Strona główna » Obyczajowe i romanse » Kolorowych snów

Kolorowych snów

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 9788366278653

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Kolorowych snów

Jedna chwila potrafi zmienić wszystko…

 

Natalia prowadzi dynamiczne życie dwudziestolatki. Ma mnóstwo planów, energii i pomysłów na siebie. Do czasu strasznej informacji, która zmienia jej życie w jednej chwili. Początkowo dziewczyna nie wie jakie zagrożenie niesie ze sobą białaczka. Jednak gdy rozpoczyna leczenie, wyrwana z biegu, zmuszona do odłożenia swoich marzeń na półkę, powoli dowiaduje się z czym przyszło jej się mierzyć. Na szczęście nie zabraknie jej energii, by walczyć o siebie i innych – wielu osobom Natalia może pomóc, tylko czy podejmie się tego trudnego zadania?

 

Poruszająca i niezwykle zaskakująca opowieść o chorobie, tęsknocie i stracie.

Polecane książki

Komisarz Marnie Rome wraca w trzeciej odsłonie bestsellerowej i nagradzanej serii kryminalnej.   Czy w mieście pełnym kamer można zniknąć bez śladu? Młoda dziewczyna powoduje śmiertelny wypadek drogowy i rozpływa się w powietrzu. Jej tropem rusza zespół śledczy niezrównanej Marnie Rome. Uciekinierka...
Publikacja stanowi historię rozwoju nurkowania swobodnego w Pile. Zawiera opis powstania sekcji płetwonurków, jako drugiej w Lidze Obrony Kraju w województwie poznańskim.   Przedstawia również najbardziej znane organizacje nurkowe na świecie oraz życiorysy pierwszych pi...
Obcowanie ze sztuką uszlachetnia!!! Jak więc mamy stać się lepszymi ludźmi? To proste, zacznijmy kolekcjonować sztukę, o ile tego jeszcze nie robimy! Na rynku można spotkać wiele książek traktujących o malarzach, kierunkach i stylach sztuki. Ta pozycja jest zupełnie inna. Stara się ukazać najważ...
„Pamiętnik młodego ekonomisty” to burzliwe związki.„Spotkałem Monikę w windzie. Stała z tulipanem w dłoni, a ja przypomniałem sobie, że przecież dzisiaj jest Dzień Kobiet. Postanowiłem zignorować ten socjalistyczny przeżytek, co przyszło mi całkiem łatwo z powodu braku kwiatka oraz funduszy na ewent...
Nic tak dobitnie nie świadczy o zasadności tezy o odrębności amerykańskiej kultury politycznej jak fakt, że liczba wybieralnych funkcji i stanowisk w Stanach Zjednoczonych przekracza 519 tysięcy – od prezydenta USA aż po hycla w stanie Vermont. Amerykanie uważają wybory za sedno życia politycznego k...
„Dni imperiów i sfer wpływów dobiegły końca” mówił w Warszawie Barack Obama, mając – oczywiście – na myśli Rosję i – zapewne  – słynne stwierdzenie Putina o „największej tragedii geopolitycznej końca XX w.” Początki owego...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Monika Sawicka

Copyright © Monika Sawicka, 2019

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Redaktor prowadzący: Szymon Langowski

Redakcja: Karolina Borowiec

Korekta: Kamila Markowska | panbook.pl

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Anna Damasiewicz

Zdjęcie na okładce: © Michiko Tierney | Depositphotos.com

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66278-65-3

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Książkę tę dedykuję pamięci

Natalii Szalkiewicz

oraz wszystkim Rodzicom,

którzy stracili swoje Dzieci

My, matki utraconych dzieci,

spoglądamy w niebo, żeby choć raz

ujrzeć naszą miłość

Wanda Szalkiewicz

Wiem, że jesteś tam

Dla każdego zawsze musisz znaleźć czas

I choć nigdy o nic nie prosiłam Cię

Dzisiaj proszę, bez kolejki przyjmij mnie

Dzisiaj proszę Cię

Ten jeden raz zatrzymaj się

Ten jeden raz stań tuż obok mnie

Dziś czuję, że brak mi sił

Ten jeden raz bądź blisko mnie

Poczuć mi daj, że to wszystko ma sens

Dziś wiem, że brak mi sił

Anna Wyszkoni, Wiem, że jesteś tam

(sł. Karolina Kozak)

PRZEDMOWA

Historia, którą oddaję w ręce moich Czytelników, jest inspirowana życiem młodej dziewczyny, która przegrała walkę z ciężką chorobą – ostrą białaczką szpikową. Przez trzy lata od momentu, gdy choroba nagle zaatakowała, dzielnie próbowała ją pokonać. Przeszła chemioterapię, trzy przeszczepy. Musiała znosić skutki uboczne leków, cierpieć ból nie do wyobrażania. Mimo to choroba wygrała. Nie znałam Natalii, obserwowałam na Facebooku tę heroiczną bitwę, jaką toczyli Ona, Jej Mama, Siostra i Tata.

Bo gdy choruje jeden członek rodziny, chorują wszyscy.

W tej powieści poruszam wiele problemów społecznych, które spotykają nas w codziennym życiu, choć nie stały się one udziałem Natalii.

Wiele wątków, postaci i zdarzeń to wyłącznie moja pisarska fantazja.

Nie istnieją starsi bracia Natalii – Tomasz i Marek – i wszystko, co ich dotyczy.

Prawdziwa jest siostra, Kinga, oraz znajomi i przyjaciele Natalii, których imiona zostały zmienione.

Życzę Ci, drogi Czytelniku, żebyś znalazł w tej powieści coś dla siebie, poczuł, że nie jesteś sam, zrzucił ciężar z pleców. I więcej się nie bał.

Dziękuję rodzicom Natalii i jej siostrze, a także wszystkim, którzy się w ten projekt zaangażowali.

Dziękuję także mojemu Wydawcy, wydawnictwu Czwarta Strona.

Dziękuję mojemu Mężowi – za miłość, wsparcie i zrozumienie, jakimi mnie obdarza.

Dziękuję mojej Córce, Karolinie – za wyrozumiałość – życie z matką pisarką nie jest łatwe, zwłaszcza dla córki, która też jest artystką.

Dziękuję mojej Mamie – najlepszej Przyjaciółce.

Dziękuję moim Przyjaciołom – przepraszam, że nie mam dla Was czasu. Co gorsza, nie mogę obiecać, że to się zmieni.

Dziękuję moim Czytelnikom za słowa, które motywują mnie do dalszej pracy.

Monika Sawicka-Kacprzak

PROLOG

Wanda

Doskonale pamiętam ten dzień. To jeden z niewielu momentów w życiu, których choćby nie wiem co się wydarzyło, nigdy nie zapomnimy. Ta chwila, ten moment, ten dzień. Narodziny naszego dziecka. Krew z krwi, kość z kości. Cud istnienia. Kiedy lekarz podaje ci dopiero co narodzone dziecko, to tak, jakby podawał małe lusterko, byś się w nim przejrzał. Nasze dzieci to małe lustra.

Gdy przedwcześnie odchodzą, wskazówki zegara machają na pożegnanie – i zamierają w miejscu. Zamarzają. Tak jak wszystko w tobie.

Moje trzecie małe lusterko była naprawdę malutkie – Natalia, Natusia, urodziła się piątego grudnia. To był dramatycznie niebezpieczny poród! Miałam ciężkie zatrucie ciążowe, od śmierci dzieliło nas niewiele. Zimną krew i chłodny umysł zachował mój mąż, który zabrał mnie ze stargardzkiego szpitala i wykupił miejsce w szczecińskiej klinice. Tu zrobiono mi cesarskie cięcie i niemalże w ostatniej chwili wyjęto ze mnie moje półtorakilogramowe szczęście. Tak, nieduże, ale zdrowe. Ocalone. Bezpieczne, wytęsknione, kochane.

Przeglądałam się w nim zbyt krótko. Pierwsze rysy na lusterku pojawiły się po dwudziestu dwóch latach, a całe pękło po dwudziestu pięciu, odłamkami raniąc każdy milimetr mojej skóry, tnąc do krwi serce, duszę, umysł i ciało.

Natusia – moje ostatnie, najmłodsze, najsłabsze lusterko – urodziło się w roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym.

Choć była wcześniakiem, rozwijała się prawidłowo. Nie należała do tłuścioszków, z apetytem bywało różnie, jak to często u dzieci. Jadła raczej mniej niż więcej, ale nie była niejadkiem. Zawsze szczuplutka, drobniutka, filigranowa niemalże, ale za to bardzo rezolutna. Moja kochana, maleńka dziewczynka. Najmłodsze dziecko. Natalia. Calineczka.

Nie wiedziałam, że będę cieszyć się nią tak krótko, że nic nie jest nam dane raz na zawsze.

PROLOG II

Dla wszystkich starczy miejsca

pod wielkim dachem nieba.

Edward Stachura, Pieśń na wyjście

Natalia, niebo, ostatni dzień sierpnia 2015 roku

Moi kochani najbliżsi: mamusiu, tatusiu, siostro…

Mój bracie, którego poznałam bardzo późno, jednak dość wcześnie, byśmy mogli się zaprzyjaźnić! Byliśmy jak dwie pokrewne dusze, mimo dużej różnicy wieku. To ty sprawiłeś, że pokochałam taniec.

Wiem, że nie możecie mnie usłyszeć, i cierpię z tego powodu. Tak bardzo chciałabym móc was przytulić. Nie możecie mnie zobaczyć, ale ja widzę was i słyszę. Chociaż tyle: mogę towarzyszyć wam w życiu tam na dole, będąc tu, na górze. Nie wiem, jak to się dzieje, nie wiem, dlaczego nie działa w dwie strony, ale cieszę się tym, co mam. Myślałam, że w niebie jest niebiesko, ale tutaj jest… różowo. Naprawdę. Nie narzekam, bo to jeden z moich ulubionych kolorów. W zasadzie to muszę sprostować – w niebie nie jest wyłącznie różowo, tu jest bardzo, bardzo, bardzo, kolorowo. Zupełnie tak, jakbym mieszkała na tęczy. To w pewnym sensie spełnienie jednego z moich marzeń – chciałam tańczyć na wielobarwnym łuku, chciałam tańczyć na chmurze.

Marzenia się spełniają. Szkoda, że moje dopiero po śmierci. Wielobarwne niebo to idealne miejsce dla mnie – kolorowego ptaka.

Dzisiaj w niebie są straszne nudy. A może to kwestia przyzwyczajenia do życia w biegu? I teraz, gdy nie ma nic do robienia, czas się dłuży i dłuży. I tak tu poważnie! Wszystko na serio, czasem boję się zażartować. Chyba się jeszcze nie zaaklimatyzowałam. Szukam kogoś znajomego, kogokolwiek – może moja siostra w chorobie, też Natalia? Wszyscy chodzą, jakby kij połknęli. Muszę ich jakoś rozruszać. Pomyślę o tym.

Na razie umalowałam sobie paznokcie. Pewnie, że nie zabrałam ze sobą lakieru, ale tu jest tak, że wystarczy sobie o czymś pomyśleć, a to się pojawia. Moje paznokcie są teraz bardzo długie i bardzo kolorowe. Mam umalowane i pogrubione nową mascarą rzęsy, i piękne, różowe usta. Choć tutaj chyba nie wypada. Jestem infantylna? Trochę mogę; zachwycam się niebem jak dziecko ogromną, różnokolorową watą cukrową.

Dzisiaj spotkałam Piotra, świętego Piotra. Nie był zachwycony, gdy mnie taką wystrojoną i wymalowaną zobaczył, pogroził mi palcem. Mijając mnie, powiedział:

– Masz rację, nie wypada.

Ups. Trochę się zdziwiłam, ale nie za bardzo. W końcu to niebo i święty Piotr, więc wszystko jest możliwe. Nawet czytanie w myślach. Obawiam się, że próba ukrycia ich będzie nieudana, więc nawet nie zaryzykuję. Będę sobą, szczerą i autentyczną Natalią. Nie muszę podobać się wszystkim.

Jak wspomniałam, w niebie wszystko jest możliwe, a zwłaszcza to, co najmniej prawdopodobne. Nie przejęłam się uwagą Piotra. Skoro tu jest tak wielobarwnie, to powinnam się dostosować. Święty Piotr, pewnie też i strażnik moralności, wezwał mnie na rozmowę. Była krótka i naprawdę sympatyczna. No dobrze, mogę iść na kompromis – będę nosiła mniej obcisłe bluzeczki i dłuższe spódnice. Chociaż i tak zawsze wolałam spodnie…

No to kompromis mamy, całkiem fajny facet z tego Piotrka; choć swoje lata ma, to dobrze nam się rozmawia. Całkiem jakby nagle stał się moim rówieśnikiem. Przekonałam go, że i tak wszyscy, którzy tu są, to wzory wszelkich cnót, a zatem odrobina szaleństwa, zwłaszcza po śmierci, po pierwsze nie zaszkodzi, po drugie rysą na szkle nie będzie.

Mam zgodę na makijaż; kochałam go robić sobie i koleżankom. Z rozpędu zaproponowałam Piotrowi, że rzucę mu podkład i puder, żeby go zmatowić, bo się trochę świeci. Roześmialiśmy się jednocześnie. Dotarło do mnie, że przecież on się świeci, bo blask od niego bije, żaden puder nie pomoże. Znam się na tym, zawsze doradzałam koleżankom w kwestiach makijażu.

Wygląd zawsze był dla mnie ważny, nawet wtedy, gdy zachorowałam. Często byłam za to krytykowana przez obcych, ale i tak zwanych moich znajomych, którzy obgadywali mnie za plecami, nigdy jednak nie mieli odwagi powiedzieć mi tego tym, co im się we mnie nie podoba, prosto w oczy.

No to ostatecznie ustaliliśmy, że przystrzygę mu brodę. Początkowo nie chciał o tym słyszeć, ale dogadaliśmy się, zgodził się na małe skrócenie i trymowanie. Obiecałam, że nie zrobię z nieba kolorowych jarmarków. Ale nie chcę nawet myśleć, co się tu wydarzy, gdy pojawi się Maryla Rodowicz!

W sumie to chyba jednak tu nie trafi, zanudziłaby się. Myślę sobie, że wszyscy artyści są zdecydowanie gdzieś indziej, nie dlatego, że za życia strasznie grzeszyli, ale po prostu dlatego, że tutaj nic ekscytującego (jak na razie) się nie dzieje. Spytałam Piotra, czy chociaż uprawiają tu jakiś sport. Odpowiedział, że mają drużynę piłki nożnej. Założył ją pewien kibic ze Szczecina.

– Ze Szczecina?! – krzyknęłam.

– No, tak mówi. – Święty Piotr podrapał się po brodzie.

– A to może Góral? – Aż przebierałam nogami.

– Jak ze Szczecina, to chyba nie góral. Prędzej marynarz.

– Piotrze, ksywę taką miał! – traciłam cierpliwość.

– Nie wiem, co to jest ksywa – zasmucił się Piotr. – Ale zaczekaj…

Święty wyjął z kieszeni telefon (tak, tak!) i gdzieś zadzwonił. Ciekawe, który operator ich obsługuje. Mobile Heaven czy Heaven Plus?

Po krótkiej rozmowie uśmiechnął się do mnie i powiedział:

– Tak, masz rację. To jest Góral. Ale nie możesz teraz do niego iść. Niedługo. Czekaj.

Pewnie, że będę czekać, co mam innego do roboty? Cieszę się, że on tu jest.

Nigdy nie zapomnę jego krzyku, gdy umierał. Pobili go na stadionie, po meczu. Cały szpital słyszał jego przeraźliwe, rozpaczliwe wołanie: „Mamooooo!”.

To była moja pierwsza śmierć. Przeżyłam ich wiele, także własnych, aż do tej, która przywiodła mnie właśnie tutaj. Mojej własnej – ostatniej.

Zwiedzam niebo. Jest bajeczne kolorowe. Już to mówiłam, prawda? Wszystko tu żyje, pachnie, pulsuje i sprawia, że ogarnia mnie wielka radość granicząca z euforią. Powiedziałam: żyje? Brzmi nieco dziwnie; wiem, przecież do nieba trafiamy po śmierci, ale naprawdę odnosi się wrażenie, że tu jest więcej życia niż na dole. Uśmiech, życzliwość i wzajemna pomoc tu dominują. Choć przecież z całą pewnością wiem, że umarłam, to czuję się bardzo żywa. Oswajam się z tym stanem rzeczy. Przywykam też do myśli, że nieodwracalnie straciłam swój ziemski świat, musiałam z nieznanego mi powodu porzucić wszystkich, których kochałam, i teraz jestem tutaj. Za dużo tu do roboty nie ma, przechadzam się więc, poznaję to miejsce, rozglądam się, udaję, że to galeria handlowa – miejsce przeze mnie tak lubiane.

Szukam kogoś znajomego. Wypatruję Boga. Mama mi wiele o Nim opowiadała, co niedzielę chodziła na spotkanie z Nim. Tyle że nigdy Go nie widziała. Kilka razy ją zawiódł, i to solidnie, ale nie straciła wiary.

Mówią, że Bóg jest wszędzie… Ale dotąd Go nie spotkałam. Pytałam kilka postaci, to chyba jednak jakaś wielka tajemnica. Patrzą na mnie dziwnie i myślę, że gdyby wypadało, toby się puknęli w czoło. Ale to przecież nie przystoi mieszkańcom nieba, dlatego tylko uśmiechają się tajemniczo, wyrozumiale – i milczą.

Często otwieram okno nieba i spoglądam z góry na świat. Świat, który należał do mnie, a ja należałam do niego. To było takie oczywiste, takie pewne, że jestem tu i będę. Śmierć? Słyszałam o niej, wiedziałam, że jest zamknięciem drzwi, gdy machamy na do widzenia życiu, ale ja miałam dwadzieścia dwa lata i głowę pełną marzeń. Byłam nieśmiertelna, jak miliony młodych ludzi w moim wieku. Tak żyłam, tak myślałam, tego chciałam. I wtedy właśnie dopadła mnie choroba.

Teraz przez błękitne okna patrzę na nie mój już świat. Nie mój? Choć nie ma mnie tam na dole, czyż nie jestem wciąż jego częścią? Zmieniło się tylko miejsce. Mam ciało, mam duszę, tylko jestem w innej przestrzeni. Tęsknię ogromnie. Za nim, ale najbardziej za wciąż moimi bliskimi. Kiedy widzę, jak mama krząta się w kuchni, jak płacze na moim grobie, gdy patrzę na rozpaczającego tatę czy niewyobrażalnie smutną Kingę, zagubionego w całej tej poplątanej sytuacji brata, tego prawdziwego i tego drugiego, wyrywa się z mojego gardła krzyk: Jestem tutaj, mamo! Popatrz, tato! Spójrzcie w górę: wciąż jestem, tylko gdzie indziej…

Pamiętam tamten dzień, w którym dowiedziałam się, że jestem chora. Szczerze mówiąc, dość lekko potraktowałam słowa lekarza; pomyślałam, że moja diagnoza to coś pomiędzy zapaleniem płuc a zapaleniem oskrzeli – położę się do szpitala, podleczą mnie, w końcu wyleczą i wrócę do przyjaciół, swoich planów, pasji. Że się zakocham, najlepiej kilka razy albo chociaż raz – na całe życie. Że znów będę szczęśliwa, roztańczona, roześmiana i szalona. Nikt nie zakłada, że umrze, przecież jest w nas wielki głód życia! A ja miałam dwadzieścia dwa lata i – jak to się mówi – całe życie przed sobą. Tak mi się zdawało, bo niby dlaczego miałoby być inaczej? Miałam wszystko, co dawało mi szczęście: kochającą rodzinę, pasję i plany zawodowe. Miałam przyjaciół. Byłam pewna, że wszystko jest mi dane na zawsze. Takie myślenie to wielki błąd, prowadzący do braku szacunku do tego, co dostajemy od losu.

Byłam szczęśliwa, kochana, zwariowana. Gdy zachorowałam, nadal starałam się taka być. Silna, twarda i bardzo dzielna. Siłaczka krucha jak miśnieńska porcelana. Na zewnątrz pancerz, wewnątrz właśnie porcelana. Najprościej było usiąść i płakać. Owszem, czasem płakałam, nie bacząc na to, co powie świat. Ale na ogół byłam uśmiechnięta, pogodzona z tym, co mnie spotkało. Na początku obiecałam sobie, że choroba niczego nie zmieni… ale jakaż byłam arogancka!

Rak jest jak koparka, która wjeżdża w ciebie i ryje łyżką wszystko, co napotka na swojej drodze. Trawę i chwasty. Nie patrzy, czy coś można ocalić, niszczy dobre i złe. Doszłam do wniosku, że zachowam resztki siebie, i dopóki miałam siłę, dbałam o resztki mojej kobiecości.

Jakie to ma znaczenie, czy jesteś umalowana, czy nie? Otóż wszystko zależy od tego, z jakiej pozycji to oceniasz. Z mojej było to ważne, bo dawało iluzję normalności. Mniej też dzięki temu płakałam. Bo i po co, gdy można się uśmiechać? Tylko jak tu się śmiać, gdy wiesz, że coraz słabszym płomieniem pali się twoja świeca? Gdy nikt nie widział, płakałam, bo łzy przynoszą ulgę. W moim przypadku tylko na chwilę, bo rozejrzałam się wokół i mój świat zniknął, a w jego miejsce pojawił obcy, zimny, sterylny i biały. Przerażający. Odpychający. Świat pełen krzyków cierpienia – takich jak moje. Wołania o pomoc marzycieli zatrzymanych w biegu, spadających ptaków postrzelonych w locie. Jeszcze żyją, trzepocą skrzydełkami, próbują się podnieść, ale coś je ciągnie do ziemi. I nie jest to wyłącznie grawitacja.

To coś to w moim wypadku ostra białaczka szpikowa.

Powiedziałam sobie, że ją pokonam, wyjdę z tarczą, nie na tarczy, że znajdę się w tej połowie pacjentów, której udało się wyleczyć. Wiem, często pojawiają się wznowy. Ale jestem młoda, silna, dam radę.

Tak myśleliśmy.

Rozdział I

NA POCZĄTKU BYŁA MIŁOŚĆ

Najważniejsze we wspomnieniach

jest to, żeby mieć się gdzie zatrzymać

i tam je wspominać.

Terry Pratchett, Blask fantastyczny[1]

Wanda

Życie mnie nie rozpieszczało. Tak jakby Pan Bóg, w którego zawsze wierzyłam i wciąż wierzę, mimo wielu prób, na jakie mnie wystawiał, mówił: „Sprawdzam”.

Polska za Gomułki, a zwłaszcza schyłek czasów jego sekretarzowania PZPR, czyli rok sześćdziesiąty ósmy, szczególnie marzec, to burzliwy czas – kryzys polityczny zapoczątkowany demonstracjami studenckimi, masowe ataki na Żydów, wydarzenia w Czechosłowacji. Wyszłam za mąż zaraz po maturze. Poznałam męża na jednym z wieców, oboje byliśmy politycznie zaangażowani. Nie godziliśmy się na to, co działo się wtedy w Europie Wschodniej. Taka forma młodzieńczego buntu. Kochaliśmy się, tak nam się wtedy zdawało. Wspólna „walka” zmienia zdolność oceniania własnych uczuć, bo wszystko dzieje się w poczuciu zewnętrznego i wewnętrznego zagrożenia, zatem nie normalnych warunkach, niezdeterminowanych szczególnymi okolicznościami.

Zaszłam w ciążę. Miałam dziewiętnaście lat, gdy urodziłam syna. Moje plany związane ze studiami poszły w odstawkę.

Marek był moim pierwszym dzieckiem, a kiedy na świat przyszła Kinga, miał już jedenaście lat.

W moim małżeństwie nie działo się najlepiej. Znaliśmy się z Andrzejem krótko, miłość wybuchła w trudnych czasach, w których wszyscy czuliśmy, że jesteśmy jednością, do tego wydawało nam się, że jesteśmy dorośli, najmądrzejsi i gotowi, by nie tylko założyć rodzinę, ale i zawojować świat. Zgodę na ślub wydał nam sąd, tacy właśnie byliśmy dorośli! Jakie to naiwne: myśleć, że pełnoletność równa się dorosłość. A to są dwie różne rzeczy! Kiedy ma się dziewiętnaście lat, myśli się, że wystarczy tylko chcieć, a wszystko się uda. Jakaż to arogancja z naszej strony! I to stawianie się rodzicom, których mamy za głupich starców stojących nad grobem, choć nie mają jeszcze czterdziestki lub dopiero ją przekroczyli. Co tam oni mogą wiedzieć? Ale za to my wiemy wszystko, a nawet jeszcze więcej.

Myślałam, że o Andrzeju też wiem wszystko. Jednak z każdym dniem poznawaliśmy się lepiej, pokonując całą masę przeszkód, z którymi przychodziło nam się mierzyć, mieszkając pod jednym dachem z jego rodzicami, oddzieleni od nich tylko meblościanką. Seks uprawialiśmy na bezdechu, ale skrzypiący tapczan nas zdradzał. Wstyd. Teściowa patrzyła na mnie przy śniadaniu jak na Marię Magdalenę, jawnogrzesznicę. Ciekawe, jak ona sprowadziła na świat Andrzeja. Pewnie to było niepokalane poczęcie albo szanowna teściowa jest wiatropylna…

Kiedy na świat przyszło nasze pierwsze dziecko, Andrzej studiował, ale za działalność przeciwko państwu został wydalony z uczelni i zahaczył się na budowie. Miało być na chwilę, ale się przeciągnęło. Ja siedziałam w domu i wychowywałam Marka. Nie był łatwym dzieckiem, nie rozumiałam, dlaczego nie potrafię wpuścić go do mojego serca, uchyliłam mu tylko nieco drzwi, ale pokochać go całą sobą nie umiałam.

Małżeństwo istniało tylko na papierze, z teściową dogadać się nie dało, szans na własne mieszkanie nie było. Ciągle słyszałam, że jestem niezaradna, że źle umyłam podłogę, źle ją wypastowałam, że nie umiem gotować ani piec, że źle wychowuję swojego syna. Wydaję za dużo pieniędzy, niepotrzebnie używam płynu do mycia naczyń, a wystarczy tylko gorąca woda, nie umiem odkurzać, źle ścielę łóżko. W ogóle to jej syn mógł trafić lepiej, a ja go wzięłam na dziecko i teraz musi się ze mną męczyć. Zniszczyłam mu życie. Za to ona – teściowa – to alfa i omega, chodzący omnibus.

Za to moje relacje z teściem były nawet niezłe. W domu bywał raczej gościem, bo pracował na dwóch etatach, chociaż nie musiał, bo zarabiał dobrze. To był niezwykle prostolinijny człowiek. Dwa razy w tygodniu jeździł na targowisko, gdzie kupował owoce, warzywa, wędliny, masło, mleko, mięso, sery. Potem siadał na taborecie w kuchni przy stole, urywał sobie pęto kiełbasy i pęto kaszanki, kroił pajdę chleba, obierał cebulę i zagryzał nią kiełbasę. Nie, nie kroił cebuli w krążki – gryzł ją jak soczyste jabłko. Ząbki czosnku kroił wzdłuż i układał na kromce chleba. Teść nie chorował, nie dopadało go żadne przeziębienie. Okaz zdrowia – do czasu.

Pewnego dnia, to było już po wyprowadzce od nich, przyjechałam z Markiem w odwiedziny do dziadków. Teść leżał na wersalce wyłożonej grubą płytą, dla zdrowia; wyglądał tak jak zawsze, ale zanim zdążyłam zdjąć płaszcz, powiedział:

– Córka, zadzwoń po pogotowie. Mam zawał.

Uznałam, że skoro tak mówił, to rzeczywiście tak było. Nie zwykł rzucać słów na wiatr.

Zadzwoniłam. Marek cały czas siedział przy łóżku dziadka. Teściowa nie wiedziała, o co chodzi. Może była zbyt wielką egoistką, by kimkolwiek się przejmować? A może nie rozumiała powagi sytuacji?

Trzy razy dzwoniłam, by ponaglić pogotowie. Teść opisał mi dokładnie objawy, nie było wątpliwości, że to zawał serca. Wreszcie przyjechali.

I zabrali go. Na izbie przyjęć teść jeszcze żartował z pielęgniarkami, a później wzięli go na salę operacyjną. Zmarł podczas koronografii. Ten zabieg to klasyczne postępowanie u zawałowców – otwieranie zamkniętych naczyń wieńcowych. Jego naczynia były tak wiotkie, że pozrywały się podczas zabiegu jak włosie na smyczku skrzypiec.

Bardzo przeżyłam tę śmierć, bo to był naprawdę dobry, poczciwy człowiek. Po pogrzebie, gdy robiłam porządki w dokumentach rodzinnych, znalazłam kopertę z moim imieniem. Była w niej duża kwota pieniędzy. Już kilka lat wcześniej, gdy urodził się Marek, teść założył mi książeczkę oszczędnościową i odkładał na nią pieniądze. Któregoś dnia mi ją po prostu dał, a ja przeżyłam szok, widząc wysokość podarowanej kwoty. Dzięki jego hojności udało nam się wynająć mieszkanie – ciasne, ale własne – i zaczęłam wierzyć, że uratuję mój związek. Już bez teściowej za meblościanką. Bez ciągłego zrzędzenia, narzekania i wyrzutów, że to przeze mnie jej syn ma złamaną karierę, bo mógł studiować, zostać panem magistrem, a może nawet dyrektorem, a tak musi na mnie i „mojego bachora” na budowie zasuwać.

Ten „bachor” był jej wnukiem, ale nie miało to dla niej znaczenia. Nienawidziła Marka, bo był jej zdaniem zmaterializowaną życiową porażką jej syna. Dziecko czuło niechęć babci i cierpiało. Czuło też, że nie pasuje do naszej rodziny.

Marek uciekał z domu… w piłkę siatkową. Zaczął odnosić sukcesy, bardzo dużo trenował. Wydaje mi się nawet, że więcej, niż powinien, ale to dawało mu radość.

Naiwnie sądziłam, że kolejne dziecko pomoże nam się porozumieć, mnie i Andrzejowi, tak jakby dziecko było workiem z cementem. Większej bzdury jeszcze nie wymyślono – dziecko jako spoiwo! Łata naszyta na przetarty rękaw marynarki, przestebnowane pęknięcie w spódnicy. Może gdzieś to zadziałało, u mnie niestety nie.

Kochałam Kingę całym sercem, ale chyba całkiem już przestałam kochać Andrzeja, całą miłość przeniosłam na dziecko. Pochłonięta małą córeczką, przestałam poświęcać Markowi czas. Gdy teraz o tym myślę, to dochodzę do wniosku, że nawet przestałam go zauważać, a on wtedy szczególnie mnie potrzebował. Dużo czasu spędzał na plebanii. Poczułam się częściowo zwolniona z obowiązków macierzyńskich, cieszyłam się, że mój syn jest bezpieczny, ma nowe, modne ubrania, zabawki, jeździ z księdzem na wycieczki, ma pasję historyczną.

Nie zauważyłam żadnych niepokojących symptomów. Nie dostrzegłam zagrożenia. Nie widziałam, bo nie zwracałam na moje dziecko uwagi. Nie odnotowałam, że Marek coraz bardziej zamyka się w sobie, sprawia coraz więcej problemów. Potrafiłam go tylko krytykować, krzyczeć, że jest krnąbrny i niewdzięczny, a nie umiałam zastanowić się nad tym, dlaczego postępuje tak, jak postępuje.

Bo zawsze jest jakaś przyczyna. Dziecko nie rodzi się ani dobre, ani złe, staje się takim lub takim, gdy dorasta.

Po raz pierwszy załapałam go na paleniu papierosów niedługo po narodzinach Kingi. Zbagatelizowałam. Myślałam, że to incydentalne, że chciał zaszpanować przez kolegami, że to zwykły głupi wyskok. Nie powiedziałam o tym Andrzejowi. Potem ktoś doniósł. A za jakiś czas zobaczyłam męża siedzącego na kanapie, na ławie przed nim leżały dwie paczki papierosów. Popularne. Bez filtra.

Andrzej zawołał Marka, a gdy ten przyznał się do popalania, mąż rozpakował pierwszą paczkę i przyniósł z kuchni dyżurną popielniczkę dla gości.

– Masz ochotę na papierosa? – spytał, patrząc na syna.

W tym spojrzeniu nie było niczego dobrego.

Marek pokręcił głową, a w jego oczach dostrzegłam strach.

– Tato, to był pierwszy raz, przepraszam, to się więcej nie powtórzy! Naprawdę wcześniej nie paliłem, teraz coś we mnie wstąpiło, musiałem, bo… Może gdybyś mnie wysłuchał… tato? Chciałbym ci powiedzieć, co się stało…

Andrzej patrzył przed siebie, w ogóle nie był zainteresowany tłumaczeniem syna.

– Tato… wysłuchaj mnie, proszę – powiedział błagalnym głosem Marek.

– Mamo? – Przeniósł pełne nadziei spojrzenie na mnie.

Stchórzyłam, odwróciłam wzrok, nie podając mojemu dziecku pomocnej dłoni.

– Tato, nie chcę palić, proszę cię, nie mam ochoty. Chcę ci powiedzieć coś ważnego…

– A co może być ważniejszego niż twój gówniarski wybryk? Pytam raz jeszcze: masz ochotę zapalić?

Marek spuścił głowę, uświadomiwszy sobie, że nic nie wskóra, że nikt nie jest zainteresowany tym, co chciał powiedzieć. Ani mama, ani tata.

– No to nawet jak nie masz, to sobie zapal – powiedział mąż, podpalił papierosa, mocno się zaciągnął i podał synowi.

Marek nie poddawał się, znowu spojrzał na mnie z nadzieją, szukał ratunku, jednak ja ponownie odwróciłam wzrok. Syn wziął papierosa w palce i nieudolnie, jednak się zaciągnął. Kaszel rozdarł złowrogą ciszę, bałam się, że obudzi się córka.

Tak, wiem, jak to brzmi. O spokojny sen córki się martwiłam, nie o zdrowie syna.

Gdy kaszel ustąpił, mąż kazał mu palić dalej. Jedyne, na co mnie wtedy było stać, to trzy słowa:

– Wyjdźcie na balkon.

Palili więc na zewnątrz. Obserwowałam ich przez okno. Gdy Marek skończył jednego, mąż zapalił i podał Markowi kolejnego. I tak doszli do połowy paczki. Syn zrobił się zielony, ale palił. Obudził się w nim bunt. Bunt, którego już nie udało nam się zatrzymać. Andrzej palił razem z nim. Po każdym skończonym papierosie pytał:

– Masz już dość?

Miał dość, ale buńczucznie kręcił głową i palił. Bez przerwy. Gdy paczka się skończyła, Andrzej otworzył kolejną. Przez balkonową szybę spojrzałam na syna – coś mnie w jego twarzy przeraziło. Nasze spojrzenia spotkały się na sekundę, wzrokiem prosiłam, by ustąpił.

Zrobił to, ale dopiero wtedy, gdy pety wysypywały się z popielniczki.

– Masz dość? – po raz kolejny spytał mój mąż, a Marek zamiast odpowiedzieć, stanął przy balkonowej barierce i zaczął wymiotować.

– Ja mam dosyć tej lekcji wychowawczej. Nie wiem, czy te metody są skuteczne, ale na pewno są szkodliwe. Zobacz, jak on wygląda – powiedziałam i zabrałam Marka z balkonu.

– Na mnie podziałało – burknął Andrzej. – Kiedy byłem w jego wieku…

– Domyślam się. Ale teraz przestań już, bo nie mogę tych twoich wywodów słuchać! – przerwałam mu ostro. – Nie jesteś już w jego wieku i ktoś musi być mądrzejszy. Znowu wypadło na mnie. Koniec tej szopki. Gdyby Marek został złapany na piciu, zapiłbyś się z nim na śmierć, tak w ramach terapii szokowej?

Zabrałam syna do łazienki, po drodze zaglądając do pokoju, w którym spała córka. Wszystko było z nią w porządku, uśmiechała się słodko, musiało śnić jej się coś miłego. W łazience przygotowałam synowi kąpiel i mimo że był już dużym chłopakiem, zostałam z nim tam, siedząc na brzegu wanny, tyłem do niego, żeby nie czuł się skrępowany. Choć i tak pewnie się tak czuł… Potem umyłam mu włosy; tak jak to robiłam, gdy był małym chłopcem. Myślę, że oboje chcieliśmy wzajemnej obecności. Otuliłam go ręcznikiem, przytuliłam, poszliśmy do pokoju. Zrobiłam mu herbaty i posiedziałam przy nim, dopóki nie zasnął. Wszystko w absolutnym milczeniu, ale powietrze było pełne… miłości. Jak nigdy wcześniej.

Czas cofnął się o jakieś osiem lat. Straconych lat nie da się nadrobić, dogonić ani cofnąć. Można tylko zrobić wszystko, by od tej chwili było tylko dobrze…

Boże, jaka ja byłam, jestem, głupia! Nigdy o niego nie walczyłam, bo irracjonalnie czułam, że niewiele nas łączy. Był moim synem, a czułam się, jakbym wychowywała czyjeś dziecko. Do tego problemy w małżeństwie (któż ich nie ma?); dobra wymówka na wszystko. Rodzice skupiają się na sobie, zajęci najpierw psuciem, a potem naprawianiem. A dzieci zostawione są samym sobie. Choć potrafią mówić, to przestają z nami rozmawiać, bo nie wiedzą jak. Sięgają po papierosy, narkotyki, dopalacze (wtedy ich nie było, ale dzisiaj?), kradną drobne rzeczy ze sklepów, wdają się w bójki… a wszystko po to, byśmy zwrócili na nie uwagę. To taki protest, krzyk z głębi duszy: „Mamo, tato – ja jestem, żyję, widzisz, pamiętasz? Zobacz mnie!”. No to patrzymy, a widzimy tylko „dziecko, które sprawia problemy wychowawcze”.

Pedagog, psycholog… Wszędzie wchodzimy z tą samą pieśnią na ustach: „No-ja-całkiem-nie-wiem-co-sie-dzieje-z-moim-dzieckiem-podłe-się-jakieś-zrobiło-przecież-jestem-dobrą-matką-ma-wszystko-czego-chce-a-jest-takie-krnąbrne-i-niewdzięczne” – wypluwamy z siebie bezrefleksyjnie, ale za to z pretensją, obrzucając nasze dziecko spojrzeniem, jakbyśmy patrzyli na zbrodniarza wojennego przed sądem w Norymberdze. „Proszę-go-naprawić-bo-ja-już-nie-mam-na-niego-siły”– kończymy triumfalnie, pewni, że mamy rację.

A tu nagle zderzamy się z czymś, na co przygotowani nie byliśmy:

– Proszę pani, to jest gabinet psychologiczny, tak głosi tabliczka na drzwiach, prawda? – pyta grzecznie ktoś po drugiej stronie biurka.

Nie dostrzegamy podstępu i ochoczo przytakujemy:

– No tak, dlatego właśnie go do pani (pana) przyprowadziłam.

– Gabinet psychologiczny, a nie ZEGARMISTRZ. Ja tu niczego nie naprawiam, mogę jedynie sprawić, że będzie prawidłowo funkcjonowało. Dziecko to nie przedmiot, lecz skomplikowany układ kwantowy.

Słowa jak kubeł zimnej wody.

– …ale to się może udać tylko przy pełnej współpracy rodziców. Jakie państwo macie problemy w małżeństwie?

„Co takiego?! Nie przyszłam na terapię małżeńską, tylko dziecko naprawić” – ciśnie mi się na usta, ale gryzę się w język, bo przecież wiem, że ta kobieta ma rację.

Psycholog patrzy na mnie wyczekująco i uśmiecha się łagodnie. Bo wie. Wszystko wie, tylko nie mam pojęcia skąd.

A to przecież takie proste. Przeczytała wywiad ze szkoły, dość już długą listę numerów, które wykręcił mój syn, i wie. Bo dla mnie, dla rodziców, to lista występków godna kary dla dziecka, a dla psychologa to rodzaj karteczki z intencjami, które wkłada się w szczeliny Ściany Płaczu w Jerozolimie. Moje dziecko ma problemy, bo ja je mam. A jedynym problemem mojego dziecka, małego dziecka, powinny być niepoukładane zabawki. Problemy rosną wraz z dzieckiem i niepoukładane zabawki zamieniają się w niepoukładane myśli i uczucia.

Myślałam: straszny wiek, zwłaszcza dla chłopaka – burza hormonów, bunt. Potem uświadomiłam sobie, że Marek był chyba jedynym znanym mi dzieckiem, u którego bunt zaczął się kilka dni po urodzeniu. I nie mam na myśli jedynie tego, że nie chciał ssać piersi. Wbrew powszechnej opinii, że matki mają lepszą relację z synami niż z córkami, moja relacja z Markiem kulała, i to bardzo. Pogorszyła się jeszcze bardziej, kiedy urodziła się Kinga.

Gdy dowiedziałam się o ciąży, małymi kroczkami przygotowywałam Marka na przyjście na świat nowego członka naszej rodziny, stopniowo oswajałam go z faktem posiadania rodzeństwa. Kiedyś spytałam, czy chciałby mieć siostrzyczkę, czy braciszka:

– Braciszka. Chcę braciszka.

– A co, jeśli urodzi się siostrzyczka?

– Nic. Wyrzuci się ją na śmietnik.

I to nie był żart, bo on miał już dziesięć lat. Sądziłam, że to typowa reakcja na nowego członka rodziny, lęk przed utratą statusu jedynego dziecka…

Ale prawda była taka, że Marek mnie przerażał. I wówczas, i później. Były chwile, gdy bałam się o zdrowie, a nawet życie mojej córeczki. Nigdy, przenigdy nie odważyłam się zostawić jej ani na chwilę sam na sam z synem. Jak już wspomniałam, czułam, że coś jest nie tak z moim pierworodnym – od pierwszego dostawienia do piersi. Nie chciał mojego mleka. Był bardzo nerwowym dzieckiem, zaraz po urodzeniu bardzo często płakał, tak jakby sam się czegoś panicznie bał, nikogo mi też nie przypominał – nie był podobny do kogokolwiek z naszej rodziny. Gdy brałam go na ręce, wcale się nie uspokajał, wręcz przeciwnie, stawał się bardziej płaczliwy. Andrzeja wyraźnie się bał. Zresztą instynkt tacierzyński mojego męża spał głębokim snem, on sam nigdy mi nie pomagał w domu. Myślałam, że wariuję! Sądziłam nawet, że może to ja nie mam instynktu macierzyńskiego i nie powinnam zostać matką – przecież takie rzeczy się zdarzają – bo nie umiałam pokonać pewnego oporu, jaki we mnie był.

Nie umiałam go wystarczająco mocno pokochać. W żaden sposób nie byłam w stanie tego wytłumaczyć, bo choć trafił nam się nieplanowany, to przecież przed porodem cieszyliśmy się, że ma się pojawić w naszym życiu…

Gdy Marek rósł, nadal nie miał dobrego kontaktu ze swoim ojcem, a gdy był nastolatkiem, to nawet nie można było nazwać tego, co było miedzy nimi, szorstką męską przyjaźnią, lecz po prostu… nienawiścią. To jest właściwie słowo. Ciągłe kłótnie kończące się krzykiem i płaczem – płaczem moim, bo to oni krzyczeli. Marek nigdy nie płakał, poza okresem, gdy był małym dzieckiem. I odkąd pamiętam, miał taki zacięty wyraz twarzy. Tak jakby nie miał w sobie żadnych emocji – to też było dość przerażające.

Następne lata nie były lepsze. Przeżywaliśmy chwile grozy, gdy Kinia zachorowała na świnkę. Przechodziła ją dramatycznie – było nawet podejrzenie zapalenia „pompek”, jak sama mówiła, mózgowych. Andrzej dużo pił, a gdy to robił, odzywała się w nim dzika zazdrość, niczym nieuzasadniona; zauważał brak podobieństwa syna do niego, brak więzi, a wręcz niechęć. Wściekał się, wymyślał, że Marek nie jest jego synem, że go na pewno zdradziłam. Nie był tak delikatny: wyzywał mnie od najgorszych, oskarżył o zdradę i – jak zwykle w sytuacjach kryzysowych – szedł dalej się zalewać. Patrzyłam bezradna na mężczyznę, którego kiedyś pokochałam, który miał ideały, odwagę i przekonania. Teraz jego najpoważniejszym planem było pójście do knajpy, a wyrazem nadludzkiej odwagi postawienie się sąsiadowi, który zabrudził klatkę schodową.

Ludzkie tragedie mają różne oblicza. Pogubiliśmy się gdzieś po drodze i oboje przeżywaliśmy rozczarowanie sobą. W milczeniu, każde na swój sposób. Mała Kinia niczego nie rozumiała, nastoletni Marek buntował się coraz bardziej.

Jedyne, co mnie cieszyło, to to, że ciągnęło go do kościoła; miałam nadzieję, że zostanie księdzem. Nasz proboszcz nie mógł się go nachwalić. Marek był jego pupilkiem. Nie przelewało nam się, a ksiądz Janusz często zabierał go na wycieczki, pokazywał mu bunkry i inne miejsca historyczne, bo to akurat mojego syna interesowało. Marek służył do mszy, a ja pękałam z dumy. Chyba tylko wtedy bywałam z niego dumna. Może zależało mi na tym, by został ministrantem, bo miałam nadzieję, że Kościół wypędzi z niego złego ducha?

Przez jakiś czas myślałam nawet o egzorcyzmach, ale odradził mi to nasz proboszcz, tłumacząc, że Marek potrzebuje po prostu więcej uwagi. Dodał nawet, że on może mi pomóc, ma dobry kontakt z młodzieżą i jeśli ja tylko zechcę, to może wziąć Marka pod swoje skrzydła. Pewnie, że chciałam, traktowałam to jak ogromne wyróżnienie! Prawda jest taka, że moje dziecko mnie parzyło. Nie umiałam do niego dotrzeć, przebić się przez tę niewidzialną ścianę, jaka nas zawsze dzieliła. Nie umiałam tego jednak wytłumaczyć. Sądziłam, że jestem złą matką, która nie potrafi pokochać swojego dziecka.

Pewnego dnia wszystko stało się jasne. Marek dostał ataku wyrostka robaczkowego i przeszedł operację.

To ksiądz Janusz zaszczepił w nim pasję nie tylko do historii, ale także do siatkówki – o tej miłości już wspominałam. Gdy Marek miał niespełna osiemnaście lat, podczas treningu zasłabł, skarżył się na ból w prawej pachwinie. Okazało się, że to atak wyrostka robaczkowego, potrzebne były natychmiastowa interwencja chirurgiczna oraz krew; oddaliśmy swoją, Andrzej i ja. Lekarka, która wyszła do mnie na korytarz, zachowywała się bardzo dziwnie. Poprosiła mnie do swojego pokoju, tylko mnie. Powiedziała, że nie mamy żadnych wspólnych cech z synem. I spytała, czy mój mąż o tym wie. Jeszcze nie zrozumiałam. Przeraziłam się, jak zareaguje Andrzej: na pewno nie da sobie niczego spokojnie wytłumaczyć, na zawsze stanę się dla niego puszczalską żoną.

Sama nie wiedziałam, jak to było możliwe. Nie umiałam tego ogarnąć rozumem. Lekarka musiała mi powiedzieć wprost, że Marek nie może być naszym synem, miała pretensje, że nie poinformowaliśmy jej, że jest dzieckiem adoptowanym.

Jak to: adoptowanym?! Rodziłam go prawie dwadzieścia cztery godziny, poród był bardzo długi i bardzo ciężki, a ona mówi, że Marek nie jest mój?!

Przeprowadzone później badanie DNA potwierdziło, że nasz syn naprawdę nie jest naszym synem. Nie sposób opisać tego, co działo się w naszym domu. Niekończące się awantury; świszczące w powietrzu obelżywe słowa kłuły mnie jak nóż; kilka razy zdarzyło się, że mąż podniósł na mnie rękę. Tylko wtedy gdy byliśmy sami – przy dzieciach nie miał odwagi; mimo upojenia alkoholem zachował kontrolę.

Sytuacja stawała się nie do zniesienia. Wszystkim nam żyło się ciężko. Byłam wyrozumiała i uznałam, że to pierwsza reakcja męża na nasz dramat, liczyłam, że z czasem mu przejdzie, że się pogodzi z tym, co się wydarzyło, i wszystko będzie przynajmniej tak jak dawniej. Kiepsko, ale lepiej niż teraz.

Czas pokazał jednak, że Andrzej tego nie dźwignął i uciekł z naszego życia jak śmierdzący tchórz, nie chciał nawet poznać swojego prawdziwego syna. Nie było go na pierwszym spotkaniu, zapadł się pod ziemię. Ale ja miałam zamiar odszukać moje dziecko i tak właśnie zrobiłam. Do dziś nie wiem, czy to była dobra decyzja. Może należało zostawić wszystko tak, jak było? Przecież dla Marka to my byliśmy rodzicami przez całe jego i nasze życie. Innego dziecka nie znaliśmy. Owszem, potem pojawiła się Kinga, ale w końcu to syn był naszym pierworodnym…

Ciekawość jednak wzięła górę nad rozsądkiem. Chciałam poznać moje biologiczne dziecko, wiedzieć, jak wygląda, czy jest do mnie podobne, czy ma jakieś moje cechy charakteru, czy lubi lody czekoladowe, czy boi się burzy.

Trochę to trwało. W międzyczasie zdążyliśmy się rozwieść. Nie powiem, jak to zrobiłam, ale zdobyłam listę kobiet, które rodziły tego samego dnia, co ja. Istnieją sprawy nie do załatwienia, które się załatwia, i sprawy nie do załatwienia, których się nie załatwia. Mnie się udało, ale zawdzięczam to własnej determinacji, empatii ludzi, którzy mi pomogli, i trochę też zbiegowi okoliczności. Ustaliłam również, po dość długiej walce z biurokracją i nieprzychylnością ludzi (biurokratów bez empatii było zdecydowanie więcej), która kobieta tak jak ja wychowuje nie swoje dziecko. Andrzej po rozwodzie jakby zapadł się pod ziemię. Kilka lat później zmarł.

Pierwsze moje spotkanie z Tomkiem planowałam drobiazgowo: co powiem, jak się zachowam, w co się ubiorę. Napisałam sobie nawet tekst na kartce i ćwiczyłam przed lustrem. Łącznie z mimiką. Ale kiedy go zobaczyłam, cały plan wziął w łeb, a kontrolę przejęły emocje. Jedno spojrzenie i wiedziałam, że to właśnie jest moje dziecko. Po prostu spojrzałam w lustro i się w nim przejrzałam. Był idealnym połączeniem genów moich i Andrzeja, zupełnie jakbyśmy jednocześnie przeglądali się w tym samym zwierciadle.

Przede mną stał mój syn, a za mną chłopak, którego wychowywałam przez osiemnaście lat w przekonaniu, że jest moim dzieckiem, ale bez uczucia, jakim matka powinna go obdarzyć. Wreszcie zrozumiałam dlaczego.

[1] Tłum. Piotr W. Cholewa.

Rozdział II

ŚWIAT OCZAMI DZIECKA

Dziecko ma prawo być sobą.

Ma prawo do popełniania błędów.

Ma prawo do posiadania własnego zdania.

Ma prawo do szacunku.

Nie ma dzieci – są ludzie.

Janusz Korczak

Marek, rok 1977

Część wspomnień z mojego życia to te obrazy widziane i zapamiętane przez dziewięciolatka, niektóre zaś rejestrowałem już jako nastolatek. Jestem niepoukładany, czasem myślę jak dziecko, a czasem jak dorosły facet. Sam się gubię w tych wspomnieniach. Mieszają się jak farby na palecie malarza, nieraz nie wiem, które wspomnienie jest z jakiego okresu.

Nie mam natomiast wątpliwości, że wszystkie są moje. I że dominującą barwą na tej palecie jest czerń. Tak, jestem niezrównoważony, mam zaburzone emocje. To widać w moim zachowaniu, a skoro dostrzegam to ja, zapewne też widzą to inni.

Czubek. Psychol. Świr.

Tak o mnie mówią – i mają rację.

Moja matka zawsze była bardzo wierząca: biegała na mszę dwa razy w tygodniu, udzielała się na plebanii, była nawet w kółku różańcowym i nie próbowała ukrywać, że ma kompletnego hopla na punkcie Boga i Kościoła. Oczywiście zawsze zabierała mnie tam ze sobą, chociaż ja wolałbym zostać w domu i pobawić się drewnianymi klockami lub pograć z dziadkiem w leśną przygodę, chińczyka czy czarnego Piotrusia. Kościół to była dla niej sprawa najważniejsza i tylko ciężka choroba lub śmierć mogłyby mnie wybawić od konieczności towarzyszenia jej… z tym że śmierć tylko połowicznie.

Z czasem zacząłem inaczej na to patrzeć, zrozumiałem, że mama nie chodzi tam, by porozmawiać z Bogiem, lecz by poplotkować z sąsiadami o innych sąsiadach. Godzina na mszy, a dwie godziny pod kościołem spędzone na – jak to mówi ojciec – „obrabianiu innym tyłka”. I jeszcze te pokazy mody! Ojciec do dziś i z tego żartuje. Gdy rozpoczyna się coniedzielny rytuał wyciągania z szaf najdroższych sukienek, sztucznych lisów, nutrii i innych martwych zwierząt (od ciotki Unry, tak mówi matka; nie poznałem nigdy tej rzekomej krewnej), ojciec mruga do mnie okiem i szepcze: „Stara znowu się na pokaz szykuje”.

No więc przed tymi wyjściami mama zawsze stroiła najpierw siebie, potem mnie. Biała koszula i spodnie, które sama zresztą szyła. Nie bardzo wiedziałem, o co chodzi w tej regularnej wędrówce, z wiekiem, jak wspomniałem, nabrałem jednak pewności, że to pokazywanie się sąsiadom było tu najważniejsze.

Zawsze przed wyjściem mama mówiła, głównie do siebie:

– Ciekawe, czy Nowakowa będzie. Jej Kazik znowu pije. No pije, bo ma powód; mała Stasia im się puściła, to z rozpaczy chłop pije, że bękarta będzie musiał wychowywać. Każdy by pił, nie ma się co Kazikowi dziwić, trzeba chłopu flaszkę postawić! Wstydu by przed Bogiem nie miała, gdyby się w kościele ludziom na oczy pokazała, jawnogrzesznica jedna. Taki wstyd, taki wstyd, taki wstyd!

Nie wiedziałem, która z Nowakowych była jawnogrzesznicą, Staśka czy stara Nowakowa; nie wiedziałem nawet, kto to taki, ta cała jawnogrzesznica. I dlaczego matka niby miała wstydzić się za Stasię?

Nie zapomnę jednak tej niedzieli, gdy mama zaciągnęła mnie na mszę i