Strona główna » Sensacja, thriller, horror » Kości nie kłamią

Kości nie kłamią

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-8110-193-6

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Kości nie kłamią

Doktor Brennan zostaje niespodziewanie wezwana przez wydział policji w Charlotte, zwany Archiwum X. Ma się tam spotkać ze śledczym, normalnie działającym w strefie operacyjnej położonej bardzo daleko od Charlotte. Powód wezwania okazuje się wstrząsający: zamordowanych zostało dwoje dzieci, i choć dzieliły je tysiące kilometrów, łączyło jedno – osoba zabójcy. Przed laty niejaka Anique Pomerleau porwała i zamordowała w Kanadzie kilka dziewczynek. Z zastawionej przez organy ścigania pułapki udaje jej się wymknąć. Funkcjonariusze sprawiedliwości, w tym Brennan i detektyw Andrew Ryan, ponoszą druzgocącą porażkę. Teraz, jakby wywołana wprost z najgorszych koszmarów, Pomerleau znowu zaczyna działać, tym razem w Stanach Zjednoczonych. Między jej ofiarami w stanach Vermont i Karolina Północna istnieje związek. Gdy znika kolejne dziecko, wydaje się, że nic nie powstrzyma eskalacji terroru – Brennan musi stawić czoła wyzwaniu i wykorzystać drugą szansę powstrzymania psychopatki.

Polecane książki

Zbiór nowel z 1892 roku. Władysław Książek (1857–1897) używał pseudonimu Julian Łętowski. Był prozaikiem, dramaturgiem, poetą i dziennikarzem. Od 1879 roku mieszkał w Warszawie, pracował w redakcji „Echa”, a od 1882 roku – w „Słowie”. Był związany ze środowiskiem młodych konserwatystów. Popularność ...
To zaskakująca i zabawna powieść obyczajowa… trochę nie z tego świata! Wypadek samochodowy wywraca życie Małgorzaty Lindberg do góry nogami. Zapomniana gwiazda wielkiego ekranu niespodziewanie budzi się w cudzym ciele… Dwadzieścia lat młodsza, lecz wciąż przebiegła i zdeterminowana, by ponownie znal...
Życie Amy Curry dalece odbiega od ideału. Jej ojciec zginął niedawno w wypadku samochodowym. Matka, chcąc na nowo wszystko poukładać, postanawia przeprowadzić się ze słonecznej Kalifornii do Connecticut. Niedługo po zakończeniu roku szkolnego Amy ma do niej dołączyć – przejechać przez niemal cały kr...
Jeśli szukasz podręcznika, który podpowie Ci, jak poprawnie pisać po niemiecku i jak formułować w tym języku własne myśli – "Niemiecki. Wzory wypracowań i słownictwo" wydawnictwa Lingo jest w sam raz dla Ciebie!   Zalety książki: - bogaty zestaw różnych form wypracowań: rozprawek, recenzji, opisów i...
Duisburg. Na moście nad Renem stoi policjant gotowy do skoku. Duchowny Martin Bauer, chcąc go powstrzymać, wspina się na barierkę i sam rzuca się w toń. Zaskoczony funkcjonariusz skacze mu na pomoc. Wspólnie dopływają do brzegu. Bauer zaryzykował i wygrał. Jednak kilka godzin później policjant ginie...
Media co rusz atakują biedne mamy radami bardzo poważnymi i wywołującymi bardzo wielkie poczucie winy!Ta książka atakuje przeciwstawieniami: Perfekcyjna matka w mig rozszyfrowuje płacz dziecka.Normalna matka nic nie rozumie i płacze razem z nim. Perfekcyjna matka gratuluje sobie wzorowego zachowan...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Kathy Reichs

Tytuł oryginału:

BONES NEVER LIE

Copyright © 2014 by Temperance Brennan, L.P.

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Szara Sowa

Redakcja: Jolanta Olejniczak-Kulan

Korekta: Marta Chmarzyńska, Anna Gauza, Aneta Iwan

ISBN: 978-83-8110-193-6

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dla

Alice Taylor Reichs,

urodzonej 3 sierpnia 2012 roku

oraz

Milesa Aivarsa Mixona,

urodzonego 11 sierpnia 2012 roku

CZĘŚĆ IRozdział 1

Wiadomość tę dostałam z samego rana. Honor Barrow domagał się mojej obecności na niezaplanowanym wcześniej zebraniu.

Jeśli o mnie chodzi, nie miałam na to żadnej ochoty – głowę rozsadzało mi ostre przeziębienie.

Mimo to, po weekendzie spędzonym na sudafedzie, afrinie i herbacie z miodem i cytryną, zamiast dokończyć raport o rozkładających się zwłokach rowerzysty, przyłączyłam się do miliarda innych ludzi pracy zmierzających do centrum w godzinie porannego szczytu.

O 7.45 zaparkowałam na tyłach Centrum Policyjnego. Powietrze było chłodne, pachniało suchymi liśćmi – tak zakładałam. Nos miałam bowiem zatkany, nie wyczułabym różnicy między zapachem tulipana i zgniecionej puszki.

W 2012 roku w Charlotte odbyła się organizowana co cztery lata konwencja Partii Demokratycznej. Przybyły na nią dziesiątki tysięcy osób, gotowych wychwalać partię lub protestować przeciwko niej. Celem spotkania było nominowanie jakiegoś kandydata. Miasto wydało pięćdziesiąt milionów dolarów na środki bezpieczeństwa, w wyniku czego parter Centrum Policyjnego, niegdyś w typie otwartego holu, wyglądał obecnie jak mostek na statku kosmicznym „Enterprise”. Kolista drewniana barierka. Kuloodporne szyby. Monitory pokazujące wszystkie zakamarki budynku, zarówno w środku, jak i na zewnątrz.

Po wpisaniu się do rejestru przeciągnęłam przez czytnik kartę i wjechałam na pierwsze piętro.

Winda zatrzymała się z pomrukiem i otwarła; zobaczyłam przechodzącego właśnie Barrowa. W głębi, za drzwiami, do których zmierzał, widać było strzałki na zielonym tle, kierujące do Wydziału Przestępstw Przeciwko Mieniu (na lewo) oraz Wydziału Kryminalnego(na prawo). Ponad strzałkami znajdował się trudny do objaśnienia symbol Policji Charlotte-Mecklenburga.

– Dzięki, że jesteś – Barrow prawie nie zwolnił kroku.

– Nie ma problemu. – Nie licząc całego stada bębnów w mojej głowie oraz ognia w gardle.

Weszłam za Barrowem przez drzwi, po czym skręciliśmy od razu w prawo.

Detektywi tłoczyli się w korytarzu wiodącym w obu kierunkach, ubrani głównie w koszule i krawaty. Jeden miał na sobie spodnie khaki i granatową koszulkę polo z wizerunkiem bardzo dzielnej osy. Wszyscy trzymali w rękach kubki z kawą i stanowili razem ogromną siłę ognia.

Barrow zniknął w pokoju po lewej, oznaczonym kolejną zieloną tabliczką: 2200: Dział Brutalnych Przestępstw. Zabójstwa oraz napady ze skutkiem śmiertelnym.

Szłam dalej prosto, mijając trzy sale przesłuchań. W najbliższej ktoś wykrzykiwał barytonem swoje oburzenie w niekoniecznie nadających się do powtórzenia słowach.

Po dziesięciu jardach weszłam do pomieszczenia oznakowanego jako 2101: Wydział Zabójstw. Sekcja Spraw Nierozwiązanych.

Większość kwadratowego wnętrza pokoju zajmowały szary stół i sześć krzeseł. Kserokopiarka. Pięć szafek na akta. Biała tablica ścieralna oraz tablice korkowe na ścianach. Na tyłach pomieszczenia, za niską przegródką, stało biurko z typowym telefonem, kubkiem, zasuszoną roślinką oraz przepełnionymi pojemnikami na dokumenty przychodzące i wychodzące. Z okna padały prostokąty światła słonecznego.

Ani jednej żywej duszy. Zerknęłam na ścienny zegar. 7.58.

Doprawdy? Tylko ja zjawiłam się punktualnie?

Głowa bolała mnie potwornie. Lekko poirytowana usiadłam na krześle i położyłam torebkę przy nogach.

Na stole znajdował się laptop, jakiś karton oraz plastikowy pojemnik. Oba oznakowano cyframi. Numery na pojemniku zapisano w znanym mi formacie: 090430070901. Akta z dnia 30 kwietnia 2009 roku. Pojedyncze zgłoszenie z godziny 7.09.

System rejestracyjny na kartonie był już odmienny. Zakładałam, że pochodzi z innego okręgu policyjnego.

Parę informacji ogólnych.

Począwszy od 1970 roku, Wydział Policji Charlotte-Mecklenburga miał około pięciuset nierozwiązanych spraw dotyczących zabójstwa. Gdy się zorientowano, że to naprawdę mnóstwo trupów i że na wymierzenie sprawiedliwości czeka wielu ludzi, w 2003 roku powołano sekcję zwaną Archiwum X.

Honor Barrow, pracujący w wydziale zabójstw od dwudziestu lat, kierował nią od chwili jest powstania. Wśród innych pełnoetatowych pracowników znajdowali się między innymi pewien sierżant policji oraz jakiś agent FBI. Ochotniczy zespół doradczy sekcji składał się z trzech emerytowanych agentów federalnych, jednego emerytowanego gliniarza z Nowego Jorku, cywilnego naukowca tudzież cywilnego inżyniera, który dostarczał analiz w postępowaniu przygotowawczym. Regularne zebrania zespołu odbywały się raz w miesiącu.

Jako antropolog sądowy zajmuję się ludźmi zmarłymi dość dawno. Nic dziwnego zatem, że czasem zaprasza się mnie do tego gremium. Zwykle jednak jestem informowana z pewnym wyprzedzeniem o powodach wezwania. Że w jakimś dochodzeniu trzeba zbadać ludzkie szczątki, odpowiedzieć na pytania dotyczące kości, urazów, rozkładu zwłok.

Ale nie tym razem.

Zniecierpliwiona, choć ciekawa, dlaczego mnie wezwano, przyciągnęłam do siebie plastikowy pojemnik i zdjęłam wieko. W środku znajdowały się setki kartek, oddzielonych od siebie przegródkami. Znałam te nagłówki. Wiktymologia. Opis przestępstwa. Raport z miejsca zdarzenia. Materiał dowodowy/Rzeczy znalezione/Analiza. Raport lekarza sądowego. Świadkowie. Dochodzenia powiązane. Potencjalni podejrzani. Zalecane dalsze działania.

Na wierzchu leżał opis przypadku sporządzony przez Claire Melani, kryminolożkę i moją koleżankę z pracy na Uniwersytecie Karoliny Północnej w Charlotte. Przeskoczyłam do pierwszego rozdziału jej raportu. I poczułam, jak tężeją mi mięśnie karku.

Zanim zdołałam przeczytać cokolwiek więcej, w korytarzu rozległy się głosy. Po chwili w pokoju zjawił się Barrow z facetem wyglądającym, jakby urwał się z okładki podręcznika survivalu. Sprane dżinsy. Wyblakła wojskowa kurtka narzucona na czerwoną koszulkę z długim rękawem. Ciemne włosy, z kędziorami wystającymi spod rażąco pomarańczowej czapki.

Włożyłam raport z powrotem do pojemnika.

– Czyżby wszyscy inni utknęli w korku?

– Nie zapraszałem zespołu ochotniczego.

Zaskoczyło mnie to, ale milczałam.

Barrow zauważył, że moje spojrzenie spoczęło na miłośniku survivalu i przedstawił go.

– Detektyw Rodas przyjechał do nas ze stanu Vermont.

– Umparo. Dla przyjaciół Umpie – powiedział z przesadnie skromnym uśmiechem. – Dla obojga.

Rodas wyciągnął do mnie dłoń. Przyjęłam ją. Jej uścisk odpowiadał jego wyglądowi, był twardy i mocny.

Gdy Barrow i Rodas zajęli miejsca, w drzwiach stanęła znana mi postać. Erskine „Chudy” Slidell, gliniarz legenda, przynajmniej według własnych wyobrażeń.

Nie powiem, żeby jego obecność specjalnie mnie ucieszyła. Ponieważ Chudy pracuje w wydziale zabójstw, a ja w kostnicy, czasem mamy ze sobą do czynienia. Na przestrzeni lat nasze relacje miały swoje wzloty i upadki, niczym linia w wykresie poligraficznym. Facet często wykazuje brak manier, ale potrafi wyjaśniać sprawy.

Slidell wyprostował ramiona w geście oznaczającym „co jest?”, po czym przyciągnął do oczu jeden nadgarstek, ten z zegarkiem. Subtelne.

– Cieszę się, że udało ci się oderwać od pornosów w komputerze. – Uśmiechając się, Barrow jedną nogą podsunął tamtemu krzesło.

– Ta twoja siostrzyczka naprawdę uwielbia kamerę – poduszka wydała z siebie westchnienie, gdy Slidell złożył na niej swój wielki tyłek.

Jeszcze w latach osiemdziesiątych Barrow i Slidell pracowali jako partnerzy i w przeciwieństwie do większości takich par lubili się. Zapewne łączyło ich zamiłowanie do ciętych ripost.

Barrow kończył właśnie przedstawiać sobie Slidella i Rodasa, gdy drzwi znów się otworzyły. Do pokoju wszedł mężczyzna, którego nie znałam. Miał wątły podbródek i zbyt długi nos, niczym wycior. Był mojego wzrostu. Jego koszula z poliestru, krawat oraz przeciętny garnitur wskazywały na kierownika średniego szczebla. Postawa jednoznacznie sugerowała policjanta. Nasza czwórka przyglądała się, jak człowiek z poliestru zajmuje miejsce za stołem.

– Agent Tinker z SBŚ – powiedział Barrow, mając na myśli Stanowe Biuro Śledcze. W jego głosie nie było śladu ciepła.

Słyszałam już o Beau Tinkerze. Mówiono, że ma ograniczone horyzonty, za to ego szerokie na milę. I lubi zabawiać się z paniami.

– Ta długa podróż nie była chyba konieczna – rzekł Slidell, nie podnosząc wzroku znad palców splecionych na brzuchu.

Tinker zlustrował go oczyma szarymi i pozbawionymi wyrazu jak niepolerowana cyna.

– Pracuję niedaleko, w biurze terenowym w Harrisburgu.

Mięśnie szczęk Slidella napięły się, ale milczał.

Jak wszędzie indziej na naszej planecie, także w Karolinie Północnej poszczególne agencje rywalizują ze sobą. Biuro szeryfa, ochrona kampusów i lotnisk oraz straż portowa przeciwko miejscowej policji. Stan przeciwko chłopakom z miasta. Federalni przeciwko całemu światu.

Nie licząc niektórych przestępstw, kiedy wymagana jest współpraca – takich jak handel narkotykami, podpalenia, hazard i fałszerstwa wyborcze – SBŚ angażuje się w dochodzenia kryminalne zwykle jedynie na prośbę lokalnych departamentów policji. Chłód bijący od Barrowa i Slidella wskazywał, że w tym wypadku nikt nie wystąpił z tego rodzaju prośbą.

Czy Rodas miał stanowić przeciwwagę? A jeśli tak, to skąd zainteresowanie władz stanowych w Raleigh jakąś sprawą z Vermontu?

Slidell uważał się za gwiazdę wydziału zabójstw. Zbyt wielką, żeby tracić czas na pierdoły, jak sam to kiedyś ujął. Ja także zastanawiałam się, co on tutaj robi.

Przypomniały mi się akta w plastikowym pojemniku.

Zerknęłam na Chudego. Podniósł już wzrok i wpatrywał się w Tinkera z wyrazem twarzy zarezerwowanym zwykle dla pedofilów i pleśni.

Czy ta wrogość oznaczała coś więcej niż problemy kompetencji terytorialnej? Czy Slidell zetknął się z Tinkerem już wcześniej? A może Chudy był po prostu Chudym?

W moje myśli wdarł się głos Barrowa.

– Proszę, żeby detektyw Rodas rozpoczął zebranie.

Barrow oparł się wygodnie i poprawił sobie łańcuszek na szyi, z którego zwisała policyjna odznaka. Często przypominał mi wielkiego żółwia skórzastego. Ciemna i pomarszczona skóra na niewielkiej głowie, szeroko rozstawione, wypukłe oczy ponad małym, szpiczastym nosem.

Rodas otworzył karton, wyciągnął spięte ze sobą raporty i podsunął każdemu po jednym.

– Sorry, jeśli mój styl jest mniej oficjalny od waszego. – Miał głęboki i szorstki głos, taki, który pasował do stanu Vermont, gór i produkowanych tam serów typu cheddar. – Wprowadzę was w temat, a potem odpowiem na pytania, jeśli coś będzie niejasne.

Zaczęłam przerzucać strony. Usłyszałam, że Tinker i Slidell robią to samo.

– Dziewiętnastego października dwa tysiące siódmego roku, między godziną czternastą trzydzieści a piętnastą zaginęła dwunastoletnia biała dziewczynka, Nellie Gower. Jechała na rowerze ze szkoły do domu. Sześć godzin później znaleziono rower przy wiejskiej drodze, ćwierć mili od farmy Gowerów.

Jakiś niuans w tonie jego głosu kazał mi podnieść wzrok. Jabłko Adama na krtani Rodasa poruszyło się wyraźnie, nim znów podjął temat.

– Zwłoki Nellie odkryto osiem dni później w kamieniołomach granitu, cztery mile za miastem.

Zauważyłam, że Rodas używa imienia dziecka, że go nie depersonalizuje, jak często robią policjanci – mówią: „małolat”, „ofiara” itd. Nie trzeba było Freuda, żeby się zorientować, iż Rodas jest w tę sprawę zaangażowany emocjonalnie.

– Medyk sądowy nie znalazł żadnych oznak odniesionego urazu ani wykorzystania seksualnego. Dziecko było w pełni ubrane. Zakwalifikowano to jako zabójstwo z nieznanych powodów. Badanie miejsca zdarzenia nic nie dało. Podobnie zresztą jak samych zwłok. Żadnych śladów opon, butów, krwi czy śliny. Absolutnie nic, co pomogłoby w śledztwie.

Przesłuchano osoby, które przesłuchuje się zawsze w takich przypadkach – zarejestrowanych gwałcicieli, rodziców, krewnych, znajomych, rodziny znajomych, sąsiadów, opiekunki do dziecka, drużynową harcerek, pracowników szkoły i domu kultury, duchownego z kościoła. Każdego, kto miał choćby najdrobniejsze powiązania z ofiarą.

Rodas wyciągnął w pojemnika spiralny notatnik ze spiętymi kartkami w rozmiarze pięć na trzy cale i niczym krupier rozrzucił je wokół stołu. Gdy każdy z nas zapoznawał się z ponurym zapisem kartoteki, panowała cisza.

Na pierwszych kilku zdjęciach widać było kamieniołom. Ponad ogromną, skalistą, pozbawioną drzew dziurą w ziemi wisiało ołowiane niebo. Po lewej, gdzieś z dalszego planu, odchodziła żużlowa droga i wspinała się dalej w kierunku poszarpanego widnokręgu.

Wzdłuż drogi ustawiono tymczasowe barierki. Za nimi parkowały samochody osobowe, pick-upy i furgonetki różnych mediów. Ich kierowcy i pasażerowie stali skupieni w dwójkach i trójkach. Niektórzy rozmawiali, inni gapili się na kozły do piłowania drewna albo na ziemię. Wielu miało na sobie koszulki z napisem Znaleźć Nellie, wydrukowanym ponad zdjęciem znajomej twarzy nastolatki.

Znałam takich ludzi. Samarytan, którzy poświęcali wiele godzin na poszukiwania dzieci lub odbieranie telefonów. Gapiów tylko czyhających, żeby choć przez chwilę zobaczyć zwłoki w worku. Dziennikarzy, którzy chcieli mieć jak najlepszy widok, nie bacząc na kolejną ludzką tragedię.

Przed barierkami stały samochody policyjne, wóz techników, furgonetka koronera oraz dwa nieoznakowane pojazdy, pod takim kątem, jakby zatrzymały się nagle i niespodziewanie. Znałam tego typu twarze. Technicy dochodzeniowi, ludzie koronera. Jakaś kobieta w kurtce z napisem Medyk sądowy, wydrukowanym żółtymi literami na plecach. Gliniarze w mundurach, jeden z głową zadartą do góry, rozmawiający przez krótkofalówkę na ramieniu.

W centralnej części sceny ustawiono parawan. Pod jego niebieską folią między słupkami rozciągnięto żółtą taśmę. Tworzyła coś na kształt nieforemnego prostokąta. W jego wnętrzu wznosił się boleśnie niewielki wzgórek, przy którym kucał Rodas, z ponurą twarzą i notesem w ręku.

Kolejna seria fotografii koncentrowała się już na dziecku. Nellie Gower leżała na plecach, z wyprostowanymi nogami i ramionami przyciśniętymi do tułowia. Czerwona wełniana kurtka była zapięta pod samą brodę. Sznurówki sportowych butów zawiązano w symetryczne pętle. Spód bluzki w kropeczki został schludnie włożony w jasnoróżowe spodnie.

Kilka zdjęć ukazywało tę samą twarz, która widniała na koszulkach. Tyle że już bez uśmiechu.

Włosy Nellie zakrywały jej ramiona długimi, czekoladowymi falami. Zauważyłam, że pośrodku głowy miała równiuteńki przedziałek, włosy starannie i celowo oddzielone grzebieniem.

Osiem dni pozostawania na powietrzu zrobiło swoje. Rysy twarzy dziewczynki były rozmyte, jej skóra gdzieniegdzie fioletowo-zielonkawa. W ustach i nozdrzach roiło się od larw.

Trzy ostatnie fotografie pokazywały prawą rękę dziecka w zbliżeniu. Na jego dłoni widać było ślady jakiejś przejrzystobiałej substancji.

– Co to jest? – spytałam.

– Technicy zbadali obie ręce. Lekarz sądowy pobrał wymazy ze skóry oraz to, co miała pod paznokciami. Faceci od śladów sądzili, że mogą tam znaleźć pozostałości tkanki.

Kiwnęłam głową, wciąż wpatrując się w zdjęcia. W moim mózgu gorzały synapsy. Przypomniało mi się inne dziecko. Inny zestaw rozdzierających serce fotografii.

Już wiedziałam, dlaczego mnie wezwano. I dlaczego był tu również Chudy.

– Jasna cholera.

Rodas zignorował uwagę Slidella.

– Mieliśmy kilka tropów. Były telefony, jeden świadek zeznał, że pewien nauczyciel okazywał Nellie niezwykłe zainteresowanie, a sąsiad twierdził, że widział ją w półciężarówce razem z brodatym mężczyzną. Ale nic nie ułożyło się w jedną całość. Ostatecznie sprawę włożono do zamrażarki. Jesteśmy małym wydziałem. Musimy zajmować się kolejnymi sprawami. Wiecie, jak to jest.

Rodas spojrzał na Slidella, a potem na Barrowa. Napotkał wzrok tych, którzy wiedzieli to aż za dobrze.

– Ale to nie daje mi spokoju. Ta mała. Jeśli tylko mam wolną chwilę, wyjmuję akta i przeglądam je w nadziei, że znajdę coś, co wcześniej przeoczyłem.

Jabłko Adama na jego krtani znów podskoczyło.

– Według świadków, którzy zgodnie to zeznali, Nellie była nieśmiała. Ostrożna. Nie zadawała się z obcymi. Sądziliśmy, że sprawca to ktoś miejscowy. Ktoś, kogo znała. Ruszyliśmy w tym kierunku. W zeszłym roku doszedłem do wniosku: do cholery z tym. Trzeba zmienić schemat myślenia. Spróbowałem VICAP-u.

Rodas nawiązywał do programu FBI dotyczącego ujęć sprawców szczególnie brutalnych przestępstw, ogólnokrajowej bazy danych, prowadzonej w celu zbierania i analizowania informacji o zabójstwach, gwałtach na tle seksualnym, osobach zaginionych oraz innych ciężkich przestępstwach. Znajduje się tam około 150 tysięcy aktualnych oraz zamkniętych już śledztw, prowadzonych przez 3800 agencji stanowych i lokalnych, w tym także tych nierozwiązanych, począwszy od lat 50. XX wieku.

– Podałem wszystko to, czym dysponowaliśmy: modus operandi, cechy charakterystyczne, opis i zdjęcia miejsca zbrodni, szczegóły dotyczące ofiary. Na odpowiedź musiałem czekać wiele tygodni. I niech mnie szlag, jeśli nasz profil nie pasuje do pewnej sprawy stąd, z Charlotte, także nierozwiązanej.

– Dziewczynka Nance’ów – wycedził Slidell, prawie nie otwierając ust.

– Nigdy nie doszło do żadnego aresztowania w tej sprawie. – Były to pierwsze słowa Tinkera od chwili, gdy powiedział Slidellowi, że jego miejsce pracy znajduje się niedaleko.

Slidell otworzył usta, by odparować, ale najwyraźniej zmienił zdanie i zamknął je.

Zerknęłam na pojemnik. 090430070901. Lizzie Nance. Osobista porażka, która dręczyła Slidella.

W dniu 17 kwietnia 2009 roku Elizabeth Ellen „Lizzie” Nance wyszła z zajęć baletu i skierowała się do mieszkania swojej matki, znajdującego się trzy ulice dalej. Nigdy tam nie dotarła. Wszystkie media relacjonowały tę sprawę. Setki osób odbierały telefony, rozrzucały ulotki, przeszukiwały lasy i stawy niedaleko mieszkania Lizzie. Bezskutecznie.

Dwa tygodnie po zniknięciu dziewczynki w rezerwacie przyrodniczym na północny zachód od Charlotte znaleziono rozkładające się zwłoki. Ciało leżało na wznak ze złączonymi stopami i wetkniętymi pod boki ramionami. Gnijące szczątki ubrane były w czarny trykot, rajstopy i różową bawełnianą bieliznę. Na nogach miały jasnoniebieskie crocsy. Znalezioną pod paznokciami ofiary substancję zidentyfikowano później jako tkankę z ludzkiej twarzy.

Śledztwo prowadził Slidell. Ja analizowałam kości.

Wiele dni spędziłam wtedy zgięta nad mikroskopem, ale nie zauważyłam ani jednego draśnięcia, nacięcia czy złamania w żadnym miejscu szkieletu. A Tim Larabee, medyk sądowy okręgu Mecklenburg, nie był w stanie definitywnie określić, czy doszło do wykorzystania seksualnego. Przypadek ten zakwalifikowano jako zabójstwo z nieustalonych przyczyn.

Lizzie Nance zginęła, mając jedenaście lat.

– Na szczęście Honor także wprowadził do systemu swoje nierozwiązane sprawy. A ten wykrył podobieństwa. – Rodas uniósł obie ręce. – I oto jestem.

Zapadła chwila ciszy. Przerwał ją Tinker.

– To wszystko? Dwie dziewczynki w mniej więcej tym samym wieku? Mające na sobie ubranie po śmierci?

Nikt mu nie odpowiedział.

– Czy ta mała Nance’ów była martwa już zbyt długo, żeby wykluczyć gwałt?

Opierając na stole otwarte dłonie, Slidell pochylił się w stronę Tinkera. Przeszkodziłam mu.

– Wyniki sekcji zwłok wskazywały na elementy komplikujące. Jednak dziecko miało na sobie komplet odzieży, a doktor Larabee był przekonany, że do gwałtu nie doszło.

Tinker wzruszył ramionami, nie zdając sobie sprawy albo nie przejmując się, że jego nonszalancja jest obraźliwa dla wszystkich.

– Słabe podstawy.

– Nie tylko profil z VICAP-u przywiódł mnie do Charlotte – podjął Rodas. – Zanim znaleźliśmy Nellie, jej ciało przez półtora dnia leżało w padającym deszczu. Odzież nasiąknęła wodą i cieczami rozkładowymi. Bez specjalnej nadziei przekazałem ją do naszego laboratorium medycyny sądowej w Waterbury. Ku memu zaskoczeniu znaleźli DNA.

– Na pewno tylko jej – domyślił się Slidell.

– Tak. – Rodas umieścił przedramiona na stole i pochylił się do przodu. – Półtora roku temu ponownie przeglądałem akta. Tym razem wyłapałem coś, co uznałem za przełomowe. Pozostałości substancji na ręce Nellie nie pochodziły z jej ubrania. Zadzwoniłem do medyka sądowego. Znalazła próbki pobrane podczas sekcji zwłok przez jej poprzednika. Wiedziałem, że to strzał w ciemno, ale poprosiłem, żeby przesłała je do Waterbury.

Rodas popatrzył prosto na mnie.

Wytrzymałam jego spojrzenie.

– Materiał zawierał DNA nienależące do Nellie.

– Przesłał pan profil przez system? – Tinker zadał niepotrzebne pytanie.

Ruchem podbródka Rodas wskazał raport w moim ręku.

– Proszę spojrzeć na rozdział zatytułowany „Najnowsze wyniki badań DNA”, pani doktor Brennan.

Ciekawa, dlaczego tylko mnie wyróżniono, zrobiłam, co mi kazano.

Odczytałam nazwisko.

I poczułam, jak moje wnętrzności zalewa fala adrenaliny.

Rozdział 2

Raport był krótki, wydrukowany po francusku i po angielsku.

Próbując znaleźć w nim sens, ponownie przeczytałam akapit końcowy. W obu językach.

Otrzymano zgodność próbki DNA numer 7426 z obywatelką kanadyjską numer 64899, zidentyfikowaną jako Anique Pomerleau. Biała kobieta, data urodzenia 12.10.75. Nie jest osadzona.

Anique Pomerleau.

Moje oczy napotkały wzrok Rodasa. Wciąż wpatrywał się we mnie.

– Wyobraża pani sobie, jak to na mnie podziałało? Przez lata zupełnie nic, a potem nagle dostaję wiadomość, że znaleźli DNA nienależące do Nellie. Poprosiłem analityka, żeby przesłał ten profil przez CODIS.

Podobnie jak VICAP, CODIS (Łączony System Indeksowania DNA) to baza danych prowadzona przez FBI. Przechowuje się w nim profile sprawców, a do generowania tropów wykorzystuje dwa osobne indeksy.

Indeks skazanych zawiera profile poszczególnych osób, które popełniły rozmaite przestępstwa: od drobnych wykroczeń po gwałty i morderstwa, a indeks medyczno-sądowy – profile powstałe na podstawie substancji zebranych z miejsc zdarzenia, takich jak sperma, ślina czy krew. Kiedy jakiś detektyw bądź analityk wprowadza niezidentyfikowany profil, oprogramowanie CODIS bada oba indeksy w poszukiwaniu podobieństw.

Trafienie w obrębie indeksu medyczno-sądowego łączy jedno przestępstwo z innym, co może na przykład wskazywać na seryjnego sprawcę. W oparciu o takie wskazanie różne jednostki policji mogą koordynować swoje działania i dzielić się informacjami. Trafienie zachodzące pomiędzy indeksem medyczno-sądowym a indeksem skazanych sprawców dostarcza śledczym wskazówek dotyczących tego ostatniego. Podejrzanego. Nazwisko.

Anique Pomerleau.

– Ale ona nie jest Amerykanką. – Była to niemądra uwaga, jednak właśnie taka padła z moich ust. Chodziło mi o to, w jaki sposób Rodas uzyskał trafienie w obywatelkę kanadyjską. Nasi północni sąsiedzi korzystają z programu CODIS, ale mają też własną, krajową bazę danych o kodach DNA.

– W Stanach nie znaleźliśmy nikogo pasującego, postanowiłem więc wysłać profil do Kanady. Rutyna. Hardwick leży niecałą godzinę jazdy od granicy. – Rodas wskazał na raport, który trzymałam. – To pochodzi z Kanadyjskiego Krajowego Banku Danych DNA.

Wiedziałam o tym. Podczas swojej pracy w Laboratoire de Sciences Judiciaires et de Médecine Légale w Montrealu widziałam dziesiątki takich raportów. Pseudoefedryna i oksymetazolin, które wzięłam na przeziębienie, ograniczały nieco moją zdolność jasnego artykułowania myśli.

– W jaki sposób znalazł pan powiązanie ze mną? – uściśliłam swoją wypowiedź.

– Trafienie miało miejsce w Kanadzie, wydawało się zatem logiczne, żeby zacząć kopać tam. Mam kolegę w Królewskiej Kanadyjskiej Policji Konnej. Wprowadził dane i znalazł niejaką Anique Pomerleau, która pasuje do kryteriów. Poszukiwana przez Sûreté du Québec nakazem z roku dwa tysiące czwartego.

– Chwileczkę. Mówi pan, że pięć lat po tym, jak Kanadyjczycy zaczęli szukać tej małej, ta Pomerleau zostawia swoje DNA na innym martwym dziecku w Vermoncie? – Tinker, król współczucia.

– To trop, nad którym ów detektyw wciąż pracuje, ale najwyraźniej niedawno wszedł też na AWOL. – Rodas posłał mu krzywy uśmiech. – Odnoszę wrażenie, że to osobna historia.

Poczułam lekkie pulsowanie w nadgarstku. Wpatrywałam się w delikatną niebieską żyłkę biegnącą pod moją skórą.

– Nikt nie pamiętał ani tej sprawy, ani sprawcy. Jednak koroner pomógł mi skontaktować się z pewnym patologiem, który pracuje tam od zawsze. Nazywa się Pierre LaManche. LaManche powiedział mi, że Pomerleau była podejrzana w sprawie dotyczącej zabójstw kilku młodych dziewcząt. Współwinnym był niejaki Neal Wesly Catts. Wtedy, w dwa tysiące czwartym, Catts albo się zastrzelił, albo zrobiła to Pomerleau. A potem zniknęła. Powiedziałem LaManche’owi o DNA znalezionym na ręce Nellie Gower oraz o trafieniu z VICAP-u wskazującym na waszą nierozwiązaną sprawę tu, w Charlotte. Poradził mi skontaktować się z doktor Brennan.

Anique Pomerleau.

Potwór.

Jedyna, której udało się uciec.

Starałam się, aby moja twarz była pozbawiona wyrazu. Wzrok skupiłam na naczyniu krwionośnym wijącym się w mym ciele.

– Sądzicie, że Pomerleau załatwiła zarówno Gower, jak i tę małą od Nance’ów – rzekł Tinker, znów stwierdzając rzecz oczywistą.

– Myślę, że istnieje taka ewentualność.

– I gdzie ona się przez cały ten czas ukrywa?

– Rozesłaliśmy za nią list gończy i nakaz aresztowania, ale nie spotkałem się w Kanadzie ze specjalnie miłym odzewem. Nie mam im tego za złe. Minęło już dziesięć lat. Być może Pomerleau nie żyje, może zmieniła nazwisko, a jedyne jej zdjęcie, jakim dysponujemy, pochodzi z tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego dziewiątego roku.

Pamiętałam o tym. Jedyna fotografia, którą mieliśmy. Zrobiona, kiedy Pomerleau miała około piętnastu lat.

– Więc tak. Po wyjeździe z Montrealu Pomerleau znika gdzieś na trzy lata, a potem znów wypływa i zabija dzieciaka w Vermoncie. – Z tonu jego głosu domyśliłam się, że Slidell nie traktuje tej teorii zbyt poważnie.

– Kiedy ostatni raz sprawdzałem, Karolina Północna wciąż leżała spory kawałek od tundry – powiedział Tinker. – Jak Pomerleau miałaby tam dotrzeć? – Kiedy nikt mu nie odpowiedział, ciągnął dalej. – DNA łączy tę Pomerleau z małą Gower. Ale co łączy Gower z Nance? Mówiłem to już wcześniej i powiem jeszcze raz. To smutne, ale dzieci są mordowane codziennie. Skąd pewność, że mamy do czynienia z jednym sprawcą?

Nagle ciśnienie w moich zatokach stało się nieznośne, na granicy eksplozji. Dyskretnie przycisnęłam rękę do policzka. Moja skóra wprost parzyła. Czyżby wirus brał jednak górę? Z powodu szoku wywołanego tym, co usłyszałam?

Gdy sięgałam po chusteczkę do nosa, Rodas wymieniał na palcach poszczególne punkty argumentacji, poczynając od prawego kciuka.

– Obie ofiary były płci żeńskiej. Obie były w wieku od jedenastu do czternastu lat. Obie zniknęły za dnia, z publicznej drogi: albo szosy, albo ulicy w mieście. Obie pozostawiono na ziemi w jakimś nieosłoniętym miejscu, w kamieniołomie, na polu. Obie leżały twarzą do góry, z wyprostowanymi ramionami i nogami, i starannie uczesanymi włosami.

– Upozowane – rzekł Barrow.

– Zdecydowanie.

Rodas podniósł lewą rękę.

– Obie ofiary były ubrane. Obie miały na palcach pozostałości jakiejś tkanki. Na żadnej nie widniały ślady urazów ani wykorzystania seksualnego. – Wyciągnął z kartonu plastikową koszulkę i położył ją na stole. W środku znajdowała się kolorowa fotografia rozmiarów pięć na siedem cali.

Barrow wygrzebał z pojemnika podobne zdjęcie i umieścił je obok pierwszego. Jakby na komendę, wszyscy nachyliliśmy się, by je zobaczyć.

Były to bez wątpienia fotografie klasowe, szkolne. Takie, jakie robimy sobie wszyscy, będąc dziećmi. Jakie uczniowie każdego roku, na zakończenie nauki, przynoszą do domu. Ich tła się różniły. Na jednej widać było pień drzewa, na drugiej pomarszczony czerwony aksamit. Ale wszystkie dzieci spoglądały prosto w aparat z tym samym zakłopotanym uśmiechem.

– Muszę przyznać – przyznał Tinker – że te małe są do siebie podobne.

– Podobne? – Slidell wypchnął powietrze ustami. – Wyglądają jak cholerne klony.

– Obie ofiary odznaczały się zbliżonym wzrostem i wagą – powiedział Rodas. – Nie nosiły grzywek, okularów, aparatów na zęby, które są w tej grupie wiekowej chyba dość powszechne.

To prawda. Obie dziewczynki miały jasną skórę, ostre rysy twarzy oraz długie ciemne włosy z przedziałkiem pośrodku, opadające na plecy. Gower zatknęła sobie kilka kosmyków za uszy.

Spojrzałam na Lizzie Nance. Studiowałam tę twarz tysiące razy. Zauważyłam szereg karmelowych piegów. Czarną plastikową opaskę na końcu każdego warkocza. Odrobinę szelmostwa w dużych zielonych oczach.

I poczułam ten sam żal. Tę samą frustrację. Kotłowały się we mnie też nowe emocje.

Nieproszone, w mej głowie zaczęły pojawiać się obrazy. Wychudzone ciało zwinięte w kłębek na prowizorycznej ławce. Żółto-pomarańczowe płomienie tańczące na ścianie. Opryskany krwią kryształ, rzucający wolno kręcące się cienie na słabo oświetlony salon.

Mój wzrok powędrował obok Slidella na tył pomieszczenia.

Choć z miejsca, w którym siedziałam, nie mogłam tego zobaczyć, wiedziałam, iż okno wychodzi na parking przed budynkiem. Że widać z niego zabudowania centrum. A także drogę międzystanową, przemykającą się między trakcjami energetycznymi Northeast. Gdzieś dalej biegła odległa granica kanadyjska. Oraz ślepa uliczka niedaleko opuszczonego dworca kolejowego. Rue de Sébastopol.

Dźwięk ciszy przywrócił mnie rzeczywistości.

– Potrzebujesz przerwy? – Barrow przyglądał mi się uważnie z dziwnym wyrazem twarzy. Tak jak pozostali.

Kiwnęłam głową, szybko wstałam i wyszłam z pokoju.

Idąc śpiesznie korytarzem, widziałam w swoim umyśle kolejne obrazy. Psia obroża otaczająca smukłą szyję. Ciemne oczy uchodźcy, okrągłe i przerażone na białej twarzy w kostnicy.

Zamknęłam za sobą drzwi łazienki na klucz, podeszłam do umywalki i włożyłam ręce pod kran. Patrzyłam, a potem przestawałam, i znów patrzyłam, jak obmywa je woda. Pełną minutę.

Potem złożyłam dłonie i napiłam się jej.

Wreszcie wyprostowałam się i spojrzałam w lustro. Kobieta po drugiej stronie oddała mi spojrzenie, trupio blada niczym porcelana umywalki, której trzymała się kurczowo.

Przyglądałam się jej obliczu. Ani młode, ani stare. Włosy jasnopopielate, z odrobiną siwizny. Szmaragdowe oczy. Zdradzające co? Żal? Gniew? Przekrwienie i gorączkę?

– Weź się w garść. – Wargi w odbiciu wypowiedziały te same słowa. – Rób swoje. Dopadnij tę sukę.

Zakręciłam kran. Wydarłam z pojemnika papierowy ręcznik i osuszyłam twarz. Wydmuchałam nos.

Wróciłam do sali zebrań.

– …mówiłem, że to niezwykłe, że nie znaleziono dowodów na wykorzystanie seksualne – Tinker wydawał się podenerwowany.

Zajęłam ponownie swoje miejsce.

– Kto wie, co dla tych popierdoleńców jest seksualne, a co nie. – Slidell rozparł się w krześle, przeciągając zaciśniętą pięścią po blacie stołu.

– Jeśli sprawca jest kobietą, należy na całą zabawę spojrzeć zupełnie inaczej – powiedział Tinker.

– No tak, ale to nasza zabawa – żachnął się Slidell. Po chwili przerwy podjął: – Gower to przypadek z dwa tysiące siódmego roku?

– I co z tego?

Slidell rzucił Tinkerowi miażdżące spojrzenie.

– Gower zginęła w dwa tysiące siódmym. Jest więc trzyletnia przerwa między Vermontem a tym, co się stało wcześniej w Montrealu. Mija kolejne półtora roku i ginie Nance.

– Do czego zmierzasz?

– Linia czasu, ty głąbie. – Zanim Tinker zdołał rzucić mu ciętą ripostę, Slidell już wstał. – Ja tu skończyłem.

– Co za poranek – rzekł Barrow, próbując rozładować napięcie, eskalujące ku otwartemu konfliktowi. – Spotkamy się ponownie, gdy detektyw Slidell oraz pani doktor przejrzą akta Nance.

Barrow i Slidell wymienili spojrzenia. A potem Chudy wyszedł.

– I to by było na tyle. – Ledwie skinąwszy nam głową, Tinker odepchnął swoje krzesło do tyłu.

Rodas patrzył, jak tamten wychodzi przez drzwi, po czym podniósł pytająco brwi w stronę Barrowa. Barrow pokazał mu, by nie ruszał się z miejsca. Rodas oparł się z powrotem. Ja też.

Kilka minut później wrócił Slidell z folderem w ręku, do którego było przypięte zdjęcie.

Opadł na najbliższe krzesło, zdjął spinacz i umieścił fotografię obok dwóch pozostałych.

Znów poczułam uderzenie adrenaliny.

Dziewczynka miała brązowe oczy, lekko oliwkową skórę i długie kasztanowe włosy z wyraźnym przedziałkiem pośrodku. Jej wiek szacowałam na między dwanaście a trzynaście lat.

– Michelle Leal. W skrócie Shelly – rzekł Slidell. – Trzynastolatka. Mieszka z rodzicami i dwojgiem rodzeństwa w Plaza-Midwood. W zeszły piątek po południu matka wysłała ją do sklepu spożywczego na rogu Central i Morningside. Około szesnastej piętnaście kupiła tam mleko i M&M-sy. Nie wróciła do domu.

Większość weekendu spędziłam uziemiona, na prochach przeciwko przeziębieniu, odpływając od razu, gdy tylko włączałam telewizor. Jak przez mgłę przypomniałam sobie doniesienia o zaginionym dziecku, relację z poszukiwań, płaczliwy apel matki.

A teraz zobaczyłam twarz tej dziewczynki.

– Nie znalazła się – przełknęłam ślinę.

– Nie – odparł Slidell.

– Myślisz, że to ma związek?

– Popatrz na nią. Modus operandi też pasuje.

Podniosłam wzrok i napotkałam oczy Barrowa.

– Ty sądzisz, że tu chodzi o mnie – powiedziałam spokojnie.

Barrow spróbował posłać mi pocieszający uśmiech. Nie wyszło mu.

– Podejrzewasz, że Pomerleau dowiedziała się, gdzie mieszkam, przyjechała tutaj i zabiła Lizzie Nance. A teraz porwała Shelly Leal.

– Musimy wziąć tę możliwość pod uwagę – odparł cicho Barrow.

– Dlatego poprosiłeś, żebym tu przyszła z samego rana.

– To tylko jeden z powodów – Barrow mi przerwał. – W przypadku spraw z Archiwum X mamy mnóstwo czasu. Żadnej presji ze strony opinii publicznej, mediów, facetów na górze. Ale z Shelly Leal tak nie będzie.

Kiwnęłam głową.

– Może ta mała już nie żyje – powiedział Slidell. – A może nie. Gower znaleziono osiem dni po zniknięciu. Jeśli Leal żyje, mamy naprawdę wąskie okno czasowe.

Barrow znów wkroczył do akcji.

– Myślenie Pomerleau nie jest ci obce, wiesz, jaki ma sposób działania.

– Jestem antropologiem, nie psychologiem.

Barrow uniósł obie dłonie.

– Rozumiem. Ale byłaś tam. To jeden z powodów, dla których potrzebujemy twojej pomocy.

– A drugi?

– Sprawę Pomerleau prowadził pewien detektyw, niejaki Adrew Ryan. Podobno znasz faceta osobiście.

Gorąco zalało mi twarz. Nie wiedziałam, że tak się stanie.

– Chcemy, żebyś go znalazła.

Rozdział 3

– Nie zajmuję się śledzeniem miejsc pobytu detektywa Ryana.

Moje serce wciąż pompowało krew do policzków. Nie cierpiałam tego. Nienawidziłam faktu, że tak łatwo było mnie przejrzeć.

Barrow miał nawyk ciągłego chrząkania. Zrobił to znowu.

– Pracowałaś z tym Ryanem dość długo, prawda?

Skinęłam głową.

– Nie wiesz, dlaczego zniknął?

– Zmarła mu córka.

– Nagle?

– Tak. Przedawkowanie heroiny.

– Wiek?

– Dwadzieścia lat.

– To każdego zwaliłoby z nóg.

Zerknęłam na zegarek. Odruchowo. Przecież wiedziałam, która jest godzina.

– Mijają prawie dwa miesiące, a nikt nie ma zielonego pojęcia, dokąd ten Ryan mógł wyjechać.

Milczałam.

– Mówił ci kiedyś o swoich ulubionych miejscach? Takich, które chciał odwiedzić. Dokąd jeździł na wakacje?

– Ryan to nie jest typ wczasowicza.

– Facet ma niezłą reputację. – Rodas uśmiechnął się szeroko. – Według tego, co się tutaj parlez-vous, wyjaśnił każdą sprawę o morderstwo od czasów Czarnej Dalii.

– Elizabeth Short została zabita w Los Angeles.

Cień zawstydzenia zabarwił także policzki Rodasa. A może to było coś innego.

– Ryan rozpracowywał Pomerleau – rzekł Barrow. – Naprawdę powinniśmy go wykorzystać.

– Powodzenia. – Powiedziałam to zgryźliwie, ale nie reaguję dobrze na presję.

– LaManche odniósł wrażenie, że jesteście z Ryanem blisko.

Udało mi się zapanować nad impulsem, aby wstać i wyjść.

– Przykro mi. Źle to zinterpretował.

Nie, detektywie Rodas, to zostało dobrze zinterpretowane. Ryana i mnie łączyło coś więcej niż wspólne śledztwa. Także wspomnienia i uczucia. A raz nawet łóżko.

– Chodziło mi o to, że zdaniem LaManche’a, jeśli ktoś może znaleźć Ryana, to tylko ty.

– Wyprowadzić go z marazmu?

– Tak.

– To się zdarza tylko w książkach.

Oryginały akt nigdy nie opuszczają sali zebrań sekcji Archiwum X. Opowiedziawszy Slidellowi, Barrowowi i Rodasowi wszystko, co pamiętałam o Anique Pomerleau, zabrałam się do kserowania zawartości plastikowego pojemnika.

Slidell wyszedł zadzwonić. I już nie wrócił.

Tuż przed godziną pierwszą odezwał się mój telefon. Tim Larabee chciał, żebym zbadała szczątki znalezione w bagażniku jakiegoś subaru stojącego na szrocie.

Głowę miałam jak z ołowiu, gardło z gorącego żużlu. Byłam też bliska omdlenia z powodu oparów tonera kserokopiarki.

Chrzanić to.

Zaniosłam duplikat akt Nance na biurko Slidella. Potem wyszukałam jakieś pudełko, włożyłam do niego swoją kopię i wyszłam.

Zamiast udać się do wydziału medycyny sądowej na zachód od centrum miasta, wykonałam błagalny telefon do Larabee’ego, jako wymówki użyłam dręczącej mnie choroby. Potem skierowałam swoją mazdę w stronę enklawy przesadnie drogich domów, usytuowanych pod drzewami tak ogromnymi, że ich listowie zmieniało tamtejsze uliczki w tunele. Myers Park. Moja dzielnica.

Po paru chwilach zjechałam z Queens Road na kolisty podjazd przed pompatycznym ceglanym domem w stylu króla Jerzego, górującym nad Sharon Hall. Moim kompleksem mieszkalnym.

Minęłam wozownię i zatrzymałam się przed maleńką dwukondygnacyjną budowlą tkwiącą w narożniku posesji. „Przybudówka”, data powstania i pierwotny cel nieznane. Mój dom.

Weszłam do środka i zawołałam:

– Hej, Bird.

Brak kota.

Rzuciłam pudełko na kontuar i rozejrzałam się po kuchni. Żaluzje były przysłonięte, wpuszczały jednak złote promienie światła, kładące się na dębowej podłodze.

Lodówka pomrukiwała. Poza tym w mieszkaniu panowała cisza niczym w grobie.

Wepchałam się między przesuwnymi drzwiami, przecięłam jadalnię i wspięłam się na piętro.

Birdie leżał skulony na moim łóżku. Słysząc ruch, podniósł głowę znad łap. Wyglądał na zaskoczonego. Może poirytowanego. Trudno powiedzieć coś o kotowatych.

Walnęłam torebkę na fotel, a potem to samo zrobiłam z ubraniem. Wciągnąwszy na siebie dres, połknęłam dwie tabletki udrożniające drogi oddechowe i wsunęłam się pod kołdrę.

Z zamkniętymi oczyma nasłuchiwałam znajomych odgłosów, próbując nie myśleć o Anique Pomerleau. Próbując nie myśleć o Andrew Ryanie. Systematyczne kap, kap, kap z kranu w łazience. Miękkie zgrzyt, zgrzyt gałązki magnolii, trącej o szybę. Rytmiczne prrrrr powietrza, przepływającego przez drogi oddechowe Birdiego.

Nagle wszystko zmieniło się w piosenkę. „Nie przestawaj wierzyć…”

Otworzyłam oczy.

W pokoju panował półmrok. Cienie miały cienką szarą obwódkę.

– Chwileczkę…

Przeturlałam się na jeden bok. Lśniące pomarańczowe cyfry na zegarze pokazywały 4.45.

Jęknęłam.

Muzyka nagle ucichła. Sięgnęłam do torebki, wyszarpnęłam swój iPhone i sprawdziłam, kto dzwonił.

I znów jęknęłam.

Padając na skraj łóżka, wcisnęłam „oddzwoń”. Slidell odebrał natychmiast. Hałas w tle sugerował, że jest w samochodzie.

– Jo.

– Dzwoniłeś.

– Powiedz, że to nie jest jakaś nowa epidemia.

Mój otumaniony lekami umysł nie potrafił na to zareagować.

– Najpierw znika Ryan, a potem ty.

Coś podobnego.

– Nie ma za co, jeśli chodzi o te fotokopie – powiedziałam.

Slidell wydał z siebie odgłos, który zinterpretowałam jako podziękowanie.

– Sam dokonałeś aktu zniknięcia. – Wyszarpnęłam chusteczkę z pudełka i trzymałam ją przy nosie.

– Musiałem sprawdzić pewien trop w sprawie Leal.

– Jaki trop?

– Facet spacerujący po Morningside w piątek po południu zauważył, jak jakieś dziecko wsiada do samochodu. Jego zdaniem wyglądało na zdenerwowane.

– To znaczy?

– To znaczy, że ten bałwan ma iloraz inteligencji zupy z soczewicy. Ale zakres czasowy pasuje, a także opis dziecka, jaki gość przedstawił.

– Zapamiętał numer rejestracyjny?

– Dwie cyfry. Co się dzieje z twoim głosem, do diabła?

– To może być przełom.

– Albo halucynacje.

– Jak jest między tobą a Tinkerem?

– Facet przypomina to coś, co wypełzło z latającego talerza w Roswell.

Niechęć Slidella wcale mnie nie zdziwiła. Jego wiedza o domniemanym spotkaniu z UFO – owszem.

– Chodzi tylko o Tinkera?

– Wszystko to jedno wielkie gówno.

– Co masz na myśli?

– Ostatnio SBŚ stanowiło świetny żer dla mediów. A teraz jakiś dupek z Raleigh uznał, że rozwiązanie sprawy seryjnych morderstw na dzieciach będzie im świetnie pasowało do wizerunku.

W 2010 roku SBŚ zatrzęsło się w posadach z powodu skandalu, jaki wybuchł w dziale serologicznym i badań krwi tamtejszego laboratorium medycyny sądowej. Prokurator generalny Karoliny Północnej wszczął postępowanie, a jego wyniki okazały się szokujące. Fałszywe raporty laboratoryjne. Brak informowania o wykluczających się rezultatach badań. Kierownik jednostki, który kłamał w sprawie własnego wykształcenia i złożył fałszywe zeznania. Ogromna stronniczość w kierunku pożądanym przez organy ścigania.

Obrońcy sądowi w całym stanie zatańczyli z radości.

Zaczęły wpływać apelacje. Zmieniano wyroki skazujące. Rozpoczęły się lawinowe procesy sądowe, które miały kosztować Karolinę Północną miliony.

Media ogarnęło szaleństwo.

W końcu spadły głowy, w tym również szefa laboratorium. Władze ustawodawcze wprowadziły szereg reform. Zreorganizowano procedury, zmieniono przepisy. SBŚ wciąż walczyła o utraconą wiarygodność.

Czy Slidell miał rację? Czy biuro wtryniało się w nasze dochodzenie, aby poprawić swój wizerunek?

– Myślisz, że Tinkera przysłano na nasze poranne zebranie z powodów politycznych?

– Nie. Myślę, że on po prostu lubi ogóreczki konserwowe, które podają u nas na parterze.

– Sprawa Nance jest zamrożona od lat. Angażowanie się w dawne, nierozwiązane śledztwo nie byłoby dla SBŚ zbyt ryzykowne?

– Jeśli opinia publiczna zobaczy rozwiązanie sprawy, uzna ich za bohaterów. Jeśli nie, to i tak cała wina spadnie na nas, durniów, którzy wszystko chrzanią.

Musiałam mu przyznać, że miał trochę racji.

– Udział SBŚ nie jest wcale taki zły. Może Tinker będzie w stanie pomóc. Wiesz, spojrzeć na sprawę z innej perspektywy.

– Gnojek już wsiadł mi na plecy.

– To znaczy?

– To znaczy, że jestem na samej górze na jego liście szybkiego wybierania w komórce.

– Może ma ci coś ważnego do przekazania?

– Próbuje mi się wpieprzać do śledztwa.

Czując, że dalsza dyskusja o Tinkerze będzie mało produktywna, zmieniłam temat.

– Co sądzisz o Rodasie?

– Powinien się przebrać. To nie jest sezon polowań na niedźwiedzie.

– Ależ jest. W niektórych okręgach.

– Facet wydaje się okej.

– Na imię ma Umpie.

– Nie zalewaj.

– Nie zalewam.

– Więc może będę musiał zmienić o nim zdanie. Słuchaj, kiedy ja jestem zajęty sprawą Leal, ty mogłabyś wrócić na chwilę do Nance. Może coś ci się rzuci w oczy.

– Pewnie. – Zamknęłam na chwilę powieki. Ponownie zmięłam chusteczkę. – Sądzisz, że znajdziecie ją żywą?

– Muszę wracać na tamtą ulicę.

Trzy piknięcia i głucha cisza.

Birdie był w kuchni i wpatrywał się w swoją miskę. Napełniłam ją.

Nie miałam apetytu, ale zmusiłam się do jedzenia. Tuńczyk na grzance. Delikates.

Kiedy skończyłam, wzięłam akta sprawy Nance do jadalni i rozłożyłam je na stole. Zaczęłam od opisu śledztwa, który czytałam już wcześniej.

Leki wciąż szalały w moim krwiobiegu. Także poranne przypomnienie tego całego horroru mocno podziałało na moje nerwy. Zamiast Lizzie Nance wciąż widziałam stary dom przy rue de Sébastopol. Zatęchłą piwnicę, w której Pomerleau i Catts trzymali swoje ofiary.

Cała sprawa zaczęła się dość niewinnie, jak zresztą wiele innych. Lokalik, gdzie sprzedawano pizzę na kawałki. Przeciekające rury. Dawno zapomniane schody.

Nie wiadomo, dlaczego hydraulik zszedł do tej piwnicy. Jak udało mu się zauważyć ludzką kość udową, wystającą z podłoża.

Właściciel wezwał policję. Policja mnie.

Odkopałam trzy niekompletne szkielety; jeden w skrzyni, dwa pochowane bezpośrednio w płytkich grobach. Przywiozłam je do swojego laboratorium, do analizy. Młode dziewczyny.

Przestępstwo? Początkowo nikt tak nie myślał. Kości były prawdopodobnie bardzo stare, podobnie jak ów zaszczurzony budynek, pod którym leżały.

Izotopy radioaktywne dowiodły, że było to błędne mniemanie.

Nad tą sprawą pracował także Ryan. Oraz miejscowy gliniarz, Luc Claudel.

W końcu ustaliliśmy nazwiska zmarłych. I nazwiska ich zabójców.

Pytania jednak pozostały.

Kości nie dostarczyły najmniejszej wskazówki co do przyczyny śmierci. Czy dziewczyny umarły z głodu? Czy je wykorzystywano? A może utraciły wolę życia, spędzenia kolejnego dnia w piekle?

O jednej z więzionych dowiedzieliśmy się z ogłoszenia w gazecie. Nigdy nie znaleziono jej szczątków. Kimberly Harris. Hamilton? Hawking? Gdzie jest ta młoda kobieta, której nazwiska nie mogłam sobie przypomnieć. Czy spoczywa w jakimś nieoznakowanym grobie? Tak jak inne?

Jedna z ofiar przeżyła. Myślę o niej od czasu do czasu. Zadaję sobie pytanie: czy po latach tortur i izolacji można w ogóle przyjść do siebie? Po tym, gdy dzieciństwo przeradza się w szaleństwo?

Moje myśli nawiedzał również Andrew Ryan. Kolejne fragmentaryczne obrazy.

Rysy jego twarzy, wyłaniającej się z ciemności, rozpraszanej tylko żółtą lampką na mojej werandzie.

Jego łzy, gdy mówił o śmierci Lily. Zawstydzenie, że płacze.

Jego plecy znikające w mroku nocy.

Ryan nie poinformował swoich przełożonych, nie wziął urlopu. Nikomu nie powiedział, dokąd wyjeżdża i kiedy wróci. Czy wróci.

W tym także mnie.

Walczyłam z bólem, wyrzucając Ryana ze swoich myśli.

Teraz, gdy próbowałam się skoncentrować, wszystko wróciło.

Zamordowane dzieci w Montrealu. Zamordowane dzieci w stanie Vermont, a być może również w Charlotte. Coś nie do pomyślenia. Przerażająca możliwość, iż Anique Pomerleau znów działa.

Presja, aby zlokalizować mężczyznę, o którym chciałam zapomnieć. Aby przekonać go do powrotu do świata, który celowo porzucił.

Przetaczały się przeze mnie fale gorączki.

O dziewiątej się poddałam.

Po wzięciu gorącego, pełnego pary prysznica połknęłam dwie kolejne tabletki i opadłam z powrotem na łóżko.

Poleżałam na nim tylko przez chwilkę, nim zadzwonił telefon stacjonarny.

Głos w słuchawce spadł znienacka na mój otumaniony, pozostający pod wpływem leków mózg.

Rozdział 4

Uwielbiam góry w Karolinie Północnej. Kocham jeździć wąskimi drogami, które wiją się niczym czarne wstążki na grzbietach gigantów.

Ale tego ranka całe to piękno marnowało się na mnie. Nie miałam czasu. Ani nastroju na wycieczkę po Paśmie Błękitnym.

Zegar na tablicy rozdzielczej wskazywał 7.44. Nie spałam już od dwóch godzin, jechałam od półtorej. Dziwne, lecz czułam się dobrze. A przynajmniej lepiej. Niech Bóg błogosławi chemię.

Tuż przed Marion skręciłam na wschód, zjeżdżając z szosy numer 226. Nad widnokręgiem unosiło się słońce, żółto-pomarańczowa kula, mrugająca do mnie zza zakrętów. Długie, pochyłe promienie rozpalały iskrami mgiełkę zalegającą jeszcze na przełęczach.

Minęłam pole, na którym pasła się czekoladowa klacz ze źrebakiem. Oboje unieśli głowy i uszy, łagodnie zaciekawieni, a potem powrócili do jedzenia.

Po paru chwilach wśród listowia z prawej strony drogi ukazał się znak. Pismo z giętego metalu informowało o wjeździe na farmę Heatherhill. Dyskretnie. Jeśli nie wiedziałeś, że tu jesteśmy, jedź dalej.

Skręciłam na niemalowany wąski pas asfaltu, biegnący wśród ogromnych azalii i rododendronów. Gdy otworzyłam okno, do wnętrza samochodu wpadła mieszanina zapachów, jakie występują tylko zaraz po świcie. Igliwie, mokre liście, wilgotna ziemia.

Wkrótce zaczęłam mijać budynki, niektóre małe, inne większe – wszystkie wyglądały jakby żywcem wyjęte z planu filmowego Świąt w Connecticut. Porośnięte bluszczem kominy, długie werandy, białe okładziny ścian zewnętrznych, czarne okiennice.

Wiedziałam, że na czterdziestu akrach Heatherhill wznosi się wiele budynków. Ośrodek leczenia chronicznego bólu. Siłownia. Biblioteka. Pracownia komputerowa. Wszelkie udogodnienia dla ludzi z forsą, którzy mają problemy.

Wiedziałam aż za dobrze.

Za czterokondygnacyjnym głównym szpitalem skręciłam w boczną uliczkę, minęłam niską budowlę, w której mieściły się sklepy i biura administracji, i raz jeszcze skręciłam w lewo. Alejka kończyła się pięćdziesiąt jardów dalej prostokątem z żużlu, otoczonym białym płotkiem ze sztachet.

Zaparkowałam, złapałam kurtkę i torebkę i wysiadłam.

Brukowana ścieżka wiodła przez bramkę w płocie do niewielkiego parterowego domu. Nad jego drzwiami widniał napis River House. Jeden uspokajający oddech i ruszyłam w tamtym kierunku.

W środku River House wyglądał jak typowa górska chatka. Mógł należeć do dowolnej osoby, tyle że z zamiłowaniem do reprodukcji antyków i dysponującej mnóstwem forsy.

Podłogę, wykonaną z szerokich desek, pokrywały dywany tureckie uszak oraz perskie saruk, które kosztowały więcej niż całe moje mieszkanie. Tapicerka mebli została przez jakiegoś dekoratora zaprojektowana tak, by udawały dotknięte działalnością grzybów i mchu. Te drewniane były odbarwione i sztucznie postarzone.

Przemknęłam przez salon, obok płomieni tańczących w gazowym, kamiennym kominku, i wyszłam przez podwójne szklane drzwi na tyłach domu. Na tarasie stał tekowy stolik i pasujące do niego krzesła, kilka donic, w których rosły bratki i nagietki, a także cztery szezlongi z poduszeczkami barwy jasnego melona.

Najdalszy szezlong był odsunięty o kilka stóp i ustawiony pod innym kątem. Siedziała na nim kobieta o białych, krótko przyciętych włosach. Przed nią, na poręczy tarasu, tkwił gruby ceramiczny kubek. Kobieta miała na sobie spodnie khaki oraz irlandzki sweter, który sięgał jej do połowy ud. Na stopach widać było buty na płaskim obcasie, dwubarwne; skóra na części zakrywającej palce doskonale pasowała do spodni.

Przyglądałam się jej przez chwilę. Kobieta siedziała nieruchomo, ze złożonymi dłońmi, wpatrzona w las gęsty od porannych cieni.

Podeszłam, odgłos moich kroków głośno zabrzmiał w panującej ciszy.

Kobieta się nie odwróciła.

– Przepraszam, że nie przyjechałam wczoraj. – Powiedziałam wesoło, niczym Myszka Miki dyrygująca swoją orkiestrą.

Żadnej odpowiedzi.

Przysunęłam sobie szezlong i ustawiłam go równolegle. Usiadłam na nim bokiem, twarzą do kobiety.

– Podoba mi się twoja nowa fryzura.

Nic.

– Droga w porządku. Pokonałam trasę w niecałe dwie godziny.

Wciąż żadnego znaku świadczącego, że wie o mojej obecności.

– Wczoraj wieczorem wydawałaś się zdenerwowana. Czujesz się już lepiej?

Na poręczy wylądował jakiś ptak. Kowalik, a może jemiołuszka.

– Jesteś na mnie zła?

Ptak przechylił głowę i przyglądał mi się jednym lśniącym czarnym okiem. Kobieta skrzyżowała stopy. Ptak zerwał się i odleciał.

– Planowałam przyjechać na Święto Dziękczynienia. – Wciąż mówiłam do jej profilu. – Czyli w następny czwartek.

– Wiem, kiedy to wypada. Nie jestem idiotką.

– Oczywiście, że nie.

Na krawędzi kubka usiadła teraz mucha. Patrzyłam, jak porusza się po jego obrębie, czułki i przednie nogi pracowały nad substratem. Niepewnie. Nie wiedząc, czego można się spodziewać. Doskonale ją rozumiałam.

– Wiedziałaś, że najwyższą górą Irlandii jest Carrauntoohil? – Kobieta rozłączyła dłonie i położyła je na podłokietnikach. Na jej skórze widać było plamy wątrobowe, idealne owale paznokci miały barwę „przydymionej róży”.

– Nie.

– Leży w hrabstwie Kerry. Wznosi się na trzy tysiące czterysta stóp nad poziom morza. Moim zdaniem niezbyt wielka ta góra.

Wyciągnęłam rękę i położyłam ją na jej dłoni. Poczułam kruchość kości.

– Jak się masz? – spytałam.

Jedno ramię odziane w sweter uniosło się z lekka.

– Powiedziałaś, że chcesz się ze mną czymś podzielić.

Wolna ręka kobiety poruszyła się i znieruchomiała, jakby niepewna, czy jest sens się podnieść. Opadła.

– Źle się czujesz?

Znów wzruszenie ramienia.

– Mamo?

Głębokie, gwałtowne westchnienie.

Podobno córka staje się z wiekiem wersją swojej matki. Innym odczytaniem tego samego przepisu. Nową interpretacją istniejącej wcześniej postaci.

Studiowałam tę twarz, tak starannie zakonserwowaną przez kremy, liftingi i zastrzyki. Przez kapelusze z szerokim rondem noszone latem oraz długie kaszmirowe szale noszone zimą. Skóra była luźniejsza, zmarszczki głębsze, powieki nieco obwisłe. Poza tym widziałam w niej to samo, co w lustrze w centrum policyjnym. Zielone oczy, mocny zarys szczęk.

Atmosfera napięcia. Uniesionej gardy.

Wiedziałam, że fizycznie przypominam swoją matkę. Zawsze jednak wierzyłam, że w tym miejscu wszelkie podobieństwo się kończy. Że jestem wyjątkiem, zaprzeczeniem reguły.

Nie byłam moją matką. I nigdy nie będę.

Lekarze ogólni, psychiatrzy, psychologowie. Tyle diagnoz. Choroba dwubiegunowa. Schizoafektywność. Schizofrenia z dwubiegunowością. Najmodniejsze w danym okresie zaburzenie. Proszę sobie wybrać ulubione.

Lit. Karbamazepina. Lamotrigan. Diazepam. Lorazepam.

Żadne leki nie działały zbyt długo. Żadna terapia nie przynosiła większych efektów. Przez parę tygodni matka bywała ciepłą, pełną życia osobą, którą kochałam, kobietą, która wnosiła promień słońca do każdego pomieszczenia. Szczęśliwą, zabawną, mądrą. A potem demony znów przychodziły po swoją własność.

Krótko mówiąc: moja matka jest naprawdę nieźle stuknięta.

Przez całe moje dzieciństwo, gdy tylko ciemność przybywała, mama pakowała swoją torebkę od Louisa Vuittona, całowała moją siostrę Harry i mnie, a potem znikała starym buickiem z tatą za kierownicą. Później za kierownicą siedziała babcia.

W przypadku Daisy Brennan, z domu Katharine Daessee Lee, publiczne szpitale nie wchodziły w grę. Przez te lata mama odwiedziła dziesiątki prywatnych placówek, w tym wszystkie, które w swojej nazwie obiecywały uzdrowienie za pomocą sił natury. Srebrna Brzoza. Szepczące Dęby. Słoneczna Dolina.

Mama nigdy nie pojawiała się tam drugi raz. Zawsze coś jej nie odpowiadało. A to jedzenie, a to pokój, a to opieka personelu.

Aż do czasu Heatherhill. Tutaj pasowało jej menu, miała swój własny pokój z łazienką. Po wielu pobytach pozwolono jej zostać tak długo, jak chce. Tak długo, jak fundusz powierniczy rodziny Lee za wszystko płacił.

Mama mówiła, nie patrząc mi w oczy, głosem przyciszonym i przesłodzonym niczym Charleston w sierpniu.

– „W tamtym drugim pokoju będę już mogła widzieć”.

Ten cytat spowodował, że poczułam w piersiach zimny dreszcz.

– Helen Keller. – Mama uwielbiała historię Keller, często ją opowiadała, gdy Harry i ja byłyśmy dziećmi.

Skinęła głową.

– Ona mówiła o śmierci.

– Jestem stara, kochanie. Wszystkich nas to czeka.

Czy to był jakiś podstęp? Nowy fortel mający na celu zwrócenie mojej uwagi? Urojenie?

– Spójrz na mnie, mamo. – Powiedziałam to ostrzej, niż zamierzałam.

Po raz pierwszy obróciła ku mnie twarz. Jej wyraz był spokojny, spojrzenie czyste i opanowane. Słoneczna mama.

Gdy byłam młodsza, domagałam się wyjaśnień. Teraz już wiedziałam.

– Porozmawiam z doktor Finch.

– Świetny pomysł. – Wypielęgnowana ręka uwolniła się z mojej i opadła na me kolano. – Nie ma sensu psuć tych krótkich chwil, które spędzamy razem.

Za nami otworzyły się szklane drzwi. I zamknęły.

– A co u ciebie, kochanie? Czym się obecnie zajmujesz?

– Niczym szczególnym. – Zamordowane dzieci. Zdeprawowana zabójczyni, której miałam nadzieję nigdy więcej nie spotkać.

– Nadal widujesz się z tym młodym człowiekiem?

To mnie zaskoczyło.

– Jakim młodym człowiekiem?

– Tym twoim francusko-kanadyjskim detektywem. Jesteście jeszcze razem?

Pytanie za milion dolarów. Ale skąd mama o tym wie?

– Czy to Harry mówiła ci, że się z kimś spotykam? – Naprawdę? Spotykam? Czy ten wyraz miał w ogóle jakiekolwiek zastosowanie do skomplikowanych rytuałów ludzi po czterdziestce?

– Oczywiście, że tak. Twoja siostra i ja nie mamy przed sobą tajemnic.

– Harry mogłaby zachować odrobinę dyskrecji.

– Harry jest w porządku.

O ile czterech mężów, obsesyjne folgowanie własnym zachciankom oraz nienasycona potrzeba uwagi ze strony mężczyzn klasyfikują się jako „w porządku”.

Mama nachyliła się ku mnie i poruszyła brwiami. Miało to oznaczać zaproszenie do intymnej bliskości.

Nie było sensu jej okłamywać.

– Ostatnio się z nim nie widuję.

– O rany. Rzucił cię?

– Zmarła mu córka. Musi pobyć chwilę sam.

– Zmarła? – Idealnie wyskubane brwi uniosły się do góry.

– Była chora. – W sumie to prawda.

– Och, to bardzo, bardzo smutne.

– Tak.

– Masz od niego czasem jakiegoś wiadomości? Jak ten dżentelmen się nazywa?

– Andrew Ryan.

– Uroczo. Komunikowałaś się z nim po śmierci jego dziecka?

– Jedne odwiedziny i jeden e-mail.

– Ojejku. Trudno to nazwać oddaniem.

– Mm.

– Powiedział ci, dokąd się wybiera?

– Nikomu nie powiedział – zabrzmiało to defensywnie.

– Inni ludzie go szukają?

Mamie nic nie mogło umknąć.

– Pewni detektywni chcieliby skorzystać z jego pomocy.

– Czy chodzi o jakiś koszmar, zbyt okropny, żeby go ubrać w słowa?

Mama zawsze wykazywała żywe zainteresowanie moją pracą. Moimi „biednymi, zagubionymi duszami”, jak nazywała niezidentyfikowanych umarłych.

Nie widząc przeszkód, opowiedziałam jej więc o śledztwach w sprawach z Archiwum X, w tym także tych z Vermontu i Charlotte. O Anique Pomerleau i o Montrealu. Nie wspomniałam tylko o Shelly Leal.

Mama zadawała te same co zwykle pytania: kto, kiedy, gdzie. A potem oparła się na szezlongu i ponownie skrzyżowała nogi w kostkach. Po pełnej minucie powiedziała:

– Ci inni detektywi sądzą, że twój Andrew Ryan potrafi ująć tę straszną kobietę?

– Tak.

– A ty?

– Być może. – Gdyby nie zniszczył sobie mózgu alkoholem i nie zapadł się w sobie w żalu i pogardzie dla samego siebie.

– W takim razie znajdziemy go.

Żachnęłam się.

Mama napięła mięśnie żuchwy.

– Przepraszam. Wiem, że masz inne rzeczy na głowie. Musisz najpierw wyzdrowieć. Nie mam wątpliwości, że potrafisz go znaleźć.

Bo nie miałam.

Gdy mama skończyła pięćdziesiąt osiem lat i wydobywała się ze szczególnie otchłannej przepaści lęku, kupiłam jej pierwszy komputer, iMac, na który wydałam więcej, niż mogłam sobie pozwolić. Miałam bardzo wątłą nadzieję, że uzna cyberświat za atrakcyjny, musiałam jednak koniecznie czymś ją zająć. Czymś innym niż ja.

Pokazałam jej, jak wysyła się maile, jak obsługuje edytor tekstu, arkusze kalkulacyjne, Internet. Wyjaśniłam działanie przeglądarek i wyszukiwarek. Ku memu zaskoczeniu mama była zafascynowana. Uczyła się jednej nowej rzeczy za drugą. iTunes, Myspace, Facebook, Twitter, Photoshop. Ostatecznie, jak zwykle, osiągnęła więcej w tym sporcie niż ja.

Nie nazwałabym swojej matki hakerką. Nie interesowały jej tajemnice Ministerstwa Obrony czy NASA. Nie zbierała numerów kart kredytowych ani bankomatowych. A jednak, gdy już wchodziła do gry, nic jej nie mogło oderwać od stron www.

– Masz jeszcze ten e-mail? – spytała mama.

– Chyba gdzieś mam. Ale napisał tylko, że…

– Zaraz wracam.