Strona główna » Literatura faktu, reportaże, biografie » Jestem kobietą. Prawdziwe historie o związkach, nadziejach, marzeniach, odwadze i przyjaźni

Jestem kobietą. Prawdziwe historie o związkach, nadziejach, marzeniach, odwadze i przyjaźni

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-930559-1-3

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Jestem kobietą. Prawdziwe historie o związkach, nadziejach, marzeniach, odwadze i przyjaźni

Jestem kobietą - autentyczne i zaskakujące historie pięciu kobiet przynależących do grupy wsparcia, kobiecego kręgu istniejącego już od dwudziestu kilku lat. Każda z nich jest inna, mają różne doświadczenia, ale ich historie są uniwersalne. Opowiadają o narodzinach dzieci, radzeniu sobie z chorobą, o śmierci, małżeństwie, o pracy. Przede wszystkim jednak mówią o kobiecej potrzebie tworzenia trwałych związków z ludźmi, którzy nas otaczają. Związków znaczących, opartych na wzajemnym szacunku i radości przebywania z innymi. To są opowieści o kobiecej sile, odwadze, nadziei, marzeniach i wytrwałym poszukiwaniu nowych ścieżek.

Jestem kobietą to historie bez cenzury, bez upiększeń, niekiedy bolesne, ale inspirujące i dające nadzieję.

„Należymy do pokolenia kobiet, które są świadome własnych praw i obowiązków wobec siebie samych, ale wciąż hołdują tradycyjnym wartościom. Te zaś nakazują nam posłuszeństwo wobec potrzeb rodziny, partnerów, dzieci i znajomych. Staramy się sprostać wszystkim tym oczekiwaniom i warunkom, aby sobie zapewnić godne miejsce w społeczeństwie. Wielu z nas zdarza się zatracić w tych staraniach. W pewnym momencie odkrywamy z przerażeniem, jak bardzo jesteśmy wyczerpane, zmęczone. Dobrze jest wtedy posłuchać innych kobiet, zobaczyć siebie w ich oczach i nabrać błogosławionego dystansu do siebie i świata”.
Fragment tekstu Kobiecy krąg

Lucyna Wieczorek – założycielka Dojrzewalni Róż, prowadzi grupy wsparcia i rozwoju „Kobiety w wewnętrznej podróży”: Wierzę w siłę kobiecego kręgu, kobiecych grup i spotkań, niezależnie od tego czy są formalne, terapeutyczne, wspierające, towarzyskie, nastawione na wspólne bycie, czy na działanie. Z takich spotkań urodziło się wiele dobrego w moim życiu. Z takich spotkań powstała Dojrzewalnia Róż. Ta książka może być cenną inspiracją dla tych spośród nas, które szukają siebie, ale także dla mężczyzn, którzy chcieliby zerknąć w nasz świat.

Polecane książki

Nie ma lepszego przewodnika po nowej mapie gospodarczej świata niż Jim O’Neill. Jego książka, pełna inteligentnych, ciekawych obserwacji, zawiera wspaniałą opowieść o naszych czasach: o fundamentalnej zmianie układu sił w gospodarce, w którym zachód oddaje pałeczkę reszcie świata. Niall Ferguson, a...
Niektóre historie są zbyt prawdziwe, aby o nich opowiadać. O pewnych sprawach wspominam tu po raz pierwszy i prawdopodobnie ostatni. Wierzę, że to docenicie. Nie przemilczałem i nie ukryłem niczego. Txiki Beguiristáin powiedział kiedyś coś w rodzaju: „Christo jest takim przyjacielem, który da ci klu...
Emancypantka, emigrantka, sumienna studentka, obowiązkowa żona, matka dwóch córek, fatalna kucharka, ateistka, patriotka, namiętna kochanka, skandalistka, pasjonatka tatrzańskich wędrówek i jazdy na rowerze, wybitny umysł, przyjaciółka Einsteina, laureatka dwóc...
Sierż. szt. Szadurski po policyjnej akcji w rezerwacie Beka otrzymuje wezwanie na miejsce zdarzenia do zakładu produkującego mrożonki w Szelewie. Podłoga na hali produkcyjnej zalana jest ludzką krwią. Brak ciała oraz nagrań z monitoringu od samego początku komplikuje śledztwo.Po odnalezieniu ciała b...
Czy zastanawiałeś się kiedyś ilu autorów książek o psach, kotach, rybach, papugach czy chomikach rzeczywiście posiada zwierzęta, o których piszą? Którzy z nich przebywają ze swoimi pupilami 24 godziny na dobę? Konrad Lorentz nie tylko hodował i zaspokajał podstawowe potrzeby swoich ulubieńców w post...
Komentarz omawia m.in. liczne zmiany w dotychczasowym systemie rękojmi i gwarancji jakości w transakcjach pomiędzy przedsiębiorcami i konsumentami oraz w terminach odstąpienia od umów sprzedaży. Uwzględnia zmiany w zakresie sprzedaży za pośrednictwem Internetu. Wskazuje, na obowiązki sprzedawcy wzg...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Monika Gajdzińska

Copyright © by Monika Gajdzińska, 2010

Copyright © by Wydawnictwo Dobra Literatura, 2010

Wszelkie prawa zastrzeżone

All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być publikowana ani powielana w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.

Redakcja i korekta: Łukasz Bernady

Konsultacja redakcyjna: Maugo Domańska

Skład książki: Beata Kamińska

Projekt okładki i stron tytułowych: Agnieszka Grot

Zdjęcie autorki: Tomasz Stefunko Zdjęcie na okładce: Mandala wykonana przez Krystynę Wantuch

Druk: Druk-Intro S.A. Inowrocław

ISBN 978-83-930559-1-3

Wydawnictwo Dobra Literatura

wydawnictwo@dobraliteratura.pl

www.dobraliteratura.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o. o.

Józefinie i Joasi

KOBIECY KRĄG

Pamiętam, jak mama opowiadała mi o swoim dzieciństwie spędzonym na Syberii. Babcia z dwójką dzieci została tam wywieziona podczas wojny. Dziadek walczył w tym czasie w partyzantce. W rosyjskiej wiosce, w której mieszkała babcia, żyły tylko kobiety i dzieci. Wieczorami wszyscy zbierali się w jednym domu, który nazywali Belwederem. Kobiety śpiewały polskie pieśni i snuły historie ze swoich stron. Opowiadały dzieciom treść książek, przywoływały wspomnienia, pielęgnowały wspólną tożsamość. Budowały w ten sposób mit, który dawał im siłę, pozwalał przetrwać.

Babcia Felicja przesiadywała niezmiennie w kuchni, w której przyrządzała nam smakołyki i opowiadała baśnie. Miała niezwykły dar. My, dzieciaki, słuchaliśmy jej z zapartym tchem. Wprawiała nas w zachwyt i wywoływała zdumione okrzyki. To były dla mnie najszczęśliwsze chwile dzieciństwa.

Moi synkowie często proszą: „Babciu, opowiedz nam coś na dobranoc”. „Dobrze, ale opowiem wam prawdę”, odpowiada moja mama. Rozśmiesza ich wspomnieniami z przeszłości, opowiada przeczytane historie, uczy piosenek, które słyszała w syberyjskiej wiosce.

I ja lubię opowiadać, nie tylko dzieciom, także dorosłym. Zapraszam ich czasem na wieczory baśni w kafejkach mojego miasta.

W opowieściach tkwi wielka siła. Dobra historia, jeśli jest autentyczna, potrafi przenieść słuchacza do innego czasu i miejsca, pokazać nową perspektywę zdarzeń i umieścić jego własne doświadczenia w odmiennym, czasem zaskakującym kontekście.

W tej książce starałam się przekazać prawdę kobiet, które zdecydowały się nią podzielić. Każda z nich jest inna, mają różne doświadczenia, ale ich historie są uniwersalne. Dotyczą spraw ważnych dla wszystkich kobiet. Opowiadają o narodzinach dzieci, radzeniu sobie z chorobą, o śmierci, małżeństwie, o pracy. Przede wszystkim jednak mówią o kobiecej potrzebie tworzenia trwałych związków z ludźmi, którzy nas otaczają. Związków znaczących, opartych na wzajemnym szacunku i radości przebywania razem. Każda z nas pragnie pełniej wyrażać siebie, mówić głośno o tym, czego jej trzeba i co chce zrobić, żeby czuć się szczęśliwa. To są opowieści o sile, odwadze, nadziei, marzeniach i wytrwałym poszukiwaniu nowych ścieżek. To historia kobiecego kręgu.

Dotarłam tutaj dziesięć lat temu. Byłam zdezorientowana i zmęczona. Moje małżeństwo rozpadło się definitywnie, potrzebowałam czasu i miejsca, w którym mogłabym odpocząć i lizać rany. Dostałam dużo więcej.

Długo oswajałam się z bliskością tych kobiet. Na początku dotkliwie odczuwałam swoją odrębność: Byłam samotna, z dwójką małych dzieci, bez stałej pracy i poczucia przynależności do tak zwanego społeczeństwa. Po rozstaniu z mężem zapakowałam półtoraroczne bliźniaki do wózka i postanowiłam zacząć jeszcze raz. Zdeterminowana postawiłam wszystko na jedną kartę. Sprzedałam kawalerkę i, korzystając z pomocy rodziców, kupiłam dla nas mieszkanie. Mieściło się na poddaszu w samym sercu miasta. Weszłam na górę i uświadomiłam sobie, że właśnie znalazłam Dom. Wielki pokój otwierał się na pozostałe pomieszczenia: jasną, przestronną kuchnię, pokój dla chłopców i piękną oszkloną werandę. Zyskałam nawet łazienkę z dużym oknem wychodzącym na wysokie szeleszczące topole i zachody słońca! To była nasza mandala. Miała wyznaczyć granice nowej przestrzeni, świat, który zamierzałam urządzić.

Wspólni znajomi podzielili się albo odsunęli. Bałam się swojej bezradności i przytłoczenia nadmiarem zadań, jakie przed sobą postawiłam.

Zamierzałam stworzyć prawdziwy dom, zadbać o pracę i szukać ludzi, z którymi będzie mi dobrze. Na początku założyłam, że muszę poradzić sobie sama, ale życie szybko i dobitnie dało mi do zrozumienia, że podjęłam się dzieła ponad siły. Chłopcy mieli zaledwie po półtora roku, a ja przecież marzyłam, żeby stworzyć im rodzinę, jakiej nie miałam. Byłam dzieckiem rozwiedzionych rodziców mieszkających w różnych miastach. W dzieciństwie przemierzałam setki kilometrów, żeby spędzić trochę czasu z ojcem. Potem też ciągle gdzieś podróżowałam. Studia w Krakowie, włóczęgi po Europie, praca w różnych miejscach. Stale w drodze, nie miałam odwagi nigdzie zatrzymać się na dłużej. Obiecywałam sobie jednak w duchu, że zbuduję szczęśliwą rodzinę, a moje dzieci nie będą zmuszone wybierać ani tęsknić. Nie chciałam, by mój scenariusz powtórzył się w ich życiu. Ale im bardziej czegoś nie chcesz, tym większe szanse, że w końcu będziesz musiała się z tym zmierzyć. Do ciebie należy decyzja, kiedy pogodzisz się z tą świadomością.

Zapisałam się do szkoły dla rodziców na cykl warsztatów uczących słuchania dzieci, rozmawiania z nimi i radzenia sobie w trudnych sytuacjach domowych. Warsztaty prowadziły dwie osoby, terapeutki z poradni psychologiczno-pedagogicznej. Jedną z nich była Jola, która zaprosiła mnie potem do udziału w grupie kobiecej. Zainicjowała ją dwadzieścia pięć lat wcześniej i od tej pory prowadzi jako psycholog, terapeutka, powierniczka i przyjaciel. Jako kobieta. Stała się dla mnie bardzo cenną i ważną osobą. Jestem jej wdzięczna za umiejętność patrzenia z dystansem i jednocześnie pełne uczestnictwo w każdym z naszych spotkań. Za otwartość i głęboki szacunek do świata i ludzi. Do siebie. Za gotowość do szukania nowych dróg, ale przede wszystkim za wierność sobie. Wciąż dużo się od niej uczę, a ona staje mi się coraz bliższa, coraz bardziej serdeczna. Dzięki mądrości i wrażliwości tej kobiety krąg przetrwał tak długo i wciąż trwa. I będą znajdować w nim miejsce kolejne osoby szukające wsparcia i przyjaźni.

Kobiety z grupy. Nieraz płakałam w ich obecności, a potem się tego wstydziłam. Buntowałam się, bo miałam wrażenie, że ich życie układa się łatwiej, wygodniej niż moje. Kiedy jesteś w opresji, często patrzysz na rzeczywistość przez pryzmat swoich trudności i nie dostrzegasz ludzi takimi, jacy są. Osobami, które równie intensywnie przeżywają swój własny los, ale są gotowe trwać przy tobie, jeśli odważysz się o to poprosić. Towarzyszyły mi we wszystkich ważnych wydarzeniach. Moje dzieci miały trzy lata, kiedy musiałam zdecydować się na zabieg chirurgiczny, który wymagał kilkudniowego pobytu w szpitalu. Mama nie dałaby rady sama zająć się w tym czasie bliźniakami. Wtedy kobiety z kręgu opracowały grafik, ustaliły, kiedy mogą jej pomagać. Zabierały chłopców na spacery, bawiły się z nimi, kładły spać i gotowały. Byłam spokojna, że dzieciaki są bezpieczne i nakarmione wtedy, kiedy nie mogę się nimi opiekować. Pierwszą osobą, którą zobaczyłam po operacji, była Majka. Podarowała mi zrobioną własnoręcznie na szydełku postać koronkowego anioła i poczęstowała kurczakiem w galarecie. Tego anioła mam do dzisiaj.

Potem, kiedy przyszło mi do głowy, że chcę opowiadać bajki, kobiety z kręgu były na każdym spotkaniu. Wspólnie świętowały ze mną rozwód, który wreszcie zdecydowałam się przeprowadzić. Powoli, bardzo powoli uczyły mnie zaufania. Zdarzało mi się znikać na rok albo miesiąc. Ale wracałam.

Nadal bardzo cenię sobie swoją odrębność i samotność. Nie umiałabym dobrze funkcjonować, gdybym nie miała czasu na wyciszenie się. Staram się o to dbać, szczególnie kiedy czuję się przytłoczona nagromadzeniem obowiązków zawodowych i domowych zadań. W końcu jednak przestałam uciekać. Przeprowadziliśmy się. Chłopcy poszli do szkoły, a ja poznałam mężczyznę, który stał się moim towarzyszem i przyjacielem. Mieszkamy razem od czterech lat i tak jest dobrze.

Mam swoje miejsce w kręgu. W ciągu lat, od kiedy tu przychodzę, kobiety stały się dla mnie bardzo ważne. Są moją axis mundi, osią świata w czasie, kiedy gubię kierunek i nie wiem, co chcę robić dalej. Czekam wówczas, co się wyłoni, kiedy przyjdzie pora podjąć nowe działanie. Tutaj czas płynie cyklicznie, zatacza kręgi. Odmierzamy go tygodniami, pełniami księżyca, ważnymi świętami i rocznicami. Powtarzalność nie oznacza jednak niezmienności. Każda z nas jest odrębną osobą i wnosi do grupy całą dynamikę swoich doświadczeń, życiowych przełomów, podejmowanych decyzji i przeżywanych strat. Jesteśmy w różnym wieku, wykonujemy różne zawody. Żyjemy samotnie lub w związkach. Nie wszystkie mamy dzieci. Dwie z nas odeszły na zawsze. Jesteśmy kobietami. Życie kształtuje nas i urabia, obchodzi się z nami okrutnie albo traktuje z niespodziewaną łaskawością. Robimy mu miejsce w kręgu i obejmujemy uwagą.

Przyszło mi do głowy, że wtorek – dzień naszych spotkań – stał się dla mnie dniem odświętnym, w którym do głosu dochodzi dusza, ta niepowtarzalna wartość, której domena rozciąga się gdzieś w połowie drogi między nieświadomością a rozumem. Czująca cząstka mojej osoby, która wymyka się wszelkim definicjom, zadomowiła się na dobre wśród tych kobiet. Odnajduję ją w opowieściach o codzienności, o niezwykłych splotach okoliczności, które początkowo nie poddają się łatwo ocenie. Wiem, że słucha z zapartym tchem historii miłosnych, płacze przy rozstaniach, wzrusza się opowieściami o dzieciach i chce towarzyszyć kobietom w chorobie i chwilach największej rozpaczy. To wszystko tworzy nasz codzienny krajobraz, w którym przebywamy każdego dnia od rana do wieczora, przygotowujemy posiłki, kochamy się, zapraszamy przyjaciół i odpoczywamy w samotności, żeby pozbierać myśli i ponownie scalić się w jedno.

Raz po raz odzywają się głosy różnej maści ekspertów, którzy w artykułach zamieszczanych w czasopismach oraz poradnikach zapewniają, że wystarczy być asertywnym, nauczyć się wyrażać uczucia, wyciszyć się, schudnąć, zadbać o młody wygląd, żeby nasze problemy się skończyły. Tymczasem los zdaje się kpić z owych prawd w żywe oczy i kiedy wydaje nam się, że wypełniłyśmy wszystkie punkty na długiej liście kobiecych zadań, fika kozła i znów stawia nas przed ścianą.

Należymy do pokolenia kobiet, które są świadome własnych praw i obowiązków wobec siebie samych, ale wciąż hołdują tradycyjnym wartościom. Te zaś nakazują nam posłuszeństwo wobec potrzeb rodziny, partnerów, dzieci i znajomych. Staramy się sprostać wszystkim tym oczekiwaniom i spełnić warunki, które mają nam zagwarantować godne miejsce w społeczeństwie. Wielu z nas zdarza się zatracić w tych staraniach. W pewnym momencie odkrywamy z przerażeniem, jak bardzo jesteśmy wyczerpane, zmęczone. Dobrze jest wtedy posłuchać innych kobiet, zobaczyć siebie w ich oczach i nabrać błogosławionego dystansu do siebie i świata.

We wtorki energicznie wyprawiam chłopców do szkoły, a potem przysiadam z kubkiem kawy na dłuższą chwilę, zanim wyjdę z domu. Kilka minut przed dziewiątą wchodzę do pokoju, w którym stoją w kręgu krzesła. Witam się z bliskimi kobietami, zajmujemy miejsca.

Nasze spotkania mają określone ramy. Zaczynamy od medytacji – pięciu minut na uspokojenie myśli, domknięcie drzwi naszych domów, w których zostawiłyśmy mężów, dzieci, przygotowywanie posiłków i odbieranie telefonów. Najbliższe dwie i pół godziny poświęcamy w całości sobie nawzajem. To czas przeznaczony na słuchanie siebie i kobiet z kręgu. Mówimy o sprawach, które dotyczą nas codziennie, rozterkach i radościach, głębokim bólu, przyszłości, naszych dzieciach i rodzinach, o pracy. Ofiarujemy sobie to, co najcenniejsze – uwagę i czas. Staramy się nie oceniać. Słuchamy. Nie udzielamy rad. Wtórujemy pojedynczym opowieściom albo milczymy w oczekiwaniu na to, co chce się wydarzyć. To, co nie jest gotowe do wypowiedzenia, czeka, dojrzewa karmione historiami o tym, co już się wypełniło. Uczymy się od siebie nawzajem. Uczymy się akceptacji. Tutaj jest miejsce na niedoskonałość, płacz i śmiech z własnych usilnych prób sprostania niemożliwym żądaniom. Krąg jest w pewnym sensie bytem niezależnym, mądrzejszym od nas i dojrzalszym. To stara formuła sięgająca niepamiętnych czasów, kiedy pierwsi ludzie siadali razem wokół ognia.

Wiem, że nikt nie naprawi za mnie trudnej sytuacji, nie znajdzie wyjścia z konfliktu. Nie bez buntu, opornie, uczę się zgody na swoją omylność, błądzenie, nawroty do starych nawyków, które dawniej tak bardzo utrudniały mi życie. Fakt, że opowiadam o nich w grupie życzliwych kobiet, skutecznie zmienia mój ogląd zdarzeń. Nie tylko ja widzę, co się dzieje. Widzą to również one, patrzą z różnych miejsc swojego doświadczenia, choć nadal są to miejsca w jednym kręgu. Jeśli któraś nie czuje gniewu z powodu doznanego okaleczenia, ten gniew odzywa się w innych kobietach. Rezonuje mocno i domaga się wyrażenia. W końcu i ona usłyszy go, poczuje jak przenika do brzucha, nawet jeśli nie wydobył się z jej ust. Kiedy opłakuje stratę, jeśli nie będą płakały razem z nią, z pewnością będzie mogła wypłakać albo wykrzyczeć ból w ciszy, która nie jest obojętnością, ale uwagą. Tutaj poczucie wyobcowania rozprasza się w serdecznym śmiechu, odzyskujemy swój rytm. Wracam bezpiecznie z kolejnych ucieczek w dom, pracę, mędrkowanie lub bezczynność.

Lubię nasze ciała, twarze, ramiona, piersi, brzuchy. Grzeje mnie ta fizyczna bliskość. Jeśli będzie trzeba, wiem, że użyczą mi oczu i uszu, nóg mocno stojących na ziemi, kiedy zacznę niebezpiecznie unosić się nad podłogą. Ramiona podtrzymają mnie, zakryją przed niepowołaną ciekawością i pozwolą odetchnąć przed podjęciem działania. To jest kobieca recepta na dobre, spokojne życie. Podejście, które godzi się z ludzkimi słabościami. Nie aspiruje do doskonałości. Spokój płynie z akceptacji tego, co jest.

Dwa razy do roku, wiosną i jesienią, wsiadamy do samochodów i wyjeżdżamy do Węsiorów. Węsiory są szczególnym miejscem. Stoi tam dom w lesie, w którym gości nas Grażynka. Gospodyni najlepsza, bo serdeczna i bezpośrednia, niewprowadzająca napięcia. Przyjeżdżamy, wypakowujemy śpiwory i maty, którymi nocą zaścielamy łóżka i podłogi tego gościnnego miejsca. Potem prezentujemy z dumą wiktuały, starannie przygotowywane wcześniej w domach smakołyki,. Wypływają na stół ustawiony na ganku witane okrzykami podziwu i zachwytu. Przed nami weekend przeznaczony na wędrówki po cudownych, pachnących kaszubskich lasach, odwiedziny w kamiennym kręgu, kąpiele w jeziorze, długie wylegiwanie się na trawniku przed domem i pogaduszki, które toczą się swoim rytmem, nieśpiesznie. Grupa rozprasza się tutaj na kilkuosobowe podgrupy, pary i samotne kobiety. Nie ma obowiązku prowadzenia życia stadnego. W ogóle nie ma żadnego obowiązku. Lubię nasze wieczory przy kominku albo wokół ogniska, niekończące się śpiewy, czerwone wino i milczenie. Lubię być tutaj, wśród nich. Odpoczywać, śmiać się do rozpuku i słuchać. Przyglądać się z czułością, jakie są piękne w przypływach siły i chwilach słabości. Nabieram przy nich oddechu przed powrotami do codzienności.

O czym będzie ta książka? O kobietach, które są mi bliskie. Opowiadają o sobie, rysują mapy dróg, jakie przeszły i którymi podążają nadal. Czasem błądzą, potykają się, zatrzymują, nie mogąc złapać tchu po mocnym uderzeniu, potem podejmują wędrówkę. Kinga, Ania, Maria, Justyna, Brygida. Czuję się dumna z tego, że jestem jedną z nich. To dla mnie zaszczyt, że przypadło mi w udziale przekazanie ich opowieści.

Bardzo podoba mi się koncepcja widzenia życia jako alchemicznego procesu przemiany. Zaczynasz w punkcie, w którym nie masz wielkiej świadomości, kim jesteś i jaki jest twój udział w większym planie rzeczy. Jesteś prima materia, pierwotną materią, która wymaga obróbki, uszlachetnienia. I kiedy jesteś gotowa doświadczyć zmiany, zwykle wydarza się coś, co wywraca ci życie do góry nogami. To często choroba, rozwód, strata pracy lub coś innego, co z początku wydaje się nieszczęściem.

Alchemicy powiedzieliby, że wkraczasz w fazę podgrzewania materii, która wówczas czernieje. Nazywają to fazą nigredo. Cały dotychczasowy porządek się zawalił. Nie wiadomo, dokąd iść ani co ze sobą zrobić. Płaczesz, popadasz w depresję i wydaje ci się, że jesteś w sytuacji bez wyjścia. Wtedy najlepiej czekać i wypatrywać światła. Dobrze, jeśli masz z kim czekać. Jeszcze lepiej, jeśli możesz się na kimś wesprzeć, masz przed kim płakać lub milczeć.

Jednocześnie powoli powstają w tobie podwaliny nowego. Ważne, żeby powstrzymać się od działania na oślep, nie rzucać się do realizowania pierwszego lepszego projektu, który z pozoru wydaje się wybawieniem od pustki i stagnacji.

Nagrodą jest kolejna faza – albedo. Z pustki wyłaniają się początki nowego porządku. To może być dobry pomysł, nieoczekiwana furtka, propozycja z zewnątrz. Jeśli czujesz, że nadeszła pora, że czas ci sprzyja, podejmujesz wyzwanie. I działasz – wkraczasz w fazę rubedo. Wprowadzasz w życie wizję, którą zobaczyłaś po przemianie. Przeprowadzasz się, podejmujesz pracę, wychodzisz do ludzi albo zaczynasz malować. Jeśli wytrwasz na tej drodze pomimo zwątpienia, w które z pewnością będziesz popadała, to kto wie? Może osiągniesz ostatni etap tego procesu, coniunctio, czyli najczystsze złoto.

Mam nadzieję, że kobiety, które przeczytają tę książkę, odnajdą w niej choćby cząstkę siebie na jakimś zakręcie własnej drogi. Nie zapominajmy o tym, kim jesteśmy. Kobietami, żywymi czującymi osobami obdarzonymi niezwykłą siłą przetrwania i przeżywania własnego losu. Czy to nie wspaniałe?

KINGA

„Niektóre nasze pomyłki zawierają w sobie ukrytą mądrość. Pokazują, że nie powinniśmy traktować swoich postanowień zbyt poważnie, że czasem warto wykazać więcej pokory wobec zmian, wymuszonych na nas przez tak zwane okoliczności życiowe”.

Każdego dnia mistrz Zurgan Shigen zwykł był zwracać się do siebie: «Mistrzu». Po czym sam sobie odpowiadał: «Tak, panie». A wtedy pytał: «Czy już się przebudziłeś?». «Tak» – odpowiadał ponownie. «Nie pozwól, by cię oszukano» – przestrzegał. «Nie pozwolę, panie» – obiecywał.”1

Nawet jeśli nie zdajemy sobie z tego sprawy, nieustannie znajdujemy się pod wpływem wzorców wewnętrznych, które nie zawsze popychają nas w kierunku dostatku i samozadowolenia. Psychologia określa te związki archetypami i nadaje im wizerunki symbolicznych postaci. Bywa, że w gonitwie zdarzeń, w jaką zamienia się czasem nasza codzienność, na prowadzenie wysuwa się Wielki Oszust. Jest siłą rezydującą w zakamarkach umysłu, której działania nie sposób zrozumieć od razu. Trudno go wytropić, bo potrafi się doskonale schować. Plącze nam myśli, manipuluje faktami, podsuwa błędne interpretacje. Śmieje się w kułak, gdy widzi, jak bardzo się męczymy, próbując odnaleźć sens starań, pojąć postępowanie innych ludzi, uporządkować wartości według hierarchii, która ma wprowadzić do naszego życia błogosławiony spokój.

Możemy, naturalnie, lekceważyć złośliwości Wielkiego Oszusta i upierać się przy swoim. Wtedy jednak powróci i będzie nękał nas tak długo, aż zrozumiemy lekcję, której chce nam udzielić. Rzecz w tym, że nie mamy do czynienia ze zwykłym żartownisiem. Niektóre nasze pomyłki zawierają w sobie ukrytą mądrość. Pokazują, że nie powinniśmy traktować swoich postanowień zbyt poważnie, że czasem warto wykazać więcej pokory wobec zmian, wymuszonych na nas przez tak zwane okoliczności życiowe. Zadufanie w sobie nie popłaca. Niekiedy trzeba przewartościować własne poglądy, bo może się okazać, że potem będzie nam się żyło łatwiej i przyjemniej.

Latami cierpiałam na szczególną przypadłość, nieobcą wielu kobietom: na nadmierne poczucie odpowiedzialności. Zakładałam, że jeśli podejmuję się jakiegoś zadania, muszę mu sprostać. Nie liczyłam się z nieprzewidywalnością losu, nie zastanawiałam się, czy wystarczy mi siły, żeby doprowadzić rzeczy do końca. Skoro zobowiązałam się pełnić w życiu określone role, trudno, słowo się rzekło. Nie było mi z tym łatwo.

Trzeba przywołać jeszcze jedno przekonanie, niestety rozpowszechnione. Poświęcając się dla innych, pielęgnujemy w duchu nadzieję, że oni to docenią i wynagrodzą nam poniesione straty. Nic bardziej mylnego. Skoro wysyłasz ludziom sygnały, że doskonale sobie radzisz, oni po prostu myślą, że tak jest. Uznają, że nie potrzebujesz pomocy i trudno im się dziwić. Skąd niby mają wiedzieć, co się zagnieździło w twojej głowie?

Tymczasem ty przestajesz nadążać. Cierpisz na przewlekłe zmęczenie, zaczynasz chorować albo tracisz z oczu sprawy naprawdę ważne. Dwukrotnie dostałam w życiu poważne ostrzeżenie, że powinnam się głęboko zastanowić nad tym, co myślę i robię. Czy branie sobie na barki odpowiedzialności za wszystko, co dzieje się w domu i poza nim, jest dobre? W końcu otwarcie zadałam sobie pytanie: „Komu właściwie ma to służyć?”. Szczęśliwie udzieliłam na nie odpowiedzi, która dobrze rokowała na przyszłość. Postanowiłam zrewidować wiele spraw związanych z relacjami łączącymi mnie z najbliższymi, pracą zawodową i zdrowiem. Oczywiście, musiało minąć trochę czasu, zanim zrozumiałam, na czym zależy mi najbardziej, ale nie narzekam. Przecież mogłam zwlekać znacznie dłużej.

Czternaście lat temu, w środku zimy, urodziłam drugą córkę, Weronikę. Wróciłam do domu bardzo szczęśliwa i z entuzjazmem rzuciłam się w wir obowiązków. Zaczęło się poranne wstawanie, pośpiech, sprzątanie, gotowanie, słowem, normalne życie. Weronika była grzecznym dzieckiem, nie dawała mi się we znaki, ale i tak codziennie miałam mnóstwo rzeczy do zrobienia. Starałam się, jak mogłam. Dwa tygodnie później dostałam pierwszy sygnał, że powinnam przystopować.

Obudziłam się rano z przeświadczeniem, że coś jest nie w porządku. Bolała mnie głowa i czułam dreszcze. Sięgnęłam po termometr. Okazało się, że mam podwyższoną temperaturę – prawie do czterdziestu stopni.

Kiedy obok leży maleńkie dziecko, nie roztkliwiasz się nad sobą. Niewiele myśląc, zażyłam coś na obniżenie gorączki i zabrałam się do codziennych zajęć. Po paru godzinach poczułam się zresztą lepiej. Objawy minęły. Powróciły jednak, i to już po dwóch dniach. Tym razem termometr pokazał równo czterdzieści stopni. Zadzwoniłam do lekarza domowego. Przyjechał, zbadał mnie i powiedział: „Hm, pani jest przeziębiona, osłabiona po porodzie. Proszę łykać polopirynkę i będzie dobrze”. Nie przepisał mi silniejszego leku, bo karmiłam dziecko. Zażyłam posłusznie polopirynę i znowu przeszło. Mniej więcej przez miesiąc nic niepokojącego się nie wydarzyło. Któregoś ranka jednak znów obudziłam się z wysoką gorączką. Wezwałam tego samego lekarza. Przyjechał, zbadał: „Jest pani osłabiona po porodzie. Proszę zażyć polopirynkę. Nic pani nie będzie”. Zażyłam, przeszło. To było w marcu. Nic się nie działo do trzeciego maja. Tego dnia odczytałam na termometrze czterdzieści jeden stopni. Przestraszyłam się. Nareszcie!

Mimo gorączki wciąż dysponowałam sporą siłą, skoro następnego ranka sama dzielnie wybrałam się do znajomego lekarza. Leczył mnie kiedyś i zdążyłam nabrać do niego zaufania. Jego opinia porządnie mną zachwiała. „Pani ma wodę w płucu po łopatki. Musimy zrobić zdjęcie. Mogła pani sobie zrobić krzywdę” – dodał eufemistycznie. Wysłał mnie do szpitala, gdzie od razu prześwietlono mnie. Zdjęcia wykazały znaczne zmiany w płucu. Na pierwszy rzut oka mogło to wyglądać na gruźlicę, ale lekarz prowadzący podejrzewał zapalenie płuc. Jego zdaniem powinnam była zostać w szpitalu, przejść odpowiednią kurację i odpocząć. Co zrobiłam? Poprosiłam o receptę i wypisałam się na własne życzenie. Przecież w domu czekało na mnie małe dziecko. Codziennie brałam zastrzyki, które robiła mi dochodząca pielęgniarka. Po przepisowym czasie ten sam lekarz zalecił wykonanie zdjęć kontrolnych. Temperatura wprawdzie spadła, ale zmiany w płucu nie znikły. Nic się nie poprawiło. Niestety, zamiast zwrócić się do niego z prośbą o zmianę rozpoznania, poszłam do pulmonologa, który postawił diagnozę. Według niego byłam chora na gruźlicę.

Gruźlica, jak wiadomo, jest chorobą zakaźną. W rodzinie zapanowało zamieszanie. Wszyscy musieli się prześwietlić. „Na szczęście! – myślałam z ulgą… – nie zaraziłam nikogo z moich bliskich”.

Prawie