Strona główna » Fantastyka i sci-fi » Ameno II

Ameno II

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-8166-014-3

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Ameno II

O bogowie! Czy za sprawą energii piramid to właśnie oni odradzają się w egipskich zaświatach, gdzieś w gwiazdozbiorze Oriona, czy może to zaawansowana wirtualna gra, w której stawką jest samo przetrwanie? Faktem jest jedynie, że ósemka wybrańców budzi się w zupełnie nowej rzeczywistości i odtąd mnożą się pytania, na które nikt nie zna ostatecznej odpowiedzi. Zaś każdy z bohaterów będzie się musiał zmierzyć nie tylko z zagadkami, zewnętrznymi demonami, ale i mrokiem w sobie.
W rolach głównych występują: Egipcjanka archeolog Zahira, pan Takashi oraz pani Sakura jako japońska para z jakuzy, hinduska córka magnata sojowego Devi i jej krajan Kavi, żołnierz i kosmonauta kapitan Henen, jazydzka uciekinierka Nadia oraz dżihadysta Abdul.
Role drugoplanowe: bogini Bastet, starzec Re, Anubis, królowe: Kleopatra, Hatszepsut, Meritation, faraon Ramzes, król Sargon i inni.
Ameno – podróż do zaświatów czas zacząć – nich się stanie, a oko Horusa wskaże drogę.

Polecane książki

Poradnik do Botaniculi zawiera kompletny opis przejścia poszczególnych etapów gry łącznie z kartami-znajdźkami. Większość z załączonych do tekstu grafik zawiera stosowne oznaczenia, każdorazowo doskonale obrazujące opisywaną kwestię.Botanicula - poradnik do gry zawiera poszukiwane przez graczy temat...
Nieoficjalny poradnik do Void Bastards ma za zadanie wyjaśnić wszystkie trudne zagadnienia oraz pomóc w rozwiązaniu potencjalnych problemów, które mogą pojawić się w trakcie przechodzenia gry. Na pierwszych stronach tego poradnika znajduje się przewodnik po grze Void Bastards. Opisuje on wszystkie n...
Czasami miłość przychodzi nieoczekiwanie, w momencie gdy się jej najmniej spodziewamy. Majka i Robert są tego doskonałym przykładem. Ich przypadkowe spotkanie udowodniło, że historia lubi się powtarzać… A wszystko wzięło swój początek od przelotnego kontaktu wzrokowego na Targach Czekolady… „Czek...
Jan Paweł II – człowiek, który został ŚWIĘTYM „na naszych oczach”! Książka jest zbiorem wyjątkowych wywiadów przeprowadzonych przez o. Stanisława Tasiemskiego  OP – watykanisty, z ważnymi i bliskimi Janowi Pawłowi II osobami, m.in. z prof. Joaquinem  Navarro-Vallsem  - rzecznikiem  Stolicy Apostolsk...
  Publikacja zawiera zbiór szkiców etnolingwistycznych serbskiego slawisty Dejana Ajdačicia, teoretyka i krytyka literatury, folklorysty i etnolingwisty, badacza kontrastywnej kulturologii słowiańskiej, tłumacza i redaktora, łączącego znajomość trzech słowiańskich tradycji kulturowych: południowej, ...
Owady mają nad ludźmi przewagę liczebną. Co więcej, gdyby nie różnica wielkości, nie mielibyśmy z nimi żadnych szans. Jednak niektórych powinniśmy się obawiać nawet pomimo ich niewielkich rozmiarów! Istnieją owady, które potrafią wyssać z człowieka krew do ostatniej kropli, takie, które są w st...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Krzysztof Bonk

Krzysztof Bonk

Ameno II

© Copyright by Krzysztof Bonk

Projekt okładki: Krzysztof Bieniawski

ISBN wydania elektronicznego: 978-83-8166-014-3

Wydawnictwo: self-publishing

e-wydanie pierwsze 2019

Kontakt:bookbonk@gmail.com

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione

Konwersja do epub i mobi A3M Agencja Internetowa

I. ŚWIAT BOGINI BASTET

Niewielki pojazd w kształcie skarabeusza szybował od dłuższego czasu w kosmicznej przestrzeni. Rozpościerał się z niego widok na dwa zbliżone do siebie słońca, wokół których orbitowało kilka planet – wszystkie z dominującą złocistą barwą. Wewnątrz statku kosmicznego Nadia zasiadała skulona pod ciemną, lekko owalną ścianą. Ze wzrokiem wbitym w podłogę twarz chowała między rozchylonymi kolanami, dodatkowo zasłaniając się splecionymi razem rękoma. Henen z Zahirą zajmowali siedzenia z przodu pojazdu.

W pewnym momencie, przerywając ciszę, kapitan mruknął z zadowoleniem. Jakby od niechcenia wykonał dłonią kilka muśnięć w wolnej przestrzeni i wyświetlił przed sobą wirtualny obraz. Był to tutejszy układ planetarny widoczny na tle nieregularnej siatki cieńszych i grubszych białych linii. Następnie mężczyzna objął obraz dłońmi i rozszerzając ramiona, powiększył prezentowany widok na okoliczne gwiazdy. Potem znowu zsunął kosmiczny wizerunek, zawężając go do pierwotnego. Na koniec dotknął palcem wirtualne ciało niebieskie o kolorze jasnej żółci, co skutkowało znaczącym powiększeniem się obrazu wyselekcjonowanej planety.

– Długo się będziesz jeszcze tak bawił, jak dziecko?! – rzuciła naraz zniecierpliwionym głosem Egipcjanka. Na co Henen uśmiechnął się kąśliwie i rezolutnie odparł:

– A wiesz, że naprawdę sprawia mi to frajdę? Szczególnie po misjach kosmicznych ziemskim złomem, gdzie wszystkie urządzenia na użytku astronautów były boleśnie toporne. A tutaj? – Pokręcił z niedowierzaniem głową. – Wystarczy pomyśleć, czego się chce, poszukuje i potwierdzić to skinięciem palca czy dłoni.– To kosmicznie wspaniałe – warknęła pani archeolog i w tym samym, cierpkim tonie, kontynuowała: – Ale chyba już czas się ogarnąć i w oparciu o dotychczasowe dane ustalić jakiś przynajmniej względnie sensowny plan działania, nie uważasz?

– Kiedy, ja chcę się bawić… – Henen powiększył obraz kolejnej planety na wirtualnym obrazie i puścił oko do Zahiry.

– Noż w mordę! – skwitowała takie zachowanie coraz bardziej zirytowana Egipcjanka i zagryzła zajadle wargi. Z kolei kapitan ziewnął przeciągle, podrapał się po kwadratowym podbródku i leniwe oznajmił:

– Skoro niby mamy ratować ten świat, to przede wszystkim wypadałoby chyba lepiej go poznać. Mianowicie świta mi w głowie taka opcja, aby odwiedzić poszczególne planety. Jesteśmy bowiem w bardzo nietypowym układzie, gdzie kilka ciał niebieskich jest wielkością zbliżonych do ziemi. Ponadto nie wydają się one ani spalane promieniami słońc, ani nie spoczywają w okowach mrozu…

– Warunki zdatne do życia? – wtrąciła łakomie Zahira.

– Nie inaczej… – potwierdził kapitan. – Dlatego mógłbym obrać kurs na względnie peryferyjną planetę. I jeżeli tam nie znaleźlibyśmy nic godnego uwagi, to można by się systematycznie przemieszczać do kolejnych.

– A co z paliwem na statku? No i ile czasu; tygodni, czy też miesięcy zajmą nam te podróże? – wyraziła swe obawy pani archeolog. W odpowiedzi Hanen z pewnym siebie uśmiechem przeciągnął się na fotelu niczym stary kocur i spokojnie rzekł:

– Nie mam pojęcia, czym nasz owad jest karmiony, to jest zasilany. Chyba jakimś rodzajem energii solarnej, więc jest nawet ekologicznie. Ale nie to jest najistotniejsze, ponieważ nasz żuczek to bardzo sprytny kosmiczny żuczek i zna odpowiednie skróty. – Henen powiększył nieco obraz i pokazał palcem na jedną z białych linii łączących dwie widoczne planety, po czym wyjaśnił: – To takie autostrady szybkiego ruchu. A nawet bardzo szybkiego ruchu. I choć w próżni nie ma żadnych materialnych tworów, to tworzą się w niej swoiste korytarze energetyczne pomiędzy poszczególnymi ciałami niebieskimi, jakby zakrzywienia przestrzeni. I tymi wydzielonymi pasami możemy się poruszać z absurdalną wręcz prędkością, łamiąc znane nam prawa fizyki, czyli tak naprawdę przemieszczając się za sprawą nieznanych nam jeszcze prawideł.

– Więc ile potrwa podróż do wyznaczonej planety? – spytała z nadzieją Zahira.

– Jak z bicza strzelił, czyli ziemskie jakieś trzy dni…

– Zatem w drogę! – podchwyciła energicznie pani archeolog. Ale kapitan skarcił ją palcem i oświadczył:

– Jest nas na pokładzie trójka, więc wypadałoby podejmować wspólne, kolektywne decyzje, czyli większością głosów.

– Fanatyczny demokrata – wyszczerzyła się Zahira i szybko uniosła rękę. – Głosuję za najazdem na wyznaczoną planetę! – krzyknęła. Lecz zaraz zrzedła jej mina, kiedy Henen dodał:

– A je się wstrzymuję… – Następnie spojrzał przez ramię na Nadię. Podobnie uczyniła znowu zdenerwowana pani archeolog. I już zamierzała rzucić jakimś bluzgiem w kierunku skulonej dziewczyny, ale kapitan chwycił ją za rękę i pogroził jej srogim wzrokiem. Wobec tego Egipcjanka z dezaprobatą pokiwała przecząco głową. Wzięła dla opanowania nerwów głęboki oddech, wywróciła oczy do góry i przesadnie słodko zaszczebiotała:

– Jaśnie boska Izydo, nasza cudownie zrekonstruowana Nadio… Czy przychylasz się łaskawie do wniosku, aby odwiedzić uroczą planetę w tym układzie, czy też… – Zahira naraz nie wytrzymała i w swoim stylu warknęła: – Czy też będziesz się nad sobą bez końca żałośnie użalać i zakotwiczysz nas w tej kosmicznej otchłani na wieki, hę?! No dalej, podnieś te swoje ciężkie żaluzje, to jest powieki i spójrz wreszcie na mnie! A tak w ogóle, to…! – Kobieta nie dokończyła, bo Henen gwałtownie zasłonił jej usta dłonią. Ona natomiast nagle spokorniała, czując fizyczną przewagę mężczyzny i z męską ręką na ustach bezradnie przewracała okrągłymi oczyma, aż nadziała się nimi na nieśmiało uniesioną rękę Nadii. – Mmm… mmm… – mozoliła się Egipcjanka, starając się przemówić i łypała wzrokiem w kierunku Jazydki, aby zwrócić na jej decyzję uwagę Henena. Ten wreszcie spojrzał na dziewczynę, a wtedy uwolnił usta Zahiry, z których natychmiast wyrwały się pełne entuzjazmu, chrypliwe słowa: – Bardzo słuszna decyzja moja ty jazydzka Izydo. Sama zobaczysz, jeszcze razem uratujemy ten świat, czy raczej zaświaty! To mówię ci ja, Neftyda, twoja serdeczna! Siostra…

*

Czego by nie powiedzieć, Henen był znowu tam, gdzie zawsze pragnął być, czyli w kosmosie. Z tego powodu, mimo kompletnie przedziwnych okoliczności tego zdarzenia, dobry humor go nie opuszczał.

Po ustaleniu odpowiedniej trajektorii lotu statku kosmicznego wstał z fotela i zasiadł na podłodze koło Nadii. Opierając się o ścianę, najpierw rozejrzał się po niewielkim wnętrzu. Poza sarkofagiem na środku i parą foteli z przodu nie było tu dosłownie nic szczególnego, na czym można by dłużej zawiesić wzrok. Dlatego kapitan spojrzał przez wizjer naprzeciw wprost na widoczne w kosmicznej przestrzeni gwiazdy. Ten majestatyczny obraz pełen niewysłowionej głębi niezmiennie go upajał i sycąc się nim, trwał tak niczym w medytacyjnej pozie. Aż nieśmiało przemówiła Nadia:

– Przepraszam…

– Za co…? – zapytał swobodnie Henen.

– Zostawiłam cię tam… w piramidzie… A potem… To chyba przeze mnie doszło do walki…

– Cóż… Nie da się ukryć, że chyba trochę namieszałaś. – Kapitan ciężko westchnął i zaraz na pocieszenie dodał: – Ale na obecnym etapie trudno wyrokować, jak to się wszystko dalej potoczy. Tak naprawdę może jeszcze wyjść z twojego działania coś dobrego, czas pokaże. Zaś obecnie w końcu jesteśmy tu raczej bezpieczni…

– A inni…?

– Nie wiem, jak inni – odparł wymijająco mężczyzna. – Ale my przede wszystkim musimy zatroszczyć się o siebie samych. No i o światło gwiazd… jeżeli jest choć ziarno prawdy w złowrogim krakaniu naszej pani archeolog… – zakończył ściszonym głosem kapitan, spoglądając z pewną podejrzliwością na Zahirę. Ona wpatrywała się w wyświetlony wirtualnie tutejszy układ planetarny i co raz przeklinając pod nosem, przykładała do poszczególnych, kosmicznych odległości palce, dokonując tylko jej wiadomych pomiarów.

– Moje ciało… – rzekła z kolei Nadia. Uniosła nieco głowę, rozplotła ramiona i już w luźniejszej pozie popatrzyła na siebie. – Co się ze mną właściwie stało…? – zapytała.

– Zdaje się, że zostałaś zregenerowana w skrzyni, którą mamy na pokładzie. I bardzo się z tego powodu cieszę, bo wierz mi, naprawdę kiepsko to wyglądało…

– Jestem teraz inna, dziwna… Jak jakaś łaciata krowa…

– Krowa jest świętym zwierzęciem Izydy! – rzuciła nagle w powietrze Zahira, mająca najwyraźniej bardzo wysublimowany słuch.

– Masz bardzo gustowne czarne łaty, a ja nic nie mam do krów. To bardzo sympatyczne zwierzęta – stwierdził do kompletu uprzejmie Henen i w zamyśleniu dorzucił: – Miałem kiedyś fajną dziewczynę z przypadłością zwaną bielactwem. Cała jej skóra pokryta była białymi plackami i uwielbiałem je, te znamiona. Ponadto wspomniana osoba hodowała krowy na mleko i darzyła te zwierzaki chyba większym uczuciem niż mnie…

Po tym wywodzie Nadia lekko się uśmiechnęła. Ale zaraz poparzyła na swoje krocze z gładką, ciemną i jednolitą powierzchnią, po czym bez wyrazu oświadczyła:

– Ja nie jestem już nawet kobietą… – Na co Henen ostrożnie zasugerował:

– Nie tylko posiadanie kompletnego kobiecego ciała definiuje kobiecość… Ja w każdym razie nie mogę ci jej odmówić…

– To, co się ze mną stało, nie jest w sumie takie złe… – zasugerowała nieoczekiwanie Jazydka. – Z powodu tego, co przedtem miałam między nogami, wynikały same nieprzyjemne rzeczy…

– Z mężczyznami…

– Tak – przyznała dziewczyna i dalej snuła swoje niemal wyzute z emocji rozmyślania: – Nigdy chyba nie myślałam o sobie, jako o kobiecie… A nie kobietom jest w życiu łatwiej. Dlatego przywyknę do tego ciała, chyba… – zakończyła niepewnie.

Po chwili ciszy Henen podrapał się niefrasobliwie po karku i z powagą powiedział:

– Najważniejsze, że żyjesz, wbrew przeciwnościom przetrwałaś. To jest najistotniejsze, wierz mi i doceń to. Ponadto wiedz, że z Abdulem to nie było tak, że oszczędziłem go ze względu na niego samego. Ocaliłem te ludzkie ścierwo ze względu na nas… – Dziewczyna spojrzała pytająco na kapitana, a on wyjaśnił: – Widzisz… pierwotnie znaleźliśmy się wspólnie w niezrozumiałej, bardzo trudnej sytuacji. Ale w moim odczuciu takiej, gdzie jedna śmierć prawdopodobnie pociągnęłaby za sobą kolejne. Dlatego obawiałem się zabić Araba, za to, co ci robił. Lecz głównie dlatego, aby zaraz nie doszło do odwetu i całej kaskady trupów. Nie wiem, czy uczyniłem słusznie. Jednak to właśnie mną kierował. Zaś co do ciebie, moja damo, to w tej materii się nic nie zmieniło. Ciągle nie mam tu do roboty nic innego, jak tylko cię chronić…

– Czemu chciałbyś mnie chronić…? – zainteresowała się ostrożnie Jazydka.

– Bo widzisz… swego czasu zrobiłem sporo rzeczy, których się wstydzę. Podjąłem naprawdę wiele parszywych decyzji i… co tu dużo mówić, mam krew niewinnych na rękach… Przez to jesteś rodzajem mego odkupienia i nie pozwolę, rozumiesz? Nie pozwolę, aby działa ci się krzywda…

– Co i komu zrobiłeś? Krzywdziłeś takie osoby, jak ja…? – zapytała już chłodniej Nadia i lekko odchyliła się od Henena. Ten przybrał kwaśny wyraz twarzy i potrząsną głową, zupełnie jakby zrzucał z siebie dopadające go raptem wspomnienia. Następnie chwycił Jazydkę mocno za rękę i wstając, poderwał ją na równe nogi, po czym zdecydowanie oświadczył:

– Jak powiedziałem, będę cię chronił, zawsze. Ale być może nie zawsze będę przy tobie, a do tego być może i ty będziesz miała okazję ocalić mi kiedyś tyłek. Wobec tego podszkolę cię w sztukach walki. Zobaczysz, to całkiem dobra zabawa. Na pewno ciekawsza niż kolejne trzy dni smętnego siedzenia i spoglądanie w podłogę. Co ty na to?

– No… dobrze… – oznajmiła nieco zmieszana Nadia i przesadnie mocno zacisnęła dłonie w pięści, prezentując tak swoją postawę bojową.

– Zuch dziewczyna, zatem ćwiczymy! – powiedział energicznie Henen. Złapał błyskawicznie za ramię Nadii i kucając, wykonał nią klasyczny rzut, po którym sparing partnerka przeleciała nad jego plecami i padła jak martwa na podłogę.

– Tylko nie uszkodź żony Izydy, Ozyrysie – rzuciła leniwie Zahira, nawet nie spoglądając w stronę walczących i obojętnie dodała: – Choć w staroegipskich, boskich rodzinach przemoc domowa była na porządku dziennym. Dla przykładu wasz syn, Horus, w napadzie furii odciął kiedyś ukochanej matce głowę…

*

Trzy ziemskie dni na wyznaczoną planetę upływały Nadii wyjątkowo szybko, a to za sprawą niezwykle intensywnych ćwiczeń walki z Henenem. Kapitan nie miał dla Jazydki litości, ale w jej życiu nie było to nic nowego, więc spokojnie przyjmowała wszystkie razy. Natomiast jej obecne odnowione ciało okazywało się równie odporne, jak ostatnie. Nie potrzebowała snu ani odpoczynku. Ponadto podobnie, jak jej kompanów ciągle nie trawił jej głód i nie doskwierało pragnienie. W takich okolicznościach, gdzie ułomności ciała nie dekoncentrowały uwagi, Nadia bez reszty zaangażowała się w trening. I choć o pokonaniu w walce wręcz Henena nie było mowy, to czerpała swoistą satysfakcję z samych wspólnych ćwiczeń. Tego, że ktoś się nią zajmował, pragnąc jej coś ofiarować. Stanowiło to dla niej ożywcze doświadczenie i potrafiło przywołać nieśmiały uśmiech na zwykle stroskanej twarzy.

Aż po trzech dniach gwiezdnej podróży kosmiczny skarabeusz wylądował na pożądanej planecie. I bynajmniej nie uczynił tego w przypadkowym miejscu. Wcześniej Henen przeskanował powierzchnię tego ciała niebieskiego i zawyrokował, że całość jest jedną wielką kupą skał oraz przede wszystkim piachu. Lecz w jednym punkcie znajduje się oczko wodne, a wokół niego najprawdziwsze w świecie, stylizowane na staroegipskie, miasto.

Trójka przybyszy wyszła z pojazdu na złocisty piasek w pobliżu niezbyt wysokich murów okalających niskie zabudowania i pod błękitnym niebem zgodnie ruszyli wprost do otwartej bramy. Henen szedł w środku, mając po bokach Zahirę oraz Nadię. Ta ostatnia zakryła wstydliwie piersi, kiedy zatrzymali się przed parą strażników – z wyglądu iście posągowych mężczyzn krzyżujących włócznie i zagradzających przejście dalej. Zaraz jednak Jazydka odsłoniła swą nagość, kiedy się zorientowała, że strażnicy nie byli prawdziwymi ludźmi z krwi i kości. Henen postukał pięścią jedną postać w połyskujące na słońcu czoło, w wyniku czego rozszedł się głuchy odgłos kontaktu dłoni z metalową powierzchnią. Do tego para włóczników w spódnicach, sandałach i z nagimi torsami w żaden sposób nie reagowała na zaczepkę. Również ich otwarte oczy się nie poruszały i pozostawały niczym martwe.

W końcu zniecierpliwiony kapitan pochwycił drążki skrzyżowanych włóczni tuż za ich grotami i używając siły, próbował rozsunąć drzewce na boki. Mozolił się coraz bardziej, czyniąc to jednak nieskutecznie. Aż raptem zza murów rozległy się dwa szybkie klaśnięcia, po czym para wojowników w jednej chwili rozchyliła swój oręż.

– Wiedziałem, że w końcu mi ulegną… – oznajmił z ulgą Henen. Gdy wtem w przejściu stanęła kobieca postać w długiej, jasnej spódnicy i odkrytym biustem, za to, co znamienne, z głową białego kota na swoim ludzkim karku.

– Na cuchnącą kulkę żuka gnojaka… – syknęła na ten widok Zahira, spoglądając z rosnącym zaintrygowaniem w kocie, zielone źrenice tajemniczej istoty. Ona uniosła rękę i wskazała nią, aby przybysze podążyli za nią. Potem się odwróciła i skierowała drobnymi krokami do wnętrza miasta. Trójka gości popatrzyła po sobie i zgodnie ruszyli jej śladem.

Przemierzyli dość długi korytarz z kamienia z owalnym sklepieniem i wyszli na piaszczystą ulicę. Szli posłusznie za pierwotnie napotkaną postacią, co raz zwalniając, by z zaciekawieniem pokręcić na boki głowami. Widok bowiem ukazywał im się doprawdy nietypowy.

Było tu bardzo dużo wolnej przestrzeni w tym placów z egzotyczną zielenią, głównie rozłożystymi palmami z podstawą pni obsypanych białym żwirkiem. Wszystkie drogi usypane zostały jasnym, drobnym pisakiem, za to nieliczne budynki na planie kwadratów i prostokątów wykonano z kamienia i gliny. Przy czym nigdzie w okolicy nie można było dostrzec żadnej zaawansowanej techniki. Wręcz przeciwnie, cała zurbanizowana przestrzeń prezentowała się w wielce archaicznym stylu.

Lecz poza nią, intrygowali tu jeszcze bardziej niezwykli bywalcy tego miejsca. Wśród nich dominowała olbrzymia ilość kotów w większości zupełnie pozbawionych sierści za to z paskudnie pomarszczoną skórą zwijającą się w piętrzące na zwierzakach fałdy. Koty te wygrzewały się na słońcu lub spały w cieniu palm i budynków. Niektóre z nich, spod półprzymkniętych powiek, leniwym wzrokiem śledziły ruch powstały za sprawą przemieszczających się drogą przybyszy. Również kocimi oczyma, tylko większymi, odprowadzały gości różnorodne kobiety-koty. Wszystkie zgodnie w toples ukazywały nagie, obfite biusty i nogi zakryte długimi spódnicami. Za to ich zwierzęce głowy prezentowały okazy kotów najróżniejszych gatunków i maści.

Wreszcie po dłuższym pochodzie grupa dotarła do bardziej okazałego budynku także strzeżonego przez parę strażników. Jednakże przed przewodniczką z kocią głową udostępnili oni przejście zagradzane dotąd własnym orężem. Zaś nad przejściem, na sklepieniu bramy, rzucał się w oczy wymalowany na jasnym kamieniu czarny, nietypowy krzyż.

– To anch, symbol życia – wyjaśniła Zahira, wskazując na hieroglif i przepchała się przed Henena oraz Nadię, aby jako pierwsza podążać za przewodniczką. Wewnątrz dominował ożywczy chłód, wielobarwne malunki na jasnożółtych ścianach i rozchodziła się pobudzająca, choć nieprzytłaczająca melodia. – To instrument sistrum należący do idiofonów uderzanych, czyli samobrzmiących i zarazem jeden z ulubionych gadżetów bogini Bastet – wtrąciła pani archeolog, mając na myśli źródło melodyjnych dźwięków. A już zaraz stanęła w większej sali.

Tutaj paliły się wonne kadzidła i płonęły zapalone znicze, a pod ścianami leżały wielkie, jasne poduchy z wylegującymi się na nich pozbawionymi sierści kotami. Natomiast u szczytu komnaty zasiadała na tronie czarnoskóra kobieta, nie inaczej, tylko z głową kota, w tym przypadku czarnego. Ponadto postać ta wyróżniała się od innych tym, że miała złocistą suknię częściowo odsłaniającą jej wąską talię, za to skąpo zasłaniającą wydatne piersi. Dekolt był przyozdobiony złocistym naszyjnikiem, a w kocich, sterczących uszach połyskiwały długie kolczyki. Ogromne, żółte oczy okalał jasny makijaż.

Kobieta-kot w złocistej szacie wstała i z iście kocią gracją, lekko falując biodrami, skierowała się w stronę przybyszy. Zatrzymała się przed nimi i mówiąc coś w niezrozumiałym języku, zawiesiła na szyi Nadii kamienny wisiorek przedstawiający wspomniany przez Zahirę krzyż anch. Następnie kobieta-kot przyjrzała się gościom, czyniąc to jakby krytycznie i szybko zaklaskała dwa razy w dłonie. W tym momencie przybysze solidarnie chwycili za swe skronie w miejscach, gdzie posiadali metalowe implanty. Można było odnieść wrażenie, że odczuli znaczny dyskomfort, ponieważ krzywili się na twarzach. Zaraz jednak ich oblicza pogodniały, jakby ich ciała dostrajały się do jakiegoś rodzaju energii. Kiedy zaś ponownie padły te same słowa kobiety-kota, były już one powszechnie dla wszystkich rozumiane.

– Witaj Izydo, moja błogosławiona matko, czekałam na ciebie, a oto dar. – Pokazała palcem na symbol anch na płaskiej, częściowo czarnej piersi Nadii.

– Bastet, jesteś boginią Bastet?! – wyrwała się naraz po staroegipsku Zahira.

– Mniej więcej, Neftydo… – padła wymijająca odpowiedź.

– Wiedziałam, widziałam! – wrzasnęła nagle rozemocjonowana Egipcjanka. Ale zaraz spuściła z tonu i podejrzliwie zapytała: – Mniej więcej, zatem więcej, czy mniej, czyli właściwie jak…?

– Ano tak, że jestem dominującą emanacją Bastet, której duch odzwierciedla naturę tej planety. Ja jestem, że tak powiem, najwyższą przedstawicielką bogini, choć i w pewnym sensie nią samą…

– Aha… – oznajmiła w zadumie Zahira, która najwyraźniej musiała przez moment przetrawić zasłyszane wiadomości.

– Ładne oczy, takie… kocie… – Henen zwrócił uwagę na intensywnie żółte tęczówki naprawdę kocich oczu kobiety ze zwierzęcą głową. Zdziwił się jednocześnie brzmieniu własnych słów wypowiedzianych w kompletnie obcym mu języku, po czym pogładził się po implantach na skroniach, podejrzewając już skąd u niego te nowe, nieoczekiwane zdolności lingwistyczne. Z kolei Bastet uśmiechnęła się kusząco i lekko dygnęła:

– Zasłużony komplement przyjęty, zacny Ozyrysie… – powiedziała uwodząco do kapitana.

– Więc naprawdę… jesteśmy teraz bogami…? – wyszczerzyła się w samozadowoleniu Zahira. Na co Bastet trochę przytłumiła jej rodzącą się pychę:

– W pewnym sensie… Ponieważ sama esencja boskości jest poza zwykłym istnieniem, jak i zrozumieniem. Dlatego właśnie istnieją emanacje. A kolejne pojawiają się po śmierci poprzednich. Wy zaś nie jesteście poprzednimi, podpowiadają mi to moje oczy. Ale wyczuwam w was wyraźnie boską energię. – Popatrzyła na swoją otwartą dłoń, gdzie miała niewielkie, elektroniczne urządzenie przypominające trochę kompas. – Zatem… co macie mi o sobie do powiedzenia…? – Bastet zawiesiła pytanie.

Odpowiedzi na nie udzieliła nader obszernie Zahira, streszczając wydarzenia ostatniego czasu z udziałem ósemki przybyszy przebudzonych nagle w nowych ciałach i nowym świecie. W reakcji na tę historię kobieta z kocią głową jedynie przymilnie się uśmiechnęła i złożyła jednoznaczną ofertę:

– Skoro zamierzacie pokonać Apopa, co swoją drogą jest waszą boską powinnością, będziecie potrzebować silnych sojuszników, a zjednać ich możecie w bardzo prosty sposób.

– Jaki?! – zapytała z typową sobie natarczywością pani archeolog. Bastet zaczęła uprzejmie wyjaśniać:

– Na moim świecie właśnie zakończyła kurs podniebna karawana. Podróżuje ona cyklicznie wzdłuż planet tego układu, zabierając z nich wytwarzane tam dobra i zmierza do centrum międzyplanetarnego handlu, czyli Nowego Heliopolis Hatszepsut.

– Hatszepsut… – mruknęła, rozdziawiając szczękę Egipcjanka.

– Tak, właśnie ta zacna królowa – potwierdziła Bastet i ciągnęła dalej: – Proponuję więc zabrać się wam razem z karawaną. W obliczu przebudzenia się potężnego Apopa pożądana bowiem będzie dodatkowa ochrona niebiańskiego konduktu. Do tego w przestrzeni kosmicznej pałęta się ostatnio coraz więcej tych przeklętych, asyryjskich piratów. Natomiast po drodze ręczę, że będziecie mieli okazję zjednać sobie przychylność kilku znaczących faraonów.

– Na światło boskiego Re, wchodzimy w to! – warknęła Zahira. A wobec jej deklaracji Henen zwrócił się do Nadii:

– Co ty na to? – Ku uciesze Egipcjanki dziewczyna bez ociągania się skinęła twierdząco głową. Na co Bastet w szerokim uśmiechu ukazała swe białe, kocie zęby, w tym dwa imponujące kły w rozwartym pyszczku. Potem rozłożyła szeroko ramiona i zdecydowanie zaklaskała.

– Karawana wyrusza za jeden ziemski dzień – oświadczyła. – Więc teraz was u siebie ugoszczę, po czym będę wam życzyć szczęśliwej drogi. – Po tych słowach bogini do komnaty weszło liczne grono kobiet-kotów z instrumentami sistrum. Osoby te stanęły po dwóch stronach pod ścianami przy poduchach z kotami i wspólnie zagrały pobudzającą melodię. W jej uwodzący rytm Bastet zaczęła subtelnie poruszać biodrami, a ramionami wykonywała podłużne ruchy, każdorazowo ustawiając dłonie w poziomych konfiguracjach. Tanecznym chodem przesunęła się przed Nadię i ta niespodziewanie dla pozostałych przybyszy odpowiedziała własnym, bardzo podobnym tańcem. Dziewczyna i kobieta coraz bardziej oddawały się rytmicznym pląsom, zaś Henen z Zahirą z uznaniem dla Jazydki patrzyli po sobie. A zaraz wskazano im, aby zasiedli na przyniesionych właśnie dodatkowych poduchach, przy których rozstawiono tace z owocami i puchary z winem. Goście nie dali się prosić i zasiadając, przystąpili do degustacji prezentowanych specjałów.

Wkrótce do obszernego pomieszczenia weszła jeszcze większa ilość kobiet-kotów, gdzie niektóre żonglowały wielobarwnymi, zapalonymi pochodniami, inne przystąpiły do tańców na parkiecie, a jeszcze inne rozmasowywały umiejętnie stopy i plecy podróżnikom.

Swoiste przyjęcie trwało dłuższy czas. Wpatrzona w sufit Nadia nieustannie oddawał się zmysłowemu tańcowi. Henen przygruchał sobie dwie kocie kobiety, które obejmował w talii i był karmiony przez nie winogronami. Z kolei Bastet oddaliła się w bardziej ustronne miejsce i dyskretnym ruchem przywołała do siebie Zahirę.

Ta wstała ociężale z zajmowanej poduchy, a w drodze do bogini niefrasobliwie nadepnęła ogon kota. Zwierzak miauknął przeraźliwie, po czym wybiegł w panice z komnaty. Wobec tego wydarzenia Bastet obnażyła wściekle kocie kły i wysunęła przed siebie dłonie z niezwykle długimi, ostrymi paznokciami. Jednak zaraz złagodniała i wskazując na huczne przyjęcie, ściszonym głosem oznajmiła do Egipcjanki:

– Ostatnio nieczęsto jest tu tak radośnie, a powinno być i to o wiele weselej. Czy wiesz, co jest tego przyczyną…? – Pani archeolog zaprzeczyła ruchem głowy w poziomie. – To stały brak na tej planecie mężczyzny, ale prawdziwego, a nie w postaci nisko urodzonych, wykastrowanych i półblaszanych strażników. Zrozum, że ja, Bastet, potrzebuję faraona, cała planeta go potrzebuje.

– Chcecie może Henena, to jest Ozyrysa…? – zapytała głupkowato Zahira, robiąc wielkie oczy.

– Byłby na właściwym miejscu, to prawda, Neftydo. Ale nie zrobię tego matce Izydzie, zabierając jej męża. Wystarczająco wiele już przeszła i jeszcze wiele cierpienia przed nią. Jednakże jest pewien sposób, za którego sprawą mogłabyś się przysłużyć do naszego dobra i radości… – Po tych sugestiach Bastet nachyliła się do ucha pani archeolog i szeptała z kociego pyszczka ciche słowa jakby pomiaukiwania. Na koniec uśmiechnęła się przymilnie do kompletnie zamurowanej Zahiry.

– Obawiam się, że po przygodzie z Setem twoja matka, Izyda, a nasza Nadia nie może mieć już dzieci… – stwierdziła osłupiała Egipcjanka, zaś pewna swego bogini szeptała dalej, aż głośniej, kusząco podsumowała:

– Oczywiście nie oczekuję, że spełnisz zleconą ci misję jedynie z dobroci serca, Neftydo… Zdobądź to, czego pragnę, a w stosownej chwili cię wesprę i wywyższę. Uczyń zadość mym prośbom, a będziesz ukochaną Bastet. W tym błogosławieństwie znajdziesz być może przetrwanie…

– Błogosławieństwo, przetrwanie… – powtórzyła pod nosem Zahira i odzyskując dawną werwę, warknęła: – Niech będzie, kociaro, wchodzę w ten niecny spisek. Ale w takim układzie, dla zagłuszenia wyrzutów sumienia, potrzebowała będę więcej, dużo więcej wina!

– Miau… – ucieszyła się szczerze Bastet i usatysfakcjonowana powróciła tanecznym krokiem do pląsów z roztańczoną Nadią.

*

Lekko wstawiony Henen został odprowadzony do swego prywatnego pokoju przez dwie kobieco-kocie piękności. Nieco zawiedziony zauważył, że istoty pozostawiają go w nowym lokum samego i do ostatnich chwil wyglądał wzrokiem za ich ponętnymi biustami. Zaraz jednak potrząsnął głową, uświadomiwszy sobie, że przecież miał do czynienia po części z kotami.

Uśmiechnął się na tę myśl sam do siebie, zdając sobie raptem sprawę ze skali rozgrywającego się wokół absurdu. Jednocześnie wyraził w umyśle szczere uznanie dla konstruktorów tej gry fabularnej, w której przyszło mu brać udział. Musiał im bowiem przyznać, że odwzorowanie egipskich klimatów było całkiem przyzwoite, a jego zmysłów odbierających te atrakcje wręcz idealne. Dopiero co pod opuszkami palców tak wyraźnie czuł aksamitną skórę gładzonych, kobiecych piersi i twardość ich sutków. Za to wypite w sporej ilości wino tak, jak należało, odpowiednie szumiało mu w głowie. Następnie na dobre odprężony kapitan rozejrzał się po przydzielonym mu pokoju.

Dostrzegł olbrzymie łoże, na którym swobodnie mogłyby zasnąć i trzy osoby, tym markotniej wspomniał swe niedawne, kocie towarzyszki, których było tu brak. Ponadto na posłaniu w kolorze złota piętrzyły się koce i okazałe poduchy. Po bokach łóżka prezentowały się dumnie wysokie stojaki z zapalonymi zniczami oświetlającymi pomieszczenie. Jego ściany mieniły się kolorem matowego pisaku z licznymi, wielobarwnymi hieroglifami, gdzie zdecydowanie dominowały wizerunki kotów.

Po dokonanych oględzinach Henen wzruszył ramionami i na myśl o słodkim śnie poczuł, że jeżeli zechce, to nakłoni swe ciało do zapadnięcia w drzemkę. Ponieważ nagle nabrał ochoty, aby przez oddanie się w objęcia Morfeusza zresetować nieustanie atakowany staroegipskimi bodźcami umysł.Z tą myślą skierował się prosto do łóżka i już zamierzał dać susa na sam jego środek, kiedy pod złocistym posłaniem dostrzegł dyskretny ruch. Natychmiast otrzeźwiony stanął w gotowości i jeszcze raz z uwagą rozejrzał się po komnacie, ale tym razem w poszukiwaniu jakiejś broni.

Wybór padł na stojak ze zniczem. Kapitan wyciągnął rękę po pozłacany drążek zwieńczony krągłą misą z płomieniami i bezszelestnie go uniósł. Następnie przyczajony mężczyzna zaczął powoli zachodzić z boku łóżko i potencjalnego wroga. Ten wił się pod pościelą niczym wąż, ukazując wybrzuszające się kształty. Aż Henen wolną ręką chwycił za rąbek koca, po czym gwałtownie ściągnął go, rzucając w kąt komnaty.

– Mrau… – Zahira przeciągnęła się błogo w pościeli i posłała mężczyźnie zalotnego całusa. On zaskoczony z siebie wydusił:

– To ty…

– Ja, Neftyda… Mój ty Ozyrysie… – Wyciągnęła przed siebie nogę, a stopą oparła o krocze Henena.

– Nie pomyliłaś przypadkiem pokoju? – zapytał kwaśno.

– Pomyłka…? Chcesz powiedzieć, że wolisz być sam…? – Kobieta subtelnie poruszała stopą, gładząc nią intymne miejsce mężczyzny i kusząco ciągnęła dalej: – Może to tutejsze wino, sama nie wiem. Wiem jednak, że w ostatnim, ziemskim życiu miałam ciało nilowego hipopotama, a teraz…? – Demonstracyjnie pogładziła się po płaskim, jędrnym brzuchu i ujęła w dłonie swe obfite piersi, unosząc je nieco do góry tak, że spod metalowej opaski wychynęły ciemne sutki. – Tylko popatrz na mnie i podziwiaj… – mruknęła.

– Patrzę i podziwiam… – jęknął Henen, wlepiając pożądliwie wzrok w ponętne ciało kobiety. Ona nie przestawała kokietować:

– Nie pamiętam już, kiedy mnie ktoś ostatnio porządnie przeleciał. Chyba całe dekady temu. Zaś w tym niezwykłym ciele hormony po prostu buzują i założę się o moją niedopieszczoną, egipską jamkę, że masz tak samo i między nogami buzującego jamnika. Takiego długiego, niewyżytego i no wiesz, bez kagańca, pragnącego się urwać ze smyczy… – Zahira rozłożyła się na plecach, rozchylając znacząco nogi. – To jak będzie, Ozyrysie…? – dodała przymilnie.

– A jak myślisz… – Henen odstawił stojak i jednym susem wskoczył na łóżko, znajdując się od razu nad kobietą. Pomyślał, że w końcu skoro doświadczany świat był tylko komputerową iluzją, zapewne właśnie wygrał jakiś bonus i nie było powodu się wzbraniać przed przyjemnością. A ostatnich skrupułów i zahamowań pozbawiało go huczące w głowie wino.

Zahira z przyklejonym do ust uśmiechem cały czas zaczepnie drapała go paznokciami po klatce piersiowej. On wziął głęboki oddech, położył się na Egipcjance i jakby zwracał się do pasażera pojazdu, warknął:

– Lepiej dobrze się czegoś trzymaj, będzie trzęsło i to ostro…

– Och!

II. KOSMICZNI PIRACI

Górna płyta sarkofagu regeneracyjnego umiejscowionego w niewielkim, kosmicznym skarabeuszu rozsunęła się na boki. Z wnętrza skrzyni wyszedł mężczyzna japońskiego pochodzenia. Rozejrzał się w opanowany sposób, dłuższy czas ogniskował wzrok na przestrzeni kosmicznej widniejącej za przednią szybą, a potem przeniósł spojrzenie na zasiadającą do niego tyłem panią Sakurę. Po chwili pan Takashi zajął fotel obok swojej partnerki.

– Co się wydarzyło? – zapytał spokojnie. – Nie pamiętam nic od momentu zranienia naszego przeciwnika.

Japonka popatrzyła z uwagą na mężczyznę, po czym udzieliła chłodnej odpowiedzi:

– Po uszkodzeniu Seta szukaliśmy drogi wyjścia z głównego pojazdu i po drodze natrafiliśmy na mniejszy. Ale tuż przed wejściem, zaatakowała nas wataha szakali. Walczyłeś, podczas gdy ja uruchamiałam pojazd. Odniosłeś głębokie rany, jednak skrzynia za naszymi plecami cię uzdrowiła.

– To prawda, mam już pewne przebłyski pamięci… – potwierdził pan Takashi i pomasował się po metalowych implantach na głowie. A zaraz zmienił temat: – Jaki jest nasz obecny status poza tym, że jak rozumiem, skutecznie opuściliśmy planetę i teraz przebywamy w… kosmicznej przestrzeni? – Na te ostatnie stwierdzenie nawet zwykle całkiem pozbawionemu emocji panu Takashi lekko załamał się głos. Sakura z kolei przedstawiła znaną jej sytuację:

– Z głównego pojazdu pod piramidą ewakuował się jeszcze co najmniej jeden niewielki kosmiczny skarabeusz, ale nie wiem, czy z Hindusami, czy resztą naszej grupy. W każdym razie w pewnym momencie błyskawicznie się oddalili. Nie leciałam za nimi. Za to odkryłam to: – Kobieta wyświetliła w wirtualnej przestrzeni układ planetarny połączony, niczym drogami, białymi liniami. – To zdaje się nasz obecny teren eksploracji, a widoczne biały pasy, są to drogi, na których nasz pojazd wchodzi w znacząco szybszy tryb napędu.

– Inne planety… – zwrócił uwagę na wyświetlone ciała niebieskie pan Takashi. – Są zamieszkałe? – zainteresował się.

– Obecny na pokładzie tego statku komputer pokładowy współpracuje z ludzkim umysłem. Przeszukałam już pod tym kątem pamięć skarabeusza, ale niczego nie znalazłam. Wydaje się, że zawiera jedynie dane nawigacyjne, nic więcej.

– Dobrze… – oznajmił w zadumie Japończyk i pokazał palcem na najbliższą planetę za przeszkloną szybą. – Zatem zacznijmy zwiedzać nasz nowy dom i zobaczmy, jakie naprawdę skrywa bogactwo, nad którym postaramy się zapanować – zawyrokował.

– Jesteś tego pewien, że to cały czas nasz priorytet? – wyraziła wątpliwość pani Sakura i spoglądając partnerowi w oczy, przypomniała jakimś cudem zrozumiałe przez nich słowa Seta na temat demonicznego węża chaosu Apopa: – Ten świat stoi ponoć na krawędzi zagłady. A co, jeżeli istnieje tylko chwilowo, jeśli nie doczeka się stosownej interwencji?

– Możesz mieć rację – przyznał pan Takashi, analizując naprędce dotychczasowe sploty wydarzeń. – Wobec tego rozejrzymy się i zareagujemy adekwatnie do sytuacji. Do tej pory szczęście i siła są po naszej stronie.

– Tak – potwierdziła Japonka i subtelnymi ruchami dłoni zaczęła wyznaczać odpowiedni kurs wprost na pobliską, bijącą żółtą jasnością planetę. Lecz niespodziewanie po bokach pojazdu dostrzegła w sporej odległości inne, niewielkie, ale liczne statki kosmiczne. Na pierwszy rzut oka miały one kształty krokodyli i się zbliżały, osaczając skarabeusza. – Mogę przyspieszyć – zasugerowała pani Sakura.

– Nie – zakomenderował zdecydowanie pan Takashi. – Nie wiemy jakim uzbrojeniem dysponują obce pojazdy. Poddajmy się i przekonajmy z kim tak naprawdę mamy do czynienia.

– Zwalniam – zgodziła się Japonka i przystąpiła do procedury łagodnego zastopowania skarabeusza w kosmicznej próżni. Jednocześnie wokół zgromadziło się już przeszło kilkadziesiąt niewielkich, obcych okrętów, wyglądających na tle czarnego nieba i gwiazd niczym rój szarańczy. Następnie z tyłu nadleciał znacząco większy statek, także w postaci budzącego respekt gada. Rozwarł on swoją mechaniczną paszczę i jakby połykając kosmicznego skarabeusza, wessał go do swego przestronnego wnętrza.

W tym momencie pojmany pojazd znalazł się w wielkiej, prostokątnej hali oświetlanej wiszącą u sufitu złocistą kulą. Natomiast wokół wylądowały mniejsze statki stylizowane kształtem na krokodyle i zaczęli wychodzić z nich mężczyźni. Co znamienne, ubrani byli w czerwono-niebieskie szaty, które zawijały ich ciała na kształt męskich sukni. Ponadto charakteryzowali się długimi, czarnymi i kręconymi włosami oraz ciemnymi brodami zaplecionymi w drobne warkoczyki. Na głowach mieli szpiczaste nakrycia z syntetycznego materiału.

Pani Sakura i pan Takashi popatrzyli po sobie, po czym zgodnie wyszli na zewnątrz swojego pojazdu. Tutaj otoczył ich szczelny krąg kilkudziesięciu wspomnianych mężczyzn, a przed ich kolisty szereg wyszedł jeden z nich charakteryzujący się pozłacaną tkaniną ubioru oraz złotym pasem, za którym trzymał srebrne berło. Wyciągnął je i wyraźnie nim wygrażając, mówił coś w dziwnym, niezrozumiałym języku.

Z tą chwilą niedawni pasażerowie skarabeusza poczuli specyficzny pisk w uszach i ucisk na skroniach w miejscach, gdzie posiadali implanty. Zaraz jednak fizyczne symptomy ustąpiły, a słowa mężczyzny z berłem stały się jak najbardziej zrozumiałe:

– Na wielkiego Aszura, pytam ostatni raz, jakim cudem podróżujecie kosmicznym skarabeuszem? W końcu tylko samym egipskim bogom daje on sobą kierować, zatem?

– Bo jesteśmy nimi, bogami – odparł z miażdżącym przekonaniem pan Takashi.

– Czyżby? – wyraził szczerą wątpliwości mężczyzna z berłem i drwiąco rzekł: – My zaś jesteśmy Asyryjczykami i wiemy już, że wśród egipskich bóstw dokonał się za sprawą Apopa prawdziwy pogrom. Dlatego śmiem wątpić w wasze słowa. Przyznajcie się, jesteście dzikimi Scytami, a może podstępnymi Hetytami?

– Powiedziałem już, jesteśmy bogami – nie ustępował Japończyk i zgodnie z wcześniejszymi sugestiami Zahiry przedstawił Sakurę oraz siebie samego: – Oto nowa pani nocy, Nut. – Wskazał na Japonkę. – Ja zaś jestem panem powietrza, Szu.

W tym momencie asyryjski przywódca drgnął i na twarzy zarysował mu się wyraz niepewności. Lecz zaraz uniósł przed siebie srebrne berło i zagrzmiał:

– Wy z kolei macie przed sobą władcę asyryjskiego Sargona, który dzierży łaskę samego boga Aszura. Kimkolwiek więc nie bylibyście naprawdę, ukorzcie się, klękając!

– Więc przewodzisz tej grupie żołnierzy? – zainteresował się pan Takashi. Na co mężczyzna jeszcze mocniej się uniósł:

– Władam nimi, a teraz także i wami!

– Zobaczymy. – Pan Takashi popatrzył wymownie na Sakurę, to na zawieszone u góry źródło światła w postaci złocistej kuli. W odpowiedzi Japonka szeroko rozwarła usta i zaczęła zasysać do gardła całe światło z pomieszczenia, aż nastąpiła prawdziwa, nieprzenikniona ciemność. Wśród niej dały się słyszeć nerwowe jęki szeregowych żołnierzy Asyryjczyków. Aż grobowym tonem przemówił w panującym mroku pan Takashi: – W pozbawionych światła sercach twoich ludzi zagościł strach, Sargonie. Natomiast twoje własne serce zaraz przestanie bić, gdy zabraknie ci tchu w płucach. – Japończyk tak samo, jak jego partnerka otworzył usta i do kompletu zassał z komnaty całe znajdujące się tu powietrze. Potem pocałował w usta Sakurę, oddając jej część życiodajnego tlenu. Kiedy zbliżenie warg partnerów dobiegło końca, kobieta ponownie wyemanowała z siebie światło, rodząc je ze swego naraz nabrzmiałego łona. Zaś pan Takashi powoli wypuścił powietrze przez nos.

Ponownie otuleni światłem Asyryjczycy odzyskiwali kolejno przytomność, dusząc się z powodu silnego niedotlenienia. Choć niektórzy z nich zamknęli swe oczy już na zawsze. Wśród tych ostatnich nie było jednak Sargona.

Ten, z grymasem cierpienia na twarzy, trzymał się kurczowo za gardło i sam klęczał teraz na podłodze. Aż gdy napotkał srogi wzrok pana Takashi, na znak poddaństwa wyciągnął przed siebie puste dłonie i dodatkowo nisko pochylił głowę. Japończyk skinął na panią Sakurę, a ona podeszła do dowódcy, po czym ostrą ceramiką, do niedawna bronią swego partnera, nacięła sobie dłoń.

– Teraz należycie do nas – syknęła kobieta, do kompletu raniąc rękę klęczącego mężczyzny i wymieszała razem wydobywający się z obu kończyn biało-czerwony oraz jednolicie czerwony płyn.

III. ŚWIAT KRÓLOWEJ KLEOPATRY

Kosmiczny skarabeusz z trójką osób na pokładzie opuścił planetę Bastet i zajął pozycję na końcu niebiańskiej karawany. Stanowiło ją kilkanaście masywnych statków transportowych o topornych kształtach połączonych ze sobą prostokątów. W ten sposób pojazdy te tworzyły w kosmicznej przestrzeni złożone, geometryczne bryły, a poruszały się wzdłuż specjalnie wytyczonych trajektorii znacząco skracających drogę.

Kondukt zmierzał do najbliższej stąd planety Kleopatry, a przewoził obecnie jedynie towar w postaci kilkuset kotów. Był to jednak dopiero początek podróży, w której kontenery miały się wypełnić wieloma dobrami, stanowiąc coraz bardziej łakomy kąsek dla piratów. Lecz do tej pory czas upływał spokojnie, a karawana wraz ze skromną ochroną, poruszała się między ciałami niebieskimi przez nikogo nie niepokojona.

– Jak tam, nasza boska jazydzka Izydo, dobrze spałaś? – rzuciła w pewnym momencie od niechcenia Zahira, zasiadająca na fotelu tuż obok Henena. W odpowiedzi Nadia wyjątkowo swobodnie, jak na nią, przemówiła: