Strona główna » Humanistyka » Irlandia Jones poszukiwany

Irlandia Jones poszukiwany

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-272-4008-8

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Irlandia Jones poszukiwany

Nie jest to przewodnik. Nie jest to dziennik. Nie są to wspomnienia. Jest to próba opisania osobistych doświadczeń, które autor dzieli z tysiącami innych rodaków i milionami Irlandczyków. Ile było osób w ten proces zaangażowanych, tyle było zdumień i wyjaśnień. Tutaj prezentowana jest jedna z wersji wydarzeń.

Polecane książki

Opowieść o życiu św.Teresy od Jezusa (1515-1582) oddająca klimat szesnastowiecznej Hiszpanii. Św. Teresa wywarła ona ogromny wpływ na duchowość chrześcijańską, a swą niezwykłą osobowością, którą odkrywamy w jej dziełach, stanowiących do dziś perły literatury, pozostawiła w kulturze światowej...
„Nie jest to monografia o Rousseau, w tym sensie, że nie relacjonujemy ani jego biografii, ani nie analizujemy całokształtu jego twórczości w jej historycznych kolejach, ani – tym bardziej – nie omawiamy literatury przedmiotu. Usiłowaliśmy dokonać tematyzacji dzieła Jana Jakuba, uchwycić jedność...
Tom III Poligrafia Próba całościowego ujęcia zagadnień związanych z ekonomiką i organizacją rynku drukarń dziełowych. Scharakteryzowano zmiany i trendy technologiczne dotyczące poligrafii, omówiono prowadzone od kilku lat rankingi drukarń. Podjęto też próbę sformułowania zestawienia w oparci...
Zaratusztra – perski kapłan, prorok i reformator religijny, twórca jednej z najstarszych na świecie religii monoteistycznych, nazywanej od jego imienia zaratusztrianizmem. W wieku 30 lat spłynęło na niego objawienie. Zobaczył jaśniejącą istotę, która nazywała się sama Wohu Manah (Dobra Myśl). Istota...
Poradnik do gry Lego Przygoda gra wideo jest zbiorem informacji umożliwiających osiągnięcie stuprocentowego ukończenia gry. Wskazana została lokalizacja wszystkich stron instukcji, gaci oraz czerwonych klocków oraz złotych, opatrzona licznymi ilustracjami i szczegółowym opisem. Pozycja Lego Przygoda...
To była miłość od pierwszego wejrzenia! Wysoka szklanka pełna soku przyrządzonego z dojrzałych, świeżych owoców mango i pomarańczy. Natychmiast po powrocie z pierwszej wyprawy do Ameryki Południowej kupiłam porządny szklany mikser. A potem poznawałam następne cudowne smaki – w Kolumb...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Tomasz Borkowski

Irlandia Jones poszukiwanyTomasz Borkowski

ISBN: 978-83-272-4008-8

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dwie pionowe zmarszczki

Wzią­łem się w Ir­lan­dii z ogło­sze­nia. Po­trze­ba nas było wie­lu, żeby szyb­ko zro­bić wy­ko­pa­li­ska na te­re­nach, gdzie wkrót­ce mia­ła ru­szyć bu­do­wa au­to­strad. Ir­landz­kich ar­che­olo­gów było za mało.

Było to dru­gie ogło­sze­nie z ofer­tą pra­cy dla ar­che­olo­gów, ja­kie wi­dzia­łem w ży­ciu. Pierw­sze brzmia­ło: „Plat­for­my wiert­ni­cze na Mo­rzu Pół­noc­nym. Wszyst­kie za­wo­dy”.

Koń­czy­ła się zima 2006. Niby mia­łem ja­kieś pra­ce, ale były do­syć kiep­skie, więc po­my­śla­łem: „Jadę! Na parę mie­się­cy. Zdo­bę­dę nowe do­świad­cze­nie, pod­szli­fu­ję an­giel­ski”.

Wy­sła­łem ma­ila. Po paru dniach za­dzwo­ni­ła do mnie ja­kaś ko­bie­ta, z któ­rą ja­koś się do­ga­da­łem. Mia­łem się sta­wić w miej­sco­wo­ści Bal­ly­col­la w hrab­stwie La­ois w Ir­lan­dii, dru­gie­go maja o ósmej rano. Po­nad dwa ty­sią­ce ki­lo­me­trów od domu. Nig­dy wcze­śniej tam nie by­łem. To brzmia­ło tro­chę jak wy­rok. Było ta­kie kon­kret­ne, zwłasz­cza od kie­dy ku­pi­łem bi­let na sa­mo­lot w jed­ną stro­nę. Za­czą­łem się czuć jak cho­mik na prze­chy­lo­nym, po­li­tu­ro­wa­nym sto­le. Su­ną­łem po­wo­li ku Ir­lan­dii, a pa­zur­ków nie było w co wbić. Klam­ka za­pa­dła.

Wy­ru­szy­łem w po­dróż przy koń­cu kwiet­nia 2006 roku w to­wa­rzy­stwie po­nad dwu­stu ty­się­cy in­nych Po­la­ków. Część z nich już tam była, po­zo­sta­li przy­by­li póź­niej. Dzię­ki temu było do kogo gębę otwo­rzyć. I nie mam tu na my­śli tyl­ko mó­wie­nia, ale tak­że spo­ży­wa­nie po­kar­mów i na­po­jów. Była taka chwi­la, że po pol­sku w Ir­lan­dii mó­wi­ło wię­cej osób niż w ję­zy­ku ir­landz­kim.

W sa­mo­lo­cie z Wro­cła­wia do Du­bli­na prze­czy­ta­łem jed­nak w prze­wod­ni­ku Pas­ca­la, że „Pol­ska nie ma bez­po­śred­nie­go po­łą­cze­nia lot­ni­cze­go z Ir­lan­dią” (s. 62). Na wszel­ki wy­pa­dek za­pią­łem pasy i zmó­wi­łem trzy „Zdro­waś­ki”. Z lot­ni­ska ode­bra­li mnie po pół­no­cy zna­jo­mi ar­che­olo­dzy, Da­ria i An­drzej. Prze­spa­łem się u nich w mia­stecz­ku Dun­shau­glin.

Na­stęp­ne­go, dżdży­ste­go po­ran­ka, wy­mkną­łem się z domu, żeby zo­ba­czyć, gdzie je­stem. Sza­ry ka­mień i zie­leń. I ja­skra­we drzwi: zie­lo­ne, czer­wo­ne, nie­bie­skie. Nie­dziel­ny po­ra­nek, opu­sto­sza­łe mia­stecz­ko. Ko­ściół prze­ro­bio­ny na bi­blio­te­kę, na­tu­ral­nej wiel­ko­ści fi­gu­ra ko­nia po­cią­go­we­go w ja­kimś ogród­ku. Parę skle­pów, przy­sta­nek au­to­bu­so­wy i to już ko­niec Dun­shau­glin.

Póź­niej Da­ria i An­drzej za­wieź­li mnie do Du­bli­na, po­mo­gli ścią­gnąć sim-loc­ka z ko­mór­ki i po­ra­dzi­li, żeby ku­pić ir­landz­ką kar­tę sie­ci Me­te­or.

Owe­go po­po­łu­dnia Du­blin był sza­ry i błysz­czą­cy. Świe­żo prze­my­ty ulew­nym desz­czem i prze­wen­ty­lo­wa­ny sil­nym wia­trem. Za­par­ko­wa­li­śmy nie bez tru­du nad rze­ką Lif­fey, któ­ra ma sze­ro­kość Oła­wy we Wro­cła­wiu. Po­wie­trze było swie­że i prze­miesz­cza­ło się ze znacz­ną pręd­ko­ścią. Wy­so­kie domy, otwar­te skle­py, ulicz­ni graj­ko­wie, tłu­my na uli­cach, żół­te, dwu­po­kła­do­we au­to­bu­sy, jeż­dżą­ce lewą stro­ną i roz­bry­zgu­ją­ce ka­łu­że. Przy­zwy­cza­jo­ny do kon­ty­nen­tal­ne­go ru­chu, kil­ka razy otar­łem się o śmierć, kie­dy sa­mo­chód nad­je­chał ze stro­ny prze­ciw­nej, niż się spo­dzie­wa­łem. Na szczę­ście nie by­łem sam. To samo ro­bi­li hisz­pań­scy, wło­scy i nie­miec­cy tu­ry­ści, któ­rych wszę­dzie było peł­no.

Ale ja nie by­łem tu­ry­stą. Nie by­łem też imi­gran­tem. Nie za­mie­rza­łem zo­stać w Ir­lan­dii na sta­łe, spro­wa­dzić ro­dzi­ny, sta­rać się o oby­wa­tel­stwo. Nie chcia­łem za­pusz­czać ru­dej, krę­co­nej czu­pry­ny i upo­dab­niać się do ty­po­we­go Ir­land­czy­ka z ob­raz­ków. Nie mu­sia­łem. Rudą, krę­co­ną czu­pry­nę mia­łem od lat.

Kim za­tem by­łem? By­łem ar­che­olo­giem, a ar­che­olo­gia to po­dróż. Nie ma sta­łych wy­ko­pa­lisk. Za­czy­na­ją się i koń­czą. Za­wsze trze­ba być go­to­wym do wy­jaz­du. By­łem oby­wa­te­lem Unii Eu­ro­pej­skiej, któ­ry po­je­chał do in­ne­go jej kra­ju, bo tam aku­rat zna­lazł pra­cę.

Po­ła­zi­li­śmy tro­chę po mie­ście. Po­tem Da­ria i An­drzej zo­sta­wi­li mnie na Bu­sa­ra­sie, czy­li dwor­cu au­to­bu­so­wym w cen­trum sto­li­cy. Zo­sta­łem sam na nie­zna­nej wy­spie. Mu­sia­łem so­bie ra­dzić. Ale nie było źle. Mia­łem sztruk­so­wą ma­ry­nar­kę i wiel­ki zie­lo­ny bre­zen­to­wy wo­rek, a w nim pod­sta­wo­we wy­po­sa­że­nie: ubra­nia, su­chą kra­kow­ską, uni­wer­sal­ny kom­plet na­rzę­dzi, słow­ni­ki, lor­net­kę i atlas pta­ków Eu­ro­py. Mia­łem za­ła­twio­ną po­sa­dę site-as­si­stan­ta w ko­mer­cyj­nej fir­mie ar­che­olo­gicz­nej ACS Ltd., gdzieś w hrab­stwie La­ois i po­kój u ja­kie­goś Ra­fa­ła w Dur­row.

Mó­wi­łem po an­giel­sku. By­łem w sta­nie sam so­bie ku­pić bi­let i za­py­tać w in­for­ma­cji, skąd od­cho­dzi au­to­bus do Port La­oise. Ze zro­zu­mie­niem od­po­wie­dzi było go­rzej, tym bar­dziej że na­zwę mia­sta wy­ma­wia się Port Lisz, na co sam bym nig­dy nie wpadł.

Póź­nym po­po­łu­dniem do­je­cha­łem do Dur­row, spo­tka­łem Ra­fa­ła i wrzu­ci­łem swo­je gra­ty do za­grzy­bio­ne­go po­ko­iku, w któ­rym mia­łem spać. Po­tem po­szli­śmy z Ra­fa­łem do pubu. Za­mó­wi­łem gu­in­nes­sa. Po­cze­ka­łem cier­pli­wie aż pia­na się ustoi, wzią­łem pierw­szy łyk gę­ste­go, gorz­ka­we­go, ka­wo­we­go na­po­ju i od tam­tej pory przez po­nad rok pi­łem wy­łącz­nie gu­in­nes­sa.

Mi­nę­ło sześć mie­się­cy jak z bi­cza In­dia­na Jo­ne­sa strze­lił. Mi­nę­ły trzy lata, a ja nadal tu je­stem. Nadal źle mó­wię po an­giel­sku, nadal mam mgli­ste po­ję­cie o ir­landz­kiej ar­che­olo­gii i o Ir­lan­dii w ogó­le. Dużo się uczy­łem, dużo czy­ta­łem. Roz­ma­wia­łem z ludź­mi, ob­ser­wo­wa­łem ich. Cho­dzi­łem do pu­bów, pra­co­wa­łem, za­przy­jaź­nia­łem się, kłó­ci­łem. By­łem cza­sa­mi bar­dzo sa­mot­ny, a cza­sa­mi bar­dzo szczę­śli­wy. Cza­sem ko­cha­łem ten kraj, a cza­sem go nie­na­wi­dzi­łem.

Prze­wę­dro­wa­łem całą wy­spę. Dzię­ki ar­che­olo­gii miesz­ka­łem w kil­ku hrab­stwach: La­ois, Tip­pe­ra­ry, Me­ath, Gal­way, Cork. W mia­stach, mia­stecz­kach i na zu­peł­nych pust­ko­wiach. Jeź­dzi­łem sa­mo­cho­dem i ro­we­rem, au­to­bu­sem, tram­wa­jem, qu­adem, po­cią­giem i Dar­tem1. Tak­sów­ką i hack­ney­em2. Cho­dzi­łem pie­szo. Ro­bi­łem róż­ne rze­czy. Głów­nie by­łem ar­che­olo­giem, ale też roz­wo­zi­łem piz­zę, bu­do­wa­łem schro­ni­sko dla zwie­rząt, pra­co­wa­łem na far­mie, by­łem bez­ro­bot­nym, tłu­ma­czem, a na­wet baby-sit­te­rem.

Ir­land­czy­cy py­ta­li mnie czę­sto, co my­ślę o Ir­lan­dii. Co mi się w niej po­do­ba. Cze­go nie lu­bię. Po dłu­gim, pa­ro­let­nim, na­my­śle mogę po­wie­dzieć, że naj­lep­sze w Ir­lan­dii są kra­jo­bra­zy, Ir­land­czy­cy i ich po­czu­cie hu­mo­ru. Są to kra­jo­bra­zy, któ­re dużo prze­szły: lo­do­wiec, wy­cin­kę la­sów, in­wa­zję owiec i co­dzien­ne nie­mal bom­bar­do­wa­nia kro­pel desz­czu. Są to lu­dzie, któ­rzy dużo prze­szli – ośmiu­set­let­nie an­giel­skie prze­śla­do­wa­nia, klę­skę gło­du w po­ło­wie XIX wie­ku, de­por­ta­cje do Au­stra­lii, nie­uda­ne po­wsta­nia, wy­lud­nie­nie kra­ju i ma­so­wą emi­gra­cję do Ame­ry­ki na stat­kach-trum­nach. A tak­że co­dzien­ne nie­mal bom­bar­do­wa­nia kro­pel desz­czu.

Co mnie tu naj­bar­dziej wku­rza, to cha­os. A je­śli wku­rza on na­wet mnie, to to musi być na­praw­dę po­rząd­ny cha­os. Moż­na w nim jed­nak zna­leźć wiel­kie prze­strze­nie wol­no­ści i kie­dy o tym po­my­ślę, wku­rza mnie znacz­nie mniej.

Opusz­cza­jąc Pol­skę chcia­łem od­po­cząć od niej i jej pro­ble­mów, wresz­cie na­uczyć się an­giel­skie­go, wy­ko­pać kil­ka wi­kiń­skich mie­czy, za­ro­bić tro­chę for­sy. Nie wszyst­ko się uda­ło. Zwłasz­cza z wi­kiń­ski­mi mie­cza­mi było kiep­sko.

Związ­ki Pol­ski z Ir­lan­dią za spra­wą wę­drow­nych mni­chów się­ga­ją wcze­sne­go śre­dnio­wie­cza. Zie­lo­na wy­spa na da­le­kim za­cho­dzie od daw­na fa­scy­no­wa­ła Po­la­ków. Adam Mic­kie­wicz ge­nial­nie od­dał wra­że­nia z po­dró­ży sa­mo­cho­dem po tym kra­ju pi­sząc: „Wóz nu­rza się w zie­lo­ność i jak łód­ka bro­dzi” (Ste­py Aker­mań­skie). Mo­tyw mo­to­ry­za­cji ir­landz­kiej po­wra­ca u wiesz­cza tak­że w przej­mu­ją­cym opi­sie sie­ci dro­go­wej: „Każ­dy po­dróż­ny oglą­dał te zgro­zy…” (To lu­bię). Ro­man­tycz­na po­go­da prze­mó­wi­ła sil­nie do wraż­li­wo­ści Mic­kie­wi­cza. Dał temu wy­raz w bal­la­dzie Li­li­je pi­sząc: „Zmrok pada, wie­trzyk wie­je; ciem­no, wietrz­no, po­nu­ro. Wro­na gdzie­nieg­dzie kra­cze i pu­cha­ją pu­cha­cze.” Jako męż­czy­zna, po­eta bo­le­śnie prze­wi­dział tak­że trud­no­ści z na­wią­zy­wa­niem kon­tak­tów z płcią prze­ciw­ną. W bal­la­dzie Ro­man­tycz­ność woła bo­wiem: „Słu­chaj dzie­wecz­ko!” I do­da­je z re­zy­gna­cją: „Ona nie słu­cha.”

Jo­nasz Ko­fta, usta­mi Ma­ry­li Ro­do­wicz po­sta­na­wiał, że „tam po­je­dzie, gdzie pada wiecz­nie”. Gdzie „au­to­bu­sy za­pła­ka­ne desz­czem wożą lu­dzi od sie­bie do sie­bie”. Po­eta wy­bie­gał my­ślą kil­ka­dzie­siąt lat w przód i opi­sy­wał du­bliń­skie do­uble­dec­ke­ry.

Przy­kła­dy moż­na by mno­żyć.

Za­raz na po­cząt­ku za­uwa­ży­łem kil­ka dziw­nych zja­wisk przy­rod­ni­czych. Bar­dzo szyb­ko ro­sną tu pa­znok­cie. Być może z po­wo­du wiek­szej wil­got­no­ści po­wie­trza.

Poza tym po­ja­wi­ły mi się u na­sa­dy nosa dwie pio­no­we zmarszcz­ki. Za­czą­łem się za­sta­na­wiać skąd one się wzię­ły. A kie­dy, za­sta­na­wia­jąc się nad tym, spoj­rza­łem do lu­stra, do­strze­głem w nim zna­jo­me­go fa­ce­ta z dwo­ma pio­no­wy­mi zmarszcz­ka­mi u na­sa­dy nosa i to mi dało do my­śle­nia, w wy­ni­ku cze­go zmarszcz­ki się po­głę­bi­ły.

Po­wtó­rzy­łem eks­pe­ry­ment: po­my­śla­łem o czymś i szyb­ki rzut oka do lu­stra. Po kil­ku pró­bach mia­łem pew­ność – te dwie zmarszcz­ki ro­bi­ły mi się od my­śle­nia. Ja my­śla­łem od cza­su do cza­su jesz­cze w Pol­sce, ale po­byt w Ir­lan­dii i pró­ba zro­zu­mie­nia ota­cza­ją­cej mnie rze­czy­wi­sto­ści, zmu­si­ły mnie do zwięk­szo­nej ak­tyw­no­ści umy­sło­wej.

Po­cząt­ko­wo ży­łem w nie­mal zu­peł­nych ciem­no­ściach. Nie zna­łem do­brze ję­zy­ka, oby­cza­jów, nie mia­łem ir­landz­kich zna­jo­mych. Nie wie­dzia­łem co to jest NCT ani co to za trzej księ­ża, plą­czą­cy się bez prze­rwy w te­le­wi­zji. Czy osob­nik imie­niem Sio­bhán to pan, czy może jed­nak pani? Czy na wy­spach Arań­skich jest faj­nie, czy nie? Czym się róż­ni Du­blin od Ath Cliath i czy moż­na jeź­dzić win­dą z małą dziew­czyn­ką? By­łem jak w gro­bow­cu New­gran­ge pod­czas zi­mo­we­go prze­si­le­nia. Cze­ka­łem na świa­tło. Stop­nio­wo, wą­tły po­cząt­ko­wo pro­myk, na­bie­rał siły. Te­raz już co nie­co ro­zu­miem, cho­ciaż do peł­nej ja­sno­ści jesz­cze da­le­ko. A zmarszcz­ki, któ­re na­zy­wam ir­landz­ki­mi, nie mogą się już po­głę­bić, bo mo­gły­by za­cząć uszka­dzać czasz­kę.

Z tego cią­głe­go zdu­mie­nia i prób zro­zu­mie­nia, o co w tym wszyst­kim cho­dzi, po­wsta­ła ta książ­ka. Nie jest to prze­wod­nik. Nie jest to dzien­nik. Nie są to wspo­mnie­nia. Jest to pró­ba opi­sa­nia mo­ich oso­bi­stych, ir­landz­kich do­świad­czeń, któ­re dzie­lę z ty­sią­ca­mi in­nych ro­da­ków i mi­lio­na­mi Ir­land­czy­ków. Przy­pusz­czam, że ile było osób w ten pro­ces za­an­ga­żo­wa­nych, tyle było zdu­mień i wy­ja­śnień. Tu­taj pre­zen­tu­ję jed­ną z wer­sji wy­da­rzeń. Moż­na by po­wie­dzieć „To­mo­gra­fię”.

Take it Jiři

Je­ste­śmy bli­sko dna. W pół­mro­ku mi­ga­ją bla­de, pul­su­ją­ce świa­teł­ka: zie­lo­ne, czer­wo­ne, nie­bie­skie. W uszach dud­ni, od­dy­cha się co­raz trud­niej. Więk­szy nu­rek wy­ko­nu­je dłoń­mi ner­wo­we ge­sty. Coś po­ka­zu­je. Nie ro­zu­miem. Krę­cę gło­wą.

Pró­bu­je jesz­cze raz. Po­ka­zu­je bu­tlę – jest pra­wie pu­sta.

Mniej­szy nu­rek się po­grą­ża. Jest mu chy­ba wszyst­ko jed­no.

Ki­wam do Mi­cha­ła. Ci dwaj są już za­ła­twie­ni, ale my mo­że­my się jesz­cze ura­to­wać. Mu­si­my spró­bo­wać wy­do­stać się na po­wierzch­nię.

Mi­chał po­twier­dza ski­nie­niem gło­wy.

Mniej­szy nu­rek na nic nie zwra­ca uwa­gi. Więk­szy gdzieś znik­nął w ciem­no­ściach. Mamy szan­sę. Spły­wa­my!

Po mi­nu­cie wcią­ga­my w płu­ca po głę­bo­kim hau­ście świe­że­go po­wie­trza. Uda­ło się!

Dwóch, kom­plet­nie za­la­nych an­giel­skich za­wo­do­wych nur­ków po­zna­li­śmy przed go­dzi­ną w go­tyc­kiej piw­ni­cy prze­ro­bio­nej na za­dy­mio­ną i ha­ła­śli­wą knaj­pę. Pra­co­wa­li przy wy­do­by­ciu gazu gdzieś na Mo­rzu Pół­noc­nym. Mały i duży. Byli na wa­ka­cjach, więc pili i pa­li­li cały czas. Przy­sie­dli się, za­czę­li­śmy ga­dać (zda­wa­ło mi się wte­dy, że mó­wię po an­giel­sku). Opo­wia­da­li, pa­mię­tam, że coś tam so­bie ro­bią pod wodą na iluś tam me­trach głę­bo­ko­ści, a tu koło nich prze­pły­wa­ją spo­koj­nie ja­kieś pta­ki. Może nu­rzy­ki, może alki, a może cho­ro­ba ke­so­no­wa?

Kie­dy więk­szy nu­rek do­wie­dział się, skąd je­ste­śmy, za­wo­łał do kel­ne­ra:

– Te­raz pi­je­my wód­kę! To są Po­la­cy!

Po pew­nym cza­sie mu­sie­li­śmy ich opu­ścić po an­giel­sku, bo zdra­dza­li wszel­kie ob­ja­wy nar­ko­zy głę­bin i ro­bi­li wio­skę, ale tę opo­wieść o pta­kach pa­mię­tam do dziś.

Mi­chał był Ślą­za­kiem, któ­ry przy­je­chał jako re­pre­zen­tant Nie­miec. Ro­dzi­ce za­bra­li go z Pol­ski w smut­nych la­tach osiem­dzie­sią­tych. Dzię­ki temu, że był ze Ślą­ska, nie mu­sia­łem z oby­wa­te­lem Nie­miec roz­ma­wiać po nie­miec­ku. Cho­dzi­li­śmy po róż­nych knaj­pach, a było ich ty­sią­ce. Wcze­sna je­sień, tłu­my tu­ry­stów. Mi­chał co kil­ka mi­nut mó­wił ze ślą­skim ak­cen­tem:

– O, dziew­czyn­ka su­per­faj­na, ja umrę!

Za­raz się skum­plo­wa­li­śmy. Zresz­tą nie mie­li­śmy wyj­ścia: resz­ta to były dziew­czy­ny – Włosz­ka, Niem­ka i Ir­land­ka.

Sha­ron była pierw­szym Ir­land­czy­kiem, ja­kie­go spo­tka­łem. Nie­wy­so­ka dziew­czy­na o krę­co­nych, ru­da­wych wło­sach. O Ir­lan­dii wie­dzia­łem wte­dy tyle, co o Pa­ta­go­nii. To zna­czy coś: że Cel­to­wie, że zwa­rio­wa­ni, że śre­dnio­wiecz­ne klasz­to­ry, że pada i że Ul­ster. Praw­dę mó­wiąc, nie­zu­peł­nie ro­zu­mia­łem, o co cho­dzi w tym ca­łym kon­flik­cie. Ir­land­czy­cy to byli dla mnie An­gli­cy, któ­rzy nie­na­wi­dzą An­gli­ków.

To był wrze­sień 1996 roku. Ko­pa­li­śmy w sa­mym cen­trum sto­li­cy Czech, tuż obok zam­ku Hrad­cza­ny, cmen­ta­rzy­sko wcze­sno­śre­dnio­wiecz­ne. Szkie­le­to­we gro­by wo­jow­ni­ków.

Po pra­cy szli­śmy na dar­mo­wy obiad do rzą­do­wej sto­łów­ki koło ka­te­dry świę­te­go Wita. By­li­śmy naj­brud­niej szy­mi klien­ta­mi tego lo­ka­lu. Po­tem je­cha­li­śmy tram­wa­jem parę przy­stan­ków do aka­de­mi­ka, gdzie się my­li­śmy i prze­bie­ra­li­śmy. Na­stęp­nie wy­ru­sza­li­śmy do mia­sta na piwo.

W tam­tym cza­sie zda­wa­ło mi się nie tyl­ko, że mó­wię po an­giel­sku. Ży­wi­łem też ilu­zje, że mó­wię po cze­sku.

Cze­cho­sło­wa­cja była ce­lem mo­jej pierw­szej za­gra­nicz­nej wy­pra­wy. Przy koń­cu pod­sta­wów­ki po­je­cha­łem na ko­lo­nie do Na­cho­du. Jest to mia­sto gra­ni­czą­ce z pol­ską Ku­do­wą w Ko­tli­nie Kłodz­kiej. Znaj­do­wa­łem się więc ja­kieś czte­ry ki­lo­me­try za gra­ni­cą. Nie za da­le­ko. Ale co tam! Ry­szard Ka­pu­ściń­ski też kie­dyś ma­rzył o po­dró­ży do Cze­cho­sło­wa­cji.

Przed wy­jaz­dem na­uczy­łem się paru zwro­tów po cze­sku i przez dwa ty­go­dnie mó­wi­łem na po­wi­ta­nie „Na shle­da­nou”, kła­nia­jąc się grzecz­nie. Do­pie­ro po po­wro­cie do domu zro­zu­mia­łem, dla­cze­go Cze­cho­sło­wa­cja wy­da­wa­ła mi się tak po­god­ną i peł­ną śmie­chu kra­iną. „Na shle­da­nou” zna­czy „Do wi­dze­nia”.

Ten etap mia­łem już daw­no za sobą. Kil­ka po­dró­ży po Re­pu­bli­ce Cze­skiej, w tym jed­na ro­we­ro­wa, wie­le mnie na­uczy­ło. Mie­sza­jąc pol­ski z cze­skim, by­łem w sta­nie spo­ro wy­ra­zić i wie­le zro­zu­mieć. Wie­dzia­łem na przy­kład, że bi­let to lístek, a květen to maj. I że się mówi w knaj­pie dvie piva, a nie dwa piwa. Nie mo­głem się do­wie­dzieć tyl­ko jed­ne­go: co to jest „Uto­pe­nec”. Wie­dzia­łem, że to jest do je­dze­nia, bo wy­stę­po­wa­ło w kar­tach dań. Ja­koś dłu­go nie mo­głem się zde­cy­do­wać, żeby to za­mó­wić. A kie­dy raz się od­wa­ży­łem, to aku­rat nie było.

Na­sze pra­skie wy­ko­pa­li­ska to była taka mię­dzy­na­ro­do­wa szko­ła ar­che­olo­gicz­na or­ga­ni­zo­wa­na przez Cze­ską Aka­de­mię Nauk. Ję­zy­kiem urzę­do­wym był an­giel­ski. Tro­chę ko­pa­li­śmy, tro­chę wę­dro­wa­li­śmy. Z na­szy­mi cze­ski­mi prze­wod­ni­ka­mi wcho­dzi­li­śmy tam, gdzie zwy­kli tu­ry­ści nie mogą. Wspi­na­li­śmy się na naj­wyż­sze wie­że, scho­dzi­li­śmy do naj­głęb­szych pod­zie­mi. Do tego los zrzą­dził, że je­den z naj­słyn­niej­szych ba­da­czy pra­skie­go śre­dnio­wie­cza na­zy­wał się Ivan Bor­ko­vski i wszy­scy mnie py­ta­li, czy je­stem jego krew­nym. Da­wa­łem mgli­ste od­po­wie­dzi.

Pa­da­ło wła­ści­wie co­dzien­nie. Któ­re­goś razu mie­li­śmy ra­zem z Sha­ron coś wy­ko­pać. Zro­bi­li­śmy zdję­cia, po­tem roz­ło­ży­łem ta­śmy i zna­la­złem me­trów­kę. Ir­land­ka przy­kle­iła ar­kusz pa­pie­ru mi­li­me­tro­we­go do de­ski i za­tem­pe­ro­wa­ła ołó­wek.

– Go­to­we – po­wie­dzia­ła. – Mo­że­my za­czy­nać.

Ja mie­rzy­łem, ona ry­so­wa­ła. Po kil­ku mi­nu­tach za­czę­ło pa­dać. Ry­su­nek nie był zbyt skom­pli­ko­wa­ny. Chcie­li­śmy go szyb­ko skoń­czyć, a po­tem schro­nić się pod da­chem. Deszcz się wzma­gał. Wkrót­ce pa­pier mi­li­me­tro­wy wy­glą­dał jak szma­ta, a ołó­wek nie ry­so­wał po nim, tyl­ko ro­bił dziu­ry. Da­li­śmy so­bie spo­kój i po­szli­śmy do ba­ra­ku.

– Ja nie ro­zu­miem – po­wie­dzia­ła Sha­ron – dla­cze­go tu się nie uży­wa nie­prze­ma­kal­nej kal­ki tech­nicz­nej!

Zu­peł­nie nie wie­dzia­łem, o co jej cho­dzi. Za­wsze ry­so­wa­li­śmy na pa­pie­rze. Je­śli pa­da­ło, cze­ka­li­śmy aż prze­sta­nie.

Mi­nę­ło po­nad dzie­sięć lat…

Roz­ło­ży­łem ta­śmy, zna­la­złem me­trów­kę. Lu­kaš przy­kle­ił do de­ski ar­kusz nie­prze­ma­kal­nej kal­ki tech­nicz­nej i za­tem­pe­ro­wał ołó­wek.

Pa­da­ło od rana. Z prze­rwą, kie­dy mie­li­śmy prze­rwę śnia­da­nio­wą.

Sta­łem na dnie rowu po kost­ki w bło­cie i mie­rzy­łem. Lu­kaš usiadł na od­wró­co­nym wia­drze i ry­so­wał. Mie­li­śmy na so­bie cały nie­prze­ma­kal­ny rynsz­tu­nek: ka­lo­sze, gu­mo­we spodnie i żół­te, nie­prze­ma­kal­ne kurt­ki. Wszyst­ko to uma­za­ne było bło­tem, ale od daw­na prze­sta­ło to ro­bić na kim­kol­wiek wra­że­nie.

– Skur­we­ne po­cza­si – po­wie­dzia­łem we­so­ło, po­ka­zu­jąc na nie­bo. – Po­patrz na te mra­ki!

– Mam to w per­de­li – od­parł Lu­kaš.

– Dnes je pa­tek na szczę­ście.

Tak so­bie ga­wę­dzi­li­śmy. Zna­czy­ło to mniej wię­cej, że po­go­da jest pa­skud­na, ale to nic, bo już jest pią­tek. Lu­kaš był ze Zli­na na Mo­ra­wach. Za ko­mu­ny mia­sto na­zy­wa­ło się Got­twal­dov. Przed woj­ną sły­nę­ło z bu­tów Bata. Pra­co­wa­li­śmy ra­mię w ra­mię przez parę mie­się­cy. Roz­ma­wia­li­śmy mie­sza­nym cze­sko-pol­skim. Kie­dy to nie wy­star­cza­ło, uży­wa­li­śmy an­giel­skie­go. Kie­dy an­giel­ski oka­zy­wał się zbyt ubo­gi, wra­ca­li­śmy do na­sze­go slan­gu. Po kil­ku ty­go­dniach pra­cu­ją­cy w po­bli­żu ro­da­cy mó­wi­li mi, że w ogó­le nie ro­zu­mie­ją, co my z tym Cze­chem ga­da­my. Przy­da­wał się ko­lo­nij­ny po­byt w Na­cho­dzie, pe­da­ło­wa­nie po gór­skich dro­gach i pra­wie mie­siąc wy­ko­pa­lisk w Pra­dze. Tyl­ko Szy­mon wie­dział, o co cho­dzi, bo jest z Cie­szy­na. Oni tam tak cały czas.

Czech, Szwed, dwo­je Sło­wa­ków, trój­ka Ir­land­czy­ków i czter­dzie­stu Po­la­ków. Taka była struk­tu­ra na­ro­do­wa ze­spo­łu ar­che­olo­gów na sta­no­wi­sku Boy­er­stown 1 koło Na­van w hrab­stwie Me­ath w Re­pu­bli­ce Ir­lan­dii w 2007 roku.

Szan­se na roz­wi­ja­nie zna­jo­mo­ści an­giel­skie­go w ta­kim śro­do­wi­sku były zni­ko­me, ale za to mój cze­ski znacz­nie się po­pra­wił. Na­uczy­łem się, że „mrak” to „chmu­ra”, a „mra­ko­drap” to „dra­pacz chmur”. Że „spodnie” to „ka­le­so­ny”. Że „sva­lo­vec” to „kul­tu­ry­sta”. Lu­kaš się na­uczył, że „párek v roh­líku” to po pol­sku zwy­czaj­nie „hot-dog”. Kie­dyś opo­wia­dał mi o kimś, kto miał „za­vi­ro­va­ny po­či­tač”. My­śla­łem, że cho­dzi o za­bu­rze­nia po­czy­tal­no­ści. Nie. Ten ktoś miał po pro­stu za­wi­ru­so­wa­ny kom­pu­ter. Bo „po­čítat” zna­czy „po­li­czyć”, a nie „po­czy­tać”.

Po­je­cha­li­śmy z Lu­ka­šem któ­rejś nie­dzie­li do Mu­zeum Ar­che­olo­gicz­ne­go w Du­bli­nie.

Mu­zeum jest małe, ale za to na wy­sta­wie same cuda: zło­te ozdo­by, świet­nie za­cho­wa­ne cia­ła ludz­kie wy­ko­pa­ne na ba­gnach, wi­kiń­skie mie­cze, mo­ne­ty, pięk­nie or­na­men­to­wa­ne pa­sto­ra­ły bi­sku­pie.

Lu­kaš, z za­wo­du in­ży­nier, któ­ry na wy­ko­pa­li­ska tra­fił przy­pad­kiem, oglą­dał to wszyst­ko ze zdu­mie­niem.

– To ta­kie rze­czy moż­na wy­ko­pać? – za­py­tał, bo my wy­ko­py­wa­li­śmy róż­no­ści, ale ani mie­czy, ani pa­sto­ra­łów, a je­dy­ne cia­ła z ba­gien to by­li­śmy my sami.

Sil­ne prze­ży­cia kul­tu­ral­ne zmu­si­ły nas do uda­nia się na dvie piva do cze­skiej go­spo­dy o na­zwie „Czech Inn” na koń­cu Tem­ple Bar. Za­mó­wi­łem tam „Uto­pen­ca” – oka­za­ło się, że to zwy­kła pa­rów­ka w oc­cie.

Oczy­wi­ście Lu­kaš spo­tkał tam paru kum­pli. Je­den z nich przy­siadł się i opo­wie­dział nam po cze­sku ja­kąś wstrzą­sa­ją­cą hi­sto­rię, z któ­rej zro­zu­mia­łem kil­ka słów po­wszech­nie uzna­wa­nych za wul­gar­ne. Trwa­ło to ze dvie – trzy piwa. Ro­bi­łem, co mo­głem, żeby prze­ko­nu­ją­cą uda­wać głę­bo­kie współ­czu­cie i peł­ne zro­zu­mie­nie. W koń­cu ko­le­ga rzu­cił blu­zgiem na po­że­gna­nie, uści­skał nam dło­nie i po­szedł.

– On wy­jeż­dża z Ir­lan­dii – po­wie­dział Lu­kaš, wi­dząc, że do­ma­gam się na­tych­mia­sto­wych wy­ja­śnień. – Nie może tu zo­stać.

– Coś na­roz­ra­biał?

– Nie. To przez na­zwi­sko. On się na­zy­wa Jiři Hor­ny. Ma prze­rą­ba­ne…

Po cze­sku „hora” zna­czy „góra”, więc to był­by ja­kiś pan Je­rzy Gór­ny. Spo­ko na­zwi­sko. Ale po an­giel­sku „hor­ny” zna­czy „na­pa­lo­ny sek­su­al­nie”. Za każ­dym ra­zem, kie­dy nie­szczę­śnik się przed­sta­wiał, to jak­by mó­wił: „Dzień do­bry, je­stem na­pa­lo­ny Ju­rek”. To może być waż­na in­for­ma­cja w pu­bie po pół­no­cy. Kto wie? Ale kie­dy otwie­rasz kon­to w ban­ku, je­steś na roz­mo­wie w spra­wie pra­cy lub idziesz coś za­ła­twić na ko­mi­sa­ria­cie, two­je ży­cie sek­su­al­ne jest two­ją pry­wat­ną spra­wą. A tu jesz­cze prze­waż­nie trze­ba eg­zo­tycz­ne na­zwi­ska li­te­ro­wać: J E S T E M N A P A L O N Y! J U R E K N A P A L O N Y!

Po­la­kom się czę­sto wy­da­je, że ję­zyk cze­ski to jest taki dzie­cin­ny pol­ski. Jest dużo ka­wa­łów o tym jak to coś tam się na­zy­wa po cze­sku (fla­ga: szma­ticz­ku na pa­ticz­ku, go­łąb: da­cho­wy ob­sra­nec). Po­mi­nąw­szy fakt, że w Cze­chach jest tyle samo ka­wa­łów o tym jak tam coś się na­zy­wa po pol­sku, jest to obcy ję­zyk, któ­re­go się nie­ste­ty nie da umieć bez ucze­nia się. Prze­ko­na­łem się o tym w „Czech Inn”. Zno­wu mi się wy­da­wa­ło, że mó­wię po cze­sku, ale zno­wu by­łem w błę­dzie. To Lu­kaš mó­wił po pol­sku. Po­sta­no­wi­łem więc sko­rzy­stać z oka­zji i po­głę­bić moją wie­dzę.

– A jak jest „na­pa­lo­ny” po cze­sku? – brzmia­ło moje na­stęp­ne py­ta­nie.

– Na­drze­ny.

To sło­wo czę­sto pa­da­ło w opo­wie­ści Ji­řie­go Hor­ne­go.

– A „je­stem na­pa­lo­nym zbo­czeń­cem”?

– Jsem na­drze­ny uhyl.

– To się może przy­dać.

Za­mó­wi­li­śmy na­stęp­ne dvie. Po­tem chy­ba jesz­cze parę. Miło było po­być w Środ­ko­wej Eu­ro­pie. Wró­ci­li­śmy do Na­van ostat­nim au­to­bu­sem, śpie­wa­jąc ci­cho woj­sko­we pio­sen­ki.

Od tam­tej pory, kie­dy spo­ty­ka­łem Po­łu­dnio­we­go Są­sia­da, wie­dzia­łem, co po­wie­dzieć, żeby zro­bi­ło się we­se­lej. To było znacz­nie lep­sze od „Do wi­dze­nia” na dzień do­bry. Przy­najm­niej wie­dzia­łem, co mó­wię.

Kil­ka mie­się­cy póź­niej, kie­dy pra­co­wa­łem już dla in­nej fir­my w hrab­stwie Cork, do­sta­łem sms-a od pew­ne­go pol­skie­go ar­che­olo­ga, któ­ry wie­dział o mo­jej rze­ko­mej zna­jo­mo­ści cze­skie­go. Wia­do­mość brzmia­ła: „CZESC TO­MEK. JAK BYL TEN NA­PA­LO­NY ZBO­CZE­NIEC? PO­ZNA­LEM FAJ­NA CZESZ­KE I CHCIAL­BYM SIE PRZED­STA­WIC”.

Jestem ET

„Czym się róż­ni Po­lak od ET?

ET ma ro­wer, zna tro­chę an­giel­ski i chce do domu”

Sta­ry ka­wał ir­landz­ki

Mój pierw­szy ty­dzień w Ir­lan­dii. Przy­by­łem z po­ko­jo­wy­mi za­mia­ra­mi. Po­bra­łem już pierw­sze prób­ki gle­by i gu­in­nes­sa. Po­czy­ni­łem pierw­sze ob­ser­wa­cje. Zro­bi­łem pierw­sze no­tat­ki. Na­wią­za­łem pierw­sze kon­tak­ty.

Miesz­kam w Dur­row, w hrab­stwie La­ois. Jest jesz­cze kil­ka in­nych Dur­row. Naj­słyn­niej­sze znaj­du­je się w hrab­stwie Of­fa­ly, skąd po­cho­dzi pięk­na księ­ga z Dur­row (VII wiek) i gdzie od cio­su to­po­rem zgi­nął Hugh de La­cey przy koń­cu XII wie­ku.

Dur­row w La­ois jest ład­ne, małe i jest po­ło­żo­ne zbyt da­le­ko od wy­ko­pu, na któ­rym pra­cu­ję. Prze­wod­nik Pas­ca­la roz­pra­wia się z mia­stecz­kiem tak: „Cie­ka­wych za­byt­ków nie ma tak­że w wio­sce Bal­la­col­la, 3 km na pół­noc­ny za­chód od Dur­row” (s. 186). Po­cząt­ko­wo jeź­dzi­łem z Ra­fa­łem i ło­tew­ską parą ich sa­mo­cho­dem. Ale coś tam się po­zmie­nia­ło i nie mam trans­por­tu.

Mu­szę zna­leźć miesz­ka­nie w Bor­ris in Osso­ry lub naj­bliż­szej oko­li­cy. Nie mam jesz­cze sa­mo­cho­du. Idę na przy­sta­nek. Jest ław­ka i słu­pek. O roz­kła­dzie jaz­dy nie ma mowy. Na szczę­ście by­łem nie raz we Wło­szech, więc idę do skle­pu spo­żyw­cze­go i py­tam, co z tymi au­to­bu­sa­mi. Miła eks­pe­dient­ka mówi, że aku­rat ma roz­kład i może mi go skse­ro­wać.

Jest dzie­wią­ta rano. Wto­rek. Pada. Sza­ro, choć to maj. Przy­sta­nek nie ma żad­ne­go dasz­ku, wia­ty. Słu­pek, ław­ka, brak roz­kła­du. Wszyst­ko. Pry­wat­ny bu­sik od­jeż­dża po dzie­sią­tej. Mamy go­dzi­nę. Idzie­my na sto­pa. Je­śli nic nie zła­pie­my, wró­ci­my na przy­sta­nek.

Po­przed­nie­go dnia po­sta­no­wi­li­śmy z Szy­mo­nem, że tego dnia nie pój­dzie­my do pra­cy. Mu­si­my zna­leźć cha­łu­pę bli­żej wy­ko­pu. I nie spo­cznie­my, póki nie znaj­dzie­my. Z Bor­ris in Osso­ry to jest z ki­lo­metr. Lu­dzie cho­dzą pie­cho­tą do pra­cy.

Mamy ja­kieś lo­kal­ne ga­ze­ty z ogło­sze­nia­mi. Się za­dzwo­ni. Pój­dzie­my na sta­cję ben­zy­no­wą, do skle­pów, pu­bów, na pocz­tę. Po­py­ta­my lu­dzi. Wła­ści­wie ja po­py­tam. Szy­mon nie mówi po an­giel­sku. Udzie­la mi za to mo­ral­ne­go wspar­cia. Po­zna­łem go dwa dni temu. Jest z Cie­szy­na, stu­diu­je rzeź­bę. Za dwa lata bę­dzie bar­dzo do­brym ar­che­olo­giem i moim sta­rym kum­plem. I bę­dzie mó­wił po an­giel­sku. Na ra­zie jest ja­kimś bli­żej nie­zna­nym, ale czy­stym hip­pi­sem, któ­re­go nu­mer wpi­sa­łem do ko­mór­ki pod ha­słem „Sz”, bo mi się spie­szy­ło.

Ma­cha­my przez