Strona główna » Poradniki » Jeść czy nie jeść? Rozmowy z ekspertami o zdrowym odżywianiu

Jeść czy nie jeść? Rozmowy z ekspertami o zdrowym odżywianiu

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-8132-136-5

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Jeść czy nie jeść? Rozmowy z ekspertami o zdrowym odżywianiu

W dzisiejszym świecie pełnym coraz to nowych odkryć dotyczących zasad żywienia i modnych diet, łatwo się pogubić. Nie jesteśmy w stanie śledzić wszystkich nowinek naukowych ani też ich zweryfikować.

Krystyna Naszkowska postanowiła sprawdzić u źródła jak jest naprawdę.

Czy jaja nas żywią czy trują? Czy masło jest zdrowsze od margaryny? Czy mięso zmienia nas w agresywnych drapieżników? Czy żywność genetycznie modyfikowana to dobrodziejstwo czy przekleństwo? Czy istnieje dieta idealna?

Krystyna Naszkowska rozmawia z dietetyczką, bioetykiem, genetykiem i ekspertami od żywienia człowieka. Naukowcy, w rozmowie z autorką, opierając się na wynikach najnowszych badań naukowych rozprawiają się z mitami, które funkcjonują od lat. Ich odpowiedzi bywają zaskakujące. Warto je poznać by móc świadomie modyfikować dietę i żyć zdrowiej.

Nowe wydanie książki, uzupełnione o rozmowy uwzględniające najnowsze badania naukowe dotyczące żywienia człowieka.

Krystyna Naszkowska

Publicystka i reporterka Gazety Wyborczej od pierwszego numeru. Studiowała na Wydziale Ogrodnictwa SGGW. Związana z opozycją demokratyczną. Po wprowadzeniu stanu wojennego utrzymywała się z własnego gospodarstwa sadowniczego. Autorka książek: Jedz, co chcesz (2013) Polskie rody biznesowe (2014), Wygnani do raju, szwedzki azyl (2017), Ani tu, ani tam, Marzec 68-powroty (2018).

 

 

Polecane książki

Repetytoria Becka adresowane są do studentów prawa oraz aplikantów. Opracowania ukazujące się w tej serii pomogą w szybkim przygotowaniu się do egzaminów i kolokwiów. Materiał poszczególnych pozycji, jego układ i ujęcie porządkują i sprawdzają wiedzę z danej dziedziny prawa. Repetytorium „Postępow...
Bohaterką książki jest Magda Nieczajówna, aktorka, córka właściciela sklepu z mięsem na Powiślu w przedwojennej Warszawie. Podczas podróży statkiem poznaje Ksawerego Runickiego, którego posiadłość Wysokie Progi zostanie wystawiona na licytację z powodu długów. Mę...
„Finanse jednostek oświatowych i wychowawczych” to fachowy przewodnik po najnowszych zmianach w przepisach istotnych dla jednostek oświatowych i wychowawczych oraz aktualnie ważnych problemach. Zawiera praktyczne rozwiązania dla skarbników i księgowych uwzględniając specyfikę i złożoność pracy w jed...
Życie Zuzanny zmienia się o 180 stopni, gdy narzeczony porzuca ją dla innej. Zostaje jej niespłacony kredyt i puste mieszkanie, które miało być wymarzonym  gniazdkiem. Po powrocie do rodzinnej miejscowości Zuza stara się zacząć wszystko od nowa. Jako dziennikarka lokalnej gazety niespodziewanie anga...
"Wojna i pokój" to 9-tomowa klasyka uznana za rosyjską epopeje narodową. Niezwykła opowieść o Rosji z czasów wojen napoleońskich. Zawiera szczegółowy obraz społeczeństwa tamtych lat, wyższe sfery i ich majątki, tradycyjny model rodziny oraz przedstawienie motywu wojny i pokoju o...
Monografie Prawnicze to seria, w której ukazują się publikacje omawiające w wyczerpujący sposób określone instytucje czy zagadnienia prawne. Adresujemy je przede wszystkim do prawników poszukujących wnikliwego ujęcia tematu, łączącego teorię (poglądy doktryny, elementy prawnoporównawcze) i praktykę ...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Krystyna Naszkowska

Tytuł: Jeść czy nie jeść? Rozmowy z ekspertami o zdrowym odżywianiu© Tekst: Krystyna Naszkowska
© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Zwierciadło sp. z o.o., Warszawa 2019Redakcja i korekta: KINGA SZAFRUGA Projekt okładki, opracowanie graficzne i ilustracje: KRZYSZTOF KIEŁBASIŃSKISkład i łamanie: PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN®Redaktor inicjująca: EDYTA WOŹNICADyrektor produkcji: ROBERT JEŻEWSKIWydanie II zaktualizowane i uzupełnione, 2019Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.ISBN 978-83-8132-136-5Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o.
ul. Postępu 14, 02-676 Warszawa
tel. (22) 312 37 12
Dział handlowy:handlowy@grupazwierciadlo.plKonwersja:eLitera s.c.

Na północy Europy wypija się około czterysta litrów mleka rocznie na osobę, w Stanach Zjednoczonych ponad pięćset, a w Polsce nie przekraczamy 220 litrów na osobę. To nie jest imponujący rezultat. W dodatku coraz więcej osób zaczyna unikać mleka krowiego, bo rośnie popularność żywności bez laktozy, czyli naturalnego cukru zawartego w mleku. Już nie tylko dorośli go unikają, ale coraz częściej nawet dzieciom nie podaje się mleka zwierzęcego – zastępujemy je mlekiem z owsa, jęczmienia czy ryżu. Wszystko dlatego, że podobno laktoza nam szkodzi.

Ten strach przed laktozą w naszej populacji europejskiej zaczął się od przedkładania produktów roślinnych nad zwierzęce. W miarę jak rozwijał się ruch wegetariański, a także zaczęto przykładać większą wagę do kontaktu z przyrodą i do ekologii, modna stała się teza, że człowiek powinien korzystać tylko z własnego mleka. Jesteśmy przecież ssakami, a ssaki nie piją mleka innych ssaków. Nie robią tego zwłaszcza dorosłe osobniki. Natura jakby założyła, że w późniejszym okresie życia nie jest to nam już potrzebne.

Faktycznie są ludzie, którym mleko zwierzęce szkodzi – mają dolegliwości przewodu pokarmowego, czyli wzdęcia, kruczenia, przelewania, bóle, luźniejsze stolce. Ale wiemy też, że sporo osób rezygnuje z mleka czy jego przetworów bez rzeczywistej potrzeby, bo laktoza im wcale nie szkodzi. Szacuje się, stanowią one aż jedną trzecią spośród osób, które wykluczają przetwory mleczne.

Skąd więc ta moda, dlaczego boimy się laktozy i czy ten lęk ma uzasadnienie – na te pytania próbuje odpowiedzieć dr Ewa Lange. Wyjaśni także, jak wpływa na nasz organizm bezzasadne wykluczenie laktozy z diety.

Tę modę na życie bez laktozy w dużej części zawdzięczamy producentom żywności. To oni ciągle szukają jakichś nisz na rynku i pomysłu na to, czym się wyróżniać od innych. Dlatego pojawia coraz więcej produktów, które są bez czegoś, a konsument nawet nie zastanawia się, czy to dobrze czy nie. Wydaje mu się, że skoro jest produkt pozbawiony czegoś jest bardziej ekskluzywny, bardziej prozdrowotny. A kiedy ktoś powszechnie znany po taki produkt sięga i chwali się tym w mediach, to moda na taki produkt gwałtownie wzrasta.

Rzeczywiście są populacje, w których znacznie częściej występuje tzw. nietolerancja laktozy wieku późnego. Tak jest w populacjach afrykańskich czy wschodnioazjatyckich, głównie u Japończyków, Chińczyków, Wietnamczyków, Koreańczyków. Ale to nie dotyczy Europy, zwlaszcza środkowej i północnej. My mamy problem bardziej medialny niż rzeczywisty, bo dotyczy on zaledwie 10–15 procent populacji. Ale wcale nie znaczy, że aż tylu z nich nie może spożywać produktów mlecznych. Nietolerancja nie musi sie objawić, można organizm przyzwyczaić do picia mleka, można pić jogurt czy kefir, które zawierają znacznie mniej laktozy niż mleko. Ważne, by nie rezygnować z produktów mlecznych w żadnym wieku, bo mleko jest największym dostarczycielem wapnia, tak nam potrzebnego do życia.

Doktor habilitowana Ewa Lange pracuje w Katedrze Dietetyki na wydziale Nauk o Żywieniu Człowieka i Konsumpcji w SGGW. Zajmuje sie m.in. dietoterapią, dietetyką pediatryczną, fizjologią żywienia w sporcie, a także badaniem stanu odżywiania osób w dietach eliminacyjnych np. chorych na celiakię.

■ Laktoza to tylko dwucukier, tak zwany cukier mleczny składający się z cząsteczki glukozy i galaktozy, czyli tak naprawdę jeden z prostszych węglowodanów. Cukry w naturalnej postaci występują głównie w owocach, ale ten spożywany w największej ilości sami produkujemy z buraków, z trzciny cukrowej i dodajemy do żywności. Natomiast laktoza jest cukrem naturalnym.

■ Białe sery zawierają trochę mniej laktozy niż napoje mleczne, od 2 do 3 gramów. Natomiast sery żółte, nazywane dojrzewającymi, są produkowane z określoną mikroflorą, która laktozę wykorzystuje. W serach dojrzewających, nie tylko żółtych, ale też topionych laktozy jest bardzo niewiele, około jednej dziesiątej grama na sto.

■ Niewiele osób musi być na restrykcyjnej diecie bezlaktozowej. Większej grupy dotyczy zmniejszona aktywność enzymu laktazy, a wtedy można jeść pewne ilości produktów mlecznych i zawierających laktozę. Co więcej, okazuje się, że osoby z nietolerancją laktozy mogą przyzwyczaić organizm do jedzenia mleka, zaczynając od niewielkich ilości i systematycznie zwiększając spożywane porcje.

■ Nie można zmusić organizmu, by wytwarzał więcej laktazy, ale jedząc regularnie najlepiej fermentowane produkty mleczne, zmienimy skład naszego mikrobiomu.

Mamy bać się laktozy?

Nie sądzę, abyśmy mieli powód, by się jej bać. Laktoza to przecież tylko dwucukier, tak zwany cukier mleczny składający się z cząsteczki glukozy i galaktozy, czyli tak naprawdę jeden z prostszych węglowodanów. Nic w tym złego. Cukry w naturalnej postaci występują głównie w owocach, ale ten spożywany w największej ilości sami produkujemy z buraków, z trzciny cukrowej i dodajemy do żywności. Natomiast laktoza jest cukrem naturalnym.

A jednak coraz więcej ludzi wybiera mleko bez laktozy.

To jest problem bardziej medialny niż rzeczywisty. Cały ten strach przed laktozą w naszej populacji europejskiej zaczął się od położenia większego nacisku na produkty roślinne, nie zwierzęce. W miarę jak rozwijał się ruch wegetariański, a także zaczęto większe znaczenie przykładać do kontaktu z przyrodą, do ekologii, zaczęło się też mówić o tym, że człowiek powinien korzystać tylko z własnego mleka. Jesteśmy przecież ssakami, a ssaki nie piją mleka innych ssaków. Nie piją go też osobniki dorosłe, a tylko młode w najwcześniejszym okresie życia. Jesteśmy przystosowani do wykorzystania najważniejszych składników w pierwszym okresie życia, ale ze swojego mleka gatunkowego. Natura jakby założyła, że potem, w późniejszym okresie życia, nie jest to nam potrzebne.

To co się z nami stało?

Od wielu tysiącleci ludzie – niektóre populacje bardziej, inne mniej – byli związani z hodowlą zwierząt, z których uzyskiwano mleko. I to mleko było dość istotnym elementem żywienia. Jak nie było nic innego, to korzystało się z mleka i jego przetworów. I ludzie, zwłaszcza pewne ich populacje, zaadaptowali się do korzystania z innego niż własnogatunkowe mleka.

Laktoza występuje tylko w mleku krowim?

W każdym mleku ssaka.

W kozim tak samo…

W kozim, owczym, kobylim. Co więcej, jest jej bardzo dużo w mleku naszym, kobiecym, około 7 procent. To jest tak naprawdę główny węglowodan, jaki przez pierwsze półrocze życia otrzymujemy. W okresie kiedy człowiek ma jeszcze niewykształcony, czy bardzo słabo wykształcony aparat enzymatyczny, który trawi większe węglowodany, takie jak skrobia, czy cząsteczki zawierające większe ilości glukozy. My tę skrobię potrafimy już w miarę dobrze trawić pod koniec szóstego miesiąca życia, co jest mniej więcej zgodne ze schematami żywienia niemowląt, bo wtedy zaczyna się wprowadzać do diety np. produkty zbożowe. Natomiast na pewno w pierwszych miesiącach życia bazujemy na produkcie, w którym nie ma innego węglowodanu prócz laktozy. Rodzimy się ze zdolnością do trawienia laktozy, do jej wykorzystania. Enzym, który ją trawi, nazywamy laktazą, on rozkłada laktozę na galaktozę i glukozę, ten enzym zaczyna być wytwarzany w odpowiedniej aktywności już pod koniec ciąży. Jak się zdarzy, że dziecko się rodzi trochę wcześniej, może być widoczna jego niezdolność do trawienia.

Wtedy takie dziecko może nie trawić nawet mleka matki?

Tak albo trawi je gorzej. To bardziej dotyczy noworodków z małą masą urodzeniową, wcześniaków, często dokarmianych specjalnymi preparatami. Na początku bierze się pod uwagę tę dysfunkcję, a potem powoli aktywność enzymu się uruchamia.

Dziecko potrzebuje laktozy, dlatego ssie mleko matki, ale dorosłemu nie jest już potrzebna?

Nie do końca. To rzeczywiście trochę zależy od predyspozycji genetycznych. Są populacje, w których prawie wszyscy mają predyspozycje do gorszego trawienia laktozy, a są takie jak na przykład europejska, gdzie to jest rzadsze. To dotyczy też Amerykanów pochodzenia europejskiego. U osób z populacji afrykańskich czy wschodnioazjatyckich występuje znacznie częściej tzw. nietolerancja laktozy wieku późnego. Otóż, około piątego roku życia, czy po piątym roku życia, u pewnych osób aktywność laktazy zaczyna się zmniejszać. Ona spada w różnym stopniu u różnych osób. Twierdzi się, że przy zmniejszonej aktywności laktazy nawet o 50 procent nie odczuwa się jeszcze faktycznie fizycznych dolegliwości. Potem, stopniowo, przy dalszym zmniejszeniu jej aktywności zaczynają pojawiać się dolegliwości. Ale czasem nawet mimo zmniejszenia aktywności enzymu, który trawi laktozę, tych objawów wcale nie musimy odczuwać, szczególnie kiedy nie wypijamy tylko napoju mlecznego w dużej ilości, ale jemy produkty mleczne z innymi produktami.. Zwykle im jesteśmy starsi, tym te dolegliwości są bardziej odczuwalne.

A jak jest u Europejczyków? Jaki procent populacji stanowią osoby z nietolerancją laktozy?

Trzeba pamiętać, że nawet w tych grupach czy populacjach, gdzie nietolerancja laktozy wieku późnego występuje bardzo często, nie wszyscy odczuwają te dolegliwości intensywnie. Niemniej ta przypadłość jest bardzo częsta, – nawet do 100 procent – w populacjach azjatyckich, a raczej wschodnioazjatyckich, czyli Japończyków, Chińczyków, Wietnamczyków, Koreańczyków. Podlega temu też większość populacji afrykańskich, gdzie mieszkańcy żyją w sposób taki bardziej naturalny.

Nietolerancja wieku późnego dość często występuje też u rdzennych Amerykanów i dotyczy 60 – 70 procent ludności.

Czyli Indian?

Dokładnie. Trochę rzadziej, ale w sumie też często występuje w krajach Ameryki Południowej, np. w populacji Meksykanów to 40 – 50 procent.

A u rasy białej?

Jest różnie. Trochę częściej występuje nietolerancja laktozy w populacjach basenu Morza Śródziemnego. Mówi się nawet o 40 – 50 procentach, w Grecji, w niektórych regionach Hiszpanii i południowych regionach Włoch. Akurat Włochy są dość dobrze przebadane i wiemy, że w regionach północnych, czy centralnych nietolerancja laktozy jest znacznie mniejsza, na poziomie najwyżej 20 procent.

Czyli im bardziej na północ Europy, tym ta nietolerancja jest mniejsza. Szwedzi, Norwegowie są najbardziej odporni?

Tak, ewidentnie, rzadziej ta przypadłość występuje w takich krajach, jak np. Dania czy Szwecja, częściej w populacji Niemiec.

A mamy dane na temat Polski?

Mniej więcej blisko 10 – 15 procent to osoby odczuwające widoczne dolegliwości, prawdopodobnie jednak, jak podają niektórzy autorzy, w Polsce jest prawie 30 procent ludzi predysponowanych genetycznie do nietolerancji laktozy. To, czy ona wystąpi, zależy też od ilości wypijanego mleka.

Czyli pomysł, aby małemu dziecku, które ma 2 albo 3 lata, nie dawać mleka krowiego, jest trochę szalony?

Szczególnie w naszej populacji środkowoeuropejskiej. Są osoby, które muszą przejść całkowicie na dietę bezlaktozową, bo spożycie nawet niewielki ilości mleka powoduje problemy. Pojawiają się dolegliwości tzw. dolnego odcinka przewodu pokarmowego, czyli wzdęcia, kruczenia, przelewania, mogą być też bóle, luźniejsze stolce. Niestrawiona laktoza przechodzi do jelita grubego i jeśli tam nie zostanie wykorzystana przez bakterie kwasu mlekowego, to może wywołać biegunkę określaną jako fermentacyjna.

Ale czy to może prowadzić do schorzeń, zaburzeń pracy jelita, np. do nowotworów?

Nie, do nowotworów nie. Natomiast odczuwamy dyskomfort. Nawet trzy, cztery stolce luźniejsze w ciągu dnia mogą nas nie zaniepokoić. Istnieje ryzyko odwodnienia i zaburzeń gospodarki wodo-elektrolitowej, bo wchłanianie wody i elektrolitów jest gorsze, a to wpływa na funkcjonowanie organizmu. Jeżeli motoryka przewodu pokarmowego w związku z biegunką jest zaburzona, pogarsza się wchłanianie i trawienie innych pokarmów. Może dojść w dłuższym okresie do niedoborów pokarmowych, które będą powodowały różne dysfunkcje narządów wewnętrznych. Nie spowoduje to zagrożenia życia, ale w dłuższym okresie stan zdrowia będzie się pogarszał. Natomiast to nie muszą być zawsze wyraziste objawy. Niewiele osób musi być na restrykcyjnej diecie bezlaktozowej. Większej grupy dotyczy zmniejszona aktywność enzymu laktazy, a wtedy można jeść pewne ilości produktów mlecznych i zawierających laktozę. Co więcej, okazuje się, że osoby z nietolerancją laktozy mogą przyzwyczaić organizm do jedzenia mleka, zaczynając od niewielkich ilości i systematycznie zwiększając spożywane porcje.

Nie można zmusić organizmu, by wytwarzał więcej laktazy, ale jedząc regularnie najlepiej fermentowane produkty mleczne, zmienimy skład naszego mikrobiomu. Będziemy mieli więcej bakterii fermentacji mlekowej, czyli bifidobakterii, które same wytwarzają laktazę i w jelicie grubym będą wykorzystywały laktozę, zmniejszając objawy nietolerancji.

Laktoza jest w mleku. A w produktach mlecznych – maśle, kefirze, jogurtach, serach, twarogach?

To zależy od wyrobu. W napojach mlecznych jej ilość jest podobna do zawartości w mleku, czyli od 3 do 4,5 procent.

Kefir podobno pomaga ludziom, którzy mają nietolerancję laktozy.

Lepiej jest wybierać produkty fermentowane, bo dzięki nim łatwiej zmienić udział bakterii, które same wytwarzają enzym rozkładający laktozę. Może w kefirze jest nieco mniej laktozy, poniżej 4 gramów na 100 gramów, ale to może być też jogurt, mleko zsiadłe, maślanka. Produkty fermentowane zawierają trochę tych bakterii, część, z różnych przyczyn, nie dociera do jelita grubego, ale reszta ma taką szansę. Można też skorzystać z napojów mlecznych z dodatkiem żywych kultur bakteryjnych, czyli probiotyków. Mleko jest gorzej tolerowane, natomiast po napojach fermentowanych część osób z nietolerancją laktozy nie odczuwa negatywnych skutków. Ważne, by dobrze rozkładać sobie w ciągu dnia produkty mleczne na posiłki. Nie wypijajmy całego kefiru od razu, tylko rozłóżmy to na dwie porcje, spożyte z posiłkiem, tak jest bezpieczniej. Taki płynny napój wypijany szybko dostarcza od razu większą ilość laktozy.

A żółte sery? Sklepy oferują też sery żółte bez laktozy.

Białe sery zawierają trochę mniej laktozy niż napoje mleczne, od 2 do 3 gramów. Natomiast sery żółte, nazywane dojrzewającymi, są produkowane z określoną mikroflorą, która laktozę wykorzystuje. W związku z tym w serach dojrzewających, nie tylko żółtych, ale też topionych, laktozy jest po prostu bardzo niewiele, około jednej dziesiątej grama na sto gramów. Porcje serów żółtych spożywane na raz zwykle nie są duże jak białych, a także mniejsze od napojów mlecznych.

W mleku jest też wapń.

Zapotrzebowanie na wapń wynosi 100–200 mg/d. Wapń jest istotny dla właściwej mineralizacji kośćca i funkcjonowania naszego układu krwionośnego. Stosując dietę bezmleczną, powinniśmy go spożywać w zielonych roślinach czy orzechach. Coraz bardziej popularne są też napoje roślinne wzbogacane w wapń.

Można kupić nawet wodę mineralną z wapniem.

Ale wapń z wody mineralnej jest trochę gorzej przyswajany.

Chce pani powiedzieć, że nie ma innego równie dobrego źródła wapnia jak mleko?

Właśnie. Wracając do tych populacji azjatyckich, można by się zastanawiać, jak oni sobie radzą, skoro nie mogą pić mleka. Otóż mają zupełnie inną kulturę jedzenia, m.in. od dziecka włączają do diety duże ilości różnorodnych roślin strączkowych.

Co powodują te rośliny strączkowe?

Rośliny takie jak soja czy soczewica zawierają sporo wapnia.

Mówi się, że osoby starsze nie powinny pić mleka, bo ono ten wapń dodatkowo wypłukuje.

To nie jest do końca tak, że coś jest wypłukiwane. Problem polega na tym, że organizm musi zachować równowagę. Dba o to, by w każdej chwili naszego życia mieć stałe stężenie wapnia we krwi. Kiedy spożywamy wapń, to on jest odkładany w tkance kostnej. I jeśli stężenie wapnia we krwi chwilowo się zmniejsza, organizm czerpie z zapasów, z tkanki kostnej. Czyli można powiedzieć, że jest odwrotnie: mniejsze spożycie wapnia nie tylko utrudnia odkładanie się tego pierwiastka w kośćcu, ale powoduje sprzężenie zwrotne – organizm musi pozyskiwać wapń z kości, skoro nie dostaje go z pożywieniem. Oczywiście, to wszystko jest znacznie bardziej skomplikowane. Ale problem z dobrą gęstością mineralną kości i korzystanie z zasobów wapna zgromadzonych w kościach jest bardziej nasilony w momencie, kiedy zmienia nam się gospodarka hormonalna. To dotyczy kobiet w wieku postmenopauzalnym. W mniejszym stopniu odnosi się też do panów.

W 1987–1990 w Szwecji przeprowadzono badania, które wykazały, że kobiety pijące trzy szklanki mleka dziennie były bardziej narażone na złamania, niż te spożywające w tym czasie dwie szklanki. W odniesieniu do mężczyzn zależności nie były tak wyraziste, ale nasuwał się wniosek, że nadmiar wapnia szkodzi kościom.

W spożywaniu różnych produktów istotny jest umiar. Natomiast może zaistnieć taka chwilowa sytuacja, kiedy jednocześnie suplementuje się duże ilości witaminy D i wapń – wtedy jest on rzeczywiście lepiej przyswajalny i szybko absorbowany przez tkankę kostną. Chwilowe zmniejszenie stężenia wapnia we krwi może jednak z powrotem uruchamiać wapń zgromadzony w kościach i zwiększać jego wydalanie przez nerki, by wyrównać stężenie tego pierwiastka we krwi.

Czyli na przykład: zjadłam dzisiaj ser, to już nie będę piła mleka.

No właśnie. Myślę, że jeżeli już, to może szkodzić nadmiar suplementacji. To jest znacznie bardziej niebezpieczne i rzeczywiście te suplementacje powyżej 2–2,5 grama dziennie mogą sprzyjać chwilowej chociażby hiperkalcemii.

Problem stanowi łykanie pigułek, które zawierają wapń?

Tak, nad tym bym się bardziej zastanawiała niż nad tym, czy wypić dwie czy trzy szklanki mleka. Ale oczywiście zaplanowana i skonsultowana z lekarzem suplementacja wapniem może być w niektórych przypadkach potrzebna.

Co się stanie, kiedy zażyję za dużo tych pigułek? Czy to obciąża wątrobę?

To też. Ale chodzi o to, że łykanie dużych ilości wapnia powoduje zwiększenie wydalania tego pierwiastka przez nerki, co podnosi ryzyko kamicy. Może nawet dojść do zwapnienia nerek, które jest mało prawdopodobne z powodu spożywania przetworów mlecznych. Może również wtedy dochodzić do demineralizacji kości i tak zwanej wtórnej niedoczynności przytarczyc. Utrzymanie stałego stężenia wapnia we krwi jest związane z witaminą D i z funkcją parathormonu wydzielanego przez przytarczyce. To są mechanizmy, które dbają o utrzymanie stałego stężenia wapnia we krwi. Wapń i witamina D są jednymi z częstszych składników niedoborowych w racjach pokarmowych w wielu krajach.

Na północy Europy pije się około czterysta litrów mleka rocznie na osobę, w Stanach ponad pięćset, a u nas jest to zaledwie 220 litrów. Dlaczego pijemy go tak mało? Może boimy się że laktoza przyspiesza proces starzenia? To prawda czy mit?

Pierwsze słyszę, nie wiem, dlaczego miałaby przyspieszać proces starzenia. Laktoza zostaje strawiona w przewodzie pokarmowym i staje się glukozą i galaktozą. A glukoza to najpowszechniejsza jednostka cukrowa, więc to by znaczyło, że wszystko nas postarza. Galaktoza też jest przez organizm wykorzystywana głównie jako glukoza.

Czy to znaczy, że człowiek, który nie ma żadnych dolegliwości, może przez całe życie pić mleko?

Jak najbardziej. Nie ma żadnych przeciwwskazań.

W tej chwili na rynku są dostępne mleka zawierające od 0,5 do 3,2 procent tłuszczu. Kiedy w pracy otwieram lodówkę, gdzie wszyscy trzymają swoje kartony, to dominują niższe wartości, bo wszyscy się boją utyć od tłustego mleka. A podobno to w nim są kwasy, które przyspieszają między innymi przemianę materii. To prawda?

Tak, ale tu znowu nie ma prostej odpowiedzi. W tłuszczu mlecznym, w ogóle w tłuszczu przeżuwaczy, czyli nie tylko mlecznym, ale i wołowym, są tak zwane skoniugowane dieny kwasu linolowego, czyli CLA. Jest to nienasycony kwas tłuszczowy, który jest w żwaczu przeżuwaczy i przedostaje się potem do tłuszczu, też do mleka. Jego zawartość w mleku nie jest duża. Badania, które miały pokazać, że te kwasy CLA mają korzystne działanie, zaczęły się już w latach dziewięćdziesiątych. Okazało się, że dobrze wpływają one na tkankę mięśniową, na układ odpornościowy, na lepsze wykorzystanie energii (bardziej pod kątem tłuszczu), szczególnie w obrębie wątroby, dawały nadzieję na takie działanie przeciwalergiczne, hipocholesterolemiczne, a nawet przeciwnowotworowe. Ale te badania były prowadzone na modelu zwierzęcym. Wyniki obserwowane u ludzi nie były już tak jednoznaczne. W tych ilościach, które my zwyczajowo, zgodnie z zaleceniami prawidłowego żywienia, spożywamy, działanie kwasów tłuszczowych CLA jest niewielkie.

Czy wiadomo, ile w Polsce ludzi eliminuje laktozę z diety, chociaż nie ma potrzeby? Odnoszę wrażenie, że z roku na rok ta grupa rośnie.

W wielu miejscach podkreśla się, że jest sporo osób, które rezygnują z mleka, czy przetworów mlecznych z powodu laktozy, czy w ogóle z produktów, które laktozę zawierają bez rzeczywistej potrzeby, aczkolwiek nie podaje się szacunków. Ja sądzę, że przynajmniej jedna trzecia osób, które rezygnują z przetworów mlecznych to są osoby, które nie mają do tego zdrowotnego uzasadnienia.

Dlaczego kierujemy się taką modą?

Pewnie do części osób przemawia pogląd, że skoro jesteśmy ssakami, to pijemy tylko własne mleko, że produkcja mleka wiąże się z intensywnym, mniej humanitarnym sposobem hodowli. Ale też chętnie wierzymy w przeczytane, czy zasłyszane informacje dotyczące możliwych negatywnych skutków spożywania mleka.

Według pani ta moda będzie zataczać coraz szersze kręgi?

To trochę zależy od producentów żywności. Oni próbują znaleźć nisze na rynku i pomysł na to, by się wyróżniać od innych. Dlatego pojawia coraz więcej produktów, które są bez czegoś, a konsument nawet nie zastanawia się czy to dobrze czy nie, ale wydaje mu się, że taki produkt jest bardziej ekskluzywny, bardziej prozdrowotny. Myślę, że w tym tkwi przyczyna. Zawsze kiedy pojawia się publikacja o takim produkcie, niekoniecznie naukowa, kiedy ktoś powszechnie rozpoznawany po to sięga i tym się chwali w mediach, moda na taki produkt gwałtownie wzrasta.

Czym jest gluten, komu może zaszkodzić i skąd bierze się jego rosnąca z każdym rokiem popularność? To moda czy realne zagrożenie? Dr Joanna Rachtan-Janicka, dietetyk i specjalistka od diety dla chorych na celiakię, mówi, że ludzi, którym gluten szkodzi, żyje na całym świecie około trzech procent. Ale stosujących dietę bezglutenową jest znacznie, znacznie więcej i cały czas ich przybywa. Należą do nich ci, którym wydaje się, że jedząc posiłki bez glutenu, np. schudną. I nie zdają sobie sprawy, że stosując na własną rękę taką dietę, mogą sobie poważnie zaszkodzić.

Dziś o glutenie wiemy znacznie więcej niż jeszcze 30–40 lat temu – potrafimy chorych na celiakię precyzyjniej i wcześniej zdiagnozować, wiemy już, że nie jest to tylko choroba wieku dziecięcego, a trwa przez całe życie, że można na nią zachorować nawet po osiemdziesiątce. Tę wrażliwość na gluten można sobie wmówić. W 2011 r. zespół naukowców pod kierunkiem prof. Jessiki Biesiekierski z La Trobe University w Australii przebadał grupę pacjentów zdrowych, bez celiakii, podając im dietę zawierającą gluten i dietę go pozbawioną. Okazało się, że uczestnicy badania mieli bardzo negatywne objawy po spożyciu glutenu – bóle brzucha, wzdęcia, problemy z wypróżnianiem, a także złe samopoczucie. Wywołało to wielkie poruszenie w świecie naukowym – uznano, że mamy nareszcie wiążący dowód na szkodliwość glutenu dla wszystkich, nie tylko pacjentów z celiakią. Mnóstwo osób zaczęło wykluczać gluten z diety, bo twierdziły, że jak go odstawiają, od razu czują się lepiej, chudną, poprawia im się nastrój, nie czują się osowiali ani przemęczeni itd. Z upływem czasu rodziło się coraz więcej wątpliwości, czy to to rzeczywiście wykluczenie glutenu tak dobroczynnie zadziałało na badanych. Zaczęto mówić o tzw. efekcie nocebo – jeśli dostajemy jakiś produkt i słyszymy, że może on nam zaszkodzić, to jest dość prawdopodobne że będziemy się po nim źle czuli i uznamy że faktycznie nam ten produkt szkodzi.

Przeprowadzano