Informacja: Serwis ebooky.pl to serwis dla miłośników książek, nie ma tutaj możliwości pobrania ich w nie autoryzowany sposób, wyświetlamy jedynie porównywarkę cen. Nie każda pozycja jest dostępna do zakupienia, jeżeli znalazłeś błąd napisz na adres: kontakt@ebooky.pl. Dokładamy wszelkich starań, aby baza książek była aktualizowana.

Strona główna » Obyczajowe i romanse » Grandhotel

Grandhotel

5.00 / 5.00

Nie widzisz powyżej porównywarki cenowej? To oznacza, że powyższa publikacja jest niedostępna do kupienia.

Znalazłeś błąd? Skontaktuj się nami.

* - klikając w reklamę zostaniesz przekierowany do zewnętrznej strony. Nie mamy wpływu jak działa i co wyświetla zewnętrzny serwis. Mogą pojawić się nieprzyzwoite lub denerwujące reklamy. Zalecamy korzystanie z markowego antywirusa i wtyczek blokujących niechciane treści. Kliknięcie reklamę nie umożliwia pobrania plików chronionych prawem autorskim.

Zgłoś naruszenie praw autorskich

Kilka słów o książce pt. “Grandhotel

Pomiędzy ziemią a niebem, w hotelu – cudzie architektury na szczycie góry Ještěd, nad Libercem rozgrywa się akcja powieści nad chmurami.

Fleischman, trzydziestolatek bez imienia, cierpi na specyficzną przypadłość: niemożność osiągnięcia czegokolwiek. W zasadzie nic go nie wy­różnia. Nigdzie nie był, niczego nie dokonał. Podczas wizyt u psychologa usiłuje przeanalizować swoje życie, choć zdecydowanie lepiej rozumie pogodę, która według niego rządzi światem. Obserwując niebo z tego niezwykłego szczytu zrozumie, że jedyna droga do szczęścia wiedzie przez chmury…

Grandhotel nawiązuje do najlepszych tradycji czeskiej literatury – twór­czości Bohumila Hrabala i Josefa Škvoreckiego. W oryginalny sposób łączy lekkość stylu, humor i anegdotyczność narracji z trudną tematyką dwu­dziestowiecznej historii środkowoeuropejskiej. Autor nie waha się dotknąć czeskiego tabu wypędzenia Niemców Sudeckich po II wojnie światowej. Ukazuje też ostatnie przemiany ustrojowe i nową rzeczywistość, w której niekoniecznie każdy potrafi znaleźć swoje miejsce.

Książka otrzymała w 2007 r. Nagrodę Czytelników w prestiżowym konkursie Magnesia Litera.

Historia Fleischmana powstała na potrzeby filmu Grandhotel (2006) w reż. Davida Ondříčka (autora m.in. kultowych Samotnych). Książka nie jest scenariuszem literackim, ani film nie stanowi adaptacji powieści. Jednak zarówno w filmie, jak i w powieści wciąż pozostajemy w tym samym świecie pełnym ludzkich emocji.

Polecane książki

"Rebusy i kalambury nie dla ponurych" to książka z zagadkami i ciekawymi  zadaniami do rozwiązywania dla uczniów szkół podstawowych i młodzieży. Dzieją się tutaj rzeczy zagadkowe. Oprócz tytułowych rebusów i kalamburów są tu palindromy, anagramy, homonimy, synonimy. Takie miniaturki literackie u...
Niemiecki bestseller, ponad 700 tys. egzemplarzy. Prawa sprzedane do 27 krajów. Wizyta autora w Polsce! Prawa filmowe do tytułu sprzedane. W 2011 roku w Berlinie niespodziewanie pojawia się Adolf Hitler, który w tajemniczych okolicznościach budzi się na jednej z miejskich ławek wśród całkiem obcej d...
W "Między walizkami" znalazł się czas na refleksje o tym, czym jest ruch, podróż i przypatrywanie się światu, ale także na badanie codzienności. Paulina Wilk w felietonach skupia się na drobnych opiłkach. Bohaterami jej tekstów są niepozorne chwile, bezimienni ludzie dostrzeżeni na uli...
Black Desert Online to gra stworzona przez koreańskie studio Pearl Abyss, która pochwalić się może nietuzinkową oprawą audiowizualną. Produkcja różni się nieznacznie od innych gier gatunku MMO-RPG, a niniejszy poradnik poprowadzi cię przez wszystkie zagadnienia odkrywane podczas rozgrywki. Poradnik ...
Początki ekonomii w Łodzi sięgają lat 60. XIX wieku, kiedy powstały pierwsze instytucje finansowe i ekonomiczne. Na przełomie XIX i XX wieku popularyzacji wiedzy ekonomicznej służyły tzw. uniwersytety powszechne, gdzie organizowano odczyty czołowych ekonomistów i historyków gospodarczych: Natalii Gą...
Milioner Luiz Montes koniecznie chce zakończyć związek swojej siostrzenicy z Markiem Collinsem, któremu zależy tylko na jej majątku. Gdy dowiaduje się od siostry Marka, pięknej Aggie, że kochankowie wyjechali na kilka dni, zabiera ją ze sobą i podąża ich śladem. Gwałtowna śnieżyca zatrzym...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Jaroslav Rudis

Ja­ro­slav Ru­diš

Gran­dho­tel. Po­wieść nad chmu­ra­mi

Prze­ło­ży­ła: Ka­ta­rzy­na Du­dzic

Wro­cław 2013

FÜR SON­JA UND SOLO LO­VEC

I

Uno­szę się

Uda­ło mi się. Mó­wię to, żeby od po­cząt­ku wszyst­ko było ja­sne. Że­by­ście nie mu­sie­li się o mnie bać.

Ja się nie boję.

Uno­szę się, na wy­cią­gnię­cie ręki mam chmu­ry. Nie­bo. Sny. Nie­skoń­czo­ność. No i w koń­cu też sa­me­go sie­bie.

W głę­bi pode mną po­wo­li roz­pły­wa się na­sze mia­sto. Mia­sto, któ­re ko­cham i któ­re­go nie­na­wi­dzę. Mia­sto oto­czo­ne gó­ra­mi, prze­szło­ścią, cza­sem też stra­chem, dla­te­go że prze­szłość nie jest ni­czym in­nym, tyl­ko stra­chem. Ja go po­ko­na­łem. Od­cią­łem się od stra­chu i prze­szło­ści. Opusz­czam mia­sto, z któ­rym się zro­słem i któ­re­go ni­g­dy nie uda­ło mi się opu­ścić.

Aż do te­raz.

Uda­ło mi się.

Ob­ser­wu­ję wy­so­kość, kie­ru­nek lotu i wiatr.

Uda­ło się, choć nikt w to nie wie­rzył.

Nikt mi nie wie­rzył. Na­wet sam so­bie nie wie­rzy­łem.

Uno­szę się i ośle­pia mnie słoń­ce, wy­le­wa­ją­ce się po­nad ho­ry­zont.

Ho­ry­zont nie jest gład­ki. Jest pe­łen wy­pu­kło­ści, dla­te­go że ta­kie też są chmu­ry. I na­sze sny. I na­sze ży­cia.

Żad­na noc nie jest po­zba­wio­na snów, a nie­bo ni­g­dy nie jest bez­chmur­ne. Są tam, na­wet je­śli się ich nie wi­dzi i nie czu­je.

Uda­ło mi się.

Mam dzi­siaj uro­dzi­ny i zro­bi­łem so­bie pre­zent. Pre­zent, na któ­ry cze­ka­łem całe ży­cie.

Lecę.

Uno­szę się.

Wkrót­ce zaj­rzę za ho­ry­zont.

Jest szó­sta trzy­dzie­ści rano. Za­chmu­rze­nie małe. Nie­licz­ne chmu­ry wy­so­kie­go pię­tra. Cir­ru­sy. Wiatr za­chod­ni. Sześć stop­ni Cel­sju­sza.

Uda­ło mi się.

Uno­szę się.

Utrzy­mu­ję kie­ru­nek.

W uszach za­czy­na mi grać naj­pięk­niej­sza mu­zy­ka, któ­rej nikt inny nie sły­szy, dla­te­go że czło­wiek musi być sam, kie­dy chce zre­ali­zo­wać swój sen, żeby nikt mu go nie ukradł. Żeby mógł się nim na­cie­szyć. Albo przy­naj­mniej po­wi­nien być sam.

Tą mu­zy­ką jest ci­sza.

II

Rzeź­nik

Na­zy­wam się Fle­isch­man. Wcze­śniej też na­zy­wa­łem się Fle­isch­man. A w przy­szło­ści rów­nież będę się na­zy­wał tyl­ko Fle­isch­man, niech so­bie lu­dzie mó­wią, co chcą, niech so­bie mają imion i ty­tu­łów, ile chcą, i niech ja­kaś przy­szłość na­dej­dzie albo i nie na­dej­dzie.

Uro­dzi­łem się 21 wrze­śnia 1973 roku. Tego dnia imie­ni­ny ob­cho­dzi Ma­to­uš. Mó­wię to dla­te­go, że­by­ście nie mu­sie­li za­glą­dać do ka­len­da­rza, bo wiem, że lu­dzie lu­bią szu­kać tam imion, dow­ci­pów, ho­ro­sko­pów i dla­te­go te­raz w ka­len­da­rzach dru­ku­ją cy­ta­ty zna­nych lu­dzi, fo­to­gra­fie dom­ków w Kar­ko­no­szach albo prze­pi­sy ku­li­nar­ne. Se­rio, Jégr po no­cach cza­sa­mi się w nich za­czy­tu­je, gła­dząc się po brzu­chu. Jégr tak, ja nie. Ale do Jégra jesz­cze doj­dę.

Ge­ne­ral­nie lu­bię ka­len­da­rze, je­śli o to py­ta­cie. Lu­bię licz­by, dla­te­go że licz­by nie kła­mią. Licz­by, wy­kre­sy i chmu­ry.

Ni­g­dy nie ob­cho­dzi­łem swo­ich uro­dzin. To zna­czy, od kie­dy je­stem sam. Ani imie­nin. Fle­isch­man nie wy­stę­pu­je w ka­len­da­rzu. A ja na­zy­wam się Fle­isch­man.

Das Fle­isch po nie­miec­ku zna­czy mię­so. Ludz­kie i zwie­rzę­ce. Albomiąższ w owo­cu. Der Mann zna­czy męż­czy­zna. Albomał­żo­nek. Mąż. Wa­sal. Len­nik. Więc może le­piej męż­czy­zna, je­śli już mogę so­bie wy­brać. Kie­dy się to po­łą­czy, może wyjść Mię­si­sty Męż­czy­zna.Mię­ś­czy­zna. Je­śli włą­czy­cie wy­obraź­nię, to też Męż­czy­zna z Mię­sa (z krwi i ko­ści). Męż­czy­zna ko­cha­ją­cy mię­so. Mię­sarz. Rzeź­nik. Więc chy­ba po pro­stu rzeź­nik. Mó­wię to, po­nie­waż na­zwi­ska nie są przy­pad­ko­we. Nie kła­mią. Dużo o nas mó­wią. Przy­naj­mniej tak twier­dzi moja pani dok­tor.

Kie­dy nad na­szym mia­stem zgro­ma­dzi­ły się czar­ne chmu­ry, w hi­sto­rii na­szej ro­dzi­ny zgu­bi­ło się jed­no „n” ze sło­wa Mann. Po­wiem wprost, że to „n” było naj­mniej istot­ną rze­czą, któ­ra mo­gła się w na­szej ro­dzi­nie zgu­bić.

Być może spy­ta­cie, jak na­zy­wam się da­lej. A wła­ści­wie, jak na­zy­wam się wcze­śniej. Lu­dzie za­zwy­czaj mają imię i na­zwi­sko, ale ja mam tyl­ko na­zwi­sko. To wcze­śniej za­po­mnia­łem. Mu­sia­łem za­po­mnieć.

Na­zy­wam się Fle­isch­man. Mam sto sie­dem­dzie­siąt dzie­więć cen­ty­me­trów wzro­stu. Ważę sie­dem­dzie­siąt trzy kilo. Mó­wię o tym, bo może in­te­re­su­ją was licz­by, tak jak in­te­re­su­ją mnie.

Na­zy­wam się Fle­isch­man. Je­stem rzeź­ni­kiem, któ­ry nie je mię­sa, bo nie lubi krwi. Rzeź­ni­kiem, któ­ry na ta­le­rzu kroi so­bie chmu­ry i po­go­dę, dla­te­go że na świe­cie nie ma ni­cze­go waż­niej­sze­go. Kroi też sa­me­go sie­bie. Ale do tego jesz­cze doj­dę. Do wszyst­kie­go jesz­cze doj­dę.

Wszyst­ko musi być po ko­lei. Tak jak bu­du­je się mo­del sa­mo­lo­tu. Albo szu­ka li­te­rek w zu­pie i two­rzy z nich sło­wa, któ­re po­tem się zja­da. Chmu­ra na nie­bie prze­cież też nie bie­rze się zni­kąd. Naj­pierw po­trze­bu­je ja­kichś dro­bi­nek. Ku­rzu. Do­pie­ro na nich osia­da wil­goć. Z wil­go­ci po­wsta­ją małe kro­pel­ki, po­tem więk­sze i na ko­niec po­wsta­je chmu­ra.

Za­tem naj­pierw na­sy­pię wam na ta­lerz tro­chę dro­bi­nek ku­rzu. Tro­chę ży­cio­we­go po­pio­łu Fle­isch­ma­na. Ale jak się nad tym za­sta­na­wiam, to za­miast po ko­lei wolę prze­ska­ki­wać z te­ma­tu na te­mat.

Moja pani dok­tor mówi, że ludz­kie ży­cie jest jak mo­zai­ka. Że nie pa­mię­ta­my go w ca­ło­ści. Że za sobą za­wsze wi­dzi­my tyl­ko mo­men­ty. Prze­bły­ski. Bły­ski.

Stan du­szy

Nie za­czę­ło się zbyt spo­koj­nie.

21 wrze­śnia 1973 roku było ja­sno i cie­pło. De­li­kat­ny wiatr. Al­twaj­be­rzo­mer, jak ma­wia nasz sztam­gast Franz. Ba­bie lato, któ­re po­wsta­je pod wpły­wem wy­so­kie­go ci­śnie­nia nad Ro­sją.

Pa­mię­tam to jak dziś.

Kie­dy wy­la­złem ma­mie z brzu­cha, na po­ro­dów­ce było otwar­te okno i wszyst­ko to zo­ba­czy­łem, po­czu­łem i usły­sza­łem. Po pro­stu by­łem tam.

– No i już – po­wie­dział le­karz.

– Wy­star­czy – po­wie­dzia­ła pie­lę­gniar­ka.

– Dziew­czyn­ka? – spy­ta­ła moja mama.

– Chło­piec – po­wie­dział le­karz.

– Bę­dzie pan miał zim­ną kawę, dok­to­rze – po­wie­dzia­ła pie­lę­gniar­ka.

– Pani zro­bi nową.

Na chwi­lę wzle­cia­łem, po­pa­trzy­łem na wszyst­kich spod su­fi­tu: zo­ba­czy­łem bia­łą po­ro­dów­kę, mamę, jak mnie trzy­ma na pier­si, pie­lę­gniar­kę pi­szą­cą coś w pa­pie­rach, le­ka­rza ścią­ga­ją­ce­go rę­ka­wi­ce.

Chcia­łem le­cieć wy­żej, ale wal­ną­łem gło­wą w su­fit. Na­gle stra­ci­łem od­dech i za­czą­łem opa­dać. Wi­dzia­łem mamę krzy­czą­cą, że się du­szę, że nie od­dy­cham i bie­gną­ce­go w stro­nę mo­je­go cia­ła le­ka­rza – prze­wró­cił ku­bek z kawą, któ­ra roz­la­ła się po sto­le. Ta brą­zo­wa pla­ma wy­glą­da­ła jak Au­stra­lia.

Spa­dłem na zie­mię i przez chwi­lę było zu­peł­nie ci­cho. W koń­cu się roz­ry­cza­łem.

Le­karz po­tem po­wie­dział ma­mie, że o mało nie umar­łem, ale że nie po­win­no to mieć naj­mniej­sze­go wpły­wu na moje ży­cie, bo tak poza tym to je­stem w po­rząd­ku. Chłop jak dąb. Zuch na schwał.

– Tego nikt nie może pa­mię­tać – po­wie­dział mi Jégr.

– Ale ja to nor­mal­nie pa­mię­tam. Wszyst­ko wi­dzia­łem. A w ra­diu śpie­wał Ma­tu­ška.

– No, ja­sne, a nad ko­leb­ką stał sta­ry Gott.

– Nor­mal­nie śpie­wał Doj­rze­wa­ły cze­re­śnie.

– Ta­kie kity to wci­skaj swo­jej sta­rej – po­wie­dział Jégr i wal­nął mnie po gło­wie. – Chcesz mi wmó­wić, że wi­dzia­łeś, jak się du­sisz na po­ro­dów­ce i jak cię ra­tu­ją? A ta kawa to była sy­pa­na? Czy może roz­pusz­czal­na?

– Tego nie wiem. Ale na dwo­rze było ba­bie lato. Nor­mal­nie jak te­raz.

– Nor­mal­nie… cią­gle tyl­ko nor­mal­nie. Ale ty nie je­steś nor­mal­ny, szaj­bu­sie! Po­gódź się z tym.

– Nie, le­karz po­wie­dział, że ze mną jest wszyst­ko w po­rząd­ku.

– Jak­by z tobą było w po­rząd­ku, to byś tak cią­gle nie smar­kał. I miał­byś babę. I ki­bi­co­wał­byś Slo­va­no­wi.

– To nie ma z tym nic wspól­ne­go.

– Ja­sne, że ma! Kto nie ki­bi­cu­je, nie dyma! Ja mam wiecz­ne ba­bie lato.

– Prze­cież pan też ni­ko­go nie ma.

– Ale mia­łem, ko­le­go, mia­łem. I to ile! Ja mam co wspo­mi­nać.

– No ile?

– Chma­ry. Cały świat mi klę­czał u stóp. I te baby cią­gle by przede mną klę­cza­ły, gdy­bym chciał.

– I tak uwa­żam, że ze mną jest wszyst­ko w po­rząd­ku.

– Jak z tobą jest wszyst­ko w po­rząd­ku, to ja je­stem świę­ty Jó­zef, ty Wa­li­gru­cho.

Wa­li­gru­cha to ja. Przy­naj­mniej we­dług Jégra. Wa­li­gru­cha to stan du­szy. Mo­jej du­szy.

Pral­ka po­wie­trza

21 wrze­śnia 1973 roku w Cie­śni­nie Be­rin­ga pod­czas bu­rzy za­to­nę­ła So­wie­tom łódź pod­wod­na. W In­diach we mgle zde­rzy­ły się dwa po­cią­gi oso­bo­we. Ku ogól­ne­mu za­sko­cze­niu, FC To­ri­no po­ko­nał Man­che­ster Uni­ted 4:0. Gu­stáv Hu­sák po­je­chał po­cią­giem z Pra­gi do Mo­skwy na obo­wiąz­ko­wy mie­siąc mio­do­wy. W Ham­bur­gu już od mie­sią­ca straj­ko­wa­li stocz­niow­cy. Przez Flo­ry­dę prze­szedł hu­ra­gan Ivan i za­bił dzie­sięć osób. Po­ka­zy­wa­li to w te­le­wi­zji.

Hu­ra­gan to tro­pi­kal­ny cy­klon. Ogrom­na róż­ni­ca ci­śnień. Nisz­czy­ciel­ski wiatr. W Ja­po­nii mówi się na nie­go taj­fun. W Au­stra­lii wil­ly-wil­ly. Na Oce­anie In­dyj­skim or­kan. Żeby po­wstał, po­trzeb­ne są trzy rze­czy: cie­pła woda, wil­got­ne po­wie­trze i zbie­ga­ją­ce się wia­try rów­ni­ko­we. Ale może wy­star­czy, że gdzieś mu­cha mach­nie skrzy­dła­mi. Albo mo­tyl. Albo ko­mar. Albo że ktoś ko­muś po­ma­cha na uli­cy. Może dla­te­go ja ni­ko­mu nie ma­cham na uli­cy, żeby tym mach­nię­ciem nie spo­wo­do­wać ka­ta­stro­fy.

Hu­ra­gan dzia­ła jak ol­brzy­mia pral­ka po­wie­trza, jak wiel­ki od­ku­rzacz, któ­ry cza­sem każ­de­mu z nas by się przy­dał. Może hu­ra­gan też jest sta­nem du­szy. Sta­nem du­szy po­go­dy. Ale te­raz nie wiem, czy do­kład­nie mnie ro­zu­mie­cie. Moja pani dok­tor twier­dzi, że cza­sa­mi mó­wię zbyt za­wi­le. Ale że to nie szko­dzi, bo ona i tak wie, co mnie drę­czy i de­ner­wu­je. Do­brze, że cho­ciaż ktoś to wie.

Adept przy­szło­ści

21 wrze­śnia 1973 roku uro­dzi­łem się w na­szym mie­ście ja i dzie­się­cio­ro in­nych adep­tów przy­szło­ści. Je­de­na­stu świe­żo upie­czo­nych oj­ców z na­sze­go mia­sta wy­ru­szy­ło za­pić swo­je wiel­kie szczę­ście, o któ­rym my­śle­li, że po­trwa całą wiecz­ność. Wró­ci­li póź­no w nocy w uwa­la­nych gar­ni­tu­rach z te­si­lu i z roz­ma­za­ną szmin­ką na po­licz­kach.

Tego sa­me­go dnia, do­kład­nie o dzie­sią­tej rano, otwar­to ho­tel na wzgó­rzu, w któ­rym dzi­siaj miesz­kam. I w któ­rym też pra­cu­ję. I któ­ry zbu­do­wa­no tyl­ko dzię­ki nie­szczę­śli­we­mu wy­pad­ko­wi, za któ­rym stał mój dzia­dek. I w któ­rym Jégr się na mnie wy­dzie­ra, bo też tu pra­cu­je, a od cza­su do cza­su wy­dzie­ram się na nie­go ja, bo mo­men­ta­mi Jégr jest nie­zno­śny. Jego zda­niem nie­zno­śny to je­stem przede wszyst­kim ja. Ale może to tyl­ko wina tej wy­so­ko­ści, któ­ra z ludź­mi wy­pra­wia róż­ne rze­czy.

Nasz Gran­dho­tel stoi na wy­so­ko­ści ty­sią­ca dwu­na­stu me­trów nad po­zio­mem mo­rza. Cza­sa­mi od­no­szę wra­że­nie, że to nie jest ho­tel, tyl­ko wiel­ka fa­bry­ka chmur. Wy­star­czy się ro­zej­rzeć. Na ta­kiej wy­so­ko­ści chmu­ry usta­wia­ją się jed­na za dru­gą w ko­lej­ce przed na­szy­mi ocza­mi. Taka wy­so­kość po­tra­fi na czło­wie­ku zro­bić wra­że­nie.

Ho­tel otwar­to z wiel­ką pom­pą, z jaką za­wsze wita się przy­szłość, o któ­rej my­śli­my, że na wiecz­ne cza­sy bę­dzie świe­tla­na, ale ni­g­dy tak nie jest, jak ma­wia Franz. Przy­szłość za­zwy­czaj szyb­ko ga­śnie. O tym jed­nak nikt wte­dy nie my­ślał, a ja to ro­zu­miem.

Ze sto­li­cy przy­je­cha­ła te­le­wi­zja i na­krę­ci­ła dzie­się­cio­mi­nu­to­wy re­por­taż. Wy­stą­pi­ła miej­sco­wa or­kie­stra dęta, któ­ra za­gra­ła osiem po­lek, sześć wal­czy­ków i nie­spo­dzie­wa­nie jed­ne­go blu­esa, przy któ­rym nikt nie tań­czył. Pio­nie­rzy wrę­czy­li bu­dow­ni­czym czter­dzie­ści czer­wo­nych goź­dzi­ków.

Zje­dzo­no trzy­sta pięć­dzie­siąt trzy ka­nap­ki z szyn­ką, wy­pi­to dwie­ście pięć­dzie­siąt trzy piwa oraz dzie­sięć bu­te­lek praw­dzi­wej ra­dziec­kiej wód­ki. Trzy­dzie­stu go­ści na dru­gi dzień mia­ło kaca. Dwóch wy­mio­to­wa­ło jesz­cze na­stęp­ne­go wie­czo­ru.

List gra­tu­la­cyj­ny wy­słał na­wet pre­zy­dent kra­ju, cho­ry ge­ne­rał, któ­ry po­ko­nał na­zi­stów na Prze­łę­czy Du­kiel­skiej. Ale list zgu­bił się na po­czcie. Pew­nie, że nie by­łem na­ocz­nym świad­kiem. Jégr mi opo­wia­dał. A on wie wszyst­ko. Był kie­row­ni­kiem w skle­pie sa­mo­ob­słu­go­wym. I nie tyl­ko. Ale do tego jesz­cze doj­dę.

A więc tu miesz­kam i pra­cu­ję

A więc tu miesz­kam i pra­cu­ję. W Gran­dho­te­lu na gó­rze Je­štěd. Przed­tem szczyt na­zy­wał się Je­sch­ken. A wcze­śniej Je­sch­ken­berg. A wcze­śniej Je­schen­ber­ge. A wcze­śniej Jes­stied. A wcze­śniej Jes­stiedr. Na­zwa szczy­tu ma po­noć coś wspól­ne­go z ja­kimś je­żem albo ja­kąś ja­ski­nią. Jeże tu są. Ja­ski­nie też. Albo coś w sty­lu ja­skiń. Dziu­ry w zie­mi.

A więc tu miesz­kam i pra­cu­ję. W zwę­ża­ją­cej się ku gó­rze okrą­głej ra­kie­cie o wy­so­ko­ści dzie­więć­dzie­się­ciu me­trów. Zbu­do­wa­no ją z alu­mi­nium, z któ­re­go ro­bi­ło się noże i wi­del­ce na obo­zy pio­nie­rów, oraz z la­mi­na­tu, z któ­re­go robi się ca­noe i py­chów­ki na obo­zy skau­tów. Ni­g­dy nie by­łem skau­tem, a z pio­nie­rów mnie wy­rzu­ci­li. Ale do tego jesz­cze doj­dę.

Pra­cu­ję w ho­te­lu, któ­ry nie ma kan­tów, ale i tak moż­na roz­bić so­bie w nim gło­wę i stra­cić ro­zum. W ho­te­lu, w któ­rym wszyst­ko jest okrą­głe, w któ­rym moż­na za­błą­dzić rów­nie ła­two jak we mgle, w wiel­kim mie­ście albo jak w sa­mym so­bie. A to się cza­sem zda­rza. Nie tyl­ko mnie, ale każ­de­mu, więc czło­wiek po­wi­nien być na to przy­go­to­wa­ny. Tak mówi moja pani dok­tor.

W ho­te­lu, nad któ­rym za­czy­na się nie­skoń­czo­ność, w ho­te­lu, któ­ry nie­kie­dy na całe ty­go­dnie, mie­sią­ce, a może na­wet lata zni­ka w chmu­rach albo nad chmu­ra­mi, więc nikt go nie szu­ka. W ho­te­lu, po któ­rym hula wiatr i któ­rym wiatr ko­ły­sze z taką ła­two­ścią, jak­by to był za­po­mnia­ny sta­tek na Oce­anie In­dyj­skim. A nam z pó­łek spa­da­ją kub­ki i ta­le­rze, a bla­de i wy­stra­szo­ne pa­nien­ki z po­ko­jów przy­cho­dzą do Jégra i on im roz­da­je prze­ter­mi­no­wa­ny avio­ma­rin, żeby zno­wu wszyst­kie­go nie zwy­mio­to­wa­ły i że­bym ja nie mu­siał póź­niej tego sprzą­tać.

W ho­te­lu, któ­ry jest ste­rem mo­je­go ży­cia i któ­ry wbi­ja się w nie­bo jak ostra igła. Cza­sa­mi od­no­szę wra­że­nie, że tuż nad nami krwa­wi nie­bo. Ale może to tyl­ko za­chód słoń­ca.

A więc tu miesz­kam i pra­cu­ję. Za­gu­bio­ny w naj­pięk­niej­szym miej­scu świa­ta, gdzie koń­czy się zie­mia, a za­czy­na nie­bo. No­szę wa­liz­ki, opróż­niam po­piel­nicz­ki, uzu­peł­niam pre­zer­wa­ty­wy w szu­fla­dach, wy­cie­ram ku­rze, sprzą­tam, wy­mie­niam po­psu­te kra­ny i po­pę­ka­ne ka­fel­ki. Je­stem Fle­isch­man do wszyst­kie­go. Piję żół­tą le­mo­nia­dę, jem wa­fel­ki, co­dzien­nie trzy le­mo­nia­dy i trzy wa­fel­ki. Spo­ty­kam lu­dzi, któ­rych już tu nie ma i pod­glą­dam lu­dzi, któ­rzy tu są, lu­dzi w po­ko­jach, głów­nie dziew­czy­ny. A cza­sem też ra­tu­ję inne dziew­czy­ny, któ­re przy­jeż­dża­ją się do nas za­bić, dla­te­go że naj­pięk­niej­sze miej­sca na świe­cie mają ma­gicz­ną moc przy­cią­ga­nia. Jak na przy­kład Wie­ża Eif­fla. Albo Dia­bel­ski Młyn w Wied­niu.

A więc tu miesz­kam i pra­cu­ję, ale przede wszyst­kim trzy razy dzien­nie mie­rzę po­go­dę, pi­szę pa­mięt­nik i ob­ser­wu­ję chmu­ry. Cze­kam, co przy­nio­są no­we­go i czy za­bio­rą to sta­re, dla­te­go że po­go­da i chmu­ry są na po­cząt­ku wszyst­kie­go, wszyst­kich ludz­kich roz­mów i wszyst­kich hi­sto­rii, i będą też na ich koń­cu. Rów­nież na koń­cu tej hi­sto­rii.

Mó­wię to wszyst­ko bez ogró­dek, bo nie chcę już mieć żad­nych ta­jem­nic.

Nie­bo jest jesz­cze błę­kit­ne

Po­go­dyn­ka. Ba­ro­metr. So­pel. Ter­mo­metr. Chmu­ro­mir. Tak na mnie mó­wi­li, kie­dy cho­dzi­łem do szko­ły. Ale też Krzy­woń, Smar­kuś i Te­sil.

Nie, ko­le­dzy z kla­sy za bar­dzo mnie nie lu­bi­li. Ale wy­da­je mi się, że tych pierw­szych pięć ksy­wek było lep­sze. A ra­czej bar­dziej traf­ne. Otóż pierw­sze sło­wo, ja­kie wy­po­wie­dzia­łem, brzmia­ło chmu­ra.

Ale nie mogę mieć żalu do swo­ich ko­le­gów. Mie­li ra­cję. Na­praw­dę mam tro­chę krzy­wą gło­wę po wy­pad­ku. Od tego cza­su mam też ka­tar i wciąż po­cią­gam no­sem. A spodnie z te­si­lu, nie­gnio­tą­ce­go się sztucz­ne­go ma­te­ria­łu, ku­po­wał mi za­wsze na Gwiazd­kę tato. Brą­zo­we. Czar­ne. Sza­re. In­nych ko­lo­rów chy­ba nie było do wy­bo­ru. Nie mo­głem mu wy­ja­śnić, że piją w kro­cze, po­nie­waż wsty­dzi­łem się przed nim po­wie­dzieć sło­wo kro­cze. Moja pani dok­tor mówi, że to nor­mal­ne, że każ­dy czło­wiek ma sło­wo, któ­re­go się wsty­dzi.

Ale ja za­wsze by­łem bar­dzo wsty­dli­wy.

Rów­nież wte­dy, kie­dy sze­dłem po raz pierw­szy do szko­ły. Tego dnia świe­ci­ło słoń­ce, wiał de­li­kat­ny wiatr, a błę­kit­ne nie­bo roz­le­wa­ło się aż po ho­ry­zont. Na po­cząt­ku wszyst­kich hi­sto­rii i fil­mów nie­bo jest błę­kit­ne, za­uwa­ży­li­ście? Do mo­men­tu, w któ­rym skądś nad­cią­gną chmu­ry. Ja wiem, skąd nad­cią­ga­ją. Mam nosa do chmur.

– Jaki bę­dziesz? – spy­ta­ła mnie mama przed wej­ściem do szko­ły.

– Grzecz­ny.

– Do­brze – po­wie­dzia­ła, po­gła­ska­ła mnie i po­ca­ło­wa­ła w po­li­czek. Po­tem od­wró­ci­ła się i po­szła. Pa­trzy­łem na nią, po­do­ba­ło mi się, jak fa­lo­wa­ła jej su­kien­ka. Słu­cha­łem stu­ka­nia jej ob­ca­sów. Za­trzy­ma­ła się na chod­ni­ku. Na przej­ściu po­pa­trzy­ła po­wo­li w jed­ną i dru­gą stro­nę. Prze­je­chał sa­mo­chód. Prze­cze­sa­ła dło­nią wło­sy i prze­szła przez uli­cę.

Wła­śnie tak ją so­bie przy­po­mi­nam w dro­bin­kach ku­rzu, któ­re moja pani dok­tor na­zy­wa wspo­mnie­nia­mi: stoi na skra­ju uli­cy, po­wo­li się roz­glą­da, cze­ka, aż prze­je­dzie sa­mo­chód i prze­cze­su­je dło­nią wło­sy. Pa­trzy na te, któ­re jej zo­sta­ły mię­dzy pal­ca­mi i wy­pusz­cza je na wiatr. Tak po pro­stu. Ele­ganc­ko. Czy­sto, je­śli wie­cie, o co mi cho­dzi. A mi się wy­da­je, że w tej chwi­li na mo­ment za­trzy­mu­je się czas. Sa­mo­chód prze­jeż­dża, mama wkra­cza na przej­ście, prze­cho­dzi na dru­gą stro­nę i nie­bo jest jesz­cze przez chwi­lę błę­kit­ne.

Gar­bus

Być może my­śli­cie, że chcę się uża­lać nad sobą, że chcę was za­mę­czać swo­imi trau­ma­mi. Wy­rzu­cić gnój, któ­ry no­szę w gło­wie, jak ma­wia moja pani dok­tor, kie­dy za­cho­wu­ję się nie­zro­zu­mia­le i ona się de­ner­wu­je, co jed­nak nie zda­rza się czę­sto. Tyl­ko wte­dy, gdy za­glą­dam jej do to­reb­ki, a ona wra­ca z to­a­le­ty o se­kun­dę za wcze­śnie. Póź­niej mówi, że już jej nie in­te­re­su­je ten gnój z mo­jej gło­wy i że­bym spa­dał. A kie­dy je­stem przy drzwiach, za­czy­na się bać, że mógł­bym na­praw­dę spaść, na przy­kład z ja­kie­goś wy­so­kie­go okna, i mia­ła­by mnie na su­mie­niu, i może z tego po­wo­du przy­je­cha­ła­by do niej te­le­wi­zja, i ona mu­sia­ła­by o mnie opo­wia­dać.

A więc na­gle robi się miła i pięk­na i mówi:

– Przyjdź w przy­szłym ty­go­dniu, do­brze?

A ja po­ta­ku­ję. Jak za­wsze.

A po­tem prze­waż­nie daje mi za­da­nie. Że­bym na przy­kład na­ry­so­wał ja­kiś ob­ra­zek. Jaki? Po pro­stu ja­kiś. Na przy­kład drze­wo. Ho­tel. Chmu­rę. Pani dok­tor i tak za­wsze wi­dzi w nim coś zu­peł­nie in­ne­go i za­zwy­czaj jest to zwią­za­ne z sek­sem. Albo z mo­imi ro­dzi­ca­mi. Z mo­imi pra­gnie­nia­mi.

Może tak. Może te­raz chcę wy­wa­lać swój gnój. Ale może za­ra­zem nie. Może chcę tyl­ko po­wie­dzieć, że to nie ja mia­łem w szko­le naj­go­rzej. Cho­dził do niej też Gar­bus, któ­ry nie wi­dział na jed­no oko, wy­krzy­wiał mu się krę­go­słup i nie mu­siał cho­dzić na wuef. Jego mógł kop­nąć każ­dy. Na­wet ja. Pew­nie, zro­bi­łem to. I to nie­raz.

Chcia­łem po­wie­dzieć, że do­brze jest móc cza­sa­mi ko­goś kop­nąć, kie­dy czu­je­cie, że ktoś ma go­rzej od was. To coś jak sport. Moż­na od­re­ago­wać. Ale tak samo, jak nie­kie­dy mogą my­lićta­be­le ligi pił­kar­skiej, tak wpro­wa­dza w błąd i to. Jégr cza­sem mnie wal­nie, po­nie­waż my­śli, że ma le­piej ode mnie. Ale ja wiem, że ma go­rzej. Tak samo jak Pat­ka. Albo Franz. Albo Ilja. Ale do nich wszyst­kich jesz­cze doj­dę.

Mię­dzy Is­lan­dią, Or­ka­da­mi a Ir­lan­dią

Mi­nę­ło kil­ka mie­się­cy i kil­ka lat. Kil­ku rze­czy w tym cza­sie do­świad­czy­łem. Na przy­kład le­cia­ła mi z nosa praw­dzi­wa ju­cha.

Mama prze­sta­ła mnie od­pro­wa­dzać do szko­ły, więc ko­le­dzy z kla­sy mie­li o je­den po­wód mniej, żeby się ze mnie śmiać. Ale i tak śmia­li się ze mnie wy­star­cza­ją­co czę­sto. A ja mia­łem to gdzieś.

Tato za­pi­sał mnie na ho­kej, dla­te­go że w zdro­wym cie­le miesz­ka zdro­wy duch, a może też coś wię­cej. A kie­dy on był mło­dy, to też grał w ho­ke­ja. I jesz­cze w sza­chy, na skrzyp­cach i wy­gry­wał olim­pia­dy che­micz­ne.

Nie mogę po­wie­dzieć, żeby mi nie szło na lo­do­wi­sku. Ale żeby mi szło ja­koś świet­nie, to też nie. Nie chcie­li mnie w ata­ku, więc dali mnie na bram­kę. Ale jak mó­wi­łem – nie na­rze­kam. Taki Gar­bus to w ogó­le z nami nie grał. I już chy­ba ni­g­dy nie za­gra. Gar­bus nie żyje od pię­ciu lat. Krę­go­słup wy­krzy­wił mu się tak, że za­po­mniał od­dy­chać.

– Gdzie się ga­pisz, Chmu­ro­mi­rze? – krzy­cze­li na mnie chłop­cy, kie­dy pu­ści­łem gola.

Po­tem z ko­lei krzy­czał na mnie tato. Tato chciał, że­bym był taki jak on. Że­bym grał w ho­ke­ja, na skrzyp­cach i cho­dził po­rząd­nie ubra­ny.

Cho­dzi­łem więc po­rząd­nie ubra­ny. Żad­nych ko­szu­lek z San­do­ka­nem. Żad­nych dżin­sów. Tyl­ko spodnie pi­ją­ce w kro­czu.

– Kie­dy za­brak­nie te­si­lu, co bę­dziesz no­sił, de­bi­lu? – krzy­cze­li za mną ko­le­dzy po szko­le, a ja ucie­ka­łem dłu­gą uli­cą do domu. Ale nie ucie­ka­łem wy­star­cza­ją­co szyb­ko. W koń­cu mnie zła­pa­li i przy­wią­za­li do drze­wa. Cze­ka­li, aż się roz­be­czę.

– Za­mru­gaj – po­wie­dział je­den.

– Za­śpie­waj – po­wie­dział dru­gi.

– Za­re­cy­tuj – po­wie­dział trze­ci.

Nie da­łem się wy­pro­wa­dzić z rów­no­wa­gi. Na­wet kie­dy roz­pię­li mi roz­po­rek i wy­cią­gnę­li siu­sia­ka. Wszyst­ko wi­sia­ło już na wło­sku, ale, jak się ma­wia, sta­ną­łem na wy­so­ko­ści za­da­nia. Pa­trzy­łem na chmu­ry, któ­re su­nę­ły ni­sko nad uli­cą. Na chmu­ry, któ­re nio­sły deszcz znad Mo­rza Pół­noc­ne­go, i na­gle zro­zu­mia­łem. Mam na my­śli wszyst­ko, o chmu­rach i o mnie. Uspo­ko­iło mnie to. Wie­dzia­łem, że za­raz za­cznie pa­dać i chłop­cy uciek­ną do domu. A „za­raz” przy­szło na­tych­miast. Lu­nął deszcz, chłop­cy wpraw­dzie ucie­kli, ale za­po­mnie­li mnie od­wią­zać. No i jesz­cze przed tym każ­dy z nich wy­mie­rzył mi po­li­czek. Fak­tem jest, że wcze­śniej wy­ga­dy­wa­łem o nich róż­ne rze­czy. Zna­łem wszyst­kich, jed­nym z nich był Pat­ka. Tyle że wte­dy jesz­cze na­zy­wał się Lu­děk Be­ránek. I nie miał tej idio­tycz­nej fry­zu­ry, któ­rą kie­dyś pod­pa­trzył w te­le­wi­zji. To tak na mar­gi­ne­sie. Ale do Pat­ki jesz­cze doj­dę.

Sta­łem tam więc przy­wią­za­ny do drze­wa, cie­kło mi z nosa, uli­cą prze­ta­czał się deszcz, woda, któ­rą chmu­ry ze­bra­ły gdzieś mię­dzy Is­lan­dią, Or­ka­da­mi a Ir­lan­dią, tam gdzie po­wsta­ją naj­pięk­niej­sze niże ba­rycz­ne na świe­cie, naj­pięk­niej­sze niże ba­rycz­ne mo­je­go ży­cia. O tym my­śla­łem. Uspo­ka­ja­ło mnie, że je­stem za­le­wa­ny wodą z ta­kiej dali, wodą, któ­ra w chmu­rach prze­le­cia­ła kil­ka ty­się­cy ki­lo­me­trów i wi­dzia­ła Lon­dyn, Bruk­se­lę czy Ham­burg, a w koń­cu spa­dła w Li­ber­cu i rze­ką Nysą od­pły­nę­ła do Mo­rza Bał­tyc­kie­go, póź­niej z po­wro­tem przez cie­śni­ny Kat­te­gat i Ska­ger­rak do Mo­rza Pół­noc­ne­go, do pół­noc­ne­go Atlan­ty­ku, z po­wro­tem na swój po­czą­tek, z po­wro­tem na swój ko­niec, z po­wro­tem tam, gdzie fale są wiel­kie jak domy, a kie­dy się za­ła­mu­ją, mo­rze ję­czy, jak mi raz po­wie­dział Franz. A on to wie­dział, dla­te­go że la­tał my­śliw­cem nad Mo­rzem Pół­noc­nym i dwa razy skoń­czył w tych fa­lach, a raz nie mo­gli go zna­leźć i nie­wie­le bra­ko­wa­ło, a by go tam zo­sta­wi­li.

Ale do Fran­za i do la­ta­nia jesz­cze doj­dę. Do wszyst­kie­go jesz­cze doj­dę. A przede wszyst­kim do sa­me­go sie­bie. Do środ­ka sa­me­go sie­bie. Obie­cu­ję.

Stru­gi wody

Tego dnia pa­dał deszcz, a ja sta­łem przy­wią­za­ny do drze­wa w mie­ście oto­czo­nym gó­ra­mi, pa­trzy­łem na sza­re chmu­ry, słu­cha­łem wia­tru i na ni­ko­go się nie gnie­wa­łem.

By­łem spo­koj­ny. To chmu­ry mnie uspo­ka­ja­ły. To chmu­ry na­uczy­ły mnie wy­ba­czać. Chmu­ry, któ­re tu były przede mną, przed wami, przed szpi­cza­stym ho­te­lem na na­szej gó­rze, przed ko­mu­ni­sta­mi, przed na­zi­sta­mi, przed pił­ka­rza­mi i ho­ke­ista­mi, przed ko­le­ja­rza­mi, pa­nia­mi dok­tor i gra­ba­rza­mi, przed pio­sen­ka­rza­mi, ak­tor­ka­mi i ro­bo­ta­mi, przed całą na­szą hi­sto­rią. Chmu­ry, któ­re tu będą, na­wet jak skoń­czy się hi­sto­ria. A ona się skoń­czy. Po­ka­zy­wa­li to w te­le­wi­zji.

Pa­trzy­łem na nie­bo, z któ­re­go le­cia­ły stru­gi desz­czu. Oprócz tego było ci­cho. I na­gle ktoś się na mnie wy­darł:

– Co ty tu ro­bisz?!

To był mój tato. W tej se­kun­dzie zda­łem so­bie spra­wę, że jest mi zim­no i że ju­tro chy­ba będę cho­ry.

– Kto ci to zro­bił?

– Nor­mal­nie nie wiem.

– Wo­ła­łeś o po­moc?

– Nie.

– Cze­mu nie?

– Nie wiem.

I nie wiem tego do dziś.

Ob­ser­wa­tor chmur

Oj­ciec mnie od­wią­zał. Szli­śmy do domu, szli­śmy koło pu­stych skle­pów, któ­re na­zy­wa­ły się Mer­kur i Du­kla, szli­śmy do na­sze­go wiel­kie­go blo­ku, z któ­re­go tato był dum­ny, dla­te­go że ni­g­dzie w ca­łym kra­ju nie miesz­ka­ło pod jed­nym da­chem tylu lu­dzi, blo­ku, któ­ry wy­glą­dał jak wiel­ki obi­ty kij ho­ke­jo­wy i lu­dzie też tak na nie­go mó­wi­li, blo­ku, na któ­re­go klat­kach scho­do­wych za­wsze ba­łem się być sam. Szli­śmy po­wo­li i było mi zim­no, choć tato po­ży­czył mi swo­ją brą­zo­wą ma­ry­nar­kę.

Do­sta­łem za­pa­le­nia płuc. Le­ża­łem w łóż­ku, od go­rącz­ki krę­ci­ło mi się w gło­wie, czu­łem, jak­by na pier­si le­żał mi wiel­ki ka­mień, któ­re­go nie mo­głem pod­nieść i mama za­mar­twia­ła się z tego po­wo­du. Kil­ka dni prze­spa­łem, ale za­wsze się wzdry­gną­łem, kie­dy o wpół do szó­stej rano we wszyst­kich pię­ciu­set dzie­więć­dzie­się­ciu czte­rech miesz­ka­niach na­sze­go kija ho­ke­jo­we­go lu­dzie rów­no­cze­śnie spusz­cza­li wodę i ja na­gle nic nie sły­sza­łem, na­wet tego, jak od­dy­cham. Czy w ogó­le od­dy­cham. Sły­chać było tyl­ko hu­czą­cą wodę.

Kie­dy do­sze­dłem do sie­bie, pa­trzy­łem na chmu­ry le­cą­ce za okna­mi. Pa­trzy­łem, jak goni je wiatr, i czu­łem, że chmu­ry za­bie­ra­ją też ze mnie moją cho­ro­bę. Te chmu­ry mnie uzdro­wi­ły. Mu­sia­łem o nich my­śleć. Bez prze­rwy. Cią­gle. A kie­dy wró­ci­łem do szko­ły, pani na­uczy­ciel­ka roz­da­ła nam kart­ki i każ­dy miał na­pi­sać, kim chciał­by zo­stać w przy­szło­ści.

Wy­szło to mniej wię­cej tak:

Pię­ciu chłop­ców chcia­ło być kie­row­ca­mi For­mu­ły 1 i roz­bić się na to­rze w Mon­zie. Wśród nich był też Pat­ka.

Trzech chcia­ło po­le­cieć w ko­smos jak Ju­rij Ga­ga­rin.

Dwóch chcia­ło być ma­szy­ni­sta­mi ko­lei trans­sy­be­ryj­skiej.

Na­stęp­ni dwaj chcie­li grać w pił­kę noż­ną w FC To­ri­no albo cho­ciaż w Slo­va­nie Li­be­rec.

Je­den chciał być śmie­cia­rzem.

Je­den Le­ni­nem.

Je­den go prze­bił tym, że chciał być Sta­li­nem. To był Gar­bus.

A je­den chciał być Kar­lem Got­tem.

Czte­ry dziew­czy­ny chcia­ły być ak­tor­ka­mi jak ko­bie­ta za ladą.

Trzy pio­sen­kar­ka­mi jak He­le­na Von­dra­čko­vá.

Dwie na­stęp­ne ba­let­ni­ca­mi.

Dwie inne na­uczy­ciel­ka­mi bio­lo­gii i czes-kie­go.

A jed­na chcia­ła od razu iść na eme­ry­tu­rę.

A ja?

– Ob­ser­wa­tor chmur? Taki za­wód nie ist­nie­je – po­wie­dzia­ła na­uczy­ciel­ka, gdy prze­czy­ta­ła, co na­pi­sa­łem.

– Ist­nie­je. Po­ka­zy­wa­li to w te­le­wi­zji. Tacy lu­dzie miesz­ka­ją w gó­rach i całe dnie pa­trzą w nie­bo.

– Zno­wu chcesz się ze mną kłó­cić, Fle­isch­man?

– Nie, chcę tyl­ko po­wie­dzieć, że to nor­mal­nie pra­ca jak każ­da inna. Mają ze­szy­ty i za­pi­su­ją ro­dza­je chmur.

– To ja pi­szę me­te­oro­log – po­wie­dzia­ła na­uczy­ciel­ka i cała kla­sa za­czę­ła się śmiać. Nie wiem, co jest ta­kie­go śmiesz­ne­go w tym sło­wie. Ale coś mu­sia­ło być. Choć może to ja by­łem śmiesz­ny. Sta­ło się to bo­wiem w tym mo­men­cie. By­łem Po­go­dyn­ką. Ba­ro­me­trem. So­plem. Ter­mo­me­trem. Chmu­ro­mi­rem. Ale jak mó­wi­łem, i tak lep­sze to niż Te­sil.

Au­to­stra­da Pra­ga–Brno–Nie­bo

Za­sta­na­wiam się, co się sta­ło z ludź­mi z mo­jej kla­sy. Albo kim się sta­li. Gott pra­cu­je w kre­ma­to­rium.

Kie­dyś z nim i in­ny­mi chło­pa­ka­mi pod­pa­li­li­śmy trak­tor na bu­do­wie szkol­nej sali gim­na­stycz­nej. To on nad ba­kiem od­pa­lił za­pal­nicz­kę. A przed­tem wrzu­cił do nie­go lont. Nie­źle się faj­czy­ło. Stra­ża­cy przy­je­cha­li w sześć i pół mi­nu­ty. Wzią­łem to tym ra­zem na sie­bie, dla­te­go że nic in­ne­go mi nie po­zo­sta­ło. Wszy­scy ucie­kli. Wy­rzu­ci­li mnie z pio­nie­rów, ale było mi wszyst­ko jed­no. Tyl­ko ta­cie nie.

Gott mó­wił, że jak­bym kie­dyś cze­goś po­trze­bo­wał, to że­bym się do nie­go zwró­cił, że zro­bi dla mnie ab­so­lut­nie wszyst­ko ze wzglę­du na sta­rą przy­jaźń. Po­wie­dzia­łem mu, że pięk­nie dzię­ku­ję, że może kie­dyś się ode­zwę. No i się ode­zwa­łem. Ale do tego jesz­cze doj­dę.

A resz­ta? Von­dráčko­vá pra­cu­je w szpi­tal­nej sto­łów­ce. Pat­ka nie zo­stał Fit­ti­pal­dim, tyl­ko kel­ne­rem u nas w Gran­dho­te­lu. Le­ni­na dwa lata temu po­trą­ci­ła cię­ża­rów­ka na au­to­stra­dzie Pra­ga–Brno–Nie­bo. Po­ka­zy­wa­li to w te­le­wi­zji. Nie był to przy­jem­ny wi­dok. Cię­ża­rów­ka wio­zła dwie tony pla­sti­ko­wych blond la­lek, któ­re wy­sy­pa­ły się na dro­gę. A mię­dzy nimi le­żał po­ła­ma­ny Le­nin z gło­wą ob­ró­co­ną do góry. Pa­dał na nie­go śnieg.

Sta­lin Gar­bus też jest mar­twy. Ale tak poza tym to wszy­scy żyją i do­brze im się wie­dzie. Aku­rat ostat­nio spo­tka­łem na uli­cy Śmie­cia­rza. Na­praw­dę nim zo­stał. Speł­ni­ło się jego ma­rze­nie. Miał po­ma­rań­czo­wy kom­bi­ne­zon, pa­lił pa­pie­ro­sa, prze­kli­nałswo­ją żonę, pluł na swo­je śmie­ciar­skie ży­cie i nie po­znał mnie, na­wet jak go po­zdro­wi­łem.

Gdy­by było ina­czej, pew­nie by mi nie po­wie­dział:

– Od­wal się, pa­lan­cie.