Strona główna » Dla dzieci i młodzieży » Kot Winston. Mruczący agent.

Kot Winston. Mruczący agent.

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-8057-236-2

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Kot Winston. Mruczący agent.

Gdy w domu profesora i jego kota Winstona pojawiła się nowa gospodyni Anna i jej córka Daria, spokojne życie na kanapie skończyło się bezpowrotnie. Winston, do tej pory raczej samotnik, zyskał przyjaciół, nawet tam, gdzie nigdy by się ich nie spodziewał: w podwórzowym śmietniku. I choć, jak każdy kot, Winston nie lubi zmian, sam przyznaje, że jego życie nabrało kolorów... Gdy Emilka, koleżanka z klasy Darii, zostaje porwana, Winstonowi i jego przyjaciołom nie pozostaje nic innego, jak odważnie rzucić się w wir przygody. Porywacz żąda sowitego okupu, a policja daremnie szuka punktu zaczepienia. Ktoś musi pomóc, a kto, jeśli nie najmądrzejszy i najmężniejszy brytyjski kot krótkowłosy, jakiego znamy?

Polecane książki

„Ty jesteś Piotr [czyli Opoka] i na tej opoce zbuduję Kościół mój” (Mt 16,18) – wraz z imieniem Piotr otrzymał wskazanie swego powołania. Mądry wybór imienia i świętego patrona wyznacza wzór, ku któremu warto podążać. Księga patronów stanowi niezrównane kompendium wiedzy o imionach, świętych i urocz...
„Złodziejka głosu” Kaliny Kowalskiej to nowy tomik poezji autorki - wybór wierszy z lat 2010 -2016. Wnikliwy, poetycko - filozoficzny namysł nad złożonością ludzkich przeżyć i doświadczeń. Subtelna i oryginalna - utrzymana w tonie liryki bezpośredniej - refleksja na temat człowieka i świata dotkni...
Lady Lucy MacMorlan przysięgła nigdy nie wychodzić za mąż. Wykształcona i oczytana, chętnie pomaga pisywać miłosne listy bratu. Gdyby Lucy wiedziała, że jego wybranką jest narzeczona markiza Mathvena, nigdy by się nie zgodziła. Kiedy markiz dowiaduje się o korespondencji, postanawia za wszelką c...
Trzy miasta, trzy miłości, jedna obsesja. Rozpięta między Warszawą, Nowym Yorkiem i Tel Awiwem brawurowa historia młodej teatrolożki Zuli Pogorzelskiej, która desperacko szukając miłości i miejsca na ziemi, wikła się w burzliwy związek ze znanym reżyserem Romanem. Toksyczny romans, prawie małżeńs...
Poradnik do NBA Live 06 dokładnie opisuje elementy, na które natrafimy w grze, charakteryzuje występujące w niej tryby, a także podaje serię rad, które pozwolą nawet zupełnie zielonemu graczowi szybko odnaleźć się w świecie magików z ligi NBA. NBA Live 06 - poradnik do gry zawiera poszukiwane przez ...
Publikacja porusza doniosłą problematykę instytucji absolutorium udzielanego członkom zarządu spółki z ograniczoną odpowiedzialnością. Obecnie na rynku brak jest całościowej monografii, która omawiałaby przedmiotowe zagadnienie. Tym samym zasadne jest zwrócenie uwagi na problemy członków zarządu, kt...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Frauke Scheunemann

Tytuł oryginału: Winston. Agent auf leisen Pfoten

Copyright © 2014 Loewe Verlag GmbH, Bindlach

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Debit

Copyright © 2018 for the Polish translation by Wydawnictwo Debit

Tłumaczenie: Agata Janiszewska

Redakcja: Alicja Kaszyńska

Korekta: Teresa Dziemińska

Rysunki na okładce: © iStockphoto.com

Wykonanie okładki: Monika Drobnik

Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez uprzedniej pisemnej zgody właściciela praw jest zabronione. Informacji udziela Wydawnictwo Debit.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A jeśli ją kopiujesz, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

ISBN 978-83-8057-236-2

Wydawnictwo Debit Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1

40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

Zapraszamy do księgarni internetowej na naszej stronie:

www.wydawnictwo-debit.pl

www.facebook.com/WydawnictwoDebit

www.istagram.com/wydawnictwodebit

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Babciom tego świata.

Kimże bylibyśmy bez Was?

PrologJestem bohaterem. A co, może nie?

– Zaraz cię złapię, ty durne bydlę! – mężczyzna wyciąga w kierunku Odetty łapę wielką jak bochen chleba. Wystraszona kotka wciska się w kąt, najmocniej jak potrafi. Ale to bezcelowe: ten typ za chwilę złapie ją za kark. Tak mu się w każdym razie wydaje. Bo oczywiście nie wziął pod uwagę mnie: Winstona Churchilla, kota bez trwogi i zmazy! Szybko oceniam odległość, a potem daję susa. Odważnie jak lew. Ułamek sekundy później ląduję na ramionach przestępcy. Cuchnie papierosowym dymem i – choinką! Czyli tym czymś, co Stanisław zawsze przynosi do domu przed Bożym Narodzeniem. Zadziwiające! Nie mam jednak czasu rozmyślać dalej o choince, ponieważ gość, chcąc się mnie pozbyć, zaczyna się gwałtownie otrząsać. Zdecydowanym ruchem jadę mu pazurami po policzku.

– Ajjjj! Co jest? – natychmiast puszcza Odettę i próbuje mnie uderzyć. Ale nie trafia. Jestem po prostu zbyt zręczny. Odetta, najpiękniejsza ze wszystkich białych kocic na świecie, wyskakuje z kąta.

– Uciekaj, Odetto, uciekaj! – wołam do niej. – Odwrócę jego uwagę!

– Nie, Winstonie, bez ciebie nigdzie nie pójdę!

– Ależ tak, uciekaj, tak będzie lepiej! Uciekaj! – wołam raz jeszcze, ale serce zaczyna mi szybciej bić z radości. Odetta chce zostać ze mną. Zanim temu typowi uda się mnie z siebie strząsnąć, walę go jeszcze raz łapą na odlew. Wrzeszczy i znowu próbuje mnie uderzyć.

– Och, Winstonie – szepcze Odetta. – Jesteś taki…

– …spasiony! Posuńże no się!

SPASIONY? A cóż to ma znaczyć? Otwieram szeroko oczy i wlepiam wzrok w Odettę. Jak ona może mnie tak obrażać? Jestem przecież jej bohaterem i wybawcą!

Państwo pozwolą, że się przedstawię: Winston, kot morowy, w żadnym razie lew salonowy!

Ale to wcale nie Odetta tak mnie paskudnie obraziła. To mój ludzki współlokator, profesor Stanisław Grad, który najwyraźniej zamierza tu usiąść. To znaczy: na kanapie, na której właśnie leżę i śnię o tym, jak ratuję Odettę przed podłym przestępcą. Ożeż! To był taki piękny sen i tak bardzo chciałbym usłyszeć, co Odetta zamierzała mi właśnie powiedzieć. Bo w prawdziwym życiu nie rozmawiamy ze sobą aż tak strasznie często. Ja mieszkam na górze, na drugim piętrze kamienicy przy ul. Ogrodowej 6, a Odetta zazwyczaj szwenda się po podwórzu za naszym domem. Ale zamiast się dowiedzieć, co takiego Odetta miała mi właśnie wyszeptać do ucha, muszę znosić to, że Stanisław brutalnie spycha mnie na bok, a potem ląduje na kanapie jak worek kamieni. Bezczelność! Obrażony zeskakuję na podłogę. Jeśli Stanisław myśli, że dam mu się teraz pogłaskać, to grubo się myli. W kwestii głaskania wcale nie jestem na niego zdany, jeszcze czego! W każdym razie od pewnego czasu Stanisław i ja nie mieszkamy już sami w naszym dużym mieszkaniu w starym budownictwie, w eleganckiej dzielnicy Gdańska. Dołączyły bowiem do nas dwie miłe współlokatorki – Anna i Daria. Na początku Anna przychodziła tylko w ciągu dnia i pracowała jako gospodyni, ale od kiedy uciekła przed swoim byłym facetem, razem z córką Darią mieszka z nami.

Ja i Daria przeżyliśmy już razem niesamowitą przygodę i choć zawsze myślałem, że nie cierpię dzieci, dziś jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi. Kolejny powód, by zostawić tego niemądrego Stanisława na tej jego kanapie i poszukać Darii.

Biegnę aż do samego końca długiego przedpokoju. Tam znajduje się nasz dawny pokój gościnny, w którym teraz mieszka Daria. Drzwi są tylko lekko przymknięte. Popycham je nosem i wskakuję przez szparę do pokoju. Daria siedzi przy małym biurku pod oknem. Zapewne odrabia lekcje. Najpierw wskakuję z podłogi na łóżko, a stamtąd na biurko. Faktycznie, Daria właśnie pisze coś w zeszycie.

– Cześć Winstonie! – woła wesoło i drapie mnie za uchem. Jejciu, to się nazywa odpowiednie przywitanie! Zsuwam się z blatu biurka na kolana Darii i zaczynam mruczeć. Skoro nie mogę rozkoszować się moim pięknym snem, przynajmniej zasłużyłem sobie na bardzo, ale to bardzo wylewne pieszczoty. Mruczę coraz głośniej.

– Mój słodziaku! Lubisz to, prawda? – uśmiecha się Daria. – Tak na marginesie, Paula i Tomek pytali o ciebie. Jak się masz i w ogóle.

Paula i Tomek to koleżanka i kolega ze szkoły Darii i jednocześnie jej najlepsi przyjaciele. Chodzą z nią razem do klasy 7c szkoły podstawowej im. Marii Skłodowskiej-Curie. Oboje są naprawdę w porządku – miałem okazję osobiście się o tym przekonać. Jak mi się to udało, skoro jestem kotem? To bardzo proste: zamieniliśmy się z Darią ciałami i zasiadłem w szkolnej ławce jako dwunastoletnia dziewczynka. NIEMOŻLIWE? A jednak! Naprawdę tak było! A potem pomieszaliśmy szyki jednemu bandycie i jeszcze zanim wróciliśmy do swoich ciał, uchroniliśmy mamę Darii przed potężnymi problemami z policją. Wszechmocna sardynko w oleju, to była dopiero emocjonująca przygoda!

Ale po kolei: parę tygodni temu, kiedy Daria i ja byliśmy na placu budowy, nadciągnęła burza i trafił w nas piorun. I to dokładnie w tym momencie, kiedy oboje pomyśleliśmy sobie, że chcielibyśmy być zupełnie kimś innym. No i cóż, nasze życzenie się spełniło, bo gdy doszliśmy do siebie po uderzeniu pioruna, nic nie było takie jak przedtem. Ja, Winston, tkwiłem w dziewczęcym ciele Darii. Ona, Daria, stała się Winstonem, czarnym brytyjskim kotem krótkowłosym. I nagle oboje potrafiliśmy wzajemnie czytać w swoich myślach! I chociaż właściwie to ostatnie okazało się bardzo praktyczne, zmiana w ogóle nam nie odpowiadała. Mnie już choćby dlatego, że nagle co rano musiałem jako Daria iść do szkoły – na początku wydało mi się to straszne! Ta bezczelna Lena ze swoimi wrednymi koleżaneczkami próbowały napsuć mi krwi. I pewnie by im się udało, gdyby nie Paula i Tomek. To dzięki nim nie stało mi się nic złego. Jestem troszkę dumny z tego, że to ja zyskałem w nich przyjaciół dla Darii – bo przecież na początku wcale nie wiedzieli, że jestem kotem, a Daria sama z siebie na pewno nie wpadłaby na pomysł, żeby się z nimi zaprzyjaźnić. Odegrałem więc rolę czegoś w rodzaju poradni dla młodzieży.

Mimo tych ekscytujących przeżyć nie chciałem do końca życia tkwić w ciele Darii. W głębi serca jestem przecież istotą czworonożną, a nie dwunożną. Jak odkręciliśmy tę zamianę ciał? Gdy już się zdawało, że nie ma żadnej nadziei, Tomek wpadł na zbawienny pomysł. Żeby go zrealizować, nie potrzebowaliśmy nawet pioruna. Opowiem w skrócie: historia zakończyła się happy endem, Daria z powrotem stała się dziewczynką, a ja kotem. Niestety, od tamtej pory nie potrafimy czytać wzajemnie w swoich myślach. W każdym razie nie dosłownie. Mimo to doskonale się rozumiemy. I dlatego Daria wie, że bardzo, ale to bardzo bym się ucieszył ze spotkania z Paulą i Tomkiem!

– Tak sobie pomyślałam, że po prostu zabiorę cię z sobą na nasze następne spotkanie. Przypadkowoto dzisiaj po południu w lodziarni. Ale nim tam pójdziemy, możemy jeszcze zahaczyć o podwórze i odwiedzić twoich kolegów. A może jedną konkretną koleżankę – Daria wyszczerzyła zęby.

Oczywiście wie, jak bardzo podoba mi się Odetta. W końcu tyle razy o tym rozmawialiśmy, kiedy potrafiliśmy jeszcze wzajemnie czytać sobie w myślach. Odetta jest najpiękniejszą kotką, jaką znam. Ma śnieżnobiałe, jedwabiście połyskujące futerko i czarne jak węgiel oczy, w których naprawdę mógłbym zatonąć. I chociaż mieszka na podwórzu jak dziki kot, jest prawdziwą damą. Niestety, przez długi czas uważała mnie za nadętego, aroganckiego kanapowca-mięczaka. Co rzecz jasna jest kompletną bzdurą! Jestem mądry, a nie przemądrzały – to kolosalna różnica! Dlatego Daria udzieliła mi paru rad, jak mógłbym zapunktować u Odetty. I to wcale nie były złe rady. Tak więc w tej chwili łączy mnie z Odettą luźna znajomość. Kiedy spotykamy się przypadkowo na podwórzu, gadamy o rzeczach bez specjalnego znaczenia, na przykład o pogodzie albo o tym, co ostatnio jedliśmy. Jednak za bohatera – jak w tamtym śnie – Odetta z całą pewnością mnie nie uważa. Jeszczenie. Bo podjąłem bardzo mocne postanowienie, by to zmienić!

Czy sny da się z kimś dzielić? I dlaczego nie można wybrać sobie w szkole partnera?

Godzinę później Daria kończy odrabiać lekcje i ruszamy w drogę do lodziarni. Oczywiście, nie zapominając o obiecanej wizycie na podwórzu. Daria wzięła ze sobą jako prezent miseczkę z wątróbkami drobiowymi – to nie tylko moja ulubiona potrawa, Odetta też chętnie je wątróbkę. A już na pewno wtedy, gdy Anna dopiero co ją ugotowała.

– Kici, kici, kici – Daria przywołuje moich podwórkowych pobratymców, zmierzając w stronę wiaty z kubłami na śmieci.

Można powiedzieć, że tu jest taki koci punkt zborny. Bo płaski daszek wiaty to właściwie jedyne miejsce na podwórzu, w którym przez cały czas świeci słońce. Jest tam przyjemnie ciepło i nie wieje. Doskonałe warunki, żeby się trochę powylegiwać.

Dziś jednak to miejsce wydaje się opuszczone. Nie ma ani Odetty, ani Karmelka, ani Spajka. Bardzo szkoda, że nie ma Odetty, natomiast tamtych dwóch wcale mi nie brakuje. Wprawdzie już nie jestem z nimi w stanie wojny, jak jeszcze kilka tygodni temu, kiedy po raz pierwszy byłem z Darią na podwórku, ale najlepszymi kumplami też nie jesteśmy. I z pewnością nigdy nie będziemy, bo po prostu zbyt wiele nas różni: ja, Winston Churchill, jestem bardzo szlachetnym kotem rasowym i pochodzę ze słynnej hodowli brytyjskich kotów krótkowłosych, mam bardzo zadbane kruczoczarne futerko i wykwintne maniery, natomiast Spajk i Karmelek to, szczerze mówiąc, dwa zwykłe dachowce. Spajk jest pręgowany i dość tłusty. Karmelek ma brązową, strasznie skołtunioną i zaniedbaną sierść. Obaj są dość nieokrzesani. To prawdziwy cud, że taka dama jak Odetta dobrze się czuje w ich towarzystwie. Oczywiście to, że się nie wywyższa mimo swego niewątpliwie szlachetnego pochodzenia, bardzo dobrze świadczy o jej charakterze. Odetta jest więc nie tylko wytworna, ale też wielkoduszna. Innymi słowy: jest po prostu wspaniała. Tylko niestety akurat teraz jej tu nie ma.

– Kici, kici, kici – woła jeszcze raz Daria, a potem stawia pełną miskę na daszku wiaty i badawczo rozgląda się wokół. – No, gdzie są twoi przyjaciele?

Wskakuję na daszek i rozglądam się, wyciągając do góry szyję. A potem patrzę na Darię. Natychmiast trafnie odczytuje moje spojrzenie.

– Rozczarowany jesteś, co? Miałeś nadzieję, że spotkasz Odettę, prawda?

Głośno miauczę, a Daria się uśmiecha.

– Poczekajmy chwilę. Jak zwęszy te smakołyki, na pewno przyjdzie. Do spotkania w lodziarni mamy jeszcze trochę czasu. – Daria sadowi się obok mnie na daszku i zaczyna mnie drapać za uszami. Mrrrau, cudownie! Wyciągam się jak długi i odchylam głowę do tyłu.

Po chwili w dalszej części podwórza słychać cichy chrobot. Odetta! Wyczuwam ją natychmiast! Zrywam się na równe nogi i próbuję w miarę możliwości jak najlepiej się zaprezentować. Stroszę więc futerko, aby wyglądać na większego i wypinam pierś. Sądzę, że wyglądam teraz dość dostojnie. Taką przynajmniej mam nadzieję!

– Witaj, Winstonie – mówi przyjaźnie Odetta. – Źle się czujesz?

– Och, cześć, Odetto. Dobrze się czuję, a czemu pytasz?

– No to w porządku. Siedzisz taki spięty. Myślałam, że coś cię boli.

Grrrr. Siedzę spięty? A przecież tak się starałem! Rozczarowany, rozluźniam postawę i lekko się otrzepuję.

– Wręcz przeciwnie. Czuję się cudownie. Cieszę się, że cię widzę.

– Ja też się cieszę, że się spotkaliśmy. Cóż za przypadek! Wyobraź sobie, że śniłeś mi się wczoraj w nocy.

Serio? To nie może być prawda. Ja też jej się śniłem?

– Naprawdę? A co dokładnie ci się śniło? – dopytuję.

– Hmm, tak dokładnie to ja już nie pamiętam, ale coś mi się wydaje, że mnie uratowałeś. Przed jakimś potworem. Albo przed złym człowiekiem. W każdym razie byłam w niebezpieczeństwie, a ty mi pomogłeś. Zabawne, prawda?

Zabawneto nie jest właściwe słowo. To doprawdy niewiarygodne!

– Wyobraź sobie Odetto, że mnie też… – ale zanim zdążyłem jej opowiedzieć, że śniło mi się dokładnie to samo, Daria odsuwa mnie na bok i bierze Odettę na ręce.

– Popatrz, Odetto, przynieśliśmy jedzenie. Moja mama dopiero co ugotowała. Oczywiście, jak zwykle, za dużo.

O rrrany, Dariu, mamy teraz ważniejsze sprawy do omówienia niż zaopatrzenie. Niestety, chwila minęła bezpowrotnie i Odetta grzecznie dziękuje Darii łagodnym mruczeniem. A potem odwraca się znowu do mnie.

– Na czym skończyliśmy?

– Na twoim śnie!

– Ach, tak! Ale ja go już prawie nie pamiętam. AŻ takie ważne to nie było. – Ożeż! – Ale to miłe, że przynieśliście mi coś do jedzenia. Niestety, nie za bardzo chce mi się jeść. Przed chwilą złowiłam dość tłustą mysz.

Co takiego? Fuj! Polowanie na myszy! Jako kot domowy znam to tylko ze słyszenia i nie wierzę, żeby komuś mogło sprawiać przyjemność. A poza tym, jak taką schwytaną przez siebie mysz posypać pietruszką. Przecież dopiero z pietruszką potrawa jest doskonała! No właśnie. Niech więc Anna lepiej dalej dla mnie gotuje. Ale oczywiście nie chcę obrzydzać Odetcie jej jedzenia, więc się nie odzywam.

– Zawołam Spajka i Karmelka, oni na pewno są głodni.

O nie! Tylko nie ci dwaj! Ale nim zdążę wypowiedzieć choć jedno słowo, Odetta zeskakuje z daszku i znika w głębi podwórza. Grrr! Dziś nic mi się nie udaje. I naprawdę nie mam ochoty czekać teraz na Spajka i Karmelka. Także zeskakuję więc na ziemię i ruszam w kierunku wyjścia z podwórza. Daria biegnie za mną.

– Hej, Winstonie! A tobie gdzie tak spieszno? Odetta jeszcze nic nie zjadła. Na pewno zaraz wróci. Poczekaj chwileczkę!

W głosie Darii słychać rozczarowanie. To zrozumiałe, bo przecież chciała mi zrobić przyjemność tą całą akcją z żarciem w misce. Szkoda, że nie mogę jej wytłumaczyć, dlaczego wolałbym już iść. Kiedy tkwiliśmy jeszcze wzajemnie w swoich ciałach, to nie był żaden problem. Potrafiliśmy porozumiewać się w myślach. Teraz to niemożliwe. Szkoda, ale nic się nie da zrobić. Zresztą, i tak ani trochę nie chcę być dziewczynką. To było strasznie męczące. Za dużo awantur i fochów dla takiego kocura jak ja!

– No, nareszcie jesteście! – Tomek i Paula najwyraźniej czekają na nas już od jakiegoś czasu. Siedzą na wiklinowych krzesłach na tarasie lodziarni. To najulubieńsza lodziarnia wszystkich uczniów Skłodowskiej – czyli naszej szkoły. Paula wstaje, podchodzi do nas i schyla się, żeby wziąć mnie na ręce.

– O rany, Winston, stary kocurze! Sto lat cię nie miziałam! Strasznie się za tobą stęskniłam!

Mrrau, mrrau, czuję się dokładnie tak samo. Właściwie to dziwne. Gdyby ktoś parę miesięcy temu mi powiedział, że dobrowolnie pozwolę się jakiemuś dziecku wziąć na kolana i że wręcz będę na to czekał, uśmiałbym się do rozpuku. Bo zanim poznałem Darię i jej przyjaciół, w ogóle nie lubiłem dzieci. Najczęściej wydawały mi się zbyt głośne i zbyt rozbrykane. Dziś jednak muszę przyznać, że moje życie bez dzieci byłoby strasznie nudne. Takie… SPOKOJNE!

– No, pieszczoszki – wtrąca się Tomek, spoglądając z wyrzutem znad krawędzi swoich brązowych rogowych okularów, i marszczy usiany piegami nos. – Wystarczy tego miziania! Potrzebuję teraz wielkiej porcji lodów spaghetti z ekstra porcją wiórków czekoladowych. Zamówmy coś wreszcie. Dzisiaj w szkole nieźle mnie przeczołgali!

– A dlaczego? Tak źle było, twoim zdaniem? – dopytuje się ze współczuciem Daria. – Ja uważam, że było całkiem w porządku.

– Jasne, jakbym dostał cztery z matmy, a nie mierny, też bym się nie skarżył. Ale przede wszystkim – Tomek ciężko wzdycha – dobija mnie ten pomysł pana Miśkiewicza z klasowym partnerem. Co to za dziwactwo!

Pan Miśkiewicz jest nauczycielem biologii 7c i jednocześnie jej wychowawcą. To bardzo miły człowiek. I wielki miłośnik kotów, oczywiście! Dlatego odrobinę dziwi mnie to, że jego pomysł Tomek uznał za okropny. Choć samo pojęcie partnera klasowego nic mi nie mówi, jestem pewien, że to coś fajnego. I najwyraźniej nie jestem jedyną osobą, która tak uważa.

– A co masz do tego pomysłu? Mnie się on całkiem podoba – dziwi się Paula, przesuwając dłońmi po swoich kruczoczarnych włosach, które sterczą we wszystkich kierunkach. Paula mówi o sobie, że jest punkówą, co najwyraźniej znaczy, że musi mieć takie włosy. Poza tym podarte dżinsy i T-shirty, a do tego grube czarne krechy wokół oczu.

– Skoro wiadomo, kto ma ci przynieść karty pracy i zadania domowe, jak zachorujesz, przynajmniej masz pewność, że faktycznie ktoś to zrobi. Do tej pory to była raczej kwestia szczęścia, a czasem w ogóle nic z tego nie wychodziło.

– To prawda – przyznaje jej rację Tomek. – Do tego akurat nic nie mam. Ale to losowanie partnerów uważam za głupotę. Mogliśmy lepiej sami wybierać. I wtedy każdy miałby takiego partnera, który by mu w miarę pasował.

Daria i Paula niemal jednocześnie wzruszają ramionami.

– Nie będzie źle – mówi po chwili Daria. – To się zbyt często nie zdarza. Można czasem zabrać karty pracy dla kogoś, za kim się aż tak bardzo nie przepada.

– Ach tak? – spojrzenie Tomka jest bardzo sceptyczne. – A kogo ty wylosowałaś?

Daria waha się przez moment.

– Hm, wylosowałam Paulę – wyznaje wreszcie.

Tomek szeroko otwiera oczy.

– Serio?

– No tak, zupełny przypadek.

– Co takiego? Mamy w klasie dwadzieścia osiem osób, a więc w pojemniku było czternaście nazwisk, losowanych przez pozostałe czternaście osób i tobie się akurat udało chwycić kartkę z Paulą? Nie wierzę! Na pewno oszukiwałaś!

Daria nie odpowiada, Paula zaczyna chichotać.

– No cóż, faktycznie trochę pomogłyśmy losowi. Daria najpierw wylosowała Emilkę, ale szybko wrzuciła kartkę z powrotem do pudełka.

Rozumiem to doskonale. Emilka razem ze swoją przyjaciółką, tą wredną Leną, to z całą pewnością najokropniejsze dziewczyny w naszej klasie. Emilka jest nieuprzejma i arogancka. I żaden z niej orzeł, jeśli chodzi o naukę. W sumie mało przyjemna kombinacja. Też bym nie chciał jej nosić zadań do domu, kiedy będzie chora.

– No cóż, za drugim razem miałam więcej szczęścia – potwierdza Daria. – Wylosowałam Paulę, fajnie, prawda?

Tomek wzdycha raz jeszcze bardzo głęboko.

– A tobie kto się trafił? – dopytuje się Paula. Tomek bierze głęboki wdech i wydyma policzki.

– Emilka – mówi wreszcie. – Wylosowałem Emilkę.

Ups! Jako kot oczywiście nie jestem ekspertem od procedur losowania, ale myślę, że dziewczyny szybciusieńko powinny postawić Tomkowi bardzo, BARDZO dużą porcję lodów!

Coś wisi w powietrzu. A mężczyzna też człowiek

– Dziękuję, panie profesorze. Naprawdę, bardzo dziękuję!

Ejże, co się tutaj dzieje? Daria, Paula i ja właśnie wchodzimy do mieszkania, gdy Anna z impetem rzuca się Stanisławowi na szyję. Normalnie się tak nie zachowują. To znaczy, zwykle Anna i Stanisław trzymają wobec siebie pewien dystans. Nie aż taki, żeby można było pomyśleć, że się nie lubią. Wręcz przeciwnie, uważam, że naprawdę dobrze się rozumieją. Ale na ile znam mojego starego Stanisława, gdy kogoś bardzo lubi, robi się nieśmiały. A wydaje mi się, że Annę bardzo lubi. Od kiedy Anna i Daria mieszkają z nami, zachowuje się w każdym razie inaczej niż przez wszystkie lata przedtem. Na przykład przywiązuje wagę do swojego wyglądu. Rzecz jasna zawsze o siebie dbał, ale ostatnio spędza przed lustrem podejrzanie dużo czasu. Przeczesuje swoje brązowe loki przetykane siwymi pasmami to na jedną, to na drugą stronę. Nawiasem mówiąc, zupełnie bez sensu, bo w przypadku fryzury Stanisława nie ma żadnej różnicy, czy loki układają się w lewo, czy w prawo – i tak zawsze wygląda na dość mocno rozczochranego. Poza tym od niedawna Stanisław najwyraźniej długo zastanawia się nad tym, w co ma się ubrać. A jeśli to, co widzi w lustrze, mu się nie spodoba, potrafi się nawet przebrać! To zupełna nowość. Kiedy jeszcze była u nas Olga, nasza poprzednia gospodyni, nigdy mu się to nie zdarzało. Muszę się temu dokładniej przyjrzeć.

Ale teraz chciałbym się dowiedzieć, dlaczego Anna z takim zachwytem rzuciła się mojemu panu na szyję. Twarz Anny wciąż jeszcze promienieje, Stanisław zaś wygląda na nieco zmieszanego. Truchtem podbiegam nieco bliżej i nastawiam uszu.

– Nie ma za co, pani Anno. Szkoda by było, gdyby ten piękny fortepian miał się stać jedynie meblem. Więc jeśli od czasu do czasu pani na nim zagra, będę się z tego bardzo cieszył.

Aha. Chodzi o to dziwne forte-coś, które od jakiegoś czasu zagraca nasz salon. Fortepian. Zabawna nazwa, prawda? Jeśli dobrze zrozumiałem, matka Stanisława, Henryka, przeprowadziła się z dużego domu do małego mieszkania i nie mogła zabrać tego grzmota ze sobą. A ponieważ spośród całego rodzeństwa właśnie Stanisław ma największe mieszkanie, więc to coś nam przypadło w spadku. Podobno jest bardzo cenne i z tego względu nie mogło, jak inne meble, trafić na śmietnik. No cóż. Teraz zagraca nasz piękny salon. Mimo że najwyraźniej jest instrumentem muzycznym, a Stanisław nie ma za grosz słuchu.

Daria odchrząkuje.

– Cześć, mamo, dzień dobry, panie profesorze. Przyszła ze mną Paula, mam nadzieję, że nikt nie ma nic przeciwko temu? Odwołali nam ostatnią lekcję, Paula zapomniała klucza do domu, a jej mama jeszcze nie wróciła.

– Żaden problem – mruczy Stanisław, a Anna kiwa z aprobatą głową.

– I tak znowu za dużo ugotowałam – śmieje się. – Przyda nam się wsparcie przy obiedzie.

– Super, dziękuję!

Podążamy dalej w kierunku pokoju Darii. Kiedy Anna i Daria się do nas wprowadziły, najpierw zajmowały wspólnie pokój gościnny. Gdy potem już było wiadomo, że zostaną na dłużej, Stanisław zwolnił swój przestronny gabinet i wstawił biurko do małego pokoiku przy kuchni. Do tej pory był tam składzik z oknem, który teraz, po sprzątnięciu i pomalowaniu, wygląda całkiem nieźle. Daria mieszka w dawnym pokoju gościnnym, Anna w dawnym gabinecie, a Stanisław ma znacznie bliżej do lodówki, kiedy do rozwiązywania jakiegoś szalenie skomplikowanego problemu z fizyki potrzebuje jogurtu albo bułki z kiełbasą. Tylko dla mnie nic się nie zmieniło: mój koszyk stoi cały czas w długim przedpokoju, na ukos od wejścia.

Co zadziwiające, Stanisław w ogóle nie miał problemu z wyprowadzką z własnego pokoju. Wręcz przeciwnie!

– Ten hangar i tak był dla mnie o wiele za duży! Teraz jest w porządku! – stwierdził z zadowoleniem, kiedy wszystkie meble stanęły już na swoim nowym miejscu. Kto by pomyślał, że Stanisław na starość będzie miał jeszcze rodzinę!

Dotarłszy do pokoju Darii, dziewczynki padają na łóżko. Odczekuję jeszcze chwilkę, a potem idę w ich ślady i moszczę się koło nich.

– Powiedz mi, czy profesor i twoja mama są teraz w pewnym sensie parą? – dopytuje Paula Darię.

– Nieee! Skąd taki pomysł? – dziwi się Daria.

– No cóż, to mi wyglądało na przytulanie się bliskich sobie ludzi. Takich, którzy naprawdę się lubią.

– Jasne, że się lubią. Ale to nie znaczy, że są parą. Mama lubi profesora jako człowieka. Nie jako mężczyznę.

Wszechmocna sardynko w oleju! Znowu te typowe ludzkie gadki! Mężczyzna czy człowiek – a cóż to za różnica? Przecież mężczyźni to ludzie, a co, może nie? Paula też najwyraźniej nie widzi różnicy, w każdym razie marszczy czoło.

– Aha – mówi.

Daria wzdycha.

– Oj, Paula, to jest tak: po tym dramacie z poprzednim gościem, tym Jurijem, moja mama ma dosyć facetów. Myślę, że naprawdę woli być teraz singielką.

Wprawdzie Stanisława i Jurija w ogóle nie da się ze sobą porównać, bo ten pierwszy jest bardzo miłym, troskliwym profesorem, a ten drugi niesympatycznym, niebezpiecznym przestępcą, ale poza wszystkim uważam, że to całkiem fajna wiadomość. Przecież siostra Anny, Olga, opuściła nas, bo się zakochała w jednym takim Tadeuszu i wyprowadziła z nim do dalekiego miasta, które nazywa się Poznań. Tylko dlatego Stanisław jako gospodynię zatrudnił Annę. Ale gdyby teraz Anna zakochała się w jakimś facecie i z tego powodu nagle znowu zostalibyśmy sami, nie byłoby fajnie. Po pierwsze, dlatego że Anna i Olga nie mają jeszcze jednej siostry. Po drugie, dlatego że wyprowadziłaby się też Daria i to by było naprawdę okropne. Jesteśmy teraz najlepszymi przyjaciółmi. Inaczej byłoby, gdyby Anna zakochała się w Stanisławie. Wtedy nie musiałyby się wyprowadzać. Ale jeśli Daria ma rację z tymi facetami, wszystko zostanie tak jak jest. No i super. Osobiście nie jestem bowiem miłośnikiem wielkich zmian.

– Czyli co? Faceci to świnie? – chichocze Paula.

Że co? Świnie? Takie z ryjem i zakręconym ogonkiem? Skąd u niej taki pomysł? Wiem, że dziewczyny potrafią być żmijami, ale żeby mężczyźni byli świniami? To chyba raczej nie jest komplement! Dlaczego zawsze ludzie nawiązują do zwierząt, kiedy chcą powiedzieć o jakiejś nieprzyjemnej właściwości ich samych? To naprawdę bezczelność!

Daria kręci głową.

– No nie, aż tak to nie. Tak jak powiedziałam, moja mama bardzo lubi profesora jako człowieka. Generalnie nie ma nic do facetów. Tylko do facetów jako facetów.

O rany, co za pokręcona ludzka logika! Totalne bzdury. Facet to też człowiek i kwita. Miau!

– Moja mama za to bardzo chciałaby się z kimś związać – opowiada Paula. – Wprawdzie otwarcie o tym nie mówi, ale wiem, że tak jest. Za każdym razem, kiedy pojawia się jakiś względnie przystojny typ, zaczyna się stroić, malować i takie tam rzeczy. Poza tym zalogowała się na portalu towarzyskim w internecie, gdzie można poznać innych singli. – Paula chichocze. – Ale to ściśle tajne. Nawet mi o tym nie opowiedziała. Sama zobaczyłam, jak ostatnio zostawiła włączony komputer.

Portal towarzyski w internecie? A cóż to takiego? Do tej pory zawsze myślałem, że internet to jakieś miejsce w tym małym telewizorze, który ludzie nazywają komputerem. Daria mi go raz pokazała, kiedy odrabiała lekcje przy biurku Anny. Szukała wtedy rozwiązań z matematyki. Internet wydał mi się czymś w rodzaju encyklopedii. A więc nie miejscem, do którego można pójść. Jak da się tam w ogóle kogoś poznać?

– Serio? – Teraz także Daria chichocze. – Twoja mama szuka sobie faceta?

Paula kiwa głową.

– Tak, myślę, że chce się wreszcie znowu naprawdę zakochać.

A to ciekawe! Ludzka koncepcja miłości jest dla mnie do tej pory dość mętna. Jeśli chce się z kimś być, to najwyraźniej jest ważne, żeby się zakochać. Gdyby nie to, Stanisław i Anna mogliby tak po prostu być razem. Mieszkamy w tym samym mieszkaniu, dobrze się rozumiemy – czemu to ludziom nie wystarcza? I jak można w komputerze poznać kogoś, w kim się człowiek zakocha, nie widząc go przedtem ani razu? Nie rozumiem. Mówiąc szczerze, cieszę się, że mój Stanisław za nic ma te wszystkie historie z kochaniem i miłością. Miłość wydaje mi się czymś bardzo skomplikowanym i absolutnie tego tutaj nie potrzebujemy. Żyjemy sobie po prostu zgodnie i spokojnie przy ulicy Ogrodowej. Miau!

– Od czasu, kiedy mój ojciec ponownie się ożenił, ten temat stał się dla mojej mamy ważny – opowiada dalej Paula. – Naprawdę się przejęła i pewnie mu zazdrości.

 – Hm – Daria nie jest w stanie wydusić z siebie nic więcej.

Paula przygląda się jej w zamyśleniu.

– A co jest właściwie z twoim ojcem? Mieszka tutaj, w Gdańsku?

Daria podnosi się z łóżka i wzrusza ramionami.

– Nie mam pojęcia. Ale nie sądzę. Mama nigdy o nim nie wspomina. Zostawił nas, kiedy byłam jeszcze całkiem mała. Prawie go nie pamiętam.

– Tęsknisz za nim? – dopytuje zaciekawiona Paula.

Daria kręci głową.

– Nieeee. Przecież ci powiedziałam, że prawie nic o nim nie wiem. To jest trochę tak, jakbyś próbowała rano przypomnieć sobie, co ci się śniło. Wiesz, że coś było, ale nie pamiętasz dokładnie co.

– No dobra, w sumie to nie jest aż takie ważne. Czasami sobie myślę, że właściwie byłoby prościej, gdyby od samego początku miało się tylko jednego rodzica. Sam ze sobą nie mógłby się przecież pokłócić. Cały czas byłby spokój. To duży plus.

– No.

Daria nie mówi nic więcej i mam wrażenie, że po prostu nie chce już rozmawiać na ten temat. Ciekawe, dlaczego? W innych sytuacjach nie jest taka małomówna. Jestem teraz strasznie zaciekawiony i próbuję sobie wyobrazić, jak też mógł wyglądać ojciec Darii. Daria jest dosyć podobna do swojej mamy: szczupła, blond włosy, niebieskie oczy. Żeby było śmieszniej, zachowała je, nawet tkwiąc w moim ciele, a z kolei ja jako dziewczynka miałem dalej moje zielone kocie ślepia. Musieliśmy się strasznie pilnować, żeby Anna tego nie zauważyła. Od razu by się zorientowała, że coś jest z nami nie tak. Dlatego często siadałem przy stole do śniadania w okularach przeciwsłonecznych. Ale to tylko tak na marginesie… A więc co Daria mogła odziedziczyć po swoim ojcu? Może sposób, w jaki czasem przekrzywia głowę? Anna nigdy tak nie robi. Albo delikatne falujące długie włosy? Włosy Anny są całkiem proste.

– Bierzmy się za odrabianie lekcji – zmienia wreszcie temat Daria. – Do anglika musimy się naprawdę przyłożyć, bo w przyszłym tygodniu jest sprawdzian.

Paula kiwa głową.

– Masz rację. Ostatni sprawdzian napisałam nie najlepiej. Prawie tak fatalnie jak Emilka, a przecież ona nic nie umie – chichocze. – Tomek będzie miał z nią teraz kupę radochy, skoro odpowiada za jej zadania domowe.

– W sumie to mam trochę wyrzuty sumienia – przyznaje Daria. – Tamto losowanie nie było tak do końca uczciwe. Mam nadzieję, że Tomek nie jest za bardzo wkurzony.

Paula wzrusza ramionami.

– Jakoś to przeżyje.

– Ale i tak kiepsko się czułam, kiedy mu o tym opowiadałyśmy.

– No dobra, za karę możemy z nim pójść za pierwszym razem. Mam nadzieję, że to nie nastąpi zbyt szybko.

Daria wybucha śmiechem.

– Nie, na pewno nie. Emilka właściwie nigdy nie choruje. Wiesz, jak to jest: złego diabli nie biorą.

Kolejną godzinę dziewczynki spędzają na wzajemnym odpytywaniu się z angielskich słówek. Nuuuuuda! Jedyną ciekawą stroną tej nudy jest to, że znam część tych wyrazów, bo od kiedy spędziłem nieco czasu w ciele Darii, została mi w głowie odrobina angielskiego. Jako człowiek nagle umiałem mnóstwo rzeczy, których uczy się w szkole: czytać, pisać, liczyć. No i teraz najlepsze: po powrocie do własnego ciała te umiejętności mi pozostały. Pewnie więc jestem jedynym kotem na świecie, który umie czytać. Niestety, nikt nie potrafi należycie docenić tej sensacji, ponieważ inne koty mają to w nosie, a człowiekowi nie jestem w stanie tego powiedzieć. Nawet Darii, bo już nie potrafimy czytać sobie w myślach. Ech! Paskudnie jest być niedocenionym geniuszem!

Wymykam się i kładę na parapecie. Tu mogę się rozkoszować ostatnimi promieniami słońca tego letniego popołudnia. Okno jest uchylone, z zewnątrz napływa ciepłe powietrze. Cudownie! Któż by chciał być człowiekiem, kiedy można być kotem?

Gdy prawie zamykają mi się oczy, do rzeczywistości przywraca mnie nagły rumor. Co jest? Co się dzieje? Ledwo rumor ucichł, a już rozlega się niewiarygodnie żałosne miauczenie i prychanie. To brzmi okropnie! Przerażony wyglądam przez okno na podwórze. Nic nie widzę, ale prychanie i miauczenie staje się coraz głośniejsze. Do stu tysięcy kuwet! Musiało się stać coś strasznego! Mam nadzieję, że Odetta nie wpadła w jakieś kłopoty!

Przyciskam ucho do dolnej krawędzi okna, żeby lepiej słyszeć i faktycznie: to głos Odetty. Włosy na karku natychmiast stają mi dęba, a po grzbiecie aż do czubka ogona przebiega mi zimny dreszcz. Nie słyszę wprawdzie, co dokładnie mówi, ale brzmienie jej głosu zdradza, że jest bardzo wystraszona. To jasne – muszę jej pomóc. A w tym celu muszę zbiec na podwórze – i to NATYCHMIAST!