Strona główna » Dla dzieci i młodzieży » Imaginarium. Tom 1. Gildia Wynalazców

Imaginarium. Tom 1. Gildia Wynalazców

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 9788380736450

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Imaginarium. Tom 1. Gildia Wynalazców

Ruszyła machina wyobraźni!

Poznajcie Mariannę – intrygującą dziewczynkę, która od sukienek i falbanek woli wiertarkę i lutownicę!  Całe dnie spędza w warsztacie i konstruuje przeróżne maszyny. Pewnego dnia ojciec Marianny wysyła ją do Francji, do ciotki Isabell Sorel, z czego Marianna nie jest zbyt zadowolona. Aby nieco poprawić jej humor, ciotka zaprasza także Miłosza – najlepszego przyjaciela dziewczynki. Pewnego dnia w piwnicy starej rezydencji dzieci trafiają na drzwi, które prowadzą do… Imaginarium…

Prawdziwa uczta dla wszystkich fanów „Kronik Archeo” i innych powieści Agnieszki Stelmaszyk!

Polecane książki

Zrób to sam. Dekoracje i ozdoby to skarbnica pomysłów! Można tu znaleźć wspaniałe propozycje na ozdoby świąteczne oraz prezenty na różne okazje. Zajrzyj więc do środka i przygotuj własnoręcznie podarunek dla bliskiej ci osoby....
KONTYNUACJA BESTSELLERA „Porady na zdrady. KŁAMCY ZDRADZAJĄ, A ZDRAJCY KŁAMIĄ”. Książka zdobyła nagrodę miesiąca Magazynu Literackiego Książki w 2011   Autorzy po raz kolejny poruszają problematykę niewierności. Doświadczony detektyw udziela czytelnikowi szeregu praktycznych porad, jak w kryzysowej ...
Tom zawiera zestawienie najważniejszych instytucji i organizacji związanych z książką, a także wykaz mediów branżowych. W tomie podsumowujemy sytuację w sektorze targów książki, zamieszczamy również szczegółowy przegląd wszystkich najważniejszych imprez targowych w Polsce....
„Czytam swój dziennik, jakby pisał go ktoś inny. A skoro tak, może ta opowieść wciągnie także kogoś nieznajomego? Chciałbym to sprawdzić, zaryzykować. Na ile da się w takim wyborze, bo to tylko część większej całości, przekazać splot życia? […] Coś z tamtych radości, rozczarowań, bólu, poczucia ...
Celem naukowo-badawczym niniejszej monografii jest przybliżenie odbiorcom zagadnień marketingu usług logistycznych, wskazanie jego istoty i specyfiki, uwarunkowań kierunków jego rozwoju, wykorzystania instrumentów marketingowych w usługach logistycznych. Przedmiotem rozważań jest zbadanie, jak się p...
Dwójka sąsiadów, sześcioletnia Zosia i siedmioletni Franio mają niezwykłą przyjaciółkę – to ruda jak marchewka wiewiórka Julia, która obdarzona jest magicznymi mocami. Wystarczy zastukać trzy razy specjalnym orzeszkiem, a Julia w te pędy pojawia się w pokoj...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Agnieszka Stelmaszyk

Tekst: AGNIESZKA STELMASZYKIlustracje i projekt okładki: ANNA OPARKOWSKARedakcja: ANNA WŁODARKIEWICZKorekta: TERESA ZIELIŃSKA, AGNIESZKA NOWAKSkład i łamanie: BERNARD PTASZYŃSKI© Copyright for text by Agnieszka Stelmaszyk, 2017
© Copyrigth by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Warszawa 2017
All rights reservedWszystkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.Wydanie IISBN 978-83-8073-645-0Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.
Al. Jerozolimskie 94, 00-807 Warszawa
Tel. +48 22 379 85 50, Faks: +48 22 379 85 51
e-mail:wydawnictwo@zielonasowa.plwww.zielonasowa.plKonwersja:eLitera s.c.

Miłosz zsiadł z roweru i oparł go o ścianę Warsztatu Pod Zegarem. Stanął przed wejściem, nad którym wisiał piękny, ręcznie wykuty, niezwykły czasomierz wykonany z licznych kół zębatych. Z wnętrza warsztatu dobiegał głos Marianny, zwanej przez najbliższą rodzinę pieszczotliwie Marysią.

– Regulator napięcia… Tak! Serwa… – mruczała pochylona nad przedziwną machiną. – Hm… Potrzebna jest jeszcze przetwornica.

Uwolniona od szkolnych obowiązków, od wczesnego świtu tego słonecznego czerwcowego poranka Marianna zajmowała się tym, co kochała najbardziej: majsterkowaniem i konstruowaniem różnych urządzeń. Marzyła o tym, by zostać wynalazczynią, jak jej mama.

– Trzeba jeszcze dokręcić… Tu i tam… I… Skończyłam! – Rozpromieniła się.

Wytarła ubrudzone dłonie w zielony roboczy kombinezon i z satysfakcją na umorusanej buzi popatrzyła na swoje najnowsze dzieło.

Nagle przyszła jej do głowy kolejna śmiała myśl.

– A gdyby tak dodać… Hm… – Zmarszczyła brwi.

Często wygłaszała tego typu monologi, doprowadzając do rozpaczy swojego biednego ojca, Stefana, który wolałby oglądać jedynaczkę paplającą wesoło z rówieśniczkami, zamiast widywać ją wciąż z młotkiem lub dymiącą lutownicą w ręku. Spędził wiele bezsennych nocy, rozmyślając o tym, jak sprawić, by z tej energicznej i niepokornej dziewczyny wyrosła dobrze wychowana panienka.

Za to Miłosz lubił Mariannę taką, jaka była, czyli zwariowaną i trochę inną niż wszystkie znane mu dziewczyny.

– Teoretycznie powinien latać! – oznajmiła właśnie Marianna z radością i dumą w głosie, po czym odgarnęła z czoła niesforny rudy kosmyk kręcących się w nieładzie włosów.

– Hej, co słychać? Nad czym pracujesz? – przywitał się Miłosz, po czym stanął na progu warsztatu jak wryty. – Co to takiego? – Spojrzał ze zdumieniem na przyjaciółkę.

– Super, co nie? – Marianna pociągnęła nosem. – To moje najnowsze dzieło – zaprezentowała z zadowoleniem.

Miłosz podszedł bliżej do dzieła i podziwiając je, robił coraz większe oczy. Teraz już wiedział, dlaczego przez ostatnich kilka dni znosili ze złomowiska różne stare graty. Rozpoznał koła zębate, pręty, rurki i fragmenty zardzewiałego roweru.

– Jeszcze kilka spawów i będzie gotowe. – Marianna założyła maskę spawalniczą.

– Ej, chcesz teraz spawać? – Miłosz zawsze bał się tych drobnych, furkoczących na wszystkie strony iskier. Jego mama nie pozwalała mu używać nawet młotka, natomiast Marianna swobodnie operowała wieloma o wiele groźniejszymi narzędziami.

– Ta dziewczyna kiedyś puści z dymem cały dom wraz z ojcem! – przepowiadała Halina Pcińska, mama Miłosza. – Biedny Stefek… Tak, mówię wam – powiedziała poprzedniego dnia przy obiedzie. – Ona jest dziwna, tak samo szalona jak jej matka, świeć Panie nad jej duszą. – Westchnęła wymownie. – A ty, Miłoszku, jeśli nie przestaniesz się z nią zadawać, też marnie skończysz.

„Miłoszek” wcale nie był o tym przekonany. Przy Mariannie nauczył się już bardzo wiele, o wiele więcej niż w domu. Nie śmiał się przyznać, że to dzięki niej potrafi używać wkrętarki, która w oczach jego mamy była równie niebezpiecznym urządzeniem jak wiertarka udarowa czy młot pneumatyczny.

Niekiedy zdarzało mu się buntować przeciwko nadopiekuńczości swojej rodzicielki, jak właśnie poprzedniego dnia, gdy mama po raz setny wypomniała mu, że zadaje się z tą dziewczyną.

– Mamo, ja też chciałbym coś czasem zbudować, choćby karmnik dla ptaków, proszę! Mam dwanaście lat! A niedługo skończę trzynaście.

– Wykluczone! Karmnik można kupić w sklepie, w każdym markecie budowlanym. Mógłbyś sobie uciąć palce piłą. Wujek Leon też nie ma palca…

I mama zaczęła roztaczać najbardziej krwawe wizje, podparte groźnymi wypadkami, którym ulegali członkowie jej bliższej lub dalszej rodziny. A trzeba przyznać, że pamięć do tych zdarzeń miała wyjątkową. Opowiadać zaś potrafiła tak sugestywnie, że Miłoszowi ciarki przebiegały po plecach i po każdej takiej historii przez jakiś czas bał się dotykać nawet zwykłych gwoździ.

Jego ojciec, pan Gutek, ośmielił się wtrącić:

– Kochanie, aż dziw bierze, że wszyscy tak długo żyjecie, skoro twoja rodzina jest taka pechowa.

Szkoda, że tata tak rzadko bywał w domu. Jako zawodowy kierowca ciężarówki spędzał mnóstwo godzin w trasie. Mama Miłosza powtarzała, że to właśnie z tego powodu „na tym pokładzie” (miała na myśli ich dom) dowodzi sama. Była admirałem, komandorem i strażniczką domowego ogniska w jednej osobie. I decydowała o losie swojej załogi, czyli męża, syna i dwójki nieznośnych pięcioletnich bliźniąt.

Młodsze rodzeństwo potrafiło Miłoszowi naprawdę nieźle grać na nerwach i dawać w kość. To właśnie przez bliźnięta nie można było używać w domu żadnych niebezpiecznych narzędzi. Miłosz uważał, że to niesprawiedliwe, że to one powinny mieć się na baczności, a nie on, ale admirał, czyli mama, miał na ten temat odmienne zdanie. Dlatego chłopiec, gdy tylko mógł, pędził do Marianny, a jej Warsztat Pod Zegarem, który był pełen „okropnie niebezpiecznych urządzeń” (to też słowa pani Haliny), wydawał mu się miejscem magicznym i niezwykłym, w którym można było stworzyć istne cuda.

Podczas pracy nie ustrzegli się rzecz jasna drzazg i zadrapań, ale Marianna zawsze miała pod ręką apteczkę, płyn dezynfekujący i plastry. Żadnemu z dzieci nie stała się nigdy większa krzywda, choć pani Pcińska niezmiennie wieszczyła, widząc kolejny plaster na palcu syna, że z pewnością stanie się to w bliższej lub dalszej przyszłości.

Gdy w szkole wybrzmiewał ostatni dzwonek, pani Halina zaczynała drżeć o zdrowie i życie swojego pierworodnego. Ta Marianna mieszkała niestety po sąsiedzku, przy ulicy Rumiankowej pod numerem czterdziestym ósmym, i biedny Miłoszek zamiast opiekować się bliźniętami, wolał wyrywać się do jaskini zła wszelakiego, czyli warsztatu pełnego „narzędzi do tortur” (jak jego mama nazywała skrzynki ze śrubokrętami i piłami).

Pani Halina nie mogła mieć pretensji do biednego Stefka (którego darzyła sympatią, bo był przystojnym wdowcem). Kto to widział, żeby mężczyzna w pojedynkę musiał radzić sobie z wychowywaniem córki… Czasem dawała mu dobre, sprawdzone rady, jak powinien się do tego zabierać, ale on, nie wiedzieć czemu, puszczał je mimo uszu, czego pani Pcińska nie chciała przyjąć do wiadomości.

– Ta Marianna jest tak rozpuszczona, że on wcale nie może nad nią zapanować – rzekła do znajomej w trakcie telefonicznej pogawędki, podczas gdy bliźniaki wyły wniebogłosy, wyrywając sobie zabawki.

Dzieci znajomej również wrzeszczały, więc obie panie mówiły do siebie coraz głośniej, żeby przekrzyczeć cały ten rejwach.

– Potrzeba mu dobrych metod pedagogicznych i…

Czego jeszcze potrzeba panu Stefanowi, żeby ujarzmił swoją córkę, tego Miłosz już nie usłyszał, bo wykorzystał chwilę nieuwagi matki, wybiegł z domu, wsiadł na rower i popędził jak na skrzydłach do t e j M a r i a n n y, która ostatnio była dość tajemnicza i nie chciała mu zdradzić, co konstruuje. Musiało to być jednak coś wyjątkowego.

Kiedy chłopak ujrzał niezwykłe dzieło przyjaciółki, najpierw oniemiał, a potem poczuł ogromne zniecierpliwienie. Chciał jak najszybciej dowiedzieć się, do czego służy nowy wehikuł.

– Co to właściwie jest? – zapytał.

– Jeszcze go nie nazwałam. – Marianna podrapała się po nieco zadartym, ubrudzonym smarem nosie. – Może coś zaproponujesz?

– Wygląda jak skrzyżowanie roweru z lotnią i motorem, i… Czym jeszcze? Czy to lata?

– Jasne! Co powiesz na krótką wycieczkę?

– A jesteś pewna, że nic sobie nie zrobimy? – spytał z rezerwą Miłosz.

– Nie. – Marianna potrząsnęła burzą miedzianozłotych loków.

– „Nie” w sensie, że nic nam nie grozi, czy „nie” w sensie, że nie jesteś pewna?

– Nie mogę obiecać, że nie spadniemy, bo to prototyp – odparła dziewczyna z rozbrajającą szczerością. – Jeszcze go nie testowałam – dodała.

– Czyli jak zwykle mam być twoim królikiem doświadczalnym? – jęknął Miłosz.

– Ktoś musi. – Marianna zaśmiała się przewrotnie. – Nie martw się, polecę z tobą. Specjalnie zaprojektowałam ten pojazd tak, byśmy oboje się zmieścili.

– Zrobiłaś to z myślą o… – Miłosz przełknął ślinę – …o mnie?

Poczuł ciepło na sercu. Przez niesforne młodsze rodzeństwo rzadko bywał na pierwszym miejscu listy priorytetów swojej mamy, a przynajmniej tak mu się wydawało. Dlatego też gest przyjaciółki, która zaprojektowała wehikuł specjalnie z myślą o nim, przyprawił go o szybsze bicie serca.

Marianna odpowiedziała na jego pytanie dopiero po chwili.

– Zaprojektowałam wehikuł dwuosobowy, bo przecież nie polecę sama. Poza tym – dodała – potrzebne mi są twoje nogi. – W błękitnych oczach dziewczyny zamigotały wesołe iskierki.

Miłosz spojrzał na swoje opalone łydki.

– Moje nogi?

– No wiesz, chodzi o napęd! Niestety, silnik jest dość słaby i konieczny będzie dodatkowy napęd w postaci siły naszych mięśni. – Młoda konstruktorka zaśmiała się. – Dlatego potrzebuję pasażera.

Miłosz przyjął do wiadomości fakt, że jego łydki mają odegrać niebagatelną rolę i przysłużyć się być może do rozwoju awioniki, ale nagle łypnął podejrzliwie na Mariannę.

– Czy ty się gdzieś wybierasz?

– Uhm – przytaknęła. – Uciekam.

– Uciekasz? – Miłosz rozdziawił szeroko usta. – A dokąd?

– Nie wiem, może do Urdżybukitystanu. – Dziewczyna podrapała się po głowie. – Jeszcze nie zdecydowałam.

Tym razem Marianna zadziwiła nawet samego Miłosza, którego zwykle nie szokował żaden, nawet najbardziej zwariowany pomysł przyjaciółki.

– Dlaczego akurat do Urdżybukitystanu? Czy tam jest bezpiecznie?

Chcąc nie chcąc, Miłosz był nieodrodnym synem swojej matki i ta nieodrodność czasami dawała o sobie znać.

– Nie wiem. – Marianna wzruszyła ramionami.

Miłosz postanowił, że koniecznie poczyta w domu o tym dziwnym kraju, którego nazwy nigdy wcześniej nie słyszał. Chciał się dowiedzieć, czy przypadkiem nie trwa tam jakaś wojna albo nie panuje wyjątkowo okrutny reżim czy coś podobnego. Nie chciałby przecież trafić w sam środek walk albo do więzienia, do jednej celi z groźnymi przestępcami.

Tymczasem Marianna uzasadniła swój plan.

– Wydaje mi się, że tam będzie wystarczająco daleko od domu. – Ciężko westchnęła.

– Chcesz uciec z domu? Ale dlaczego? – Myśl, która nagle olśniła Miłosza, zaczęła pęcznieć tak szybko, że po chwili nie mieściła mu się w głowie. – Przecież masz tak fajnie! – wykrzyknął. – I masz ten… – wykonał szeroki gest ręką – …cudowny warsztat! Chcesz to wszystko porzucić? – Nie dowierzał.

Niepojęte! Ile on by oddał (ot, choćby te niesforne bliźniaki), żeby mieć taki warsztat! I do tego spokojny dom, w którym cisza aż biła po uszach, bo nikt nie wrzeszczał, nie pluł, nie tupał i nie ryczał całą noc z powodu wyrzynającego się zęba.

Na twarzy chłopca zagościła zgroza.

– Chyba nie wiesz, co robisz! A twój tata? Czy on o tym wie?

– Zwariowałeś? Przecież nie mogę mu powiedzieć, skoro uciekam właśnie od niego.

– O rany! Czym ci tak zalazł za skórę?

– Tym, że chce mi odebrać ten warsztat! – Marianna z naburmuszoną miną ujęła się pod boki.

– Bujasz! Przecież należał… – Miłosz urwał na chwilę. – Przecież należał jeszcze do twojej mamy – dokończył nieco ciszej, bo to był drażliwy temat.

– No właśnie! – Marianna tupnęła nogą. – Mam do niego prawo! Ale tata powiedział, chyba pod wpływem dobrych rad pewnej pani – popatrzyła znacząco na przyjaciela, który w mig domyślił się, kogo ma na myśli – że jestem za mało dziewczęca! Wyobrażasz to sobie? – Obcęgi, którymi wymachiwała, wyfrunęły jej z ręki i zatoczyły łuk nad głową Miłosza, który w porę zdążył się uchylić, po czym z hukiem uderzyły o posadzkę. – Jestem za mało dziewczęca! Bo mam być taka jak inne dziewczyny. Czyli jaka?! – zapytała retorycznie z szewską pasją w głosie. – Mam obgadywać koleżanki, tweetować, ewentualnie gadać o fatałaszkach? – zapytała ze zgrozą.

– Nie wszystkie dziewczyny są takie – ośmielił się, zresztą zgodnie z prawdą, wtrącić Miłosz, ale Marianna wcale go nie słuchała.

– Ucieknę i już! – oświadczyła, a dla podkreślenia swojej decyzji znowu tupnęła nogą. – I to zanim tata wyśle mnie na wakacje do Francji, do tej starej, okropnej ciotki!

– Do Francji? – Miłosz zrobił wielkie oczy. – Tata wysyła cię do Francji? – Omal nie dostał pomieszania zmysłów z wrażenia. – A ty nie chcesz tam jechać? – To już w ogóle było dla niego niepojęte.

Gdyby ktoś zapragnął go wysłać na wakacje za granicę, wcale nie chciałby z tego powodu uciekać z domu. Wręcz przeciwnie, skakałby z radości! Ale nieprędko będzie skakał z radości akurat z tego powodu, bo przez bliźniaki jego rodziców nie było stać na zagraniczne wojaże.

W jego rodzinie w pierwszej kolejności były brane pod uwagę potrzeby Poldka i Klary, a że te jamochłony (jak czasem złośliwie nazywał brata i siostrę, ponieważ pochłaniali niezliczone ilości jedzenia i czasu jego mamy) miały ogromne potrzeby, mógł być pewien, że nieprędko zobaczy Paryż, Berlin czy Londyn. Chyba że w telewizji. Ale to się nie liczyło wobec perspektywy, jaką miała przed sobą Marianna.

– Też byś się buntował, gdyby chciano cię zniewolić i odebrać ci warsztat – prychnęła w odpowiedzi dziewczyna. – Moja ciotka mieszka tam od bardzo dawna i jest w połowie Francuzką. Tata mówi, że jedynie ona jest w stanie nauczyć mnie dobrych manier i ogłady. Phi! – Wsadziła ręce do kieszeni. – Mówi też, że powinnam spędzić trochę czasu z ciocią, czyli kobietą, bo wciąż jestem tylko z nim. Czas, żebym porozmawiała z kimś o kobiecych sprawach. Ale ja mam to w nosie!

Im dłużej Miłosz słuchał wywodów Marianny, tym bardziej był pewien, że pan Stefan nie miał złych intencji.

– Twój tata pewnie się o ciebie martwi. I chce ci zafundować fajne wakacje – pocieszał przyjaciółkę.

– Tak naprawdę to ta ciotka mnie zaprosiła. Chociaż wcale jej nie znam i nie chcę poznać. Umówili się pewnie z tatą. A wszystko po to, żeby odebrać mi warsztat! Ale ja ich przejrzałam. – Marianna pogroziła pięścią.

Miłosz stwierdził, że to chyba zbyt duża nadinterpretacja planów pana Stefana, ale wiedział, że jak Marianna raz wbije sobie coś do głowy, trudno jej to potem z niej wybić.

– Jutro uciekamy! – oznajmiła.

Miłosz się przeraził.

– Tak szybko?! Ale… Ale dlaczego ja też mam uciekać?

Naraz poczuł, że niepewny los emigranta w jakimś Urdżybukitystanie wcale mu nie odpowiada, a co gorsza, nawet go przeraża. Gdzie będzie spał? Co będzie jadł? Skąd weźmie pieniądze?

Marianna te poważne wątpliwości zbyła jednak wzruszeniem ramion.

– Jeszcze pytasz dlaczego? – prychnęła oburzona. – Bo ta stara, okropna ciotka ciebie też zaprosiła! Mój tata pewnie właśnie rozmawia z twoją mamą. To co, uciekamy? – Uśmiechnęła się zachęcająco.

Miłosz miał minę, jakby strzelił w niego piorun.

Stara, okropna ciotka, czyli madame Isabelle Sorel (nazywana przez polską rodzinę po prostu ciocią Izabelą), z niecierpliwością czekała na przyjazd swojej młodej krewnej. Kiedy więc kilka dni później Marianna i jej przyjaciel Miłosz wysiedli z samochodu pana Stefana, prędko wyszła przed dom, aby powitać gości.

Była to starsza, wysoka, dystyngowana kobieta o szczupłej talii, przyjaznej, miłej twarzy i kasztanowych włosach zaczesanych w kok. Miała na sobie nienagannie uprasowaną białą jedwabną bluzkę z wiązaną krawatką, rozkloszowaną spódnicę i czarne czółenka.

– Jakże się cieszę, że was widzę! – Rozłożyła ramiona, by uściskać nowo przybyłych.

– A ja wcale się nie cieszę – burknęła pod nosem Marianna, śmiertelnie obrażona na cały świat. Na tatę za to, że ją tu przywiózł, na ciotkę za to, że ją zaprosiła, i na Miłosza, który nie chciał z nią uciec do Urdżybukitystanu, bo gdy się dowiedział, że również został zaproszony, z wrażenia omal nie wyzionął ducha. Przez dwa dni podróży podskakiwał radośnie w samochodzie i komentował wszystko, co widział, podczas gdy Marianna nie odezwała się ani słowem do nikogo.

Teraz, gdy wysiedli przed pięknym, choć niedużym domem ciotki na jednej ze spokojnych ulic Amboise, uroczego miasta pełnego zabytków, malowniczo położonego w dolinie Loary, Miłosz całkiem stracił mowę. Na każde pytanie ciotki odpowiadał nieskładnymi sylabami:

– Ba… ple… pla… ta…

Wszystko dlatego, że czuł się bezgranicznie szczęśliwy i tak oszołomiony, że nie był w stanie się wysłowić.

– Mam nadzieję, że miło spędzicie te wakacje! – Pani Izabela mrugnęła do dzieci.

– To będą najkoszmarniejsze wakacje w moim życiu! – znowu burknęła Marianna, ale ciocia nie zwracała uwagi na jej zły humor.

– Dla mnie już są najpiękniejsze! – wykrzyknął z zachwytem Miłosz, odzyskawszy nagle głos. Nie mógł uwierzyć, że jego rodzice (szczególnie mama) zgodzili się, by pojechał z tą Marianną na wakacje do Francji.

Pan Stefan nie musiał zbyt długo namawiać pani Haliny. Gdy tylko napomknął, że ciotka należy do starego arystokratycznego rodu, mama Miłosza nie zgłaszała już żadnych obiekcji, a sprawę przesądził fakt, że w domu madame Isabelle ponoć nie było żadnego warsztatu! Liczba niebezpiecznych narzędzi również była ograniczona, ponieważ nawet ogrodem zajmował się zawodowy ogrodnik. Mogła więc być spokojna o zdrowie swojego pierworodnego.

Rzeczywiście w domu ciotki nie było warsztatu, a przynajmniej pan Stefan o żadnym nie wspomniał.

– Marysia nie może spędzać tyle czasu na złomowisku – powiedział w czasie poobiedniej kawy, gdy został sam na sam z ciotką Izabelą. – To moja wina, źle ją wychowałem.

– Co też opowiadasz, Stefku? – Ciotka pocieszającym gestem położyła dłoń na ręce swojego gościa. – Świetnie sobie dajesz radę. Julka byłaby z ciebie dumna.

Stefan westchnął głęboko.

– Ciociu, wiem, że chcesz być miła, ale obawiam się, że nie jestem w stanie być dla Marysi i matką, i ojcem. Moja córka potrzebuje kobiecej ręki.

– O to się nie martw. Zajmę się Marianną. Wiem, że na razie mnie nie znosi, ale przewidziałam to, dlatego zaprosiłam też jej przyjaciela. Tutaj w okolicy nie ma zbyt wielu rówieśników i czułaby się samotna. A Miłosz na pewno również skorzysta na tej wizycie.

– O tak. To grzeczny i miły chłopak, nie będzie ci przysparzał kłopotów. Bardziej kłopotałbym się o Marysię. Ma zadziorny charakter.

– Och, o to wcale się nie martwię. – Ciotka się zaśmiała. – Potrafię sobie radzić nawet z niesfornymi dziećmi. Wychowałam przecież Julię. Była taka sama jak Marianna, kropka w kropkę.

Przez chwilę pan Stefan i ciotka siedzieli w zadumie, wspominając dawne czasy i matkę Marianny, która uległa śmiertelnemu wypadkowi podczas oblatywania prototypu jednej ze swoich machin. To z tego powodu tata dziewczyny tak bardzo martwił się, że córka podąża śladami matki.

– Powinna znaleźć sobie inne zainteresowania – rzekł zdecydowanym tonem.

– Oczywiście! – Ciotka otrząsnęła się z zamyślenia. – Gwarantuję ci, że u mnie odkryje w sobie wiele innych pasji.

Pan Stefan miał na to głęboką nadzieję. Pokrzepiony tą myślą następnego dnia wyruszył w drogę powrotną do domu.

Dom ciotki Izabeli położony był na niewysokim wzgórzu. Siedząc w ogrodzie, madame miała u swoich stóp całe Amboise. Doskonale widoczny był również zamek o bujnej i mrocznej przeszłości, będący niegdyś jedną z licznych rezydencji królewskich.

Choć już po pierwszym spacerze Marianna oceniła, że miasteczko jest urocze i bardzo malownicze, wcale nie chciała tu być. W przeciwieństwie do Miłosza, który wpadał w zachwyt z byle powodu niemal na każdym kroku.

Gdy tylko ojciec odjechał, Marianna zrobiła mały rekonesans i ze zgrozą stwierdziła, że ciotka naprawdę nie posiada żadnego warsztatu! Ba, nie dostrzegła ani jednej, choćby niewielkiej skrzynki z narzędziami.

– Pewnie wzywa pomoc do przybicia zwykłego gwoździa! – Prychnęła lekceważąco. – Jak ja tu wytrzymam bez mojego Warsztatu Pod Zegarem?! – rozpaczała.

– Jakoś dasz radę – starał się ją pocieszyć Miłosz.

Ale Marianna wciąż była przygnębiona i wrogo nastawiona do ciotki.

– Umrę z nudów! – stwierdziła dramatycznym tonem.

– A mnie się tu naprawdę podoba. – Miłosz uśmiechnął się przekornie.

Marianna uważnie mu się przyjrzała. Zdała sobie sprawę, że od paru dni zachowuje się bardzo egoistycznie. Myślała tylko o swoim warsztacie i wynalazkach, zapominając o przyjacielu, który tak często jej pomagał.

Rodzina Miłosza nie mogła sobie pozwolić na zagraniczne wakacje. Ten wyjazd był spełnieniem jego marzeń, a ona od chwili, gdy znaleźli się w aucie, psuła mu tę radość. Zrobiło się jej wstyd. Ciocia wykazała się serdecznością i taktem, zapraszając też jej przyjaciela, choć przecież nie był jej krewnym. Nie musiała tego robić, a jednak jemu również chciała sprawić przyjemność.

– No dobra, może gdzieś tu jest jakieś złomowisko. – Marianna mrugnęła do Miłosza. – Może jakoś wytrzymam. – Na jej ustach zagościł wreszcie pojednawczy uśmiech.

Twarz chłopaka rozpromieniła się w jednej chwili.

– Kiedy wracaliśmy z ciocią z piekarni, przechodziliśmy obok garażu, w którym jakiś pan majsterkował przy niewielkiej awionetce. Widziałaś? – spytał podekscytowany.Wszak nie co dzień można spotkać kogoś, kto w maleńkim warsztacie buduje samolot.

– Nie zauważyłam – odparła Marianna, zaintrygowana słowami Miłosza. Ostentacyjnie szła wtedy ze spuszczoną głową, żeby zamanifestować swoje niezadowolenie, i być może przez to przegapiła bardzo interesujące miejsce. – Ciekawe, co konstruował… Czy na pewno awionetkę? Jakiego typu? Zapamiętałeś, który to był dom? Może ciotka pozwoli nam tam pójść… Albo nie, lepiej nic jej o tym nie mówić. Powiemy, że chcemy iść na spacer albo po świeże bagietki, albo nie… – Nie mogła się zdecydować, którą wersję wybrać.

Miłosz uśmiechnął się zadowolony, bo Marianna wreszcie z nim rozmawiała, zachowywała się tak jak dawniej i znów miała sto pomysłów na minutę.

– Może ten pan pożyczy nam trochę narzędzi albo pozwoli czasem korzystać ze swojego warsztatu? – kombinowała aż do kolacji. – Pójdziemy do niego zaraz po śniadaniu – postanowiła i pokrzepiona tą myślą w miarę dobrze zniosła resztę wieczoru.

Za to rankiem…

Marianna lubiła wcześnie wstawać – tata nazywał ją z tego powodu skowronkiem. Czasem jeszcze przed lekcjami biegła do swojego warsztatu, żeby zrealizować pomysł, który przyśnił się jej nocą. Siłą przyzwyczajenia nawet w pierwszych dniach wakacji budziła się około szóstej, tak jak tego dnia. Westchnęła żałośnie, gdy przypomniała sobie, że nie może pobiec do warsztatu, bo jest w dalekiej Francji, w domu, w którym nie ma nawet śrubokręta.

„Zaraz, czy to nie dziwne?” – Marianna ściągnęła brwi w namyśle.

W każdym domu można znaleźć chociaż kilka podstawowych narzędzi, niezbędnych przy drobnych naprawach albo remontach. Dlaczego w domu ciotki niczego nie było? Czy to ze względu na Mariannę ciocia wszystko poukrywała?

– Pewnie taka była umowa z ojcem – mruknęła niezadowolona dziewczyna.

Ale ten piękny, choć rześki czerwcowy poranek przyniósł też pewien niepokój.

W domu panowała absolutna cisza.

„Pewnie ciocia jeszcze śpi – stwierdziła Marianna. – Muszę z nią dziś poważnie porozmawiać” – postanowiła, po czym wstała, umyła się, ubrała i zeszła do kuchni.

Zdziwiła się, gdy na stole znalazła liścik.

– A to ciekawe! – Marianna odłożyła list na stół.

Jakie sprawy można załatwiać o szóstej rano? Przecież sklepy i urzędy są jeszcze nieczynne. I ciocia zostawiła ich w domu samych. Nie bała się? No tak, czego mogła się obawiać, skoro nawet noże w szufladzie były tępe?

Marianna włączyła czajnik z wodą, a potem zaparzyła w kubkach dwie herbaty, na wypadek gdyby Miłosz też wcześnie wstał. Ukroiła kawałek bagietki, zachodząc przy tym w głowę, skąd ciocia wzięła świeże pieczywo o tak wczesnej porze, a potem wyciągnęła z lodówki dżem i usiadła przy stole. Mieszając herbatę, zastanawiała się, cóż począć z tak pięknie rozpoczynającym się dniem.

Kuchnia cioci była jasna i przestronna. Przez duże wykuszowe okna wpadały złote promienie słońca. Bujna zieleń ogrodu, w którym rosły białe, niebieskie i różowe hortensje, wprawiła Mariannę w dobry nastrój.

„A gdyby tak…”

Pomyślała nagle, że skoro cioci nie ma w domu, jest to doskonała okazja, aby trochę w nim pomyszkować. Gdzieś przecież musi być schowana jakaś skrzynka z narzędziami. W chwili, gdy o tym myślała, do kuchni wszedł Miłosz z rozwichrzoną czupryną.

– Która godzina? – Popatrzył na Mariannę nieprzytomnym wzrokiem.

– Szósta trzydzieści – odpowiedziała. – Jedz prędko śniadanie. Zrobiłam ci herbatę, tu masz bagietki i dżem malinowy, wszystko pyszne. W lodówce jest ser. Tylko się pośpiesz, bo mam plan.

– Mów wolniej, bo mój mózg jeszcze nie przyswaja tylu słów – wymamrotał chłopak, siadając do stołu.

– Cioci nie ma w domu.

– A gdzie jest? – Miłosz trochę się zdziwił.

– Masz, czytaj. – Marianna podsunęła mu kartkę z równiutkim, eleganckim pismem. – Wyszła załatwić jakieś sprawy. Jesteśmy sami, kumasz?

– Przecież zaraz wróci…

– No właśnie, dlatego musisz się pośpieszyć, jedz prędzej! – ponaglała niecierpliwie Marianna. – Poszukamy narzędzi!

– Ach, o to ci chodzi – mruknął Miłosz, przeżuwając chrupką bagietkę.

– Mamy mało czasu, ciocia na pewno nie będzie chciała zostawiać nas tutaj samych na dłużej. Ja już zjadłam! – pochwaliła się Marianna.

Kwadrans później przeglądali już kuchenne szafki i schowki. Znaleźli wiele interesujących rzeczy, ale wśród nich nie było ani jednego młotka czy gwoździa. Marianna odważyła się nawet zajrzeć do sypialni cioci. Nie znalazła tam jednak żadnych narzędzi.

– Nic z tego! – Westchnęła ciężko, siadając na łóżku zasłanym piękną białą koronkową narzutą. Po chwili jej wzrok przyciągnęła posrebrzana szkatułka na biżuterię, stojąca na nocnym stoliku. Na wieczku znajdował się symbol LV opleciony girlandą drobnych różyczek.

„Misterna robota” – stwierdziła w myślach Marianna.

Zawsze ceniła pracę dobrych rzemieślników. Widać, że ciocia również lubiła otaczać się pięknymi przedmiotami. Spostrzeżenie to jednak nie poprawiło dziewczynie nastroju. Nie szukała przecież szkatułek, bardziej ucieszyłby ją zestaw kluczy nasadowych albo wierteł – cokolwiek, czym dałoby się coś konstruować.

Z zamyślenia wyrwał ją głos Miłosza.

– Chodźmy stąd. Nie chciałbym, żeby madame nas przyłapała – powiedział. Czuł się trochę nieswojo, grzebiąc w rzeczach pani Izabeli.

Marianna spojrzała na swój własnoręcznie wykonany zegarek z mnóstwem tajemniczych śrubek i przycisków, i stwierdziła, że minęła właśnie ósma, a ciotki nadal nie ma w domu. To było bardzo dziwne…

Szczerze mówiąc, zaczynała się nieco niepokoić. Może powinni zadzwonić do cioci i zapytać, czy dobrze się czuje?

W chwili, gdy się nad tym zastanawiała, Miłosz nieopatrznie potrącił stojący wieszak na ubrania, który gruchnął na ścianę pokrytą boazerią zdobioną intarsjami, czyniąc na niej niewielkie zarysowanie.

– Ups! – Wystraszył się.

Postawił wieszak, a potem poślinionym palcem próbował usunąć szkodę.

– Jeśli twoja ciocia to zobaczy, od razu się domyśli, że buszowaliśmy w jej sypialni – zmartwił się, lecz Marianna zwróciła uwagę na coś zupełnie innego: niewielką szczelinę między dekoracyjnymi ornamentami.

– Odsuń się! – Lekko odepchnęła przyjaciela. – To są drzwi! – wykrzyknęła.

Po dokładniejszych oględzinach była już pewna, że sypialnia cioci łączy się z innym pomieszczeniem, jak w tych wszystkich pałacach, które nieraz zwiedzała z tatą.

Idealnie dopasowany wzór intarsji sprawiał, że na pierwszy rzut oka drzwi były niewidoczne. Lecz wystarczyło je lekko docisnąć, a same się otworzyły.

Dalej znajdowały się kręte schody, które wiodły do piwnicznego tunelu.

– Wow! – zdziwił się Miłosz.

– No, ciociu, teraz to mnie zaskoczyłaś! – Marianna gwizdnęła z podziwem.

– Ciekawe, dokąd to prowadzi? – mruknął Miłosz z zainteresowaniem.

– Jeśli nie sprawdzimy, to się nie dowiemy.

Marianna bez wahania zrobiła krok naprzód.

– Przydałaby się latarka. Może pobiegnę po telefon… – zaproponował Miłosz.

– Nie trzeba, wystarczy mój zegarek. – Marianna uruchomiła malutki przycisk i z zegarka wydobył się snop żółtego światła.

Kręte schody zaprowadziły ich do obszernego pomieszczenia pokrytego ogromnymi pajęczynami.

– Nie do wiary!

Marianna stanęła oszołomiona, gdy ujrzała przed sobą ogromną piwnicę szczelnie wypełnioną przeróżnymi narzędziami. Miejsce do złudzenia przypominało jej własny warsztat.

– A więc to tutaj wszystko schowała! – Miłosz również oniemiał z wrażenia.

– Co to za machiny?

Marianna przeszła do bocznej części piwnicy, w której stało wiele dziwacznych urządzeń pokrytych grubą warstwą kurzu. Najwidoczniej od dawna nikt ich nie używał.

– Kto to wszystko zrobił?

– Nie mam pojęcia.

Podeszła do wielkiego stołu, na którym leżały w nieładzie duże arkusze papieru pokryte niezliczonymi projektami. Jej oczy błyszczały, gdy przeglądała szkice niezwykłych urządzeń.

– Spójrz! Są niesamowite!

Miłosz zbliżył się.

– Jak myślisz, kto je zaprojektował? Twoja ciocia?

– Nie sądzę. Nie wygląda na konstruktorkę. Ta jej jedwabna biała bluzeczka… – Marianna przewróciła oczami.

– Dlaczego nie powiedziała nam o tym warsztacie?

– Skąd mam wiedzieć?

Podczas gdy Marianna z wypiekami na policzkach przeglądała kolejne projekty, Miłosz zaglądał w każdy zakamarek tajemniczego warsztatu.

Nagle krzyknął, niezwykle przejęty:

– Ale numer! Tu jest kolejne przejście, jakiś tunel!

Marianna na chwilę odeszła od stołu, aby przyjrzeć się znalezisku.

– Potem sprawdzimy, gdzie prowadzi. Też odkryłam coś interesującego. – Wróciła do stołu zasłanego arkuszami papieru. – Spójrz! To projekt tego urządzenia. – Wskazała niedokończony pojazd przypominający gigantycznego pasikonika. – Brakuje mu amortyzatorów – oceniła jednym rzutem oka. – Chciałabym go wypróbować.

Usunęła pajęczyny, po czym usadowiła się na całkiem wygodnym siodełku.

– Tu są biegi… A tu… Aha…

– Trzeba by też naoliwić mechanizm – orzekł Miłosz. – Będzie przy tym roboty na kilka dni. – Ucieszył się, lecz po chwili zafrasowany dodał: – Jeśli twoja ciocia pozwoli nam przy nim pomajsterkować.

– Ech! – Marianna zsiadła z pasikonika. – Ciotka musi nam sporo wyjaśnić – powiedziała, już wojowniczo nastawiona do przyszłej rozmowy.

– Swoją drogą powinna już chyba wrócić, nie sądzisz? – odparł Miłosz, który również zaczął się niepokoić przedłużającą się nieobecnością madame Isabelle.

– Może wróciła, tylko nie wie, że tutaj jesteśmy. Dobra, wracajmy na górę. Nie będzie się mogła teraz wykręcać i zabraniać mi pracy w warsztacie.

Wakacje stały się o wiele piękniejsze z chwilą, gdy Marianna odkryła tę piwniczną pracownię!

Odchodząc od stołu, potrąciła metalową puszkę, która z głośnym brzękiem potoczyła się po podłodze. Pochyliła się, żeby ją podnieść i odłożyć na półkę.

Była to stara puszka po herbatnikach, z wieżą Eiffla na wieczku. Marianna widziała już podobne w sklepach z pamiątkami dla turystów. Nie to jednak najbardziej przykuwało uwagę, lecz napis wydrapany ostrym narzędziem:

Wbrew ostrzeżeniu Marianna natychmiast spróbowała podważyć wieczko, lecz szczelnie przywierało do puszki. Potrząsnęła nią, ale wewnątrz nic nie zagruchotało, jakby wypełniało ją tylko powietrze.

– Phi! To pewnie jakiś żart – uznała, stawiając puszkę na półce, obok pojemników na gwoździe, lecz wtedy wydarzyło się coś niezwykłego.

Wszystkie gwoździe i śrubki jak za sprawą czarodziejskiej różdżki wysypały się ze swoich pojemników i przywarły do ścianek puszki, oblepiając ją szczelnie niczym rój pszczół.

Marianna i Miłosz wymienili między sobą zdumione spojrzenia.

– Widziałaś to? Jest namagnesowana?

– Nie wygląda na to – stwierdziła po krótkich oględzinach Marianna.

– A jednak przyciągnęła wszystkie gwoździe! W życiu czegoś takiego nie widziałem! Gwoździe wyskoczyły ze słoika!

– Rzeczywiście zaskakujące.

– Może magnes jest w środku? – dociekał zaintrygowany Miłosz.

– Raczej nie, potrząsałam nią. Jest lekka, jakby pusta. Tylko to ostrzeżenie…

– Jakie? – Miłosz nie widział wcześniej napisu.

Marianna z trudem odlepiła warstwę gwoździ, kalecząc się przy tym niegroźnie w palec. Pokazała wydrapane ostrzeżenie.

– O jakie zagrożenie chodzi? – zapytał Miłosz.

W tym momencie domem wstrząsnęła potężna eksplozja. Podłoga zadrżała i z głośnym hukiem runęła część ściany. Wejście do piwnicy w jednej chwili zostało zasypane. Trwało to zaledwie ułamek sekundy, lecz wydawało się całą wiecznością.

Gdy wszystko się uspokoiło, Marianna i Miłosz, zanosząc się kaszlem, podeszli do gruzowiska przysłoniętego gęstym szarym pyłem. Z jego szczytu stoczyło się kilka obłupanych cegieł.

Schody, którymi weszli, przestały istnieć.

– Jesteśmy uwięzieni! – stwierdziła z rozpaczą Marianna.

Gryzący w oczy pył z wolna opadał, odsłaniając smętne pobojowisko. Eksplozja spowodowała zawalenie się sklepienia tunelu, pogrzebała schody i wyjście z piwnicy.

– Khe, khe! – Miłosz zanosił się kaszlem. – Co to było? Skąd ten wybuch?

– Co?! – zapytała Marianna. Wciąż jeszcze dźwięczało jej w uszach, bo huk towarzyszący eksplozji sprawił, że na moment ogłuchła.

– Może wybuchł gaz?! Dokręciłaś kurki?! – dociekał głośniej Miłosz.

Marianna zastanowiła się.

– Nie. Bo wcale nie używałam gazu! Wodę zagotowałam w elektrycznym czajniku.

– W takim razie co to było?

– Nie wiem. Nie martw się, na pewno ktoś nas znajdzie. Ten wybuch było słychać w całej okolicy! Zaraz przyjedzie straż pożarna i ratownicy.

– Nie słyszę syren…

– Jesteśmy pod ziemią. I do tego zasypani. Poczekajmy chwilę. Niedługo przyjadą.

Oczekiwanie na ratunek ciągnęło się w nieskończoność. Wreszcie Marianna uznała, że nie może dłużej bezczynnie siedzieć.

„Otworzyć tylko w przypadku zagrożenia życia!” – przypomniała sobie napis na wieczku metalowej puszki.

W chwili eksplozji pojemnik wypadł jej z rąk i upadł na posadzkę. Odnalazła go, oczyściła z gruzu i znowu nim potrząsnęła, tym razem delikatniej niż za pierwszym razem, by spróbować odgadnąć, co się kryje we wnętrzu.

– Otwieramy? – Spojrzała niepewnie na Miłosza.

– Może jest tam telefon? Będziemy mogli zadzwonić po pomoc.

„Tylko dlaczego przyciąga gwoździe?” – pomyślała Marianna.

– Zaraz się okaże – mruknęła. Przez moment siłowała się z wieczkiem, które jednak nie chciało ustąpić. – Zacięło się – syknęła.

– Daj, może ja spróbuję – powiedział Miłosz, a po kilku bezskutecznych próbach stwierdził w końcu: – Chyba zardzewiała. Do kitu z tym! „Otworzyć w przypadku zagrożenia życia.” Niby jak? – prychnął. Podszedł do półki z narzędziami. – Może podważymy wieczko śrubokrętem? – Przez chwilę mocował się z pokrywką, lecz z marnym efektem.

– Co teraz? – Marianna zmarszczyła brwi. – Jeśli tam naprawdę jest telefon… – „To nie można nią rzucać o podłogę” – dopowiedziała sobie w myślach, bo i taki sposób przyszedł jej do głowy.

Mocno wątpiła w to, że wewnątrz jest telefon, ale skoro ktoś umieścił tę puszkę w tej dziwnej pracowni, sugerując, że w jakiś sposób może pomóc, to dlaczego nie da się jej otworzyć?

Marianna położyła puszkę na stole i wpatrywała się w nią niczym chirurg w swojego pacjenta przed skomplikowaną operacją. Tajemnicza zawartość coraz bardziej podsycała jej ciekawość.

– Może rozwalimy ją młotkiem? – Miłosz tracił cierpliwość.

– O nie! – zaprotestowała Marianna. – Zniszczylibyśmy to, co jest w środku. Musi istnieć inny sposób.

– A jeśli wewnątrz jest materiał wybuchowy? – zaniepokoił się Miłosz.

– Nie sądzę.

Marianna w zamyśleniu gładziła wieczko. Sięgnęła po kawałek zakurzonej szmatki i delikatnie oczyściła mocno ubrudzony fragment. Trwało to dłuższą chwilę, lecz gdy usunęła ślady rdzy, spod jej palców wyłonił się tajemniczy symbol.

– Co to takiego?

Miała wrażenie, że gdzieś już go widziała. Wytężyła pamięć.

A tak! Na szkatułce należącej do cioci. Był na niej ten sam symbol.

Co to mogło oznaczać? Nie były to inicjały imienia i nazwiska cioci. Zaraz, a może to po prostu liczba rzymska?

– To na nic, dajmy sobie spokój z tą puszką. – Miłosz przerwał jej rozmyślania. – Nie pomoże nam. Musimy się stąd wydostać. Chyba nikt nas nie szuka, nawet twoja ciocia.