Strona główna » Literatura faktu, reportaże, biografie » Jakub Sobieski

Jakub Sobieski

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7976-312-2

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Jakub Sobieski

Królewicz Jakub Sobieski był pierworodnym synem Jana III, a urodził się zanim jego ojciec został królem. Wobec elekcyjności polskiego tronu los Jakuba był nader niepewny. Rodzice starali się zabezpieczyć mu przyszłość i panowanie, napotkali jednak na sprzeciw ze strony magnaterii, która za wszelką cenę chciała przeszkodzić w umocnieniu pozycji królewskiego syna. Ostatecznie nie udało się Jakubowi zdobyć korony. Mimo kilkukrotnych prób sięgnięcia po władzę, pozostał do końca życia kandydatem do tronu, spędzając sen z oczu Augusta II. Swoje ambicje polityczne przypłacił królewicz długoletnim uwięzieniem. Mimo świetnego małżeństwa, jakie zawarł, nie znalazł szczęścia w życiu rodzinnym. Zmarł jako ostatni ze swego rodu, mając u boku córkę, którą chciał wydziedziczyć za nieposłuszeństwo.

Polecane książki

Niniejsza publikacja poświęcona jest instytucjom prawnym, które prowadzą do oddzielenia zakresu oddziaływania akcjonariusza na sprawy spółki od jego zaangażowania kapitałowego – mechanizmom zwiększającym kontrolę. Jest to fundamentalne, zarówno z punktu widzenia doktryny prawa, jak i praktyki, zagad...
Osiągnij harmonię, żyj po swojemu, na własnych zasadach. To nie jest książka o tym, jak odnaleźć spokój, sprzątając szafę. Nie znajdziesz tu prostej recepty na szczęście ani gotowych ćwiczeń do wykonania. To książka o tym, jak w nadmiarze spraw i możliwości odnaleźć to, co dla nas naprawdę ...
Belly liczy czas w porach roku. Wszystko, co niezwykłe i magiczne, przytrafia się jej między czerwcem a sierpniem. Zimą dziewczyna odlicza tygodnie dzielące ją od lata, od domku przy plaży, Susanny i – co najważniejsze – od Justina i Conrada. Poznała ich dawno temu. Najpierw traktowała jak braci, a ...
Niniejszy poradnik do gry Outlast zawiera kompletny opis przejścia gry, wraz z licznymi ilustracjami przedstawiającymi kolejne etapy rozgrywki. Znajdziesz w nim również dodatkowe, autorskie porady odnośnie przejścia danego rozdziału. Rozdziały zostały nazwane zgodnie z tymi zawartymi w grze. Oczywiś...
Książka zawiera syntetyczny opis Zagłady w Generalnym Gubernatorstwie i jest adresowana do czytelników niebędących badaczami tego tematu. Narracja prowadzona jest w układzie problemowo-chronologicznym, co pozwala na przedstawienie faktografii w sposób uporządkowany. Główne partie książki dotyczą...
Nowa powieść Henninga Mankella i niespodziewany powrót ulubionego bohatera powieści poczytnego twórcy kryminałów! Kurta Wallandera nie trzeba nikomu przedstawiać, a fanom policjanta z Ystad nie trzeba przypominać, że cztery lata temu Henning Mankell zamknął serię o Wallanderze książką „Niespokojny c...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Aleksandra Skrzypietz

 

JAKUB SOBIESKI

 

 

Aleksandra Skrzypietz

Jakub Sobieski

 

Wydawnictwo Poznańskie

 

 

Copyright © Aleksandra Skrzypietz, 2015

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2015

 

 

 

 

 

Recenzja naukowa | prof. dr hab. Michał Zwierzykowski

Redaktor prowadząca | Dominika Kuczyńska

 

Redakcja merytoryczna | Bogumił Twardowski

 

Redakcja | Paulina Wierzbicka

 

Korekta | Aleksandra Tykarska

 

Projekt graficzny okładki | Juliusz Zujewski

 

Łamanie | Barbara Adamczyk

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej | Dariusz Nowacki

 

 

Wydanie elektroniczne 2015

 

 

eISBN 978-83-7976-312-2

 

 

Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@wydawnictwopoznanskie.com

www.wydawnictwopoznanskie.com

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

spes mea data mihi a patre

 

 

WSTĘP

Królewicz Jakub Sobieski należy do niewielu osób, których dzieje można zawrzeć w krótkiej formule – spes mea data mihi a patre[1], czyli „moja nadzieja dana mi jest [pochodzi] od ojca”. To wielka kariera Jana III otworzyła przed jego synem możliwość zdobycia szczególnego znaczenia i pozycji. Dzięki temu królewicz wielokrotnie miał nadzieję na poślubienie znakomitych księżniczek, na sukcesy militarne, na zdobycie korony, na zaaranżowanie świetnych małżeństw córek. A wszystko to przydarzyło się Jakubowi, ponieważ stał się sławny dzięki dokonaniom swego ojca i to one rozbudziły w nim wielkie ambicje.

Jakub Sobieski jest postacią wyjątkową, a przy tym do niedawna nie najlepiej znaną. Choć pojawia się w wielu opisach zarówno panowania swego ojca, jak i wydarzeń późniejszych, nie był głównym bohaterem żadnej opowieści. Zwykle pojawia się tylko dodatkowo przy omawianiu tematów przełomu XVII i XVIII wieku oraz ich głównych bohaterów. Nie doczekał się też opracowania poświęconego wyłącznie jego życiu, choć kilkakrotnie przedstawiano go razem z młodszymi braćmi.

Jakub był synem Jana III i Marii Kazimiery. Urodził się, zanim ojciec zdobył tron, ale wbrew działaniom przeciwników Sobieskich został królewiczem i tak nazywano go w Polsce za życia, a także w historiografii, podobnie jak młodszych braci. Rościł sobie jednak prawo do tytułu Jego Królewskiej Wysokości i używał go we własnych dokumentach i listach. Tytuł ten stosowano wobec królewicza także w kierowanej doń korespondencji, w każdym razie czynili to wszyscy, którzy zwracali się do Jakuba Sobieskiego z sympatią lubw interesach, gdyż pominięcie tytulatury skutkowało niezadowoleniem ze strony adresata i zwykle brakiem odpowiedzi czy chęci spełnienia próśb.

Życie rodzinne Sobieskich przedstawiane było wielokrotnie w czarnych barwach. Według przekazów Jan III miał być niechętnie nastawiony do Jakuba, a ponadto skąpy i zwłaszcza pod koniec życia zajęty jedynie sobą. Natomiast Maria Kazimiera miała rozpuszczać synów i chować ichw rozpasanej atmosferze dworu. Egoistyczna i zajęta spełnianiem własnych zachcianek, miała nie dbać o dzieci, o ich przyszłość, a według czarnej legendy próbowała nawet konkurować z Jakubemo ponowne zdobycie korony. Kandydaturze najstarszego królewicza przeciwstawić ponoć chciała średniego syna Aleksandra lub swego kolejnego męża, za którym, zdaniem wielu, rozglądać się miała zresztą już za życia Jana III.

W rzeczywistości Jakub odebrał niezłe wykształcenie, a później uczestniczył w kampaniach ojca, ucząc się u jego boku sztuki dowodzenia i, co ważniejsze, poznając europejskich władców i zyskując ich akceptację, a nawet autentyczną sympatię, która przetrwała czas wojny. Ożenił się zgodnie z zamysłami matki, choć doprowadzenie do jego małżeństwa z różnych względów nie było łatwe. Zabezpieczenie jego przyszłości stało się celem działań obojga rodziców. Po śmierci ojca zabiegał o koronę polską, a później jeszcze wielokrotnie, czasem wbrew swej woli, był wysuwany jako kandydat do tronu. Matka, wbrew nieprzychylnym opowieściom, starała się pomóc synowi w tych zabiegach.

Królewicz Jakub żył zawsze na marginesie wielkiej polityki i był bardziej jej przedmiotem niż podmiotem. Jego nazwiska nie zapominano jednak z dwóch przyczyn – zasług Jana III oraz legendarnego, wyolbrzymionego plotką bogactwa. Umożliwiło to królewiczowi rojenia o świetnych małżeństwach dla córek. Znalazły one żywy odzew w Europie. Swoje ambicje przypłacił uwięzieniem, wygnaniem i wiecznymi podejrzeniami wrogów politycznych, że intrygom ze strony Sobieskiego nie będzie końca.

Niedawno odkryte, długo niewykorzystywane źródła pozwoliły na pokazanie Jakuba Sobieskiego w nowym świetle, z większym bogactwem detali z jego życia. Dzięki temu można lepiej poznać i zrozumieć działania królewicza. Jakub nie był postacią wybitną ze względu na charakter czy dokonania, jednak miejsce, które zajął w opowieści o jego ojcu, a także za sprawą późniejszych wydarzeń, daje mu prawo do własnej biografii. Jeżeli postępowanie królewicza czy podejmowane przez niego decyzje nie zasługują na pochwałę, to na pewno na zrozumienie. Żył w bardzo trudnym czasie, a od chwili elekcji ojca skazany był na dwuznaczność swej pozycji – królewicza i kandydata do tronu, którego przyszłość miała się rozstrzygnąć dopiero podczas elekcji. Nie dawało mu to szans na dokonanie niezależnego wyboru – kim będzie i co zrobi ze swoim życiem. Był królewiczem, a zarazem nikim. Nie mogąc piastować urzędów, sporą część życia spędził na poszukiwaniu roli, jaką mógłby odegrać, lub oczekiwaniu na przychylną jemu i jego rodzinie koniunkturę polityczną. W systemie silnej opozycji politycznej działającej w Rzeczypospolitej raz był jej celem, a innym razem narzędziem, ale – przynajmniej w pewnym stopniu – zawsze ofiarą. Jako wielokrotny kandydat do tronu, a za takiego go uważano, czasem nawet wbrew jego chęciom, traktowany był jako nieustanne zagrożenie dla Augusta II. Dwuznaczna pozycja Sobieskiego odcisnęła piętno również na życiorysach jego córek.

Niniejsza książka jest próbą pokazania wielu nowych, do niedawna nieznanych faktów i aspektów z życia Jakuba. Świadomie też nie próbowano formułować tu żadnych ocen. Wydano ich już w dotychczasowej historiografii dość, zwykle surowych i nieprzychylnych. Tymczasem łatwo oceniać po latach, gdy wszystko już się wydarzyło, a na jaw wyszły konsekwencje działań, nieraz dalekosiężne i niezamierzone. Czytelnik może sam wystawić królewiczowi ocenę, a każdy na pewno spojrzy na niego po swojemu.

Książka jest podzielona na rozdziały, które tylko najogólniej odpowiadają chronologii wydarzeń. Są one ułożone według problemów. Chronologia wydarzeń z życia Jakuba Sobieskiego przedstawiona została w kalendarium. Przypisyw tekście ograniczono tylko do źródeł, z których pochodzą cytaty. Źródła oraz literaturę wykorzystane w książce omówiono w nocie bibliograficznej.

 

Rozdział I

UTRAPIONY TATA

„O chłopcu naszym racz mi moja panno oznajmić, jeżeli roście i jako się chowa […]”[2] – prosił Jan Sobieski w liście z 6 stycznia 1668 roku. Równo miesiąc wcześniej dowiedział się, że został ojcem, ale syna dotąd nie widział i miał go nie ujrzeć jeszcze ponad pół roku. Tęsknił bardzo i za pierworodnym, i za ukochaną żoną, która wiosną 1667 roku wyjechała do Francji, by podtrzymać ciążę i urodzić zdrowe dziecko.

Nie wiadomo, kiedy Jan Sobieski poznał Marię Kazimierę de la Grange d’Arquien. Stało się to zapewne tuż przed potopem szwedzkim, gdy powróciła ona z Francji, gdzie wysłano ją do szkoły, a on zaczął bywać na dworze. Wkrótce starosta jaworowski, bo taki tytuł nosił wówczas Sobieski, opowiedział się po stronie króla szwedzkiego, a pannę wojna skazała na tułaczkę wraz z dworem uciekającym przed Szwedami. Królowa Ludwika Maria zdecydowała, że dwórka poślubi Jana Zamoyskiego, który pozostał wierny Janowi Kazimierzowi. Rozpoczęto przygotowania do wesela i odbyło się ono wiosną 1658 roku. Zapewne młodziutka Maria Kazimiera wstępowała w ten związek z wiarą w szczęście, które ją czeka. Wywodziła się bowiem z niebogatej francuskiej rodziny szlacheckiej. Jej ojciec – Henryk de la Grange, markiz d’Arquien, człowiek wiodący życie wesołe i raczej nieodpowiedzialne, doczekał się kilku córek i synów, a pieniędzy na ich utrzymanie miał niewiele. Przed swoim wyjazdem do Polski księżniczka mantuańska Ludwika Maria Gonzaga, na której francuskim dworze matka Marii Kazimiery – Franciszka de La Châtre – pełniła rolę ochmistrzyni, postanowiła pomóc rodzinie d’Arquien i zabrać ich córkę ze sobą. Ludwika Maria była matką chrzestną dziewczynki, ale w Rzeczypospolitej natychmiast rozeszły się plotki, że to nieślubna córka księżniczki mantuańskiej. Zapewne próbowano w ten sposób zaszkodzić władczyni i pogrążyć ją w oczach małżonka – Władysława IV, choć również na dworze francuskim wiele mówiono o romansach i ambicjach politycznych nowej królowej Polski, a jej imię wiązano z kilkoma wpływowymi mężczyznami. Po śmierci pierwszego męża Ludwika Maria zdecydowała o odesłaniu Marii Kazimiery do Francji, która miała tam ukończyć szkołę klasztorną, przebywała też na dworze swej ciotki. Do Rzeczypospolitej wróciła po kilku latach, a tymczasem jej opiekunka wyszła za kolejnego władcę – Jana Kazimierza. Po powrocie na dwór polski stała się Maria Kazimiera jego wielką ozdobą. Nic dziwnego, że wpadła w oko kochliwemu, jak sam przyznawał w swych listach, Janowi Sobieskiemu.

Później pojawiały się opinie, że Sobieski pokochał Marię Kazimierę od pierwszego wejrzenia. Jednak on sam twierdził, że nie potrafi wskazać momentu, w którym zaczęło się jego uczucie i zaprzeczał, jakoby od początku było ono jednakowo silne. Nawet gdyby kochał Marię Kazimierę od chwili, gdy ją poznał i już wówczas planował małżeństwo, to na przeszkodzie stały zbyt potężne siły – wojna, wola Ludwiki Marii szukającej zbliżenia z Janem Zamoyskim i jego matka, która jako kobieta wielkiej ambicji i żelaznej woli, nigdy nie dopuściłaby do mariażu syna z Francuzką z dworu królowej.

Gdy minęła szwedzka nawałnica, Jan Sobieski zaczął bywać na dworze, szukając zbliżenia z królem i jego małżonką. Wkrótce stał się oddanym Ludwice Marii członkiem jej stronnictwa, przekonanym o konieczności zbliżenia z Francją i przeprowadzenia reform. Można zadać pytanie, jaką rolę w tym zbliżeniu Jana Sobieskiego z królową odegrała Maria Kazimiera, ale możliwe, że przynajmniej na początku nie miała w tym żadnego udziału. Potrzebę przeprowadzenia reform w Rzeczypospolitej wskazywali już nauczyciele Jana Sobieskiego w Krakowie. Zatem pani Zamoyska miała zapewne większy udział w utrzymaniu współpracy Sobieskiego z dworem, gdy później musiał dokonać wyboru między pozostaniem w stronnictwie królewskim a przyłączeniem się do rokoszu Lubomirskiego.

Po zakończeniu wojny ze Szwecją znajomość Jana Sobieskiego i Marii Kazimiery rozwijała się bez przeszkód. Korzystać mogli nie tylko ze spotkań na dworze, gdzie pani Zamoyska czasami się pojawiała, ale przede wszystkim z przyjaźni Sobieskiego, wówczas już chorążego koronnego, z Janem Zamoyskim. Bliskość rodzin obu magnatów miała długą tradycję, a zrodziła się dzięki patronatowi Jana Zamoyskiego nad rodem Sobieskich. Tomasz Zamoyski, syn wielkiego kanclerza i Jakub Sobieski, ojciec Jana III, ukończyli szkołę w Zamościu. Tam też przebywali po przedwczesnej śmierci swych ojców i wówczas narodziła się ich przyjaźń, która przetrwała do końca życia. W testamencie Tomasz uczynił Jakuba opiekunem swego syna – Jana. Choć między Janem Sobieskim a Janem Zamoyskim nie było bliskości, jaka niegdyś połączyła ich ojców, to jednak chorąży koronny składał w Zamościu regularne wizyty.

Po ślubie Maria Kazimiera i Jan Zamoyski opuścili dwór. Wkrótce wojewodzina sandomierska zorientowała się, że nie zdobędzie serca swego męża ani nie odegra znaczącej roli w jego domu. Jan Zamoyski nie pożądał urzędów i nie interesowała go polityka, pragnął przede wszystkim niezależności. Jak wszyscy przedstawiciele jego stanu wyjeżdżał niezmiernie często, zostawiając małżonkę samą w domu. Nie powierzył jej jednak zarządu majątkiem, jak to czyniło wielu przedstawicieli szlachty i magnaterii. Nie odpowiadał na jej listy. Nie godził się też, by przeniosła się na dwór pod opiekę królowej. Nawet brzemienności Marii Kazimiery przyjmował z pewną obojętnością, choć pisywała doń listy przepełnione strachem przed ciężką próbą, jaką dla kobiet tamtego czasu były poród i połóg. Ponieważ małżonka próbowała podejmować samodzielne decyzje i wyjeżdżała bez mężowskiego pozwolenia, Zamoyski starał się ukrócić jej niezależność, nie zostawiając jej pieniędzy. Zapewne sądził, że to zatrzyma żonę domu. Pomylił się. Maria Kazimiera, żywiąc niepłonną nadzieję, że zdoła pozyskać pomoc królowej, opuszczała Zamość i wyjeżdżała do stolicy, by na czas ciąży i porodu znaleźć się pod opieką dworskich lekarzy. Z pewnością obecność Ludwiki Marii przynosiła jej ukojenie w strachu i osamotnieniu. Jednak Maria Kazimiera nie przestawała przyzywać męża i prosić go o przyjazd, wydawać się zatem mogło, że pragnęła zdobyć jego uczucie i bezskutecznie zwrócić na siebie jego uwagę. W ciągu kilku lat pożycia z Zamoyskim Maria Kazimiera była cztery razy w ciąży – urodziła trzy córki, z których tylko jedna żyła nieco dłużej. Te porażki macierzyńskie i trudne pożycie z mężem bardziej zajętym towarzyszami pijaństwa niż żoną sprawiały młodej kobiecie wiele bólu. Ulgi szukała zatem w wyprawach na dwór, wyjeżdżając do rodziny we Francji, ale także nawiązując przyjaźń, a może i flirtując ze znajomymi Zamoyskiego.

Wśród przyjaciół Marii Kazimiery szczególną rolę zaczął odgrywać Jan Sobieski. Stał się pośrednikiem w jej kontaktach z dworem. Wkrótce połączyła go z wojewodziną sandomierską wspólna lektura – zapewne to Maria Kazimiera podsunęła mu do czytania francuskie romanse. Cała późniejsza korespondencja Jana Sobieskiego świadczy o pasji, z jaką poznawał dziwny świat pasterzy i nimf, w którym barokowa miłość stawała się samym centrum życia, ale smakować ją można było tylko z domieszką niepewności i zwątpienia, przydających goryczy temu, co powinno być nieustającą słodyczą. W tym świecie kochankowie, choć wierni i odwzajemniający uczucia, cierpieli i wzdychali do wybranek, a one niepodzielnie rządziły męskimi sercami. Biorąc sobie za wzór ten wydumany świat, Jan Sobieski coraz mocniej angażował się w związek z Marią Kazimierą. Nie należy jednak sądzić, że od początku był głęboko zakochany ani że gotów był wielbić wybrankę swego serca, jedynie z dala ją adorując. Natomiast po pewnym czasie w ich korespondencji pojawił się tajemny szyfr, którego podstawą stały się imiona postaci z ulubionej książki Sobieskiego – Astrea pióra Honoré d’Urfé. Choć korespondencja świadczyła o uczuciach, to jednak starali się oboje zachować ostrożność. Maria Kazimiera wciąż była żoną Zamoyskiego, a ryzyko, że rozgniewa męża i pozbawiona zostanie udziału w jego bogactwie, nie było dla ubogiej Francuzki bez znaczenia. Niemniej zakochani rozważali możliwość przeniesienia się do Francji i rozwiązania małżeństwa Marii Kazimiery.

Wiosną 1665 roku Jan Zamoyski zupełnie nieoczekiwanie zmarł. Maria Kazimiera przebywała wówczas w Warszawie. Nagle przed nią i Sobieskim otworzyły się całkiem nowe możliwości, ale młody człowiek nie pojawił się w stolicy. Nie odpisywał nawet na listy. Wdowę obowiązywała co najmniej roczna żałoba, ale na dworze powątpiewano, by Sobieski wytrzymał aż tyle. Krążyły nawet plotki, że w ogóle nie jest zainteresowany ślubem z panią Zamoyską. A tymczasem stał się niezbędny królowej. W kraju narastało napięcie związane z konfliktem królowej z marszałkiem wielkim koronnym Jerzym Sebastianem Lubomirskim. Jan Sobieski, który zdążył pokazać swój talent militarny, mógł stać się podporą działań dworu. Nie jest jasne, czy dalsze wypadki były kobiecą intrygą, czy następstwem braku przezorności Sobieskiego, ale dał się przyłapać w komnacie Marii Kazimiery i zdecydował się na potajemne małżeństwo z ukochaną. Latem tego samego roku para stanęła oficjalnie na ślubnym kobiercu, by uciszyć plotki, od których huczały nie tylko dwór, lecz także cała Rzeczpospolita. Oficjalny ślub nie oznaczał jednak małżeńskiego spokoju i szczęścia. Sobieski, jako sojusznik dworu, włączył się aktywnie w walkę ze zbuntowanym Jerzym Sebastianem Lubomirskim, przejmując po nim urząd marszałka wielkiego koronnego. Przedwczesny ślub z owdowiałą Francuzką i sięgnięcie po urząd należący do rokoszanina, który mienił się obrońcą złotej wolności, wywołały niechęć sporej części szlachty. Sobieski często żalił się na to w swych listach do żony. Był nieszczęśliwy z powodu rozstania z nią i czując przymus współpracy z dworem, a także ciężar powszechnego odium, które na niego spadało. Uważał, że Ludwika Maria i Jan Kazimierz wykorzystują go dla własnych celów.

Sytuacja uspokoiła się w 1666 roku, gdy dwór zawarł porozumienie z Lubomirskim, a ten opuścił Rzeczpospolitą i wkrótce zmarł. Dopiero wówczas znaleźli Sobiescy czas dla siebie. Wiosną 1667 roku Maria Kazimiera spodziewała się potomka. Małżonkowie byli pełni obaw, czy ciąża będzie zdrowo się rozwijać, a dziecko przeżyje. Wspominając swoje poprzednie brzemienności i porody, Maria Kazimiera miała podstawy, by obawiać się o los kolejnego dziecka. Ponieważ w tym czasie zmarła Ludwika Maria, Sobieska nie mogła liczyć na pomoc dworskich medyków. Postanowiła zatem udać się do Francji, by oddać siebie i dziecko w ręce tamtejszych biegłych lekarzy. W związku ze śmiercią swej królewskiej protektorki chciała też zdobyć zaufanie Ludwika XIV dla małżonka, który miał stać się przywódcą stronnictwa profrancuskiego w Polsce. Nie ulega wątpliwości, że Sobieski wyraził na to zgodę, choć potem wielokrotnie gorzko skarżył się na wyjazd Marii Kazimiery i swą tęsknotę. Nie wiadomo, czy bardziej doskwierał mu żal z powodu rozstania z ukochaną żoną i obawa o jej życie, czy też męczyło go napięcie związane z nadzieją na doczekanie się potomstwa. W każdym razie swoje emocje słomiany wdowiec przelewał na papier.

Małżonkowie pożegnali się w Jaworowie. Kilka dni później w liście do Marii Kazimiery Sobieski pisał o dziecku w jej łonie, prosząc, by przekazać mu ojcowskie błogosławieństwo – „Maluśkiego przeżegnać ode mnie […]”[3]. Mogłoby to wskazywać, że pragnął narodzin syna, ale dwa tygodnie później wyraźnie stwierdził, że oczekuje Jakuba lub Teresy, gdyż z góry zaplanował jedno z tych imion dla dziecka. Jakub było imieniem dziedziczonym po zmarłym ojcu Sobieskiego, a Teresa pojawiła się najpewniej stąd, że z jednej strony to właśnie ta święta cieszyła się szczególną czcią w rodzinie, a z drugiej Maria Kazimiera sądziła, że urodzić powinna 15 października, zatem w dniu poświęconym św. Teresie z Ávila. Drugie imię miała wybrać Maria Kazimiera i Sobieski sugerował, że może to być imię nadawane w jej rodzinie. Uważał jednak, że synowi należy nadać imię Ludwik jako drugie, na cześć króla francuskiego; zatem założyć można, że już wcześniej Sobiescy zaplanowali, by poprosić Ludwika XIV na ojca chrzestnego.

Gdy Maria Kazimiera martwiła się objawami rychłego porodu – z jej prawej piersi ciekło mleko – małżonek uspokajał: „tu powiadają wszyscy, że to jest znakiem chłopca. Jać, Bóg widzi, nie brakuję [przebieram]: wszystko z niesłychaną pociechą i radością z rąk świętych jego przyjmę i jednakowym sercem, lubo to Wć moja dobrodziejko zadajesz [zarzucasz] mi, że nie dbam i nie pytam się. Trzymasz się tego, moje serce, że im kto czego sobie najbardziej życzy, tym go to najczęściej mijać zwykło”[4].

W korespondencji Sobieski często podkreślał, że liczy się z wolą Boga i wie, jak wiele dzieci umiera, zakładał zatem, że i to w łonie Marii Kazimiery może nie przeżyć. Martwił się więc zarówno o żonę, jak i o dziecko.

 

Więzień też ubogi bardzo mię trapi, żeby zajechał zdrowo, a bardziej, żeby konserwował matkę […]. Teraz go przeżegnać a ofiarować Najśw. Matce, świętym Janom obudwom, św. Józefowi, Jackowi i inszym patronom i świętym bożym, prosząc, aby mu P. Bóg dopuścił omytym być przez chrzest z grzechu pierworodnego[5].

 

Takie życzenia strwożony ojciec powtarzać będzie jeszcze wiele razy. Na wszelki wypadek zabiegał o modły w intencji żony i dziecka. „Panny karmelitanki lubelskie, dzień i noc nie przestając, proszą P. Boga; także i u drzewa Krzyża św. w Lublinie, bom tam wszędy posyłał, gdziekolwiek swoją miałaś Wć duszo moja inklinację”[6]. Sam zaś pościł przez dziewięć sobót. 10 listopada, jeszcze nieświadom narodzin syna, ale przekonany, że poród już nastąpił, prosił: „To cokolwiek dał P. Bóg na świat (za co Mu wieczna niech będzie chwała), jeśli żywo, racz ucałować, moja Marysieńku, od utrapionego taty […]”[7].

Dnia 9 grudnia Sobieski odebrał jednak szczęśliwą wiadomość – jego żona urodziła syna – dziecko żyło, a i ona czuła się dobrze. Tę wiadomość przesłał mu markiz d’Arquien. Sobieski nie musiał nawet otwierać przesyłki, bo świadom jego niepokoju teść najważniejszą informację „na wierzchu swego wyraził listu […]”[8]. Ubiegł tym samym wszystkich innych domowników, którzy pragnęli jako pierwsi donieść Sobieskiemu o tak ważnym wydarzeniu. Świadczy to zresztą o tym, że Maria Kazimiera opowiadała o nastroju męża i wielkiej niecierpliwości, z jaką oczekiwał wieści. Może próbowała w ten sposób przekonać krewnych do nieznanego im małżonka, bo, co nie jest bez znaczenia, pośpieszny ślub Sobieskich wywołał niezadowolenie jej rodziców. Powtórne zamęście córki, bez ich wiedzy i zgody, a na dodatek w atmosferze skandalu, nie mogło ich cieszyć. Nie wiedzieli przecież, jak wspaniałe wyniesienie spotka Marię Kazimierę za sprawą tego trudnego do zaakceptowania związku.

Również szwagier informował Sobieskiego o dziecku, a szczęśliwy ojciec powtarzał za nim – „Ten francik mały […] tłusty i duży. Daj P. Boże tak i do końca”[9].

Sam Sobieski wyrażał w swej korespondencji zachwyt, niemal upojenie. „Lubom ci się tedy był nagotował przywitać Teresę, nie Jakuba, ale i za tę P. Bogu podziękowałem omyłkę, a najbardziej za to, że zachował Mamusieńkę śliczną, jedyne moje kochanie, i z tak ciężkiego wyprowadził terminu […]”[10]. Widać sugestie Marii Kazimiery trafiły mu do przekonania i założył, że na świat przyjdzie córka. Warto to podkreślić, gdyż potwierdza to szczerość wszystkich innych wynurzeń, gdy pisał, iż płeć dziecka jest mu obojętna. Może nawet, wbrew przyjętym w owym czasie opiniom, że najważniejsze są narodziny syna – dziedzica nazwiska i fortuny rodowej, Sobieski bardziej ucieszyłby się z narodzin dziewczynki. Swoje córki będzie później darzył gorącymi uczuciami. Właśnie teraz, po narodzinach pierworodnego, podkreślał jednak, że wszystkie kobiety z najbliższego kręgu znajomych urodziły ostatnio synów, a zatem pojawił się tu element męskiej dumy, a może i rywalizacji.

Na razie kierował całe swe zainteresowanie ku dziecku, przekomarzając się przy tym.

 

Na tego franta małego mi niemiło, że tak długo turbował i niewczasował Mamusieńkę swoją i że do niej niepodobny. A mógł to wiedzieć ten zdrajca, że bym się był dla tego samego musiał w nim kochać! Niech jednak już i tak roście w dobrym zdrowiu na chwałę Bożą, którego woli, opiece i dyspozycji cale go oddajmy[11].

 

Wyrażał też Sobieski żartobliwie swoją zazdrość: „Niech mi często nie bywa na pościeli u Mamusieńki, żeby zaś nie odsadził tatusia od miłości najśliczniejszej Marysieńki”[12].

Nie tylko ojciec ucieszył się z tych narodzin, także całe jego otoczenie żyło tą chwilą albo przynajmniej tak się Sobieskiemu wydawało – „Wszyscy są niesłychanie radzi”[13]. Dodać jednak trzeba, że przyczyną radości wcale nie musiały być narodziny małego Sobieskiego, ale reakcja jego ojca: „We Lwowie po wszystkich kościołach P. Bogu dziękują, bom wszystkie klasztory i zakony od chleba zimowego uwolnił”[14]. Wielką radość wyrażały osoby z najbliższego kręgu Sobieskich. Spowiednik Marii Kazimiery ksiądz Solski obiecał ofiarować figurę jako wotum, zaś ksiądz Bernard Żółkiewski, karmelita i kuzyn hetmana, „z skóry tylko nie wyskoczy”[15]. Radowała się wielce również ciotka Sobieskiego Dorota Daniłowiczówna, ksieni klasztoru benedyktynek łacińskich we Lwowie, którą siostrzeniec wielce szanował i kochał. Gratulacje płynęły ze wszystkich stron, tak w każdym razie odbierał to Sobieski. „Nie masz w Polsce jednego Pana, który by mi go przez list swój winszować nie miał, i takiego posiedzenia na sejmikach i wszędzie, żeby za zdrowie jego pić nie miano”[16]. Chorąży koronny Mikołaj Sieniawski, przyjaciel hetmana, ku zdziwieniu szczęśliwego ojca, „za zdrowie jego upił się choć człowiek trzeźwy”[17].

Wieść o narodzinach syna Sobieskiego rozeszła się również poza Polską. Nawet poseł tatarski, który bywał z misją w Rzeczypospolitej w 1665 roku i poznał wówczas hetmana, postanowił uczcić przyjście Jakuba na świat – „przysłał do mnie, winszując nam syna, które mu prędko obiecuje konia, łuk i szablę. Niechże prędko roście, aby tego zażyć mógł”[18] – rozmarzył się Sobieski pod wpływem tych gratulacji i prezentów.

Tydzień po nadejściu pierwszych wieści, a nie otrzymawszy kolejnych, Sobieski popadł w nastrój refleksyjny.

 

Bardzo mię też z tym tęskno, moja śliczna Marysieńku, że dotąd nie wiem, jeśli ten tam nasz chłopiec ochrzczony i jako się ta odprawiła ceremonia. Gdym sobie pomyślił, moja panno, co też to za przyczyna, że go nam P. Bóg dał w Zaduszny Dzień, tedy nie widzę inszej, tylko że to te duszyczki uprosiły go nam u P. Boga, coś ich Wć moje serce przez częstą jałmużnę, z czyśćca uwolniwszy, do niebieskiej wybawiła chwały[19].

 

To ten list przynosi informację, kiedy dokładnie syn Sobieskiego przyszedł na świat – 2 listopada 1667 roku.

Pod koniec tego roku uradowany ojciec złożył w podzięce za narodziny syna i zachowanie zdrowej małżonki wotum na Jasnej Górze – srebrną, grawerowaną herbami i imionami Sobieskich i rodziny d’Arquien lampę oliwną, „która będzie gorzała zawsze”[20] przed obrazem Najświętszej Marii Panny, „i której równej tam nie masz”[21].

Prawie dwa miesiące po narodzinach syna Jan Sobieski wrócił do kwestii jego imienia. Najwyraźniej temat ten podjęła Maria Kazimiera, stanowiło to też dowód, że dziecka nie ochrzczono dotychczas w kościele, choć nie ma wątpliwości, że – zapewne zaraz po przyjściu na świat – przyjęło ono chrzest z wody, którego udzielić można było bez ceremonii, w domu. Natomiast chrzest z ducha udzielany w kościele przez kapłana odkładany był nieraz długo. Musiał Sobieski po raz kolejny przekonywać małżonkę do wybranego już imienia i tłumaczyć, że jest z wielu względów odpowiednie.

 

O imieniu chłopca naszego pisałem już dawno, żeby dla Polski miał imię jedno Jakub, a drugie dla tamtych krajów, jakie Wć moja panno sama zechcesz; ale podobno przyjdzie Louis. Jakub nie wiem czemu nie miało być piękne: nawet i złoto dobre i piękne w Anglii, co z niego jakobusy [złote monety] robią. A do tego, że to imię ojca mego, a u nas się tak w Polszcze zachowuje; i już go tu tak wszyscy zowią. Ale i to daję na wolę Wci serca mego[22].

 

Motywował Sobieski wybór imienia jeszcze inaczej – „Jakub najsłuszniej, bo wcześnie pielgrzymować począł, i jeszcze w żywocie matki swojej”[23]. Sądzić można zatem, że Maria Kazimiera nie była zachwycona imieniem Jakub.

Z nadejściem wiosny 1668 roku głowę Sobieskich nadal zaprzątało przygotowanie uroczystego chrztu. Ojciec zwrócił się do ambasadora francuskiego w Polsce Piotra de Bonzy, biskupa Béziers, z prośbą o listy polecające i przesłał je Marii Kazimierze, która powinna przekazać je Ludwikowi XIV, zanim ten ruszy na front, gdyż toczyła się właśnie wojna francusko-holenderska. Zabiegali Sobiescy także o wysoko postawioną chrzestną.

 

Jest list i do królowej; ale lepiej dać na wolę królowi, kogo sobie za kumę przybrać zechce. Ja à tout cas [na wszelki wypadek] posyłam i do królowej; ja rozumiem, że król będzie wolał avec Madame [Henrietta Anna Stuart, żona królewskiego brata księcia orleańskiego Filipa]. Ja na wszystko zezwalam. Imię jedno Jakub, a drugie, jakie sam zechce Król JMć; rozumiem jednak, że mu swoje dać zechce[24].

 

Sobieski nalegał na przyspieszenie starań na dworze francuskim i szybkie uzyskanie zgody Króla Słońce na uznanie go chrzestnym małego Sobieskiego.

 

Rozumiem żeby te ceremonie odprawić jak najprędzej, póko król w pole nie wynidzie. Po ceremonii, rozumiałbym, żeby go prezentować à M. le Dauphin, et quand il sera un peu grand [delfinowi, a kiedy trochę podrośnie], że go oddamy za sługę[25].

 

Ten pełen atencji gest był czysto kurtuazyjny, a miał świadczyć o oddaniu Sobieskich interesom Francji. Tymczasem urodzony 1 listopada 1661 roku następca tronu francuskiego delfin Ludwik liczył sobie wówczas niespełna 7 lat, a co więcej, nigdy nie miał sięgnąć po władzę, bo zmarł jeszcze za życia swego ojca. Sobieski zamierzał także posłać Ludwikowi XIV złotem sadzoną szablę jako prezent od Jakuba dla monarchy – jego chrzestnego.

Sprawa doboru chrzestnych nie została jednak na razie rozstrzygnięta, a wątpliwości nadal dotyczyły matki chrzestnej. Wahali się Sobiescy między Marią Teresą, królową francuską, Henriettą Anną Stuart, księżną orleańską i jej matką, Henriettą Marią de Bourbon, wygnaną królową angielską, mieszkającą wówczas w klasztorze w Chaillot. Ponadto wciąż na nowo rozważano, jakie imiona powinno się nadać maluchowi i w jakiej kolejności. „Co strony chrzcin Jakubka, dobrze będzie bardzo i królową angielską. Jakie mu zaś drugie do Jakuba dadzą imię, racz mi Wć oznajmić”[26]. Ostatecznie wybór padł na królową angielską. Wraz z tą decyzją rozwiązana została kwestia trzeciego imienia dla dziecka – Henryk, imię przejęte zarówno po matce chrzestnej, jak i po matczynym dziadku, markizie d’Arquien. Wreszcie, najpewniej w połowie maja 1668 roku, chłopiec został ochrzczony, ale nie obyło się bez zamętu.

Najwyraźniej Maria Kazimiera dość szczegółowo opisała małżonkowi ceremonię chrztu syna. Odwzajemnił się, malując jej obraz chrzcin swego siostrzeńca Jerzego Józefa Radziwiłła i opatrując wszystko własnym komentarzem.

 

Oznajmujesz mi Wć w tymże liście du 18ème mai [z 18 maja] o chrzcinach naszego pana Ludwika Henryka Jakuba, który, jako widzę, umie dobrze wrzeszczeć, a czas było wpół roku przestać. Toż się właśnie działo i w Białej, że także od wielkiego wrzasku rozumieliśmy, że się temu dziecięciu co dziwnego stać miało. Czynił także król JMć, co mógł, do uspokojenia onego; nic mu nie pomogło, wrzeszczał aż do samego skończenia. Ale tamten nie miał, tylko sześć niedziel przy chrzcinach; ten zaś nasz już nie miał wrzeszczeć, ale beczeć. Jak więc zwyczajnie powiadają, że się te dzieci chowają, które przy chrzcie bardzo płaczą; ale się to rozumieć ma o owych maleńkich, których siłę, moc i dużość [krzepkość] sądzą z głośnego i wielkiego wrzasku. Nie dziwuję też jmci pannie siostrze, że mdlała, i Wci, żeś się pociła, boby i mnie było bardzo niemiło; jakoż i było w Białej bardzo[27].

 

Różnica pomiędzy ceremonią w Białej i tą w Paryżu była zasadnicza i dotyczyło to nie tylko wieku przyjmujących chrzest chłopców. Małego Radziwiłła, jak wynika z listu Sobieskiego, rzeczywiście trzymał do chrztu król Jan Kazimierz, który osobiście pofatygował się na Podlasie. Tymczasem udział Ludwika XIV i Henrietty Marii był w paryskim chrzcie jedynie symboliczny, choć oboje wyrazili zgodę na przyjęcie miana chrzestnych małego Sobieskiego, w kościele nie pojawili się z całą pewnością. Do chrztu trzymała Jakuba najpewniej jego ciotka, choć i ją ktoś musiał zastąpić, skoro według Marii Kazimiery siostra zemdlała z emocji, gdy chrześniak urządził swój koncert.

Jakiś czas później ojciec po raz pierwszy i ostatni nazwał go w liście imieniem innym niż Jakub, czyniąc tym samym ukłon w stronę pragnień Marii Kazimiery, której, jak wynika z listów Sobieskiego, nie bardzo się ono podobało. „Ludwiczka pozdrowić, który tam będzie Louis Henri, a tu Jakub”[28]. Później ojciec zdrabniał imię syna na wiele sposobów, czasem nazywając go nawet Kubeczkiem. Natomiast matka zawsze nazywała syna zgodnie z wyborem dokonanym przez ojca i zapisywała jego imię w wersji francuskiej – Jacques. Sam Jakub zawsze podpisywał się dwoma imionami – po polsku Jakub Ludwik lub po francusku Jacques Louis.

Zainteresowanie Sobieskiego synem łączyło się czasami z utożsamieniem z nim. Gdy Jakub dawał się we znaki mamce, szarpiąc jej włosy, ojciec z zadowoleniem pisał „niesłychanie się cieszę, bom i ja taki był, jako mi moja we Złoczowie powiadała mamka”[29]. Czasem znowu pojawiała się żartobliwa zazdrość czy też nie całkiem poważny żal wobec Marii Kazimiery.

 

Nie piszesz mi Wć nic, moja duszo, jeśli Wć w nim kochasz i jeśli bardziej czy mniej niżeli w nieboszczce Kasieńce [córce Marii Kazimiery z pierwszego małżeństwa, którą Sobieski znał i której imię często pojawiało się w korespondencji w czasach rodzącego się romansu – A.S.]. Mnie się zda, że Wć nie bardzo kochasz, kiedyś go Wć do siebie nosić nie kazała i aż dopiero wstawszy chodziłaś Wć do niego. Widzę, że te-ż będzie miał szczęście, co i ojciec, i podobno dla tego nie kochany, że do niego podobny. […] zła na nas Mamusieńka…[30]

 

Przesyłał też Sobieski prezenty dla syna. W połowie lutego liczący trzy i pół miesiąca chłopiec dostał

 

kiereczkę [szubkę], która suknia jest najkształtniejsza i najwcześniejsza [najodpowiedniejsza] dla tak małych kawalerów, i krymeczkę [czapkę futrzaną] bardzo dobrą robotą […] a miarę brano z Sieniasia małego [Adama Mikołaja, syna Mikołaja Hieronima Sieniawskiego], bo się nie godziło brać z leda kogo na tak humorowatego kawalera. Ogonki umyślnie przyszyto, żeby je sam sobie pourywał. […] Taka zaś niesłychanie śliczna i wczesna sukienka. Wszyscy się tu tego napatrzyć nie mogli; i jemu, wiem, że przypadnie do fantazji, jako temu, co się już zna na różnych strojach[31].

 

Jak widać, zadbał ojciec nie tylko o ubiór swego dziecka, lecz także starał się dostarczyć mu także okazji do zabawy. Ten fragment pięknie pokazuje humor Sobieskiego i łagodne żarty, które stroił sobie z syna. Warto też podkreślić, jak bardzo umiał angażować swoje otoczenie – ubranko przygotowywała wojewodzina ruska Marianna z Kazanowskich Jabłonowska. Sobieski przyjaźnił się z nią i jej mężem. Z przytoczonego fragmentu wynika, że dumny ojciec wszystkim wokół pokazywał gotowy strój, najwyraźniej oczekując pochwał i zapewne każdy przejaw zainteresowania interpretując jako zachwyt. Sobieski prosił później, by mu opisać, jak syn wygląda w nowym ubranku. Miał też przygotowany już następny prezent dla syna – tuzłuczek – nieco grubsze, wierzchnie okrycie, które zamierzał posłać w przyszłości.

Ojciec, ciekaw wszelkich informacji o synu, narzekał na swoje braki w znajomości francuskiego, które uniemożliwiały mu zrozumienie wszystkiego, co pisała żona. „Ja siła bardzo słów nie rozumiem, które Wć piszesz, mianowicie około dziecięcia; bo i słowa podobno nowe, i jam też ledwo nie zapomniał po francusku”[32]. Jest to też świadectwo, że Maria Kazimiera, wbrew skargom małżonka na brak odpowiedzi z jej strony, odpisywała mu, a także że zapewne dość regularnie donosiła mu o dziecku. Sobieski nie w każdym swoim liście zajmował się synem, ale prosił przynajmniej, by Jakuba „pozdrowić i pocałować”[33].

 

 

Maria Kazimiera Sobieska z dziećmi (1641–1716) – portret (mal. Jerzy Siemiginowski-Eleuter, ok. 1684 r., ol., płótno, nr inw. Wil. 1950, fotografia C226996, fot. Wojciech Holnicki)

 

Dużo miejsca w listach zajmowały kwestie zdrowia dziecka. Niemal dwa miesiące po narodzinach syna Sobieski komentował: „Że papkę jeść poczyna, bardzo to dobrze; ale mu trzeba było wpuścić trochę wina w usta, kiedy się urodził, żeby był duży, mocny i na pracę trwały”[34]. Rada była nieco spóźniona, ale Jakub, choć najpewniej nie z powodu tego przeoczenia, nie będzie zbyt wysoki. Zaraz po urodzeniu syna Sobieski na prośbę małżonki przesłał jej zielnik. Zasięgał też rad medyków i znachorów, dowiadując się u nich o sposoby leczenia różnych dziecinnych przypadłości. Czytamy, że jakieś dolegliwości należało leczyć okładami z kaszy jęczmiennej z młodym masłem albo z pietruszki też z masłem, albo gotowanym siemieniem lnianym. Strapiony ojciec obawiał się, że może to być przepuklina. Innym razem tłumaczył Marii Kazimierze, jak poradzić sobie ze zbyt wąskim ujściem cewki moczowej. Wyrzekał na lekarzy francuskich, którzy chcieli przeprowadzić operację chirurgiczną i zalecał, by użyć korzenia żywokostu, który wsunięty w ujście cewki i namoczony, pęczniejąc, będzie poszerzał jej otwór i pomoże usunąć tę przypadłość.

Maria Kazimiera musiała skarżyć się także na inne dolegliwości syna. Małżonek uspokajał ją: „Co strony naszego małego, jam cale tak był właśnie z mała: ustawicznie katar […]”[35]. Zachęcał też do starań, by uodpornić Jakuba przez regularne zabieranie go na spacery. „Nosić go po dworze bardzo potrzeba. Ja w takim wieku, jak on, nie znałem prawie izby, ustawicznie mnie noszono po dworze; i teraz Wć wiesz, moja panno, jako mi niezdrowo, kiedy kilka dni na świeżym nie będę powietrzu”[36].

Zapewne wielkim zmartwieniem rodziców były obawy o chorobę weneryczną, która mogła ujawnić się u chłopca. Cierpiał na nią Jan Zamoyski, być może zaraziła się nią Maria Kazimiera, w każdym razie jej wyjazd do Francji był chyba związany z planowaną kuracją. W listach Sobieski wspominał rozważania lekarzy – polskich i francuskich dotyczących obaw o stan dziecka i medykamentów, które miałyby mu pomóc. Przygotowywano jakiś preparat oparty na rtęci, który „dzieciom małym doktorowie [dawać] zwykli bez wszelkiej zdrowia ich obrazy”[37]. Jednak u Jakuba nie zauważono objawów choroby wenerycznej, a Sobieski chyba powątpiewał w chorobę żony. W każdym razie powoływał się na opinię lekarza, który: „Przyznaje i to, że by się ta choroba dała była widzieć na dziecięciu”[38].

Z czasem zaczęły się pojawiać w listach także kwestie wychowania dziecka. Okazało się, że maluch jest małym złośnikiem i choć liczył sobie zaledwie cztery miesiące, już próbował pokazać charakter, dając się we znaki mamce. Maria Kazimiera musiała się skarżyć na jego zachowanie, bo ojciec interweniował, ujmując się za synem. „Chłopcu mi nie grozić o złość, uniżenie proszę, dać sobie urobić będzie dziewczynę, jakom już pisał, to będzie sobą rządziła, a on niech będzie humoru dobrego, mamkę niech za łeb rwie mocno”[39].

Po niemal rocznym pobycie za granicą Maria Kazimiera zaczęła zastanawiać się nad swoim powrotem do domu. Najwyraźniej wracały jej siły po połogu i czuła się coraz lepiej. Wahała się co do terminu wyjazdu i najpewniej pytała małżonka, czy powinna zabrać ze sobą syna, czy też dla wygody, a i bezpieczeństwa malca, zostawić go we Francji. Sobieski nie umiał odpowiedzieć na to pytanie, a obawiał się o to, jak dziecko zniesie niewygody podróży. Najpierw przychylał się do pomysłu, by Jakuba przywieźć do Polski. „Co dziecię, to lepiej zawsze wozić jako małe; tak wszyscy powiadają, co tego świadomi”[40]. Potem jednak zaczął się wahać, najpewniej bojąc się, że daleka podróż może narazić syna na niebezpieczeństwo. „Chłopca ruszać aż w jesienne deszcze ani radzę, ani odradzam. Niech się dzieje wola boża i Wć racz nim dysponować, jako się będzie zdało, lubo go wziąć, lubo zostawić”[41]. Doradzał natomiast, by zostawiając go, nadać mu przybrane nazwisko, wywiedzione z którejś z posiadłości Sobieskich – Złoczowski lub Żółkiewski; zresztą Maria Kazimiera w czasie swych podróży też takiego używała. Dwa tygodnie później Sobieski zmienił jednak zdanie.

 

Chłopca żeby przywieźć, życzyłbym z duszy, boby nie było zupełne ukontentowanie, nie moje, ale Wci serca mego. […] A do tego, że go z duszy pragnie widzieć jmć panna ksieni i inni. Daję to jednak cale na wolę Wci serca mego i już mnie się w tym więcej dokładać [radzić] nie potrzeba[42].

 

Przytaczał też różne argumenty przemawiające za zabraniem chłopca z Francji, „lepiej by go wziąć stamtąd, jeśli będzie można; bo byli tak źli ludzie i są, którzy by rozumieli i tak tłumaczyli, qu’on l’a laissé en gage de la fidelité d’Orondate [że go zostawiono jako rękojmię mojej wierności]”[43]. Wszak, gdy zapadła decyzja, że Maria Kazimiera wyruszy do domu najpewniej dopiero we wrześniu, Sobieski znowu radził, by syna zostawić we Francji, obawiając się trudów i niebezpieczeństw podróży o tej porze roku – „w samą jesień, kiedy najgorsze i najniezdrowsze czasy, tedy nie śmiem radzić, aby z sobą brać Jakubka, lubo nie wątpię, że by to z wszelkim jego było wczasem”[44].

Ostatecznie Maria Kazimiera podjęła decyzję, że powróci do kraju wraz z synem. Mąż wyjechał jej na spotkanie nad morze. Dnia 20 września 1668 roku pod Gdańskiem Jan Sobieski miał po raz pierwszy okazję zobaczyć, a może i wziąć w ramiona swego niespełna rocznego syna. Na temat przebiegu tego spotkania źródła milczą, nie wiadomo zatem, jak Jakub powitał „utrapionego tatę” – czy przestraszył się na widok nieznajomej twarzy, czy też wyczuwając sympatię, wyciągnął doń rączki.

Ponoć po przyjeździe do kraju mały Jakub rozchorował się i Jan Sobieski, którego obowiązki zmuszały do powrotu do stolicy, zostawił żonę i syna w Gniewie „dla słabego jej i dziecięcia zdrowia”[45].

Zapewne dopiero po spotkaniu małżonków, gdy Jan Sobieski zobaczył syna, zrodził się pomysł, by nazywać go nie tylko własnym imieniem – Jakub, ale nadać mu także czułe przezwisko. Sami rodzice, jak wynika z korespondencji, nosili nieskończoną liczbę imion czerpanych z literatury, ale pochodzących także z ich bogatej wyobraźni. Zatem i Jakub, a potem jego rodzeństwo otrzymali takie przezwiska, stosowane w rodzinnym kręgu, a w każdym razie stale obecne w korespondencji Sobieskiego. Należy ten pomysł i tradycję, którą się stały, uznać za niezmiernie ciekawe i bardzo miłe. Przezwiska pochodziły przede wszystkim z języka francuskiego. Znaczenie niektórych jest łatwe do odcyfrowania, zaś inne pozostają obecnie tajemnicą, choć można się domyślać, że dla Sobieskich miały swoje uzasadnienie. Jakub będzie nazywany Fanfanem albo w zdrobnieniu Fanfanikiem. Było to w istocie francuskie słowo fanfan – dziecinka, dzidziuś, berbeć.

Jeszcze w tym samym 1668 roku Maria Kazimiera poczuła kolejną brzemienność, ale wiosną następnego roku rozchorowała się na ospę. Jej stan był bardzo poważny i widząc pierwsze objawy choroby, zabrano Jakuba w nadziei, że uniknie zarażenia. Zapewne to nie separacja pomogła, ale chłopiec nie zachorował. Natomiast stan jego matki długo budził poważne obawy, a potem, choć choroba ustąpiła i nie pozostawiła śladów, bliźniacza ciąża skończyła się poronieniem.

Niedługo później Maria Kazimiera znowu spodziewała się dziecka. Zapewne z powodu porażki przy poprzedniej ciąży pod koniec maja 1670 roku ponownie wyruszyła w podróż do Francji. Jak wcześniej, chciała ratować dziecko, sama przejść kurację leczniczą, ale także spróbować porozumieć się z dworem francuskim. W wyniku elekcji 1669 roku na tronie polskim wbrew działaniom Jana Sobieskiego i wbrew interesom Ludwika XIV zasiadł Michał Korybut Wiśniowiecki. Zaistniała konieczność, by Król Słońce energiczniej poparł swych zwolenników nad Wisłą, a towarzyszyła jej nadzieja, że w tej sytuacji okaże się życzliwszy wobec Sobieskiej niż poprzednio. W podróży miał towarzyszyć matce Jakub. Biorąc pod uwagę zagrożenie, jakie to dlań niosło, decyzję tę należy uznać za ryzykowną.

Sobieski zamartwiał się o los syna.

 

Co strony dziecięcia, chwała Bogu, że zdrowe; ale pod tymże co minuta godziny niebezpieczeństwem, przejeżdżając tak wiele krajów, miast, wsi, gospód, karczem, gdzie ludzie chorować będą albo przejeżdżających na ospy, odry, kurcz [tężęc], krosty, wrzody i innych milion przyrzutnych [zakaźnych] chorób. Że się białogłowy zostać przy nim nie chciały, najmniejsza to, bo tam żadnej tak potrzebnej nie było, nad jedną Nicole; ale i bez tej pochowało się siła na świecie dzieci. I ta gdyby umrzeć miała, jako to żyjącemu nietrudno, przecie by dziecię dlatego już ginąć nie powinno. Jeszcze siła Polek i Niemek dosyć do wychowania wygodnych dzieci. Ale i w tym niech sam P. Bóg o nim ma pieczę[46].

 

Z tego i kolejnych listów Jana Sobieskiego wynika, że kobiety, które przyjechały wraz z Marią Kazimierą z Francji jako opiekunki Jakuba nie chciały dłużej zostać nad Wisłą i postanowiły wyjechać, korzystając z nadarzającej się okazji. Zatem Jakuba nie było, w każdym razie zdaniem Marii Kazimiery, z kim zostawić. Postanowiła więc, że syn pojedzie wraz z nią i tym sposobem będzie lepiej zabezpieczony aniżeli pozostawiony bez należytej opieki w kraju. Jan Sobieski z powodu licznych obowiązków, ale i zgodnie z obyczajem epoki, nie mógł się nim zająć. Dodać warto, że miała Maria Kazimiera jak najgorsze doświadczenia, gdy jeszcze za czasów małżeństwa z Zamoyskim wyjechała, zostawiając w kraju swą córeczkę – Kasię, a po powrocie nie zastała jej wśród żywych. Być może ból tamtego wydarzenia skłonił Sobieską do zabrania Jakuba w trudną i daleką podróż. Wskazać trzeba jednak jeszcze jeden powód, dla którego Maria Kazimiera zdecydowała się zabrać syna do Francji – w jednym z listów Sobieski pisał, że dzieci zarażone wenerycznie leczy się tam, gdy osiągną 30 miesięcy, a tyle miał Jakub w chwili wyjazdu. Nie znaczy to, że chłopiec był chory, ale matka mogła pragnąć, by obejrzeli go francuscy medycy.

Ponieważ syn Sobieskiego miał już dwa i pół roku i zapewne uczył się mówić, ojciec martwił się zatem, jak zagraniczna podróż wpłynie na jego język.

 

Jakubka pocałować i obłapić; dla którego wziąć przynajmniej było albo chłopca, albo białogłowę Polkę, bo jeżeliby tak miał mówić po polsku jako Anusia albo Estka, wołałbym, żeby nic nie umiał – co będzie bardzo szpetnie i niedobrze, kiedy, mając Polaka ojca, po polsku nie będzie umiał albo że będzie źle pronuncjował [wymawiał][47].

 

Trzeba podkreślić, że podobną troskę wyrażał wiele lat wcześniej jego ojciec – Jakub Sobieski, uznając, że nie może być nic gorszego niż Polak nieznający mowy ojczystej.

Jednak wyjazd żony i syna kosztował Sobieskiego wiele bólu. „Z dziecięciem się też nie cieszyć w tych leciech, w których najbardziej rodziców cieszyć powinny, jest to ich nie mieć”[48]. W pewnej chwili z rozżalonego serca osamotnionego małżonka i ojca wydarł się okrzyk – „Celadon [Sobieski – A.S.] wolałby nigdy nie mieć dzieci ani ich znać, ażeby dla nich nie cierpiał był tego, co cierpi z okazji odjazdu już powtórnego”[49]. W innym liście znowu ze smutkiem wspominał swą sytuację. „Z Jakubkowego zdrowia i grzeczności wielce się cieszę, ale mi się i w tym wielka dzieje krzywda, że nie mając, tylko jego jednego, a nie mogę się z nim cieszyć, którego proszę ode mnie obłapić i pocałować”[50]. W dalszej korespondencji z tego okresu będzie Sobieski prosił wielokrotnie, by syna przytulić i ucałować.

Na chwilę, gdy sam mógł ponownie przytulić Jakuba, Sobieski musiał czekać półtora roku, gdyż żona i syn wrócili dopiero w grudniu 1671 roku i rodzina spotkała się na Rusi. Tym razem wyprawa Marii Kazimiery nie okazała się równie owocna, jak poprzednia. Nie tylko nie uzyskała żadnych koncesji politycznych, ale dziecko – córka, która urodziła się, zanim Sobieska dotarła do Paryża, natychmiast umarła.

Na podstawie przytoczonych fragmentów korespondencji widać, jak bardzo Jan Sobieski był zainteresowany synem. Nie da się porównać tych wszystkich wynurzeń, pytań, zachwytów do zachowania żadnego innego ojca, choć korespondencja małżeńska zdarzała się wielu parom i znaleźć w niej można uwagi na temat potomstwa. Niewiele dzieci epoki staropolskiej zostało odmalowanych równie obszernie i barwnie jak maleńki Jakub. Warto zwrócić uwagę na ten aspekt listów Sobieskiego do Marii Kazimiery, gdyż obok uczuć autora do żony i problemów politycznych, jakie się w nich pojawiają, to zwłaszcza dzieci, ale przede wszystkim pierworodny syn, są ich bohaterami. Choć Sobieski bolał nad rozstaniami z rodziną, to właśnie ta rozłąka sprawiła, że zasiadł do pisania listów, a dzięki temu powstało wspaniałe źródło, ukazujące realia życia codziennego, a także uczucia i pragnienia ludzi tej epoki. Bez ojcowskich wynurzeń dzieciństwo Jakuba Sobieskiego pozostawałoby nieznane, gdyż małe dzieci rzadko opisywano w źródłach z tamtych czasów.

Dodać wypada, że później podczas swoich nieobecności Sobieski będzie pamiętał o wszystkich swoich dzieciach i prosił, by je pozdrowić, a także pytał o nie, ale o dzieciństwie żadnego z jego potomków nie wiadomo tak dużo, jak o dzieciństwie pierworodnego syna.

 

Rozdział II

WCZESNE LATA

„Niech tylko będzie zdrowy; a potem, żeby nie był błaznem, to się tylko o to frasować potrzeba”[51], pisał Jan Sobieski krótko po urodzeniu Jakuba. Niegdyś podobne życzenie wyraził jego własny ojciec. Powaga była cechą niezbędną każdemu Sarmacie, co nie znaczy, że byli to ludzie pozbawieni humoru. Wszakże pewne kwestie powinny być traktowane z całym respektem, na jaki zasługiwały, a z pewnością należały do nich miejsce, jakie człowiek zajmował w społeczeństwie, zacność rodu, z którego pochodził, oraz jego dobre imię. Te wartości należało bezwzględnie pielęgnować w staropolskim świecie.

Po powrocie do kraju pod koniec 1671 roku czteroletni Jakub dostał jako opiekuna i wychowawcę księdza Kostrzyckiego. Jan Sobieski nadal pilnie śledził rozwój syna. Ksiądz Kostrzycki korespondował ze spowiednikiem hetmana – Adamem Przyborowskim i przesyłał mu informacje o swym podopiecznym. Zapewne Maria Kazimiera również pisała o tym, co dzieje się z synem pod nieobecność Sobieskiego. A takie nieobecności zdarzały się nader często. Na senatorach i urzędnikach Rzeczypospolitej ciążyły bowiem rozliczne obowiązki – nadzór nad wojskiem i dowództwo w czasie wojny, uczestnictwo w życiu dworu i decyzjach politycznych, które na nim zapadały, wreszcie udział w sejmach i o wiele częściej zwoływanych sejmikach. Wszystko to wymagało aktywnych działań i stałej obecności każdego, kto żywił ambicje odgrywania znaczącej roli w systemie władzy. Zatem kontakt ojca i syna był częściej oparty na informacjach przekazywanych przez osoby trzecie lub korespondencji do chwili, gdy dziecko mogło samo pisać listy.

Rok później pięcioletni Jakub miał, przynajmniej zdaniem matki i wychowawcy, rozpocząć naukę w domu. Nie przyszła ta zmiana całkiem gładko i bezkonfliktowo. Zapewne przez księdza Przyborowskiego skarżono się na opór ze strony malca, bo 1 grudnia 1672 roku Jan Sobieski wstawił się za synem: „Słyszałem także, że mu się nauką przykrzą. Dla Boga, dać mu pokój, nie męczyć go jeszcze niepotrzebnie”[52]. Dzieci elity tamtego okresu rozpoczynały edukację właśnie w wieku lat pięciu, a czasem nawet czterech, zatem Jakuba nie zmuszano do lekcji przedwcześnie. Jako senatorski syn musiał się wiele nauczyć, aby około dwudziestego roku życia móc rozpocząć własną karierę polityczną. Zatem czasu na edukację wcale nie pozostawało zbyt wiele.

Ród Jakuba wywodził się ze szlachty małopolskiej zamieszkującej tereny nieopodal Lublina. Jego przodkowie pochodzili z Sobieszyna, ale przenieśli się na Ruś, gdzie od końca XVI wieku robili prawdziwą karierę. Pierwszym przedstawicielem Sobieskich, który sięgnął po godność senatorską, był Marek. Swój los w polityce związał z kanclerzem wielkim koronnym Janem Zamoyskim. Znany był z ogromnej siły fizycznej. Żenił się dwukrotnie, najpierw z Jadwigą Snopkówną, a potem z przedstawicielką możnego rodu Tęczyńskich – Katarzyną. Jego służba u boku kanclerza, człowieka wielce wpływowego, nagrodzona została ostatecznie urzędem wojewody lubelskiego. Był to też czas powiększania majątku rodzinnego. Warto dodać, że przez jakiś czas w Krasnymstawie Marek miał pod swą opieką więźnia stanu – arcyksięcia Maksymiliana, który dostał się do niewoli po bitwie pod Byczyną.

Swego syna Jakuba oddał Marek Sobieski do Akademii Zamoyskiej, wówczas rozkwitającej pod okiem i dzięki finansowemu wysiłkowi kanclerza. Wychowawcą wojewodzica został wówczas Szymon Szymonowic, humanista, poeta, panegirysta na usługach wielkiego kanclerza, zajmujący się również edukacją jego syna Tomasza Zamoyskiego. Za radą swego wychowawcy po ukończeniu szkoły w Zamościu Jakub wyjechał do Europy Zachodniej. Odbył wyjątkowo długą i bogatą w doświadczenia turę kawalerską w latach 1607–1613. Odwiedził Niemcy, Francję, Niderlandy, Anglię, Hiszpanię i Italię. Napotkał na swej drodze wielu wybitnych przedstawicieli elit europejskich, bywał na dworach europejskich, poznał osobiście króla francuskiego Henryka IV i niemal był świadkiem jego tragicznej śmierci. W trakcie podróży spisał swoje przebogate doświadczenia, a wspomnienia z tego wojażu ukazują człowieka otwartego na nowości, tolerancyjnego wobec inności, trzeźwego w sądach i ciekawego świata. Prawdopodobnie był to intelektualnie najciekawszy przedstawiciel swego rodu. Edukacja, jaką odebrał, stanowiła wstęp do jego błyskotliwej kariery politycznej, a przyniosła mu również powszechny szacunek i niezmierną popularność wśród elit Rzeczypospolitej.

Po powrocie do kraju Jakub Sobieski rozpoczął karierę urzędniczą. Piął się po kolejnych szczeblach, poczynając od 1617 roku, gdy został dworzaninem królewskim, a potem kolejno krajczym wielkim koronnym, podczaszym, wojewodą bełskim, wojewodą ruskim, aby tuż przed nagłą śmiercią w 1646 roku zostać kasztelanem krakowskim, czyli pierwszym senatorem świeckim. Zanim zasiadł w senacie, wielokrotnie przewodniczył sejmikom i był wybierany na posła. Ze względu na umiejętność łagodzenia napięć kilkakrotnie obierano go także marszałkiem sejmowym. Towarzyszył królewiczowi Władysławowi w jego wyprawach wojennych przeciw Moskwie i Turkom. Za swe zasługi obdarzony został licznymi starostwami, co pomogło mu w umocnieniu bogactwa rodu. Dodatkową, a nawet znacznie większą korzyść przyniosły mu małżeństwa z Marianną Wiśniowiecką, a po jej śmierci z Teofilą Daniłowiczówną. Ta ostatnia była po matce wnuczką hetmana wielkiego koronnego Stanisława Żółkiewskiego i córką wojewody ruskiego Jana Daniłowicza. Ponieważ ich synowie – wuj i brat Teofili – zginęli młodo w walkach z Turkami i Tatarami (jeden wskutek odniesionych ran, a drugi zabity w niewoli), odziedziczyła ona ich majątek.

Z drugiego małżeństwa Jakub Sobieski doczekał się kilkorga dzieci, ale dorosłości dożyli Marek, Jan i Katarzyna. Co prawda miał Jakub jeszcze młodszego brata Jana, nad którym po śmierci ojca sprawował pieczę i którego wysłał w turę kawalerską, jednak młodzieniec zmarł w trakcie podróży po Europie. Przygotowując własnych synów do pójścia w ślady przodków, Jakub zaplanował ich edukację. Napisał dwie instrukcje wychowawcze przed wyjazdem młodzieńców do Krakowa, a potem do Francji, w których szczegółowo przedstawił nie tylko, jak powinna wyglądać nauka jego synów, ale wskazywał także cechy charakteru, które pragnął w nich rozwinąć. W obydwu dokumentach zwracał się nie tylko do opiekunów młodzieńców, lecz także do Marka i Jana, wskazując im wyraźnie, jakie cele przyświecają ich kształceniu. Zwłaszcza ten ojcowski wysiłek, by uzmysłowić synom sens ich edukacji, zasługuje na szczególne podkreślenie. Mieli uczyć się wspólnie, jako że różnica wieku wynosiła zaledwie rok. Najpierw pobierali nauki w domu. Później, w 1640 roku, gdy chłopcy mieli lat dwanaście i jedenaście, wysłani zostali do Krakowa, gdzie uczyli się w Collegium Nowodworskiego, a od 1643 roku rozpoczęli studia na Akademii Krakowskiej. Trzy lata później wyruszyli w turę kawalerską przez Niemcy do Francji, Niderlandów i Anglii. W tym czasie zmarł ich ojciec, ale wezwanie do powrotu do domu otrzymali dopiero w 1648 roku, gdy z jednej strony zagrozili Rzeczypospolitej sprzymierzeni z Tatarami Kozacy, a z drugiej rozpoczęto przygotowania do elekcji, gdyż w maju tego roku zmarł Władysław IV. Po powrocie do kraju obaj bracia wzięli udział w elekcji Jana Kazimierza, a potem rozpoczęli służbę wojskową. Marek na czele własnej chorągwi walczył pod dowództwem Jeremiego Wiśniowieckiego. Wielce zasłużył się w walkach w ciągu następnych kilku lat. Bronił oblężonego Zbaraża, a potem wziął udział w bitwie pod Beresteczkiem. W 1652 roku zginął zamordowany wraz z innymi polskimi jeńcami w bitwie pod Batohem. W tym czasie Jan również powołał własną chorągiew i służył pod dowództwem Jana Kazimierza. Chrzest bojowy przeszedł pod Zborowem, idąc na pomoc bratu zamkniętemu w Zbarażu. Poważnie ranny został pod Beresteczkiem, a w bitwie pod Batohem, gdzie zginął Marek, nie wziął udziału. Prawdopodobnie, gdyby tam był, nie uszedłby z życiem.

Podczas potopu szwedzkiego Jan Sobieski związał się na pewien czas z Karolem X Gustawem, jak zresztą większość magnaterii i szlachty, ale gdy powrócił do posłuszeństwa wobec Jana Kazimierza, rozpoczął karierę polityczną. Była ona nietypowa o tyle, że zostawszy chorążym wielkim koronnym, podobnie jak dziad – Marek, dziewięć lat później, podczas rokoszu Jerzego Sebastiana Lubomirskiego, bez żadnych szczebli pośrednich przejął godność marszałka wielkiego koronnego, by w ciągu następnych trzech lat sięgnąć po buławę hetmana polnego, a potem wielkiego koronnego. O zawrotnej karierze Sobieskiego, pozbawionej mozolnego pięcia się w górę, zadecydowały zarówno trudna sytuacja dworu po nieudanych próbach przeprowadzenia reform, jak i pragnienie Ludwiki Marii, by utrzymać go w rydwanie polityki profrancuskiej. Królowa odniosła sukces, gdyż jako marszałek wielki koronny Sobieski pozostał wiernym współpracownikiem Ludwika XIV. Zaś nieprzeciętny talent militarny Sobieskiego, potwierdzony w walkach z Turcją, z pewnością zasługiwał na buławę hetmańską.

Zatem droga, którą mógł podążyć Jakub Sobieski, syn marszałka wielkiego i hetmana wielkiego koronnego, była niemal z góry ustalona. Jako syn senatora powinien był pobierać pierwsze nauki w domu, ukończyć potem dobrą uczelnię – najpewniej Akademię Krakowską, a wreszcie udać się za Zachód, by odbyć turę kawalerską. Podróż po krajach Zachodu była swoistym rytuałem przejścia do wieku dorosłego. Pozwalała w