Strona główna » Obyczajowe i romanse » Królewskie sny

Królewskie sny

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-8110-464-7

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Królewskie sny

Autor, opowiadając o ostatnich latach pano­wania Władysława Jagiełły, potwierdza tezę, że historię można przedsta­wić w porywający sposób. Życie króla ukazuje uniwersalność niezmiennej natury człowieka, która nie zna granic terytorialnych ani czasowych. Hen, najpierw stworzył scenariusz do serialu historyczno-biograficznego,a jego ogromna popularność zrodziła potrzebę napisania książki. Za rolę Jagiełły Gustaw Holoubek otrzymał w 1989 roku p restiżową nagrodę Złoty Ekran. „Opowiada pan Polakom prawdziwą historię”. (Aleksander Gieysztor)

Polecane książki

Oksford, rok 1947. Trójka studentów uniwersytetu, Żyd Nat, Palestyńczyk Jasif i Rosjanin Dawid, bierze udział w przyjęciu wydanym przez profesora Ashforda. Dwadzieścia jeden lat później spotykają się ponownie. Jako agenci zwalczających się tajnych służb - izraelskiego Mossadu, egipskiego wywiadu...
W Polsce istnieją tylko nieliczne publikacje traktujące poważnie transport rzeczny, ale brakuje takich pozycji, które pozwoliłyby czytelnikom poznać go bliżej. Niniejsze wspomnienia o wożeniu ładunków po drogach śródlądowych pozwolą zobaczyć żeglugową codzienność, popatrzeć na związane z nią problem...
  Dzięki oddechowi możemy odkwaszać i odtruwać organizm, poprawiać nastrój, stracić lub przybrać na wadze, masować narządy wewnętrzne, poprawić krążenie, wyostrzać zmysłową percepcję i osiągnąć oświecenie. Niestety, w dzisiejszych czasach ludzie wolą korzystać z substancji wspomagających, które mogą...
Jest to poradnik w którym znajdziesz odpowiedzi na następujace pytania:- jak schudnąć i pozostać szczupłym - bez wyrzeczeń- jak nie przytyć jadając w restauracjach- jak dzieki jedzeniu osiągnąć szczyt sprawności fizycznej i psychicznej....
Publikacja dotyczy problematyki porozumień w prawie podatkowym. Jej przedmiotem jest poszukiwanie przejawów oddziaływania na kształt i istnienie powinności podatkowej w oparciu o dialog oraz porozumienie pomiędzy podmiotem uprawnionym z tytułu podatku i podmiotem z tego tytułu obowiązanym. ...
Powszechnie uważa się, że skutkiem grzechu, jakim została skażona ludzkość jest brak świętości, oddzielenie od Boga czy potępienie. W istocie jednak nie są to konsekwencje samego grzechu, a raczej widoczny wynik Bożego gniewu, który nadciąga jako reakcja na grzech. Bezpośrednią konsekwencją g...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Józef Hen

KRÓLEWSKIE SNY

Copyright © by Józef Hen, Warszawa 1989. Wydanie II

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Zdjęcie na okładce: Stefan Nawrocki

Korekta: Iwona Wyrwisz, Aneta Iwan

ISBN: 978-83-8110-387-9

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Część pierwszaOŻENIĆ KRÓLA!1

Ja, Olesko, błazen królewski, pierwszy panom tę wieść przyniosłem.

Biegłem przez krużganki i korytarze zamku wawelskiego w swoim zwykłym pstrokatym stroju, w błazeńskim czepcu, na którym grały dzwoneczki, biegłem zdyszany, a w oczach miałem łzy. Ja, błazen. I tak wpadłem do izby, gdzie czekało kilku panów z rady – kto we fioletach, kto w zbroi rycerskiej. Był kanclerz Wojciech Jastrzębiec, biskup krakowski, i Zbigniew z Brzezia, zasłużony wojownik, byli wojewodowie: Jan z Tarnowa i Sędziwój z Ostroroga, a także podkanclerzy biskup Jan Szafraniec, którego lubiłem, choć husytom sprzyjał (a może dlatego, że husytom sprzyjał), był i rycerz Jan „Głowacz” Oleśnicki, brat naszego Zbyszka, sekretarza królewskiego.

– Panowie, panowie! – wołałem zdyszany. – Królowa nie żyje!

Poderwali się panowie rada. I wszyscy do mnie.

– Co powiadasz?!

– Żartujesz chyba, Olesko!

Ktoś palcem przygroził:

– Marne twoje żarty!

– Nie, dostojni panowie, nie żyje, przysięgam. – I łzy mi z oczu popłynęły. – Nie żyje pani Elżbieta, nasz król osierocony!

Wtedy oni po sobie spojrzeli, zdumieni i – Boże, wybacz im – wcale nie zmartwieni.

I nagle – wybuch śmiechu. Tak ich rozśmieszyłem, ja. błazen.

– Bracia – krzyczą – zdechła maciora!

– Wszetecznica!

– Jałówka ze zgniłymi wymionami!

Dzwony się rozległy, niosąc miastu żałobną wieść, a oni nadal dawali upust radości.

– Słyszycie?! Prawda to?!

– Prawda!

– Uleciała na sabat, upiorzyca!

– Masz, Olesko, za dobrą nowinę!

I teraz do mnie się cisnęli z monetami, żeby mi tę wieść wynagrodzić. A ja zgarniałem pieniądze do kiesy, bo już w swoją błazeńską skórę wszedłem, i z tych właśnie uprawnień korzystając, odezwałem się:

– Wasze dostojności, nie cieszcie się tak bardzo. Król jest teraz mocniejszy niż przedtem. Już na nim niefortunne małżeństwo nie ciąży. Już się oglądać nie musi. – Wyjąłem z kiesy monetę i wręczyłem ją Wojciechowi Jastrzębcowi, biskupowi krakowskiemu. – Bierz, panie kanclerzu – powiedziałem – bierz, boś na nią zasłużył tak samo jak ja…

Ale panowie nadal śmiali się beztrosko, bo któż by brał poważnie błazeńską mowę. Tyle że biskup Wojciech dał mi po karku, do czego przywykłem. A do obecnych zwrócił się:

– Do króla więc, wielmożni panowie. Trzeba nam jego majestat pocieszyć.

Słyszałem, jak któryś mruknął:

– Jego pogański majestat…

Ale nie rozróżniłem kto, bo dzwony wciąż biły.

2

Opowiem wszystko, choć może nie do końca, bo są rzeczy, które należałoby zataić, są, które należałoby zostawić domyślności słuchacza, a są i takie, o których nikt nie opowiedział. Ale mało kto zna wszystkie te sprawy jak ja, czy to z ust królewskich, czy to od jego otoczenia, czy nawet od nieprzyjaciół.

Opowiem. Biją więc dzwony, śmierć oznajmują Elżbiety secundo voto Granowskiej, a trzeciej małżonki królewskiej. A w izbie krakowskiej gospody, którą odnajmował, śmiechem wybucha Stanisław Ciołek, kanonik, ongiś sekretarz królewski, ogromnych zdolności pisarskich człowiek, którego król od siebie przepędził za paszkwil jadowity na tęże właśnie trzecią swoją małżonkę. Biją więc dzwony, a on, Ciołek (którego dobrze znałem i nawet lubiłem), słuchając tego grzmotu, powiada do swoich przyjaciół:

– Chyba przynosicie prawdę… Chyba naprawdę umarła! – (A ci przyjaciele to nikt inny tylko młodzi urzędnicy królewscy, Jan Kraska i Hińcza z Rogowa). – Janko, Hińcza – mówił Ciołek z udanym popłochem w oczach, zupełnie jakby komedię grał – a może to jeszcze nie to, może tylko jakaś jej sztuczka?

Na to Hińcza:

– Nie, Staszku, skończyły się sztuczki. Dziś nad ranem królowa wyzionęła ducha.

– Królowa! – Ciołek na to prychnął z pogardą i gniewem. – Skalała majestat królewski babimi czarami! Dał się uwieść, chociaż wiedział, że następcy tronu z niej nie będzie. Napisałem to wszystko w swojej satyrze, ale co znaczą słowa poety! – poskarżył się. – Zamiast przegnać babę, przepędził mnie. Hińczo, przecież to ja akt unii horodelskiej spisałem! A potem, że z durną babą zadarłem…

– Ugodziłeś Jagiełłę do żywego! – przypomniał sobie Kraska.

– Bo myślałem, że to twardy litewski woj, a on co? Tkliwy romansowy rycerz!

– Kochał ją – odezwał się Hińcza.

– Czy ja tego nie wiem? Podjudzili mnie panowie, wściekli, że baba z rodem Spytków związana. Im uszło na sucho, na mnie się skrupiło. – Zabiadolił Staszko Ciołek: – Długi mam! Padam pod ich ciężarem! Ty lepiej, Kraska, mów, skąd brać gotówkę?

– Dość bezpiecznie sobie żyjesz – na to Kraska – jak na wroga króla. I księgi tu masz, i sługi na zawołanie. Lupanar za progiem…

– Luksemburczyk – wtrącił Hińcza – kazałby cię za taką satyrę z wieży zrzucić.

Kraska zaś w tymże duchu:

– Książę Witold by cię utopił z kamieniem uwiązanym do szyi, a kniaź Świdrygiełło oślepił.

– Na rany Jezusa – zakrzyknął Ciołek – o czym wy mi tu mówicie? Mnie gotówki trzeba, a nie pacierzy!

Jan Kraska uśmiechnął się.

– No, no, jak na osobę duchowną… Czy domyślasz się, Staszku, co się z tobą teraz stanie?

– Myślicie, że poganin zacznie się mścić?

– Chyba tak. Przedtem obawiał się posądzeń, że powiedzą, że za namową królowej. Teraz da upust żalowi. Teraz jak ci przyłoży!

– To możliwe… – Ciołek pokiwał głową, ale podobno spokojnie.

– Uciekaj! – Hińcza chwycił go za ramię, jakby chciał go do tej ucieczki pchnąć.

– Co wy! A gotowizna? A długi? Nie! Niech się dzieje, co chce. Potrzebny mi dostatek, bym mógł zań chwalić Pana. Nie umiem żyć w ubóstwie. Odwykłem.

Biły dzwony. Ciołek słuchał, ale już nie tak radośnie, zatroskany jakby, i odezwał się do przyjaciół głosem wyciszonym:

– Z tym naszym królem to nigdy nic nie wiadomo. Trochę go znam. Musi się czuć straszliwie osamotniony.

3

Tak to wyglądało, kiedy królowa umarła.

A potem były nabożeństwa i uroczystości pogrzebowe, i znowu nabożeństwa, i wszystko wróciło do dawnego porządku. Tylko że królowej już nie było.

Któregoś świtania, w jakiś czas później, spał król Władysław Jagiełło w swoim łożu szerokim pod baldachimem, z twarzą utopioną w poduszce. Przez sen rękę lewą wyciągnął, szukając kobiety, która powinna się była obok niego znajdować, ale nagle zmartwiał. Nie było nikogo. Westchnął więc, obrócił się i chwilę leżał z przymkniętymi oczyma, jakby coś chciał pod powiekami przytrzymać, coś, co się wymykało i bezlitośnie pierzchało z królewskiego snu.

– Ojcze – usłyszał nieśmiały dziewczęcy głos.

To było tutaj, w komnacie, po tej stronie snu.

Otworzył oczy. W jasnej smudze płynącej z wysokiego okna stała królewna, jego czternastoletnia córka.

– A, to ty, Jadwisiu…

– Obudziłam cię?

– Już nie spałem.

– Przyglądałam ci się, byłeś taki smutny…

– Nie należy się przyglądać śpiącym – powiedział nachmurzony król. – Nie należy. To… – nie od razu dokończył – …nieprzyzwoicie.

– Śniło ci się coś niedobrego?

– Nie, córuchno. Ten smutek to z przebudzenia.

– We śnie jest ci lepiej?

Król nie odpowiedział. O, znałem ja dobrze mojego króla: potrafił być wylewny, gadatliwy, wesołkowaty nawet, ale potrafił i zmilczeć, i udać, że nie słyszał. Ale nie lubił martwić innych, więc uśmiechnął się do córki i dał jej znak ręką, żeby się odsunęła od łoża.

– Ofanas! – zawołał.

Podbiegł Ofanas, służący królewski, dobry mój znajomek, i pomógł zejść panu z wysokiego łoża, żeby mu się nogi nie zaplątały w bieliźnie długiej za kostki.

Ofanas zapytał króla o zdrowie, a król ostrzegawczo położył palec na ustach: ani słowa! Zaczynały się bowiem porządki porannego wstawania (przy którym nieraz uczestniczyłem), istne misterium: król uczynił trzy obroty wokół siebie najpierw w lewo, potem trzy w prawo.

– Słomka! – rozkazał.

Wszystko było gotowe. Ofanas podał słomkę, król Jagiełło przełamał ją na trzy części i rzucił za siebie. Wtedy Ofanas, jak zwykle, owe trzy przełamane kawałki słomki podniósł i rzucił do ognia (jak nas wszystkich życie łamie i spala), a Jagiełło, już uśmiechnięty, mógł zwrócić się do córki:

– Proszę, Jadwisiu, możemy rozmawiać.

Królewna przyglądała się słomkom zżeranym przez ogień

– Tato – odezwała się zafrasowana – po co to robisz?

– A komu to przeszkadza?

– Ale ja nie chcę, żeby mówiono, że jesteś przesądny.

– Przesądny barbarzyńca, Jadwisiu, tak to brzmi ściśle.

Ofanas podał mu kubek, on zaś podszedł do miednicy stojącej na ławie. I zwrócił się do królewny:

– Nie martw się, córeczko. O czymś oni muszą mówić. Nawet należy się starać, żeby mieli o czym. – I płucząc usta, tak ciągnął (a ja, który przez cały czas siedziałem na niziutkim stołeczku, jak krasnal cichutki, chłonąłem każde słowo królewskie): – Zawsze tak robiłem… to i będę robił. Po co zmieniać? Czasem lepiej nic w życiu swoim nie zmieniać. Ci, którzy pomawiają mnie o przesądy, sami ugrzęźli w nich po uszy, tylko że… No dobrze, nie wgłębiajmy się. Dzielenie włosa na czworo to czasem rzecz niewygodna. Dla mnie szczególnie. Niech już zostanie, że nieokrzesany, przesądny Litwin. Człowiek lasu. Odwróć się, córeczko.

Jadwisia odwróciła się, król zrzucił koszulę, a Ofanas od razu narzucił mu na plecy włochaty płaszcz, jaki zawsze był w pogotowiu przed kąpielą.

Jagiełło, przewiązując się, powiedział służącemu:

– Szykuj łaźnię.

– Już gotowa, wasza królewska mość. Racz proszę…

– Mówiłem, szykuj łaźnię, to znaczy, że masz zniknąć za drzwiami. Paszôł, jasne?

– Jasne – odpowiedział Ofanas. – Paszôł ja…

Wyszedł, a wtedy ja, nie wstając ze stołeczka, spytałem:

– Mam wyjść?

– Siedź – na to król. – Siedź i przyglądaj mi się. Jak wyrzut sumienia. Gdzie ja, tam i ty. Jesteś drugą połową mojej duszy, tą gorszą oczywiście – dodał z uśmiechem tak dobrym, że nie mogłem się na niego gniewać. – Ech, Olesko, gdyby ciebie nie było, tobym się pewno rozpłynął w anielstwie, paskudo. – Podniósł ostrzegawczo palec do góry. – Ale milcz. Milcz! – powtórzył groźnie.

Tak określiwszy moje powinności, objął ramieniem córkę i podprowadził ją do okna. Rozmawiali sobie tu swobodnie, jakby nikt ich nie mógł słyszeć, ale przecież słyszałem ich ja, Olesko, chociaż błazen.

– Jadwisiu – zaczął król – twoje losy się rozstrzygają.

– Słucham cię, panie ojcze – powiedziała posłuszna królewna.

– Układamy się o ciebie z margrabią brandenburskim.

– Z samym margrabią?

– Chodzi o jego syna. Jeżeli rozmowy zakończą się pomyślnie, chłopak przyjedzie tutaj, na Wawel, zaręczymy was, zaślubimy, a kiedy ja odejdę, ty będziesz tym królestwem władać. A on przy tobie.

– Ja będę królować? – zdziwiła się Jadwisia.

– A tak, ty. – Po chwili król zauważył: – Chyba żebym ja miał jeszcze syna. – A widząc powątpiewającą minę córki, dodał z uśmiechem: – Zaręczam ci, że to możliwe. Ale nie myśl o tym. – Król, westchnąwszy sobie, mówił: – Widzisz, nie lubiłaś pani Elżbiety, nie podobała ci się, a przecież dobrze, że to była ona, a nie inna, bo gdyby nieboszczka była młodsza, nie ty byłabyś następczynią tronu.

– Ojcze, kiedy ja wcale nie chcę, żebyś umierał. – I Jadwisia objęła króla, swojego ojca. – Ojcze, wierz mi, twoja córka cię kocha…

Jagiełło uwolnił się łagodnie z jej objęć.

– Bardzo mi tego brak, córuchno, bardzo. To prawda, że jestem smutny… W sercu pustka – i dlatego. Panowie rada zastanawiają się, za kogo by mnie wyswatać, jaką z mojego kawalerskiego stanu korzyść wyciągnąć.

– A ty?

– Cóż, nie pierwszy raz, prawda? Nie jesteśmy panami swojej sypialni.

– Boże mój – na to owa dziewczyna – czyż ja nie wiem?

– Nie wzdychaj, nie wzdychaj, wszystko będzie dobrze. Chłopaka się wychowa, poduczy, a w ogóle można się przyzwyczaić i pokochać też można. – I zaraz na myśl mu przyszła pierwsza żona, piękna córka Ludwika Węgierskiego, dzięki której został królem tego kraju i o której pamięć, czasem tkliwa, czasem bolesna, drażniąca, nigdy go nie opuszczała: – Weź moją Jadwigę, świętą panią, przepiękną, niezapomnianą, po której nosisz imię. Jak się buntowała, wiesz przecież, ale… zdaje się, że mnie w końcu pokochała.

– A ty ją?

– Od pierwszej chwili. – Zamyślił się i widziałem, że twarz mu się zmieniła od jakiegoś bolesnego wspomnienia. – Nie wszystko nam się układało gładko, nie wszystko… Były i gniewy, tak… Jak to między małżonkami, królewskimi czy mieszczańskimi, zawsze to dwoje ludzi, dwie głowy i dwa ciała, co by tam ksiądz nie gadał.

Jadwisia jednak myślała o swoich sprawach.

– Ojcze, ten mój oblubieniec… chyba młodszy ode mnie?

Widać było, że król Władysław poczuł się nieswojo, jak gdyby przez córkę na czymś przyłapany.

– Fryderyk? No, prawdę mówiąc, raczej młody.

– Ile ma lat? – dopytywała się Jadwisia. Kiedy ojciec zwlekał z odpowiedzią, krzyknęła piskliwie: – Ile?!

– Osiem… – odpowiedział zmieszany król.

– Osiem!

– Ależ, Jadwisiu… ty też jeszcze jesteś młoda…

– Nie, tato, nie. Święta pani, kiedyś ją poślubił, była młodsza ode mnie.

– No tak, rzeczywiście… – Strasznie mi się król wydał stropiony, aż mi się go żal zrobiło. – Tak, młodsza, ale wybacz, córuchno, toż to była rosła dziewucha, rozwinięta i tu, i ówdzie (król pokazał gdzie), wszystko już miała, wyższa ode mnie, właściwie olbrzymka.

– Tato, ja już jestem kobietą…

– Naprawdę…? To dobrze, winszuję! Zdrowej jesteś krwi, Olgierdowej. My, Olgierdowicze, wszyscy…

– Ale co ja z takim dzieciakiem będę robić?

Król Jagiełło podrapał się w łysą czaszkę.

– Co? Co? Czy ja wiem. Od razu musisz coś robić? Przecież jesteś mądra dziewczynka. Pogadacie sobie, o!

– Z takim dzieckiem?

– Weźmiesz go na kolana, pohuśtasz, nauczysz po polsku pacierza. No widzisz, nauczysz go różności, wychowasz go sobie, będzie cię szanował, zatańczy jak zagrasz. Dziewczęta wiele potrafią. – Przycisnął ją do siebie. – Nie płacz, Jadwisiu, nie martw starego ojca.

– Nie płaczę.

– Nu, ładnie. A chcesz wiedzieć, po co nam ten sojusz brandenburski? To popatrz. – I król zaczął jej pokazywać na ścianie, jakby to była mapa. – Tu masz Litwę, tu Brandenburgia, a pośrodku Prusy z Krzyżakami. – Król ścisnął palce w pięść. – Jak weźmiemy z dwóch stron w kleszcze…! Rozumiesz? Rozumiesz teraz?

– Tak. Ale te Brandenburgi to przecież także Niemcy.

– Ano tak, mądralo. Niemcy, ale swoi. Tacy, którym ty będziesz królować, ciebie będą słuchać.

– A jak nie będą słuchać?

– Jak to nie będą? Muszą!

– A jak się zbuntują i mnie powieszą?

– Dziecko, o czym ty mówisz?!

– Ciocię Marię, siostrę świętej pani, przecież Węgrzy powiesili.

– Jaka tam ona tobie ciocia… I kiedy to było!

– Ale powiesili! Zbuntowali się i w oknie powiesili, na oczach własnej matki.

– Przede wszystkim nie ją powiesili na oczach własnej matki, tylko matkę na jej oczach, a poza tym… – Król pogładził córkę po głowie. – Dziecko, o czym ty rozmyślasz? Tfu, tfu, niech cię Bóg strzeże… Powiesić ciebie? Niech spróbują! Kamień na kamieniu nie zostanie. Nie myśl o tym, wszystko będzie dobrze. – Pociągnął dłonią po chropowatym podbródku. – Ofanas, golić będziesz! – zawołał.

Usłyszałem głos Ofanasa:

– Łaźnia gotowa, wasza królewska mość.

Ofanas, jak co dzień, golił króla brzytwą szeroką przypominającą tasak, pewnie ze Wschodu sprowadzoną. I jak co dzień opowiadał królowi, co słyszał, jakie ploty, jakie pomówienia, nawet oszczerstwa. Król słuchał tego bez smutku, czasem mogło się wydawać, że się lubował w pomysłowości języków.

– No i co tam ludzie mówią? – dopytywał się król, kiedy Ofanas głowę mu zmywał.

– A tak specjalnie to nic nowego, najjaśniejszy panie.

– Stale te same wymysły?

– Jak by to rzec…

Król Jagiełło wytarł płótnem twarz.

– Wciąż, że przesądny?

– Jakże inaczej.

– Że nieokrzesany. Że nie wiadomo, po co na akademię łoży – wyliczał król. – Że o Litwie więcej myśli jak o Krakowie. Że rozpustny. Że rozrzutny.

– I że skąpy – przypomniałem.

– Że mściwy barbarzyńca – powiedział król.

– I miętki – wstawiłem ja.

– Że przebiegły i skryty.

– I nazbyt otwarty.

– Od ludzi się odgradza – wyliczał król.

– I nazbyt się brata – znowu ja.

– Że nieufny i podejrzliwy.

– I naiwny jak dziecko – na to ja. – Każdy go może zwieść.

– Ludzkie języki, wasza królewska mość – powiedział Ofanas. – O czym by im gadać, jak nie o tych co na świeczniku?

– A najważniejsze – mówi król – najważniejsze, rzecz ciekawa, że to wszystko w jakiś sposób prawdziwe.

– Mój pan się oczernia – zatroskał się Ofanas.

– Nie, Ofanasie, wszystko w nas się mieści jednocześnie – i dobre, i złe. Zależy, jak sobą pokierujesz. Sobą pokierować to trudniejsze niż radą koronną.

– Proszę waszą królewską mość pod parę.

Ofanas wylewał wodę z cebra na rozpalone kamienie. Buchnęła para. Król zrzucił z siebie płaszcz i wszedł w gorącą mgłę.

A wtedy właśnie kroczył przez krużganki i korytarze wawelskie krokiem dziarskim (jak to on zawsze) brat stryjeczny króla, wielki książę litewski Witold Kiejstutowicz, który po pogrzebie pani Elżbiety przedłużył swój pobyt w Krakowie. Szczupły, średniego wzrostu, szpakowaty (dawniej kruczowłosy), podobnie jak Jagiełło gładko wygolony. Mowę miał prędszą, bardziej niż król porywistą. Jak i Jagiełło lubił się pośmiać, i podobnie jak król do łez był skory. Ale serce miał twardsze, w polityce bez skrupułów, nieraz jednak lekkomyślny, władca bezlitosny, choć hojny, i sam po latach mógł spostrzec, że naprawdę powodzić mu się zaczęło od czasu, gdy zawierzył Jagielle, gdy zdecydował z nim iść ręka w rękę. Teraz śpieszył, by zdążyć na królewską kąpiel, bo wiedział, że z królem najswobodniej, najszczerzej właśnie w kłębach pary mógł porozmawiać.

Zatrzymał się przed zamkniętymi drzwiami, których strzegli dwaj zbrojni.

– Witajcie, cerbery! – wołał już z daleka. – Król w łaźni?

– Nagusieńki jak go matka urodziła – odpowiedział strażnik.

– Pójdę mu plecy wychłostać.

– Wasza książęca mość, król jest bez pasa – rzekł starszy strażnik i wskazał wymownie na pas książęcy, z przytroczonym do niego nożem obosiecznym w pochwie.

Książę chwilę się wahał, coś niby cień lęku przebiegł mu po twarzy, ale wnet go opanował, uśmiechnął się i zdjąwszy pas, podał go strażnikowi. Drugi otworzył drzwi i zapowiedział:

– Jego wysokość wielki książę litewski, Aleksander Witold.

Widziałem, że król się ucieszył. Krzyknął:

– Witautas! Do mnie, tutaj…! Ofanas, pomóż księciu pozbyć się odzieży.

Słyszałem głos rozbierającego się Witolda:

– Zabrali mi mój nóż.

Na co król rozweselony:

– No i popatrz, rządzą się czorty jak chcą. Nie gniewaj się, miły. Oni pamiętają, że łaźnie dla polskich władców miejsca niebezpieczne.

– Dlatego ich unikają! – zaśmiał się Witold wchodząc. – Czasem staniesz nieopatrznie za blisko takiego wielmoży, to aż nos zatyka.

– A sarkają, że ja codziennie w parze siedzę! – powiedział Jagiełło, mój król. – Czas trwonię, mówią, który mógłbym spożytkować na wydawanie rozkazów, których potem bym żałował. No co, jeszcze się chmurzysz? Ofanas, podaj księciu rózeczki, niech mnie wychłoszcze w odwecie.

I król położył się plecami do góry na kamiennej ławie. Witold, z płótnem okręconym wokół bioder, przyglądał się ze szczerym podziwem królewskiemu ciału.

– Krzepki jeszcze jesteś, Jogajła, ciało młodzieńca, niejedna z rozkoszą dotknie.

– Bij…

Witold chłostał plecy stryjecznego brzozową miotełką, jak to u nich w zwyczaju na Wschodzie.

– Nie za mocno? – spytał.

– Bij, bij, niczewô…

– Panowie rada – mówił Witold lekko zdyszany – mają na ciebie różne zamysły, ale ja radziłbym ci ożenić się z młódką.

Król wnet zrozumiał.

– Upatrzyłeś już kogoś dla mnie?

– Tak mi coś po głowie chodzi – mówił od niechcenia książę.

– No, jeśli tobie po głowie chodzi, to pewno ona tu czeka obok.

– Chciałbyś! – Witold zachichotał, bo obaj, chociaż już w wieku podeszłym, wciąż mieli zmysły niestępione.

– Kto ci chodzi po głowie? – spytał król siadając.

– Na przykład moja wychowanka, księżniczka Holszańska, Sonka.

– Rada się nie zgodzi – orzekł z miejsca Jagiełło. – Jaka korzyść? Co ona wniesie?

– Młodość. Dzieci urodzi.

– Kładź się.

I teraz Witold ułożył się na ławie, a król grzmocił jego plecy.

– Oszalałeś – mówił król, bijąc ciało stryjecznego, aż pręgi czerwone się pokazały. – Ja i dzieci? Prawda, mieć mogę, ale jakie one będą ze starego nasienia? Jest Jadwisia, dziedziczy tron, to wystarczy…

Witold obrócił ku niemu głowę:

– A kto odziedziczy wielkie księstwo? Twój braciszek Świdrygiełło? Rzadko jest trzeźwy, a do Polaków źle nastawiony.

– Trzymaliśmy go dziewięć lat w zamknięciu.

– I nic nie pomogło! Jaki był, taki jest. Jeszcze zawziętszy. – Kniaź zawył z bólu. – Jogajła, walisz jak szatan!

– Wybacz, bracie.

Usiadł wtedy książę i jakby niechcący spojrzał między nogi króla. Piękny to musiał być widok, urzekający, bo książę rzekł z uśmiechem:

– Jogajła, możesz mieć synów. Zdrowych i bystrych.

Król parsknął śmiechem, a Ofanas skwapliwie spytał:

– Ostudzić?

I nie czekając na odpowiedź, polał obu zimną wodą z cebra. Król otrząsnął się i powiedział z westchnieniem:

– W samą porę.

Witold śmiał się, wciąż zezując w to samo miejsce i nagabując:

– To jak z moją Sonką? Bracie, dobrze ci życzę.

– Jaka ona jest?

– Miód. Gdyby nie Julianna…

– Wysłuchamy wpierw panów – przerwał księciu król. – Może mają ważkie argumenty. – Dodał z melancholią: – Zawsze znajdą ważkie argumenty, żeby wprawić mnie w smutek.

Dowiedział się król od Witolda, że poselstwo z Czech przyjechało. Z czym, nie wiadomo jeszcze. Ale, powiada Witold, można się domyślić. Ilekroć stamtąd poselstwo przyjeżdża, zawsze to pachnie jakimś kacerstwem, porozmawiasz z nimi, a potem świeć oczami przed zwierzchnością kościelną, i dlatego też król postanowił:

– Przyjmę ich w puszczy. Niech wyjeżdżają z Krakowa, bo mi jeszcze biskup stolicę klątwą obłoży.

– Ci są podobno umiarkowani – mówił Witold – ale jest z nimi Anglik, brat Piotr, ten jest bardziej zasadniczy.

– Radbym go wysłuchać. Z ciekawości, w cztery oczy.

– Ciągnie cię do kacerzy?

– Czemu nie wysłuchać? – Król pytaniem na pytanie odpowiedział.

– A temu, żeś świeży katolik.

– To dobra przyczyna, żeby dowiedzieć się więcej… Ofanas, koszulę. – A kiedy Ofanas podał mu niebiesko barwioną koszulę, król rozzłościł się: – Białą…! Szybko, na mszę pora.

– Poparłbyś husytów? – spytał książę.

– Przeciw cesarzowi – zawsze. – Jagiełło zacisnął pięść. – Ten podstępny Zygmunt, szalone nasienie szalonych Luksemburgów… To wróg! Przebiegły wróg, Witoldzie, a przecież ma u nas swoich zwolenników. Podszedł mnie, zaufałem mu, zgodziłem się na jego arbitraż, a on bezwstydnie wydał wyrok na rzecz Krzyżaków!

– Krzyżacy mają skarbce pełne, Zygmunt zawsze bez gotówki.

– Połamie sobie zęby na swoich własnych poddanych, przekonasz się. Czesi mu nie mogą spalenia Husa wybaczyć. – Król zamruczał: – Ale musimy być ostrożni.

– A jednak i on przysłał poselstwo – opowiadał Witold. – Z wyrazami przyjaźni… Teraz, kiedy jesteś bezżenny, wielu się objawi przyjaciół.

– Bezwstydny! – zżymał się król.

– Nie ma wstydu w naszym rzemiośle, Jogajła.

– Jest, jest… – nie zgodził się król, mój pan. – Coraz bardziej się przekonuję, że jest… Kto z tym przyjechał?

– Twój poddany, rycerz Zawisza Czarny z Gatrbowa.

– Sprytne posunięcie – przyznał król Władysław.

– Wtrąć go do wieży – odezwał się książę, który serdecznie Zawiszy nie lubił.

– Największego szermierza europejskiego? Krzyk się podniesie!

– Niektórym sprawisz przyjemność. Wtrąć go do wieży!

– Za co?

– Za zdradę. Powinien przebywać tu, na twoim dworze, a nie tam, przy nieprzyjacielu naszym.

Król na to powiedział spokojnie:

– Mnie Zawisza potrzebny jest tam.

Witold aż zazgrzytał zębami.

– Rrrycerz. Z zasadami. Wszystkie kodeksy i przepisy zna. Honorrrowy. Pyszny…

– No, trochę dziwny – uspokajał stryjecznego brata król Jagiełło… – Ale można go wykorzystać, wierz mi… Hamuj się, Witoldzie.

Wyszli ubrani z łaźni, ja za nimi. A kiedy Ofanas ukłonił się głęboko, król nagle przyjrzał mu się z zastanowieniem i odezwał się do Witolda:

– Czy nie uważasz, bracie, że łaziebny królewski powinien być niemową?

Witolda też to zastanowiło.

– Wyrwij mu język! – poradził natychmiast,

Jagiełło zwrócił się do zesztywniałego sługi:

– Słyszałeś?

Ofanas tylko się ukłonił.

– Wola waszych wysokości.

Witold położył mu dłoń na ramieniu i powiedział dobrodusznie, jak o czymś mało ważnym:

– To nie żarty, Ofanasie.

– Rozumiem, wasza wysokość.

Król na to:

– To dobrze, że rozumiesz. Pora na mszę.

– A ten? – spytał książę, wskazując na mnie, którym się skurczył, jakbym chciał pod ziemię się zapaść.

– O nie – rzekł król z uśmiechem – jego język jest mi potrzebny. – I dodał poważnie, co ja rozumiałem, a książę chyba nie: – On jest mną. – I jeszcze, całkiem niespodziewanie, z zamyśleniem: – A ja jestem nim.

Książę powiedział, że zgłodniał, na mszę nie pójdzie, woli na sute śniadanie. Król, po chwili wahania, zdecydował:

– Ja jednak zacznę od mszy.

Sługa szatny podał królowi aksamitną kurtkę. Ale król odmachnął się.

– Nie, nie, to co zawsze!

– Królu, dziś rada…

– To co zawsze! – zniecierpliwił się Jagiełło.

Podano mu więc kożuszek barani, który król okręcił rzemieniem. Baranią kuczmę trzymał w ręku. Witold odebrał u wartowników swój pas i pośpieszył na śniadanie. A my do następnej izby, która była wartownią. Siedzieli tu na ławach pod ścianą strażnicy, kilku kucało na ziemi. Na widok króla wyprostowali się, a najstarszy pozdrowił go imieniem wszystkich. Dwóch uprzednio wyznaczonych podążyło za królem jako straż osobista, ale on nagle się zatrzymał, bo między strażnikami zauważył Hińczę z Rogowa, przyciskającego księgę do piersi.

– Hińcza! – zawołał król.

Młodzieniec podbiegł i skłonił głowę. Tylko z księgą, widziałem, jakoś nie wiedział, co robić: skryć ją, czy trzymać swobodnie.

– Wiesz – spytał król cicho – gdzie przebywa teraz wielebny Stanisław Ciołek?

– Kto? Ciołek? – Hińcza był wyraźnie zmieszany. – Ów, który…?

– Tak, ów, o niego pytam. Wiesz czy nie?

– Pewnie w Krakowie – bąknął nieśmiało Hińcza.

– Nie uciekł więc?!

– Nie, królu, on nie ucieknie.

– Przyjaźnisz się z nim? – spytał król.

Hińcza znów się zawahał, ale król Władysław nie miał wątpliwości:

– Przyjaźnisz się. Ty i Kraska, mój kancelarzysta. Przyjaźnicie się, wiem o tym.

– Cenię sobie jego umysł i zdolności – powiedział Hińcza.

I szybko dodał: – Ale nie pochwalam jego obyczajów.

– Mniejsza o to, co pochwalasz, a czego nie. Najważniejsze, że to twój przyjaciel.

Hińcza milczał. Już nie chciał zaprzeczać.

– Sprowadzisz mi tu swojego przyjaciela! – odezwał się król. – Tutaj, na Wawel, do mnie osobiście.

– Pod strażą? – spytał pobladły Hińcza.

Widziałem, że król zdusił uśmiech na twarzy.

– Tak, pod strażą. – I król głośno zwrócił się do straży: – Kapitanie, czterech zbrojnych dla pana Hińczy z Rogowa. Ma ważne polecenie. – Palcem wskazującym tknął pierś młodego człowieka: – Wykonasz to!

4

Rozpadało się, a potem deszcz zrobił się jednostajny, siekący, i w taki deszcz szedł ulicami Krakowa Hińcza, a za nim czterej ludzie w żelazie. Hińcza zarzucił sobie kapucę na głowę, strugi deszczu ciekły mu po twarzy, była ona napięta, bo też i misja, którą obdarzył go król, nieprzyjemna, powód do rozterki. Przyprowadzić pod strażą przyjaciela! Niemniej, jak mi potem powiadał, był pełen determinacji, choć miał żal do króla, że właśnie jego tym obarczył.

A w tym czasie w owej izbie kamienicy przy Kanoniczej, gdzie mieszkał Stanisław Ciołek, nastawał na byłego sekretarza królewskiego gospodarz, pan Voigt, skądinąd znany mi jako zacny mieszczanin.

– Aber, mein liebe Herr Tschollek – mówił – ne moke fiency czekacz. Das Geld ist mir nützlich. Zwanzig florens.Tfaczeszcza! Tfaczeszcza floren. Jutro!

– Cierpliwości, panie Voigt, fortuna się obróci, wierz mi – uspokajał gospodarza kanonik. – Zamówiono u mnie hymn na narodziny bawarskiego następcy tronu. Jeśli tylko będzie inspiracja muz, to jest, przepraszam, chciałem powiedzieć: błogosławieństwo boże… Herr Voigt, pan sam jest przecież Bawarczykiem, z Norymbergi, nieprawdaż?

Pan Voigt na to prawie się oburzył:

– Jestem Krakauer, mein liebe Herr, poddany jekowysokoszcz król Jakeillo…

Wtedy właśnie rozległo się mocne pukanie do drzwi i wszedł Hińcza. Sam na razie. Zrzucił kapucę, otarł twarz z deszczu.

– Ach, to ty – powiedział z ulgą Ciołek. – Już myślałem, że to kolejny krwiopijca. Wybacz, mój drogi, nie spodziewałem się w taki deszcz. Ale łyk palanki się znajdzie.

– Dziękuję, nie mam ochoty.

– Siadaj, rozgość się. Że też ty w taki deszcz, prawdziwy przyjaciel, nie ma co…! Panie Voigt, dokończymy kiedy indziej tej niezwykle podniecającej rozmowy.

Ale pan Voigt nie dawał się wypchnąć. Wtedy Ciołek zauważył, że Hińcza wciąż stoi. Zniecierpliwił się.

– Czemu tak tkwisz? – Podsunął mu stołek. – Proszę.

– Przyszedłem służbowo – wyjaśnił Hińcza. – Domyślasz się, z czyjego rozkazu?

– O, mein Gott… – szepnął gospodarz struchlały.

A Ciołek:

– Spokojnie, Herr Voigt, jeszcze nie przepadłem.

– Masz ze mną iść, stawić się przed oblicze królewskie.

– W taki deszcz? Przecież zmoknę do nitki…! A jeśli odmówię?

– Na dole czekają zbrojni.

Ciołek szybko dopadł okna. Spytał:

– Gdzie czekają?

– Pod okapem. – I wtedy Hińcza zdobył się na coś, co, jak mi potem powiedział, jego samego zaskoczyło: – Mógłbyś zejść do sieni i uciec przez podwórze.

– W taki deszcz…? Ja mam delikatne płuca, Hińczo, nie to co twój Litwin. – Widać było, że się zdecydował, bo otworzył drzwi do drugiej izby, w której na szerokiej, dobrze wymoszczonej ławie leżała korpulentna panna z sąsiedztwa. – Hej, westalko – zawołał Ciołek – żegnamy się we łzach, carissima, być może na zawsze. Podaj mi płaszcz z kapturem.

Kobieta, trochę rozmamłana, podała mu płaszcz. Nawet podobno szloch przy tym zdusiła. On zaś mówił do niej:

– Zmów za mnie czasem kilka pacierzy. W ustach jawnogrzesznicy modlitwa waży podwójnie. – Zwrócił się do Hińczy: – Nie tak? Bo może się mylę…

Potem, opowiadał Hińcza, pocieszał gospodarza:

– Panie Voigt, zostawiam ci wszystkie moje manuskrypty. Za lat dziesięć, kiedy imię moje stanie się głośne i powtarzać je będą ze czcią, zlicytujesz je i odbierzesz swoje z nawiązką.

Skłonił się Hińczy:

– Więc co, do wieży?

– Nie wiem, Staszku. Król zdecyduje.

Ciołek westchnął:

– Zawzięty, poganin… Bez lochu się nie obejdzie.

Hińcza zakomenderował:

– Za mną.

A Ciołek podobno tylko westchnął:

– W taki deszcz…

5

Zanim Ciołek, prowadzony przez Hińczę i świtę zbrojną, dostał się przed oblicze królewskie, zatrzymał się w izbie, gdzie czekał na przyjęcie Wołczko w lisiej czapie i jedwabnej czarnej kapocie. Wołczko trochę się zdziwił ujrzawszy kanonika, i to pod strażą, ale nie dał temu wyrazu, podniósł się powoli z ławy i ukłonił się z godnością, jak na finansistę i zaufanego królewskiego przystało.

– Witam waszą wielebność.

– Witam cię, Wołczko. Cieszę się, że mnie rozpoznajesz. Jak widzisz, jestem mniej osamotniony, niż gadają. – Ciołek z udaną beztroską wskazał na zbrojnych. – Moi przyjaciele dotrzymują mi towarzystwa.

– Pozazdrościć wielebnemu kanonikowi: trudno w dzisiejszych czasach o wiernych przyjaciół. Król wzywa? – zaciekawił się Wołczko.

– Raczył sobie o mnie przypomnieć. Przepadły twoje floreny, Wołczko. Już ich nie zobaczysz.

– Bóg dał, Bóg wziął – odpowiedział Żyd. I dodał z uśmiechem, nie bez melancholii: – Kanonik wie, takie straty muszą być wliczone do rachunku.

– Co dla mnie przewidujesz, Wołczko? – Ciołek tym razem spoważniał.

Finansista pokiwał głową, jakby roztrząsał zagadkę.

– Myślę, wasza wielebność, że dobry król Władysław nie pozwoli, żeby mnie działa się krzywda.

Wtedy odezwał się Hińcza do strażnika u drzwi królewskich:

– Głoś przyjście!

Strażnik, otworzywszy podwoje wykrzyknął:

– Kanonik Stanisław Ciołek do jego królewskiej mości!

Król Władysław siedział za stołem, obok jego spowiednik, dominikanin Jan Biskupiec. Ja, błazen królewski, siedziałem cicho pod ścianą na niskim stołeczku, trzymając misę na kolanach.

Kiedy Ciołek wszedł, król odłożył pieczone udko kurze, które właśnie obgryzał. Zmilczał pozdrowienie z ust Ciołka, dłonie zanurzył w misie z wodą, potem wycierał je starannie o płócienny haftowany ręcznik zwisający z brzegów stołu. Podniósłszy wzrok na Ciołka, przyglądał mu się w milczeniu, a ten aż zesztywniał z lęku. Długo trwało to przenikliwe spojrzenie królewskie, badawcze, osądzające, i pomyślałem sobie, że nie chciałbym ja być takiemu badaniu poddany. Aż mnie ciarki przeszły. Ale w pewnej chwili zauważyłem, że jest w spojrzeniu Jagiełły jeszcze coś innego, jakiś chochlik, rozciekawienie: jakże ten zuchwały Ciołek to teraz znosi…?

Wreszcie odezwał się król głosem niskim:

– No i co, kanoniku, co masz nam do powiedzenia?

Ciołek przyłożył dłonie do piersi.

– Tylko to, panie mój, że jestem pełen winy.

– Zohydziłeś moją ukochaną małżonkę – mówił smutno król. – Napisałeś na królową plugawy paszkwil. Sprawiłeś radość wrogom Korony! – Król uderzył pięścią w stół. – Więc na to Bóg ci dał wiedzę i zdolności?!

– Panie, zawiniłem. Słuszny jest twój gniew.

Odezwał się spowiednik królewski:

– Żałuj za grzechy, proś o wybaczenie.

Ciołek, zgarnąwszy kraj szaty, padł do nóg króla.

– Wstań, wstań – powiedział szybko król, jakby zakłopotany tym uniżeniem (a przecież wobec jego majestatu zupełnie na miejscu). – No, szybko. – Kiedy Ciołek się podniósł, król zwrócił się do spowiednika: – Za grzechy będzie żałował na sądzie ostatecznym. Tu, na ziemi, mamy sprawiedliwość ziemską.

Oho, pomyślałem, a to co ma znaczyć? Miecz czy wieża?

– Nie przeczę, panie – zgodził się dominikanin. – Zasługuje na surową karę. Ręka królewska winna być bezlitosna.

– Słyszałeś, Ciołek? – Król wyraźnie był ucieszony.

Kanonik stał z pochyloną głową. Spowiednik ciągnął:

– Łagodność twoja, królu, może rozzuchwalić innych.

– Słyszałeś? – powtórzył raz jeszcze Jagiełło, tym razem mrużąc oko.

– Niestety – odpowiedział Ciołek. – Ojciec dominikanin ma słuszność.

Król wtedy obrócił się z pewną gwałtownością do swojego spowiednika i nawet dłoń już-już miała w stół uderzyć.

– A przecież to ty, ojcze, przypominałeś mi, że napisane jest, iż „zemstę pozostawmy Bogu”!

– Tak. Tak jest w Piśmie. Ale…

– Słyszałeś, Ciołek? „Ale”… Zapamiętaj, Olesko – to do mnie – że zawsze jest jakieś „ale”. Pismo powiada jedno, a nam każą robić drugie. Więc co, Staszku? Utopić cię, zagłodzić w głębokim lochu, czy tylko wyrwać język?

Ciołek milczał i wcale mu się nie dziwiłem. Król zwrócił się do mnie:

– A ty co powiesz?

– Mnie się nie radź – odpowiedziałem z miejsca. – Cokolwiek uczynisz, i tak wykpię.

– I dobrze zrobisz – rzucił mi król. – Ojcze spowiedniku, dziękuję… Zostaw nas samych!

Ksiądz dominikanin, choć niechętnie, wstał i uczyniwszy znak krzyża, wyszedł. Za nim Ofanas. Poderwałem się i ja, ale król gestem mnie osadził: zostań.

Zostałem więc, ale ja się nie liczę. Można rzec, że są teraz sami – król i jego paszkwilant. Chwila milczenia. Aż król wybuchnął:

– Powiedz coś wreszcie! Ale coś do rzeczy…! żebym miał się czego uchwycić! Otwórz usta!

Ciołek, po chwili wahania, odezwał się:

– Królu, co do tej nieszczęsnej satyry… Uległa zniekształceniu w przepisywaniu… Kopiści w tych czasach wyjątkowo niesumienni… Drą skórę, a błędów narobią i potem odpowiadaj za to…

Jagiełło chwilę się zastanawiał.

– Kopiści, powiadasz… Nieźle.

Zaczął się przechadzać po izbie, mrucząc „nieźle”. Raptem zatrzymał się przed Ciołkiem.

– Znasz wyrok wrocławski cesarza Zygmunta w naszym sporze z Krzyżakami?

– Znam. Śledziłem wydarzenia z uwagą.

– I co o tym sądzisz?

– Łajdactwo. Król Węgier i Rzymu, który bezprawnie się tytułuje cesarzem, wydał wyrok jawnie stronniczy, najpewniej za krzyżackie pieniądze.

– Pieniądze wziął, ale nienawidzi nas całkiem bezinteresownie. Można rzec: rodzinna nienawiść. I wszelka inna… jemu niewiele trzeba. Bardzo dobrze to ująłeś – bezprawnie mieni się cesarzem. Napiszesz odpowiedź!

– Och, wasza królewska mość! – Rozczulony Ciołek osunął się na kolana i przypadł ustami do królewskiej dłoni. – Czyż to możliwe? Przywracasz mnie…?

– Wstań, Staszku. Nie zapominaj, że jesteś osobą duchowną.

Ciołek, dźwigając się z kolan, szepnął:

– Przed tobą mogę klękać, królu.

Znałem go sporo lat, kanonika Ciołka, twardy to był osobnik, wyznawca cynizmu chyba, chociaż epikurejczyk z natury, ale tak rozedrganego wzruszeniem jeszcze go nie widziałem. Król zaś wziął ze stołu kubek i patrząc na kanonika z ukosa, powiedział:

– To woda. Ale ciebie nie zmuszam. W dzbanie jest wino. Nalej sobie.

Stali potem obok siebie z kubkami u ust, król i jego paszkwilant. Pili w milczeniu. Król w końcu odstawił swój kubek.

– Napiszesz więc odpowiedź na wyrok wrocławski. Piękną łaciną, ale w sposób miażdżący, rozumiesz? Nie licz się ze słowami! Luksemburczyk zachował się jak podstępny lis. Napisał mi potem, że tak musiał, bo prawda, sprawiedliwość, bezstronność są dla niego ważniejsze niż przyjaźń. Przygwoździsz wszystkie te haniebne wykręty! – Jagiełło aż drżał z oburzenia. – Prawda i sprawiedliwość! – powtarzał. – I ta przyjaźń do mnie…!

Ciołek odezwał się:

– Dziękuję ci, najjaśniejszy panie.

– Zażądaj papieskiego arbitrażu. Bezstronnej rewizji wyroku.

– Królu, czy papież nie poprze raczej rycerzy krzyżackich niż ciebie?

– Eks-poganina, chciałeś powiedzieć? Nie, nie, papieżowi na mnie zależy. Ma co do nas różne zamiary: a to kacerze czescy, a może Turcy, a może zjednoczenie z Kościołem wschodnim, a gdyby znowu krucjata do Ziemi Świętej… – Król, wyliczając to, uspokajał się, aż wreszcie zakończył z uśmiechem: – Starczyłoby na trzy takie królestwa. Ale jest coś ważniejszego. Papież i król rzymski, czyli cesarz, toczą spór o to, kto przewodzi chrześcijańskiemu światu, kto rozdaje korony. Jesteśmy przeciw Luksemburczykowi, więc poprzemy papieża. Tak trzeba. Odwołanie się do jego arbitrażu jako do wyższej instancji bardzo mu się spodoba.

– Rozumiem, wasza królewska mość.

– Idź i pisz. A gotową odpowiedź pokażesz Zbyszkowi Oleśnickiemu. Trochę ją utemperuje. Bo ty, Staszku, zawsze przesadzisz.

Ciołek ucałował królewską dłoń, potem się przechylił i zwierzył poufnie, niemal do ucha:

– Wasza królewska mość, mam straszliwe długi. Potworne. Apokaliptyczne.

Jagiełło roześmiał się.

– Czyliżeś w dobrej kondycji! – Klasnął w dłonie król. – Wołczko!

Podbiegłem do drzwi, uchyliłem je i wpuściłem Wołczkę.

– Wołczko – odezwał się król – twój dobry znajomy, kanonik Staszko Ciołek, będzie nam znowu sekretarzował. Zamieszka z nami na zamku.

– Winszuję, księże kanoniku – na to Wołczko. – Czyż nie mówiłem, że mój król nie pozwoli mi uczynić krzywdy?

Król zmarszczył się.

– Co masz na myśli?

– Ksiądz kanonik jest mi winien sporo grosza.

– Ja przejmuję jego długi – oświadczył bez wahania król.

– Słucham waszej królewskiej mości.

– Popłacisz je, dasz mu trochę do ręki i wszystko potrącisz z moich dochodów. Ciołek, do roboty.

Król i Wołczko zostali sami. To znaczy jestem ja – jestem, ale mnie nie ma. Jak zwykle.

Wołczko, który odnosił się do króla z należnym szacunkiem, ale bez uniżoności, bez schlebiania, pozwolił sobie zauważyć:

– Wasza królewska mość, chyba okazałeś się zanadto hojny.

– Czy grozi nam bankructwo?

– Nie, panie. Ale…

– Ty też „ale”! Płacę za to, co płacenia warte.

– Puściłeś wszystko w niepamięć?

Jagiełło westchnął.

– Królowa nie żyje. Moja zemsta jej nie wskrzesi. A powrót Ciołka nie sprawi jej bólu.

– Podziwiam wspaniałomyślność waszej królewskiej mości.

– Wołczko, potrzebni mi są ludzie zdolni! – Wskazał na mnie: – A jego, myślisz, dlaczego przy sobie trzymam? Chociaż – dodał z uśmiechem – on długów nie robi, a ja go marnie opłacam. – Zaczerwieniłem się po uszy, pierwszy raz wtedy usłyszałem, że król jest o moich zdolnościach dobrego mniemania. – Zdolni! Za zdolności chętnie będę płacił! A poza tym, grzeszniku, ty nie znasz Ewangelii, a tam powiedziano: pomstę zostawmy Bogu.

– Wasza królewska mość, a któż o te słowa dba?

– Więc po cóż Mu było ginąć na krzyżu? – Jagiełło machnął z rezygnacją ręką. – No i gadaj z nieochrzczonym. Nigdy tego nie zrozumiesz.

– Rozumiem, że cokolwiek w Księdze napisano, oni i tak powiedzą, że król nie ceni swojego honoru.

Jagiełło kiwnął głową.

– Tak, tak, dobrze to zauważyłeś, jest tu sprzeczność. Co innego głosi Pismo, a co innego prawo rycerskie. Za zemstę będę potępiony, za poniechanie jej – wzgardzony. Żyjemy w potrzasku sprzecznych żądań. 

– A wasza królewska mość co wybiera?

Odpowiedź nastąpiła taka, jakiej się – znając dobrze króla Jagiełłę – spodziewałem.

– Czy ja mogę wybierać? Opamiętaj się, Wołczko! Rządzę tymi księstwami i to jest najważniejsze. Trzeba wybierać to, co służy królestwu. Choćbym miał zostać potępiony. I choćbym miał się spotkać ze wzgardą.

– Ośmielę się zauważyć…

– Śmiało, śmiało.

– Waszej królewskiej mości nie będzie z tym łatwo.

– Dziękuję ci za dobre słowo… Wołczko, a ty czemu stale w czarnej kapocie? Czy jesteś w żałobie?

– Nie, najjaśniejszy panie, trzymam się przepisu. Dla możnego pana karmazyn, dla mieszczanina kolor więdnących liści czy też brzozowego łyka, a dla Żyda czerń.

– Ale nie dla mojego Żyda! Od dziś pozwalam ci nosić szatę błękitną – jak nasz litewski sztandar. Dostaniesz zezwolenie na pergaminie. „Uwzględniwszy zasługi dla naszej królewskiej osoby rzeczonego, zezwala się…” i tak dalej.

Wołczko nie wydawał mi się zachwycony tą królewską łaską. I to, co powiedział, potwierdziło moje przypuszczenie.

– Dziękuję waszej królewskiej mości, ale lepiej nie. Po co mam się wyróżniać? Lepiej nie budzić złych języków. Co to szkodzi, że płaszcz czarny? Ale za to jaki jedwab! Dotknij, królu. To jest jedwab, co? Przywędrował do mojego Lwowa z bardzo dalekiego kraju. Z Chin.

6

Opowiadał później Hińcza, jak szedł Ciołek przez korytarze wawelskie zamyślony, z pochyloną głową, nic wokół siebie nie widząc. I jak go okrzyknęli, on i Jan Kraska, a on spoglądał na nich wpółprzytomny.

– Staszko, co z tobą? – wołali jeden przez drugiego. – Połajał? Ukarał? Czyś może wymknął się z wieży?

– Nie, bracia – odpowiedział Staszko, wciąż jeszcze nie wierząc temu, co się stało – nic takiego. Zdeptał mnie wasz król i upokorzył.

– Co mówisz!

– Przywrócił do łask. Tak! I długi popłaci.

– Łżesz.

– Nie. I dlatego nie wiem, co się ze mną dzieje…

– Ach, Staszku, jakże się cieszę! – Najpierw Hińcza, potem Kraska wziął w objęcia kanonika. Wiele sobie po nim obiecywali. – Inne tu teraz życie będzie. Ust nie było do kogo otworzyć!

– Mam się zgłosić do Zbyszka Oleśnickiego – powiedział Ciołek. – Gdzie go szukać?

– Zaprowadzę cię – zaofiarował się Kraska. Po drodze wyjaśniał: – To mój zwierzchnik. Dużo ma on do powiedzenia. I on, i brat jego szybko pną się do góry.

Ciołek zaśmiał się.

– Tak, braciszka ma z mieczem u boku. Znajdzie się i trochę stryjców, i świekrów, żeby ród wspierać. Jak ty, Janko, z nim?

– Nie za bardzo.

– Strzeż się!

Miał wtedy Zbyszko, pisarz królewski, nie więcej niż trzydzieści lat, ale już był otyły, pyzaty, siedział akurat za pulpitem pisarskim z piórem w ręku, kiedy tamci weszli, głowy nie podniósł, tylko zamruczał: „Na wieki wieków”. Ale kiedy podniósł wzrok, odłożył pióro. Dźwignął się bez pośpiechu.

– O, któż to…? Czyżby sam we własnej osobie?

– Ja, Zbyszku – odpowiedział Ciołek.

– Wyszedłeś ze swojej pustelni? – Bratu, owemu „Głowaczowi”, co wysokie miał stanowisko w wojsku, wskazał głową na kanonika. – Widzisz, jaki zręczny. Przez straże przemknął i do mnie trafił. – Ów brat, wąsaty, szerokoplecy, siedząc na ławie zachrząkał, co miało śmiech oznaczać. Zbyszko zaś wciąż tym samym jadowitym sposobem zwrócił się do Ciołka: – No więc, czemu zawdzięczam? Czy mam się wstawić za tobą do jego królewskiej mości?

– Przychodzę od jego królewskiej mości. – Ciołek przeczuwał, że ta wiadomość wstrząśnie Zbyszkiem. – Stawiłem się, jak tylko mnie wezwał.

Pewno zmienił się na twarzy Oleśnicki, kiedy przyznał:

– Nie uprzedził mnie o tym.

Na co Ciołek bezczelnie:

– Może bał się, że będziesz się sprzeciwiał.

Zbyszko już zdążył się opanować.

– Ja, niby dlaczego? Cieszę się, że cię widzę.

– Król kazał mi ułożyć odpowiedź na wyrok Luksemburczyka.

– Bardzo dobrze – wykrztusił z siebie Oleśnicki.

– I przedłożyć ją tobie do ostatecznej redakcji.

Tym razem Zbyszko miał powód do zadowolenia.

– To mi sprawia zaszczyt, drogi mistrzu. Będziemy razem!

– Razem! – „Głowacz” Oleśnicki dźwignął się z ławy. Sięgnął po dzban z piwem. – Dobre piwo, braciszków z Tyńca. Za twój powrót, Ciołek!

– Za króla! – odezwał się Hińcza.

Wypili więc, jak należy, za króla najpierw, potem za współpracę, za Ciołka, za przyjaźń. Zbyszko zwrócił się do obecnych.

– Król Władysław – tak, to niezwykły król, ale przecież i my jesteśmy potrzebni. My, młodsi. Za dużo wokół niego dygnitarzy pamiętających ubiegłe stulecie. Czcigodni ludzie, ale nie rozumieją nowych potrzeb.

– Zwłaszcza wojennych – wtrącił Oleśnicki żołnierz. – Zmienia się i uzbrojenie, i sposób wojowania.

– Są i inne niebezpieczeństwa, których starcy nie pojmują – ciągnął Zbyszko. – Ot, choćby napływ nowego pogaństwa. Z dwóch stron. – Zbyszko rozwarł ręce, żeby pokazać, jak te nowe, grzeszne myśli napierają na nasz kraj z dwóch stron, a starcy, czując się bezpiecznie, wcale tego nie zauważają. – Od północy – mówił Zbyszko – to wiecie, chrześcijaństwo tam świeże, chwiejne. Ale i od południa.

– Z Czech? – domyślił się Kraska.

– Tak. Ale nie tylko. – Zbyszko spoglądał na Hińczę i Kraskę, wyraźnie zdziwionych, i wyjaśniał: – Z Italii. Daleko ona, jeszcze to do nas nie dotarło, ale kto wie…

– Obstawiasz granice? – spytał z właściwą mu poważną kpiną Ciołek.

– Idzie o dobro Korony. O spokój wewnętrzny i jedność Kościoła. O zagrożoną moralność! – Dodał z widoczną pogardą: – Ci świeżutcy chrześcijanie nie są na to uwrażliwieni. Nie dotyka to ich sumień.

– Nie każdy ma takie wrażliwe sumienie jak ty, Zbyszku – odezwał się Kraska.

Wtedy Oleśnicki żołnierz wkroczył ze swoją rubasznością:

– Zostawmy nasze sumienia w spokoju. Róbmy, co do nas należy.

Nie chciał, żeby spór się rozognił. Każdy z nich u boku króla inną pełnił powinność i każdy miał zostać wysłuchany, więc lepiej (do czasu) uczucia uspokajać. Ale Hińcza nie chciał ustąpić w tym, co mu było drogie.

– Nie wszystko, co stamtąd przychodzi – powiedział – jest złe. Nawet w klasztorach studiują pogańskich mędrców. I łacińskich poetów.

Na co Zbyszko odparł szorstko:

– To idź do klasztoru, odwróć się od świata. Będziesz tam czytał poetów pod czujnym okiem ojcaszków. Ale tu, na dworze, jest inaczej.

– Służba Koronie! – rzekł jego brat, wznosząc kubek.

I wszyscy znowu wypili za króla, chociaż każdy swoją służbę inaczej pojmował.

7

Śpieszyłem razem z królem i wielkim księciem Witoldem na posiedzenie rady koronnej. Król tym razem bez kożuszka, w aksamitnej kurcie na białej koszuli. Za nami rycerze asystujący. Tak śpieszyli, ci dwaj niby-starcy, żem ledwo mógł za nimi zdążyć. A przecież nie jestem karzeł, jak by kto mógł mniemać, ale normalnej postury mężczyzna, do tego do różnych sztuk i akrobacji wyćwiczony. Całe szczęście, że od czasu do czasu zatrzymywali się, by opowiedzieć sobie jakąś kolejną ucieszną historyjkę. Zawsze tak robili, ilekroć po dłuższym niewidzeniu się mieli okazję ze sobą przebywać – król Polski, zarazem najwyższy książę Litwy (supremus dux) i Aleksander Witold, wielki książę Litwy (magnus dux). Najbardziej to lubili przekrzywiać się nadmiernej czy wręcz fałszywej pobożności, szczególnie zaś wielki książę, który ile razy był chrzczony i odchrzczony, doprawdy nie zliczę.

Witold:

– A o tym, jak Kinga cuda robiła, znasz? Najpierw dotknęła trądem babę za karę, że na widok trędowatych tchórzliwie uciekła, a potem zrobiła cud i babę uleczyła.

– To mi przypomina – z miejsca podjął Jagiełło – żydowską historyjkę, którą opowiadał Wołczko. Szedł w sobotę rabin z wiernymi na modły i nagle co widzi: na dachu domu stoi Żyd bez czapki i naprawia strzechę. „W sobotę! Bez czapki! Pracuje! Niech się ten dom zawali, wyklina rabin, razem z tym grzesznikiem”. „Rabbi, zaczęli go prosić wierni, tam są inni ludzie, małe dzieci, co oni winni, że ten apikojres jest taki grzeszny”. „Macie rację, na to rabin, niech się ten dom nie zawali”. I stał się cud: dom się nie zawalił!

Witold wybuchnął śmiechem, a potem, szturchnąwszy króla, powiedział:

– Mówią, że ta Kinga stu czy iluś nieboszczyków wskrzesiła. Ale swojego bratanka do życia nie przywróciła!

– Bo wiedziała, że będzie z niego nic dobrego. Najważniejsze, że coś tam wypitrasiła z solą. Mamy sól, a ja dochody. Prawdziwy cud.

Kiedy tak się śmieli, ja wstawiłem:

– Wasza królewska mość, przecież ja z torbami pójdę przy takich porządkach. Królu, opowiedz coś i mnie.

– Sam zmyślaj…! Jadwisia?

Córka królewska zagrodziła nam drogę. Zobaczyłem, że król od razu poczuł się mniej pewny siebie.

– Do mnie? – spytał łagodnie.

– Ojcze… przyszło mi na myśl… Czy ja naprawdę muszę być żoną tego dzieciaka?

Król coraz bardziej wydawał mi się stropiony.

– Chyba tak.

– Chyba? To ty, ojcze, nie wiesz na pewno?

– Zrobimy, Jadwisiu, co panowie rada uznają za pożyteczne. Posłuchamy ich oboje: i ty, i ja.

– Tato, ja wiem, że ty już podjąłeś decyzję.

– Tak sądzisz? – odezwał się ojciec i minął ją.

A książę Witold zmierzył dziewczynę uważnym spojrzeniem i powiedział kilka słów ciepłych, może dodając otuchy.

– Pulchna już jesteś, Jadwisiu. Niewielka, ale właściwie w sam raz. Ech, gdyby nie Julianna…

Uszczypnął ją czule w policzek i pośpieszył za królem.

Tuż przed izbą, gdzie zbierała się rada, wyszedł nam naprzeciw Zbyszko Oleśnicki. Złożył ukłon głęboki, a król podał mu rękę.

– Witaj, Zbyszku.

– Witaj, kanoniku Oleśnicki – dodał swój głos książę Witold. – Rad cię widzę. A jeszcze bardziej byłbym rad, gdybyś udał się ze mną do Wilna. Co ty na to? Szybko byś pierzem obrósł. Zapłacę ci dwa razy tyle co mój królewski brat.

– Dziękuję, książę. Służę mojemu królowi nie z chciwości.

– Właśnie takiej odpowiedzi się spodziewałem – powiedział wielki książę.

Król odciągnął swojego pisarza na stronę, na rozmowę bardziej poufną, co jednak nie miało oznaczać, że chciał czynić z niej sekret.

– Przywróciłem Ciołka na stanowisko – rzekł król.

Zbyszko skłonił głowę. Nie okazał zdziwienia, ale też, co odnotowałem w pamięci, nie zdradził się, że już o tym wie.

– Masz coś przeciwko temu? – zmarszczył się król.

– Wola twoja, panie.

– Ale co o tym sądzisz?

– Na pewno ci się przyda.

– Tobie się przyda!

– Jeśli wasza królewska mość tak uważasz…

– Tak uważam. Zapowiedz nas.

Zbyszko więc stanął u podwoi izby starszych królestwa i głośno oznajmił:

– Jego królewska mość rex Poloniae et supremus dux Lithu­aniae Vladislaus Jagiełło! Jego książęca wysokość magnus dux Lithuaniae Aleksander Witold!

Mojego wejścia nie oznajmił, ale niech tam, przeżyję. W izbie ruch się uczynił, szuranie nóg, szelest odzieży albo i szczęk zbroi. Wstali panowie z ław ustawionych wzdłuż ścian. Byli chyba wszyscy: wojewoda Jan z Tarnowa i wojewoda Sędziwój Ostroróg, był trudny do okiełznania Spytek z Melsztyna, podkanclerzy Jan Szafraniec i jego brat Piotr, którzy husytom sprzyjali, był marszałek wielki koronny Zbigniew z Brzezia, o kanclerzu Jastrzębcu nie wspomnę. Biskupi, wojewodowie, kasztelani, kilkadziesiąt osób najznaczniejszych w Koronie. Król i książę przemaszerowali środkiem sali, między szpalerem ław, za nimi sekretarze Zbyszko i Kraska, i Mikołaj Małdrzyk ze strony Witolda. Świta zbrojna została za drzwiami. Kiedy król Władysław usadowił się na krześle tronowym, stojącym na podwyższeniu, ja przycupnąłem u jego stóp na posadzce.

Zaczęły się ceremonie. Marszałek Zbigniew Brzeziński powitał ich wysokości i podał królowi koronę. Kiedy król nałożył koronę, stary Mikołaj Trąba, arcybiskup gnieźnieński, prymas Kościoła naszego (pierwszy dostojnik kościelny tym tytułem obdarzony w naszej Koronie), wysoki, chudy, o twarzy wciąż pięknej, przyciągającej oczy, odmówił niezbyt głośno modlitwę na chwałę Pana i za pomyślność obrad.

Król zaś, któremu najwidoczniej nie chciało się osobiście przewodniczyć obradom, zwrócił się do Zbigniewa z Brzezia:

– Czcigodny marszałku, prowadź obrady zgodnie z przewidzianym porządkiem spraw.

Po tych słowach zdjął koronę i odłożył ją na bok, co, jak zauważyłem, uczynił z nieukrywaną ulgą.

Marszałek udzielił głosu kanclerzowi królestwa, biskupowi krakowskiemu Jastrzębcowi. Ten od razu przeszedł na środek sali, między tworzące korytarz ławy, podczas gdy Witold szepnął coś zjadliwego do króla i obaj cicho się zaśmieli.

– Wasza królewska mość – zaczął Wojciech Jastrzębiec – wasza książęca wysokość, wielebni biskupi, barones et dignitarii. Bawi w naszym kraju poselstwo od elektora brandenburskiego w sprawie zamęścia królewny Jadwigi. Pertraktacje będą trwały długo. W imieniu króla prowadzi je podkanclerzy Jan Szafraniec. Proszę…

Tak podbechtany Szafraniec wstał i zaczął obecnych uświadamiać.

– Zanim ugoda zostanie zawarta, chcemy wypuszczenia naszych jeńców. (Okrzyki: „Słusznie! Słusznie! Dość tej niewoli!”). Następnie, zgodnie z zaleceniem królewskim, książę Fryderyk powinien być przysłany do Polski, tu się wychowywać, poznać język i obyczaje. Ma mówić językiem tego ludu, którego królową będzie jednak ona, Jagiełłowa córka, on zaś mężem i pomocnikiem.

Na to podniosła się wrzawa. Bo co. jeśli następczyni tronu zejdzie?! Zostanie wtedy on, Niemiec, na polskim tronie! Któryś nawet odważył się krzyknąć królowi w oczy:

– Jadwiga zmarła, a kto nam króluje? Ty, jej pomocnik!

Król jakoś nie przejął się tą uwagą, podniósł tylko ręce, żeby uciszyć wrzawę.

– Tak – powiedział. – Tak to właśnie jest. Nie ma świętej pani, a ja noszę tę koronę. Ale z czyjej woli? Waszej! Wielu z was, młodszych, nie może tego pamiętać, ale biskup Wojciech, który i wtedy przy nas urząd sprawował, wie, jak postąpiłem po śmierci świętej pamięci Jadwigi królowej. Mów!

– Pamiętam – odezwał się kanclerz. – Pamiętam jak dziś. Król Władysław – Wojciech Jastrzębiec zwrócił się do zebranych – zgłosił wtedy gotowość złożenia korony i powrotu do siebie na Litwę.

Słyszałem pomruk niezadowolenia, jakby ich kto obraził.

– Nie przyjęliście tego – zabrał głos król. – Uznaliście, że jest dla was pożytek w tym, żebym został w krakowskiej stolicy. – Dodał z uśmiechem: – Za co wam dziękuję.

Przemówił marszałek koronny Zbigniew Brzeziński:

– Królu, związek Polski i Litwy był i jest nam drogi. Ale Niemca za króla nie chcemy!

– Nie tak pochopnie, panowie, nie tak pochopnie – na to król. – Brandenburczyk może być groźbą dla nas, to wiemy, ale może być też groźny i dla Krzyżaków. Co wolicie? Brandenburgia sprzymierzona z nami odcina Rzeszę Niemiecką od Krzyżaków. Małżeństwo w dalekiej przyszłości, bo przecież to dzieci jeszcze, a korzyści wyciągniemy już teraz. Więc uspokójcie się, czas wiele pokaże.

Czas pokaże, zgodzili się wszyscy. Sprawę uznano za zamkniętą.

Kanclerz, wciąż stojąc pośrodku izby między ławkami, zwrócił się w imieniu zebranych do króla:

– Wasza królewska mość, panom radzie leży na sercu inna sprawa, dotyczy ona ciebie, naszego pana. Poniosłeś, wiemy, bolesną stratę, a my wraz z tobą.

– Zniesiecie ją jakoś – mruknął król. A ja chrząknąłem na znak, że dosłyszałem i pojąłem.

– Trzeba jednak – ciągnął kanclerz – byś się otrząsnął z żalu i byś obdarzył to królestwo królową. Trzeba, byś dokonał roztropnego wyboru, z pożytkiem dla siebie i dla twoich poddanych.

– Jeśli chodzi o mój pożytek – powiedział król, spoglądając z ukosa na Witolda – to mogę trwać i w bezżennym stanie. Po śmierci mojej ostatniej małżonki, którą nieprzyjaźnią krzywdziliście, moje serce jest puste i nie tęskni do nikogo. Panowie rada, stary jest już król Władysław, taki stary, że łatwo może tęsknoty do łoża ugasić.

– Królu – odezwał się marszałek Zbigniew z Brzezia – zważ na pożytek, jakim dla królestwa może być udane małżeństwo!

– Jesteś krzepki! – wykrzyknął inny dygnitarz.

A stary prymas wstawił z powagą:

– Stan bezżenny skłania do rozwiązłości.

Widziałem, że Jagiełło i Witold spoglądali po sobie, z trudem tłumiąc śmiech.

To Spytek z Melsztyna pierwszy wykrzyknął:

– Możesz nam dać następcę tronu!

– Przedłużyć ród Jagiełłowy! – podtrzymał go Jan Szafraniec.

– Ja? – udał zdumienie król.

A oni wołali:

– Daj nam następcę tronu!

– Rozmnóż swe nasienie!

– Daj króla z krwi Jagiellonowej!

Podczas gdy trwała wrzawa, Jagiełło zapytał cicho Zbyszka:

– A co wtedy się stanie z moją córką i jej przyszłym małżonkiem?

– Właśnie o to im idzie – odpowiedział Oleśnicki.

– A tobie o co idzie? – spytał król.

Na to nie otrzymał odpowiedzi. Podniósł rękę, trochę się uciszyło. Król zarządził:

– A więc, proszę, niech panowie rada dowiedzą się o swatach.

– Czcigodni panowie – zabrał głos kanclerz Jastrzębiec – nasz sławny w całym chrześcijaństwie rycerz, Zawisza Czarny z Garbowa, przybył właśnie świeżo z dworu cesarza Zygmunta.

– Króla Zygmunta – poprawił natychmiast nasz czujny król. – Dopóki jego świątobliwość Marcin Piąty go nie ukoronuje. Luksemburczyk jest tylko królem. Słuchamy cię, Zawisza.

Przyglądałem się Zawiszy, który wyszedł na środek izby, i zaraz sobie pomyślałem, to już nie to. Śniade oblicze już nie lśni, wyschnięte jest, pobrużdżone, oko zatroskane, w ramionach pewno wciąż krzepki, może jeszcze i zręczny, ale przecież widać, że mąż sterany, zdolny raczej do zasłużonego wylegiwania się w majętnościach mieczem wywalczonych niż do turniejów i wojny.

– Miłościwy panie – zaczął Zawisza. – Cesarz Zygmunt…

– Król!

– Król rzymsko-niemiecki, czeski i węgierski Zygmunt z Luksemburgów upoważnił mnie, abym ci przedłożył, w znak jego przyjaźni i dobrych uczuć na przyszłość – śniadolicy rycerz chwilę odczekał – rękę jego córki Elżbiety.

Niektórzy się tego spodziewali, na pewno jednak nie wszyscy, bo rozległ się szmer. Mruknąłem:

– Królu, następna Elżbietka.

– Obiecuje cesarz… król – poprawił się Zawisza – że po jego śmierci rzeczona córka (strasznie mi się to dziwne wydało, ten urzędowy styl w ustach rycerza) odziedziczy rozległe kraje, w tym korony węgierską i czeską.

– Czekaj tatka latka – z miejsca palnął król. – Zygmunt jest zdrów jak rydz i powinien mnie przeżyć. Kto więc czyją koronę odziedziczy, my ich czy oni naszą? Gruszki na wierzbie, drogi Zawisza.

Zebrani wybuchnęli śmiechem, bo lubili królewską mowę, zawsze soczystą i malowniczą, i w środek tarczy trafiającą. Najgłośniej, wyznaję, rechotałem ja, bo i łatwo mnie rozśmieszyć, no i od tego byłem, żeby królowi w robieniu nastroju pomagać. A Jagiełło tak zauważył:

– Chociaż, przy jego nieumiarkowanym sposobie życia, to i może prawda, że ja po nim będę dziedziczyć, a nie odwrotnie.

– Królewna ma lat jedenaście – przypomniał w porę Witold.

– Właśnie, książę – podchwycił Jagiełło. – Niby drobiazg, a przecież natury nie da się oszukać. Smaczne jest zielone jabłko, ale nie w tym teraz rzecz. Jak sądzisz, Zawisza, da się z tej mąki wypiec chleb?

– Król Zygmunt myśli o tym małżeństwie poważnie.

– Pytam, czy będzie potomstwo?!

– Za trzy, cztery lata owszem, królu.

– Nie mogę tak długo czekać – król nachmurzył się.

Spytek z Melsztyna, który był w przeciwnym stronnictwie, skorzystał z okazji, żeby zadrwić z luksemburskiego domu.

– Królu, one na tamtym dworze wcześnie zaczynają. Jeśli królewna ma takie skłonności jak ojciec i matka, to już teraz za dziewictwo nie ręczę.

Oburzyło to Zawiszę.

– Mój panie, obrażasz królewnę i mnie. Ręczę ci za jej dziewictwo, mogę się z tobą o nie potykać! Choćby zaraz! Konno, pieszo – jak wolisz!

Nie wyszedłby cało z takiego pojedynku Spytek, chociaż Zawisza stary. Ale wiedziałem, że król do starcia nie dopuści, i nie zawiodłem się.

– Zawisza, Spytek, uciszcie się! – zawołał. – O co spór, na Boga? O to, żeście dzielni, czy że dziewczyna cała? Zawisza, rozsławiłeś swoje imię aż za Pirenejami, ale wierz mi, drogi rycerzu, że nawet jeśli poharatasz mi Spytka, nic od tego się dziewusze nie zrośnie.

Klasnąłem w dłonie, a król podziękował mi mrugnięciem oka. Panowie zaś w śmiech, co jeszcze bardziej wzburzyło Zawiszę.

– Słowa Spytka godzą w mój honor!

– Ależ skąd! Czy kto tu rozpatruje twoje dziewictwo? – Jagiełło od razu wyciszył gromki śmiech rady. – Wybacz mi, Zawisza, nieoceniony mój… Jednakże – zwrócił się do izby – jest tu jeszcze inny szkopuł. Królewna Elżbieta, dziewczyna czy doświadczona miłośnica, jest bliską krewną mojej córki Jadwisi, ich matki były siostrami.

Od razu ktoś zareplikował:

– Twoja ostatnia małżonka, świeć Panie nad jej duszą, była córką twojej matki chrzestnej!

– Papież pokrewieństwo duchowe absolwował – przypomniał Jagiełło – i nie ma co do tego wracać. Związków krwi nie było…! A teraz pomyślcie, jakże to wypada? Jedenastoletnia dzieweczka zostanie macochą swojej starszej siostry ciotecznej. Kanclerzu, co o tym sądzisz?

– Przyznaję, że są przeszkody natury formalnej – odpowiedział biskup Wojciech Jastrzębiec.

– Słyszałeś, Zawisza – na to król. – Przeszkody natury formalnej. Tak powtórz królowi rzymskiemu.

Zawisza, skłoniwszy głowę, przemówił:

– Król rzymski, węgierski i czeski, licząc się z możliwością tego rodzaju przeszkody, wysuwa inną propozycję. Zwraca się do ciebie, panie, byś raczył przyjąć rękę Ofki, wdowy po królu czeskim Wacławie.

– Zamiast dziecka stara baba… – mruknął książę Witold.

– Królowa wdowa – zareplikował Zawisza – jest jeszcze kwitnąca wdziękami.

– Mówią, że charakter ma łagodny i przystępny – zachwalał wojewoda Jan z Tarnowa.

A król Jagiełło:

– Dobra Agnieszka, kto z nią nie mieszka.

My w śmiech; przemówiło tu doświadczenie wielokrotnego małżonka.

– Królowa wdowa – ciągnie Zawisza – wniesie ci w posagu Śląsk.

Króla aż poderwało.

– Śląsk? Jako lenno naszej Korony?

– Tak, panie. Dziedziczne.

Jagiełło w rozterce zwrócił się do księcia Witolda:

– Nie mogę tego odrzucić. Nie wolno mi.

– Sonka. Sonka – kusił wielki książę. – Krew i mleko. I utrwalony nasz związek.

Odezwał się król do panów rady:

– Śląsk, owszem, gdyby to mogło być. Ale kiedy król Zygmunt uspokoi wreszcie Czechów, sobie ich podporządkuje. Wraz ze Śląskiem. Czyli na święty Jury, jak w niebie będą dziury. Ale proszę, wypowiadajcie się. Podkanclerzy, proszę.

Podkanclerzy Szafraniec był przeciw małżeństwu z Ofką.

– Wasza królewska mość. Czy to nie dziwne, że Zygmunt, tak nam wrogi, raptem chce się z nami łączyć? To jasne, że upatruje w tym swoją korzyść. My dbajmy o naszą korzyść.

– Korzyść może być obopólna – zauważył król.

– Luksemburczyk chce zgnieść opór Czechów. Wiemy, że maszeruje na Pragę. Woli się zabezpieczyć, żeby mu z naszej strony nic nie groziło.

– Maszeruje na heretyków! – wykrzyknął jakiś gorącokrwisty nabożniś. – W tym jesteśmy z nim.

– Ale ci heretycy nam nie grożą!

– Grożą rozkładem Kościoła! – wyrwał się Oleśnicki, i to tak, że król musiał go uspokoić.

Szafraniec zaś nieustępliwie swój pogląd przedstawiał:

– To ze strony Zygmunta stale nam coś grozi. Chce nas kupić Ofką.