Strona główna » Humanistyka » Goci. Rzeczywistość i legenda

Goci. Rzeczywistość i legenda

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7976-286-6

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Goci. Rzeczywistość i legenda

Goci nawet na tle innych germańskich plemion byli ludem niezwykłym. Na przełomie starożytności i średniowiecza przemierzyli całą Europę: od swych pierwotnych siedzib w Skandynawii poprzez ziemie polskie i stepy Ukrainy, Bałkany, zahaczając o Azję Mniejszą dotarli do Galii i ostatecznie osiedli w Italii i Hiszpanii. Po latach wędrówek i ciągłych wojen stworzyli silne państwa, które razem z Frankami Chlodwiga decydowały o hegemonii w Europie. Upadli i wyginęli pod naciskiem Bizancjum oraz nowo powstałej siły islamu. Jeszcze w XVI wieku ich obecność odnotowywano na Krymie.
Jerzy Strzelczyk, wybitny mediewista, stworzył niepowtarzalną wizję historii Gotów, przedstawiając w sposób barwny i plastyczny jak z plemienia barbarzyńców stali się wspólnotą ratującą pozostałości cywilizacji rzymskiej. W legendzie termin „gocki” kojarzy się z mroczną i chaotyczną wizją świata - w rzeczywistości to dzięki Gotom, ich wysokiej kulturze artystycznej i intelektualnej oraz wybitnym postaciom z ich kręgu, takim jak Boecjusz, Kasjodor czy Izydor z Sewilli, ówczesny świat nie pogrążył się w stanie całkowitej zapaści.

Polecane książki

  Przedmiotem rozważań autorki jest problematyka dotycząca funkcjonowania i rozwoju organizacji zespołów wiedzy. Monografia ma na celu zdefiniowanie i opracowanie kluczowych kwestii wpływających na zarządzanie takimi podmiotami. Zagadnienia te do tej pory nie zostały omówione zbyt szeroko zarówno w ...
Wspomnienia najpiękniejszych chwil, efemerycznych i kruchych jak motyle, to często jedyne, co zostaje nam w życiu naznaczonym licznymi rysami. W pogoni za pełnią szczęścia często gubimy sens istnienia, zatracamy się w gonitwie za pieniądzem i prestiżem, zapominając, że to miłość i bliskość drugi...
Ich historii nikt wcześniej nie zdecydował się opowiedzieć. Inspirowana życiem Margot Wölk, degustatorki posiłków Hitlera, porównywana do "Lektora" wstrząsająca powieść, która prowokuje pytania o współudział zwykłych ludzi w zbrodniach. Pewnego ranka do drzwi Rosy Sauer pukają esesmani, aby oznajmić...
Każdy z nas miał swoją klasę, swoje liceum, swoje kino. Swoją niepowtarzalną młodość. Tęsknimy do nich, choć w gruncie rzeczy nie bardzo wiemy, do czego. Kino "Szpak" to opowieść o minionym czasie, szkolnych przyjaźniach, pierwszych miłościach, bójkach na przerwach, wagarach, młodości, zaufaniu i za...
Godzina „W” zmieniła nie tylko życie tych, którzy 1 sierpnia 1944 roku podjęli nierówną walkę z hitlerowskim okupantem, wychodząc na ulice Warszawy z biało-czerwonymi opaskami na rękawach. Powstanie warszawskie wpłynęło na losy kolejnych pokoleń Warszawiaków, ...
Dalton musi zwrócić się o pomoc do Laney, swojej dawnej miłości. Ona przyjmuje jego propozycję i spędza z nim namiętne popołudnie. Żadne z nich nie spodziewa się, jak zakończy się ta przygoda......

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Jerzy Strzelczyk

 

 

WSTĘP

W paśmie wojen (historia nazwie je wojną stuletnią) pomiędzy Francją a Anglią nastąpiło niedawno przesilenie: Joanna d’Arc, „Dziewica Orleańska”, porwała zatrwożone społeczeństwo francuskie do wojny z najeźdźcami i okupantami angielskimi. W Europie Środkowej husyci czescy — zwolennicy straconego w roku 1415 reformatora Jana Husa — przeszli do zbrojnej ofensywy; ich wojska pustoszyły Węgry, Śląsk, Brandenburgię i inne kraje niemieckie. Na wschodzie rozpadała się Złota Orda, a równolegle do jej upadku rosło znaczenie Wielkiego Księstwa Moskwy i jej władcy — oślepionego, lecz pewnie sprawującego władzę Wasyla II. Umarł wielki książę litewski Witold, a Litwa ponownie została bliżej zespolona z Polską. Tu i tam w Europie toczyły się wojny, ale najgroźniejsza sytuacja wytworzyła się na Bałkanach, gdzie Turcy osmańscy w momencie, gdy na tronie sułtańskim zasiadł Murad II (1421), wznowili energiczną akcję zdobywczą, zahamowaną na początku tego stulecia przez Mongołów. Już za niewiele lat Bałkany staną się tureckie i padnie „Nowy Rzym” — Cesarstwo Bizantyjskie, a Konstantynopol stanie się Stambułem. Kościół powszechny, ograniczony od wieków praktycznie do Kościołów zachodnich, „łacińskich” (ostatnia próba przywrócenia jedności z Kościołem wschodnim — tzw. unia florencka w roku 1439 — wobec postępów oręża tureckiego pozostanie na papierze), uwikłany jest w konflikty polityczne i światopoglądowe. Idea supremacji soboru powszechnego w Kościele, przez kilkadziesiąt lat jak gdyby bliska realizacji, zaczyna tracić zwolenników. Stopniowo — właśnie w czasie, o którym mówimy — ponownie do głosu dochodzą kurialiści, władzę papieską stawiający ponad soborem.

Ojcowie soborowi, zgromadzeni od roku 1431 w szwajcarskiej Bazylei na słynnym, a niefortunnym (jak się później okazało) soborze powszechnym, nie tylko jednak z rzeczywistymi problemami wielkiej polityki mieli do czynienia. W roku 1434, w którym Kuźma Medyceusz objął rządy we Florencji, umarł nasz Władysław Jagiełło, rozbici zostali pod Lipianami czescy taboryci (radykalni zwolennicy Husa), a Portugalczycy opłynęli przylądek Bojador (najdalej na zachód wysunięty przylądek Afryki) — sobór bazylejski miał do rozstrzygnięcia nie byle jaki problem.

Przedstawiciel Eryka, króla Północy (w tym czasie Dania, Szwecja i Norwegia zespolone były unią), zaproszony uprzednio przez sobór do wzięcia udziału w obradach, wystąpił 12 listopada przed czcigodnym zgromadzeniem z uroczystą mową. Przedstawicielem tym był biskup szwedzkiego miasta Växiö (później wyniesiony do prymasowskiej godności arcybiskupa Uppsali) Mikołaj Ragvaldi, a powodem wystąpienia — protest przeciwko wyznaczeniu posłowi potężnego władcy skandynawskiego nie dość, jego zdaniem, honorowego miejsca wśród innych delegatów. Śmieszące nas nieco być może problemy protokolarne zajmowały w ogóle sporo uwagi soborowi: o wyższą rangę dla swego kraju, udokumentowaną bardziej honorowym miejscem na sali obrad, walczyli m.in. posłowie burgundzcy, hiszpańscy, francuscy i angielscy. Nawet otrzymanie miejsca w pierwszym rzędzie niezupełnie usatysfakcjonowało biskupa szwedzkiego, ponieważ miejsce to znajdowało się nie po prawej, lecz po lewej stronie sali.

Rzecz jasna, sam przez się ten epizod nie stanowiłby jeszcze powodu szczególnego naszego zainteresowania. Opisujemy go tu tylko ze względu na argumentację, jaką posłużyły się strony sporu o pierwszeństwo miejsca. Argumentacja była czysto historycznej natury (i któż jeszcze mógłby wątpić o doniosłości społecznej funkcji nauki historycznej?).

Zdumionym ojcom soborowym, spośród których niejeden prawdopodobnie mgliste jedynie posiadał wyobrażenie o tak zapadłej prowincji chrześcijańskiej Europy, jaką była Szwecja, wyłożył biskup Ragvaldi czarno na białym, że właśnie Szwecja była i jest „pępkiem świata”. To właśnie z kraju Gotów, który obecnie powszechnie nazywa się Szwecją, wyszły niezliczone ludy; wśród nich jednymi z pierwszych byli Ostrogoci i Wizygoci. Ci zaś dokonali czynów niezwykłych: podbili Egipt i Azję, pojęli za żony bitne Amazonki, walczyli pod Troją (gdzie zginął nawet jeden z królów gockich). Jedna z władczyń gockich, imieniem Tamyris, walczyła z królem perskim Dariuszem i pozbawiła go życia. Nic nie wskórał przeciw Gotom także inny król perski Kserkses, mimo że prowadził ze sobą nieprzeliczone zastępy zbrojnych. W czasach późniejszych Goci z powodzeniem walczyli z państwem rzymskim i zadawali klęski tak wybitnym cesarzom, jak Decjusz, Gallus, Volusianus, Walens, Gracjan i Teodozjusz. Współzawodniczyli o potęgę z samym Aleksandrem Wielkim, w różnych czasach podbili różne prowincje: znaczną część Germanii czy Sarmacji, Dację, Mezję, Trację, Achaję, Tesalię, Pannonię, Ligurię, Emilię, Tuscję, Galię, Hiszpanię i Italię. Sam Rzym — stolica świata — padł łupem Gotów: było to w roku 1164 od założenia miasta. Wszystkie słynne ludy przeszłości: Goci, Wandalowie, Longobardowie, Burgundowie, afrykańscy Wizygoci, Duńczycy i Sasi — pochodzą więc od Szwedów. Ich władcy — poprzednicy Eryka Pomorskiego[1] — jako pierwsi nawrócili się i swoje ludy na wiarę chrześcijańską. Wniosek z tych wywodów mógł być tylko jeden: państwo szwedzkie jest starsze, potężniejsze i szlachetniejsze niż wszystkie inne; potężne w przeszłości, jest nadal potężne… no i oczywiście posłowi króla szwedzkiego należy się pierwsze miejsce na sali obrad.

Obszerne przemówienie Mikołaja Ragvaldi skrzętnie zanotowali kronikarze soboru. Trzeba stwierdzić, że swego bezpośredniego celu uczony biskup nie osiągnął. Z kontrprzemówieniem wystąpił duchowny hiszpański Alfons z Kartageny. Prawdą jest, dowodził Hiszpan, że Goci niegdyś przybyli do Hiszpanii z kraju, gdzie obecnie panuje król Danii, i że królowie hiszpańscy wywodzą się od władców gockich, tylko że z tego tytułu obecnym władcom skandynawskim ani ich poddanym nie przysługują żadne honory i korzyści. Któż bowiem pozostał na lodowatej północy po odejściu dzielnych wojowników gockich na południe? Pozostali tchórze i niedołędzy. Sława oręża i podbojów gockich przeszła wraz z Gotami na południe; obecni Skandynawowie nie mają żadnej, historycznej ani moralnej, podstawy do identyfikowania się z Gotami, podobnie jak sława należy się Aleksandrowi Macedońskiemu i jego następcom, a nie tym Macedończykom, którzy małodusznie pozostali w domach, nie biorąc udziału w wyprawach swego króla.

Dwa więc już narody przyznawały się pod koniec średniowiecza do pochodzenia od Gotów. Zobaczymy, że będzie ich znacznie więcej. Postaramy się pod koniec tej książki prześledzić dzieje owej zadziwiającej gotomanii, pojawiającej się w różnych miejscach naszego kontynentu. Stwierdzimy, że wyraźne przejawy tego zjawiska wystąpią również w różnych miejscach Słowiańszczyzny, w tym także w średniowiecznej Polsce. Zobaczymy, do jakich przedziwnych konstrukcji myślowych będą się uciekali poszczególni gotomani i że idea gotycyzmu była na ogół ściśle związana z politycznymi, czy szerzej: społecznymi potrzebami epoki.

W książce jednak, którą przedkładamy czytelnikowi, legendy o Gotach i idea gotycyzmu znajdą miejsce podrzędne. Jej przedmiotem są bowiem rzeczywiste dzieje plemienia czy plemion gockich. Do zajęcia się tymi dziejami skłania autora kilka przyczyn. Po pierwsze, dzieje te, jak się niebawem przekonamy, są bardzo barwne i ciekawe, miejscami niepozbawione dramatyzmu i patosu. Rozgrywały się na wielkich przestrzeniach Europy: od Skandynawii, przez ziemie polskie, Ukrainę, Krym, Półwysep Bałkański, Pannonię, Italię, Galię, aż do Hiszpanii. W czasie trwających kilka wieków wędrówek, wojen i — o tym się często zapomina — pokojowych kontaktów, stykali się Goci z różnymi warunkami klimatycznymi, geograficznymi, przyrodniczymi, z różnymi ludami i kulturami. Wiele od innych ludów przejmowali, zmieniała się ich kultura materialna, organizacja społeczna i wyobrażenia duchowe. Jest to zjawisko obserwowane w różnych epokach, w najróżniejszych miejscach kuli ziemskiej — zjawisko adaptowania się do zmieniających się warunków, do odmiennego otoczenia naturalnego i kulturalnego.

Przyszło Gotom wędrować i wpisywać się w dzieje powszechne w wiekach, gdy wypełniały się losy świata starożytnego, które od czasów podbicia przez Rzym całego basenu Morza Śródziemnego toczyły się w ramach Imperium Rzymskiego. Goci, podobnie jak inne ludy germańskie (Wandalowie, Burgundowie, Frankowie) i niegermańskie (np. Berberowie w Afryce Północnej), w niemałym stopniu przyczynili się do przyspieszenia agonii państwa rzymskiego w V wieku. Ale, wbrew opinii części ludzi im współczesnych (mało krytycznie powtarzanej niejednokrotnie w czasach późniejszych), dzieło plemion „barbarzyńskich” w tym momencie nie było wyłącznie dziełem destrukcji i niszczenia. Nie Germanie byli główną przyczyną upadku Rzymu. Dopóki Rzym był silny, jak w I i II wieku, a nawet przejściowo w wieku IV, barbarzyńcy, choć dokuczliwi, nie byli śmiertelnym zagrożeniem dla niego; to raczej Rzymianie potrafili raz po raz udowadniać, że oni są zagrożeniem dla barbarzyńców. Przyczyny upadku państwa rzymskiego leżały znacznie głębiej niż w koniunkturalnych najazdach barbarzyńców; kryzys państwowości rzymskiej (którego tu dokładniej omawiać nie możemy) był jedynie przejawem upadku podstawowych struktur społeczeństwa niewolniczego.

Na gruzach państwa rzymskiego (najpierw w Galii, później w Italii i Hiszpanii) Goci założyli organizacje państwowe i kierowali nimi. Państwa te stanowią z historycznego punktu widzenia ogromnie interesujące próby rozwiązania problemów wynikających z faktu podboju miejscowych, wysoko rozwiniętych społeczności przez zdobywców, którzy mimo daleko idącego zrozumienia dla osiągnięć myśli i czynu rzymskiego ciągle pozostawali na niższym stopniu rozwoju społecznego i kulturalnego od ludności podbitej, stanowiąc w dodatku jedynie drobny ułamek ludności rządzonego przez siebie państwa. Problemy te różnie próbowano rozwiązać i z różnym rezultatem. Ostatecznie państwa gockie w Europie Zachodniej upadły (ostrogockie w Italii wcześniej, wizygockie w Hiszpanii dopiero na początku VIII wieku), ale dokonało się to w każdym przypadku wskutek interwencji zewnętrznej (bizantyjskiej lub muzułmańskiej). Stanowią one jednak obiekt tak ciekawy poznawczo, że zdecydowałem się poświęcić tym sprawom znaczną część tej książki.

Wspomnieliśmy o zdolnościach adaptacyjnych Gotów, o wchłanianiu przez nich najróżniejszych wpływów obcych, o stopniowym zbliżaniu się do granic świata kultury antycznej. Jak głęboko sięgały te wszystkie zmiany? Dość prymitywni wojownicy z Północy, gdy znaleźli się na lasostepie i stepie ukraińskim, w otoczeniu koczowniczych ludów sarmackich, upodabniali się do nich i przystosowywali do warunków życia, jakże niepodobnych do warunków w Skandynawii. Ale przecież nie stali się Sarmatami i nie przemienili się z rolników w pasterzy. Nie utracili poczucia odrębności własnej tak samo, jak nie utracili jej później na obszarach Cesarstwa Rzymskiego, gdy stanęli w obliczu społeczeństwa pod każdym względem znacznie bardziej rozwiniętego od Sarmatów. Uczeni podkreślają, że jedynie w państwie wizygockim w Hiszpanii, i to dopiero pod koniec jego istnienia — w drugiej połowie VII wieku (a i ten pogląd znajduje przeciwników, którym bynajmniej nie brak argumentów), doszło do pełnej symbiozy rzymsko-germańskiej i do pozornego rozpłynięcia się przybyszów w masie ludności prowincjonalno-rzymskiej, a do tego momentu uporczywie trzymali się oni własnej gockiej tradycji i własnego języka.

Właśnie ciągłość tradycji oraz czystość języka gockiego, który — jak dowodzą językoznawcy — ulegał nieznacznym tylko przemianom, przynajmniej od czasów „skodyfikowania” go w przekładzie Pisma Świętego na język gocki (dokonanego w IV wieku przez biskupa Wulfilę), do końca istnienia odrębności gockiej na Zachodzie, stanowią najłatwiej uchwytne przejawy owej wybujałej dążności Gotów do zachowania identyczności grupowej. I ten właśnie motyw ciągłości zdumiewa może bardziej niż opisana wyżej zdolność akomodacyjna plemienia. Goci w Skandynawii, rządzeni przez nieznanych nam poprzedników „króla” Beriga, z pewnością znacznie się różnili od Gotów/Gytonów, siedzących w pierwszych wiekach n.e. nad dolną Wisłą, a jeszcze bardziej od „zsarmatyzowanych” Gotów nad Morzem Czarnym, nie mówiąc już o Gotach italskich i hiszpańskich, ale to wcale nie znaczy, by nie można było mówić i pisać o dziejach gockich jako o pewnej całości. Wiemy, że do Gotów przyłączały się niekiedy (a kiedy indziej były siłą przyłączane) rozmaite inne gromady i grupy etniczne, przede wszystkim germańskie, ale nie tylko. Działała na pewno magia sukcesów oręża i atrakcyjność imienia gockiego. Jeden z uczonych niemieckich (R. Wenskus) wprowadził nawet pojęcie „identyfikacji pseudologiczej” na określenie zjawiska dobrowolnego podporządkowywania się jednych plemion innym — uważanym za bardziej szczęśliwe i sławne.

Wydaje się właściwe, by już we wstępie, nawet ryzykując konieczność odwoływania się do wydarzeń jeszcze bliżej nam nieznanych, wyjaśnić czytelnikowi pewne problemy związane z nomenklaturą plemienną Gotów.

Sami się zawsze nazywali tak właśnie po prostu: Goci. Łacińsko- i greckojęzyczne źródła antyczne używają w stosunku do nich, we wczesnym, nadbałtyckim okresie ich dziejów, formy dłuższej: Gutones (Pliniusz Starszy); Gotones (Tacyt), Γóυωνεσ (Ptolemeusz). W drugiej połowie III wieku, gdy po dłuższym okresie milczenia Goci pojawią się ponownie, tym razem w rejonie Morza Czarnego, w źródłach panować będzie krótsza, „mocna” w sensie gramatycznym forma nazwy: Guthi, Gothi itp. (Na marginesie dodamy, że Ptolemeusz — około połowy II wieku — oprócz Gytonów nad dolną Wisłą znał także jakichś Gutów — Γoʋται w Skandynawii; nie łączył zresztą obu tych plemion ze sobą w jakikolwiek sposób). Językoznawcy na ogół są zgodni, że wszystkie wymienione formy nazw sprowadzają się do nazwy gockiej *Gutans[2] oznaczającej zapewne Gota, podczas gdy kraj zamieszkany przez Gotów oraz lud gocki w rodzimym języku nosiły nazwę GutÞiuda. W obu tych terminach występuje rdzeń językowy *gautaz, którego semantyczne znaczenie jest niezbyt jasne. Często tłumaczy się, że wyraz ten znaczy tyle co „wylewający”, a to z kolei dopuszcza różne możliwości interpretacji. Czy chodzi o reminiscencję pewnych zjawisk hydrologicznych, charakterystycznych dla skandynawskich siedzib Gotów, czy o magiczne samookreślenie w sensie „płodni”, „zapładniający”, czy wreszcie o mitologiczny sens „synów boga wojny”, rozsyłającego swych ludzi po świecie — pierwotny, właściwy sens imienia Gotów pozostaje dla nas nieuchwytny.

Pod koniec III wieku (dokładnie: w roku 291) pojawia się w źródłach, dla określenia części ludów gockich, nazwa Terwingowie. Wiek później, to znaczy pod koniec IV stulecia, gdy „wybiła godzina” gockiej historii, pojawiły się dalsze jeszcze nazwy. Nazwa Terwingów używana jest często zamiennie z nazwą Wezjów (Vesi), a druga para nazw to nazwy Greutungowie-Ostrogoci. Krótko po roku 400 para nazw: Terwingowie-Greutungowie znika ze źródeł w sensie nazw będących w obiegu; będą one odtąd występować wyłącznie w epice germańskiej jako czcigodne relikty minionej epoki. Pozostaną nazwy: Wezjowie i Ostrogoci.

Analiza znaczeniowa tych wszystkich nazw prowadzi do wniosku, że nazwy Terwingowie i Greutungowie były nazwami „obcymi”, nadawanymi Gotom przez sąsiadów. Etymologia obu tych nazw nie jest wprawdzie bezspornie wyjaśniona w nauce, wydaje się wszakże, że najbardziej prawdopodobna jest teza tłumacząca nazwę Terwingowie jako „mieszkańcy lasów” (analogicznie jak później słowiańscy Drzewianie i Drewlanie), a Greutungowie jako „mieszkańcy stepu”. Mamy więc do czynienia z typowym zjawiskiem nomenklatury „sąsiedzkiej”, uciekającej się do charakterystycznych rysów środowiska geograficznego zajmowanego przez dwa odłamy Gotów — lesistej Dacji i Siedmiogrodu z jednej i stepów nadczarnomorskich z drugiej strony. Natomiast nazwy Wezjowie i Ostrogoci byłyby nazwami rodzimymi, własnymi, o charakterze — powiedzielibyśmy — uroczystym. Wezjowie to „dobrzy, szlachetni”, a Ostrogoci to „Goci wschodzącego słońca” lub „Goci opromienieni wschodzącym słońcem” (H. Wolfram). Ponieważ nazwa Ostrogoci zawiera moment geograficzny, później, być może — jak dowodzi ostatnio H. Wolfram — dopiero na dworze Teodoryka Wielkiego w Rawennie, nazwę Wezjów przekształcono przez analogię do nazwy Ostrogotów na Wesegotów, Wizygotów, nadając w ten sztuczny sposób nazwie tego odłamu plemienia odpowiadający ówczesnej sytuacji sens polityczny — Goci Zachodni (po niemiecku Westgoten).

Nawet jednak „uroczyste” nazwy Wezjów-Wizygotów i Ostrogotów używane były raczej tylko w sytuacjach wymagających rozróżnienia pomiędzy odłamami plemienia gockiego. Zarówno Ostrogoci w Italii, jak Wizygoci w Galii i Hiszpanii, sami siebie z reguły nazywali po prostu Gotami. Kasjodor wszakże, nazywając „swoich” italskich Gotów Gotami, Gotów hiszpańskich nazywał Wizygotami. Zdaje się, że Frankowie z kolei nazywali „swoich” galijskich Gotów właśnie Gotami, podczas gdy bardziej z ich punktu widzenia oddaleni Ostrogoci nazywani byli przez Franków Valagothi (jak gdyby „włoscy” Goci).

To byłby główny problem terminologii plemiennej Gotów. Oprócz omówionych tu nazw występują w źródłach, niekiedy znacznie późniejszych, różne inne nazwy, tworzone na różnych zasadach, oznaczające taki czy inny odłam Gotów lub całe to plemię. Czy będą to nazwy „uczone”, przeniesione na Gotów z historii starożytnej, czy epickie nazwy Gotów nadmorskich lub nadbrzeżnych (Meringowie, Seygothi), czy Goci „gniazdowi” (Hraedgothen) — będą to oboczne nurty nomenklatury „gockiej”. Wystarczy, jeżeli sprawom tym poświęcimy nieco uwagi w odpowiednich miejscach tej książki.

Obecnie musimy zatrzymać się na nierównie ważniejszym zagadnieniu. Niezależnie bowiem od zagadnień nomenklatury plemiennej, sam zakres znaczeniowy pojęcia „Goci” lub „gocki” nie był w przeszłości stały.

Prokop z Cezarei — jeden z tych autorów, których nieraz będziemy powoływali i cytowali w tej pracy (zwłaszcza w rozdziale omawiającym dzieje i upadek państwa Ostrogotów w Italii) — opisując wojny prowadzone za panowania cesarza Justyniana Wielkiego z barbarzyńcami, napisał (Bell. Vandal. II, 1 i n.):

„Było wiele ludów gockich, tak w przeszłości, jak i obecnie, lecz największymi i najważniejszymi z nich są Goci, Wandalowie, Wizygoci i Gepidzi. Dawno temu nazywano ich jednakże Sauromatami i Melanchlajnami, a byli również tacy, którzy ludy te nazywali Getami. Wszystkie wymienione ludy różnią się pomiędzy sobą, jak powiedziano, nazwami, lecz niczym ponadto. Otóż wszystkie one charakteryzują się jasnym ciałem i włosami, składają się z ludzi wysokich i przystojnych, przestrzegają tych samych praw i wyznają wspólną religię. Są [te ludy] mianowicie wszystkie ariańskiej wiary, posiadają jeden język zwany gockim i wszystkie pochodzą, jak mi się wydaje, z jednego plemienia; dopiero później zróżnicowali się poprzez imiona przywódców poszczególnych grup”.

A przystępując do relacji o wojnach rzymsko-ostrogockich w Italii, wspomniał Prokop (Bell. Goth. I, 3) „Skirów, Alanów i niektóre inne ludy gockie”. Również germańscy Rugiowie mieli należeć do „Gotów” (VII, 2, 1): „Ci Rugiowie obecnie są istotnie ludem gockim, lecz w dawnych czasach przywykli żyć jako naród samodzielny”.

I jeszcze jeden passus (III, 3, 1): „Wandalowie, żyjący nad Meotydą [Morze Azowskie], odkąd zostali dotknięci głodem, udali się do kraju Germanów, obecnie nazywanych Frankami, nad rzekę Ren, połączywszy się z Alanami, ludem gockim”.

Nie interesuje nas w tej chwili nierzadkie w historiografii późnoantycznej nawiązanie Gotów do (irańskich) Sauromatów, (dackich) Getów czy wręcz do legendarnych (wywodzących się w prostej linii od dzieła Herodota z Halikarnasu, liczącego sobie w czasach Prokopa już tysiąc lat) Melanchlajnów („Ludzi w czarnych płaszczach”). Są to bardziej lub mniej zręczne, pozbawione jednak wszelkiej realnej podstawy, próbki uczoności gabinetowej. (Roli, którą w tradycji gockiej odgrywały wątki getyjskie, czyli dackie, przyjrzymy się później nieco dokładniej). Poza tym jednak przytoczone ustępy z dzieła dobrze na ogół poinformowanego dworzanina cesarskiego, jakim był Prokop z Cezarei, zasługują na baczną uwagę. Wynika z nich, iż terminy „Got”, „gocki” rozumiane były dwojako. Po raz pierwszy, wymieniając „Gotów” obok Wandalów, Wizygotów i Gepidów, miał kronikarz na myśli bez wątpienia dobrze sobie z terenu Italii znanych Ostrogotów. Poza tym jednak Prokop wszystkie wymienione plemiona oraz jeszcze dwa inne obdarza również określeniem „gockich”. Gdyby ograniczył to drugie, szersze pojmowanie terminu do Ostrogotów, Wizygotów i Gepidów, pozostałby w zgodzie z autotradycją gocką, znaną nam z niemal współczesnego Prokopowi dzieła Jordanesa, traktującą te trzy plemiona jako pewną jedność. Prokop jednak twierdzi, że także Wandalowie i Skirowie — oba plemiona „wschodniogermańskie” — a nawet sarmaccy Alanowie uważali się bądź byli uważani za Gotów w szerszym tego słowa znaczeniu. Wiadomo, jak wrogie na ogół stosunki łączyły (i to od samych początków ich historycznego bytu) Gotów i Wandalów, ale podobnie przedstawiała się sprawa z Gepidami, których bliskie pokrewieństwo z Gotami nigdy nie budziło wątpliwości. Wreszcie inny pisarz bizantyjski, kontynuujący dzieło Prokopa — Agatiasz, określi również Burgundów terminem „lud gocki” (I, 3).

Pogląd Prokopa i Agatiasza na zakres nazwy Gotów nie był w VI wieku odosobniony i nowy, znajduje bowiem o trzysta lat wcześniejsze i zupełnie od literackiej tradycji grecko-rzymskiej niezależne potwierdzenie. Po zwycięstwie nad wojskami rzymskimi i śmierci cesarza Waleriana na polu bitwy w roku 260 zwycięski władca perski Szapur I polecił sporządzić obszerną inskrypcję upamiętniającą to wydarzenie. Inskrypcja ta, nazywana w nauce Res gestae divi Saporis[3],wymienia długi szereg ludów rzymskich zwyciężonych rzekomo przez Szapura. Wśród nich osobno występują „Goci” (ethne Gouththōn), osobno zaś „Germanowie” (ethne Germanōn).

Widzimy, że dla współczesnych obserwatorów właściwy charakter etniczny Gotów wielce się zatarł. Odnosi się wrażenie, że pojęciem tym — largo sensu — oznaczano ogół plemion „wschodniogermańskich”, przeciwstawiając je pozostałym plemionom (zachodnio)germańskim — tym znad Renu.

Chwiejność terminologiczna, nieostrość pojęć etnicznych, nieuchwytność w materiale archeologicznym (będąca konsekwencją wspomnianych wyżej zdolności adaptacyjnych, a zarazem asymilacyjnych, którymi niewątpliwie odznaczali się Goci), to wszystko utrudnia, rzecz jasna, życie uczonym badającym dzieje tego plemienia, stanowi jednak o dużej atrakcyjności tych badań. Badanie dziejów gockich niejako z natury rzeczy zmusza do studiowania dziejów dużych obszarów Europy, do poznawania różnych krajów i ludów, do obserwowania przenikania się zjawisk i procesów, przełamywania się starego z nowym. Krótko mówiąc, są one barwne, wielowarstwowe; badającemu nie grozi niebezpieczeństwo zbytniego zawężenia horyzontu badawczego — sama materia do tego nie dopuści!

A oto drugi powód, dla którego dzieje Gotów są interesujące. Otóż bez przesady można powiedzieć, że Goci są jedynym plemieniem swych czasów (powiedzmy w przybliżeniu: pierwszej połowy I tysiąclecia n.e.), którego dzieje dadzą się jako tako, raz lepiej, raz gorzej, ale zasadniczo w sposób ciągły śledzić źródłowo. Po prostu zasób źródeł pozwalających badać dzieje tego plemienia jest bez porównania większy niż w przypadku innych ludów germańskich, a tym bardziej niegermańskich. Jakie to źródła? To przede wszystkim informacje zawarte w pismach autorów antycznych — greckich i rzymskich. Większe niż w przypadku wielu innych plemion barbarzyńskich zainteresowanie tych źródeł sprawami gockimi jest w jakiejś mierze odzwierciedleniem obiektywnie dużej roli, którą Goci odgrywali w czasie sąsiedztwa, a później na samym terytorium państwa rzymskiego. Nie tłumaczyłoby to wszakże zaobserwowanej dysproporcji zainteresowań autorów antycznych. Jeżeli o Gotach wiemy znacznie więcej niż — powiedzmy — o Wandalach, Burgundach, Herulach czy Gepidach, to jest to w gruncie rzeczy w dużym stopniu kwestią przypadku, konkretnie zaś — zachowania się do naszych czasów rodzimej gockiej tradycji plemiennej, podań o początkowych dziejach plemienia i jego władcach, przekazywanych ustnie z pokolenia na pokolenie, a wreszcie w VI wieku utrwalonych na piśmie. Tym, który położył główne zasługi dla przekazania potomnym „prawdy” (w toku lektury odpowiednich rozdziałów tej książki stwierdzimy, że cudzysłów w tym przypadku jest bardzo na miejscu) o Gotach i ich dziejach, był wybitny mąż stanu i pisarz żyjący w Italii — Kasjodor. Postaci tej będziemy mieli okazję przyjrzeć się dokładniej w rozdzialeKultura ostrogockiej Italii. Wprawdzie jego Historia gocka nie zachowała się, ale zachował się wyciąg z niej sporządzony i uzupełniony dokładnie w połowie VI wieku przez mało znanego (a właściwie nieznanego w ogóle, bo wszystko, co o nim się mówi, to przypuszczenia) i zresztą absolutnie niedorastającego do wymiarów Kasjodora, pisarza Jordanesa. O pochodzeniu i czynach Gotów (De origine actibusque Getarum), czyli krótko GeticaJordanesa, mimo wszelkich zarzutów krytyki (w dużej części zupełnie zresztą uzasadnionych), była, jest i pozostanie głównym źródłem do dziejów Gotów, a do wielu zagadnień, zwłaszcza dotyczących wczesnych etapów tych dziejów, wręcz źródłem jedynym.

A zatem Goci mieli szczęście znaleźć pisarzy, którzy zdążyli zapisać ustną tradycję plemienną, i w tym jeszcze, że jedno z takich dzieł zachowało się dla potomności. Tylko Longobardowie mogą poszczycić się obok Gotów przetrwaniem własnej tradycji, zanotowanej przez „swojego” kronikarza Pawła Diakona. Tradycja longobardzka jednak jest młodsza od gockiej (przynajmniej w postaci, w której my ją znamy) o całe dwa stulecia, a i sami Longobardowie wystąpili na prawdziwie „historycznej” scenie znacznie później od Gotów — w momencie gdy ostrogockie państwo w Italii już zdążyło runąć pod ciosami wojsk bizantyjskich.

Inna sprawa — jak oceniać informacje zachowane w dziele o pół tysiąca lat młodszym od niektórych z opisywanych wydarzeń. Wyobraźmy sobie, że nie ma książek, nie ma druku, mało kto umie czytać i pisać, bez przerwy są wojny oraz przemieszczenia ludności („wędrówki ludów”) i w tych warunkach ktoś usiłuje „prostego człowieka” wypytywać o szczegóły, powiedzmy… przygotowań wojsk polskich do bitwy pod Grunwaldem albo o wojny husyckie. Dalej: GeticaJordanesa, to znaczy materiał w niej zawarty, jest w rzeczywistości dziełem nie samego Jordanesa, lecz także innych autorów, a nawet wiemy i domyślamy się (zresztą sam Jordanes nie czyni z tego tajemnicy) ogromnej roli Kasjodora w ostatecznym kształcie dzieła. W dodatku każdy z nich — Kasjodor i Jordanes — pisząc w czasach wprawdzie nie tak bardzo od siebie odległych, gdyby je mierzyć latami, ale bardzo odległych, jeżeli uwzględnić zmieniającą się sytuację polityczną (Jordanes pisał już po załamaniu się planów „pogodzenia się” Ostrogotów z Bizancjum), reprezentował odmienny do pewnego stopnia punkt widzenia na dzieje gockie. Widzimy, że trudności nie brakuje, a niezbyt obszerny (liczy 316 krótkich rozdziałków i wszystkiego 50 stron druku niewielkiego formatu) traktat Jordanesa kosztował już zapewne wiele sił i zdrowia uczonych nim się zajmujących (z prac poświęconych Jordanesowi i Geticezłożyłaby się już niemała biblioteczka).

Goci uprzywilejowani są jeszcze z innego powodu. Otóż wśród nich (to znaczy wśród jednego z odłamów gockich) żył i działał w wieku IV Wulfila. Wśród Wizygotów na Bałkanach stosunkowo wcześnie, bo w tym samym mniej więcej czasie, zaczęło krzewić się chrześcijaństwo, zaczęło też dochodzić do konfliktów pomiędzy nową wiarą a starogermańskim pogaństwem, zaczęły się pierwsze ofiary, poczęły powstawać utwory hagiograficzne o życiu pierwszych gockich męczenników. Utwory zaś hagiograficzne (żywoty świętych, pasje, czyli opisy ich męczeństwa), choć są na ogół kiepskim źródłem do zagadnienia, któremu zostały poświęcone (to znaczy: kolejom życia swych bohaterów), posiadają tę ważną dla historyka cechę, że przynoszą, jak gdyby mimochodem i w sposób najczęściej bodaj przez hagiografa niezamierzony, ciekawe informacje o środowisku, w którym wypadło żyć świętemu, różne realia niedostrzeżone przez autorów innych, skądinąd może nawet ważniejszych dzieł dziejopisarskich.

Czym bowiem interesowali się Grecy i Rzymianie — pisarze antyczni, gdy pisali o Gotach i innych barbarzyńcach? Oczywiście, dzieje te interesowały ich nie dla nich samych, lecz jedynie o tyle, o ile splatały się i zazębiały z dziejami państwa rzymskiego. Odnotowywali więc dość pilnie napady gockie na terytorium Cesarstwa, imiona wodzów barbarzyńskich, zniszczenia, jakie te napady niosły, najskwapliwiej zaś imiona wodzów i imperatorów rzymskich gromiących najeźdźców, a niekiedy im ulegających; podawali — ze zwykłą w takich razach emfazą — liczby poległych i uprowadzonych w niewolę. Dzięki tym relacjom, uzupełnionym informacjami zawartymi w inskrypcjach rzymskich (zwłaszcza w prowincjach bezpośrednio dotkniętych wojnami) czy na rzymskich monetach (np. napis DACIA CAPTA — upamiętniający zdobycie Dacji przez Trajana), znana jest nam więc — aczkolwiek nie bez poważnych luk — „zewnętrzna” historia Gotów. Ale jak żyli Goci? Jakie były ich zajęcia i co stanowiło podstawę ich bytu? Jaki stopień rozwoju społecznego osiągnęli w momencie, gdy pojawili się u granic państwa rzymskiego? Jak byli zorganizowani? W co wierzyli i jak myśleli? Takich pytań autorzy antyczni sobie nie stawiali, uważając widocznie, że sprawy te nikogo w Rzymie nie obchodzą. Prawda, byli tacy pisarze, jak Cezar i Tacyt, którzy głębiej i dokładniej niż im współcześni przypatrywali się Germanom, ale gdy ci — najwięksi — żyli i pisali, Goci byli zbyt nieznaczni i mieszkali tak daleko od świata rzymskiego, że nie zdołali przyciągnąć ich uwagi, a gdy później znaleźli się całkiem blisko, zabrakło — z jednym wyjątkiem Ammiana Marcellina — umysłów o horyzontach Cezara i Tacyta.

Gdy w rozdziale o Wizygotach w Dacji przyglądać się będziemy życiu i działaniu zwykłej gockiej gminy wiejskiej poprzez perypetie jednego z pierwszych wyznawców chrześcijaństwa wśród Gotów — świętego Saby — wtedy ocenimy, jak cenne źródło do „wewnętrznych” dziejów gockich stanowi Żywot tego świętego. Więcej: zobaczymy, jak wiele zależy w poznaniu historycznym od perspektywy badawczej, w ogromnym stopniu określanej z góry przez źródła. Oto Goci, których autorzy starożytni przedstawiają najczęściej jako dzikich wojowników i rozbójników, żyjących z grabieży i łupów, wrogów wszystkiego co rzymskie i chrześcijańskie, jawią się w Żywocie św. Saby — mowa nie o arystokracji gockiej, surowo ocenianej przez hagiografa, lecz o prostym ludzie — jako spokojni, bezbronni wieśniacy, tolerancyjni wobec chrześcijan, próbujący ich ratować z opresji, pozbawieni nie tylko większych majątków, lecz także jakiegokolwiek wpływu na losy plemienia. Dzięki hagiografowi możemy nieco „wyprostować” jednostronną perspektywę na dzieje gockie, oferowaną przez autorów antycznych. Nie dlatego, żeby tamci chcieli „zafałszować” dzieje Gotów; ich tylko coś innego w tych dziejach interesowało.

Ich zapewne, ale nie nowoczesnego historyka. Ten jeszcze uwzględni kolejny moment dla siebie korzystny. Wśród Wizygotów i dla Wizygotów powstał Wulfiliański przekład świętych ksiąg chrześcijaństwa. Szczęśliwie, choć nie kompletnie, do naszych czasów zachowany przekład ten jest kapitalnym, choć pośrednim źródłem do „wewnętrznych” dziejów Gotów w czasach Wulfili. Jak bowiem miał gocki biskup przetłumaczyć na język swoich ziomków nie zawsze łatwy do przetłumaczenia tekst Pisma Świętego? Wzorów żadnych nie było — przekład Wulfili przez kilka jeszcze stuleci pozostawał jedynym germańskim przekładem Biblii. Rzecz jasna, dla oddania sensu biblijnych wyrazów określających najrozmaitsze hebrajskie, greckie i rzymskie instytucje, urzędy, pojęcia, musiał Wulfila używać gockich odpowiedników, i to tak, by Goci rozumieli, w czym rzecz. Śledząc technikę pracy translatorskiej Wulfili, dobór słów i określeń, konsekwencję czy jej brak w przekładzie, można dojść do ciekawych wniosków dotyczących różnych aspektów materialnej, społecznej i duchowej kultury Wizygotów w IV wieku. Język był bowiem i jest zwierciadłem życia i duszy społeczeństwa, które nim włada.

Za austriackim uczonym Herwigiem Wolframem zilustrujemy powyższe słowa jednym tylko, wybranym z wielu, przykładem. W Ewangelii według św. Łukasza (3, 1), gdy mowa jest o wystąpieniu Jana Chrzciciela, czas tego wydarzenia opisany jest tak: „Było to w piętnastym roku rządów Tyberiusza Cezara. Poncjusz Piłat był namiestnikiem Judei…” Słowa biblijne zacytowałem w przekładzie polskim z tzw. Biblii Tysiąclecia (Poznań 1965, s. 1286). W oryginale greckim panowanie zarówno cesarza Tyberiusza, jak i rządy Piłata w Judei określone zostały tym samym słowem, tyle że w różnych formach gramatycznych; hegemonia, hegemoneuein. Wulfila, o którym skądinąd wiadomo, że przykładał wielką wagę do możliwie jak najwierniejszego oddawania tekstu greckiego pierwowzoru, zachował w swoim przekładzie różnicę form gramatycznych, uznał jednak za stosowne zróżnicować same określenia władzy: Tyberiusz jako cesarz wykonuje „iudanassus”, natomiast podległy mu urzędnik Piłat jest „raginonds” (doradcą). Widocznie oddanie jednakowym wyrazem zakresu tak różnych władz raziło poczucie językowe Wulfili, a użycie przez niego formy „doradca”, stanowiącej przecież odejście od tekstu biblijnego, zdaje się rzucać pewne światło na ustrój polityczny Gotów czasów Wulfili.

Żeby zakończyć rozważania o źródłach do dziejów gockich, parę słów poświęcimy jeszcze wydobywanym z ziemi źródłom archeologicznym. Wiemy, jak ogromny rozwój przeżywa archeologia w ostatnich paru dziesięcioleciach i jakie nieprzeczuwane nawet perspektywy otworzyła ona przed badaczami starszych, zwłaszcza przedpiśmiennych okresów w dziejach ludzkości. Nie możemy i nie chcemy zrezygnować z wykorzystywania tych danych, ale z tego, co powiedziano wyżej, wynika już poniekąd, jak trudno wydzielić z materiału odkrywanego przez archeologów te elementy, które bezspornie można by przypisać Gotom. Losem bowiem tego plemienia było, iż nigdy właściwie nie zamieszkiwało jakiegoś terytorium samo, lecz zawsze przemieszane z innymi ludami. Rozdzielenie zaś tego, co gockie od tego, co niegockie, to sprawa zazwyczaj wręcz beznadziejna, a przynajmniej sporna w nauce. Dotyczy to zarówno obszarów polskiego Pomorza, Mazowsza i Podlasia, jak Ukrainy, Dacji i Pannonii, jak wreszcie Italii i Hiszpanii. Ponieważ jednak zasadniczy ciąg dziejów gockich (pomijając najwcześniejsze okresy) jest jako tako znany ze źródeł pisanych, pokusa uzupełnienia danych tych źródeł narastającym zasobem informacji archeologicznych (a pamiętajmy, że tylko ta kategoria źródeł powiększa się stale i pozwala żywić nadzieję na wydatne powiększenie się także w przyszłości) jest w przypadku Gotów szczególnie silna. Wbrew przeto rozlegającym się od czasu do czasu głosom sceptyków, kwestionujących totalnie przydatność archeologii w badaniach wykraczających poza kulturę ściśle materialną dawnych społeczeństw, pamiętając o dotkliwych nieraz naukach z przeszłości (gdy dane archeologiczne niemiłosiernie naciągano dla „udowodnienia” z góry powziętych tez), nie zrezygnujemy z wykorzystywania materiału archeologicznego do rekonstrukcji dziejów gockich. Będziemy tylko świadomi istniejących ograniczeń, a także w miarę możności nie zapomnimy o kontroli wyników osiągniętych w drodze analizy źródeł archeologicznych przy użyciu innych rodzajów źródeł i innych dyscyplin naukowych.

Po tych dość długich wywodach, dotyczących w gruncie rzeczy możliwości poznawczych danego problemu (określonych stanem będących do dyspozycji historyka źródeł), wywodach, które — mam nadzieję — ukazały niecodzienną dla historyka szansę, jaką daje studium dziejów gockich dla poznania tamtej epoki, parę jeszcze słów dla polskiego czytelnika. Wokół problematyki pobytu Gotów (i innych plemion germańskich) na ziemiach polskich w pierwszych wiekach naszej ery, a jeszcze bardziej wokół roli, jaką w dziejach naszych ziem plemiona germańskie odegrały, nagromadziło się wiele nieporozumień i uprzedzeń. Wynikają one po części z obiektywnych trudności badawczych, po części jednak stąd, że problem gocki był obiektem przejrzystych manipulacji politycznych w służbie imperializmu i faszyzmu niemieckiego. Poprzez wykazywanie rzekomo wczesnej (zdaniem niektórych uczonych niemieckich sięgającej nawet epoki brązu) obecności rozmaitych plemion germańskich w Europie Środkowej i Wschodniej, germańskiej „ciągłości” na tych terenach, poprzez negowanie tam aż do wieków VI-VII obecności ludności słowiańskiej (dla której na różnych mapach historycznych po prostu brakowało miejsca gdziekolwiek), poprzez przypisywanie Germanom roli pionierów na ziemiach później słowiańskich i bałtyjskich, uzasadniano przecież ni mniej, ni więcej, tylko „historyczne prawa” Niemców do tych ziem. Zapominano w ferworze, że rozmaite plemiona „wschodniogermańskie”, jak Goci, Wandalowie, Gepidzi, Herulowie, z historią niemiecką nie miały w gruncie rzeczy nic wspólnego, jako że w swych wędrówkach w ogóle nie otarły się o terytorium zajmowane później przez Niemców.

Trudno się dziwić, że po stronie polskiej i w ogóle słowiańskiej nastąpiła reakcja. Skrajne poglądy całkowicie wyeliminowały Gotów z ziem polskich, każąc im przesuwać się nad Morze Czarne ze Skandynawii przez Inflanty i dorzecze Wołgi bądź wzdłuż Łaby i Dunaju. Podczas gdy jedni archeolodzy byli głęboko przekonani, że dysponują namacalnymi dowodami archeologicznymi na poparcie relacji Jordanesa o wędrówce Gotów przez ziemie polskie, inni zakwestionowali niemal wszystkie te dowody, twierdząc, że nie ma żadnych podstaw, by takie czy inne zabytki przypisywać właśnie Gotom. Teoriom migracjonistycznym, przypisującym zachodzące na ziemiach polskich w pradziejach przemiany przede wszystkim kolejnym falom ludów napływających, które z sobą przynosiły zdobycze kulturowe, przeciwstawiono koncepcje endogennego rozwoju społeczności. Teoriom allochtonistycznym, według których Słowianie na ziemiach polskich pojawili się nie wcześniej niż w okresie „wielkiej wędrówki ludów”, u progu średniowiecza, przeciwstawiono teorie autochtonistyczne, dostrzegające prasłowiański charakter wyodrębnionych przez archeologów na ziemiach polskich kultur archeologicznych aż w głąb epoki brązu (do tzw. kultury łużyckiej). I dziś, po wielu dziesięcioleciach poważnej naukowej dyskusji na temat początków Słowian, nie doszło do zbliżenia poglądów. Nadal uczeni zajmują z gruntu odmienne stanowiska w tak zasadniczych kwestiach, jak miejsce i czas ukształtowania się Prasłowiańszczyzny (czyli tzw. praojczyzny Słowian), chronologii i kierunków wczesnych migracji Słowian, stopnia ich rozwoju kulturowego itd. (nie mówiąc już o dawniejszych etapach dziejów, gdy nie było jeszcze wyodrębnionej Słowiańszczyzny). Nadal sporny jest wspomniany także problem obecności i roli plemion germańskich na ziemiach polskich w kilku pierwszych stuleciach naszej ery. Otóż, nie wdając się na tym miejscu w zupełnie beznadziejną w ramach krótkiego wstępu dyskusję tych wszystkich ogólnych, a tak ważnych zagadnień, trzeba stwierdzić, że w wiekach tych istotnie niektóre plemiona germańskie, a wśród nich Goci, czasowo mieszkały na naszych ziemiach. Świadectwa pisarzy antycznych są w tym względzie niepodważalne, a mimo wszelkich wahań i zrozumiałej ostrożności dysponujemy także silnymi argumentami zaczerpniętymi z arsenału archeologii i językoznawstwa. Zasięg i charakter osadnictwa germańskiego na ziemiach polskich, chronologia migracji, a zwłaszcza stosunek przybyszów do ludności miejscowej — jak sądzimy: słowiańskiej — pozostają nadal w dużym stopniu otwartą kartą.

Od jednego, jak się wydaje, odeszła nowsza nauka, a przynajmniej usilnie stara się odejść: od modernizowania, od spoglądania na dawne czasy przez wąski pryzmat doświadczeń późniejszych. W czasach późniejszych stosunki między Słowianami a Germanami układały się na ogół (o odmiennych sytuacjach często zapominano) nieprzyjaźnie, na płaszczyźnie wojennej. Wobec tego zakładano, że w czasach „prehistorycznych” musiało być podobnie. Kreślono więc mapy „podbojów” germańskich na ziemiach polskich czy na Ukrainie, rozprawiano o wytępieniu lub wzięciu w niewolę ludności miejscowej. Powstawały na papierze ogromne imperia Gotów czy Wandalów, a braki źródłowe w kwestii zasięgu tych rzekomych władztw skrzętnie uzupełniano na podstawie „niewzruszonych” źródeł archeologicznych. Przeciwnicy z drugiej strony naukowej barykady, stwierdzając np. brak w materiale archeologicznym takich znalezisk, które na pewno i tylko Gotom można byłoby przypisać (bo, dajmy na to, takie same występują i wcześniej, i na takich terenach, gdzie na pewno Gotów nie było), konkludowali, że widocznie Goci na ziemiach polskich nie przebywali, że nie ma problemu gockiego, jedynie złudzenie, mrzonka. Tymczasem potrafimy przytoczyć niejeden przykład migracji ludów dobrze poświadczony przez źródła pisane, których historyczność nigdy nie budziła wątpliwości, zupełnie za to nieuchwytny metodami archeologicznymi, podobnie jak znamy takie wędrówki, dobrze czytelne właśnie w materiale archeologicznym, o których nic nie wiedzą źródła pisane. Nie każda wędrówka i nie każdy pobyt musi w taki sam sposób uwiecznić się w materiale archeologicznym! A poza tym? No właśnie: trudno przekopać całą Polskę. Archeologia pozostanie zawsze nauką pozwalającą poznawać badaną rzeczywistość w sposób punktowy, przy czym poznane punkty aż nazbyt często dobierano przypadkowo.

Wydaje się, że w odniesieniu do czasów tak odległych, o jakich piszemy w pierwszych rozdziałach tej książki, w daleko większym stopniu, niż to się zwykle praktykowało, musimy liczyć się ze zjawiskiem kohabitacji różnych językowo i etnicznie grup ludzkich. Ziemi przydatnej gospodarczo było wówczas na ogół w nadmiarze i sąsiadujące plemiona (choć musiały z przyczyn technologicznych gospodarować na stosunkowo dużych, jak na nasze wyobrażenia, obszarach) niekoniecznie musiały sobie wzajemnie wadzić. A już o tworzeniu rozległych „państw” w owym czasie nie mogło chyba w ogóle być mowy, bo i po cóż? Jaką korzyść mogliby odnieść z tego ci, którzy przewodzili plemionom, w sytuacji prymitywnej gospodarki ekstensywnej, gospodarki, która niemal zupełnie nie pozwalała na wytworzenie stałych nadwyżek produkcyjnych? Jakich środków i sił wymagałoby zarządzanie obszernymi terytoriami? Na to wszystko było jeszcze po prostu za wcześnie i to zarówno z punktu widzenia „podbijanych”, jak i „podbijających”. Napady i doraźne rabunki, handel wymienny (a niekiedy granica między handlem a rabunkiem bynajmniej nie była zupełnie wyraźna) — to właściwe owym czasom formy „negatywnych” kontaktów międzyplemiennych.

Nie było więc na ziemiach polskich jakiegoś imperium gockiego. Nie mieli racji ci uczeni (był wśród nich nasz znakomity antropolog Jan Czekanowski), którzy wzorcom gockim w zakresie organizacji społecznej przypisywali (jak później Normanom) decydującą rolę w konsolidacji i organizacji późniejszego państwa piastowskiego. Byli jednak Goci (były także inne plemiona germańskie, może mniej liczne od Gotów), przebywali przez pewien czas na naszych ziemiach i przesuwali się przez nie w swej wiekowej wędrówce na południe, ku wyśnionym i opiewanym przez skaldów słonecznym ziemiom; wnieśli swój wkład (choć ciągle trudno było go jednoznacznie określić) w rozwój naszych ziem, współżyli z Prasłowianami, a ślady materialne ich pobytu widoczne są do dziś gołym okiem. Znacznie więcej tych śladów odnajdzie wprawne oko uczonego. Wolni tak od gotomanii, jak od gotofobii, potraktujemy „epizod” gocki na naszych ziemiach jako fragment naszego dziedzictwa, a zarazem jako ważny (choć przesłonięty dziejową mgłą) etap dziejów samych Gotów.

 

CZĘŚĆ I

«PRAHISTORIA»GOTÓW

 

Rozdział pierwszy

OD BAŁTYKUNAD MORZE CZARNE

1. NAJDAWNIEJSZE WIADOMOŚCIŹRÓDEŁ ANTYCZNYCH O GOTACH

Uczony i pisarz rzymski z I wieku n.e., Pliniusz, zwany Starszym, w swoim obszernym traktacie encyklopedycznym Historia naturalna (Naturalis historia) przekazał interesujące i po większej części unikalne wiadomości o wcześniejszej o cztery stulecia podróży odkrywczej greckiego kupca Pyteasza z Massalii (to jest dzisiejszej Marsylii). Wyprawa ta, mniej więcej współczesna podbojom Aleksandra Macedońskiego, miała na celu między innymi dotarcie do kraju, z którego pochodził bursztyn — już wtedy (IV wiek p.n.e.), jak widać, pilnie poszukiwany w krajach śródziemnomorskich. Nie ulega wątpliwości, że Pliniusz miał przed sobą autentyczny „dziennik pokładowy” Pyteasza — niezachowany (z dużą szkodą dla nauki) do naszych czasów traktat O Oceanie. W tym miejscu interesuje nas tylko jeden fragment dzieła Pliniusza (ks. XXXVII, c. 35):

„Pyteasz twierdzi, że germański lud Guiones mieszka na płytkim brzegu Oceanu zwanym Metuonis, a liczącym 6000 stadiów [tzn. ok. 1100 km] długości. O jeden dzień żeglugi stąd znajduje się wyspa Abalus, na której wybrzeża wiosną stężałe morze wyrzuca bursztyn. Mieszkańcy [wyspy] używają go zamiast drew do ognia, a także sprzedają swym sąsiadom Teutonom”.

Od czasów przynajmniej Joachima Lelewela toczył się w nauce spór o zasięg podróży Pyteasza z Massalii. Chodziło o to, czy wybrzeża Metuonis, wyspy Abalus i wspomnianych przez Pliniusza ludów należy szukać nad Bałtykiem (istotnie znajdowały się tu — zwłaszcza na terenie Sambii — najbogatsze złoża bursztynu), czy też na zachód od Półwyspu Jutlandzkiego, to znaczy nad Morzem Północnym. Chłodna analiza źródeł (której w tym miejscu nie sposób przeprowadzić), przemawia raczej za ostrożniejszą „zachodnią” tezą. Wynika z tego, że zarówno Teutonowie, jak i „Guionowie” musieli zajmować siedziby na zachód od ujścia Łaby, inaczej mówiąc: na południowo-wschodnim wybrzeżu Morza Północnego.

Całą tę, skądinąd zresztą ciekawą, sprawę zreferowaliśmy tu wyłącznie ze względu na ów lud „Guionów”, niewystępujący pod taką nazwą nigdzie w źródłach poza tą jedną jedyną wzmianką u Pyteasza/Pliniusza. Wydawało się, że niektóre z licznych rękopisów dzieła Pliniusza zawierały rozwiązanie zagadki: zamiast nieznanych nikomu „Guiones” wymieniały one „Gutones”, co oczywiście kojarzono z Gotami. Gdyby więc przyznać rację tej drugiej grupie rękopisów, otrzymalibyśmy pierwszą, wcześniejszą o ponad trzy stulecia od wszystkich pozostałych, wiadomość o plemieniu Gotów, któremu poświęciliśmy tę książkę. Niestety, nie jest to zbyt prawdopodobne.

Przede wszystkim: rękopis rękopisowi nierówny. Są rękopisy lepsze i gorsze. Lepsze rękopisy Historii naturalnej uporczywiepowtarzają „Guiones”, pozostawiając formę „Gutones” rękopisom drugiej kategorii (późniejszym lub bardziej „zepsutym” przez kopistów). Następnie: odczyt „Guiones” jako mniej oczywisty (lectio difficilior) od „Gutones”, zgodnie z wypracowaną przez pokolenia filologów dyrektywą metodyczną, należy postawić na pierwszym miejscu i domniemywać jego autentyczność. Autentyczność tę można naturalnie próbować podważyć, ale w naszym przypadku nikomu się to jeszcze nie powiodło.

Nic bowiem nie wiadomo o pobycie Gotów czy bodaj jakiegoś odłamu tego ludu nad Morzem Północnym. Jak się wkrótce przekonamy, niepodważalne źródła antyczne I–III wieku lokalizować ich będą — ogólnie rzecz biorąc — gdzieś na ziemiach polskich (raczej w północnej ich części) oraz w Skandynawii. Nic więc dziwnego, że ci uczeni, którzy woleli czytać u Pliniusza „Gutones”, lokalizowali na ogół ten lud wraz z całym „bursztynowym” kontekstem, a zarazem cel wyprawy Pyteasza z Massalii, nad Morzem Bałtyckim. Ale znowu główną podporą dla tej tezy była… nazwa Gutonów/Gotów, to znaczy przesłanka nieudowodniona i wręcz nieprawdopodobna.

Występująca w cytowanym epizodzie u Pyteasza/Pliniusza nazwa ludu Teutonów bodaj przesądza lokalizację epizodu. Germańscy Teutonowie zajmowali bowiem pierwotnie siedziby w północno-zachodniej części Półwyspu Jutlandzkiego, o czym świadczą niektóre nazwy geograficzne (Thythesysoel, obecnie Thy na północ od Limfjordu; wyspa Thyholm). Uczony niemiecki z ubiegłego stulecia, Karl Müllenhoff, dopatrzył się w relacji Pliniusza pewnej nieścisłości. Skoro wyspa Abalus sąsiadowała z owym tajemniczym ludem Guiones/Gutones, to dlaczego wyspiarze sprzedawali bursztyn nie im, lecz Teutonom? Prawdopodobnie — konkludował Müllenhoff — Pyteasz znał jedynie lud Teutonów i o nim pisał w O Oceanie,a ktoś inny (sam Pliniusz bądź któryś z ewentualnych, a nam nieznanych pośredników pomiędzy nimi) zastąpił nazwę Teutonów nazwą Guiones czy Gutones. Mielibyśmy więc do czynienia z przypadkiem kontaminacji, czyli pomylenia stanu faktycznego.

Czy Pliniusz (bądź bezimienny pisarz odpowiedzialny za fakt kontaminacji) miał na myśli Gotów czy „Guionów”, trudno stwierdzić i nie ma to dla nas zasadniczego znaczenia. Zastąpienie Teutonów przez Gotów w I wieku n.e. byłoby nawet wydarzeniem symptomatycznym, gdyż istotnie Goci wówczas znani byli Rzymianom i widocznie łączyli się jakoś w ich (Pliniusza?) świadomości z krajami bursztynodajnymi.

Nie jest zresztą wykluczone, że cały referowany tu problem nawet na drodze kontaminacji nie łączy się z historią Gotów i że w relacji Pyteasza/Pliniusza nie ma, wbrew Müllenhoffowi, żadnej właściwie sprzeczności. Otóż już Detlev Detlefsen, a ostatnio także Henryk Łowmiański opowiedzieli się za tezą, iż „Guiones” jest lekko tylko zniekształconą postacią nazwy „Inguiones”, czyli Ingweonów. Ingweonowie stanowili według tegoż Pliniusza (NH,IV, 99 i n.) jeden z pięciu odłamów plemion germańskich, a Teutonowie (obok Cymbrów i Chauków) mieli wchodzić w skład tego odłamu.

Jedno wydaje się pewne: wypada zrezygnować z doszukiwania się pierwszej wzmianki o Gotach w czasach Aleksandra Wielkiego. Godzina Gotów jeszcze nie wybiła.

 

*

 

Pierwszych kilkunastu lat nowej ery dotyczyć może druga z kolei interesująca nas wzmianka innego antycznego pisarza, Strabona (żył w latach ok. 64/63 p.n.e. — ok. 20/21 n.e.). Ten znakomity geograf, Grek z pochodzenia, zarazem bystry obserwator czasów sobie współczesnych, pisząc w swym traktacie (Geografika IV, l, 3) o organizacji politycznej stworzonej na przełomie er na obszarze Kotliny Czeskiej przez Marboda, władcę germańskich Markomanów, wspomniał mimochodem, że ów władca pokonał „wielki lud” Lugiów oraz Zumów, Butonów, Mugilonów, Sibinów i Semnonów, tych ostatnich tylko wyraźnie zaliczając do Swewów (to znaczy do związku plemion germańskich, do którego należeli również sami Markomanowie).

Lugiowie i Semnonowie znani są również z innych źródeł. Sibinowie są być może identyczni z Sidinami, którzy według późniejszego Ptolemeusza mieszkali na Pomorzu Zachodnim. Trzy pozostałe ludy są skądinąd nieznane (Mugilan [= Mogilan?] uważano niekiedy za plemię słowiańskie, lokalizując je bądź na Połabiu bądź na Kujawach). Nazwę nieznanych nikomu poza Strabonem Butonów wielu uczonych zwykło poprawiać na Gutonów, czyli Gotów. Ze względów chronologicznych i geograficznych (Goci w tym czasie rzeczywiście zaczęli już penetrować południowe wybrzeża Bałtyku) byłoby to zupełnie możliwe.

Pewności w tej kwestii nie nabędziemy; trzeba jednak dopuścić możliwość, że wkrótce po wylądowaniu na południowym wybrzeżu Bałtyku Goci znaleźli się w stosunku — zapewne luźnej i nominalnej — zależności od markomańskiego „państwa” króla Marboda. Około 17 roku n.e. nastąpił zresztą, nie bez intryg państwa rzymskiego, gwałtowny upadek Marboda, co najprawdopodobniej zerwało niedawno nawiązane czy narzucone więzi.

Niezależnie od przytoczonej relacji Pyteasza z Massalii o Guionach/Gutonach, Pliniusz Starszy raz jeszcze wymienił lud Gotów, tym razem w sposób niebudzący wątpliwości (NH IV, 14, 99). Wspomnieliśmy, że wszystkich Germanów pisarz ten podzielił na pięć ugrupowań; otóż do pierwszego z nich — Wandiliów — zaliczył następujące plemiona: Burgundów, Warnów, nieznanych skądinąd Charinów oraz Gutonów. Imię Gotów pojawia się więc wreszcie, ale u Pliniusza jest to tylko nazwa; na podstawie tego świadectwa nie da się bliżej zlokalizować owych Gutonów, nie wiemy również, z jakiego dokładnie czasu pochodziła przekazana przezPliniusza informacja o tym ludzie.

Cenne są dwie wskazówki o Gotach, które zawdzięczamy wielkiemu historykowi rzymskiemu Tacytowi (żył na przełomie I i II w). W traktacie O pochodzeniu i siedzibach Germanów,potocznie nazywanym Germanią (rozdz. 43), wymieniwszy i opisawszy plemiona lugijskie (Lugiowie mieli zdaniem Tacyta zajmować najobszerniejsze siedziby na północ od Gór Swewskich, czyli Sudetów, i Karpat), stwierdził: „za Lugiami mieszkający Gotonowie rządzeni są przez królów, i to już nieco surowiej niż reszta ludów germańskich, jednak jeszcze nie z zupełną utratą wolności. Zaraz dalej nad Oceanem siedzą Rugiowie i Lemowiowie; właściwością wszystkich tych ludów są okrągłe tarcze, krótkie miecze i posłuszeństwo wobec królów”.

„Za Lugiami” oznacza u Tacyta „na północ od Lugiów”. Sprawa byłaby dość prosta, gdybyśmy dokładnie znali siedziby Lugiów. Niestety, problem lugijski należy do najbardziej kontrowersyjnych w pradziejach naszych ziem. Tyle tylko wydaje się w miarę pewne, że był to silny związek plemion różnego pochodzenia, początkowo zapewne o przewadze elementu celtyckiego (sama nazwa Lugiów prawdopodobnie wywodzi się z języka celtyckiego), później — głównie germańskiego i słowiańskiego, i że plemiona lugijskie zajmowały obszary Polski południowo-zachodniej (Małopolska i Śląsk), częściowo zachodniej oraz niektórych przyległych obszarów wschodniej części późniejszych Niemiec (Łużyce?). Świadectwo Tacyta daje więc jedynie ogólną wskazówkę, iż Goci mieszkali raczej w północnej niż południowej części ziem polskich (ewentualnie też nieco bardziej na zachód od nich). Czy nad samym Bałtykiem? Na ten temat Tacyt się wyraźnie nie wypowiada; to, że jedynie przy Rugiach i Lemowiach stwierdza ich nadmorskie położenie, nie uprawnia bynajmniej do wniosku, że siedziby Gotów nie dochodziły do wybrzeża, to znaczy, że Goci według Tacyta byli plemieniem śródlądowym (co moim zdaniem zbyt pochopnie przyjmują jako pewnik niektórzy nowsi uczeni, m.in. Gerard Labuda, Rolf Hachmann i Jan Czarnecki).

Niewiele posuwa sprawę naprzód również druga, przygodna tym razem wzmianka Tacyta, zachowana w głównym dziele rzymskiego historyka Roczniki (II, 62). Epizod wiąże się znów z postacią „króla” Marboda i musiał się wydarzyć około 17–18 roku. „Był wśród Gotonów młody szlachcic imieniem Katualda, który niegdyś zbiegł z kraju przed gwałtami Marboda, a teraz wobec jego wątpliwej sytuacji na zemstę się odważył. Ten z silnym hufcem wkracza do kraju Markomanów, a pozyskawszy przekupstwem współudział starszyzny wpada do zamku królewskiego i obok położonej fortecy”. Wynika z tego, że Goci popierali tendencje rozłamowe wśród Markomanów, dążąc najwidoczniej do osłabienia Marboda i — zapewne — do zrzucenia wszelkich form zależności od jego państwa. Wzmacnia to nasze zaufanie do omówionej wyżej relacji Strabona i czyni bardziej prawdopodobną emendację Butones na Gutones. Nadal jednak nie potrafimy bliżej określić siedzib Gotów na kontynencie.

Pomoże nam to uczynić dopiero największy z geografów starożytnych, Klaudios Ptolemaios, znany lepiej pod zlatynizowaną formą Ptolemeusz (II lub III wiek). W Sarmacji Europejskiej (takim terminem określił ten aleksandryjski erudyta obszar położony pomiędzy Wisłą na zachodzie a Meotydą, czyli Morzem Azowskim, i Donem na wschodzie), bezpośrednio na wschód od Wisły, wylicza Ptolemeusz szereg plemion, rozpoczynając od nadmorskich Wenedów. „Poniżej”, to znaczy na południe od Wenedów, w Sarmacji (czyli na wschód od Wisły) mieszkali według Ptolemeusza Gytonowie, następnie Finnowie, Sulonowie, Frugundionowie i Awarinowie (ci już w rejonie źródeł Wisły).

„Bardziej ku wschodowi od wymienionych [Ptolemeusz przystępuje do prezentacji drugiego południkowego ciągu plemion Sarmacji Europejskiej] siedzą poniżej Wenedów Galindowie, Sudinowie i Stawanowie aż do Alanów” (Geogr. III, 5, 7 i n.)

Nie ulega wątpliwości, że zdaniem Ptolemeusza Gytonowie nie mieszkali nad morzem, lecz byli od niego oddzieleni przez lud Wenedów. Od strony wschodniej powinni sąsiadować z Galindami i Sudinami lub przynajmniej z jednym z tych ludów. W tym punkcie panuje w nauce niemal przykładna zgodność poglądów: Galindowie i Sudinowie to znane również w średniowieczu plemiona pruskie (bałtyjskie) występujące na tych samych mniej więcej terenach tysiąc lat po Ptolemeuszu bądź pod identyczną nazwą (Galindowie), bądź zbliżoną (Sudawowie). Nieczęsty przypadek tak wyraźnej ciągłości zasiedlenia w geografii plemiennej Europy Środkowej i Wschodniej!

Wprawdzie nie zabrakło w dziejach nauki poglądu (K. Tymieniecki), że Gytonowie Ptolemeusza to bynajmniej nie Goci, lecz jakieś inne, nieznane nam plemię bałtyjskie, ale nie wydaje się, by pogląd ten był słuszny. Gytonowie to raczej nasi Goci. Zdaniem niektórych uczonych dane Ptolemeusza w całej rozciągłości potwierdzają wysnuty już na podstawie dzieła Tacyta pogląd o śródlądowym położeniu siedzib Gotów. Pozornie oczywisty wniosek przy bliższym przyjrzeniu się geografii plemiennej tej części Sarmacji Europejskiej Ptolemeusza traci jednak znacznie na oczywistości.

 

Różne koncepcje dotyczące pierwotnych siedzib i kierunków wczesnych migracji Gotów

 

Odpowiedni wywód przeprowadził w roku 1963 Henryk Łowmiański. Otóż nad Wisłą występuje u Ptolemeusza szczególnie wyraźne „materii pomieszanie”. Pojawiają się ludy, których jako żywo nigdy tu nie było, jak Finowie. Co do nich to wiadomo nawet, jak „zawędrowali” nad Wisłę. Ptolemeusz (bądź jego informator) wiedział, że w Skandynawii z Germanami (a więc i z Gotami) sąsiadowały plemiona fińskie. Przeniesienie Finów nad Wisłę, w bezpośrednie sąsiedztwo Gytonów/Gotów, było więc już „logicznym” zabiegiem mechanicznym. Finowie nadwiślańscy są „idealnym dubletem” właściwych Finów ze Skandynawii.

Może jednak nawet nie to jest najważniejsze. Dociekliwi uczeni dawno już zauważyli u Ptolemeusza pewną niekonsekwencję. Otóż Wenedowie to pierwszy z „wielkich ludów” (określenie Ptolemeusza) Sarmacji Europejskiej. Oni właśnie dali nazwę całej „zatoce” Oceanu — niewątpliwie obecnej Zatoce Gdańskiej (Zatoka Wenedyjska) i jakimś Górom Wenedyjskim (zapewne Karpatom). Ptolemeusz wyraźnie przeciwstawia „wielkie ludy” z Wenedami na czele rzeszy pomniejszych ludów, takich jak Gytonowie czy Galindowie. Tymczasem ten „wielki lud” miałby, według tego samego Ptolemeusza, zamieszkiwać w gruncie rzeczy skrawek ziem polskich, odcięty od reszty terenami Gytonów, Galindów i Sudinów. Uderzająca dysproporcja pomiędzy ogólną kwalifikacją Wenedów a nader skromnie „przyznanymi” im siedzibami!

Czy Ptolemeusz użył terminu „Wenedowie” w dwojakim znaczeniu: raz w sensie ogólnym na oznaczenie „wielkiego ludu” identycznego z Wenedami Tacyta i niemogącego oznaczać nic innego jak tylko Prasłowian, a powtórnie w sensie partykularnym na oznaczenie bądź jednego z plemion wenedyjskich, bądź — jak sądzi H. Łowmiański — jakiegoś nadbałtyckiego reliktu z doby przedsłowiańskiej („staroeuropejskiej”)? Czy też może „mali” Wenedowie są pomyłką Aleksandryjczyka i figurują omyłkowo na miejscu bałtyjskich Aistów, których nad Bałtykiem wymienił i scharakteryzował Tacyt, których Jordanes w VI wieku umieścił na wschód od Wisły, a o których dziwnym trafem milczy Ptolemeusz?

Wobec tylu zagadek, w które obfituje ta część Geografii Ptolemeusza, rzeczą ryzykowną wydaje się przywiązywanie zbyt dużej wagi do tej części relacji, która sugeruje śródlądowe położenie siedzib ludu Gytonów/Gotów.

Należy dodać, że Ptolemeusz w innym miejscu swego traktatu (II, 11, 16) wymienił lud Gutów (Γοʋται) w południowej części „wyspy” Skandii, to znaczy Półwyspu Skandynawskiego. Również pisarze VI wieku znają tam lud o podobnej nazwie. Prokop z Cezarei (Bellum Gothicum II, 15, 26) pisze, że jednym z najliczniejszych ludów zamieszkujących wyspę Thule (niewątpliwie identyczną ze Skandią) są Gautowie (Γαντοί). Wreszcie Jordanes (Getica III, 16–24) wymienił w katalogu plemion skandynawskich między innymi ludy Uagoth, Gauthigoth i Ostrogothae, które należy zlokalizować na terenie szwedzkich prowincji Väster- i Östergötland.

Podobieństwo nazw skandynawskich Gutów/Gautów i kontynentalnych Gotów/Gutonów/Gotonów/Gytonów oraz tradycja o pierwotnych siedzibach tych ostatnich w Skandynawii (zanotowana przez Jordanesa, zob. następny podrozdział) sprawiły, że dość powszechnie przyjmuje się, iż chodzi o dwa odłamy tego samego plemienia. Wspomniani po raz pierwszy przez Ptolemeusza Gutowie byliby tą częścią plemienia, która nie wzięła udziału w migracji na kontynent. Inna rzecz — i tutaj nie możemy odmówić trafności spostrzeżeniu R. Hachmanna — że gdyby nie szóstowieczna relacja Jordanesa, prawdopodobnie mało kto skojarzyłby ze sobą Gotów/Gutonów znad Wisły i Gutów/Gautów w Skandynawii. Zresztą również Hachmann, odrzucający radykalnie wiarygodność opowiadania Jordanesa (zob. niżej), nie sądzi, by nazwy te oznaczały dwa zupełnie różne ludy.

 

 

2. SAGA RODU AMALÓW[4]

W połowie VI wieku, gdy w Konstantynopolu panował Wielki Justynian, a w Italii upadało pod ciosami wojsk tegoż Justyniana panowanie Ostrogotów, mało znany (zarówno sobie współczesnym, jak i nowożytnej nauce) pisarz Jordanes zanotował następującą tradycję o początkach ludu gockiego:

„Właśnie z owej [uprzednio przez Jordanesa opisanej] wyspy Skandza, jak gdyby z kuźni plemion lub raczej jakby z łona rodzącego plemiona, według podania wywędrowali niegdyś Goci z królem swoim imieniem Berig. Gdy tylko zeszli z okrętów i postawili stopę na ziemi, nadali jej swoją nazwę. Do dziś, jak się twierdzi, nosi ona nazwę Gothiskandza.

Rychło [Goci] wyruszyli stamtąd do siedzib Ulmerugiów, położonych na brzegach Oceanu, rozbili tam obóz i starłszy się z nimi wyparli ich z ich własnych posiadłości. Wtedy także [Goci] podporządkowali sobie sąsiednich Wandalów i zmusili [ich] do przyłączenia się do siebie.

Gdy wśród Gotów liczba ludności bardzo wzrosła, a rządy sprawował piąty po Berigu król Filimer syn Gadariga, postanowił on, by wojsko Gotów wraz z rodzinami wyruszyło dalej. W poszukiwaniu bardziej odpowiednich siedzib i przyjemniejszych okolic przybył do ziemi scytyjskiej, która w ich języku nosiła nazwę Oium.

Filimerowi spodobały się te urodzajne krainy, przeto przerzucił tam połowę swych wojsk. Jak bowiem się opowiada, most przerzucony przez rzekę zawalił się w sposób nie do naprawienia, tak że już nikt więcej nie miał możliwości ani przejść, ani zawrócić.

Twierdzi się [także], że okolica ta jest otoczona przepaściami i grząskimi bagnami; w ten sposób sama natura uczyniła ją podwójnie niedostępną.

Można zawierzyć świadectwom podróżników, że do dziś dnia słychać tam odgłosy bydła i dostrzec można oznaki pobytu ludzi, dochodzące co prawda z dużej odległości.

Ta zaś część Gotów, która pozostała przy Filimerze, po przebyciu rzeki znalazła się — jak twierdzą — w okręgu Oium i zawładnęła upragnioną ziemią. Natychmiast przybywają oni do plemienia Spalów i, nawiązawszy bój, osiągają zwycięstwo.

Stąd, jako zwycięzcy, udają się Goci w najdalszą część Scytii sąsiadującą z Morzem Pontyjskim…” (Jordanes, Getica, c. 25–28).

Tych kilka zdań z dzieła Jordanesa przysporzyło i nadal przysparza wiele problemów badawczych. Przede wszystkim trudne do jednoznacznego rozszyfrowania są zawarte w relacji Jordanesa dane geograficzne. „Ocean” to niewątpliwie Morze Bałtyckie, nieodmiennie w starożytności i we wcześniejszym średniowieczu uważane za zatokę Oceanu Zewnętrznego. Wyspa Skandza, poprawniej Scandia — to Półwysep Skandynawski lub jego część. Morze Pontyjskie to oczywiście Morze Czarne. Natomiast wszystko inne to już tylko domysły. Tradycja gocka widać nie zapamiętała bliższych szczegółów topograficznych, a w każdym razie Jordanes nie potrafił zanotować:

• bliższych pierwotnych siedzib Gotów na terenie Skandzy,• miejsca na południowym wybrzeżu Bałtyku, gdzie wylądowali Goci, czyli kraju nazwanego Gothiskandzą,• szlaku wędrówki Gotów na południowy wschód ku brzegom Morza Czarnego. Szczególne znaczenie w dyskusji przypada krainie Oium, stanowiącej etap wędrówki,• miejsca, w którym Goci dotarli do wybrzeży Morza Czarnego.

Pierwszy z wymienionych problemów niewiele zajmie nam czasu, a to ze względu na brak pozytywnych wskazówek i — co za tym idzie — widoków na pomyślne rozwiązanie. W nauce zaznaczyły się, z grubsza biorąc, dwa stanowiska, z których jedno wyprowadza Gotów z wyspy Gotlandii, a drugie z Kraju Gotów (Götaland) w Szwecji. Trudno zaprzeczyć, że nazwy obu tych krain pozostają w ścisłym związku z plemienną nazwą Gotów, ale same nie mogą stanowić decydującego argumentu; nie wiemy bowiem, kiedy właściwie nazwy te powstały, a zresztą — jak pamiętamy z poprzedniego podrozdziału — rozmaite plemiona o nazwach „gockich” żyły w Skandynawii kilka wieków po domniemanej migracji Gotów na południe. Uczony niemiecki Ernst Schwarz oponował przeciw Gotlandii jako kolebce Gotów, opierając się głównie na danych archeologicznych (brak śladów porzucania wyspy przez miejscową ludność na początku naszej ery, wyraźne różnice w obrządku pogrzebowym pomiędzy Gotlandią a polskim Pomorzem) oraz na fakcie, że mieszkańcy Gotlandii nigdy nie wykształcili u siebie władzy królewskiej, podczas gdy Tacyt, jak wiemy, podnosi właśnie wybitniejsze niż u innych plemion germańskich stanowisko „królów” gockich. Natomiast Götaland wykazuje, co dawno podnosili archeolodzy, analogie w zakresie kultury materialnej z terenami nad dolną Wisłą (niebawem się przekonamy, że co do intensywności tych analogii panowały nader przesadne wyobrażenia). Götaland dzieli się na część zachodnią (Västergötland) i wschodnią (Östergötland), rozdzielone jeziorem Wetter. Szwedzki uczony Oxenstierna z przekonaniem bronił poglądu o Västergötland jako kolebce Gotów, Polak Józef Kostrzewski — polemizując z Oxenstierną — bronił praw Östergötlandu do Gotów, historyk niemiecki R. Wenskus wreszcie, oddzielnie traktując problem pochodzenia politycznego „jądra”, stanowiącego nośnik tradycji plemiennej, i zagadnienie pochodzenia szerokich mas plemienia, uważa, że udział w formowaniu się plemienia Gotów mieli zarówno mieszkańcy Götaland, jak i wyspy Gotlandii.

Gdy zaczynają napływać pierwsze wiadomości pisarzy antycznych o Gotach, ci przebywali już w każdym razie na południowym wybrzeżu Bałtyku. Niełatwo śledzić szlaki ich przemarszów.

Nie posuwa sprawy wymienienie przez Jordanesa dwukrotnie nazwy Scytii, skoro według niego (c. 31) pojęcie to rozciągało się od Germanów i rzeki Wisły na zachodzie do Morza Kaspijskiego i ludu Serejczyków na wschodzie, od Oceanu na północy po Persję, Albanię, Iberię[5], Morze Czarne i dolny Dunaj na południu.

Na szczęście istnieją pewne możliwości skontrolowania danych Jordanesa o wędrówce Gotów znad Bałtyku nad Morze Czarne. Punkty wyjściowy i docelowy wędrówki możliwe są do dyskusji na podstawie pewnych danych autorów antycznych (znacznie wcześniejszych od Jordanesa). Sam szlak wędrówki pozostaje ciągle w pomroce dziejowej, pewne jednak szanse na uściślenie danych Jordanesa zdają się otwierać archeologia i językoznawstwo. Musimy i my zdecydować się na dość żmudną, ale pouczającą „wędrówkę” w sam gąszcz naukowej dyskusji.

 

*

 

Gothiskandza. Gdzie wylądowali Goci na południowym wybrzeżu Bałtyku? Gdzie leżała Gothiskandza?

Może zaczniemy od analizy samej nazwy. Wielu językoznawców uważa, że nazwa ta składa się z połączenia dwóch gockich wyrazów: *gutisk i *andja, i oznacza wybrzeże gockie. Nie jest to jednak zupełnie pewne, ponieważ w języku gockim brzeg nosił w rzeczywistości nazwę andeis, a forma andja jest już tylko hipotetyczną (to znaczy niepotwierdzoną źródłowo) rekonstrukcją, poza tym na brzeg morza Goci mieli inne określenie: stapa, więc „wybrzeże Gotów” powinno raczej nazywać się Gaut-stapa lub Gautisk-stapa. Ze względu na zasygnalizowaną tu trudność G. Labuda skłonny jest raczej powrócić do opinii wypowiedzianej dawno temu przez„ojca filologii germańskiej”, Karla Müllenhoffa, iż Gothiskandza jest formą mieszaną (tzw. hybrydą językową) gocko-łacińską i znaczy tyle co „gocka Skandza”, „kraina przypisywana na terenie Skandynawii Gotom”.

 

 

 

1. Pochówek w kształcie łodzi z epoki brązu. Fröjel, Gotlandia

 

Ponieważ jednak w opisie Skandynawii Jordanes nie wymienia żadnej Gothiskandzy, a zarazem utrzymuje, że nazwa ta była w użyciu jeszcze w jego czasach (VI wiek), G. Labuda konkluduje, iż nazwa „gocka Skandza” oznacza po prostu samą Skandynawię.

Wywód ten budzi wątpliwości. Trudno było nazywać Skandynawię „gocką”, ponieważ Goci stanowili tylko część jej ludności, o czym Jordanes wiedział doskonale. W dodatku pisze on wyraźnie, iż Goci przybyli do Gothiskandzy ze Skandzy, a więc przeciwstawia sobie te dwa pojęcia. Wreszcie w innym miejscu traktatu (c. 95) Jordanes raz jeszcze wraca do opowiedzianej historii i wyraźnie oświadcza, że Goci króla Beriga przybyli „na tę stronę Oceanu, to znaczy do Gothiskandzy”. „Ta” strona Oceanu to rzecz jasna — z perspektywy Jordanesa — południowe wybrzeże Bałtyku.

Kolej na próbę dokładniejszego określenia położenia Gothiskandzy. U Jordanesa brak jakichkolwiek danych, które mogłyby nam w tym pomóc. Wiemy jednak, gdzie znajdowały się siedziby Gepidów, ludu pokrewnego Gotom, który według Jordanesa przybył jak gdyby w drugim rzucie ze Skandynawii (co tradycja plemienna symbolicznie przedstawiła w ten sposób, jakoby Gepidzi przybyli ostatni — na trzecim z okrętów). Otóż przed wywędrowaniem, w ślad za Gotami, „do lepszych ziem”, to znaczy do obecnego Siedmiogrodu, Gepidzi żyli „w okręgu [provincia] Spesis, na wyspie otoczonej wodami rzeki Wisły, który to kraj w ich ojczystym języku otrzymał nazwę Gepedoios” (c. 96). „Wyspę” tę identyfikuje się powszechnie z Żuławami Wiślanymi. Czy jednak kraj ten był jednocześnie identyczny z Gothiskandzą — absolutnie nie jest pewne, a po dokładniejszej analizie staje się wręcz nieprawdopodobne.

Toteż jedynymi właściwie argumentami zwolenników lokalizowania Gotów na Pomorzu Wschodnim, na obszarze dzisiejszych Kaszub, było przekonanie, iż musieli oni bezpośrednio sąsiadować z Gepidami, oraz zaobserwowane na Pomorzu Wschodnim przez archeologów pewne cechy kultury materialnej i obrządku pogrzebowego interpretowane jako pozostałości pobytu drużyn gockich. Owym argumentom archeologicznym poświęcimy już wkrótce trochę uwagi — zobaczymy, że w ostatnich czasach rozwiano sporo iluzji co do możliwości wiązania z Gotami kultury archeologicznej rozwijającej się na Pomorzu Wschodnim około przełomu starej i nowej ery.

Profesor Gerard Labuda opowiedział się zdecydowanie za rejonem ujścia Odry jako miejscem wylądowania Gotów. Głównym jego argumentem jest lokalizacja ludów Ulmerugiów i Wandalów, z którymi Goci zaraz po wylądowaniu weszli w zbrojny konflikt. Gdzież lokalizować owych nie znanych skądinąd Ulmerugiów (nazwa oznacza tyle co „Rugiowie Wyspowi”), jeżeli nie w sąsiedztwie wyspy Rugii, która swoją nazwę niewątpliwie Rugiom zawdzięcza? A Wandalowie? Tradycyjnie i nie bez oparcia źródłowego siedziby tego plemienia na ziemiach polskich umieszcza się na Śląsku, ewentualnie też na Łużycach. Tylko więc lądując w rejonie ujścia Odry i posuwając się w górę tej rzeki, mogli Goci zetknąć się z Ulmerugiami i Wandalami i zwycięsko z nimi się potykać.

Pozostaje jednak wymowa źródeł antycznych. O ile świadectwo Tacyta, że Goci mieszkają „za Lugiami”, a więc na północ od nich, a następnie — jak gdyby z kolei na północ od Gotów — już bezpośrednio nad Oceanem mieszkają Rugiowie i Lemowiowie, oraz drugie świadectwo (z Roczników) o Katualdzie, który z kraju Markomanów (w Czechach) uciekł do Gotów, nie sprzeciwiają się wnioskowi G. Labudy, choć są — przyznajmy — bardzo nieprecyzyjne w sensie geograficznym, o tyle świadectwa Pliniusza Starszego, a zwłaszcza Ptolemeusza, niedwuznacznie wskazują na dolną Wisłę jako na miejsce przebywania Gotów. Pliniusz bowiem wymienia „Gutonów” na końcu szeregu plemion „wandilskich”, co w przyjętym przez niego porządku oznacza wschodnie (nadwiślańskie?) skrzydło. Ptolemeusz zaś w sposób kategoryczny lokalizuje „Gytonów” w Sarmacji (nie w Germanii!), a więc na wschód od Wisły, lecz w bezpośrednim jej sąsiedztwie, tyle tylko, że nie u jej ujścia, lecz nieco bardziej w górę rzeki, na południe od „Wenedów”.

Dodajmy, że nawet przyjmując lokalizację Wandalów w (ogólnie rzecz biorąc) południowo-zachodniej części Polski, nie można wykluczyć, że albo jakaś ich część pozostała dłużej na Pomorzu i została tam pobita przez Gotów, albo że relacja Jordanesa odzwierciedla nieco wcześniejszy etap dziejów wandalskich, zanim plemię to rozpoczęło dalszą drogę na południe (być może przyspieszoną przez nacisk kolejnych przybyszów z północy w rodzaju Gotów).

Godzi się wreszcie zwrócić uwagę na hipotezę H. Łowmiańskiego, którego zdaniem do relacji Jordanesa mogła zakraść się pomyłka i że w rzeczywistości Goci nie starli się po wylądowaniu z Wandalami, lecz z Wenetami (Prasłowianami).

Niepodważalność relacji Ptolemeusza o Gotach nad Wisłą (próbę K. Tymienieckiego zaprzeczenia identyczności Ptolemeuszowych Gytonów z Gotami uważam za chybioną) dostrzegł również G. Labuda. Uczony ten usiłuje ją w taki sposób pogodzić ze swoją teorią „nadodrzańską”, że znad Odry (ziemie stargardzka i pyrzycka) Goci „pociągnęli wzdłuż Noteci w kierunku Wisły i po jej sforsowaniu zajęli… rejon ziemi chełmińskiej i przyległych połaci Kujaw i Mazowsza”.

W słowach tych profesor Labuda zawarł nową myśl: nadwiślańskich siedzib Gotów nie należy szukać nad samym morzem (jak to czyniła większość uczonych), lecz — zgodnie z dosłownym brzmieniem relacji Ptolemeusza, a także Tacyta — nieco w głębi lądu.

Myśl ta pojawia się niejednokrotnie w najnowszej nauce. Niezależnie od Gerarda Labudy do analogicznego wniosku doszedł Rolf Hachmann, lokalizując kontynentalne siedziby Gotów w zachodniej części Mazowsza. Polski historyk emigracyjny Jan Czarnecki potrafił nawet dokładnie określić zasięg terytorium gockiego: wyznaczałaby go linia miast Lubawa, Chełmno, Bydgoszcz, Włocławek, Ciechanów, Mława, Lubawa, ale byłby to już także w koncepcji Czarneckiego kolejny etap przemieszczania się Gotów na terenach południowego basenu Morza Bałtyckiego. W uderzającej analogii do koncepcji G. Labudy, J. Czarnecki każe Gotom wylądować gdzieś w Szlezwiku lub na wybrzeżu meklemburskim, skąd mieliby się oni przesunąć nad środkową Odrę. Tutaj, w rejonie ujścia Nysy Łużyckiej, sięgając na wschodzie Bobru, a na zachodzie rozciągając się niemal do Sprewy, miałby znajdować się rejon koncentracji Gotów, czyli Gothiskandza Jordanesa. Stamtąd musieliby się Goci udać — w każdym razie przed końcem I wieku (terminus ad quem wyznacza bowiem relacja Tacyta) do opisanego przed chwilą rejonu mazowiecko-kujawskiego.

 

 

 

2. Krąg kamienny w Grzybnicy

 

Mamy poważne wątpliwości co do realności tych — przyznajmy — skomplikowanych hipotez. Czy istotnie konieczne jest rugowanie Gotów nadwiślańskich znad morza?

Tacyt stwierdza właściwie tylko tyle, że „za Lugiami” zaczynały się siedziby Gotów, ale nie wypowiada się na temat, dokąd one właściwie sięgały. To, że Rugiowie i Lemowiowie mieszkali bezpośrednio nad morzem, nie musi przecież automatycznie oznaczać, że na innym odcinku nie dochodzili do wybrzeża morskiego i Goci! A świadectwo Ptolemeusza w tym właśnie miejscu, w którym występują Goci, zawiera tyle zagadek i budzi tyle wątpliwości, że nie może być przyjmowane za dobrą monetę. Wśród okolicznych ludów występują niektóre omyłkowo przeniesione przez Ptolemeusza z zupełnie innych okolic. Dotyczy to, jak się wydaje, Finów, którzy według Ptolemeusza mieli mieszkać na południe od Gotów (Gytonów), ale o których pobycie nad Wisłą nic absolutnie poza tą relacją Ptolemeusza nie świadczy. Zresztą także rzekomi północni sąsiedzi Gytonów — Wenedowie, budzą wiele wątpliwości, kto wie, czy nie dostali się do Geografii zamiast Aistów, czyli plemion bałtyjskich, których brak w dziele Ptolemeusza nieraz już dziwił uczonych. W każdym zaś razie nie są to źródła o niepodważalnej wiarygodności w interesującym nas punkcie.

W sytuacji gdy źródła pisane nie są w stanie udzielić nam jasnej odpowiedzi na pytanie o położenie Gothiskandzy, z nadzieją spoglądamy na wyniki badań archeologicznych. Czy archeologom udało się odkryć na ziemiach polskich jakieś pozostałości, które można by w sposób niewątpliwy przypisać Gotom?

 

 

3. ARCHEOLOGIA O GOTACHNAZIEMIACHPOLSKICH

Druga mapka przedstawia zasięg kultur archeologicznych występujących na ziemiach polskich w ostatnich stu kilkudziesięciu latach przed naszą erą, czyli w tak zwanym okresie późnolateńskim. Większą część ziem polskich w ostatnich stu kilkudziesięciu latach przed naszą erą, czyli w tak zwanym okresie późnolateńskim, z wyjątkiem terenów północnych, zajmuje kultura przeworska, nazwana tak od charakterystycznego cmentarzyska znalezionego w okolicach Przeworska. Obszar Pomorza Nadwiślańskiego zajmowała pokrewna jej kultura oksywska (od cmentarzyska w Oksywiu koło Gdyni). Obie wymienione kultury większość uczonych uważa za dwie grupy szerszego zespołu kultury grobów jamowych — od charakterystycznego rysu obrządku pogrzebowego dominującego na ich terenie.

Grupa oksywska kultury grobów jamowych (lub: kultura oksywska dla tych uczonych, którzy — jak Kazimierz Godłowski — wolą podkreślać odrębność kultur oksywskiej i przeworskiej), zajmująca w okresie późnolateńskim obszar po rzekę Noteć na południu, a Regę i Drawę na zachodzie, w późnej fazie tego okresu rozpowszechniła się w kierunku zachodnim — kosztem tzw. kultury jastorfskiej (zob. mapkę) — aż do Odry. Wyraźny wpływ kultury oksywskiej (zwłaszcza w dziedzinie metalurgii) dostrzeżono w okresie późnolateńskim na Kujawach i północnym Mazowszu.

Na przełomie okresów późnolateńskiego i wpływów rzymskich (to znaczy około przełomu er) nad dolną Wisłą, a zatem na macierzystym obszarze grupy oksywskiej, dokonały się ważne przemiany kulturowe, niewystępujące na obszarze kultury przeworskiej. Najłatwiej są one uchwytne w obrządku pogrzebowym i wyposażeniu zmarłych. Panujący wyłącznie w okresie późnolateńskim obrządek ciałopalny traci teraz na Pomorzu cechę wyłączności. Pojawiają się cmentarzyska birytualne, zawierające zarówno pochówki ciałopalne, jak i szkieletowe. Zwyczaj bogatego wyposażania grobów w broń i narzędzia żelazne zostaje zupełnie zarzucony, natomiast w grobach wschodniopomorskich pojawiają się liczne części stroju i niektóre ozdoby (bransolety, wisiorki, paciorki, w okresie późnorzymskim także naszyjniki) wykonane najczęściej z brązu i innych metali nieżelaznych. Zmienia się „cały «habitus» — ogólny charakter kultury archeologicznej zajmującej […] Pomorze Nadwiślańskie” (K. Godłowski). Znacznie — w porównaniu z okresem późnolateńskim — zwiększył się dystans dzielący kulturę przeworska od oksywskiej.

W tej sytuacji nie dziwi fakt, że zmiany, o których mowa, tłumaczono od dawna przybyciem na Pomorze Gotów i Gepidów oraz podbiciem przez nich (tak w starszej nauce, zwłaszcza niemieckiej) lub narzuceniem miejscowej ludności prasłowiańskiej (tak w nauce polskiej) bądź germańskiej (tak na ogół w nauce niemieckiej) elementów swej kultury. Prawo obywatelstwa w nauce zyskała sobie nazwakultury gocko-gepidzkiejna określenie kultury archeologicznej rozwijającej się na Pomorzu Wschodnim w okresie wczesnorzymskim.

Jednak polski uczony Jerzy Kmieciński w opublikowanej w roku 1962 monografii Zagadnienie tzw. kultury gocko-gepidzkiej na Pomorzu Wschodnim w okresie wczesnorzymskim wykazał całą słabość teorii łączącej wspomniane zmiany z Gotami i Gepidami.