Strona główna » Obyczajowe i romanse » Dolar drożeje! Powieść inflacyjna z pewnego starego miasta

Dolar drożeje! Powieść inflacyjna z pewnego starego miasta

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7908-151-6

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Dolar drożeje! Powieść inflacyjna z pewnego starego miasta

Dolar drożeje! jest fascynującą powieścią, której największą wartość stanowi fakt, że oferuje jedyny w swoim rodzaju wgląd w sytuację Wolnego Miasta kilka lat po wojnie. Dostarcza dużo nieznanych do dziś faktów, przede wszystkim jednak pokazuje atmosferę panującą wtedy w Gdańsku, pokazuje ludzi tego czasu, życie codzienne i mentalność. Prawdopodobnie jest też powieścią z kluczem, chociaż dzisiaj już trudno odgadnąć tożsamość występujących w niej postaci.

Polecane książki

Stan prawny na 31.08.2009 r.Monografia jest pierwszym na polskim rynku wydawniczym, całościowym opracowaniem problematyki działania sądu z urzędu w zakresie ustalania podstawy faktycznej wyroku w procesie cywilnym, po zmianach jakie dokonały się w systemie polskiego prawa procesowego w latach 1990-2...
"Potęga słów – słownik obrazkowy" skonstruowany zostały na bazie metody zwanej mind mapping, którą wymyślili Tony i Barry Buzan. Została ona opracowana w celu kreatywnego tworzenia notatek, a służyć ma pobudzeniu obu półkul mózgowych. Współpraca półkul ma zaś zapewnić lepsze tempo nauki i zwiększeni...
Najlepsza książka o literaturze kryminalnej na polskim rynku! Etnolog w Mieście Grzechu to wyjątkowa i pasjonująca opowieść o literaturze kryminalnej napisana z perspektywy wybitnego antropologa i poczytnego autora kryminałów, pokazująca, jak wspaniałym źródłem wiedzy o świecie jest powieść krymi...
Koncepcja soft power znakomicie oddaje charakter zmian, jakie zachodzą współcześnie w stosunkach międzynarodowych, gdy wobec nowych zagrożeń o charakterze niemilitarnym pojęcie bezpieczeństwa domaga się redefinicji. W XXI wieku siły nie można postrzegać już tylko jako domeny wojska czy potęgi ekonom...
Premierowy wybór prozy wielokrotnie nagradzanej brytyjskiej pisarki Sarah Hall. Niezwykły zbiór zmysłowych, czasem mrocznych opowiadań, które rozgrywają się w zaskakujących krajobrazach – wiejskich, przemysłowych, psychologicznych – nieustannie rezonujących niepokoje...
Wprowadzanie metod zarządzania Kaizen w zakładach przemysłowych opiera się na doświadczeniach specjalistów, którzy brali udział w praktycznym wdrażaniu tych technik w zakładach pracy. Dzięki tej publikacji lepiej zrozumiesz techniki zarządzania stosowane w metodologii Kaizen. Pozwoli Ci to prześledz...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Felix Scherret

pod redakcją Petera Olivera Loewa i Janusza Mosakowskiego

Felix ScherretDolar drożeje!

Powieść inflacyjna z pewnego starego miasta

przełożył Janusz Mosakowski

posłowiem opatrzyli Peter Oliver Loew i Adrian Mitter

Dedykowane Fritzowi Karstädtowi

Dolar drożeje,

Dolar drożeje,

Szampan, wino, kokoty!

Potop nadchodzi,

Potop nadchodzi

I nie w smak mu żadne psoty.

Dokoła płacz. Wały wciąż całe.

Tylko dobra waluta!

Lichwy i głodu zaraza

Może wnet nadejść tutaj.

Bruno Schönlank(z dzieła chóralnego Metropolia)1

Wstęp

W wyniku ustaleń traktatu wersalskiego Gdańsk, stolicę prowincji Prusy Zachodnie, odłączono od Rzeszy Niemieckiej i proklamowano jako republikę z własną, wewnętrzną administracją. Stało się to 10 stycznia 1920 roku.

Mimo że miasto nie należało już do Rzeszy, pod względem gospodarczym odegrało znaczącą rolę w czasach inflacji. Traktat wersalski zakładał ustanowienie dla niego osobnej waluty, ale ponieważ ciągle zwlekano z jej wprowadzeniem, Gdańsk został wciągnięty w wir inflacji szalejącej w Niemczech. Osaczone przez polskie i niemieckie przepisy o zakazie wywozu dewiz miasto, które dotąd nie znało ograniczeń w handlu dewizowym, stało się głównym ośrodkiem spekulacji w stabilnych walutach zagranicznych. Największe banki Niemiec i Polski, jak również wielkie przedsiębiorstwa przemysłowe i handlowe z obu państw, zakładały w Wolnym Mieście1 swoje filie, żeby bez przeszkód przeprowadzać transakcje dewizowe.

Ponieważ wyzbyto się tu jakichkolwiek zahamowań, w latach 1920–1923 Gdańsk przeobraził się w jedno z wielkich centrów spekulacji i spekulantów. Spokojne miasto przekształciło się na krótko w metropolię, która pod pewnymi względami mogła konkurować z Berlinem czy z Warszawą.

Podobnie jak w Niemczech czy w Polsce, również tutaj inflacja zrujnowała majątek i morale klasy średniej, a robotnik cierpiał z powodu codziennej dewaluacji pieniądza.

To, czego nie udało się – być może z powodu wojny o Ruhrę – dokonać niemieckiemu proletariatowi, czyli zdławić szaleństwo inflacji, powiodło się proletariatowi Gdańska. Potężny strajk generalny w sierpniu 1923 roku wymusił stabilne wynagrodzenia, a wkrótce po nich wprowadzenie gdańskiego guldena, gwarantowanego przez Bank Anglii.

Dolar drożeje! opisuje ostatnią fazę walki o ludzkie warunki bytowania. Powieść próbuje nakreślić zarys inflacji i ukazać przemiany, jakie zachodzą w ludziach w obliczu dewaluacji pieniądza, oznaczającej – koniec końców – zmianę uwarunkowań ekonomicznych.

Berlin, latem 1930

Bóg się śmieje

Samochód, wjechawszy w kałużę, pokrył się od góry do dołu tłustym, lepkim błotem. Szosa pełna była kolein i od lat wymagała remontu.

– Z wolna – powiedział Alfred – przechodzi mi ochota na to, by ginąć bohaterską śmiercią.

Pojazdem wstrząsnęło kolejne uderzenie. Obaj pasażerowie zderzyli się głowami.

– Ale czy on jeszcze zdrożał?

– A co, ja prorok jakiś? We właściwym czasie na pewno dowiesz się o tym, że przekombinowałeś.

Zapadał zmrok. Szosa zataczała łuk. Po prawej i po lewej pola okolone wierzbami. W oddali majaczył przed nimi nasyp kolejowy. Auto sunęło sześćdziesiątką.

– Która to może być godzina? – Fritz próbował przez chwilę rozpiąć lewą rękawiczkę.

– Łapy na kierownicę! – krzyknął na niego Alfred. – Czy ta hossa kompletnie odebrała ci rozum?

Usłyszeli rzadkie pobrzękiwanie jakiegoś dzwonka. Fritz nacisnął na pedał. Strzałka prędkościomierza opadła na dwadzieścia. Zaraz po tym samochód się zatrzymał. Stary szlaban w biało-czerwonych, polskich barwach narodowych opadł z zardzewiałym piskiem.

Doktor Alfred Arp wyskoczył z auta. Jego ciemną twarz w całości pokrywał brud.

– Te letnie deszcze potrafią być ohydne, jeśli podróżuje się w plenerze odkrytym samochodem.

Jego kuzyn Fritz Frehse przeciągnął ręką po czerwonych policzkach i badawczym wzrokiem zmierzył swoją małą, korpulentną sylwetkę. „Piękny obrazek przedstawiamy sobą! Właściwie powinniśmy się wykąpać!”

Reflektory masywnej lokomotywy dziurawiły zmierzch.

– Pośpieszny do Warszawy – stwierdził Alfred. – Czyli jest około siódmej. Piętnaście wagonów! Sporo!

– Spekulanci wracają do domu – mruknął Fritz.

– Akurat my mamy powody, żeby rozmawiać o spekulantach!

– Dobra, już nic nie mówię. Ale oni przynajmniej wiedzą, jaki teraz jest kurs.

– Polski celnik też może ci go podać!

Czerwone światła na tyłach pociągu zniknęły. Silnik zaskoczył. Kuzyni wskoczyli do samochodu. Ten zaś, trzęsąc się cały, przekroczył tory i po kilku minutach skręcił w wiejską drogę. W ten sposób odcinek do gdańskiej granicy został skrócony o kilka kilometrów. Z tyłu, po prawej stronie migotały wielkie lampy łukowe tczewskich mostów przez Wisłę.

Samochód przejeżdżał teraz obok osamotnionych zagród. Psy zaczęły ujadać w obsesyjnym poczuciu obowiązku.

– Kiedy Gerkowitsch mi powiedział, że notowania w Gdańsku o godzinie jedenastej wynosiły trzydzieści pięć tysięcy, to myślałem, że szlag mnie trafi. Diabli wiedzą, dlaczego akurat wczoraj musiałem kupić na termin za dwadzieścia pięć – melancholijnie stwierdził Fritz. – Ryzykownie nadstawiam karku.

– Przy tych dwustu dolarach niczego nie stracisz. Przecież to żadna suma. Poza tym paczuszka w baku wyrówna ci całą stratę.

– Obyśmy to mieli już za sobą – wzdrygnął się Fritz. – Podczas rewizji zawsze mam stracha. Przecież on kiedyś może wpaść na pomysł, żeby poszperać w zbiorniku benzyny.

– Wtedy obaj wylądujemy w pudle. W tej sytuacji musimy się z tym liczyć… Zabawne, ile kokainy zażywają ludzie na Wschodzie.

Samochód dotarł do szosy. Na jej środku lampa naftowa walczyła z ciemnościami.

Alfred włączył ostre reflektory i niemalże rozgniótł gruszkę klaksonu, która wskutek brutalnego potraktowania wydawała z siebie przeciągłe jęki.

Kiedy samochód zatrzymał się tuż przed szlabanem, z budki wychynęła jakaś posępna postać. Silnik prychał astmatycznie.

– Dzień dobry, panie Rapinski – Alfred promieniał z życzliwości. – Żadna przyjemność odbywać służbę w deszczu, co? Proszę, tutaj paszporty! Tu dokumenty samochodu! Wszystko w porządku, jak zawsze, no nie? Tak, a teraz niech pan jeszcze obejrzy bagaże swymi niezawodnymi oczyma!

Wychylił się z auta, potrząsnął dłoń czcigodnie posiwiałego celnika i wcisnął w nią drobny papierek.

Pan Rapinski obrzucił papier krótkim, uważnym spojrzeniem, potem pogrzebał w kocach i płaszczach, po czym wymamrotał coś niezrozumiale.

– Czy pan może wie, panie Rapinski, jaki dziś kurs dolara w Gdańsku? – zapytał Alfred.

Rapinski zaśmiał się szyderczo.

– Marka niemiecka1 będzie wkrótce stała tak słabo, jak marka polska. Dolar kosztuje czterdzieści tysięcy.

Potem oddał paszporty. Samochód mógł przejechać.

– Wiedziałem, że się przeliczę. Przez osiem tygodni nie wykonałem żadnego ruchu, tak samo jak dolar. I przy pierwszej transakcji, którą teraz finalizuję, nadchodzi hossa.

– Powinieneś pozostać w kramarstwie, ty razem z Franzem. Nie rezygnuje się z dobrego interesu, by wejść między podejrzanych handlarzy i spekulantów. Twój ojciec z pewnością przewraca się teraz w grobie. Mógłbyś to kiedyś sprawdzić na przykościelnym cmentarzu.

Fritz spojrzał na rozmówcę kosym okiem.

– A ty zrobiłeś coś innego?

– Oczywiście, mój chłopcze. Intelektualiście trudno dziś wyżyć. Akademia splajtowała. Gdybym tylko wiedział, że mój ojciec przed trzema laty zaprzysięgnie się marce, to nie musiałbym teraz odbywać tajemniczych przejażdżek.

– Robiliśmy wówczas wszystko, by przemówić temu staremu człowiekowi do rozumu.

Fritz zatrzymał samochód, bo właśnie wjechali do jakiejś większej wsi. Przed gospodą drogę zatarasowało zbiegowisko ludzi. Jakaś chłopka próbowała zapakować pijanego męża na wóz drabiniasty. Kilka innych postaci na chwiejnych nogach wytaczało się na zewnątrz, wydzierając się przy tym. Jakiś grubas – po stroju sądząc, właściciel majątku ziemskiego – miotał się na schodach, po czym pacnął w kałużę. Wydał przeraźliwy okrzyk, inni otoczyli go kołem i zanucili pieśń o jutrzence2.

– Ludziska już nie wiedzą, co począć ze swoimi pieniędzmi – zauważył Alfred. – Za czasów wojny zarabiali się na śmierć, a teraz, w czasie inflacji, spłacają bezwartościowe hipoteki!

Fritz ostrożnie minął wrzeszczącą grupę. Potem musiał zatrzymać się raz jeszcze.

Tuzin robotników, którzy mieszkali tu, w pobliżu miasta, stał na szosie. Wielkie chłopisko opuściło kolumnę i wystąpiło kilka kroków w przód.

– My nie3 mamy co jeść, a ci mogą się uchlewać całymi dniami!

Podniósł kamień i cisnął nim w wóz drabiniasty. Chłop zakopał się w sianie; jego żona zacięła konie jak opętana. Nieszczęśnik z kałuży, z trudem stanąwszy na nogi, wrzasnął:

– Zabić tę hołotę! Precz z tymi przeklętymi, czerwonymi kundlami!

Rozpoczęło się nasilone bombardowanie przy użyciu kamieni i mokrej gliny, którą wyrywano z przydrożnego rowu. Obie grupy zbliżyły się do siebie z pogróżkami.

– Myślę, że pojedziemy dalej! – Fritz uruchomił silnik.

Alfred przytaknął.

– W końcu się zaczęło!

Samochód jechał w kierunku miasta ze zwiększoną prędkością.

*

Jednopiętrowy dom w pobliżu bramy wyglądał na dość zaniedbany. Szary tynk zaczynał już odpadać. Nad wejściem paliła się lampa elektryczna, oświetlająca szyld „Eugen Lux. Towary kolonialne hurtem”. To była nowa tablica, zbyt luksusowa jak na taki mały dom.

Zgarbiony człowieczek w ciasnym szarym surducie po omacku szukał dzwonka. Palce z ociąganiem przesunęły się po przycisku, rozcapierzyły się i wzdrygnęły. Drobna postać podreptała schodami z powrotem w dół. Potem obróciła się w zdecydowany sposób i zadzwoniła. Po dłuższym oczekiwaniu drzwi otworzył rosły blondyn, któremu nieustannie drgało lewe oko.

– Niech pan mi wybaczy, panie Lux, że przeszkadzam jeszcze wieczorem. Muszę jednak z panem koniecznie porozmawiać.

– Ach, to pan, panie Ganz. Chce pan więc zapłacić mi za weksle, proszę wejść do środka. Właściwie to powinien pan wiedzieć, że można mnie zastać jedynie do godziny piątej!

Pomieszczenie, do którego weszli, było niegdyś sklepem. Przy ścianach stały regały zapełnione materiałami i pasmanterią. Na prawo i na lewo od drzwi znajdowały się wystawy sklepowe zasłonięte gobelinami. Naprzeciwko wejścia były wielkie, ciemne drzwi, a tuż obok wąskie, szklane drzwi, na których widniało słowo „Kantor”, wypisane czarnymi literami. Zza nich rozbrzmiewały głosy oraz gra na pianinie. W pomieszczeniu stało kilka biurek, wielka szafa na akta i dwie maszyny do pisania.

– Niestety nie mogę panu honorować weksli, panie Lux – człowieczek powiedział to ledwie zrozumiałym głosem, który chwiejnie szukał jakiegoś wsparcia.

Lux zaciągnął się cygarem.

– Płatność weksli przypada na dzień dzisiejszy, zatem należałoby je właśnie spłacić. Jeżeli nie może pan zapłacić, to jutro zgłoszę je do oprotestowania.

W tym momencie Lux cały promieniał podniosłą godnością, był hurtownikiem od stóp do głów, władcą wszystkich giełd w kraju i za granicą.

– A dlaczego nie może pan zapłacić, jeśli wolno spytać?

– Panie Lux, kiedy pożyczałem u pana pieniądze pod weksle, musiałem zakupić skóry. Towar nawet dobrze zbyłem, ale pieniądz utracił po hossie swoją wartość. Mógłbym panu zwrócić najwyżej połowę.

– Tak się nie da, mój drogi, w ten sposób nigdy nie dojdzie pan do ładu – Lux poklepał swego gościa po ramieniu. – Weksle wystawione są w dolarach, a pan powinien natychmiast zadbać o asekurację. No, niech pan mi się przyjrzy! W domu nie mam ani grosza w niemieckiej walucie; wszystko bezpiecznie ulokowane.

– Jestem starym kupcem, panie Lux, a nie jakimś spekulantem. Nie potrafię pracować według nowych metod. Dlatego proszę pana, żeby prolongował mi pan weksel, a ja zrobię wszystko, co w mej mocy, by go jak najszybciej spłacić. Teraz naprawdę nie mogę, a dla pana ta suma nie jest przecież duża – Ganz dławił się tymi słowami. Jego zapadnięta twarz zaczerwieniła się.

Lux odbył krótki spacer po sklepie, nagle zatrzymał się przed Ganzem, po czym zlustrował jego znoszony prochowiec, schodzone buty i włosy, które od miesięcy nie miały żadnego kontaktu z nożyczkami. Przypomniał sobie chwile, kiedy sam stał przed Ganzem i prosił go łamiącym się głosem o pożyczkę na rozkręcenie interesu. Ganz nie ociągał się z jej udzieleniem. Ale za to z jakim lekceważeniem! Patrycjusz pochylił się łaskawie nad małym naciągaczem tylko dlatego, że znał ze szkolnej ławy jego ojca. Lux poczuł nagle jakąś gorycz w ustach, po czym krótko się roześmiał. Teraz ten wielki pan musiał przyjść do niego ze skomleniem, bo sam miał nóż na gardle.

Z impetem odwrócił się nagle na pięcie i zagrzmiał:

– Niestety nie mogę panu prolongować weksla!

Ganz zadrżał. Jego dłonie zacisnęły się kurczowo na ceracie rozwieszonej nad maszyną do pisania. Teraz stało się to, czego obawiał się od tygodni i co przyprawiało go o bezsenne przewracanie się w łóżku z boku na bok. Jego nieskazitelne imię miało zatem pokryć się dziś plamą, jego kupiecka godność, którą zachował w czystości przez trzydzieści lat. Wszystkie zobowiązania jak dotąd regulował na czas. Nigdy żaden weksel nie podlegał oprotestowaniu, a on sam nigdy nie zalegał z żadną ze swych płatności. Cóż on za to mógł, że czasy stały się zwariowane? To nie jego wina, że uczciwość postrzegano teraz w kategoriach skansenu.

– Proszę, proszę, drogi panie Lux – w gardle uwiązł płacz – niech mi pan pomoże! Niech mnie pan nie ciąga przed sąd. Nie zniósłbym hańby przysięgi manifestacyjnej.

– Hańba, bzdura! – Lux z uciechy klepał się po udzie. Śmiał się tak, że aż się zakrztusił, spojrzał na Ganza i zmuszony był na powrót się zaśmiać. – Doprawdy, człowieku, w jakiej epoce pan żyje? Przysięgi manifestacyjne składają dziś ludzie zupełnie inni niż pan, zarabiając przy tym doskonale. Wy, starzy, nadajecie się tylko do tego, by umrzeć. Na litość boską, dlaczego nie spekulował pan swoim majątkiem, kiedy spadał kurs marki?

Ganz wydyszał:

– W tej sprawie nie jestem panu winien żadnych wyjaśnień, w tej nie, ale o jednym niech pan pamięta – mały człowiek zebrał się w sobie, jego głos nabrał brzmienia i siły – niech pan pamięta o tym, że wcześniej ja też panu pomogłem!

Lux z oburzeniem cisnął cygarem na ziemię.

– Panie, pan się robi bezczelny! Jakim tonem waży się pan ze mną rozmawiać?

Z sąsiedniego pokoju dochodziły odgłosy brzękającego szkła. Otworzyły się drzwi z napisem „Kantor”. Nieco zdziczała głowa zaczęła się rozglądać po sklepie.

– Eugen, chodźże tu na chwilę, Meta wylała sobie na piersi cały mampediktiner4. Ze śmiechu nie mogła utrzymać butelki… Przepraszam! Jesteś zajęty, nie wiedziałem.

– Daj spokój, to tylko Ganz. Znasz go, jak sądzę. Chciałby uzyskać jeszcze jedną prolongatę swojego weksla.

Lux doknał prezentacji:

– Kupiec, pan Ganz – dyrektor banku, pan Frehse.

Dyrektor Franz Frehse ze Schlesische Bank był eleganckim, otyłym mężczyzną z wyraźnymi oznakami łysienia. Jego zazwyczaj nienagannie zawiązany krawat przesunął się teraz na bok, a na niebieskiej marynarce połyskiwała wielka plama likieru. Dłonie nieco drżały.

– Dzień dobry, panie Ganz. Wyobraź sobie, Eugen, że właśnie rozmawiałem przez telefon z maklerem Heißem. Dotarł już nowojorski kurs. No, moi panowie, co panowie sądzą o dolarze?

– Musiał spaść, nie może trzymać się tak wysoko – stanowczo zawyrokował Lux.

– To do ciebie podobne. Nie, najdroższy, poszybował w górę, jeszcze i jeszcze. W notowaniach w Nowym Jorku osiągnął pięćdziesiąt. A zatem kto znowu miał rację?

Na zewnątrz jakiś samochód zatrąbił trzy razy. Lux przypadł do okna, potrącając przy tym Ganza.

– Ach, pan wciąż jeszcze tu jest, no, niech pan już idzie. Nie mogę panu pomóc! – Wypchnął go w stronę drzwi wejściowych, otworzył je i wrzasnął w ciemności: – Halo, chłopaki, czy znacie już najnowszy kurs? Wchodźcie szybko do środka!

Alfred rzucił swój płaszcz przeciwdeszczowy na maszynę do pisania.

– Najpierw muszę się umyć!

Tuż przy szklanych drzwiach stała wielka umywalka.

Alfred parsknął:

– Wyświadczcie mi przysługę i pocieszcie Fritza. Kiedy w budce celnika usłyszał, że dolar wart jest czterdzieści, zrobiło mu się niedobrze. Zawsze mówię, że zakupy na termin to oczywista plajta. Franz, zatroszcz się więc o swego brata, a ty, Eugen, zajedź samochodem na podwórze, najlepiej od razu.

Alfred osuszył się.

– Interes w jak najlepszym porządku, możemy być zadowoleni. Paczuszki są w zbiorniku – zawołał za Eugenem.

Potem wygładził przed lustrem ciemne włosy. Był już dobrze po trzydziestce, ale wciąż bez łysiny i zakoli. Dokładnie zlustrował ciemny garnitur. Jego ciotka była zagorzałym wrogiem kurzu. Kiedy odkrył jasną nitkę na spodniach, chwycił ją dwoma palcami i chciał usunąć. Po namyśle jednak położył ją na prawym ramieniu. Starsza pani też powinna mieć swoje przyjemności.

Przez wąskie pomieszczenie, które żadną miarą nie zasługiwało na określenie „kantor”, można się było dostać do pokoju dziennego. W ostatnim czasie dokonano w nim licznych modyfikacji. Naprzeciwko drzwi zalegał wielki bufet z ciężkiej dębiny, osadzony nisko, zgodnie z nakazami obecnej mody. Po bufecie, kredensie i klubowej sofie łatwo było poznać, że kosztowały dużo pieniędzy, również w dolarach. Z kolei wielki, rozsuwany stół na środku pokoju mógł mieć za sobą wieloletnią służbę, tak jak i krzesła, które miały już swoje lata. Tapety i sufit były całkiem poczerniałe, podłogę zaś przykrywał wielki, ręcznie tkany dywan. Nic tu do siebie nie pasowało.

Na klubowej sofie siedziała pani Meta Lux, od dziesięciu lat połączona z Eugenem węzłem małżeńskim, oraz szeleszcząca w czarnych jedwabiach stara pani Frehse, dobrze zakonserwowana sześćdziesięciolatka o wyglądzie weterana dragonów. Obie damy popijały gęsty, ciemnożółty likier.

– Ach, to wy – zagrzmiała pani Frehse, kiedy do pokoju wszedł Alfred. – Długo na was czekaliśmy.

Uśmiechnęła się życzliwie.

– Zaraz będzie kolacja – Meta podała Alfredowi rękę nad stołem. Na jej ramieniu zabrzęczała kolekcja złotych bransoletek.

Alfred pocałował ciotkę i zauważył, że jej oczy prześliznęły się bacznie po jego garniturze. I rozbłysły, dostrzegłszy jasną nitkę.

– Fritzchen, jak tam? zapytała z troską pani Frehse, nie tłumiąc ani trochę swego głosu.

– Dobrze, mamuniu – Fritz wyłonił się zza Alfreda, cały teraz promieniał i zdawał się stłumić w sobie cały dotychczasowy niepokój ducha. – Potem też coś ode mnie dostaniesz.

– Czyż nie mam dobrych dzieci, droga pani Lux? No nie, one nie pozwolą, żeby ich matka głodowała. Widać w tym Boże błogosławieństwo. Każdego dnia dziękuję za to niebiosom.

Alfred uśmiechnął się szyderczo i szepnął do Fritza:

– Aż do teraz nie wiedziałem, że dobry Bóg błogosławi machlojki z kokainą.

Fritz uszczypnął go w ramię, a na jego twarzy pojawił się wściekły grymas.

Spostrzeżenie Alfreda żadną miarą nie zmąciło spokoju starej pani Frehse. Jej głos nabrał brzmienia puzonu.

– Niech pani tylko popatrzy na tę biedną panią Karlemann, jakie nieszczęście ma z tym swoim synem. Peter całymi dniami siedzi w domu i nic nie robi. A biedna kobieta umiera z głodu.

Na twarzy Mety pojawiło się ubolewanie.

– Tak źle to nie jest – wtrącił Alfred. – W każdym razie nie zauważyłem, żeby moja gospodyni głodowała. Poza tym przyjacielowi Peterowi załatwiłem posadę pełnomocnika u handlarza dewiz Heißa. Jutro ją obejmie. Widzisz więc, kochana ciociu, że jednak coś robi.

– Wydaje mi się, że ostatnimi czasy zupełnie zszedł na psy, nawet nie miałam ochoty podać mu ręki. – Meta pokręciła na to swym zadartym nosem. – Ma pani rację, droga pani Frehse, człowiek w tym wieku musi coś robić.

– Myślę, że on robi więcej niż my wszyscy razem – Alfred przechadzał się z kąta w kąt. – Tyle tylko, że praca naukowa nie przynosi dziś żadnych pieniędzy. No, ale od jutra będziecie mogły przywitać Petera jako pożytecznego członka społeczności ludzkiej.

– Być może on rzeczywiście robi więcej niż ty, kuzynie – drążył Fritz – bo twoje spacery po giełdzie trudno ocenić w kategoriach pracy.

– Ale przynajmniej przynoszą pieniądze! A ty co porabiasz całymi dniami? – Alfred promieniał grzecznością, po czym z ekscytacją zaśmiał się uprzejmie: – Praca z kokainą też chyba zbytnio nie męczy.

Rozbrzmiało preludium do rodzinnej sprzeczki. Aby jej zapobiec, Meta poprosiła kuzynów do kredensu, na którym stał cały rząd kieliszków.

W tym czasie Eugen z Franzem pojechali samochodem na podwórze. Tylnymi drzwiami weszli do pokoju. Pod prawym ramieniem Eugen niósł paczuszkę.

– Myślę, że najpierw załatwimy interesy. Alfred i Fritz, chodźcie do kantoru!

– To ja przygotuję jedzenie – oświadczyła Meta.

– A ja pani pomogę, moja droga, dobra pani Lux – dodała pani Frehse.

– Jeśli pozwolisz, przyniosę wino na górę. Myślę, że białe bordeaux – Franz szukał klucza do piwnicy.

W kantorze Eugen rozpakował pakunek. Z trzech ceratowych obrusów wyłuskał plik banknotów dolarowych.

– Wszystkiego cztery setki – powiedział Alfred. – W dwudziestkach i dziesiątkach. Autentyczność gwarantowana. Gerkowitschowi można ufać, a poza tym na kokainę to panie i panowie ze Wschodu mają zawsze prawdziwe złoto.

– Zatem na każdego sto dolarów – posumował Eugen. – Udział Franza biorę dla siebie. Już o tym z nim rozmawiałem. Poza tym nowy towar otrzymam jeszcze przed końcem następnego tygodnia – Eugen ze zdenerwowania nieustannie mrugał lewym okiem. Było to następstwo dolegliwości nerwowych, których nabawił się w czasie wojny.

– Jablonski z pewnością będzie mógł to załatwić. Porozmawiam z nim jeszcze jutro przed giełdą. A w ogóle, to możemy być całkiem zadowoleni z przejażdżki.

Alfred otworzył drzwi, ale natychmiast się wycofał. Na klubowej sofie ujrzał Metę i Franza w namiętnym uścisku. W tym samym czasie pani Frehse wypowiedziała z kuchni znaczące słowa:

– Kochana, dobra pani Lux, gdzież to kupuje pani to wspaniałe mięso? Jest tak miękkie jak jakaś papka!

Alfred, zanim wszedł, zakaszlał i zaskrzypiał drzwiami. Meta śmignęła z pokoju, a Franz z purpurowym obliczem skręcał z papierowych serwetek małe figurki.

Pani Frehse i Meta przyniosły pieczeń, kartofle i sos. Rodzina nie mogła sobie pozwolić na służącą. W mieszkaniu, nabytym w dawnych czasach, kiedy Eugen Lux musiał walczyć o własną egzystencję jako ubogi komiwojażer handlujący artykułami kolonialnymi, było za mało miejsca. Dopiero dwa lata temu, kiedy zdecydował się na bardziej dochodowe interesy, wynajął dodatkowo sklep i kantor, po czym zlecił przebicie ściany w mieszkaniu.

Obecnie świeżo upieczony hurtownik negocjował z lokalowym urzędem rozjemczym w sprawie wydania mieszkania z co najmniej sześcioma pokojami. Dzięki dobrym kontaktom żywił nadzieję na załatwienie sprawy w krótkim czasie. Meta zdecydowała, że wtedy od razu zatrudni dwie dziewczyny.

Przy stole Eugen wyraził najpierw swe głębokie oburzenie z powodu bezczelności Ganza. Głupota tych ludzi, którzy nie znali się na spekulacji, a w dodatku zrobili się aroganccy, jest wręcz nie do pomyślenia.

– Ale z rodziną Karlemannów jest jeszcze gorzej – Franz zwrócił się w stronę Alfreda. – Peter mógłby przynajmniej spróbować coś zrobić ze swymi pieniędzmi.

– Peter ma nowy romans – zapewnił gorliwie Fritz. – Jego przyjaciółką została osobista sekretarka Markusa. Słyszałem o tym. Nic o tym nie wiesz, Alfredzie?

– Nie! Peter nie opowiada o swoich miłostkach, a poza tym nie jestem taki ciekawski jak wy, moi drodzy!

Meta od razu zmieniła temat i opowiedziała, że przed południem kupiła za pół dolara parę pantofelków zapinanych na pasek. Uznała je za strasznie tanie.

– No, Bogu dzięki, dzieci, coś w końcu drgnęło. Ogarniała mnie już rozpacz, ale teraz szykują się solidne zarobki! – Lux wzniósł swój kieliszek.

Nagle Fritz na oczach wszystkich podał swej matce nad stołem banknot pięciodolarowy.

– Aaa, mamuniu, proszę! To mój prezent, przecież obiecałem ci go.

– Fritz, nie należy się chełpić! – Franz spojrzał z dezaprobatą na swego brata.

– Dzieci, bądźcie grzeczne – Eugen zaprowadził spokój. – Lepiej pijcie! – wlał do kieliszków trochę za dużo.

– Tak, to za co pijemy? – zapytał szanowny dyrektor banku.

– Za dolara, może za kokainę? Albo za zdrowie Poincarégo?5

– Alfred, czy zawsze musisz być taki nieprzyzwoity? – wyraził swe zdenerwowanie Franz, by krótko po tym popaść w roztropne milczenie. Białe bordeaux wyzwoliło w nim talent liryczny, z tego powodu wykrzyknął po krótkiej przerwie: – Za miłość i kobiety! – Drobne oczy próbowały przeniknąć bujne kształty Mety.

– Niedobrze mi! – zadrwił Alfred.

– Nie bądź taki! Znasz może pannę Susanne Joseph?

Meta przerwała rozmowę o nowych butach z panią Frehse i uśmiechnęła się do Alfreda.

– Hmm, mnie się ona nie podoba – stwierdził Fritz. – Jak dla mnie, jest za szczupła. Nie wiadomo, gdzie przód, a gdzie tył.

– Drodzy przyjaciele – Alfred bawił się swoim kieliszkiem do wina – przecież nie muszę zakochiwać się koniecznie w siostrze przyjaciela z młodzieńczych lat. Czy może uważacie, że ciąży na mnie jakieś zobowiązanie, skoro chwilowo pomieszkuję w domu rodziny Joseph?

– Na zdrowie, dzieci! – Eugen zabębnił palcami po stole. – Za piękną przyszłość! – Miał na myśli wysokie notowania dolara.

– Alfred, ożeń się, co ci po takim życiu, sam, bez rodziców! – Pani Frehse nadała swemu głosowi matczyny ton. – Fritz i Franz też się jeszcze na to zdecydują.

Franz obdarzył Metę żarliwym spojrzeniem. Zaśmiał się w duchu niczym stary mędrzec.

– No, to ożeń się z tym małym żydowskim dziewczęciem – uniósł się Fritz. – Garnki przynoszą pieniądze.

Joseph, w którego domu pani Karlemann od lat wynajmowała czteropokojowe mieszkanie, był właścicielem sklepu z porcelaną.

– Na razie świetnie się czuję sam ze sobą. Ale, na miłość boską, która to godzina? Chciałem pójść na koncert dziś wieczorem – Alfred aż podskoczył.

– Z Susanne w łazience? – zaśmiał się szyderczo Eugen. – Ale już tam nie wejdziesz, zaraz będzie dziesiąta. Mam propozycję: teraz wszyscy wyjdziemy jeszcze…

– …i odprawimy uroczystość dziękczynną na cześć hossy – dokończył Alfred.

– Jadę do domu.

Pani Frehse namacała w kieszeni banknot dolarowy i poczuła ogrom szczęścia.

*

Małą pijalnię likierów spowijał gęsty dym, z którego co rusz wyłaniało się kilka upiornie bladych twarzy. Z sali przebijało się stłumione popiskiwanie saksofonu.

Ladę barową oblegało trzech pijaków. Śpiewak operowy Röper mówił językami6, wplatając w nie bełkotliwie takty z Tannhäusera, w którym wczoraj odniósł sukces jako Wolfram. Jego grube palce oplatały kurczowo szklankę whisky. Czoło rosił obfity pot. Radca prawny Mull, ogromna góra mięsa, potrzebował dla swojego tyłka trzech stołków barowych. Bankier Jablonski, jeszcze przed dwoma laty skromny handlarz towarami kolonialnymi na warszawskich Nalewkach, z podpuchniętymi oczami i sparaliżowaną twarzą, ryknął w stronę wchodzącego Alfreda:

– Chłopcze, jak tam z kursem sprzedaży dolara? Whisky dla naszego Alfreda i dla całego towarzystwa. Uważaj, dobry dowcip!

Pijackie oczy Röpera rozbłysły zainteresowaniem. Jablonski sięgnął do kieszeni w spodniach, wyłowił z niej garść banknotów, pochylony do przodu przez chwilę wlepiał w nie wzrok, po czym poszybował ze stołkiem barowym w przepaść. Rozległ się wielki huk.

– Dolar spadł – stwierdził Fritz Frehse, doceniwszy wnet swoją błyskotliwość.

– Pomocy, umieram7, dranie8 chcą mnie zamordować, okraść! Gdzie są moje dolary? – krzyczał Jablonski.

W nieszczęściu przepchnął głowę przez obręcz stołka. Teraz już nie mógł znaleźć żadnego sposobu na ratunek. Potrząsał głową i wymachując dookoła krzesłem, przewrócił pojemnik do lodu, którego zimną zawartość wysypał jakiemuś dziewczęciu na podołek. Rozległ się przeraźliwy krzyk. Pewien młodociany kawaler, około dwudziestki, fuknął z wściekłością na wijącego się Jablonskiego:

– Ty nędzny prosiaku! To nieprawdopodobne chamstwo, żeby tak potraktować damę. Oczywiście pokryje pan wszystkie koszty!

– Ja ci zaraz pokażę, ty fircyku z pieluchą, niech no się tylko podniosę – głos Jablonskiego przybrał groźny ton.

Śpiewak operowy Röper pochylił się nad nim i zaklinał go potężną siłą swego bohaterskiego barytonu, by w końcu wrócić do Elisabeth, podczas gdy radca prawny Mull ze łzami w oczach oświadczył, że umieranie jest właściwie doświadczeniem ogólnoludzkim, choć zarazem bardzo gorzkim, zwłaszcza teraz, w warunkach tak przepięknej koniunktury dolarowej.

Hałas wzmógł się do tego stopnia, że nawet saksofony zaprzestały tanga. Tancerze zapomnieli o swoich damach. Szef lokalu, o szpakowatej brodzie rosyjskiego księcia, który właśnie wywalczył stolik dla wieloosobowej rodziny cudzoziemców, zawiesił na kołku swój rodowy honor i ze wzdętymi połami fraka wtargnął do pijalni likierów.

– Słyszał pan to, mój panie, nazwał mnie fircykiem z pieluchą – rycerz zamrożonej damy zwrócił się do Alfreda. – Chcę wiedzieć, jak się pan nazywa. Będzie pan moim świadkiem w sądzie.

– Niczego panu nie poświadczę przed sądem, chłopcze. Jestem doktor Alfred Arp. Ten pan, który tam na dole mocuje się straszliwie z Bogiem i z ludźmi, to dyrektor banku, pan Jablonski. Jest osobistym przyjacielem pańskiego szefa, pana Goldstieka. Niech pan to sobie zapamięta, przecież pracuje pan u Goldstieka jako pełnomocnik. Poza tym na pana to już pora spać. Najlepiej będzie, jak się pan wyniesie z tą swoją małą damą.

Alfred uśmiechnął się uprzejmie do dziewczęcia, po czym obrócił się ku stękającemu i klnącemu Jablonskiemu, o którego zatroszczyło się już czterech mężczyzn. Szef lokalu, który na widok tego zgiełku początkowo zbladł, odzyskał swoją godność.

– Chwileczkę, mój panie – Alfred zwrócił się do gospodarza. – To nic, absolutnie nic; dyrektorowi banku, panu Jablonskiemu – przy tym nazwisku ukłonił się lekko – zrobiło się niedobrze. Mały zawrót głowy9, który nie dziwi przy tak wysokich kursach. Tak więc nie ma powodu do niepokoju.

Dzięki wspólnym staraniom panów Röpera, Frehsego i Luxa udało się uwolnić Jablonskiego. Wielki bankier rozglądał się zmieszany po najbliższym otoczeniu.

– Tak, nazywam się Jablonski i jestem bankierem. Tutaj, panie szefie, jest mój paszport. Oczywiście pokryję wszystkie szkody – z wyraźną dumą Jablonski podsunął pod nos panu z brodą wielkiego księcia oryginalny, angielski paszport.

Fritz Frehse zdziwiony spytał swego kuzyna, od kiedy to Jablonski stał się Anglikiem. Był przecież Polakiem, bezpaństwowcem albo przedstawicielem jakiejś wschodniej nacji.

– Obecnie po mieście krąży wielu Anglików i Amerykanów, którzy w całym swoim życiu nigdy nie widzieli własnych ojczyzn.

Szef lokalu zgiął się głęboko na widok królewsko-angielskiego paszportu. Notowania Anglików i Amerykanów były w mieście nad wyraz przeszacowane.

Franz Frehse, który nie lubował się w scenach wzbudzających sensację, wycofał się z Metą do narożnika przy kominku. Choć jego wciąż rozrastający się brzuch wymagał więcej przestrzeni, siedział szczęśliwy w wąskim narożniku, głaskał kolano Mety i po omacku brnął coraz dalej. Meta, nawet nie drgnąwszy, spokojnie dłubała w swoim koblerze z sherry.

Tymczasem Jablonski nieco otrzeźwiał.

– Nie mam pojęcia, jak się to wszystko stało. Poza tym jak wysoko może teraz stać dolar?

– Kupują go właśnie za pięćdziesiąt pięć – powiedział mikser. – Pan Markus odebrał, bodajże przed paroma minutami, dziesięć tysięcy od pana Goldstieka, z dostawą jutro.

Markus to była wielce szanowana firma, która handlowała hurtowo, tyle tylko, że nie bardzo było wiadomo czym. Pan Markus jeździł tylko autem i posiadał w Sopocie willę.

– Wielki Markus kupił? Zarobię więc pieniądze przy sześćdziesięciu w każdej ilości! – Jablonski rzucał pytające spojrzenia.

– Nie wiem – z powątpiewaniem stwierdził Lux – czy nie powinienem pozbyć się tysiąca. Kurs wydaje mi się sensowny.

– Dam panu, kochany panie Jablonski, trzy tysiące za sześćdziesiąt pięć. Jutro rano dostarczę je panu ze Schlesische Bank czekiem Banku Centralnego Rzeszy. Niech pan chwilę poczeka, może będę mógł sprzedać panu jeszcze więcej – Alfred całkowicie panował nad swoim głosem.

– Oszalałeś, wyzbywać się przy takiej hossie? – krzyknął zdenerwowany Fritz Frehse.

– Nie, jestem rozsądny.

– Załatwione! – zagrzmiał Jablonski.

Przy drzwiach do salonu stało dwóch młodych panów, którzy z napięciem przysłuchiwali się zajściu.

– Słyszałeś, jak wysoko Jablonski kupuje na jutro? Zadzwoń natychmiast do szefa, ja powiadomię o tym Markusa.

Alfred podszedł do Franza i Mety. Franz wypełznął z narożnika i ukradkiem pocałował dłoń Mety. Meta wygładziła sukienkę, z brokatowej torebki wyjęła szminkę i puder, po czym w okamgnieniu starła ślady drobnych uniesień.

– Franz, Markus przed godziną kupował za pięćdziesiąt pięć, a Jablonski zaoferował mi sześćdziesiąt pięć za trzy tysiące. Zaakceptowałem taką cenę. Twój braciszek myślał, że jestem niespełna rozumu. Prawdopodobnie chce tak długo siedzieć na swoich dolarach, aż wysiedzi pisklęta. Jutro z pewnością nastąpi spadek na giełdzie. Hossa jest za bardzo przegrzana. Ile mam u ciebie na koncie?

– Poczekaj, na pewno dziesięć tysięcy. Zresztą, to bardzo rozsądnie z twojej strony, że się pozbywasz. Też tak zrobię. Jutro po południu możemy dokonać asekuracji. Myślę, że zrobimy dobry interes.

– Dam więc Jablonskiemu pięć tysięcy i ty też dasz mu pięć. Do dwudziestu tysięcy można z tym człowiekiem działać. Naturalnie tylko w czekach Banku Centralnego Rzeszy. Twoje pięć wezmę ze sobą, a Jablonski da mi pokwitowanie na dziesięć. Jutro rano twój młody pracownik załatwi interes.

– Allright, my darling!

Franz powrócił do swego kącika przy kominku

Eugen Lux zamówił dla wszystkich grog z whisky. Nastroje gwałtownie się poprawiły. Z sali wkradał się w łaski, otoczony żarliwymi saksofonami, najnowszy shimmy.

– Jablonski, daję panu dziesięć tysięcy dolarów za sześćdziesiąt pięć. Schlesische Bank dostarczy je panu na moje polecenie o dziewiątej rano.

– W porządku – Jablonski wygrzebał z kieszeni swojej marynarki ołówek i bloczek z pokwitowaniami, wprawną ręką wprowadził cyfry i nazwisko, po czym wręczył dokument Alfredowi. Potem poklepał go wyniośle po plecach. – Uważam, że postępuje pan nieco lekkomyślnie ze swoimi pieniędzmi, panie doktorze. Czy spodziewa się pan jeszcze czegoś po niemieckiej marce?

– Niezbyt wiele, ale w koniunkturach mam trochę rozeznania. Po każdej akcji, zwłaszcza wtedy, gdy jest przedwczesna, następuje reakcja. Dlaczego tym razem miałaby nie nastąpić?

Saksofony przywabiały. Franz i Meta podnieśli się z miejsc i podeszli do stolika z whisky.

– Drogi Eugenie, pozwól, że zatańczę z twoją żoną!

– Ależ oczywiście, nie chcielibyście jednak napić się wcześniej grogu z whisky? Jest wspaniały, po prostu znakomity!

– Później, Eugen, nie chcielibyśmy odpuścić tego tańca, to najnowszy shimmy.

– Bawcie się więc. À propos, Jablonski, chciał pan nam przecież opowiedzieć najnowszy dowcip. Zapomniał pan o nim, kiedy spadł pan w przepaść.

– Ach, chciałem tylko coś pokazać. – Z pliku banknotów – dolarowych, skandynawskich koron, szwajcarskich franków i angielskich funtów – Jablonski wyłowił kilka dziesięciotysięcznych marek, wygładził je dokładnie i położył przed sobą na stole. Potem rozżarzył zapałkę i spalił cieniutki plik. – Niemiecka marka kończy swój żywot! Musimy zaintonować pieśń żałobną.

– Wkrótce tymi papierkami będę sobie podcierał siedzenie. Są tańsze od krepiny – Fritz mamrotał półsennie. Nie znosił grogu z whisky.

– Co by to było, gdybyście mieli ofiarować wygładzone w ten sposób, zrujnowane banknoty jakiemuś biednemu rentierowi z najlepszymi życzeniami dalszej pomyślności? – Alfred wstał i jednym haustem opróżnił swój kieliszek. – Też chciałbym potańczyć, przyjdę później.

Na cześć nowego shimmy zapalono w sali czerwony reflektor. Tańczono na małej, kolistej powierzchni w nabożnym skupieniu i ze śmiertelnie poważnym obliczem, które godziło się mieć w trudnych czasach i z ważniejszych powodów. Większość kawalerów nie przekroczyła dwudziestki. „Czas należy do młodzieży” – pomyślał Alfred. „Zabawne, małe urwisy zachowują się jak bywalcy salonów albo wielcy bankierzy”.

Meta i Franz, którzy w tym otoczeniu zdawali się starcami, przytulili się do siebie na tyle mocno, na ile to było możliwe przy brzuchu Franza.

Wszystkie stoliki były zajęte. Tylko w korytarzach stali bezrobotni. Stara, wytworna winiarnia, która dopiero niedawno wprowadziła tańce, świętowała swój wielki dzień. Niemal na wszystkich stołach stał szampan. Kelnerzy uwijali się z antrykotami, homarami i kawiorem. Ludzi ogarnęło radosne podniecenie, rodzaj tłumionej gorączki.

Dziś pogrzebane zostały złe czasy. Od tygodni dolar nie słabł ani się nie chwiał. Cały układ hossy wydawał się drżeć w posadach. Okowy solidnego spekulanctwa zaczęły pękać. Nawet ceny groziły odmrożeniem. Dokąd to zaprowadzi? Na horyzoncie pojawiło się widmo spadku cen. Ludzie ci mieli za sobą osiem tygodni męczarni, bezsenne noce pełne koszmarów. Przyglądano się już znikającym w mglistej oddali willom, automobilom i wyjazdom do kurortów. Kiedy dolar stał bardzo wysoko, wszyscy w pierwszych dniach lutego kupowali, żywiąc nadzieję, że będzie dalej maszerował. I nagle spadł, kiedy marka chwilowo się ustabilizowała. Potajemnie formułowano życzenie: „Żeby tak Francuzi doszli do Berlina…!” Ale ci zostali nad Ruhrą. Nawet na Poincarégo nie można było liczyć.

A teraz – przeminęło, można zapomnieć ten straszny czas. „Dolar drożeje” skrzeczały saksofony, „dolar drożeje” skrzypiały lakierki, „dolar drożeje” brzdękały kieliszki.

– Świętują zmartwychwstanie Pańskie – stwierdził Alfred, potoczywszy wzrokiem po sali. Za sobą słyszał szept:

– Wydaje się, że Markus nie obiecuje sobie zbyt wiele po tej hossie. Za sześćdziesiąt nie chce już kupować. Jablonski z pewnością przeholował…

– Rzeczywiście tak jest – pokiwał głową Alfred.

Muzyka przebrzmiała. Ludzie zatrzymali się, zaczęli klaskać i wymusili dodatkowy taniec. Potem sala się rozjaśniła. Pary przepychały się do stolików. Alfred zobaczył, jak Franz – na modłę starych kawalerów – pocałował Metę w dłoń i służył jej ramieniem.

– Dlaczego nie tańczysz? – przed Alfredem stał Peter Karlemann, szczupły mężczyzna o bladej twarzy i włosach koloru blond. Jego granatowy garnitur przed laty był nowy i modny. Teraz wyglądał na wytarty i pocerowany.

– Czy znasz mojego przyjaciela, doktora Arpa? – zwrócił się do damy, z którą przed chwilą tańczył. Pytanie było tylko retoryczne.

– Naturalnie, że znam Alfreda!

– Panna Hilde jest osobistą sekretarką Markusa – Peter wytwornym gestem wskazał na swoją przyjaciółkę.

Alfred ujrzał oblicze, które wydało mu się znajome, choć w jego wspomnieniach zachowało więcej świeżości i młodości. Hilde…? Hilde? Przez kilka chwil patrzył zamyślony na piękną kobietę w żółtej crêpe georgette10.

– Ależ Alfredzie, to ja, Hilde Bing! – jej głos był energiczny i dźwięczny.

Mój Boże, to była Hilde Bing? Drobna, szesnastoletnia dziewczyna o warkoczach blond, upiętych w ślimaka, w barchanowej bieliźnie i o surowych poglądach moralnych! Jego przyjaciółka sprzed… no właśnie, sprzed ilu lat właściwie? Alfred nie mógł sobie tego dokładnie przypomnieć. Obrazy nakładały się jeden na drugi.

– No nie, nie rozpoznałbym cię – powiedział otwarcie.

Peter zaśmiał się.

– Z małej dziewczynki stała się wielką damą, dzięki Markusowi i inflacji!

– Bezczelność, już dawno temu mogłam się dobrze ubierać!

Peter poczuł na sobie gromiący wzrok. Alfred mediował. Próbował przekonać, że bardzo się cieszy z ponownego spotkania. Potem rozmawiali o Markusie, inflacji, samochodach, ubiorach i butach.

Peter nagle spoważniał.

– Dziś po południu zastrzelił się Jean Arnaud, znaleziono go w Lesie Oliwskim.

– Dlaczego? – Alfred podniósł się raptownie. – Przecież jego ostatnia powieść odniosła sukces.

Peter zagryzł wargi.

– Dlaczego? Wielkie nieba, dzisiejsze czasy stały się dla niego źródłem cierpień. Sądził, że wszystkie wartości duchowe i kulturowe przepadły. Rozmawiał ze mną jeszcze przed kilkoma dniami, twierdził, że dolar jest jedyną rzeczą, którą ludzie się interesują. Alfred, powiem ci coś, Arnaud zmarł na inflację, na którą my też umrzemy.

Słowa te wyrzucił z największym rozgoryczeniem.

Hilde go objęła.

– Chodź, Peter, nie smuć się. Idziemy do domu!

Zaśmiała się przymilnie.

Kroczyli wśród stołów na podium. Obecne tu były znane z giełdy i z klubu twarze. Wszędzie królowały rozpromienione miny. Po zmarszczkach ze zmartwienia nie było już śladu.

Pojawili się wszyscy wielcy dyrektorzy nowo upieczonych banków. Gruby Mastschenk, jeden z najważniejszych bankierów, zasiadł na tronie ze swą małżonką i córką przed półmiskiem z wyszukanymi delikatesami. Męczył się z ogromnym homarem, który wcale nie chciał porzucić swego pancerza.

– Śmieszne marionetki, które wyobrażają sobie, że są bogami – zauważył poirytowany Alfred, kłaniając się niedbale przed stołem bankierskiego mocarza.

Mastschenk opuścił nóż do homara i wlepił wzrok w Hilde. Jego zaczerwieniona twarz wyszczerzyła się życzliwie. Grzbietem dłoni przetarł bezradnie grube, mlaskające usta. Gdy jak zahipnotyzowany zwrócił swe oczy na młodą dziewczynę, zdawał się zapomnieć o całym otoczeniu. Właśnie zamierzał rzucić serwetkę na stół i wstać, kiedy Peter zapytał Hilde donośnym głosem:

– Dlaczego ten spasiony, odrażający cham tak się na ciebie gapi?

Wielki bankier zbladł. W tym samym momencie otrzymał cios w prawy piszczel.

– Siedź – syknęła do niego żona. Drżała z wściekłości, ale natychmiast uśmiechnęła się słodziutko, pozdrawiając przyjaciółkę wchodzącą właśnie do sali.

Alfred chwycił Petera pod ramię.

– Proszę cię, nie rób teatru, chodź!

– Nie mogę ścierpieć tych lubieżnych psów! Należałoby im powybijać wszystkie zęby, jeden po drugim!

– Przecież nic mi nie zrobił – uspokajała go Hilde. – Pozwól mu na przyjemność oglądania mnie!

– Niechże ją ma – huczał Peter – nie mogę tylko znieść tej bezwstydnej bezczelności, tej oczywistości, którą gwarantuje tym draniom konto bankowe. Myślą, że każda dziewczyna do nich przyleci, bo mają pieniędze. Przywalę temu idiocie w pysk!

Przy barze Peter uspokoił się po tym, jak wypił trzy szklanki whisky.

– Potem zajdę jeszcze do ciebie!

Pożegnał się. Hilde zaś powiedziała przy wyjściu:

– Alfred, powinieneś się wstydzić, że nie rozpoznałeś mnie od razu!

Alfred też opuścił bar. Zadziwiające, jak przekonująca jako dama była teraz mała Hilde. Jak nieśmiała była kiedyś, jak ograniczone miała horyzonty.

W korytarzu Alfred dojrzał otrzeźwiałego już kuzyna Fritza, rozmawiającego z Rabinowitschem. Według rejestru handlowego ów pan zajmował się handlem tytoniem, ale jako osoba prywatna znajdował uciechę w dużo bardziej intratnej pracy.

Przed kilkoma minutami Fritz otrzymał telefoniczną wiadomość o tym, że zaraz po północy dostępne byłyby trzy kilogramy kokainy. Sam nie chciał jej kupować. Taką niewielką partią nie opłacało się uszczęśliwiać Rzeczpospolitej Polskiej. Z kolei Rabinowitsch był tym bardzo zainteresowany. Ustalono właśnie, że za dwie godziny podjęta zostanie ekspedycja. Alfred usłyszał, jak kuzyn oświadczył stanowczo swemu partnerowi biznesowemu, iż dopiero później udzieli mu informacji o osobie szczęśliwego posiadacza kokainy oraz jego nazwisku.

Sala ponownie pogrążyła się w czerwieni. Na parkiecie pojawiła się samotna młoda dama. Tonęła w koronkach białej, stylowej sukni i szczebiotała:

– Szanowni