Strona główna » Obyczajowe i romanse » Kochankowie miasta

Kochankowie miasta

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-66201-80-4

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Kochankowie miasta

Pozbawiony skrupułów Damian robi podejrzane interesy. Kocha żyć ponad stan. Jego młodszy brat Tomek prowadzi małą agencję nieruchomości. Jest uczciwy i wrażliwy na krzywdę. Mimo różnicy charakterów mężczyźni postanawiają zawiązać spółkę, do której dołącza Aron, syn bogatego łódzkiego Żyda.
Tymczasem do biura Tomasza przychodzi starsza kobieta i zleca sprzedaż rodzinnej posesji. Wkrótce okazuje się, że ziemia ta kryje tajemnice z czasów okupacji niemieckiej i zaczynają się pojawiać kolejne problemy. Sprawy jeszcze bardziej się komplikują, kiedy Damian rozkochuje w sobie żonę młodszego brata i interesuje się dziewczyną Arona.
Wielkie namiętności, zdrady, tradycje kłócące się z nowoczesnymi poglądami, a w tle podnosząca się po długim letargu, coraz dynamiczniej rozwijająca się Łódź.

Polecane książki

Tom VI Systemu prawa pracy zawiera omówienie problematyki procesowego prawa pracy dokonane przez wybitnych przedstawicieli nauki prawa pracy i postępowania cywilnego. Autorzy analizują funkcjonowanie polskich organów ochrony prawnej w indywidualnych sporach z zakresu prawa pracy, prezentują zarówno ...
To dopiero! Jesteś multimilionerem, podczas zabawy firmowej w Las Vegas zawierasz dla żartu ślub, a potem okazuje się, że małżeństwo jest legalne. Postanawiasz odżałować milion dolarów albo dwa, uzyskać szybko rozwód i zakończyć ten żart. Ale „żona” nie chce pieniędzy, lecz czegoś zupełnie innego......
E-book zawiera zbiór tekstów, które w szeroki sposób omawiają pracę, budowę i fizjoterapię funkcjonalną kończyny dolnej i kompleksu miednicznego....
"Nawracanie Judasza" to pierwsza część trylogii Stefana Żeromskiego "Walka z Szatanem". Trylogia ta składa się z następujących utworów "Nawracanie Judasza", "Zamieć" oraz "Charitas". Obejmuje ona panoramę życia Polaków w okresie przedwojennym i w latach I wojny światowej....
Prezentowana monografia zawiera wszechstronną analizę konstrukcji prawnej umowy ubezpieczenia na życie z ubezpieczeniowym funduszem kapitałowym na gruncie prawa polskiego. W opracowaniu omówiono w szczególności treść stosunku zobowiązaniowego z uwzględnieniem takich elementów jak: konstrukcja ubezpi...
Poradnik do gry wyścigowej Flat-Out zawiera instrukcję, która wyjaśnia nierzadko skomplikowane opcje gry, garść przydatnych informacji, dokładne charakterystyki dostępnych pojazdów i szalonych tras, a także opis każdej części przystosowanej do tuningu.FlatOut - poradnik do gry zawiera poszukiwane pr...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Anna Stryjewska

Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej książki nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt okładki i stron tytułowych

Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Zdjęcia na okładce

© sonyachny | stock.adobe.com

© Artur Bociarski | stock.adobe.com

Redakcja

Calibra | Sylwia Mosińska

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Barbara Kaszubowska

Niniejsza powieść to fikcja literacka. Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych jest w tej książce niezamierzone i przypadkowe.

Wydanie I, Katowice2019

Wydawnictwo Szara Godzina s.c.

biuro@szaragodzina.pl

www.szaragodzina.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

ul. Kabaretowa 21, 01-942 Warszawa

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

© Copyright by Wydawnictwo Szara Godzina s.c., 2019

ISBN 978-83-66201-80-4

Moim kochanym dzieciom

Ziemia ukochana

Tam, gdzie dojrzałe sady,

tam, gdzie łąki zielone,

koralami jarzębin

drzewa ustrojone.

Tam, gdzie Twój dom i dzieci,

kot się w słońcu wygrzewa,

gdzie ziemia ukochana –

nutą w sercu rozbrzmiewa.

Anna Stryjewska

Prolog

Litzmannstadt, wrzesień 1941 roku

Dochodziła ósma wieczorem. Rachela zapaliła świecę, następnie podeszła do okna i zanim je szczelnie zasłoniła, spojrzała na pustą o tej porze ulicę. Jakaś złowroga cisza panowała wokół, choć niebo było czyste, zaciągnięte jedynie cienkimi pasmami chmur. Zmierzch zapadał leniwie, oblewając okolicę łagodną szarością. Niepokój wypełnił Rachelę od środka, chwilę nasłuchiwała, ale żaden obcy dźwięk nie dotarł do jej uszu. Znała niemal każdy szmer wiatru, szum gałęzi, trzepot ptasich skrzydeł, głosy sąsiadów czy klekot przejeżdżającego pojazdu. Nauczyła się odróżniać te dźwięki, aby nie przeoczyć tego jednego. Tego, który w każdej chwili mógł zagrozić ich życiu. Drżącą ręką poprawiła róg zasłonki, po czym odwróciła się i odeszła od okna.

Dom składał się z trzech izb: niewielkiej kuchni i dwóch pokoi, w których podłogi zbite były z desek. Na ścianach wisiały obrazy przedstawiające wizerunki świętych i portrety rodziców jej ukochanego, którzy zmarli kilka lat wcześniej, pozostawiając go samego jak palec. Kobieta rozejrzała się po schludnym, czystym pomieszczeniu. Wszystko tu miało swoje miejsce – każdy mebel, każdy najmniejszy drobiazg, począwszy od ich wspólnego łóżka, po makatkę czy talerzyk. Lubiła tę przestrzeń, choć była przesiąknięta symboliką katolicką, a nie żydowską. Jednak już dawno zrozumiała, że Bóg jest jeden bez względu na to, jaką wiarę się wyznaje. Została wyklęta przez rodzinę. Przestała chodzić do synagogi, przestrzegać reguł szabatu, zaczęła się za to modlić jak prawdziwa chrześcijanka. Został jej tylko Stefan, którego obdarzyła szczerą miłością i zaufaniem.

Powinien zaraz być, miał tylko załatwić coś na mieście i wrócić. Wiedziała, że to było bardzo ważne dla całej jej rodziny. Nagle, jakby na potwierdzenie tej myśli, usłyszała szczęk zamykanej furtki, odgłos kroków pod oknem i dźwięk odstawianego roweru pod ścianą, na co jej serce zadrżało z radości. Ustawiła świecę na drewnianym stole, wyjęła z kredensu pół bochenka chleba owiniętego lnianą ściereczką i odkroiła z niego cztery równe kawałki – trzy dla niego, jeden dla niej. W słoju miała jeszcze resztkę miodu. Posmarowała nim kromki i ułożyła na talerzach. Kątem oka zerknęła na swoje odbicie w szybie kredensu, odruchowo też poprawiła uczesanie, zgarniając palcami kosmyk włosów za ucho. Była piękną, postawną kobietą o czarnych jak węgiel oczach, gęstych brwiach, włosach w kolorze hebanu zaczesanych gładko do tyłu, owalnej twarzy i prostym semickim nosie. Miała na sobie własnoręcznie uszytą szarą sukienkę z koronkowym kołnierzykiem, który też zrobiła – na szydełku. Krawiectwo miała przecież we krwi.

Stefan wszedł do kuchni i zdjął czapkę, wypełniając swoją ogromną posturą całe przejście. Rachela patrzyła na niego z wyczekiwaniem, a w jej spojrzeniu widać było wielkie uczucie. Był wysoki, przystojny i miał piękne błękitne oczy pełne dobroci i troski. Lniane włosy opadały mu na kark i czoło, więc odgarniał je, odrzucając głowę w tył. Na jego pogodnej na co dzień twarzy malował się jednak nienaturalnie szeroki uśmiech, co pogłębiło w niej narastające poczucie niepokoju.

Jakie wieści? Co się dzieje z jej rodziną? Czy jeszcze żyją, a jeśli tak, czy jest jeszcze dla nich jakaś nadzieja? Jak długo będzie trwała ta straszna wojna?

Podszedł do niej i bez słowa objął ją swoimi szerokimi ramionami.

– Jeszcze żyją… – westchnął. – Ciężko im, ale żyją. Matka pracuje w sortowni pierza, a ojciec szyje mundury dla Rzeszy. Mają pracę. Jest nadzieja, kochanie. Przez dawnego kumpla przekazałem im dwa bochenki chleba i konserwy. Ufam, że mnie nie oszukał, że dotrą do nich w całości… Musimy być dobrej myśli.

– A bracia? – spytała z lękiem.

– Samuel i Szymon pracują w fabryce mebli, a Icek podobno z ojcem przy mundurach.

– Ach! – jęknęła. – Jak mają pracę, to dobrze. Może jakoś uda im się przeżyć. Mówią, że życie w getcie jest straszne: głód, brud, choroby… Są odizolowani od reszty miasta jak jakieś szczury! Kiedy wreszcie skończy się ten koszmar? Czy świat nie widzi tego, co się tu dzieje? – dodała cichym, złamanym głosem. Wtuliła się w niego jeszcze mocniej, strach ją paraliżował. Nauczyła się wprawdzie z nim żyć, ale czasem potęgował się do tego stopnia, że stawał się nie do zniesienia. – Mamy jeszcze trochę biżuterii. Możemy coś sprzedać i kupić jedzenie. Trzeba pomyśleć o odzieży dla nich na zimę…

– Pomyślimy, skarbie, pomyślimy o tym – odparł cicho, całując czubek jej głowy. – A teraz zjedzmy. Przyniosłem dla nas chleb i konserwy.

Uśmiechnęła się z wdzięcznością na myśl o tym, że los postawił na jej drodze takiego człowieka jak Stefan. Nic lepszego nie mogło jej się przytrafić. Nie żałowała ani swojej decyzji, ani żadnej sekundy z nim spędzonej. Był jej przyjacielem i największą miłością.

Kolację jedli w milczeniu, co jakiś czas przerywali i patrzyli na siebie przez płomień palącej się świecy. Zegar wiszący na ścianie tykał, miarowo odmierzając niespiesznie mijający czas. Kiedy skończyli, umyła naczynia, wytarła je i odstawiła do kredensu, po czym usiadła ponownie naprzeciwko Stefana i z czułością patrzyła mu w oczy. Nagle ciszę zakłócił warkot silników. Zerwali się z krzeseł, a Rachela odruchowo rzuciła się ku drzwiom.

– Ty biegnij, ukryj się jak zawsze, a ja w razie czego ich zatrzymam! – zawołał Stefan, zerkając w jej stronę porozumiewawczo. – Będzie dobrze, kochanie. Nie ma się czego bać… Może to nie oni…

Rachela skierowała się do tylnego wyjścia, w stronę ogrodu i ziemianki, tymczasem Stefan, zaniepokojony, spoglądał na ulicę. Strach go sparaliżował, kiedy ujrzał kilka zatrzymujących się przed jego domem czarnych aut. Za chwilę usłyszał głośne ujadanie psów, krzyki i nawoływania. Czas uciekał absurdalnie szybko. Kilka sekund później stali już pod drzwiami i walili w nie kolbami karabinów. Psy ujadały głośno, krzyki nie ustawały. Nie reagował, chcąc zyskać na czasie.

Wreszcie, po którymś z kolei: „Offen!”, zdecydował się otworzyć drzwi. Najpierw otrzymał silny cios w twarz, który sprawił, że zatoczył się w progu i osunął na ziemię. Świat zawirował mu przed oczami, jakieś obce naprężone ramiona chwyciły go i zawlokły w głąb domu. Ogromne wilczury wyczuły trop i już były przy drzwiach, następnie przy ziemiance. Ujadały, wściekle szczerząc kły. Esesmani rzucili go jak worek zboża, kolejny raz poczęstowali silnym kopniakiem w żebra, ale nie to było teraz najgorsze. Stefan z przerażeniem patrzył, jak odsuwają sufit kryjówki. Snop reflektora przeczesał pomieszczenie i zatrzymał się na sylwetce jego ukochanej, która splecionymi dłońmi zasłaniała oczy przed silnym strumieniem światła. Krzyczeli po niemiecku, szturchali go i wyzywali. Nie miał pojęcia, ilu ich było. Jeden z nich przechylił drewnianą kładkę i sterta młodych ziemniaków spadła do otworu. Usłyszał krzyk. Ale najgorsze przyszło potem. Kazali mu przynieść łopatę i zasypać dół.

– Schnell! Schnell! – krzyczeli, a tym słowom towarzyszyły kopniaki i ciężkie razy.

Najpierw udawał, że ziemia jest zbyt ubita, później zrezygnowany odrzucił łopatę. Ukląkł, odmawiając wykonania rozkazu. Ubrany w czarny mundur Niemiec przyłożył mu lufę do skroni. Wiedział już, co to oznacza. Ostatnie desperackie myśli kłębiły mu się w głowie. Jeśli on zginie, kto obroni Rachelę? Kto?

– Wybacz, kochanie… – wyszeptał, a chwilę potem rozległ się głuchy odgłos strzału. Kula przebiła jego czaszkę na wylot, mózg trysnął, obryzgując nogawkę oprawcy. Stefan osunął się na ziemię, a jeden z gestapowców kopnął go w bok tak, że wpadł do ziemianki, wprost w ramiona ukochanej. Nie czuł już bólu, tylko niezwykłą błogość ogarniającą wszystkie jego członki. Kołysany szeptem Racheli, ciepłem jej splecionych ramion wirował zawieszony pomiędzy życiem a śmiercią. Nieopisana radość wyzwalała go z ciężkiego jak ołów ciała. Niebo zamykało się nad ich głowami, znikały kolory, odpływały wszelkie smutki. Chwycili się za ręce, już wolni bez lęku opuścili swoje ziemskie powłoki i ulecieli ku górze. Wokół zapanowała cisza. Zacinający jeszcze przed chwilą deszcz ustał, niebo wydało z siebie ostatni pomruk gniewu, a oni, wyzwoleni od ziemskiego bólu i strachu, wzbijali się z siłą wiatru nad dachy domostw, labirynty wyludnionych uliczek, czubki szumiących żałośnie drzew, czarne mury żydowskiego getta i szybowali dalej, wyżej – ku przestworzom, ku wiecznemu szczęściu.

Część pierwsza

Łódź, wiosna 2013 roku

Łódź żyła, oddychała pełną piersią, kipiała energią, wrzała kakofonią dźwięków, pulsowała kolorami. Place budowy drżały od młotów pneumatycznych, grzmiały od przesuwających się dźwigów i warkotu ciężkich maszyn. Ulice falowały barwną wstęgą samochodów, pobrzmiewały odgłosami klaksonów, a pisk opon przecinał ostrym świstem powietrze, które z każdą chwilą gęstniało od oparów dymu. Odgłosy miasta wzbijały się w górę, pięły się po ścianach budynków, wysoko ponad dachy, słupy elektryczne, wieże kościołów i korony drzew.

Widok z tarasu zlokalizowanego na dziewiątym piętrze apartamentowca przy Organizacji Win był imponujący. Było tuż przed ósmą rano, a więc na ulicach panował spory ruch, bo każdy gdzieś się spieszył: na uczelnię, do pracy, przychodni, sklepu czy przedszkola.

Damian Nowicki stał w granatowym szlafroku frotté z papierosem w ręku i raz po raz przystawiał go do spragnionych porannego macha warg. Ten wysoki, szczupły szatyn z pociągłą twarzą i stalowymi oczami o przenikliwym spojrzeniu niedawno ukończył trzydzieści pięć lat, był inteligentny i przebiegły – cenił w życiu komfort, lubił zaspokajać swoje pragnienia kosztownymi drobiazgami, którymi zwykł się otaczać. Dobry, zdrowy wygląd stanowił jego dewizę, tak jak muśnięta opalenizną skóra, starannie przystrzyżone proste włosy czy zadbane dłonie z wypielęgnowanymi paznokciami.

Spoglądając na oplatającą Łódź drgającą pajęczynę ulic, poczuł wstępujące w niego nowe pokłady sił. Tak wiele jeszcze można było w tym mieście zrobić, wypełnić tyle pustych miejsc – myślał naładowany energią.

Miał przed oczami stare osiedla bloków z dachami najeżonymi kolcami anten i kominów oraz te nowe, dopiero powstające, wklejone w krajobraz miasta czasami zupełnie przez przypadek. Zieleniły się parki, mieniły kolorami reklam przejeżdżające tramwaje, odbijały w słońcu ściany odnowionych bloków, skrzyły się tęczą barw szyby okienne. Skończył palić, zgasił papierosa w stojącej na rattanowym stoliku popielnicy i niemal w tej samej chwili zamarzył o mocnej kawie. Wszedł do środka. Mieszkanie, które wynajmował od trzech lat, miało pięćdziesiąt metrów kwadratowych. Dwa pokoje, w tym salon z aneksem kuchennym i sypialnia, łazienka oraz przedpokój spełniały w większej mierze jego oczekiwania. Jednak najbardziej urzekał go widok z tarasu, którym upajał się jak dobrym winem każdego ranka i każdego wieczora, o ile spędzał je w domu. Podszedł do ekspresu i nacisnął przycisk. Wrzucił kapsułkę, podstawił swoją ulubioną filiżankę, a następnie przyglądał się pracy urządzenia. Jego poranny rytuał przerwał natarczywy dźwięk telefonu.

– Nowicki, słucham.

– Dzień dobry, panie Damianie, z tej strony Kalina Kopeć. Nieruchomości Plus.

– Tak, pani Kalino? Stało się coś?

– Dzwonili do mnie z administracji, pamięta pan to ostatnie mieszkanie przy Nowomiejskiej? Dla pana kolegi, Zbyszka Nowaka?

– Owszem.

– Jest problem… Administrator zgłosił, że z lokalu wydobywa się dziwny zapach, a raczej… odór nie do zniesienia. Lokatorzy się skarżą. Pukali do drzwi, ale nikt nie otwiera. Proszę tam pojechać, może panu otworzy.

– No, dobra – zgodził się bez entuzjazmu.

– Panie Damianie, administrator jest na mnie zły – ciągnęła poirytowanym głosem pracownica biura. – To miał być ktoś, kto nie sprawi problemów, a tymczasem… Następnym razem nie będzie chciał ze mną współpracować.

Na linii zapadła niezręczna cisza.

– Proszę się nie martwić, pani Kalino, zaraz się wszystko wyjaśni. To przecież nie pani wina. Już tam jadę!

Odłożył słuchawkę ze złością. Znów kłopoty. Nie dość, że znalezienie tego mieszkania okazało się trudne i udało się tylko dzięki temu, że pani Kalina zgodziła się mu pomóc, to teraz ten dureń go skompromituje. Co znów odwalił? Zamordował kogoś i trzyma w workach pod wersalką?

Wypił zaparzoną kawę w trzech łykach, po czym skierował kroki do łazienki. Kilka minut później ubrany w dżinsy, zielony sweter i pikowaną kurtkę z ortalionu jechał windą na dół. Samochód – czarne audi, rocznik dwa tysiące osiem – był zaparkowany na miejscu postojowym na terenie zamkniętego podwórka. Nowicki z przyjemnością otworzył drzwi, zanurzył się we wnętrzu wypieszczonego auta i opadł na miękką, skórzaną tapicerkę fotela. Włączył radio, które głośnymi rytmami pobudziło go do życia.

Zobaczę, co się stało – pomyślał. Rozwiążę problem i zaplanuję na popołudnie coś wyjątkowo przyjemnego.

Dzień zapowiadał się ciepły i bezwietrzny. Mężczyzna, wsłuchując się w przeboje w rytmie popu, wyjechał na Wojska Polskiego, a następnie, mijając wybudowany w dziewiętnastym wieku kościół w stylu wiślanym, skręcił w lewo, w ulicę Zgierską. Nie lubił tego skrzyżowania, ponieważ od zawsze wydawało mu się ponure i zaniedbane. Pomazane, smutne witryny sklepów, brudne chodniki i smętni ludzie stojący na przystankach, czyli mało zachęcający obraz. Kręciło się w tej okolicy pełno nieciekawych typów, których mijał z niechęcią za każdym razem, kiedy tędy przejeżdżał. Podobno przed wojną w tej części miasta żyli najubożsi Polacy, a w większości Żydzi. To właśnie tutaj powstało w czasie wojny łódzkie getto – jedno z największych w Polsce, a nawet Europie, a w kościele mieściła się sortownia puchu i pierza. Rzucił okiem na czerwony strzelisty budynek i – naciskając pedał gazu – pomknął w kierunku placu Wolności.

Chwilę później zaparkował na poboczu przy Nowomiejskiej, pod kamienicą, gdzie znajdowało się felerne mieszkanie. Poczuł nieznośny fetor już na podwórku, a kiedy wszedł na obdrapaną klatkę, wręcz go zemdliło. Kilka osób na schodach dyskutowało, przesadnie gestykulując i nie szczędząc sobie nawzajem siarczystych zwrotów. Nie spodziewał się, że drzwi będą otwarte, lecz kiedy jego nawoływanie i walenie pięścią nie przyniosło oczekiwanych rezultatów, zadzwonił po policję. W tym czasie na klatce zebrał się spory tłumek ciekawskich i każdy z osobna snuł hipotezy i przypuszczenia.

– My żeśmy go tu wcale nie widzieli. Nawet nie wychodził do sklepu – stwierdziła z wyraźnym zaangażowaniem jakaś wysuszona staruszka. – Normalnie to każdy się tu kręci, a on…

– A mi się zdaje, że wychodził po papierosy… przedwczoraj – wybełkotał chwiejący się dryblas z czerwonym nosem.

– Niemożliwe! – podchwyciła ta sama kobieta. – Widziałabym z pewnością. Rozpoznaję każdego nowego.

Nie zdążyła dokończyć zdania, bo uwagę wszystkich ściągnęło pojawienie się dwóch umundurowanych policjantów. Przesadnie wykrzywione twarze zasłaniali rękoma.

– Te drzwi? – zapytał jeden z nich.

– Musimy wyłamać – stwierdził rzeczowo Damian. – Nikt nie otwiera.

Cała akcja nie trwała długo, wystarczyły dwa łomy, by drewniane, liche drzwi ustąpiły. Dojmujący odór buchający ze środka sprawił, że wszyscy natychmiast się cofnęli.

– O kurwa!!! – wrzasnęli niemal jednocześnie.

– Ja pierdolę – zawtórował Damian.

– Odsunąć się od wejścia! – wydarł się jeden z policjantów, kiedy zobaczył grupę ciekawskich cisnących się do środka, niezwracających uwagi na fetor.

Damian wszedł za nimi, utrzymując bezpieczną odległość, jednak widok, jakiego się w głębi duszy obawiał, zwalił go z nóg. Ten, którego nie tak dawno nazywał kolegą, leżał teraz na wersalce niemal w tej samej pozycji, w jakiej go ułożono trzy tygodnie temu, kiedy zalany w sztos został tu przywieziony z całym dobytkiem, jaki posiadał. Damian zostawił mu kilka tysięcy na przetrwanie, opłacił lokal za rok z góry i odszedł w przekonaniu, że wyświadczył kumplowi przysługę, wyciągając go z tarapatów, spłacając komornika i sprzedając jego mieszkanie poniżej ceny wartości. Fakt – zarobił na tym niemało, ale ryzyko było ogromne, a to kosztuje. Nie przypuszczał, że to nowe życie kumpla, bez wierzycieli, będzie trwało tak krótko. Ale to było nic w porównaniu z tym, co zobaczył. Mężczyzna, a właściwie to, co z niego zostało, leżał w stercie zwiniętych brudnych szmat, które kiedyś były ubraniami, i kłębiących się białych larw zżerających jego nadgniłe organy. Czarne tłuste muchy bzyczały natarczywie, zwabione ulubionym zapachem rozkładającego się ciała. Dość! Nie mógł już dłużej na to patrzeć. Wyszedł na podwórko i pierwsze, co zrobił, to zwymiotował. Wyciągnął potem papierosa i zapalił. Jeden z policjantów wezwał koronera i następnie podszedł do niego z grubym notatnikiem, w którym musiał spisać raport. Pytania, jedno po drugim, mąciły muw głowie. Odpowiadał zdawkowo, wracając pamięcią do wydarzeń sprzed kilku tygodni.

– Przywiozłem go… ułożyłem na tej wersalce. Miał się wziąć w garść, obiecał przecież… wyciągnąłem go z tarapatów.

– Dzień tygodnia? Godzina? Jacyś świadkowie?

– Któż by teraz o tym pamiętał. Może czwartek? Tak, to był na pewno czwartek, przed południem, jedenasta…

Miał teraz ochotę wrócić do domu i upić się do nieprzytomności. Policjant jednak nie dawał za wygraną i wciąż zadawał kolejne pytania.

***

Tomek siedział za biurkiem w wysokim obrotowym fotelu ze skóry i – notując coś w zeszycie – rozmawiał przez telefon. Za plecami, tuż nad jego głową, wisiał w czarnej ramie certyfikat licencji zawodowej nadanej przez samego ministra infrastruktury. Obok, na tej samej wysokości, znajdowała się aktualna polisa ubezpieczeniowa od odpowiedzialności zawodowej pośrednika, która była konieczna przy wykonywaniu tego zawodu. Otaczały go ściany w odcieniu ciemnej szarości, z czego jedna z nich wyklejona była fototapetą przedstawiającą panoramę Łodzi, a dokładnie – widok na ulicę Piotrkowską. Biuro mierzyło nieco ponad czterdzieści metrów, składało się z dwóch pomieszczeń, nie licząc kuchni i małej toalety. W jednym pokoju stał stół z sześcioma krzesłami wyściełanymi ekoskórą w kolorze ciemnego brązu, w drugim – dwa biurka, regały, szafa z roletą zamykana na klucz oraz sofa. Dodatkowe wyposażenie stanowiły komputery, monitory oraz drukarka z funkcją skanowania. Biurko po drugiej stronie, przy którym zwykle siedział jego pracownik, było akurat puste.

Tomek był tak zaangażowany w dyskusję z klientem, że nie zwrócił uwagi na wchodzącego do biura mężczyznę, który usiadł ciężko na sofie ustawionej pod ścianą i nalał sobie wody z butelki stojącej na szklanym stoliku. Wyglądał jak zbity pies. Wcisnął głowę w ramiona, zgarbił się, po czym oparł łokcie na blacie ławy, ukrywszy twarz w dłoniach.

– Co jest, brat? – spytał Tomasz, odkładając słuchawkę. – Nie wyglądasz najlepiej.

– Szlag by to trafił! Nawet nie wiesz, co mi się przytrafiło – westchnął ciężko, nalewając kolejną porcję wody do plastikowego kubka.

– A niby skąd? – prychnął Tomek. – Wal!

– Pamiętasz Zbyszka Nowaka? To mieszkanie na parterze przy Nowomiejskiej?

– No pewnie, miałeś trochę przeprawy z tym lokalem, o ile dobrze kojarzę.

– Właśnie! – przytaknął Damian, przełykając głośno wodę. – Wyobraź sobie, że ten idiota zapił się na śmierć.

– Jak to na śmierć? – rzucił brat z niedowierzaniem. – Można tak?

– Jak widać, można. W dodatku rozłożył się w tym mieszkaniu, a właściwie został zjedzony przez robaki…

– Co ty mówisz? – Tomasz nie dowierzał. – Jak to zjedzony?

– Normalnie – odparł Damian. – Zjedzony przez larwy. Leżał tam prawdopodobnie od dnia, kiedy go zawiozłem do tego mieszkania. Przez ostatnie trzy tygodnie było wyjątkowo ciepło. Opowiadałem ci, że nie był w stanie ruszać się o własnych siłach. Zamówiłem transport, wziąłem dwóch znajomych z podwórka, jego bety i ułożyłem go na wersalce, aby mógł spokojnie dojść do siebie.

– Mówiłem ci, abyś skończył z tymi interesami – oświadczył stanowczo Tomasz. – To zbyt ryzykowne. Spłacasz zobowiązania z własnych funduszy, a pełnomocnictwo można zawsze cofnąć. Poza tym trzeba mieć twardy tyłek i serce z kamienia. Sorry, ale nie umiałbym tak jak ty umieszczać ludzi w norach bez podstawowych wygód. To obrzydliwe i nieetyczne!

– Czyżby? – zadrwił Damian, wyraźnie poruszony uwagą brata. – Ta nora to szansa na lepsze życie, gdy każdy dzień zaczyna się od picia. Zresztą łatwo się mądrować, kiedy nie trzeba płacić czynszu miesiąc w miesiąc.

– Dobre sobie! – żachnął się jego brat. – Dostaliśmy po połowie ze sprzedaży ziemi. Ja kupiłem stary dom za grosze, wyremontowałem go i zainwestowałem w biuro. A ty co zrobiłeś? Kupiłeś wypasioną furę i wynająłeś apartament w centrum Łodzi. Mogłeś przecież wykorzystać te pieniądze inaczej. Tak zrobiłeś, twój wybór, okej?

– Spoko, brat, nie unoś się! Stwierdzam tylko fakty. Ty z tego pośrednictwa też kokosów nie masz. Promujesz coś nieraz cały rok, jeździsz, prezentujesz ofertę, a ludzie się wycofują i zostajesz z niczym. Albo co gorsza, ktoś inny sprzeda nieruchomość, w którą zainwestowałeś czas i pieniądze. Klienci oszukują, nie płacą, nikt nie chce podpisywać umów na wyłączność. Konkurencja depcze po piętach. Zgadzasz się ze mną?

 – Zgadzam się. Taka jest ta branża. Niestety. Na szczęście zdarzają się także uczciwi ludzie, a z tymi aż chce się pracować! Ale do czego zmierzasz? – spytał Tomasz.

Był wyraźnie wyższy od brata i krępy, miał okrągłą twarz, śmiejące się oczy w kolorze szmaragdowego morza i ciemne włosy przystrzyżone na tak zwaną zapałkę, co uwypuklało tylko krągłość jego głowy. Miał na sobie granatowe dżinsy i szarą marynarkę z łatami na łokciach. Luz w połączeniu z elegancją stanowiły jego znak rozpoznawczy.

– Zróbmy coś razem! Coś wielkiego! – zawołał Damian.

– A dokładnie co masz na myśli? – Tomasz przyglądał mu się podejrzliwie. Nie miał zaufania do jego interesów, więc propozycja wprawiła go w lekkie zakłopotanie.

– Deweloperka! – rzucił Damian z wyraźnym ożywieniem. – To przyszłość tego miasta, nie sądzisz?

– Owszem. Ale jest jeden kłopot.

– Jaki? – wtrącił brat, nie pozwalając mu skończyć zdania. – Masz na myśli kasę?

Tomasz parsknął śmiechem i pokiwał głową.

– To akurat najmniejszy problem. Mam kumpla, który chętnie wejdzie w taką spółkę. Jego ojciec jest zarobiony po uszy, a syn nie wie, co robić z pieniędzmi. Ma z kolei wielkie aspiracje. Chce dojść do czegoś tak jak ojciec. Niestety, nie ma bladego pojęcia o interesach, nie wie, jak się za to zabrać. Ja natomiast wiem. Ty masz doświadczenie w nieruchomościach. Potrzebny jest nam tylko kawałek ładnej ziemi. A zatem? – naciskał Damian.

– Zatem? – powtórzył Tomek, drapiąc się odruchowo za uchem. – Może to nawet niegłupi pomysł… Kto wie. Godny rozważenia.

Damian poderwał się z kanapy i skierował kroki do kuchni.

– Masz jeszcze coś w tym swoim zafajdanym barku? Mam ochotę zapić ten widok, który ciągle stoi mi przed oczami. Twój stażysta wróci jeszcze? Napijesz się ze mną?

– Roman wyszedł pozyskać mieszkanie, wróci za jakieś dwie godziny. Jak masz ochotę, to się częstuj, ja w godzinach pracy nie piję.

– Rzucasz go na głęboką wodę? – podjął temat Damian, zdumiony tym, co usłyszał. – Nie boisz się, że może przejąć klienta?

– Jakoś nie – odparł brat, po czym zamyślił się. – To uczciwy chłopak. W dodatku to jego pierwszy raz. Wcześniej jeździliśmy razem, ale w końcu przyszedł czas na usamodzielnienie się. To normalne. W końcu trzeba mieć trochę zaufania do ludzi. Oczywiście z umiarem, ale jednak, nie sądzisz?

– Owszem – przyznał Damian. – To co? Chcesz porozmawiać o szczegółach? Przyjedź z Martą do mnie wieczorem. Zrobimy małą imprezkę i pogadamy, co ty na to?

– Czemu nie – przystał Tomasz, spoglądając z wyraźnym ożywieniem w monitor komputera. Nagle podniósł głowę i nie patrząc na Damiana, powiedział: – Mam pomysł. Właśnie o czymś sobie przypomniałem. Pojedziemy gdzieś i coś ci pokażę. Nie pij więcej!

– Co takiego? – podjął niechętnie brat. Pierwszy łyk tak przyjemnie uderzył mu do głowy.

– Zobaczysz. To niespodzianka. Myślę, że to jest właśnie to… – dodał tajemniczo i zerwał się z krzesła. – Idziemy!

***

Julianów należał do najbardziej prestiżowych osiedli w Łodzi. Powstał z inicjatywy łódzkiego fabrykanta Juliusza Józefa Heinzla, który – mając już dość hałasu i fabrycznych kominów – wybudował sobie w tym miejscu reprezentacyjną rezydencję. Z wielką starannością zaprojektowano okalający pałac park, biorąc również pod uwagę walory naturalnego otoczenia, między innymi przepływającą tam rzekę Sokołówkę. Dziś po pałacu Heinzlów nie było śladu, zostały tylko w tym miejscu rozległa polana, wspaniały starodrzew, stawy, na jednym z nich wyspa i mostki. Miejsce zachwycało, dlatego chętnych na zamieszkanie w tej okolicy nie brakowało. Gromadziła się tu inteligencja, artyści oraz najbogatsza część społeczeństwa. Jeszcze przed wojną powstała tu kolonia skarbowców, czyli osiedle domów dla urzędników urzędu skarbowego zaprojektowane w stylu dworkowym i wyróżniające się krytymi czerwoną falistą dachówką domami oraz facjatkami. Zostało wybudowane na wykupionym od rodziny Heinzlów rozległym terenie położonym pomiędzy ulicą Zgierską, Julianowską i Łagiewnicką. Tuż obok stanęła malownicza wieża ciśnień, która funkcjonowała aż do lat siedemdziesiątych, kiedy to podłączono osiedle do sieci miejskiej. Dziś obiekt był w remoncie i wpisano go na listę zabytków architektury. W miarę upływu czasu Julianów rozrastał się. Po wojnie zostały tu wzniesione nowoczesne osiedla bloków mieszkalnych. W ten sposób powstało jedno z ładniejszych łódzkich osiedli – wymarzone miejsce dla wielu łodzian, położone w sąsiedztwie jednego z piękniejszych parków w mieście. Gdzieniegdzie stały jeszcze stare, powojenne domy, które wymagały albo natychmiastowego remontu, albo rozbiórki.

Tomek zatrzymał się w jednej z bocznych uliczek, przed przekrzywioną metalową bramą, i wyłączył silnik.

– To tutaj – rzucił w kierunku brata, który zdążył już wysiąść z auta i mocował się właśnie z suwakiem kurtki. – Co o tym sądzisz?

– To znaczy? – Damian podniósł głowę, spoglądając bez entuzjazmu na szeroki wjazd zarośnięty z każdej strony gęstym, przerośniętym żywopłotem.

W głębi podwórka widać było przekrzywiony klocek starych pociemniałych desek, z opadającym na jedną stronę dachem pokrytym płatami poszarpanej papy. Szpaler siwych brzóz okalał coś, co z trudem przypominało budynek mieszkalny. Maleńkie okna od frontu z doniczkami pelargonii na parapetach oraz krótkimi firankami stanowiły wyjątkową ozdobę całego domu i jednocześnie sprzeczny detal. Niskie drzwi z wysokim progiem były lekko uchylone. Po chwili pojawiła się w nich przygarbiona postać starszej kobiety, która na widok dwóch postawnych mężczyzn znieruchomiała.

– Tutaj mieszka pani Emilia. Kilka dni temu pojawiła się w biurze i zgłosiła sprzedaż działki –wyjaśniał Tomek. – Dwa i pół tysiąca metrów, świetna lokalizacja i można się z nią dogadać. Szczerze mówiąc, nie byłem tu jeszcze. Miałem się właśnie umówić, ale jak widać, okazja pojawiła się wcześniej, niż sądziłem. No, no… – mruknął z zadowoleniem.

Damian ożywił się na te słowa i zaczął się rozglądać z zainteresowaniem.

– Dzień dobry, pani Emilio! Nie poznaje mnie pani? To ja, Tomasz Nowicki, była pani u mnie w biurze, pamięta pani? – rzucił łagodnym, przyjacielskim głosem. – Podszedł do furtki i dotknął zimnej metalowej klamki, która po lekkim naciśnięciu natychmiast opadła.

Staruszka tymczasem szła w ich stronę, dotykając dłonią czoła, by w ten sposób zasłonić się przed południowymi promieniami słońca.

– Ach, to pan! Teraz poznaję!

– To mój brat, pani Emilio, przyjechaliśmy przyjrzeć się bliżej ziemi i porozmawiać. Zdaje się, że znaleźliśmy pewne rozwiązanie.

 – To wejdźcie! – zawołała staruszka, zapraszając ich przyjaznym gestem w głąb podwórka.

Miała na sobie zgrzebne ubranie składające się z długiej szarej spódnicy i bawełnianej koszuli wetkniętej za pasek, przerzucony przez ramiona bordowy sweter z grubej wełny, na nogach krótkie kalosze za kostkę o dwa numery za duże, które chlupały przy każdym stąpnięciu, a na głowie zieloną chustę z poprzetykaną gdzieniegdzie srebrną nitką, zawiązaną szczelnie pod wystającą brodą. Jej twarz była pociągła i szczupła, z zapadniętymi policzkami, zawiniętym w haczyk nosem i małymi oczami zawleczonymi mgłą, a dłonie zniszczone od pracy, poranione w kilku miejscach, z połamanymi paznokciami, za którymi czernił się zastały brud.

Gdy weszli na teren posesji, powitał ich łagodny szum drobnych brzozowych liści. Działkę porastało kilka rozłożystych, okazałych świerków, więc po nocnym deszczu i porannym słońcu w powietrzu czuć było zapach igliwia i mokrej trawy. Obeszli teren, zwracając uwagę niemal na każdy szczegół. Damian wyprzedził brata i szedł pierwszy, Tomasz natomiast rozglądał się dookoła, próbując zapamiętać jak najwięcej. W jednym rogu, tuż przy rozwalającym się ogrodzeniu, rosła brzoza. Miała jeden korzeń, a dwa konary, które z niego wyrosły, splecione były ze sobą niczym ramiona kochanków. Tomasz zatrzymał się tam na chwilę, ponieważ uroda tego drzewa wydała mu się niezwykła. Pod nią stał wypalony już znicz. Zdziwił się, a widok ten wręcz go zaintrygował. Minął jednak to miejsce bez słowa i dołączył do brata, który już dotarł na powrót pod drzwi wejściowe. Wygrzewający się na parapecie bury kot podniósł głowę, przyglądając się przybyszom z zainteresowaniem. Miauknął z niechęcią, zeskoczył na trawę i prysnął gdzieś pomiędzy zarośla.

– To kot sąsiadów – wyjaśniła pani Emilia. – Kręci się tu całymi dniami, jakby nie miał własnego kąta. Nie przeszkadza mi to, wręcz przeciwnie, daję mu jeść od czasu do czasu. Ale jak jest potrzebny, to go nie ma – westchnęła ze smutkiem, wskazując mysie kupy w rogu werandy.

Wnętrze domu okazało się nędzniejsze, niż można było przypuszczać. Ciemne, ponure, z drewnianym sufitem opuszczonym ku ziemi i wydobywającym się zewsząd zapachem wilgoci. Pod ścianą stał metalowy piec, a wokół niego leżało pełno bryłek czarnego węgla i kawałków drewna. Obok znajdował się stół i dwa koślawe krzesła, dalej łóżko z siennikiem wypchanym słomą, skrzynia na drewno i niska szafka zastępująca toaletę. Stały na niej wiadro z wodą, blaszana miednica i mydelniczka. Podłoga zrobiona była z desek, przykryta miejscami poszarpanym, brudnym linoleum. Przez małe kwadraty okien upstrzonych przez muchy czarnymi kropkami i zasłoniętych poszarzałą firanką z gęstym wzorem z trudem przedzierały się promienie południowego słońca. Na ścianach wisiały portrety ślubne, zapewne właścicielki i jej rodziców, co można było wywnioskować z pewnego podobieństwa postaci rzucającego się w oczy.

– Mąż? – spytał Tomasz, wskazując ruchem głowy na mężczyznę z sumiastym wąsem.

Przytaknęła skinieniem głowy, patrząc na jego podobiznę ze smutkiem.

– Dwadzieścia pięć lat minęło w styczniu, jak mu się zmarło.

– Przykro mi, pani Emilio…

– Jak ten czas szybko leci! – odparła, podchodząc do stołu i porządkując pokryty poplamioną ceratą blat, na którym znajdowały się kawałki zasuszonego chleba, papierowa torebka do połowy wypełniona cukrem i wyszczerbiony kubek z zimną już, niedopitą herbatą. – To co, panie Tomaszu? Będzie na moje problemy jakaś rada? – Spojrzała błagalnie w jego oczy, szukając w nich ratunku.

– Na pewno – odparł lekko, spoglądając jednocześnie na brata, którego ożywiona twarz mówiła sama za siebie. – Dogadamy się.

– Sami widzicie! – powiedziała, podnosząc na wysokość ich oczu spracowane ręce. – Gdzież mnie, starej, nosić węgiel i wiadra z wodą? Siły już nie takie, kiedy człowiek był młody…

– To czemu pani nie doprowadziła wody do domu? Przecież jest w podwórku – zagadnął Damian, nie rozumiejąc skargi.

– Czemu? – prychnęła. – Bo ja wiem? Wszystko kosztuje, a pieniędzy z mojej emerytury ledwie starcza do pierwszego. Zrobić panom herbaty? – zagadnęła, kierując się do szafki, na której stało blaszane wiadro wypełnione do połowy wodą.

– Nie kłopocz się, babciu! – zawołał Tomasz, zachęcony jej szczerością. – Usiądź, pogadamy. Później się napijemy.

Odwróciła się w jego stronę, a na jej starej pomarszczonej twarzy pojawił się ciepły, dobroduszny uśmiech.

***

– Nie sądziłam, że jest już tak późno! – rzuciła Marta w kierunku dopiero co poznanej nowej dziewczyny Damiana.

Dochodziła druga w nocy. Zbierały właśnie naczynia ze stołu oraz resztki niedojedzonych potraw. Żona Tomasza była drobną, delikatną blondynką średniego wzrostu z ładną twarzą i szarymi oczami, natomiast Martyna, partnerka Damiana – wysoką, szczupłą brunetką z wydatnym biustem i wcięciem w talii, ubraną w czarne lateksowe spodnie i jaskrawą, różową bluzkę z błyszczącym nadrukiem „Love”. Wysokie lakierowane szpilki, będące dopełnieniem wyzywającego zestawu ubrań, leżały rozrzucone w kącie pokoju. Ufarbowane na czarny granat włosy upięte miała na czubku głowy i co chwila jakiś kosmyk uparcie spadał na jej czoło. Odgarniała je wypielęgnowanymi dłońmi, prezentując przy okazji okazałą biżuterię i długie tęczowe tipsy. Miała intensywnie podkreślone czarne brwi i mocno wytuszowane rzęsy, tłustą cerę pokrytą warstwą pudru i głęboką opaleniznę będącą efektem częstych wizyt w solarium.

– Długo się znacie? – zapytała Marta, zgarniając okruszki ze szklanego blatu. Miała na sobie białą, luźną koszulę i dopasowane niebieskie dżinsy. Długie jasne włosy ściągnięte gumką opadały na jej wygiętą łagodnie linię pleców.

– Trzy tygodnie… – Usłyszała.

– Ach, tak, to niedługo. Gdzie się poznaliście? – zapytała, lecz zaraz przytknęła dłoń do ust, przewróciła kokieteryjnie oczami i ganiącym tonem dodała: – Przepraszam, ale ze mnie gapa. Nie powinnam zadawać tak osobistych pytań.

– Nie ma sprawy, to żadna tajemnica. W dyskotece – odparła tamta, zamykając kolejny raz lodówkę. Ziewnęła przy tym szeroko, zapominając o zakryciu ust.

– Mieszkasz tu? – padło kolejne pytanie.

– Tak, trochę. Od czasu do czasu – bąknęła dziewczyna Damiana, uśmiechając się pod nosem znacząco.

– Rozumiem.

– Faceci to się dopiero umieją ustawić! – warknęła Martyna, domykając zmywarkę. – Obaj już śpią, a my tyramy jak głupie.

– Co prawda, to prawda! – przyznała Marta, ustawiając na blacie stołu wazon z posrebrzanego szkła ze sztucznymi kwiatami. – Myślę, że to koniec. Ogarnęłyśmy. Chodźmy spać!

– Nareszcie! – odparła. – Nie cierpię sprzątania! W zasadzie to nigdy tego nie robię. Gdyby nie ty, miałabym to gdzieś! A teraz krótki prysznic. Mogę pierwsza? Padam z nóg!

– Jasne! – odparła Marta lakonicznie, patrząc na dziewczynę ze skrywaną niechęcią. Jednocześnie spojrzała na rozesłane łóżko w salonie, na którym rozłożony na plecach w błogim stanie nieświadomości pochrapywał jej mąż.

Pobrali się z Tomaszem dwa lata temu, zaledwie po trzech miesiącach znajomości. Westchnęła, wracając myślami do tamtego dnia. Z zakamarków jej pamięci wytoczyły się całkiem żywe jeszcze obrazy. Było upalne sierpniowe popołudnie. Wraz z kumpelą Aśką wybrały się nad wodę. Wzięły koc, ręczniki, olejek do opalania, czteropak piwa i słone paluszki. Kąpielisko Młynek było w tamtym czasie oblegane przez tłumy młodzieży, w tym silnych, wysportowanych chłopaków. Znalazły miejsce pod drzewem z odrobiną cienia, skąd roztaczał się widok na plażę oraz drewniane budki, w których można było kupić coś do picia i jedzenia. To właśnie tam zbierało się najwięcej ludzi. Kolejka do okienka zdawała się nie mieć końca. Roześmiane towarzystwo okupowało stojące na zewnątrz drewniane ławki i stoły zastawione najczęściej butelkami z piwem, a niewielkie schronienie przed słońcem dawały kolorowe parasole reklamujące znane browary. Lekki, ledwie wyczuwalny wiatr roznosił delikatnym muśnięciem zapach smażonych frytek, gofrów i odgrzewanych hamburgerów, z głośników zaczepionych na bocznych ścianach budynku wydobywała się głośna dyskotekowa muzyka. Dziewczyny tymczasem rozłożyły koce, zdjęły sukienki i – będąc już w samych kostiumach – zaczęły się nacierać olejkiem.

Marta właśnie lizała rany po rozstaniu z Robertem. Właściwie to on ją zostawił wkrótce po tym, jak spotkał na swej drodze dawną miłość z podstawówki. Nie byłoby w tym nic dramatycznego, gdyby nie fakt, że od kilku dni spóźniał się jej okres. Wprawdzie stuprocentowej pewności nie miała, ale już sama myśl, że mogłaby być w ciąży, napawała ją lękiem o przyszłość. Erotycznych przygód w jej życiu było wiele, jednak Robert dawał jej więcej niż inni. Może dlatego straciła dla niego głowę i przestała uważać. Drań! – rzuciła do swoich myśli. Jak mógł mnie zostawić? I to dla kogo? Dla tej szarej myszy ze wsi?

Zwierzyła się ze swojego problemu Aśce, z którą w ostatnim czasie mocno się zżyła, a koleżanka zareagowała stanowczo i natychmiast.

– Koniecznie musisz kogoś poznać! Jak dobrze się postarasz, zdążysz na czas – dodała, uśmiechając się przebiegle. – Jesteś ładna i bystra. Na pewno niejednego oczarujesz swoim wdziękiem.

Marta spojrzała na kumpelę jak na wariatkę.

– Za kogo mnie masz? – obruszyła się. – Mam tak bez miłości, z wyrachowaniem wrobić kogoś w ciążę?

– A masz inne wyjście? – prychnęła przyjaciółka, strzelając zawleczką z aluminiowej puszki.

Była wysoką, dobrze zbudowaną, niespełna trzydziestoletnią kobietą o masywnych udach i szerokich biodrach. Twarz miała okrągłą, cerę bladą, obsypaną piegami, włosy krótkie i rozczochrane, w kolorze płynnego miodu. Pełne usta zwilżone błyszczykiem kryły żółte od papierosów zęby. Dwuczęściowy kostium z wysokimi, zabudowanymi majtkami, które maskowały nie tylko jej szerokie biodra, ale także trzęsący się jak galareta brzuch, okrywał jasne ciało, pełne pomarańczowych plamek i rozstępów – pozostałości po kilku próbach odchudzania się.

Nie to co Marta – średniego wzrostu, z wymodelowaną sylwetką i nieskazitelną cerą. Krągłe pośladki, wydatny, sterczący biust i długie do łopatek proste blond włosy ściągały uwagę niejednego przystojniaka. Do tego szaroniebieskie tęczówki oczu w ciemnej oprawie, których kolor zmieniał się w zależności od pory dnia i w których migotały tajemnicze iskierki, oraz wygięte łagodną linią łuki brwiowe, starannie podkreślane henną i dodające jej spojrzeniu głębi. Brzoskwiniowa cera, ładnie wykrojone usta ściągające się w odpowiednich chwilach w zalotny dzióbek, innym razem ukazujące w promiennym uśmiechu naznaczone piękną bielą zęby. Marta znała swoją wartość, pielęgnowała urodę, którą traktowała jak największy skarb dany jej od życzliwej natury. Godzinami ćwiczyła przed lustrem pozy, robiła miny, przebierała się, zmieniała uczesanie i dobierała dodatki. Wszystko po to, aby uczynić swój wygląd największym atutem. Lubiła otaczać się brzydszymi od siebie, czuła wtedy swoją przewagę i mogła jeszcze bardziej manipulować ludźmi. Praca w gabinecie kosmetycznym i edukacja w tym kierunku były dokładnie przemyślanym wyborem. Chłopcy się do niej kleili, testowała ich, szukając swojego księcia z bajki, nabierała wprawy w sztuce uwodzenia i kochania. To powodzenie sprawiło, że stała się świadomą swojej wartości młodą kobietą. Mama zawsze jej powtarzała: „Dziecko, pieniądze szczęścia nie dają, ale ułatwiają życie. Miłość to jedno, a komfort życia to drugie. Jesteś piękna i zasługujesz na wszystko, co najlepsze. Nigdy o tym nie zapominaj!”.

Wiedziała, co matka chciała przez to powiedzieć. Jak więc teraz miałaby przyznać, że jest w ciąży z facetem, który ją zostawił dla innej? Już na samą myśl o tym dostawała gęsiej skórki.

– Pójdę się wykąpać! – zdecydowała, dostrzegając na plaży grupkę przekrzykujących się chłopaków. Jeden z nich wyraźnie wpadł jej w oko, wysoki, dobrze zbudowany blondyn z włosami do ramion. Dostrzegła go już wcześniej, teraz postanowiła przyjrzeć mu się z bliska. Wstała i mając świadomość własnej atrakcyjności, zmierzała wolno, kołysząc biodrami, do zmąconego zakola wody. Miała na sobie turkusowy dwuczęściowy kostium, który zasłaniał tylko to, co konieczne. Trzymał się dzięki sznurkom zawiązanym po obu stronach bioder, na szyi i plecach. Kiedy tak szła, spinając pośladki, spoglądając wysoko i podnosząc w górę podbródek, potknęła się o czyjeś wyciągnięte jak gdyby nigdy nic nogi. Zabluźniła i upadła twarzą w piasek.

– Nic ci się nie stało? Wszystko w porządku?

Odwróciła oblepioną piaskiem buzię w stronę, skąd dochodził głos. Pochylał się nad nią właściciel pary szmaragdowych oczu, z których biła szczera troska. Miał mięsiste, wilgotne usta i owalną twarz z policzkami zaczerwienionymi od słońca. Ciemne, mokre włosy opadły mu na czoło, co wydało jej się w tej chwili bardzo zabawne. Uśmiechnęła się bezradnie i słodko. Mechanicznie przetarła czoło wierzchem dłoni, po czym zatopiła wzrok w jego błyszczących źrenicach. Coś w nich było, coś, co ją urzekło od razu. Nieznajomy przypominał jej ogromnego pluszowego misia, do którego można się przytulić. Mocne, szerokie ramię pochwyciło ją niczym lalkę i oderwało od ziemi. Doznała dziwnego uczucia. Nie to, że się zakochała czy straciła grunt pod nogami. Podobał jej się ten mężczyzna, miał w sobie coś wyjątkowego…

– Hmm… – mruknęła uwodzicielsko. – Nie, nic się nie stało. Nie zauważyłam pana nóg. Tak poza tym wszystko okej – zaszczebiotała, posyłając mu jeden ze swoich kokieteryjnych uśmiechów. Poprawiła wiązania przy majtkach, sprawdziła, czy piersi są na swoim miejscu.

– Mam na imię Tomek, a ty? – Usłyszała pytanie.

– Marta. To cześć, Tomek. Miło było cię poznać. – Znów się uśmiechnęła, po czym odzyskując równowagę, ruszyła w stronę zbiornika.

Patrzył na nią, śledził jej ruchy, kiedy wchodziła do wody i zanurzała się w jej głębinach. Przepłynęła jeziorko kilka razy wzdłuż i wszerz, po czym postanowiła wrócić. Znów zmuszona była przejść obok Tomka, który tym razem podkurczył nogi pod siebie i zapytał ją swobodnie:

– A może spotkamy się tutaj jutro?

Wstrzymała oddech. Okazja nadarzała się sama. Ten chłopak budził zaufanie, miał w sobie jakieś ciepło, które biło z jego twarzy, właściwie z całej sylwetki, czyniąc go interesującym.

– O której? – zapytała, mrużąc oczy i zasłaniając je grzbietem dłoni przed słońcem. Jej doskonale wyrzeźbione ciało ociekające wodą wygięło się w prowokacyjnej pozie. Natychmiast poczuła na sobie ciężar jego spojrzenia, co sprawiło jej oczekiwaną satysfakcję.

– O siedemnastej? Jutro poniedziałek, będzie mniej ludzi. Tak się składa, że mam wolne.

– Ja też – skłamała. Pracowała w salonie kosmetycznym na pół etatu. Miała akurat popołudniową zmianę, ale postanowiła coś wymyślić. Do jutra jest przecież dużo czasu. Zawsze może się z kimś zamienić. – A więc do zobaczenia! – rzuciła cicho, posyłając mu kolejny uwodzicielski uśmiech.

Patrzył na nią tak dziwnie, że aż zrobiło jej się słabo.

Odwróciła się na pięcie i pomaszerowała w stronę drzewa, gdzie rozłożona na kocu Aśka zażywała kąpieli słonecznej.

– Nie zgadniesz, co się stało! – rzuciła tajemniczo, sadowiąc się obok. – Nie uwierzysz…

– Umówiłaś się? – zgadła kumpela, wyprzedzając jej odpowiedź.

– Skąd wiesz? – spytała Marta, wycierając się jednocześnie ręcznikiem.

– Masz to wypisane na twarzy. No, no… Obrotna jesteś! – Aśka cmoknęła z niedowierzaniem, wyciągając papierosa z torebki. – To z kim?

– Ma na imię Tomasz. Jest naprawdę słodki… Sama zresztą zobacz – pisnęła z zachwytu. – O, to ten!

Mężczyzna właśnie wstał, jednym ruchem zgarnął ręcznik i ruszył ku wyjściu z plaży. Kumpela omiotła wskazaną sylwetkę wzrokiem.

– Faktycznie, niezły! – skwitowała z wyczuwalną zazdrością. – Tylko tym razem nie schrzań tego. Druga okazja może już ci się nie trafić.

Marta przytaknęła w zamyśleniu. Otworzyła piwo i zaczęła je pić bez pośpiechu, małymi łykami. Jednocześnie nie mogła oderwać wzroku od masywnej sylwetki, która – kiwając się lekko na boki – opuszczała teren kąpieliska. Następnie odstawiła puszkę, rozsmarowała olejek na brzuchu, udach i dekolcie, rozłożyła się wygodnie i z tajemniczym uśmiechem na ustach zasnęła.

Następnego dnia przybyła w to samo miejsce kilka minut po siedemnastej. Chłopak miał rację, w tygodniu ludzi było znacznie mniej. Kilka roześmianych dziewcząt pluskało się na brzegu linii wody, kilka rozproszonych osób było widocznych w oddali, jakaś para okupowała miejsce pod drzewem. Marta zaczęła się rozglądać w poszukiwaniu znajomej postaci. Zobaczyła Tomka siedzącego na ławce przy nieczynnej budce z piwem. Ubrany był w koszulkę polo w odcieniach brązu, niezwykle twarzową. Do tego nosił białe szorty i skórzane sandały. Oczy zasłaniały mu lustrzanki, w których zobaczyła własne odbicie. Spodobała jej się ta swoboda w ubiorze. Ona miała na sobie sukienkę z białego lnu, która nie tylko podkreślała sylwetkę, ale także koloryt jej opalonej skóry. Na zadbane stopy wsunęła klapki z czarnego płótna, a na ramieniu zawiesiła zielony koszyk ze słomki, do którego zapakowała ręcznik, olejek, butelkę wody i chusteczki.

– Cześć! – rzuciła na powitanie.

Odpowiedział jej w tym samym tonie, gdy usiadła naprzeciwko. Zdjął okulary i położył je na stole. Długo mierzyli się wzrokiem, długo zaglądali sobie w oczy, aż wreszcie Tomasz bez słowa podszedł do niej i ją pocałował. Tak delikatnie i naturalnie, że poczuła to słodkie, rozkoszne mrowienie w dole brzucha.

– Przejdziemy się gdzieś? – zapytał, podając jej szeroką dłoń.

Przystała na