Strona główna » Literatura faktu, reportaże, biografie » Eseje o Bogu i śmierci

Eseje o Bogu i śmierci

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-836-399-382-5

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Eseje o Bogu i śmierci

W trzynastu napisanych piękną polszczyzną tekstach Autor przybliża czytelnikowi perspektywę śmierci – zarówno w teologicznym, jak i przede wszystkim filozoficznym ujęciu – i objaśnia metafizykę życia.
„Śmierć nie jest opozycją wobec życia. Wręcz przeciwnie: (…) jak bezwzględna miłość, definiuje życie jako silniejsze niż każda teraźniejsza chwila, jako nieusuwalna z ludzkiej kondycji nieustanna możliwość nowych narodzin”, pisał profesor.
Tom w wersji e-bookowej ukazuje się w 2. rocznicę śmierci tego wybitnego polskiego filozofa i wspaniałego nauczyciela.

Polecane książki

Singielki, nastolatki, żony, matki, ciotki, babcie, siostry… to książka dla was!Oto książka, której powstania kompletnie nie planowałyśmy. Inspiracją do jej napisania stała się seria Pięćdziesiąt twarzy Greya, którą przeczytało tak wiele kobiet (nawet wierzących!), czego, mówiąc szczerze, się nie ...
Szanowany uniwersytecki wykładowca Evan Birch zostaje oskarżony o zabójstwo uczennicy z pobliskiej szkoły. Gdy dochodzenie wykazało, że na jego samochodzie są ślady jej szminki, rodzina zaczyna wątpić w jego niewinność, a sam oskarżony zaczyna rozumieć, że im bardziej się broni, tym sprawa wygląda g...
Najlepiej sprzedająca się książka w 2012 roku we Włoszech! Historia chłopca, który by zapomnieć o żalu, postanowił oszukać siebie i świat. Niech ci się coś pięknego przyśni sprzedała się w ponadmilionowym nakładzie. Matka Massima zmarła, gdy chłopiec miał dziewięć lat. Mieszkając z ojcem, który go n...
Szkice, drobne komentarze na temat korespondencji Sandauerów — poczynione na podstawie znajomości materiałów oryginalnych. Ciekawa lektura dostarczająca interesujących fatów i wniosków, które tyczą są ważnych dla świata literatury postaci....
Poruszające biografie kobiet, które los zetknął z największym tyranem XX wieku. W pierwszej części książki autorka przedstawia luksusowe życie kochanek Stalina i żon radzieckich prominentów. Barwnie opisuje, jak żyła czerwona elita na Kremlu, w podmoskiewskich daczach i w słynnym Domu nad Rzeką Mosk...
JEŻELI UMRĘ, PRAWDA ODEJDZIE WRAZ ZE MNĄ NA ZAWSZE… MUSZĘ PRZEKAZAĆ TAJEMNICĘ. Podczas podróży służbowej po Francji profesor historii Robert Langdon odbiera nocą pilny telefon: kustosz Luwru zostaje brutalnie zamordowany w muzeum. Obok ciała, policja odkrywa szereg trudnych do rozszyfrowania kodów ...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Krzysztof Michalski

Eseje ‌o Bogu i śmierci   ‌Krzysztof Michalski   Warszawa 2014  Dofinansowano ‌ze środków Ministra Kultury ‌i Dziedzictwa ‌Narodowego

Copyright: ‌© 2014 ‌Kalina ‌Michalska, Julia ‌Michalska

Redakcja: ‌© ‌2014 Kurhaus ‌Publishing ‌Kurhaus ‌Media sp. z ‌o.o. sp.k.Wszelkie prawa ‌zastrzeżone.

Żaden z fragmentów ‌nie może zostać ‌przedrukowany bez zgody wydawcy.

Opieka ‌redakcyjna: dr ‌Karolina Wigura

Konsultacja merytoryczna: prof. ‌Marcin Król

Korekta: Elżbieta Lipińska, ‌El-Kor

Projekt okładki i ‌łamanie: Marek Wójcik

Zdjęcie ‌na okładce:

Paweł Kula/PAP

Wiersz ‌„Umarł Krzyś Michalski” ‌© Adam Zagajewski

Esej ‌„Cisza ‌śmierci” pierwotnie opublikowany ‌został ‌w:

Luciana Frassati, Mój brat ‌Pier Giorgio, Księgarnia ‌św. Jacka 2008

ISBN: ‌978-83-63993-82-5

Kurhaus Publishing Kurhaus Media ‌sp. z o.o. ‌sp.k.

ul. Postępu ‌15C, IV piętro, 02-676 ‌Warszawa

Dział sprzedaży:

kontakt@kurhauspublishing.com,

tel. ‌+48 531 790 555

Przedmowaprof.Marcin Król*Filozof wobliczu ‌Boga iśmierci

Krzysztof Michalski nie ‌traktował filozofii ani jako ‌dyscypliny akademickiej, ‌ani ‌jako ‌okazji do nadużywania ‌słów, najczęściej słów trudnych. ‌Pisał – im ‌później, tym bardziej jest ‌to ‌wyraźne – bardzo ‌prosto; ‌czasem zarzucano mu, że ‌nadużywa ‌potocznego języka. ‌Wielu ‌filozofów (jeżeli ‌filozofowie ‌w ogóle jeszcze ‌istnieją) sądzi bowiem, że w języku, w metodach: fenomenologicznej, postmodernistycznej, tomistycznej, ich siła. Jednak siłą filozofii zawsze było i – miejmy nadzieję – będzie zadawanie prostych pytań, na które nie ma gotowych odpowiedzi, co wcale nas nie zniechęca do ich szukania. W tej książce Michalski zadaje pytania o sens śmierci i o to, co myślimy, kiedy mówimy „Bóg” lub „Jezus”.

Pytania te są tak ważne, ponieważ od odpowiedzi na nie zależy odpowiedź na wiele pytań kolejnych: o sens miłości, o drugiego człowieka czy też o przemijanie. Krzysztof Michalski rozumie tę hierarchię i rozumie, po co uprawiamy filozofię, tak bardzo w naszych czasach poniżaną i poniżającą samą siebie. Poniżaną, gdyż niemądrzy ludzie albo sądzą, że znają odpowiedzi na te pytania lub że nie ma dobrych odpowiedzi, bo to źle postawione pytania, albo po prostu tych pytań nie stawiają, ponieważ wydają im się zbędne. Naturalnie można przeżyć życie i nie zadać nigdy pytania o jego sens, ale co to za życie! Z całym szacunkiem dla baranów – życie barana.

Filozofia zaś poniża samą siebie, kiedy odstępuje od swojego powołania i zamiast wzorem Sokratesa, Nietzschego czy Kołakowskiego stawiać pytania, poprzestaje na akademickim obozie pracy, gdzie wszystko polega na obracaniu tymi samymi pojęciami, albo – co ważniejsze – odżegnuje się od wielkich pytań, opowiada o narracjach czy postmodernizmach, wieszcząc klęskę ludzkiego rozumu, którego ani nie szanuje, ani nie lekceważy, lecz jedynie oszukuje.

Pytanie Krzysztofa Michalskiego o sens śmierci jest więc dla niego podstawowe. Po śmierci Józefa Tischnera pisał: „Co teraz zrobimy bez Ciebie, Józku? Wiem, wiem, nauczyłem się od Ciebie, śmierć kogoś bliskiego to dodatkowe wyzwanie, dodatkowy obowiązek: ktoś, kogo już nie ma, nie ma już też własnego głosu, trzeba mówić za niego, także w jego imieniu”. Czy jednak rzeczywiście po śmierci już nie mówimy? Jeżeli mówimy w czyimś imieniu, to znaczy, że ten, kto umarł – mówi. A czy z nim rozmawiamy? Nie myślę o spodeczku i okrągłym stoliku oraz wywoływaniu duchów. Myślę o rzeczywistej rozmowie. Z jednej strony śmierć przerywa łańcuch zdarzeń, ale z drugiej strony: „Ciemność, z jaką konfrontuje nas perspektywa śmierci, nie musi być ciemnością nicości; jak gęsty i przez to ciemny las może być rezultatem gęstwiny głęboko ukrytych w moim życiu, nieznanych, możliwości; ukrytych tak głęboko, że tylko cień, jaki perspektywa śmierci rzuca na każdą moją chwilę, sygnalizuje, że tam gdzieś są”.

Rozmowa jest możliwa dzięki miłości do drugiego człowieka. On w ten sposób jest z nami zawsze. Oczywiście Michalski wielokrotnie zwraca uwagę na to, żeby nie banalizować słów. Drugi „jest” z nami nie tak, jak podobno ojciec Pio bywał w dwu miejscach jednocześnie, co Krzysztofa Michalskiego wyjątkowo – chyba słusznie – irytowało. Nie ma powodu natomiast, by obecność drugiego rozumieć inaczej niż obecność Boga. Przeciwnie, to Bóg „jest” w „bezwarunkowej, niezważającej na nic miłości, miłości także do złych, do niesprawiedliwych. Miłości poza dobrem i złem” – pisze Michalski, parafrazując Nietzschego. „Obecność Boga w naszym życiu to ukryty w nim wymóg miłości do innych ludzi – takiej jak miłość matki do dziecka, wszystko jedno, czy to bydlak, bandyta, kretyn czy Angelina Jolie”.

Rozmowa, której musi towarzyszyć miłość, nie jest naturalnie taką samą rozmową jak przy piwie. Zresztą, gdybyśmy rozmawiali tylko z żywymi, to byłoby strasznie jednostajnie. Rozmawiam, podobnie jak Krzysztof Michalski, z W.H. Audenem, którego w życiu nie spotkałem – tylko jego wiersze. Owa miłość nie obejmuje wszystkich ludzi, to nas między innymi różni od Boga. Żeby bezwarunkowo zaakceptować drugiego człowieka, musimy pojmować jego konkretność, czyli nie może to być miłość abstrakcyjna. Zresztą wiemy tylko tyle: miłość jest wtedy, kiedy jej doświadczamy. Michalski pisze: „Miłość jest związkiem dwóch osób: ojca i dziecka, Romea i Julii. Nie da się uogólnić, nie da się przełożyć na żadną instrukcję obsługi”.

Z tego zaś wynika, że zdaniem Michalskiego zbyt łatwo mówimy o miłości przezwyciężającej śmierć. Tak, przezwycięża, ale trzeba spełnić pewne warunki. Tak, przezwycięża, ale nie można tego rozumieć ani dosłownie, ani w przenośni, lecz filozoficznie – czyli, że koniec dzięki miłości nie jest po prostu końcem, że rozmowa trwa wiecznie. Jakie to są warunki według Krzysztofa Michalskiego?

Po pierwsze wolność. Michalski cytuje Jana Pawła II: „Religia to stosunek wolnego człowieka do Boga”. I komentuje: „Wolność jest powietrzem, bez którego religia się dusi, bez którego nie może żyć, wezwanie do miłosierdzia musi iść w parze z absolutnym respektem dla niezbywalnych praw osoby ludzkiej, z bezwzględnym uznaniem dla godności każdego człowieka z osobna”.

Po drugie wykorzystanie możliwości. Życie nasze to możliwość, ale możliwość musi być wykorzystana. Możliwość jest obecna w naszej cielesności, w cierpieniu i w śmierci. Bierność, skoro jest tyle możliwości, to bezwolne umieranie, ale wykorzystanie możliwości stwarza niespodziewane szanse. Ludzkie życie „w tej perspektywie to nieustanne napięcie między przemijaniem a nowym początkiem – między czasem (różnica między przeszłością a przyszłością) a wiecznością (ich jednością). Wysiłek wyzwolenia”.

Po trzecie warunkiem wyzwolenia od śmierci jest stosunek do innego człowieka. Krzysztof Michalski przywołuje wielokrotnie postać, obecność i teksty ks. Józefa Tischnera. Jego obecność rzeczywiście sprawiała, że każdy z nas inaczej patrzył na świat. Każdy żart, każda opowieść, każda poważna rozmowa były oparte na niezwykle silnej duchowej (bo nie emocjonalnej) życzliwości dla ludzi. I Michalski nie tylko to rozumiał, ale też umiał z obecności Tischnera korzystać. Cytuję: „To właśnie tu, pisze Tischner, w spotkaniu z innym człowiekiem, w jego nacechowanej nieskończoną biedą, wołającej o pomoc twarzy, jest miejsce Boga. Jeśli Bóg do nas mówi, jeśli coś nam nakazuje, to tylko przez to absolutne wezwanie, jakim jest dla mnie spotkanie innego człowieka. To tu – nie w pięknie czy celowości przyrody i nie w głębi własnej duszy, lecz w twarzy bliźniego – trzeba przede wszystkim szukać śladów Boga”. Tischner czasem bardzo nie lubił ludzi, konkretnych ludzi. Ciekawe, że nie lubił w nich tylko jednego, tego samego, co na przykład Jerzy Turowicz – a mianowicie głupoty. Jednak nie pozwalał mówić o nich źle, bo to przecież byli bliźni.

Idea, że miłość przezwycięża śmierć, to nie jest główne przesłanie tej książki. Warto jednak zwrócić uwagę na metodę filozoficzną Krzysztofa Michalskiego. W swych dojrzałych pracach odnosi się on do dorobku filozofii z niesłychanym szacunkiem. Polega to przede wszystkim na tym, że zastanawia się nad tym, co filozofowie mówili, a nie dlaczego, pod czyim wpływem, w jakich okolicznościach. Jakby stosował się do obserwacji Hannah Arendt, że nić tradycji została zerwana, ale dzięki temu możemy rozmawiać z filozofami jak z nam współczesnymi. Kiedy uczył i pisał o św. Pawle, św. Augustynie, Hobbesie, Kancie, Nietzschem, Heideggerze czy tak bliskim mu Gadamerze, rozważał to, co napisali, dosłownie i nie stosował systemu podejrzeń ani nie szukał w ich dziełach sprzeczności, lecz inspiracji czy po prostu prawdy. Prawdy ludzkiej, ale jednak prawdy. Uczyliśmy się obaj u Leszka Kołakowskiego i dlatego jego idea „horyzontu prawdy”, którą traktowaliśmy śmiertelnie poważnie, była zawsze Krzysztofowi Michalskiemu bliska.

Oto, jak pisał na temat poglądów Leszka Kołakowskiego, które trudno sklasyfikować, gdyż Kołakowski był raczej krytykiem i sceptykiem, ale – jak widać – nie zawsze. Michalski pisał o filozofii Kołakowskiego: „Absolut i wolność żyją ze sobą w nieustannym napięciu, w konflikcie, który nie da się uśmierzyć i który, myśli Kołakowski, konstytuuje ludzką kondycję. Gdy zdamy sobie z tego sprawę (a po to jest filozofia, żeby nam w tym pomóc, ba – tylko po to), zrozumiemy – tak streściłbym centralny motyw myśli Kołakowskiego – naszą kruchość: naszą ułomność i słabość, i naszą wrażliwość, delikatność. Inaczej mówiąc: zrozumiemy, że tylko skruszony, tylko jako godzien litości człowiek potrafi odróżnić dobro od zła, prawdę od fałszu, oddać sprawiedliwość godności innego człowieka”.

Wracamy zatem do kwestii związku miłości ze śmiercią i pytamy, co ostatecznie ma nam do powiedzenia Krzysztof Michalski, naprawdę filozof, a nie badacz filozofii. Miłość jest świadectwem, miłość, „gdy się dzieje”, czyni nieważnym „co było i co będzie”, jest świadectwem jedności. I na zakończenie myśl dramatyczna Krzysztofa Michalskiego, która ma przekonać przekonanych, bo z nieprzekonanymi nie warto rozmawiać: „Czy śmierć nie może być także takim świadectwem? Śmierć – nie jako to wydarzenie, co skończy moje życie: kiedyś, jak najpóźniej, lecz jako możliwość, ciemna, bo gęsta od możliwych znaczeń rysa w każdej przeżywanej przeze mnie chwili, owszem, przedmiot trwogi – ale i przedmiot nadziei”.

* MARCIN KRÓL (ur. 1944). Profesor nauk humanistycznych, socjolog oraz historyk idei nowożytności i XIX wieku. Wykłada na Uniwersytecie Warszawskim. Jest członkiem Rady Naukowej Katedry im. Erazma z Rotterdamu Instytutu Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego. Opublikował m.in. Historię myśli politycznej (2001), Filozofię polityczną (2008), Czego nas uczy Leszek Kołakowski (2010). Z Krzysztofem Michalskim, którego był wieloletnim przyjacielem, zainicjował Debaty Tischnerowskie na Uniwersytecie Warszawskim.

Umarł Krzyś Michalski

Umarł niespodziewanie Krzyś Michalski.

To on, pośród moich licznych znajomych,

mógł uchodzić za kogoś trochę nieśmiertelnego.

Zadziorny, górujący nad innymi. Fenomenalnie inteligentny.

Zrobił tyle dobrych rzeczy. Kiedy myślało się o nim,

słowo sukces wyłaniało się z jaskini, w której

zazwyczaj wegetuje. Sukces, prawdziwy sukces.

A nie requiem i inne wzruszające starocie.

Zdaje się, że latał wyłącznie business class,

zatrzymywał się w najlepszych hotelach.

Przyjaźnił się z papieżem i z prezydentami,

a jednocześnie nie przestał być filozofem, czyli

człowiekiem niewidocznym, kimś kto uważnie słucha.

Kimś, kto nieraz znika w jaskini myśli.

To połączenie jest bardzo trudne, niemożliwe.

Ale tylko to, co niemożliwe może być wspaniałe.

W dobrze skrojonej czarnej marynarce, szczupły,

ubrany jak podróżnik, który przygotowuje się

do wielkiej wyprawy i nikomu nie chce zdradzić,

dokąd.

Adam Zagajewski

1.Cisza śmierci

Turyn, lata dwudzieste. Rodzina bez trosk ubóstwa, w spokojnym, niezauważalnym szczęściu dnia codziennego. Dwudziestoparoletni chłopak, student, popularny wśród rówieśników, kochany przez najbliższych. Ból głowy, gorączka – przeziębienie, angina – nikt nie zwraca uwagi, nic specjalnego, dom, pełen życia, zajęty czymś innym. Za parę dni agonia i śmierć.

Przerażona tą śmiercią siostra, bezradna, pełna poczucia winy, wraca po pewnym czasie do tamtych dni: jak to możliwe, żeśmy nic nie wiedzieli? Jak to możliwe, że ten chłopak odszedł tak niezauważalnie, tak cicho, bez pociechy, spośród kochającej go rodziny, spośród przyjaciół? Samotnie? Jestem nieco słaby –powiedział. Nie było jednak nikogo, kto bygo zrozumiał. Nawet matka znalazła dla niego… tylko słowa wymówki. A przecież byłoby rzeczą naturalną, gdyby ktoś znas poszedł… doniego ipołożył rękę najego rozpalonym czole… Ale nikt tego nie zrobił.

Czy on sam wiedział, co go czeka, czy widział zbliżającą się śmierć, której nie widzieli inni? Siostra myśli teraz, że tak. Że wiedział – i starał się ukryć tę wiedzę przed najbliższymi; bo przecież, powiedział kiedyś, biedni sąci, cozostają. Dystans do otoczenia stawał się przez to jeszcze większy. Teraz dopiero, w retrospekcji, siostra zaczyna rozumieć jego płynącą z tego oddalenia i tak wtedy drażniącąobojętność wobec spraw, które nas pochłaniały, jego beztroskę; jaką wagę mogło mieć dla niego to wszystko, jakie znaczenie krzątanina matki, ojca i siostry, zupełnie pozbawione związku z rzeczami, które go dotyczyły najbardziej? Troszczył się o nich – ale nie o ich troski; umierał, w ciszy, z dala od głosów życia. To właśnie w tej drażniącej obojętności, w tej beztrosce, w tej obcości wśród swoich siostra widzi teraz świadectwo wiedzy niedanej innym – wiedzy o śmierci za rogiem.

Co to była za wiedza? Przecież nie wiedza o chorobie i jej skutkach: skąd ten młody człowiek miałby wiedzieć lepiej niż lekarz, co go czeka? Towiedza chrześcijanina, myśli siostra. Chrześcijanin wie, że śmierć może zjawić się wkażdej minucie,cnotą chrześcijanina – siostra przypomina sobie często powtarzane słowa brata – jest nieustanna gotowość najej przyjście. Był więc przygotowany: jeśli Bóg mnie wezwie, posłucham chętnie, powiedział kiedyś. Być może to właśnie ta gotowość robiła go obojętnym wobec trosk życia codziennego, pozwalała posłuchać relacjonowanego przez świętego Mateusza apelu Jezusa: Przypatrzcie się ptakom podniebnym: nie sieją ani nie żną inie zbierają dospichlerzy (…). Przypatrzcie się liliom polnym, jak rosną: nie pracują ani nie przędą (…). Nie martwcie się zatem inie mówcie: cobędziemy jedli? Cobędziemy pili? Czym będziemy się przyodziewali? (…). (Mt 6, 26–33). Chrześcijanin wie wreszcie, że pojęcie końca nie wyczerpuje znaczenia „śmierci”, że „śmierć” to również początek, również szansa narodzin, narodzin, sądzi chrześcijanin, do nowego życia. To dlatego, myśli siostra, jej brat, żegnając wraz z resztą rodziny umierającą babcię, zupełnie inaczejprzeżywał tękrótką chwilę: tak właśnie jak ktoś, kto żegna bliską osobę wsiadającą dopociągu iżyczy jej miłej drogi, wołając „dozobaczenia! ”. Uściski, trochę łez, wzruszenie.

Czy jednak śmierć – także dla kogoś, kto uważa ją za nowy początek, także dla chrześcijanina – da się rzeczywiście porównać z przejazdem pociągiem z Warszawy do Łodzi? Czy można wiedzieć, dokąd ta podróż prowadzi? Czy można cokolwiek wiedzieć o jej celu? Czy gotowość chrześcijanina na śmierć bierze się z wiedzy o tym, co go czeka, podobnej do wiedzy o rozkładzie jazdy pociągów do Łodzi? Czy stąd płynęła ufność umierającego samotnie i w ciszy młodego człowieka, czy to taka wiedza była źródłem jego spokoju wobec śmierci?

Nie, to nie jest, to nie może być tego rodzaju wiedza. Na jakiej podstawie mogłaby się opierać? Bądźcie jak lilie, jak ptaki – to nie jest apel o lepsze przewidywanie przyszłości. To raczej sugestia, że życie to coś więcej niż przedmiot prognoz, planów, rachunków i trosk, że się w nich nie mieści. Że więc, być może, śmierć: oddalenie się, zniknięcie wszystkich tych trosk i rachunków, życia, jakie znam – to nie tylko koniec.

Może właśnie na tym polega gotowość chrześcijanina na śmierć: nie na wiedzy, co będzie, na relatywizującej śmierć i w rezultacie przynoszącej pocieszenie pewności dalszego ciągu – lecz na gotowości do rezygnacji z trosk i rachunków, co składają się na życie, jakie żyje? Na rezygnacji ze wszystkiego, czym jestem, także ze wszystkiego, co mi bliskie i drogie – w imię życia, którego nie znam, którego nie mogę znać (bo czy mogę wiedzieć, co znaczy „żyć” bez troski o to, co zjem, co wypiję, o najbliższych? Czy mogę wiedzieć, co znaczy życie w beztrosce, jak lilii, jak ptaka?)? Życie bez trosk, nieznane: Jezus nazywał je życiem wiecznym: (…) każdy, kto dla mego imienia opuści dom, braci, siostry, ojca, matkę, dzieci (…) życie wieczne posiądzie (…) (Mt 19, 29). Siostra parokrotnie przypomina sobie teraz te słowa; to stąd, myśli, brała się ta obojętność jej brata wobec spraw bliskich, jego beztroska wobec zbliżającej się śmierci.

Opuścić ojca, matkę, dzieci, zrezygnować ze wszystkiego, czym się jest, radykalnym cięciem przerwać ciągłość dotychczasowego życia, postawić pod znakiem zapytania jego sens, sens słowa „żyć”: czy nie jest to ponad siły człowieka? Czy całkowita beztroska, beztroska wobec spraw życia – a więc i wobec ich końca, wobec śmierci – nie jest czymś nieludzkim? Może dlatego obojętność i beztroska brata wydawała się siostrze tak drażniąca? Czy ludzka nie jest raczej chęć kontynuacji, chęć zatrzymania życia, jakie jest, być może przekształcenia go tu i ówdzie – ale przede wszystkim: niech tylko dalej trwa, bez końca? Czy ludzki nie jest raczej strach przed końcem wszystkiego, co swojskie, przerażenie, że „ja”, jakim się znam – a więc ja z tymi wszystkimi troskami i zajęciami – że ja zniknę, że mnie nie będzie? Wiem (to święty Augustyn), chcecie dalej żyć. Nie chcecie umierać. Chcecie przejść odtego życia donowego nie przez śmierć –lecz wpełni życia, (tylko) przekształceni. Oto, czego pragniecie. Tonajgłębsza ludzka tęsknota.

Rezygnacja ze wszystkiego, czym jestem, otwarcie na życie nieznane, na życie poza czasem moich trosk i zajęć między urodzinami a śmiercią, na „życie wieczne” – gotowość chrześcijanina na śmierć – wymaga nieludzkich sił. Żyć w beztrosce, poza ciągłością układającego się w życiorys czasu: to żyć… jak aniołowie wniebie (Mk 12, 25). Jak aniołowie… Rilke nazywa anioły interwałami w boskiej melodii: jeśli świat, w jakim żyjemy, układa się (jeśli Bóg go ułożył) w jakiś związek, w ciągłość jakiegoś tematu – to „anioł” (tak rozumiem Rilkego) oznacza interwał, przerwę w tej ciągłości. Jeśli ta ciągłość jest jak ciągłość melodii – to przerwa w niej jest jak przestrzeń między dźwiękami, jak zakłócające ciągłość pęknięcie, jak ciche miejsce, cisza, co nie da się ująć w słowa, zorganizować w znaczenia. Anioły wogrodzie Boga milczą. „Anioły” (pisze dalej Rilke) są też „przerwami w mocy Boga”: są bezsilne. Nie przesuwają stołów. Nie chronią przed wypadkiem, nie interweniują przy egzaminach. Nie zmieniają biegu rzeczy. A jednak (…) gdy rozpościerają swoje skrzydła, budzą wiatr; zdaje się wówczas, żetoBóg zeswymi dłońmi rzeźbiarza idzie przez strony ciemnej księgi początku. Mają więc jakąś siłę: siłę wyrwania cię ztwojej formy (to Rilke w innym wierszu), siłę rozpoczynania na nowo, siłę tworzenia. Siłę nie z tego świata.

„Anioł”: rysa w ciągłości życia, przez którą wieje wiatr, co niszczy wszystko, co już jest i otwiera na nieznane. Metaforyczna figura tej skrajnej możliwości ludzkiej kondycji: by żyć jak podniebne ptaki. W beztroskiej obojętności na sprawy życia, co łączą jeden moment z drugim, w otwarciu na nieznane i nowe, w gotowości do zaczęcia od nowa. Metaforyczna figura obcości, wpisanego w życie cienia (jesteś – pisze Rilke o aniele stróżu – cieniem, wktórym cicho zasypiam). Cienia, co sprawia, że ludzka tożsamość pozostanie zawsze niespójna, że pytanie „kim jesteś? ” zawsze pozostanie otwarte: znaliśmy go – pisze siostra o zmarłym bracie – zeświadectw szkolnych idyplomów, które mówiły ojego wytrwałości wzdobywaniu wiedzy… ale nie wiedzieliśmy… kim był.

Być może więc w zdziwieniu, w braku zrozumienia, z jakim siostra opisuje niespodziewaną śmierć brata, wychodzi na jaw ukryty przed zaprzątniętymi codziennymi troskami oczyma wymiar życia: jego pęknięcie nie do zlepienia, jego zasadnicza niespójność, jego nieciągłość: jego otwarcie na nieznane, w każdej kolejnej chwili. Cudowne, wewnętrznie sprzeczne wyobrażenie – to Kafka – żektoś umiera powiedzmy otrzeciej wnocy izaraz potem, oświcie, wchodzi wwyższe życie. Jak bardzo nie dopogodzenia jest wszystko, cowidocznie ludzkie –ztym innym! (…) Ludzkiemu rachmistrzowi odrazu braknie oddechu… Koniec wszystkiego, cowidocznie ludzkie – to może początek: nawet najbardziej zrozpaczony człowiek – to raz jeszcze Kafka – musi przyznać, żezniczego może powstać coś nowego, zrozpadającego się chlewu może wypełznąć woźnica zkońmi.

Dla chrześcijanina ta niespójność, ta rysa w życiu – to miejsce, gdzie czuć Boga: ów cichy wiatr, co nie przewraca drzew i nie zrywa dachów, ale może zmienić życie na nowe. (Bóg do Eliasza): Wyjdź, aby stanąć nagórze wobec Pana. Aoto Pan przechodził. Gwałtowna wichura rozwalająca góry idruzgocąca skały [szła] przed Panem; ale Pana nie było wwichurze. Apowichurze –trzęsienie ziemi; Pana nie było wtrzęsieniu ziemi. Potrzęsieniu ziemi powstał ogień; Pana nie było wogniu. Apotym ogniu –szmer łagodnego powiewu. Kiedy tylko Eliasz go usłyszał, zasłoniwszy twarz płaszczem wyszedł istanął przy wejściu dogroty (1 Krol, 19, 11ff.).

„Anioł”: metafora pękniętej ludzkiej tożsamości: cisza, pustka i niemoc, obcość – i nowy początek, co kryją się gdzieś za wszystkimi ludzkimi zajęciami, rolami, funkcjami, za wszystkim, co widocznie ludzkie. „Anioł”: metafora ludzkiej nieludzkiej gotowości do porzucenia wszystkiego.

Ale jak można spotkać, gdzie zobaczyć takiego anioła? Przecież nie na ulicy, nie w powietrzu; skoro nie chodzi teraz o zaniedbaną wbłękitach współbaśń dzieci, poetów i zakochanych (Leśmian) – lecz o nieusuwalne, choć niepasujące do reszty przedłużenie ludzkiej tożsamości. Takiego „anioła” mogę szukać tylko w ludziach, tylko w sobie i w innych, tylko w moich stosunkach z innymi: ten „anioł” ma zawsze ludzką, zawsze czyjąś twarz. Nie da się go po prostu zobaczyć, jak wyprysk na nosie: ujawnia się tylko w gotowości do oddania drugiemu człowiekowi wszystkiego, co się ma, wszystkiego, czym się jest. Drugiemu człowiekowi, który wówczas ulega dziwnemu i radykalnemu przeobrażeniu: owszem, to nadal jest farmakolog, konduktorka, student – ale fakt, że tym wszystkim jest, przestaje mieć znaczenie. Wszystkie jego funkcje, role, związki, cechy, charakterystyki stają się teraz nieważne: to nie dlatego, nie dla nich… – a jednak w mojej gotowości do ofiarowania siebie chodzi właśnie o tę a nie inną osobę, właśnie o nią, o niego, poza tym wszystkim, co można o nich powiedzieć (że to farmakolog, konduktorka, student). Przywykliśmy nazywać tę gotowość miłością, wieczną miłością; jej płomień – jej możliwość – tli się w każdym spotkaniu z innym człowiekiem, jej wybuch spali czas.

Chrześcijanin wie, że to właśnie jest sens ludzkiego życia: żyć dla innych, bez względu na wszystko. Tak żył jej brat, opowiada siostra; może właśnie dlatego tak umierał. Chrześcijanin wie, że każdy spotkany człowiek, każdy przechodzień jest do tego wezwaniem; każdy może być przecież powracającym Chrystusem (jak wędrowiec, który przyłączył się do uczniów idących do Emaus) i zażądać, by dla niego porzucić dom, braci, siostry, ojca, matkę, dzieci… Co jest ponad ludzkie siły.

Czy mogę odpowiedzieć na pytanie „kim jestem? ” bez odwołania się do tego możliwego wezwania – a więc i bez odwołania się do tego przechodnia, obcego, innego i jednocześnie bliższego mi niż ja sam, bo przecież jestem gotów oddać mu wszystko, co moje? Czy mogę wiedzieć, kim jestem, bez odwołania się do przerastającej moje, przerastającej ludzkie siły, możliwości odpowiedzi na to wezwanie? Do anioła we mnie, anioła z ludzką twarzą? Czy ta możliwość nie jest możliwym znaczeniem słowa „święty”?

„Święty”: ta niemożliwa możliwość bezwzględnej, niewynikającej z żadnego rachunku rezygnacji ze wszystkiego, czym się jest, ze wszystkich trosk – dla kogoś, kogoś innego, choć bliższego niż wszystko, kogoś, kim może być każdy przechodzień. Gotowość na śmierć, mimo jej grozy. Niemożliwa – a jednak czasem spotykamy wśród nas kogoś, kto tak żyje, kto tak umiera: kto dziwi i drażni, bo jest tak bardzo inny, jak anioł – i kto zarazem, jak my, jak ja, pokazuje, kim mogę być.

Pier Giorgio Frassatiumarł 4 lipca 1925 roku. Jego siostra, Luciana Frassati, opisała tęśmierć wksiążce „Mój brat Pier Giorgio”. 20 maja 1990roku naplacu świętego Piotra wRzymie Pier Giorgio Frassati został beatyfikowany przez Jana Pawła II.

2.Tischner

Każda śmierć jest skandalem, napisał tak ważny dla Tischnera żydowsko-francuski myśliciel Emmanuel Lévinas; jak dobrze, z jaką bolesną dobitnością rozumiem to teraz, gdy Józka już nie ma, gdy odszedł nagle, choć po długiej chorobie, nieoczekiwanie, choć wszyscy spodziewaliśmy się tego prędzej czy później. Od tego momentu, w zeszłą środę, gdy umarł, zaczął się nowy czas, tak radykalnie różny od dotychczasowego; oczekiwania, nadzieje, obawy, skrzętna zapobiegliwość, wypełniające przedtem każdą chwilę wspólnego z nim życia, zostały brutalnie podarte, zmięte, wyrzucone. Świat stał się radykalnie inny, w okamgnieniu. Jak to boli, piekącym bólem, co przenika każdy zakątek nowej świadomości, właśnie powstałego wspomnienia.

Tak bardzo chciałbym postawić go przed oczyma tych z was, co go nie znali. Jego obecność bowiem zmieniała przestrzeń, w którą wchodził, nadawała nową spójność i nową, dodatkową siłę przekonywania jego myślom. Trzeba było wiele złej woli i daleko posuniętego stępienia duszy, by nie odczuć tej bijącej od Józka siły, co otwierała innym oczy i serce, wyzwalała w nich to, co lepsze, ogrzewała dusze.

Jakże często, pracując w tym samym budynku, chodziłem do jego pokoju, by po prostu sobie koło niego posiedzieć – i przez to nabrać na nowo ochoty do życia, co się gdzieś zapodziała, odkryć ludzką stronę w złośliwym kretynie, który doprowadzał mnie do szewskiej pasji, pokrzepić serce. Kiedyś, w obcym dla nas obu mieście, czekałem z Tischnerem przez parę dni na kogoś, nie mając nic specjalnego do roboty; chodziliśmy więc sobie po nieznanych nam ulicach, rozmawialiśmy o tym i o owym, zabijaliśmy czas – i wyjechałem jak nowy, z potężną, świeżą dawką otuchy, energii, optymizmu. Nic specjalnego się nie stało – a jednak to jedno z najpiękniejszych wspomnień w moim życiu.

Nigdy nie zapomnę też sceny sprzed paru lat przy watykańskiej Spiżowej Bramie: idąc na obiad do papieża, spotkaliśmy wychodzącą z audiencji bardzo dużą grupę Polaków, bodaj ze Śląska. Zobaczywszy Tischnera, Ślązacy otoczyli go od razu, zagadując, dotykając, wyrażając sympatię w taki czy inny sposób. Prawie każdy, kto go dostrzegał, rozpromieniał się od ucha do ucha; jakaś kobieta powiedziała do swego towarzysza: „Popatrz Wacek, dwóch za jednym zamachem! ”.

Jak często obserwowałem podobne sceny także z obcokrajowcami – nawet wtedy, gdy porozumienie wydawało się trudne, bo nie było wspólnego języka, wspólnego doświadczenia, wspólnego zaplecza kulturowego. Jakże często ten ksiądz z Podhala, tak głęboko zanurzony w nieinteresujących przecież prawie nikogo prócz nas polskich problemach, robił głębokie wrażenie na niemieckich, francuskich czy amerykańskich intelektualistach, których z nim spotykałem – także na tych, co nigdy przedtem nie widzieli z bliska ani katolickiego księdza, ani Tatr i nie mieli żadnego zrozumienia dla cierpień narodu polskiego. Nie tylko zresztą na intelektualistach; gdy Tischner przyjeżdżał do instytutu w Wiedniu, gdzie pracuję, było to święto dla wszystkich: zaglądającej zbyt często do kieliszka recepcjonistki (co już od nas odeszła), austriackiego administratora, niemieckiej ostro lewicowej feministki, wstrzemięźliwego i raczej konserwatywnego węgierskiego ekonomisty, mojej asystentki z głębokiego, na wskroś katolickiego Tyrolu i wielu innych. Moją asystentkę, która także jemu czasem pomagała, Józek ostatecznie podbił prośbą, by nie budziła go pod żadnym pozorem z poobiedniej drzemki, „chyba że zniosą celibat, wtedy natychmiast! ”.

Opisuję to wszystko nie po to, by dowieść, iż Tischner był miłym, zabawnym i mądrym człowiekiem. Tym wszystkim był także. Ale jego obecność – wszystko jedno, czy opowiadał o Fenomenologii Ducha czy (zmuszając słuchaczy do nieopanowanego śmiechu) o swoim rzekomym sąsiedzie, Francu Wurmie – znaczyła też o wiele więcej. Dzięki niej my, szczęśliwcy, co go spotkali, dostawaliśmy dodatkową szansę odkrycia urody życia, słodkiego smaku świata, dzięki niej mogliśmy dostrzec ślad słońca także tam, gdzie spodziewaliśmy się tylko kurzu, błota i brudu. Poczuć dotknięcie dobra, gdy nikt z nas nie mógł się tego spodziewać. Tischner pomagał nam otworzyć się na świat, co przede wszystkim znaczy: rozumieć innych ludzi – i tym samym mobilizował nas wszystkich do nieustannego wyłamywania się z niewoli zeskorupiałych idei, narosłych latami przyzwyczajeń i głęboko ukrytych przesądów. Pomagał być wolnym.

To także, jak sądzę, stanowi sedno jego filozoficznych poglądów – poglądów, które dzięki temu, kim był, stawały się jeszcze bardziej przekonujące. Przekonania, że pojęcia, idee, przyzwyczajenia, tradycje i instytucje nabierają jakiegoś znaczenia – i tym samym stają się dobre czy złe – dopiero w trakcie relacji z innym człowiekiem, dopiero w trakcie stosunków ludzi między sobą. Gdy staję twarzą w twarz z innym człowiekiem, życie zatrzymuje oddech na niedający się zmierzyć ułamek sekundy; wszystkie znaczenia ulegają na chwilę zawieszeniu, by opaść z powrotem na rzeczy, gdy ta chwila minie – i wszystko będzie jak dawniej bądź, kto wie, całkiem inaczej. Obecność innego człowieka jest nieskończonym wyzwaniem – mówił Tischner; nieskończonym, a więc nieograniczonym żadnymi z góry znanymi warunkami, żadnym z góry ustalonym znaczeniem. To tu, w tej obecności, w twarzy innego człowieka kryje się – mówił – Bóg. A jeśli tak, to każdy z nas jest nieskończenie wolny, do dobra i do zła; jeśli tak, to każde spotkanie z innym człowiekiem wystawia mnie na bezgraniczne ryzyko i daje mi jedyną w swoim rodzaju szansę, szansę na wszystko.

Tischner pomagał – swoją obecnością, która niosła i spajała ze sobą jego słowa – szukać Boga w jedynym miejscu, gdzie można Go znaleźć: w twarzy i uczynkach innego człowieka, w tych małych tak samo jak w tych, co od święta. Nie w tezach, twierdzeniach, dogmatach, instytucjach. Oczywiście, i te są potrzebne. Być może nawet niezbędne. Ale Bóg przychodzi do nas w postaci człowieka. Tischner pomagał nam go właśnie tam rozpoznać, ukrytego w krzyku faryzeuszy, w pozornie skomplikowanych pojęciach filozofów, w śmiesznych i dziwnie pięknych historiach o sąsiadach z rodzinnej wsi.

Jak wielu i jak różnych ludzi Tischner potrafił poruszyć i przekonać! Poznałem go wiele lat temu; pisałem wówczas pracę doktorską o Heideggerze na uniwersytecie ogołoconym z prawdziwych profesorów. Bronisław Baczko, Leszek Kołakowski, Krzysztof Pomian zostali nieco wcześniej usunięci z uniwersytetu jako Żydzi i liberałowie (to były czasy, prawda, panie pośle?) i nikt z tych, co zostali, nie wiedział nic o przedmiocie mojej pracy. Ktoś mi powiedział, że jest w Krakowie ksiądz, który coś o tym wie. Pojechałem więc do Krakowa. Przyjechałem nieco za wcześnie; była niedziela, więc zaszedłem do pobliskiego kościoła. Mój ksiądz miał właśnie mszę dla przedszkolaków. Dzieci słuchały zafascynowane – i ja z czasem też, pamiętając z własnego dzieciństwa śmiertelną nudę przymusowej niedzielnej mszy. Po mszy poszedłem z księdzem Tischnerem do niego do domu, wtedy jeszcze na świętego Marka, gdzie odbyliśmy pasjonującą dla mnie, głodnego takich rozmów, wielogodzinną dyskusję o Heideggerze. Jak wielu filozofów potrafi wzbudzić entuzjazm przedszkolaków? Jak wielu kaznodziejów potrafi dowieść młodemu adeptowi filozofii, przekonanemu, że zjadł wszystkie rozumy, że jeszcze wszystkiego nie umie?

Później było podobnie: znakomity wykład o Heglu w Wiedniu, tak dobrze pamiętany po dziś dzień przez moich całkowicie obojętnych religijnie kolegów, pasjonująca dyskusja w Heidelbergu z jednym z największych uczonych swego czasu, Gershomem Scholemem, o Księdze Rodzaju; jak wiele było jeszcze takich zdarzeń! I z drugiej strony te wspaniałe audycje w telewizji o katechizmie czy o grzechach głównych, z masową publicznością.

Oczywiście nie wszystkie wykłady Tischnera były znakomite, nie wszystkie dyskusje pasjonujące, nie wszystkie audycje telewizyjne wspaniałe, ale jak wiele z nich!

Umiejętność poruszenia serca przedszkolaka naturalną koleją rzeczy przyniosła Tischnerowi nieufność niektórych kolegów-filozofów, co w ferworze (może raczej powinienem powiedzieć: rutynie) rozróżniania „transcendentnego” od „transcendentalnego” i stu pięciu znaczeń słowa „istnieć” zapomnieli, że pojęcia filozoficzne są jak zeschłe liście, że nic nie znaczą, jeśli nie nabiorą życia w stosunkach ludzi między sobą. Oswobadzająca siła Tischnerowej obecności wywoływała często niechęć niektórych jego kolegów-księży, trzymających się kurczowo sformułowań i instytucji, tak jakby bali się stanąć sami, nago, bez ochrony słów i urzędów, twarzą w twarz z innym człowiekiem. Tischner nie bał się; bezgraniczne, niedostępne dla tak wielu z nas zaufanie do Boga dawało mu niewzruszony spokój, odwagę potrzebną do wyjścia w świat, za opłotki tego, co znane i swojskie, do tych wszystkich przedszkolaków, pijaków, bezbożników, zakażonych kartezjanizmem i postmodernizmem filozofów, do celników. Nie, nie zapędzał nas wszystkich z powrotem do zagrody ortodoksyjnych poglądów i poprawnych zachowań; także tu, na manowcach, wśród nas, na naszych twarzach, w naszych błędach, szukał swego Boga, szukał naszego Boga.

Tischner był (jak boli ten czas przeszły; nagłe, zimne ukłucie po lewej stronie) – Tischner był na wskroś katolickim księdzem, zawsze: wtedy, gdy się śmiał, i wtedy, gdy filozofował. Był na wskroś Polakiem, bez reszty. Nigdy nie wyjechał z Podhala; nawet wtedy, gdy wałęsałem się razem z nim po obcych i pięknych miastach. A jednak nie miał w sobie nic z prowincjusza; tak jak potrafił otworzyć przyjaciela, słuchacza, swego studenta czy parafianina na innych ludzi, tak też przykładał się, mocniej niż inni, do usunięcia przesądów, resentymentów, skurczów zbiorowego ducha przeszkadzających wspólnotom, w jakich żył – Kościołowi, Polakom czy góralom – otwarcie, z ciekawością i szacunkiem współżyć z innymi, nie tracąc tego, co swoje. Jak wiele dał w rezultacie walczącemu z pokusą strachu i nienawiści do innych polskiemu Kościołowi, jak dużo polskiej zbiorowej wyobraźni, zatrutej latami zniewolenia, ile wreszcie dał swojej rodzinnej góralszczyźnie, nadając jej formę dzieła sztuki (choćby w Historii filozofii pogóralsku).

Tischner to był szeroki oddech, otwarte okno, strumień świeżego powietrza – zarówno przy obiadowym stole, jak i na seminarium, zarówno dla ludzi, których spotkał, jak i dla instytucji, w których uczestniczył.

Co zrobimy teraz bez Ciebie, Józku? Wiem, wiem, nauczyłem się od Ciebie, śmierć kogoś bliskiego to dodatkowe wyzwanie, dodatkowy obowiązek: ktoś, kogo już nie ma, nie ma już też własnego głosu, trzeba mówić za niego, także w jego imieniu. Co nie znaczy, że trzeba stawiać pomniki, nazywać ulice i lotniska, urządzać muzea. Nie, przede wszystkim powinniśmy starać się utrzymać w sobie tę wspaniałomyślność, zachować tę szerokość duszy, nie utracić tego wiatru ducha, którego tyle dostało się do naszych wzajemnych stosunków dzięki temu księdzu z Łopusznej. Ciągle na nowo podejmować wysiłek wolności. Tyle że bez Ciebie, Józku, będzie o wiele trudniej.

Wiem, wiem, nie podobałoby Ci się, że piszę przez łzy. Dobroć – i tego nauczyłem się od Ciebie – nie ma nic wspólnego z sentymentalizmem. Słodycz świata nie ma smaku ciastka; jest w niej i gorycz porażki, i niepokój jutra, świadomość nieuchronności błędu i wyrządzonego innym zła. I ufność, i nadzieja, mimo wszystko. Czy potrafię ją znaleźć bez Twojej pomocy? Nie wiem, będę się starał. Nauczyłem się od Ciebie, że powinienem. A kiedy odwaga mnie opuści, gdy ręce opadną po raz nie wiadomo który, kiedy do serca wkradnie się znów śliskie i zimne zwątpienie, pusta rozpacz, będę myślał o Tobie. To pomoże.

Po roku

Rok już minął od śmierci Józefa Tischnera. Z pewnością brak nam go. Widać to po tłumach, które przychodzą na uroczystości i kolokwia na jego cześć, choćby nawet były nudne i niezrozumiałe. Po zainteresowaniu jego książkami i szybko – jak grzyby po deszczu – pojawiających się książkach o nim.

Tylko jak nam go brak? Skąd biorą się te łzy w oczach? Czy nie z tego samego źródła, co te, wylewane w ciemnej sali kinowej, kiedy na ekranie Kopciuszek zapada na śmiertelną chorobę tuż przed poślubieniem księcia? Czy tak samo jak te łzy z kina nie znikają zaraz po wyjściu na ulicę? Czy nie zamknęliśmy tego braku Tischnera w kapliczce z Jego obrazem, przed którą uprawiamy co pewien czas sentymentalne ćwiczenia gimnastyczne?

Daję Wam słowo, on bardzo by tego nie lubił.

Żeby tego uniknąć, trzeba pamiętać, kim był. Trzeba pamiętać, że był księdzem, opluwanym i odsądzanym od czci i wiary przez tak wielu swoich kolegów-księży – ale też wzorem i przewodnikiem dla bez porównania większej liczby innych. Że był księdzem noszonym na rękach przez niereligijną inteligencję – ale jakże często przez nieporozumienie, przez oderwanie fragmentu (jego dowcipu, inteligencji, wrażliwości na problemy innych ludzi) od całości (bo dla Tischnera, w Tischnerze wszystkie te cechy były zrośnięte z jego – prostą – wiarą, z Tischnerem wikarym, Tischnerem kaznodzieją, Tischnerem spowiednikiem).

Dla polskiego Kościoła Tischner był czymś w rodzaju skóry pozwalającej odczuć, co się w świecie, tam na zewnątrz, dzieje – a czy bez takiej skóry Kościół może być mistycznym ciałem, a nie tylko instytucją, wprawdzie pradawną, ale jednak tylko jedną z wielu? Naturalnie, Tischner był też dla tego Kościoła kłopotem, uwierał, swędział, palił – ale czy Kościół może bez tego żyć?

I wreszcie powinniśmy pamiętać, kim był dla Polski. To prawda, łączył – przez swoją niezwykłą umiejętność odkrycia czegoś dobrego prawie w każdym. Ale też i różnicował; wprowadzając miarę, która zmuszała do stanięcia na palcach, do zapięcia koszuli pod szyją. Tischner podnosił nas i nasze różnice do przyzwoitości, do dobra; dzięki niemu różniliśmy się pięknie. Jak by się to teraz przydało, wśród rezygnacji i cynizmu, coraz bardziej rozprzestrzeniających się w zatrutym wymyśloną biologią polskim życiu publicznym.

Znaliście go czy nie, uczcijcie dzisiaj jego pamięć minutą ciszy.

3.Kochać Boga

Czy mnie miłujesz?, zapytał, odchodząc, Chrystus swego ucznia Szymona Piotra – opowiada Ewangelia św. Jana.

Czy mnie miłujesz?, powiedział kardynał Wojtyła w rzymskim kościele św. Stanisława na mszy za właśnie zmarłego Jana Pawła I. To jest jedyne pytanie, poprzez które musimy patrzeć na każdy pontyfikat i na każde życie ludzkie.

W parę dni później kardynał Wojtyła został Janem Pawłem II. Jeśli więc posłuchamy tamtego jego wezwania – to także i na jego, Wojtyły, pontyfikat powinniśmy popatrzeć przez to pytanie.

Tylko: co to znaczy „kochać Boga”?

Jak łatwo oderwać ten zwrot od wszystkich innych – zwyczajnych, „tylko ludzkich” – kontekstów, zrobić z niego coś od święta, coś na niedzielę, zwrot z odrębnego, sakralnego języka, jakiego używamy rzadko i nie staramy się nawet powiązać z banalnymi zajęciami dnia codziennego. Już samo słowo z polskiego przekładu: „miłować” (niezależnie od poważnych racji, dla których zostało użyte), skłania do takiej abstrakcji. Kto dziś mówi – do Jadzi, Tadzia, ojca, córki – „miłuję cię”?

To samo niebezpieczeństwo grozi naszej pamięci o tym wzywającym do miłości Boga papieżu: że stanie się tylko kultem, przybierającym czasem histeryczne formy, że będziemy wprawdzie wspominali go ze łzami w oczach – ale w tym, co będziemy robili potem i przedtem, nie będzie po nim śladu.

Do czego więc wzywał nas ten papież, co żądał od nas „miłości Boga”?

Jego punktem odniesienia była, naturalnie, opisana w ewangelii historia Jezusa; tego młodego żyda, który dwa tysiące lat temu wzywał do porzucenia wszystkiego, co drogie i swoje: domu, rodziny, przyjaciół, obowiązków – i pójścia za nim. Historia młodego żyda, który tym wezwaniem podłożył dynamit pod fundamenty swojego społeczeństwa – i jednocześnie pod fundamenty każdego możliwego ludzkiego porządku.

Dla Karola Wojtyły – tak jak i dla wszystkich chrześcijan – ta historia rzuca ostre światło na ludzką kondycję. Wydobywa na jaw to, co w ludzkim życiu najważniejsze. Właśnie nie dom, nie rodzina, nie obowiązki, jakkolwiek ważne by były. Nie porządek społeczny, czy nawet moralny. Sprawiedliwość – powiedział kiedyś papież w rozmowie z księdzem Tischnerem i ze mną – nie jest ostatnim słowem Boskiej ekonomii wdziejach świata iwdziejach człowieka. Kara i nagroda – tak bym interpretował te słowa – nie są ostatecznymi kategoriami ludzkiego losu. Sens naszej kondycji wymyka się każdemu rachunkowi, także każdemu moralnemu rachunkowi; żaden taki rachunek, nawet jeśli nazwiemy go transcendentnym, nie będzie naszą ostateczną instancją. W perspektywie historii Jezusa każdy porządek, każde prawo, każde moralne przykazanie okazuje się tylko tymczasowe, tylko względne. Zostaje opatrzone znakiem zapytania.