciela – zaśmiał się.

Burns jakby zapadł w letarg, bo przestał się
ruszać. Myślałem przez moment, że zasnął.

– Miałeś jechać do jednostki
saperów. Zmieniłem zdanie. Pojedziesz do piechoty w Kompanii D. Robią
świetną robotę i nie jest nudno – wskazywał mi jakieś punkty
na mapie.

– Słyszałem, że dużo się tu strzela –
przerwałem. – Rebelianci atakują zewnętrzne posterunki?

– Cały czas – podpułkownik otworzył szerzej
oczy. – Ciągle im mało. Po to mamy apacze, żeby ich odstraszać
– dodał z pewnością w głosie.

Zamilkł i rzucił okiem na moją teczkę.

– Stowarzyszenie Big Red One? Jesteś
w stowarzyszeniu 1 Dywizji Piechoty? – zapytał niepewnie.

– Tak jest.

Oficer ożywił się.

– Sam byłem w Big Red One!

– Moja grupa zajmuje się rekonstrukcjami
historycznymi, jeździmy na rocznice w historyczne miejsca, organizujemy
inscenizacje, jesteśmy największym takim zespołem w Polsce. Za dwa
miesiące D-Day…

– Wiem – prawie krzyknął. – Normandia. Pointe
du Hoc, Omaha…

– Burns – wskazał na sierżanta, który
wystraszony podskoczył w fotelu. – Byłeś kiedyś w Normandii?

– Nie, sir.

– To masz pojechać. Zobaczyć to miejsce. Ten klif,
te białe krzyże – rozpędzał się oficer. – Byłem dowódcą
kompanii w Big Red. Stowarzyszenie… he – odłożył teczkę
i spojrzał na mnie. – Będziesz miał, co zechcesz. Za dwa tygodnie
polecisz na air assault w góry.

– Dziękuję.

– Jutro z rana lecisz do Narizy. Uważaj na
siebie – uśmiechnął się i podniósł z krzesła, wyciągając
dłoń.

Opuszczając sztab, byłem zadowolony. Air
assault, desant przeprowadzony przez piechotę na
śmigłowcach, to nie lada gratka. Nawet ekipom CNN trudno się dostać
na taką misję.

Puma

Słońce wschodziło nad górami, coraz mocniej
przygrzewając. Wiosna była w pełnym rozkwicie, drzewa już się
zazieleniły, podobnie jak trawa gdzieniegdzie przebijająca spod
kamienistej ziemi. O piątej rano z bagażami, ubrany w kamizelkę
kuloodporną, siedziałem na schodach. Wielki C-130 zniżył lot,
podchodząc do lądowania, i w ostatniej chwili odpalił serię
pułapek termicznych, które miały zmylić ewentualne rakiety typu
ziemia–powietrze. Kolejny dzień pracy na lotnisku. Żołnierz, który
dowiózł mnie do PAX, terminalu pasażerskiego, był albo zaspany,
albo za często stykał się z haszyszem. Miał tępawy wzrok, snuł
się flegmatycznie i leniwie, mówił wolno i w ogóle wyglądało na to,
że zaraz zaśnie lub zemdleje i potłucze swoje grube okulary.

– O ósmej przyleci śmigłowiec. Wiesz, taki
duży, zielony – mówił spokojnie, prostymi słowami, jak nauczyciel
do dziecka w pierwszej klasie. – Jakby były problemy, to tu masz
mój numer – podał mi kartkę, pożegnał się i szybko zniknął
za rogiem.

Śmigłowiec Puma prywatnej firmy Presidential Airways
wylądował na lotnisku, wyrzucając w górę chmurę kurzu. Technik
– grubszy facet, zapewne były wojskowy – odziany był w kamizelkę
kuloodporną, nieodzowny element wyposażenia każdego, kto pracuje
w Afganistanie. Twierdził, że za chwilę ruszymy, ale musi zatankować
maszynę i poczekać na pozwolenie kontroli lotów. Było koło
ósmej, więc już mieliśmy opóźnienie. Przy poczekalni kręciło
się kilkunastu żołnierzy czekających na lot do swoich nowych baz
operacyjnych, paru reporterów i jacyś cywilni pracownicy.

Słońce grzało coraz mocniej. Naciągnąłem czapkę
na czoło. Wyciągnięta z zamrażarki woda w butelce nie chciała się
szybko rozpuścić. Amerykanie śmiali się i dowcipkowali. Było ich
siedmiu. Lecieli do FOB Clark, Forward Operating Base, wysuniętej bazy
operacyjnej. Do Narizy było stamtąd około czterdziestu kilometrów,
czyli jakieś dwie, może dwie i pół godziny drogi tutejszymi
drogami.

Cysterna odjechała, technik nie bez trudu załadował
bagaże pasażerów. Było tego trochę i sporo ważyło. Torby, skrzynie
z kamerami.

Znów trzeba było zatkać uszy. Wirniki nad
naszymi głowami rozkręcały się coraz szybciej, by już po kilku
minutach przytłoczyć nas narastającym łoskotem potężnych łopat
mielących rozgrzane powietrze. Gdyby nie stopery, chyba od razu bym
ogłuchł. Łyknąłem trochę wody, oparłem ręce o kolana i zacząłem
podziwiać widoki za oknem.

Z powietrza widać było całe Salerno –
miejsca postojowe śmigłowców, patrole wyjeżdżające za ogrodzenie,
otaczające bazę góry, okoliczne wsie. Pewnie z którejś z nich
ostrzeliwano przez ostatnie noce outposty, wysunięte posterunki na
północy. Przelatywaliśmy nad bardzo biedną okolicą. Gliniane chatki,
wyschnięte rzeki, choć miejscami sporo zieleni. W śmigłowcu było
niemiłosiernie ciasno, dobrze, że lot nie trwał długo. Po około
pięciu minutach byliśmy w Clark. Z oddali już widzieliśmy parkingi
i MRAP-y udające się na patrol. Panował spory ruch. Rozładunek trwał
kilka chwil i znów lecieliśmy kilkaset metrów nad ziemią. Krajobraz
zmieniał się z każdym kilometrem. Szerokie, wyschnięte koryta rzek
służyły miejscowym za drogi, widzieliśmy na ich dnie ślady opon. Tu
nie było nic zielonego, wszystko szare lub brązowe. Lecieliśmy na
wschód. Dwójka Afgańczyków patrzyła z zaciekawieniem na przelatujący
śmigłowiec. Kilka glinianych domków, a potem już tylko pustynia
i góry.

– Nariza za 30 sekund! – krzyknął mi do
ucha technik. Kiwnąłem głową, rozpiąłem pas i chwyciłem swoje
rzeczy.

…………………………

Puma wylądowała, drzwi delikatnie się otworzyły,
wyskoczyłem na betonową płytę. Kilku nowych pasażerów czekało
już na swoją kolej, by wejść na pokład, ja ruszyłem dalej. Byłem
w COP Nariza. To nawet nie baza, to Command Outpost, stanowisko
dowodzenia. Przywitał mnie kapitan i jeden z sierżantów. Zaprowadzili
mnie do drewnianej chaty obłożonej workami z piaskiem i zaporami
wypełnionymi ziemią i kamieniami, pełnej żołnierzy, z którymi
miałem zamieszkać. Byli mili, ale jak na razie obojętni. Wybrałem
łóżko w kącie. Za chwilę miałem stawić się w dowództwie.

TOC – to podobna do innych chata zbita z drewnianych
płyt, chroniona workami z piaskiem. Wyróżniała ją tylko spora
liczba anten na dachu i kolejna duża antena stojąca przy wejściu.
W środku były komputery, ekrany ciekłokrystaliczne, mnóstwo kabli,
a na ścianie pamiątki po poprzednich gościach w tym kraju. Wisiał
tam sowiecki karabinek AK-47 i brytyjski karabin Lee-Enfield. Widziałem
elektroniczne mapy i zdjęcia satelitarne.

– Tylko nie rób zdjęć sprzętu – poinstruował
mnie sierżant sztabowy.

– OK, nie mam zamiaru.

Kapitan przedstawił mnie ludziom.

– Peter będzie mieszkał z nami przez kilka
tygodni. Poruczniku Kittle – niski młody oficer siedział przed jednym
z ekranów, udając, że go nie ma – zajmij się gościem.

– Porucznik Kittle, dowódca 2 Plutonu Kompanii
D 501 Pułku 4 Brygady – przedstawił mi go kapitan.

– Dlaczego ja? – zaczął marudzić porucznik,
ale urwał, kiedy napotkał wzrok przełożonego.

△ Ta góra to już Pakistan. Nariza
leży niecałe pięć kilometrów od granicy.

– Masz swoją stronę w internecie? – spytał
inny oficer.

Podałem mu adres portalu, dla którego napisałem
kilka tekstów. Amerykanin wklepał adres.

– No! – uśmiechnął się. – Panowie, nie
ma obaw. Zaczyna się od seksu i erotyki. To strona dla normalnych
facetów. Da się z nim żyć.

Posterunek Nariza był naprawdę mały, jego
załoga liczyła osiemdziesięciu dwóch Amerykanów i kilkunastu
funkcjonariuszy afgańskiej policji granicznej. Ci ostatni mieszkali
w namiotach na zachodnim końcu bazy. Afgańczycy przywitali się ze
mną serdecznie.

– Jeszcze trochę, a zaproszą cię na boisko –
mój opiekun pokazał grupę miejscowych walczących pod siatką.

Afgańczycy polubili siatkówkę, więc armia
zbudowała im boisko. Grali co wieczór przy dźwiękach lokalnych
przebojów. Sport ma swoje uroki i wymagania, ale te przeboje… naprawdę
fascynujące… tylko głowa od nich pękała.

…………………………

Oprócz małej afgańskiej ligi jedyną atrakcją
w tej zapomnianej przez Boga dziurze były posiłki. Porucznik Kittle
zabrał mnie na pierwszy w bazie obiad. Drewniany barak na końcu
posterunku ukryty był gdzieś pod murem. Najpierw obowiązkowe mycie
rąk wodą z baniaka i mydłem w płynie. Weszliśmy do środka, paru
Amerykanów podniosło głowy na nasz widok. Nie było wielu ludzi,
dopiero się schodzili. Po prawej był niewielki kontuar, a raczej dziura
w ścianie ze sklejki. Zmęczony Kittle oparł się o deskę.

– Głodny? – zapytał rutynowo kapral po drugiej
stronie.

– Co się głupio pytasz. Co masz?

– Kurczak w dwóch wersjach. Barbecue albo curry
– odpowiedział kucharz, wpatrując się w porucznika.

Nie czekając na odpowiedź, chwycił talerz
i zaczął grzebać w jednym z naczyń. Nagle o czymś sobie przypomniał
i dodał:

– Poruczniku, liczę na pańską wolę podejmowania
ryzyka i pragnienie przygody – zawiesił głos, jakby prowadził
teleturniej. – W sumie ryzykuje pan tylko rozwolnieniem.

Przy pobliskich stolikach gwałtownie zamilkły
rozmowy i wszyscy wpatrywali się w mojego przewodnika.

– Curry – powiedział porucznik bez ochoty
do żartów w głosie.

– Dobry wybór, wiedziałem, że pan mnie nie
zawiedzie! – krzyknął kucharz, a z sali doszedł nas śmiech.

Kiedy usiedliśmy przy zbitym z desek stole, wielki
żołnierz, po którym widać było, że lubił zjeść, mrugnął,
popijając sprite’a z puszki i uśmiechnął się.

– To co? – zwrócił się do oficera. – Teraz
chodzicie razem? – zapytał z szerokim uśmiechem.

– Nie przejmuj się, oni są po prostu nienormalni
– porucznik machnął tylko ręką i wpakował do ust łyżkę
ziemniaczanego purée.

Bankiet przy bramie

Czasem w COP Nariza mieliśmy gości.

Tłumacz, który od dawna pracuje z Amerykanami,
przyprowadził kiedyś dwóch mężczyzn, ubranych w jasne sukmany
i ciemne kamizelki. Przynieśli arbuza zapakowanego w foliową torbę. Byli
niespokojni i płoszył ich widok aparatu. Tłumacz dobrze ich znał. Był
zadowolony, bo przed kilkoma dniami kupił sobie żonę, choć jeszcze
nie widział jej w całej okazałości. W kurtce, sportowym dresie
i czarnych okularach przypominał mi drobnego złodziejaszka wyrywającego
radia z aut. Za to jego angielski był doskonały.

– Hello, man! – krzyknął na powitanie porucznika
Kittle’a, wyciągając dłoń przed siebie.

Pozostałych dwóch było bardziej
powściągliwych. Oficer zaprosił wszystkich do stojącego obok namiotu
na małą uroczystość. Dżahab, młodszy z przybyłych, który do tej
pory pomagał przy pracach w obrębie COP, odbierał angaż na pełen
etat. Dżahab wydawał się szczęśliwy, podobnie jak towarzyszący mu
starszy kuzyn. Tłumacz powoli przeczytał im kolejne podpunkty umowy,
dokładnie omawiając strefy bazy, w których wolno będzie przebywać
Dżahabowi. Nowy pracownik z uśmiechem wyciągnął rękę do porucznika
i siedzącego obok żołnierza.

– Dla uczczenia tego wydarzenia zjemy arbuza –
powiedział tłumacz i wolno zaczął kroić owoc wielkim nożem.

– Chciałem przynieść coś, co można zjeść
wspólnie – powiedział przez tłumacza Dżahab.

Z torby wyciągnął jeszcze uzgodniony wcześniej
prezent.

– Oto dwie czapki – obwieścił dumnie,
prezentując dwa nakrycia głowy, baseballówki made in China. Porucznik
z trudem powstrzymał grymas niezadowolenia na twarzy i zerknął na
sierżanta.

– Co to kurwa jest? Miały być pakule – wycedził
przez zaciśnięte zęby.

Odwrócił się do tłumacza i z uśmiechem od ucha
do ucha powiedział:

– Dziękuję, naprawdę doceniam wasz
prezent.

Dżahab, jego kuzyn i cała reszta zatrudnionych
w bazie Afgańczykow to najlepsi informatorzy sił koalicji. Ale,
jak potem się przekonałem niejeden raz, informatorzy ograniczonego
zaufania.

Po posiłku zaczęła się mniej oficjalna
rozmowa. Przynieśli informacje o dwóch obcych, którzy pojawili się
w Narizie. Nikt ich tu wcześniej nie widział i nie znał. Wypytywali
miejscowych o bazar w Choście, o to, kto pracuje w bazie, czy Amerykanie
często odwiedzają okoliczne wioski.

△ Przygotowanie do wyjazdu. Trzeba było
czekać ponad godzinę, zanim TOC wyda pozwolenie na wymarsz. Wojna –
dziesięć procent walki, reszta to nuda i czekanie.

– Rozmawialiśmy z nimi ostrożnie. Nie sposób
rozpoznać, kto jest „złym”.

– Nawet ja tego nie potrafię – dodał
tłumacz.

Ale „źli” byli tutaj. Trzy dni temu dom jednego
z pracujących w bazie Afgańczyków został ostrzelany z granatnika RPG,
o czym doniósł Amerykanom szef lokalnej policji. Pocisk zniszczył
jedną ze ścian, lecz nikomu nie stała się krzywda. Afgańczyk
się nie przestraszył i jak na razie przychodził do pracy. Gdzie
indziej talibowie w nocy wysadzili w powietrze dopiero co wybudowaną
szkołę. Cała trójka gości pytała kilkakrotnie, czy zdjęcia,
które im robię, pokazywane będą w Afganistanie.

– Jeśli ktoś zobaczy moją fotografię, przyjdą
i utną mi głowę – tłumacz wsparł swą wypowiedź wymownym
gestem.

Dżahab zarzekał się, że chce dobra mieszkańców
jego wsi i współpracy z Amerykanami. Twierdził, że przynosi im
informacje i niczego za to nie oczekuje, choć sam opłaca swoich
informatorów, którzy często podróżują po górach. Podobno
miesiąc temu informował o ładunku IED (Improvised Explosive Device,
improwizowany ładunek wybuchowy), który został umieszczony przy drodze
i eksplodował pod jedną z ciężarówek, ale nikt nie zareagował. Nie
wiedziałem, czy to prawda i nie ufałem w to, co mówił. Zwłaszcza że
za informację o nowych przybyszach chciał dostać trochę paliwa. Nie
wierzył mu też żołnierz, który przysłuchiwał się rozmowie.

– Oni zawsze czegoś chcą w zamian, więc
przynoszą informacje, nawet niesprawdzone. My musimy im ufać
– przynajmniej oficjalnie, żeby ich nie zrazić. Kto wie, może
współpracują z każdą ze stron lub z tą, która aktualnie jest
silniejsza i może dać więcej? Aby pozyskać sobie tych ludzi, trzeba
jednak obdarzyć ich zaufaniem, inwestować w ich rozwój i zbierać
informacje, które pomogą uniknąć nieszczęścia.

…………………………

Dni mijały jeden po drugim. W Narizie sprawdzała
się reguła, że wojna to jedynie dziesięć procent akcji. Reszta jest
oczekiwaniem. Na posiłek, wyjazd na patrol, telefon do domu, wizytę
kapelana lub nowy film na DVD. Czas zabija się na wiele sposobów,
ale tylko minuty płyną wtedy szybciej – godziny nadal wloką się
w nieskończoność.

Po kilku dniach przyszedł czas na pierwszy
patrol. Potężne terenowe RG-31 miały wywieźć nas w góry w stronę
granicy.

Pierwsza wycieczka

O dziewiątej rano zapakowaliśmy się do
MRAP-ów. Wszyscy w kamizelkach kuloodpornych, z hełmami na
głowach. Załogi założyły interkomy. Wewnątrz strasznie dudniło
i szumiało. Strzelec karabinu maszynowego Browning 12,7 usadowił
się na ruchomym siedzisku wieży. Patrol miał ruszyć na północ,
przejechać przez kilka górskich wiosek, zatrzymać się w jednej
z nich, rozdać pomoc materialną i wrócić do bazy. W Choście, jak
w wielu innych miejscach, pomoc rzeczowa to jedna z najważniejszych
form współpracy z cywilami. Ważniejsza od walki, bo buduje zaufanie,
choć rzadko pojawia się w telewizji.

…………………………

W patrolu brał udział Farooz Omaid – tłumacz,
który wyjechał z Afganistanu po wojnie z Sowietami w wieku kilkunastu
lat. Widział na własne oczy i wie najlepiej, jakie są różnice
między Rosjanami a NATO.

△ MRAP-y RG-31 stanowiły wyposażenie dwóch
plutonów w posterunku Nariza. Poczciwymi humvee nikt już nie odważyłby
się wyjechać za bramę. Pojazdy pierwszego plutonu po powrocie
z patrolu.

– To była zupełnie inna wojna. Oni mogliby
spalić wieś. Nie mieli pojęcia o pomaganiu ludziom. Amerykanie? Bez
porównania. Łatwiej im zaufać.

Farooz mieszkał w San Francisco. Ostatni rok przed
przyjazdem do Afganistanu był dla niego bardzo trudny. Nie miał stałej
pracy. W końcu musiał przyjąć ofertę, którą przysłał mu urząd
pracy. Wysoki, łysiejący mężczyzna rysami odróżniał się od innych
Afgańczyków. Cóż, prawie dwadzieścia lat hamburgerów zrobiło
swoje. Siedział w Narizie już czwarty miesiąc i wciągnął się
w swoją pracę. Tak jak inni miał mundur, hełm i kamizelkę.

Drugim tłumaczem był Joe, przypominający mi
dresiarza, przy którym trzeba pilnować portfela.

Farooz był ciekawy świata, dopytywał o Polskę,
ceny mieszkań w Warszawie czy Gdańsku. A przede wszystkim był
inteligentny, lubił historię i kochał swoją ojczyznę. Naprawdę
chciał i pewnie na swój sposób i możliwości robił wszystko, aby
w jego kraju zapanowała prawdziwa demokracja.

– Oto różnica pomiędzy Afganistanem
a USA. Wielu byłoby naprawdę wkurzonych na mnie, gdyby dowiedzieli się,
że jako muzułmanin jem i rozmawiam z chrześcijaninem. A przecież
na tym to musi polegać, na zwyczajnej rozmowie i tolerancji wobec
przybyszów – powtarzał wiele razy w czasie naszych spotkań.

◊ Wspólny patrol. Amerykanie i afgańska
policja graniczna przemierzali pola i niewielkie wioski. Wszędzie, gdzie
się pojawialiśmy, wzbudzaliśmy duże zainteresowanie, zwłaszcza
wśród dzieci. W Choście ludność była raczej przychylna, choć
nigdy do końca nie wiedzieliśmy, co kryło się pod przydrożnym
kamieniem…

Zawsze starałem się trzymać blisko Farooza podczas
patroli. Był nieocenionym przewodnikiem i kopalnią wiedzy o zwyczajach,
lokalnych stosunkach i życiu, jakie wiodą jego rodacy.

Ale wracajmy na patrol. O godzinie 9.27 uformowała
się kolumna: cztery MRAP-y, RG-31E i dwa pick-upy Forda Afgańskiej
Policji Granicznej pośrodku. Gdyby ford wjechał na minę, niewiele
by z niego zostało. Kiedy byłem w Salerno, czasem słychać było
komunikat: Shemron RED, I say again, Shemron RED
– co znaczyło, że do bazy leci śmigłowiec z rannymi i droga do
szpitala musi być przejezdna. Zwykle medevac, śmigłowiec ewakuacji
medycznej, przywoził Afgańczyków, policjantów lub żołnierzy,
którzy na patrol wyjechali właśnie na pick-upach. Tych, którzy mogli
chodzić, zszywano lub opatrywano i wypuszczano jak najszybciej, choć
takich było niewielu.

– Czy oni się nigdy nie nauczą? – zapytała
pewna lekarka w szpitalu w Salerno.

– Proszę pani, oni jeżdżą zwyczajnymi
terenówkami, czego mają się uczyć? – odpowiedział jej wzburzony
takim podejściem Joe, mój amerykański kolega, dziennikarz z „Popular
Mechanics”.

Jednak do 2009 roku straty amerykańskie były
nieznaczne, bo wynosiły około siedmiuset zabitych po ośmiu latach
wojny, a Afgańczycy stracili o wiele więcej ludzi. W 2009 roku te
liczby miały rosnąć szybciej, ale wiosną jeszcze nikt o tym nie
wiedział.

Ruszyliśmy, wolno mijając bramę i ostrożnie
biorąc zakręty na krętej drodze przed wałem ochronnym, który
prowadził do ostatniego check pointu z ustawionym tam HMMWV,
który pełnił funkcję ruchomej barykady i stanowiska karabinu
maszynowego. Nikt by nie odważył się ruszyć tym pojazdem na
patrol. Był zbyt delikatny, jego płaska podłoga nie rozpraszała
siły wybuchu, drzwi się blokowały nawet w wersjach opancerzonych,
a zbiorniki paliwa mogły się rozszczelnić.

△ COP Nariza; szkoła podstawowa we wsi
Nariza. Każdy wyjazd patrolu to wielkie wydarzenie.

MRAP trząsł się cały na wyboistej
drodze. Był może bezpieczny i z klimatyzacją, ale za to cholernie
niewygodny. Złapałem za uchwyt pod sufitem i przypomniałem sobie,
że te pojazdy lubią się wywracać. Po co czytałem te branżowe
pisma z doniesieniami na temat użycia MRAP-ów? Minęliśmy dwie
szkoły, których boisko do tak popularnej tu siatkówki pełne było
machających do nas dzieciaków. Świat widziałem przez dwie pancerne
zielone szyby. Załogi RG-31E z 2 i 3 Plutonu Kompanii D, które udawały
się na patrole, zapewniały, że w pojeździe tego typu czują się
o wiele bezpieczniej niż w HMMWV i odczuwają o wiele większy komfort
psychiczny. Rzeczywiście – siedzi się prawie półtora metra nad
ziemią, pancerz jest naprawdę solidny. Dwóch żołnierzy ulokowało
się obok mnie, a trzeci w wieży, do obsługi nkm, najcięższego
karabinu maszynowego. Przy większej ilości bagażu, plecaków, skrzynek
z amunicją i dodatkowej broni załoga wozu siedziała ściśnięta
i dodatkowo skrępowana pasami bezpieczeństwa. W takich warunkach
obserwacja terenu przez kuloodporne szyby z tyłu pojazdu była dość
trudna. Dowódca i kierowca z przodu wpatrywali się w drogę i wskazania
GPS-u.

MRAP w warunkach górskich sprawiał jeszcze więcej
problemów. Zwłaszcza ci mniej doświadczeni kierowcy musieli sporo się
namęczyć, by nie wypaść z drogi lub by pojazd nie osunął się na
sypkim podłożu. Pokonywanie nierównego terenu pełnego rozpadlin, dziur
i rowów nie wpływało najlepiej na komfort jazdy, a kierowcy stawali
się obiektem najwymyślniejszych wyzwisk. Są takie górskie ścieżki,
na które MRAP wdrapać się nie może lub na których się po prostu
nie mieści. Załoga MRAP-a zostaje wtedy spieszona. Musi wytyczać
pojazdowi inną drogę lub sprawdzać, czy na wąskiej ścieżce nie
szykuje się zasadzka, z której by nie mógł wyjść. Wypatrywanie
niebezpieczeństw to zadanie strzelca w wieżyczce, który przypięty
jest specjalną uprzężą uniemożliwiającą wypadnięcie z pojazdu
podczas eksplozji IED.

Droga patrolu biegła wzdłuż granicy, choć nikt
tak naprawdę nie wiedział dokładnie, gdzie ona jest. MRAP-y jechały
wolno, omijały większe głazy i wyboje. Ścieżki, bo nie można ich
nazwać drogami, były koszmarne – pełne kamieni, wąskie, ograniczone
albo urwiskami, albo murkami otaczającymi niewielkie poletka. Z gór
spływał strumień, który rozlewał się na kiełkujące zboże
i był chyba jednym z niewielu źródeł wody dla tutejszych rolników, bo
koryta rzek wyschnięte były na pieprz. Bieda i pustkowia. W nielicznych
wioskach, które mijaliśmy, ludzie ustawiali się w drzwiach domów
i obserwowali. Patrzenie to chyba ich narodowa rozrywka.

…………………………

Wjechaliśmy do wsi Nariza. To, co wyglądało
na zwarcie zabudowaną wioskę, okazało się dziesiątkami domostw
otoczonych kamiennymi murami i rozrzuconych na przestrzeni wielu
kilometrów. Droga była coraz gorsza. Wspinaliśmy się pod górę. Przez
szybę widziałem urwisko i wyschniętą rzekę pod nami. MRAP
musiał dobrze przyśpieszyć, by wjechać na kilkudziesięciometrowe
wzniesienie. Nie udało się. Trzeba było cofnąć i próbować jeszcze
raz. Słyszeliśmy kamienie uderzające o podwozie. W środku mimo
pracującej klimatyzacji zrobiło się ciepło i żółto od kurzu,
tak jak poza pojazdem.

…………………………

Jechaliśmy już ponad godzinę, a to dopiero
kilka kilometrów. Kolejna wioska – Szabu-kel. Domy z kamienia, mury
wzdłuż trasy przejazdu i wszędzie sterty drewna. Pośrodku wsi malutki
staw z brudną żółtą wodą, z którego piły zwierzęta. Odgłos
silników ściągnął ludzi z całej okolicy, przyszły dzieci
i starsi – obserwowali. Najmłodsi machali nam, śmiejąc się przy
tym głośno. Dwóch staruszków siedzących na progu glinianego domku
patrzyło na nas obojętnym wzrokiem. Wyglądali jak pradziadkowie
Sandokana, którzy widzieli już w życiu wszystko. Oczywiście, nie
było widać kobiet, które czasami nieśmiało zerkały znad muru,
przytrzymując burki. Kobiety w tym kraju mają naprawdę trudne życie,
prawie tak jak za talibów, którzy pozwalali im tylko rodzić dzieci
i czytać Koran.

◊ Wieś Szabu-kel – i strategia
Key Leaders Engagments w praktyce. Wieś ochraniały posterunki
afgańsko-amerykańskie. Sierżant Mark Krist z 2 Plutonu wraz ze
swoją drużyną osłaniał wieś od południa.

Zatrzymaliśmy się na moment, a mieszkańców
wokół nas przybywało. Odważniejsi starali się podejść
bliżej. Postój wydłużył się do piętnastu minut. Amerykanie
w moim MRAP-ie niecierpliwili się, ziewali i dopytywali strzelca,
co się dzieje. Ten cały czas uważnie lustrował okolicę. W końcu
kierowca cofnął wóz, wpasowując się idealnie między dwie sterty
ściętego drewna.

Zmieniliśmy szyk. Minęły nas pozostałe
pojazdy. Afgańczycy zostali w środku kolumny. Znów ruszyliśmy
w górę wąskiej kotliny. Na drodze pojawiła się upstrzona frędzlami
ciężarówka, która dodatkowo zagrodziła drogę. Minęła
kolejna godzina, krajobraz z kamiennego zmienił się na bardziej
zielony. Widać było więcej drzew i zielonej trawy. Kolumna wjechała
na polanę, łagodnie opadającą w stronę rozległej doliny. Gdzieś za
wzniesieniem na jej drugim końcu leżała COP Nariza. Przypomniała mi
się organizacja husyckich taborów z XV wieku. Nie ma to jak sprawdzone
wzorce. Pojazdy ustawiły się jak do obrony okrężnej. Stanęliśmy
na skraju łąki, kilkadziesiąt metrów od glinianych zabudowań.

– Wysiadamy – powiedział siedzący obok mnie
kapral, który przypominał Indianina. – Załaduj broń – dodał
po chwili, repetując swojego wyborowego M14, podobnie jak jego młody
kolega wyglądający, jakby dopiero co skończył liceum.

…………………………

Byliśmy w kolejnej wsi, tuż przy granicy – to
Jemade-kal. Bieda. Kilka domów z gliny i kamienia pośród zielonych
pół, pasące się kozy, przechadzające osły. Gdyby ktoś chciał
dowiedzieć się, jak wyglądała ziemia w czasach biblijnych, powinien
przyjechać tutaj, a nie do Izraela. Cicho i spokojnie, jakby wszyscy
uciekli lub ukryli się w domach.

Nagle kolo nas pojawił się wysoki
mężczyzna. Błyskawicznie ruszył w jego kierunku Tadża-li, komendant
policji granicznej. Przywitali się uprzejmie. Wysoki okazał się
moszronem, czyli starszym wioski. Ważniejsi od moszronów są tylko
spingiri („sinobrodzi”). Amerykanie wolą rozmawiać z moszronami,
ponieważ są młodsi, lepiej wykształceni, a przede wszystkim –
wybierani w głosowaniu.

△ Tadża-li, dowódca
posterunku policji granicznej z Narizy, prowadził rozmowy ze starszyzną
plemienia, moszronami. Amerykanie nie uczestniczyli w rozmowach,
chcąc pokazać, że lokalne siły porządkowe są odpowiedzialne za
współpracę z ludnością. Ogromna większość udzielanej pomocy
pochodziła ze środków amerykańskich. Każdy amerykański dowódca
kompanii dysponował funduszem przeznaczonym na pomoc lokalnym
społecznościom.

Z domów wychodziło coraz więcej ludzi. Zaczęły
nas też otaczać miejscowe dzieciaki. Byłoby całkiem normalnie, gdyby
nie brak kobiet. Te jak zwykle zostały w domach i pewnie obserwowały nas
zza okien. Gdy Afgańczycy rozmawiali, porucznik Kittle i jego sierżant
szef plutonu rozstawiali ludzi. W krzakach od strony pakistańskiej
granicy i gór sierżant ulokował karabin maszynowy. Dwóch ludzi
zablokowało obie drogi, które przechodziły przez osadę. Porucznik
z tłumaczami rozmawiał z władzami wsi.

Mężczyźni usiedli w kole przy murze chronionym
przez kolejny karabin maszynowy. Zabezpieczenie terenu to podstawa, tym
bardziej że Amerykanie byli tu po raz pierwszy i nie czuli się pewnie,
podobnie jak i ja.

Rozejrzałem się, szukając miejsca dla siebie, kiedy
zobaczyłem idącego w moim kierunku sanitariusza. Zerwał mi torbę
z ramienia i dwoma szybkimi ruchami zakleił czerwony krzyż. Popatrzyłem
na niego za zdziwieniem.

△ Tego serwisy telewizyjne nie pokazują
często. Ciężka i żmudna praca u podstaw. Wiele patroli rozwoziło
pomoc humanitarną. Najpierw dzieci dostawały cukierki. Przyzwyczajone
do podarków, kiedy tylko widziały Amerykanów, krzyczały: pen! lub
candy!.

△ Mężczyźni i chłopcy usiedli
w kręgu, cierpliwie czekając na prezenty. Zwyczajny proszek, mydło czy
papier toaletowy mogły okazać się prawdziwym skarbem.

– Byłbyś pierwszym celem, gdyby padły strzały
– wręczył mi papierową torbę z cukierkami. – Idziemy –
zakomenderował.

Zostałem niańką. Biegła za nami gromada dzieci,
prosząc o cukierki i długopisy.

– Pen, pen!

– To poważne zadanie. Kiedy dowództwo
rozmawia, zawsze pilnujemy, by dzieci nie przeszkadzały i nie
podsłuchiwały.

Cukierki skończyły się szybko, a o ostatni
długopis rozgorzała prawdziwa walka. Ci bardziej zaradni starali
się zyskać przychylność Amerykanów, mówiąc kilka słów po
angielsku. Rozmowy z miejscowymi przeciągały się i momentami stawały
głośne.

– Nie podoba mi się ta wieś – powiedział
jeden z żołnierzy, co jakiś czas patrząc na góry przez celownik
w swoim karabinku M4. – Nie wiemy, co o nas
myślą. Słowa i gesty nic nie znaczą.

Kilkaset metrów dalej na polanie od początku
siedziało kilku mężczyzn i obserwowało całe to zamieszanie. Na
drodze pojawiło się białe kombi i wszyscy powoli skierowali broń
w jego kierunku. Afgański policjant pokazał jednak, że wszystko jest
w porządku i samochód pojechał dalej.

Nastawienie starszyzny było dobre. Już po
kilkunastu minutach widać było, że nikt nie ma zamiaru robić nic
złego ani przeszkadzać wojsku czy policji w pracy. Mimo że moszronów
było kilku, w rozmowie uczestniczyło tylko dwóch. Reszta słuchała
i szeptała coś lub podpowiadała swoim przedstawicielom. Wreszcie
dyskusje dobiegły końca. Miejscowi „komendanci”, jak mówią
o nich Amerykanie, zgodzili się na współpracę – będą informowali
o przybyszach i o „złych”. Zapraszają Amerykanów w każdej
chwili. Dowódca plutonu nie rozmawiał z mieszkańcami wiosek
osobiście, żeby tubylcy widzieli, że Amerykanie mają zamiar
wspierać miejscowe władze. Amerykanie unikali gestów, które mogłyby
zrazić gospodarzy. Obie strony wymieniły się numerami telefonów,
co dla mnie było nieco dziwne, bo mój afgański telefon tu już nie
działał.

Czas na drugą część wizyty. Grupa dzieci
i dorosłych usiadła w kolejce na środku polany obok policyjnego
forda. Mężczyźni uciszyli rozbrykaną młodzież i kazali zamknąć
w domu ujadającego psa, który przeszkadzał w rozmowie. Afgański
policjant wyciągnął z auta kilka foliowych worków i tekturowych
pudełek – to prezenty. Starsi chętnie przyjęli saszetki z przyborami
toaletowymi, nie kryjąc przy tym radości. Tęgi brodacz śmiał się
głośno, szczerząc białe zęby i porównując zawartość swojej torby
z prezentami, jakie dostali koledzy. Dla dzieci też były podarki i to
wcale nie zabawki – nie wiedziałyby, co z nimi robić. Zamiast tego
afgański policjant rozdał pasty i szczoteczki do zębów, proszki do
prania, chustki, dezodoranty.

– Z pastami do zębów i szczotkami nie ma problemu,
bo miejscowa policja pokazuje, jak tego używać – mówił sierżant
Harmon, sanitariusz plutonu. – Zgłasza się do mnie dużo osób ze
schorzeniami dziąseł czy fatalnym uzębieniem.

Dzieci dopytywały tłumacza, do czego służy
dezodorant w sztyfcie czy nawilżana chusteczka higieniczna. Na koniec
policjant rozdzielił po kawałku białego materiału wycinanego z beli,
który miał posłużyć jako ręczniki. Większość zrobiła sobie
z niego turbany i z dziką radością zaczęła hasać po polance. Jeszcze
tylko ostatni prezent – piłka dla dzieciaków, przez którą omal
nie wybuchły małe zamieszki.

Moszroni poprosili, by Amerykanie przeszli przez
wieś i pokazali się tym, którzy prawdopodobnie ze strachu ukryli się
w domach. Zapewne chodziło o mały pokaz siły. Jak wynikło z rozmów
ze starszyzną, kilka dni wcześniej we wsi zabito człowieka, który
pracował dla Amerykanów. Talibowie obcięli mu głowę. To okrutni
ludzie. Czasami zdarzały się też „nocne listy”. Talibowie
przychodzili nocą i do drzwi meczetu lub domu kogoś ważnego
przybijali list z brutalną polityczną agitką. Informowali, jak źli
są Amerykanie i ludzie Zachodu i ilu cierpień mogą przysporzyć. Bo
zabijają cywilów, gwałcą kobiety, palą domy i chcą zniszczyć
islam. Przede wszystkim jednak listy zawierały ostrzeżenie, że
współpraca z niewiernymi zawsze skończy się źle.

W innych częściach kraju zdarzało się, że
talibowie wchodzili do domu, w którym był telewizor i kazali go
wyrzucić. Jeśli zobaczyli, że ktoś oglądał telewizję dwa dni,
tydzień czy miesiąc później, grozili, że gospodarza pozbawią głowy
przy całej rodzinie.

…………………………

Wieś, która popiera Amerykanów, musi
być chroniona. By pokazać mieszkańcom, że pozostają pod opieką
amerykańskiego posterunku, konieczny był mały pokaz siły i wysłanie
patrolu.

Wybraliśmy się do wsi. Kilka osób wyszło przed
domy. Patrzyli na nas w milczeniu. Pozostali cieszyli się prezentami
i nie zwracali na nas większej uwagi. Pluton w formacji Diamond (romb)
przeszedł między domami i wspiął się pod górę po polach. Mimo
że słońce zasłoniły chmury, było gorąco i parno. Pot lał się po
plecach. Co jakiś czas któryś z chłopaków podnosił do oka lunetkę
M4 i obserwował góry. Każda droga prowadząca do wsi była zablokowana,
ale okolica wydawała się spokojna.

Po piętnastu minutach znów załadowaliśmy się
do MRAP-ów. Spędziliśmy we wsi kilka godzin. Czas do domu.

…………………………

Droga do COP była równie długa i wyboista jak
wcześniej. Tym razem ominęliśmy jedną ze wsi przy najkrótszej
drodze do bazy. Wieści rozchodzą się szybko, a wioska ponoć świetnie
nadawałaby się na zasadzkę.

Deszcz zaczął padać, gdy pojazdy zaparkowały
pod zachodnią ścianą w COP, skąd po zatankowaniu miały wrócić
na miejsce postoju. Ubrania były mokre od potu; trzeba było je
wyprać. Wody nie brakowało, ale tylko butelkowanej. Coca-Cola robiła
tu niezły biznes, bo jej wyroby były wszędzie. Należały zresztą
do niej rozlewnie napojów w Kabulu i w Bagram, o czym przeczytałem
na etykietach i puszkach. Wielki świat! Ale czy wojna nie jest motorem
rozwoju? A może raczej – kapitalizmu?

…………………………

Dwa dni później przyszedł czas na kolejny
patrol. Znów MRAP-y, wyboiste drogi, góry i wypatrywanie
zagrożenia. Tym razem droga była pusta, nie mijaliśmy żadnych
wsi ani ludzi. Dotarliśmy do położonej u stóp wielkiej góry,
wybudowanej na kamienistym terenie wioski Szauba-kel. Nazwa była na tyle
podobna do ostatniej, że dowódca plutonu lekko zgłupiał i nerwowo
sprawdzał notatki. Kittle był młody i czasami gubił się w swoich
decyzjach. W jego oczach widać było niepewność. O ile dobry był
z niego żołnierz, o tyle polityk i negocjator kiepski. Odciążał go
w tym sierżant szef plutonu McQuery, doświadczony żołnierz, który
mógłby być ojcem Kittle’a.

We wsi stała szkoła wybudowana za amerykańskie
pieniądze, a patrole czasami tu zaglądały. Mimo to wydawało się,
że mieszkańcy byli tu bardziej nieufni niż w wiosce, którą
patrol odwiedzał jako pierwszą. Znów tuż obok mieliśmy granicę
z Pakistanem. MRAP-y ponownie rozstawiły się w obronę okrężną,
a piechota dyskretnie zablokowała ścieżki prowadzące do wsi.

Starszy mężczyzna przywitał się serdecznie
z tłumaczami i przepraszał, że nie może nas poczęstować czymkolwiek,
bo wieś jest bardzo biedna. Rzeczywiście widać było tylko kamienie,
kilka drzewek i parę osłów. Za moment otoczyły nas dzieci. Czekaliśmy
na moszronów, których znów zaprosił na rozmowy Tadża-li.

Szkoła okazała się zadbanym sporym budynkiem
z pięknym ogrodem. W jej salach uczyło się na dwie zmiany sześciuset
uczniów, a nauczycieli było tylko trzynastu. Dzieci tłoczyły się
przy głównej bramie, która ze względów bezpieczeństwa pozostawała
zamknięta, póki na jej otwarcie nie pozwolił dyrektor. Tu chyba nie
mieli problemów z wagarowiczami.

◊ Kolejna wieś pod ochroną posterunku
w Narizie. Tutejszy klan Senaki potrafił skutecznie bronić się zarówno
przed talibami, jak i przed plemieniem Waziri, atakującym jego ziemie zza
granicy pakistańskiej.

Dzieci przyglądały się nam zza metalowych prętów,
inne krzyczały radośnie. Pojawił się dyrektor, który zaprosił nas
do środka. Lekcje już się kończyły i uczniowie szli do domów –
niechętnie, bo woleliby zostać i pooglądać Amerykanów. Tadża-li
i tłumacze rozmawiali z dyrektorem na dziedzińcu szkoły. Amerykanie
obserwowali teren, a tylko Kittle robił jakieś zapiski. Po
piętnastu minutach opowieści o problemach w szkole dołączyli do
nas moszroni i spingiri. Dyrektor Fateh-han zaprosił nas wszystkich
do gabinetu. Zajmował to stanowisko chyba od zawsze. Był podczas
wojny z Sowietami, waśni plemiennych, rządów talibów. Przez osiem
lat pracował za darmo, nakłaniając rodziców, by posyłali dzieci
do szkoły.

– Ten kraj zdobędziesz piórem, nie karabinem
– mówił.

Dopiero od 2002 roku on i jego nauczyciele zaczęli
dostawać rządowe pensje. To prawdziwy bohater, który poświęcał się
sprawie, w którą wierzył. Widać było, że uczniowie i nauczyciele
odnoszą się do niego z szacunkiem.

Sześciu starszych mężczyzn z twarzami pooranymi
głębokimi zmarszczkami przywitało się z nami uprzejmie i przejęło
rolę gospodarzy, zapraszając nas do pokoju. Niewielki gabinet ze
ścianami obklejonymi plakatami z alfabetem pasztu, półka z książkami
i sześć biurek, które ledwo mieściły się w pomieszczeniu.

– Nie bójcie się, okolica jest bardzo spokojna
– Farooz tłumaczył słowa dyrektora.

Rzeczywiście, talibów nie było tu od bardzo dawna,
lecz okolica borykała się z innymi problemami, o których próżno
szukać informacji w europejskiej prasie. Tereny te zamieszkuje plemię
Senaki, które sąsiaduje z plemionami Durnami i Ariz. Senaki to zwarta
społeczność licząca kilka tysięcy ludzi. Nie boją się obcych
i pomagają sobie nawzajem. Ich wioski ustaliły między sobą, że jeśli
ktokolwiek rozpocznie współpracę z talibami lub nie doniesie o ich
obecności, poddany będzie karze. Karą ma być spalenie domu i grzywna
w wysokości 400 tys. afgani (5 tys. afgani to około stu dolarów).

Tutaj największym problemem nie są jednak
talibowie. Granica przebiega wzdłuż Linii Duranda, nieuznawanej przez
Pasztunów. Wytyczyli ją Brytyjczycy w 1893 roku, oddzielając Indie
od Afganistanu, którego nie mogli podbić. Pasztunowie przyjmują,
że granica biegnie znacznie dalej, w głębi terytorium Pakistanu,
i sięga w okolice Isalmabadu. Miejscowi rozpoznają Linię Duranda,
ponieważ wyznaczona została od szczytu do szczytu kolejnych gór, by
łatwiej było ją respektować. Po jej wschodniej stronie żyje duże
plemię Wasiri. Jego największa osada liczy aż szesnaście tysięcy
mieszkańców. Senaki i Wasiri od lat pozostają w konflikcie, tocząc
ze sobą regularną wojnę. Kiedy rozmawialiśmy w szkolnym gabinecie,
w górach słychać było głośne dudnienie – to pakistańska
artyleria. Nie wiadomo było tylko, do kogo strzelała. Senaki twierdzą,
że Pakistańczycy od wielu lat przesuwają granicę, budując posterunki
Straży Granicznej już na ich terenie. Co ciekawsze, Pakistan zaopatruje
Wasari w broń (kałasznikowy, granatniki RPG), a nawet udziela wsparcia
artyleryjskiego. W prowincji podczas jednego z ostrzałów strefy
nadgranicznej przez pakistańską artylerię zginęło czterdzieści
pięć osób.

Jeden z moszronów chciał nam pokazać pocisk,
który wylądował w jego obejściu, a przyleciał rzekomo z drugiej
strony granicy. Senaki przywykli bronić się własnymi siłami,
chronić stada owiec i niewielkie plony. Tutejsi ludzie są twardzi,
ale i pozbawieni pomocy rządu. Można odnieść wrażenie, że Kabul
o nich zapomniał. Poprosili o pomoc przy remoncie meczetu, w którym
nie da się odprawiać ceremonii pogrzebowych.

△ Fateh-han, prawdziwy bohater. Przez osiem
lat prowadził szkołę i nakłaniał mieszkańców okolicznych wsi,
by ich dzieci mogły się uczyć. Po przepędzeniu talibów z pomocą
Amerykanów zbudował szkołę z prawdziwego zdarzenia.

– Spełnijcie jedną obietnicę, a tutejsi ludzie
będą po waszej stronie – powiedział dyrektor szkoły. Przypomniał,
że dziś przypada 27 kwietnia.

– Czarny dzień w naszej historii – powiedział
o rocznicy przewrotu komunistów. – Ale jutro wielkie święto. Święto
pokonania największego szatana na świecie – komunistów! Dzień
Mudżahedina! – z poważną miną uniósł palec do góry. – Będziemy
świętować.

Kittle przysłuchiwał się rozmowom, ale był
nieco zagubiony. Kiwał głową, notował coś i zadawał proste
pytania. Obiecał wystarać się o pomoc z puli dowódcy kompanii, którą
mógł uzyskać szybciej i bez większych problemów, jednak niczego
nie był w stanie zagwarantować. Tylko dwóch moszronów zabierało
głos, reszta siedziała wpatrzona w gości, dłubała w drewnianych
blatach lub skubała kartki leżące przed nimi. Dobrnęliśmy do końca
spotkania.

Komendant policji, porucznik i starszyzna
wymienili się telefonami, a Senaki obiecali informować o przybyszach
z gór. Rozmowy ciągnęły się tak długo, że porucznik Kittle popełnił
poważny błąd i zapomniał o podarkach dla mieszkańców. Widać było,
że jest na siebie zły. Mieszkańców zjawiło się kilku i najwyraźniej
liczyli na jakieś prezenty. Nie było na to już czasu, robiło się
ciemno, a powrót do COP po zmroku nie wchodził w rachubę.

Ruszyliśmy przez góry, wyschnięte potoki
i pola. Pojazdy skrzypiały i tak miło bujało, że człowieka
zaraz ogarniała senność. W bazie było już dawno po kolacji i nie
pozostawało nam nic innego, jak iść spać. Ściemniało się i znów
zaczął padać ten cholerny deszcz.

…………………………

28 kwietnia wszystkie wyjazdy za bramę
wstrzymano. To Dzień Mudżahedina – dzień radosnej zabawy dla
mieszkańców okolicznych wsi, ale też pracowity czas dla lokalnej
policji. Wielu młodych, którzy urodzili się za późno i nie
mieli szansy zdobyć chwały w walkach z sowieckim okupantem lub
w późniejszych bojach, chciało tego dnia nadrobić zaległości. Można
się było spodziewać fali zamachów na siły amerykańskie, afgańską
armię i policję. Jeszcze przed południem Farooz przyniósł wiadomości
z TOC-u o tym, że policja w Tani ma pełne ręce roboty z zamachowcami.
W Narizie jednak nic się nie działo, cisza. Dzień jak wszystkie inne:
posiłek, włóczenie się po bazie, kilka godzin przy komputerze
z powolnym internetem.

◊ Kolejne patrole, góry, głębokie
urwiska i wąskie drogi. Przebycie kilkunastu kilometrów zajmowało
czasem pół dnia. Nie daj Boże pomylić drogę lub wejść
w zasadzkę. Uspokajało nas to, że miejscowa milicja arbakai,
sprzymierzona z Amerykanami, chroniła górskie drogi przed nieproszonymi
gośćmi z Pakistanu.

…………………………

Nazajutrz 3 Pluton miał wyruszyć do Tani z jakimiś
rzeczami dla miejscowej szkoły. Wyjazd o ósmej rano. Wsiadłem do
pierwszego w kolumnie MRAP-a. Z tyłu ze mną siedział miły gość,
który bez przerwy dopytywał się, czy wszystko jest w porządku.
W wieży siedział strzelec 12,7-milimetrowego Browninga M2, wielki Murzyn,
którego buty miały chyba rozmiar pięćdziesiąty. Odpowiednia postura
do dźwigania cholernie ciężkiego nkm-u. Na podłodze pełno było
skrzynek z amunicją do M2 powiązanych ze sobą sznurkami, tak żeby na
wybojach nie obijały się po pojeździe. Fotele w RG-31 nie zaliczały
się do najwygodniejszych, wszystko wewnątrz było zakurzone, a na
podłodze i metalowych półkach z radiostacją zalegały skrzynki,
plecaki i butelki wody.

W końcu dostaliśmy pozwolenie na wyjazd
i ruszyliśmy w stronę bramy – cztery MRAP-y i dwa pick-upy. Ruszyliśmy
w innym kierunku niż ostatnio. Zostawiliśmy góry i zjechaliśmy
w dolinę drogą prowadzącą z COP do Tani. Gołym okiem widzieliśmy,
że coś jest nie w porządku. Patrol zboczył z drogi po zaledwie
kilkuset metrach i wjechał między kamieniste góry. MRAP-em zaczęło
trząść jak na kolejce górskiej w wesołym miasteczku. Jechaliśmy
z góry dość szybko, a kierowcy próbowali omijać największe głazy
i szczeliny. Co kilkaset metrów pojawiał się rów lub wyschnięty
strumień czy murek. Potężny MRAP o dużym prześwicie bez większych
trudności pokonywał te przeszkody, wyrównując przejazd dla kolejnych
wozów. Pogoda była piękna, niebo bez chmur. Nasza kolumna przypominała
obrazki z Afryki, gdzie terenowe auta przemierzają bezdroża podczas
safari, wzbijając w górę tumany kurzu. Jechaliśmy równolegle
do drogi, na której czasami pojawiał się samochód osobowy albo
niewielka furgonetka. Zostawialiśmy dwa ślady kół na szarobrązowej
ziemi łagodnie opadającego wzgórza. Wysokie góry oddalały się
coraz szybciej.

Patrol zwolnił raptownie i zatrzymał się. Pierwszy
wóz skręcił w stronę drogi, przejechał przez rów obok małej,
ubogiej stacji benzynowej i wjechał na utwardzoną szutrową
drogę. Poczekaliśmy na pozostałych, a gdy i oni znaleźli się na
drodze, kolumna szybko ruszyła w stronę Tani. W dolinie wiedzieliśmy
więcej trawy, drzew, pasących się krów i zielonego o tej porze roku
zboża na niewielkich, ogrodzonych glinianymi murkami polach. Domów było
niewiele. Stacja benzynowa, którą mijaliśmy, stała niemal pośrodku
otwartego pola, a składała się z budki zbudowanej z glinianych cegieł
i jednego dystrybutora. Podróż po wyboistych polach okazała się
przynajmniej ciekawa. W miarę równa droga i obrazy za oknem sprawiły
jednak, że razem z kolegą zaczęliśmy zapadać w sen. Przez jakieś
piętnaście minut nasze pojazdy toczyły się do celu, zwalniając
tylko w pobliżu zabudowań. Minęliśmy kolejną osadę, która niczym
specjalnym się nie wyróżniała, kilka domów otoczonych murem i nic
więcej. Za ostatnimi zabudowaniami, nasz MRAP ostro zahamował. Skrzynki
z amunicją podskoczyły, by zaraz spaść z hałasem na metalową
podłogę. Amerykanin, który siedział naprzeciwko mnie, zaczął
rozglądać się nerwowo po okolicy i dopytywać przez interkom:

– What the fuck?!

△ Kiedy droga, a raczej kamienista ścieżka
zwężała się tak, że nawet osioł się nie mógł przecisnąć,
czas było opuścić MRAP-y i ruszać dalej piechotą. Na zdjęciu
widać, jak ogromny jest RG-31

△ Do
najwyżej położonych wsi i osad dojechać można było tylko pick-upami
policji afgańskiej. Te z Narizy służyły jako taksówki, wożąc
nas do szkoły wysoko w górach. Taka przejażdżka po kompletnych
bezdrożach była jak wizyta w wesołym miasteczku.

◊ Szczyt góry obstawiono posterunkami.
W palącym słońcu czuliśmy się jak na patelni, zero cienia
i choćby ożywczego podmuchu wiatru. Dalej w dolinie widać było już
pakistańskie wsie.

△ Nawet w Afganistanie wielbłąd
był wielką atrakcją. Każdy chciał zdjęcie.

△ 29 kwietnia; wczoraj obchodzono Dzień
Mudżahedina. Miejscowe władze i Amerykanie mieli sporo pracy, choć
w Narizie zawieszono patrole.

△ Kiedy w końcu
wyjechaliśmy za bramę, dla bezpieczeństwa pojazdy nie poruszały się
drogami.

Na drodze stał stary pasterz o siwej brodzie
i machał w naszym kierunku chudymi rękami. Tadża-li, który jechał
w pierwszym pick-upie, wyskoczył z auta prawie w biegu. Jego ludzie
ruszyli za nim, odbezpieczając broń. Policjant podbiegł do staruszka,
przywitał się z nim i zaczęli gorączkowo rozmawiać. Starzec wskazał
kijem coś na drodze, a Tadża uniósł w stronę dowódcy pierwszego
MRAP-a zaciśniętą pięść, która oznaczała sygnał „stój”.
W radiu usłyszałem:

– Mamy IED sto metrów przed pierwszym wozem.

Amerykanin siedzący obok mnie uśmiechnął się
nerwowo.

– Mój drugi – powiedział.

Załogi wyszły z wozów i otoczyły je na
wypadek ataku. Celowniczy rozstawili swoje M240 i SAW-y, a strzelcy
w wieżach jeszcze uważniej zaczęli przyglądać się okolicy. Dowódca
patrolu upewnił się, że to nie pomyłka, a przed nami rzeczywiście
został zakopany improwizowany ładunek wybuchowy. Pasterz opowiadał,
że dziesięć minut wcześniej na drodze zatrzymał się nieznany
czerwony samochód. Wysiadło z niego dwóch mężczyzn i z bagażnika
wyciągnęło łopaty. Szybko zaczęli kopać dziurę, w której coś
schowali.

– Ciekawe, czy ukryli gdzieś drugi? – zapytał
Amerykanin z naszego MRAP-a.

Pojazdy ruszyły wolno, skręcając w pole i szerokim
łukiem objeżdżając ładunek. Na samym środku białej szutrowej
drogi widać było świeżą żółtą ziemię – ślad, że niedawno
ktoś tam kopał. Gdy MRAP ruszył, stary pasterz po prostu odszedł ze
swoim stadem, nie oglądając się za siebie.

Cała okolica wydawała się opuszczona. Łąki
ciągnęły się niemal do samych gór. Kilka kęp drzew i dwa, może
trzy domy majaczyły gdzieś daleko. Dookoła nie było nikogo. Ludzie
wiedzieli, co się szykuje, i woleli pochować się w domach. Pojazd,
w którym siedziałem, zatrzymał się za ładunkiem, dalej stał kolejny
MRAP. Wozy policji ustawiły się na flankach na łące.

– No, to poczekamy teraz – westchnął ciężko
Amerykanin, klnąc pod nosem.

– Długo? – zapytałem.

– Musimy czekać na saperów z Salerno. Nie
mogą przylecieć śmigłowcem. Choć sam nie wiem czemu, do jasnej
cholery. Jadą tu w konwoju, co zajmie jakieś dwie godziny.

◊ Chost nie był jednak tak bezpieczny,
jak się mogło wydawać. Tu też trwała wojna. Być może prosty
pasterz ocalił nam skórę? Dziesięć minut przed naszym przyjazdem
obcy zakopali coś na środku drogi. Trzy godziny czekania i z Tani nadjechali „saperzy” – kilku policjantów i cywilów,
którzy z marszu postanowili zdetonować IED..

– No to pięknie! Możemy zapomnieć o lunchu –
westchnąłem, a mój kolega kiwnął głową na potwierdzenie.

Wszyscy wpatrywaliśmy się w okolicę,
szukając najmniejszego ruchu. Amerykanin obok mnie wskazywał strzelcowi
browninga ewentualne cele. Coś ruszyło się w krzakach albo jakiś
samochód przejechał daleko oddali. Czas mijał wolno, a my byliśmy
zamknięci na kilku metrach kwadratowych. Klimatyzacja pracowała cały
czas, ale mimo to zaczęło robić się gorąco.

– Przepraszam, ale muszę się wysikać – jeden
z żołnierzy odwrócił się, chwytając butelkę po wodzie.

Jakiś czas było pusto, ale potem po okolicy
zaczęły kręcić się dzieci, pasterze, stada wychudzonych
kóz. Policjanci bezskutecznie usiłowali odpędzać dzieciaki, ale
te obchodziły ich bokiem i zaczynały kręcić się niebezpiecznie
blisko ładunku. W końcu weszły na drogę. Przyglądały się miejscu,
gdzie duszmeni, rebelianci, zakopali prezent dla nas. Kilku chłopców,
dokazując głośno, zaczęło machać do nas i pukać do drzwi.

– Pen! Pen! – domagali
się długopisów
jako prezentów.

Było z tym ciężko, bo prezenty leżały na pakach
pick-upów. Zrobiliśmy zrzutkę – kilka pisaków, jakiś breloczek,
guma do żucia i oranżada w proszku. Dowódca wozu uchylił drzwi
i usłyszał wyuczone słowa powitania po angielsku. Najstarszy z chłopców
przejął prezent, jak zwykle nie dziękując. Słowa „dziękuję”
jakoś nie potrafili się nauczyć. Nie był zadowolony i gestem ręki
dał do zrozumienia, że liczył na coś więcej.

Drogą z północy zbliżały się samochody. Jechały
szybko, wzbijając chmurę kurzu, przez którą nie można ich było
rozpoznać. Dwa pojazdy zatrzymały się naprzeciw mojego MRAP-a. Prawie
dwie godziny po odkryciu ładunku nadjechali afgańscy policjanci
z Tani.

Ich radiowozy wyglądały jak wesoły autobus. Na
zakurzonych samochodach ledwo się mieścili policjanci i jacyś cywile,
kurczowo trzymający się burt. To byli saperzy.

Z pierwszego auta wysiadł krępy oficer, od
razu widać było, że to dowódca, komendant. Miał olbrzymi brzuch,
czarną brodę, gęste krzaczaste brwi, zielony mundur i okrągłą
czapkę z daszkiem – zaczęliśmy żartować, że interweniować
będzie sam Fidel Castro. Obok „Castro” szli jacyś cywile
i dwóch policjantów. Jeden z cywilów w wieku około czterdziestu lat,
z siwiejącą brodą i brązowym pakulem na głowie, zatrzymał się
obok MRAP-a. Zdusił nogą niedopałek papierosa, mrugnął do nas
i krzyknął, unosząc kciuk do góry:

– OK!

Cała delegacja spotkała się z dowódcą patrolu
Faroozem i Tadżą-li. Ustawili się wokół zakopanego ładunku. Nikomu
nie przeszkadzało, że dookoła kręcą się dzieci.

– Nie przejmuj się. Ja już przestałem –
powiedział mi kolega.

Całe zbiegowisko oddaliło się na dobre sto metrów,
a przy ładunku został tylko mężczyzna w brązowym pakulu. Pogrzebał
chwilę nogą przy ładunku, po czym wyciągnął coś z kieszeni
i wetknął w ziemię. Odchodząc, odgonił dzieci, które znów
zaczęły się zbliżać. Nic się nie wydarzyło. Minęło kilka
minut, więc mężczyzna ruszył znowu na drogę. Był zły. Podszedł
drugi raz do miny, znów koło niej pogrzebał, wymachując przy tym
rękami i krzycząc w złości tak głośno, że słychać to było
w MRAP-ie. Saper odszedł od ładunku, tym razem nie tak daleko. Eksplozja
zabrzmiała jak bliskie uderzenie pioruna. Najpierw wstrząs, tak silny,
że podskoczyłem, uderzając głową w sufit opancerzonego wozu. Potem
chmura kurzu, kamienie wyrzucone wysoko w powietrze i głośny huk.

Mój kolega zaczął się śmiać nerwowo.

– Semtex! Poczułem semtex!

Afgańczyk bez specjalistycznego amerykańskiego
sprzętu po prostu włożył w ziemię zapalnik czasowy, który
spowodował eksplozję. Tak się to załatwia w tym kraju. Kiedy kurz
opadał, za pobliską wsią podniosła się kolejna chmura i doszedł nas
odgłos wybuchu. Kolejny IED, jak się potem dowiedziałem, zdetonowany
przez armię. Komendant zamienił jeszcze parę zdań z Amerykanami,
po czym razem ze swoimi ludźmi ruszył w drogę do Tani. Nasz patrol
tam już nie dotarł. Pojazdy osiągnęły granicę zasięgu, każdy
kilometr dalej uniemożliwiłby im powrót do bazy.

Wróciliśmy do Narizy i jeszcze nie zdążyliśmy
na dobre rozprostować kości po wyjściu z pojazdów, gdy MRAP-y
tankowano już przed kolejnym patrolem. Gotowość operacyjna trwała
tutaj dwadzieścia cztery godziny na dobę.

…………………………