Strona główna » Fantastyka i sci-fi » KUNE

KUNE

5.00 / 5.00
  • ISBN:

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “KUNE

Zbliża się czas intensywnego wykorzystywania Księżyca i najbliższych okolic naszej planety.

Czy w parze z postępem technicznym idą zmiany w naturze ludzkiej? Czy w ściśle kontrolowanym środowisku bazy księżycowej jest miejsce na typowe słabości, intrygi, przestępstwa? Czy w zamkniętym środowisku jest miejsce na uczucia i intymność? Może zmienia się tylko otoczenie, w którym się poruszamy, a natura ludzka pozostaje niezmienna?

Mark Novak - dojrzały facet po przejściach chce zostawić za sobą przeszłość. Liczy na spokojną posadę, która umożliwi mu uporządkowanie własnego życia. Przybywa do bazy księżycowej KUNE, na której ma objąć stanowisko dowódcy Służby Bezpieczeństwa. Jednak spokój nie jest mu pisany…

Polecane książki

Nitki, wstążki, kokardki, świderki… Rodzajów makaronu są setki. I cały czas trwają dyskusje na temat, skąd ten uniwersalny produkt pochodzi. Chińczycy twierdzą, że makaron to ich wynalazek, a przepis we Włoszech znalazł się za sprawą podróżnika Marco Polo. Włosi temu nie dają wiary i twardo obst...
Spirytyzm, mroczne legendy, brutalne morderstwa i zapierająca dech w piersiach sceneria XIX-wiecznej Barcelony! Prawa do książki sprzedano do 18 krajów! Barcelona, maj 1888. W przededniu rozpoczęcia Wystawy Światowej miastem wstrząsa seria przerażających wydarzeń, które stawiają pod znakiem zapyt...
Jeżeli ktoś lubi polskie seriale obyczajowe i swojskie klimaty, w książce Stanisława Kuczkowskiego znajdzie dla siebie wiele ciekawych historii. Mocno połączonych więzami rodzinnymi, koleżeńskimi oraz przyjacielskimi – wzruszających, czasem dramatycznych, ale zawsze prawdziwych. Dowie się m.i...
Matka Phili wychodzi za mąż za hrabiego Frederika, bogatego i wpływowego właściciela wspaniałego pałacu w Danii, nad samym brzegiem morza. Dziewczyna początkowo zachwyca się wspaniałymi strojami i olśniewającą biżuterią, która każdego dnia i nocy dodaje jej blasku. Po pewnym jednak czasie okazuj...
Agnieszka właśnie skończyła studia w Anglii (tam również pracowała i w dużej części opłacała sama swoje studia). Po ukończeniu studiów wróciła na rowerze do Warszawy. Zajęło jej to dwa tygodnie.Znalazła ciekawą pracę w Warszawie i była bardzo szczęśliwa. Była znowuz rodziną.W piątek wieczorem 12 ...
Jeden klub, dziesięć meczów, setki piłkarzy, niezliczone historie. 25 maja 2005 roku to zdecydowanie najszczęśliwszy dzień kibiców Liverpoolu w ostatnich latach. Nie można jednak zapomnieć o wcześniejszych dokonaniach drużyny z Anfield Road, począwszy od triumfów Toma Watsona, który objął klub w 189...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Tomasz Hipsz

Tomasz HipszKUNEwww.kune.com.plPROLOG

Osswald całą noc nie
mógł zasnąć mimo, że pokój w hoteliku przy Rue Pierre Fontaine
był całkiem przytulny. Niewielki, ze staroświeckimi, lekko
wypłowiałymi tapetami na ścianach i równie zabytkowym telewizorem
przyklejonym do jednej ze ścian, miał swój urok. Wtapiał się
w atmosferę okolic Moulin Rouge. Udało mu się w miarę spokojnie
przetrwać noc. Oglądał telewizję, wsłuchiwał się w odgłosy
ulicy oraz skrzypienia schodów i łóżek w okolicznych pokojach.

Musiał pozostać
niewidoczny. Nie korzystał z sieci, ani żadnych usług wymagających
wymiany danych. Sam hotelik miał pewne zabezpieczenia, ale na
wszelki wypadek wyłączył wszystkie swoje komputery.

Mimo, że wziął
urlop, wydział bezpieczeństwa korporacji Prodigieux, kontrolował
aktywność online wszystkich pracowników, którzy zajmowali się
ważnymi projektami. Napisał prosty programik, który imitował jego
obecność w sieci, w mieszkaniu w niewielkiej miejscowości,
niedaleko Monachium.

Przyjechał tu ledwo
trzymającym się kupy samochodem, któremu wcześniej
przeprogramował komputer, żeby podczas płatności za autostrady
i paliwo nie podawał jego prawdziwych danych. Nie było to trudne,
przecież zajmował się systemami bezpieczeństwa.

W tą wyprawę włożył
dużo wysiłku, ale miał to być interes jego życia. Miał dosyć
wypruwania sobie żył i przesiadywania po kilkanaście godzin
dziennie przed obrazem komputerowym, podczas gdy cały zysk i nagrody
zgarniali przełożeni. Będzie to jednorazowa akcja, którą
planował od miesięcy i już nigdy nie będzie musiał pracować.

Wyglądał, jak typowy
mól książkowy, cokolwiek to kiedyś znaczyło. Był chudy,
przygarbiony i miał potężne, przestarzałe soczewki kontaktowe,
które służyły jako wyświetlacz jego PCU (personal computer unit
– komputer osobisty) i zapewniały odpowiednią korektę wzroku
wyniszczonego przez lata pracy przy komputerze. Nie potrafił sobie
wyobrazić, jak kiedyś programiści mogli pracować gapiąc się
w niewielkie, prostokątne ekraniki.

Ale już niedługo. Jak
tylko zakończy transakcję, w szwajcarskiej klinice naprawi
zniszczony wzrok i kupi profesjonalne wyświetlacze kontaktowe.
Potem kupi apartament z osobistym systemem fitness i będzie
wyglądał, jak goście z Zarządu. Nie będzie już musiał
korzystać z wynajmowanego vPartnera, płacić z seks lub
towarzystwo. A nawet jeśli tak, to będzie go na to stać.

Na szczęście nikt
w firmie nie zorientował się, co odkrył i zamierzał sprzedać
korporacji Mushimoto, głównemu konkurentowi jego pracodawcy. Długo
wszystko planował i rozważał wszelkie scenariusze, ale mimo
zachowania daleko idących środków ostrożności nie mógł się
uspokoić.

Spotkanie
z przedstawicielem klienta było umówione na 6 rano. Zegarek pokazywał
5:03. Wstał i wyjrzał przez okno. Turecki bar po drugiej stronie
ulicy nadal był czynny. Stało przy nim kilku podpitych gości
i spomiędzy samochodów powoli wyturlał się poprzycierany ze
wszystkich stron, skuter z niezwykle grubym gościem na siodełku.
Pewnie też był głodny. Nic podejrzanego.

Z ulicy dochodziły
odgłosy głośnej rozmowy, muzyki z pobliskich lokali oraz chlupotu
kałuż przez które przejeżdżały samochody. Dotknął
wyświetlonej na ścianie klawiatury kontrolera wyposażenia pokoju
i poczekał, aż okno cicho się domknie.

Teraz było ciszej. Do
jego uszu dobiegał tylko szum klimatyzacji i urządzeń hotelowych.
Wszedł do mikroskopijnej łazienki i wziął szybki prysznic. Lubił
czystość, więc trochę drażniły go niedomyte fugi między
kafelkami i lekko odstające uszczelnienie kabiny prysznicowej. Na
szczęście sam system sterowania prysznica działał bez zarzutu.
Ustawił odpowiednią temperaturę wody, ilość i zapach mydła.
Zastanawiał się, czy nie zostać dłużej pod kojącym strumieniem
wody. Stwierdził jednak, że na to będzie czas później. Nastawił
program suszenia gorącym powietrzem, żeby nie musieć wycierać się
ręcznikiem hotelowym. Mimo, że wydawały się czyste, jakoś
nieswojo się czuł dotykając ich. Po zamoczeniu wydzielały
delikatną, ale wyraźną woń przemysłowych środków piorących.
Założył klapki i wszedł goły do pokoju. Wyciągnął ubranie
z torby turystycznej i rozłożył na łóżku. Nie rozpakowywał go
wcześniej, bo nie czuł się tu swobodnie i zawsze podczas krótkich
pobytów w pokojach hotelowych miał wrażenie, że pakowanie
i rozpakowywanie zajmuje dłużej niż potrzeba. Zawsze bał się, że
następnego dnia przeoczy coś i zostawi.

Wszystko starał się
utrzymywać na swoim miejscu. Przybory toaletowe – w odpowiedniej
torbie, ubrania w walizce, brudne rzeczy w papierowej torbie. Jedyne,
co wyjął na wierzch poprzedniego dnia, to wszystkie elementy
sprzętu komputerowego. Nie było tego dużo, ponieważ postanowił
ograniczyć ilość urządzeń do minimum, żeby ułatwić sobie ich
kontrolę i utrudnić wykrycie. Położył ręcznik na krześle
i usiadł przy stole, na który padało mdłe światło lampki diodowej
zamontowanej powyżej na ścianie. Jednak wystarczyło mu to.
Sprawdził, czy są wszystkie elementy i czy są wyłączone. Obraz
w soczewkach pochodził z bransoletki połączonej z komputerem
osobistym. Może był staroświecki, ale nie lubił urządzeń
wszczepianych pod skórę. Poza tym takie rozwiązanie było znacznie
tańsze i zgodne z wymaganiami bezpieczeństwa w firmie. Przed
wejściem do swojego pokoju musiał pozbywać się wszystkich
urządzeń elektronicznych.

Na komputerze miał
specjalnie przygotowany system z fałszywą tożsamością, którą
kupił od znajomego hakera. Musiał ją mieć, ponieważ wychodząc
z hotelu bez żadnego śladu elektronicznego, od razu wzbudziłby
zainteresowanie. Miał na nim uruchomioną mapę Paryża, którą
mógł podglądać w soczewkach kontaktowych.

Dodatkowo miał swoje
cacko. Profesjonalną jednostkę obliczeniową, na której trzymał
w zasadzie całe swoje życie. Od zdjęć z dzieciństwa, poprzez konta
bankowe, własne programy, gry, profile vPartnerów i preferencje
multimediów. Był spory i nieporęczny. Miał wielkość starodawnej
karty kredytowej. Wyraźnie odznaczał się w kieszeni. W związku
z tym postanowił przykleić go na środku klatki piersiowej. Chciał
mieć pewność, że nie uderzy nim o nic, a sygnał będzie miał
odpowiedni zasięg.

Najważniejszą
zawartością były jednak dane przygotowane do przekazania. Stworzył
procedurę, która uruchamiała system po otrzymaniu zgłoszenia
komputera klienta, kontrolowała wpływ pieniędzy na konto bankowe,
autoryzowała i szyfrowała transmisję, a następnie kasowała dane
i własne pliki. Następnie wyłączała system, żeby nie można go
było namierzyć i żeby nic nie pozostało w pamięci operacyjnej.
Cała operacja nie powinna trwać więcej niż kilka sekund. Klient
musiał jedynie wyemitować odpowiedni sygnał, o ustalonej godzinie
i w odległości nie większej niż 30-40m. Dzięki temu ani on nie
będzie widział klienta, ani, co najważniejsze, klient nie będzie
widział jego. Wszystkie ustalenia, hasła i informacje o procedurze
przesłał klientowi zaszyfrowanym mailem z konta pocztowego,
w jednej z anonimowych sieci, do których miał dostęp.

Starał się wszystko
przewidzieć. Liczył na to, że taki sposób przekazania danych, bez
wykorzystania Internetu i jakichkolwiek komputerów pośredniczących,
będzie najbezpieczniejszy i nawet, jeśli ktoś obserwowałby
klienta, nie będzie w stanie jego samego zidentyfikować. Mimo tego,
że technicznie nie stanowiło to problemu, postarał się też o to,
żeby trudniej było podsłuchać transmisję. W okolicach Moulin
Rouge zawsze tłoczyło się wiele osób i odbywało wiele, nie do
końca legalnych transakcji, więc z tego szumu i natłoku
informacji, trudno by było wyłowić akurat tą jedną. Nawet jeśli
ktoś by go zidentyfikował – jego komputerowa bransoletka miała
podawać fałszywą tożsamość i upodabniać go do setek turystów
odwiedzających te okolice.

Jeszcze raz sprawdził
zasilanie wszystkich urządzeń i zamontował oba komputery.
Następnie zaczął się gorączkowo ubierać.

Czyste rzeczy na podróż
i przybory toaletowe spakował do niewielkiego plecaka, a resztę do
torby i trzy razy sprawdził, czy czegoś nie zapomniał. Torbę
zostawi w kupie śmieci przy pojemniku w jednej z bram na tej ulicy.
Z samym plecakiem lepiej będzie się wtapiał w tłum turystów
i czuł się bardziej mobilny.

Nogi mu lekko drżały.
Wziął głęboki oddech i wcisnął starodawną, metalową klamkę.
Ostrożnie wyjrzał na korytarz, a potem szybkim krokiem zszedł do
recepcji. Zajrzał przez szybę do kantorka recepcjonisty. Ten spał
w najlepsze. W niewielkim hallu nie było nikogo. W drodze do wyjścia
wyświetliła się postać wirtualnej recepcjonistki, która
podziękowała mu za pobyt i automatycznie pobrała opłatę za
nocleg. Szybko, zanim zdążył wyjść, na drzwiach dostrzegł
jeszcze reklamę pobliskiej knajpki z meksykańskim jedzeniem.
Reklama zgasła w trakcie odsuwania się automatycznych drzwi, a on
poczuł lekkie ssanie w żołądku.

Uderzyło go chłodne,
przepełnione wilgocią powietrze i hałas panujący na zewnątrz.
Lekko zesztywniał z wrażenia, ale skręcił w lewo i poszedł
w stronę widocznego już stąd Moulin Rouge. Przy ulicy ciasno
zaparkowane były samochody, a przy pobliskiej latarni piętrzyła
się kupa śmieci przykrywająca już pojemnik. Nie zatrzymując się
upuścił tam walizkę. Teraz było mu lżej i od razu poczuł się
pewniej. Było mokro, co powodowało, że specyficzny zapach brudu
paryskich ulic, była bardziej wyczuwalny. Zbliżał się do
Boulevard de Clichy i niewielkiego placyku przez znaną rewią.
Zatrzymał się i spojrzał na reklamy menu śniadaniowego
wyświetlane w każdym oknie znajdującej się na rogu restauracji.
Okoliczne bary, sklepy i lokale oferujące różnorodne atrakcje
erotyczne tętniły przepychem reklam, które zajmowały praktycznie
całe mury i okna aż do wysokości 2. pięta. Środkiem bulwaru, na
ruchomym chodniku pomiędzy drzewami, poruszali się mniej lub
bardziej rozbawieni turyści wymieszani z paryżanami podążającymi
do pracy.

Miał czekać na
klienta przy wejściu do stacji metra Blanche. Pozostało jeszcze
kilka minut. Najspokojniejszym krokiem, na który było go teraz
stać, podszedł do automatycznego kiosku z przekąskami przy
schodach ruchomych jadących w dół, na peron. Zastanawiał się,
czy czegoś sobie nie kupić bo widok i rozpylany przez automat
aromat świeżych bagietek bardzo go nęcił, ale stwierdził, że
jest zbyt zdenerwowany żeby jeść. Przełknął ślinę i ostrożnie
rozejrzał się po okolicy.

Nic podejrzanego.
Postanowił zjechać na stację, gdzie powinno być nieco cieplej.
Postacie z reklam wyświetlanych przed nim, w miarę jak jechał
w dół nawoływały go po imieniu, żeby zwrócił na nie uwagę. Na
peronie było około 20 osób. W kilku miejscach na ścianach
i szklanej barierze odgradzającej tory od peronu także poruszały się
te cholerne reklamy. Strasznie go rozpraszały i nie mógł skupić
się na obrazie z soczewek. Musiał pilnować godziny, żeby
w odpowiednim momencie włączyć komputer.

Bezgłośnie na stację
wsunęły się wagony metra. Zgasły wyświetlacze i rozsunęły się
przezroczyste bariery. Podróżni szybko wysiedli, a kilka osób
wsiadło. Zdziwił go widok mężczyzny w lekko pogniecionym
garniturze i ciemnych okularach, który ociągał się z wejściem do
pociągu. Osobnik zerknął na niego i jednak nagle się zdecydował.
Zrobił to jakoś dziwnie gwałtownie. Osswald spojrzał na schody,
wmieszał się w grupkę osób, które wysiadły i postanowił
wjechać na górę. Był zbyt zdenerwowany, żeby usiąść na
peronowej ławce.

Spojrzał na zegar.

Jeszcze 3 minuty.

Był coraz bardziej
zdenerwowany. Ręką sprawdził, czy komputer jest odpowiednio
zamocowany i wymacał przycisk zasilania. Wszystko w porządku, ale
jakoś nie odczuł ulgi. Postanowił obejść placyk dookoła
i ponownie zjechać na dół.

Gdy już zrobił rundkę
i szedł w stronę stacji, kątem oka zobaczył tego samego mężczyznę
stojącego pod sklepem, po przeciwnej stronie ulicy.

Cholera. Przecież
widział, jak gość wsiadał do wagonu.

Może mu się
przewidziało? Pewnie tak, ale jego nerwy były coraz bardziej
napięte. Przyspieszył krok. Wchodząc na schody jeszcze raz zerknął
na faceta. On też na niego patrzył!

Czy to był klient?
Niemożliwe. Nie wiedział, jak wygląda. Jeśli nie on, to kto?

Zaczął szybko
schodzić po poruszających się schodach mijając kilka osób.
Niemożliwe, żeby ktoś wiedział, co tu robi. Może to tylko nerwy.
Postanowił pójść w dalszy koniec peronu.

Stanął w kącie
i obserwował ludzi czekających na pociąg.

Na ekranie w soczewkach
zapalił się alarm. Jeszcze 15 sekund. Dotknął komputera i położył
palec na włączniku. Cholera, jak tak mu się będzie trzęsła
ręka, to nie trafi w niego w odpowiednim momencie. Tylko wcisnąć
i zaraz będzie bezpieczny. Oczy chodziły mu nerwowo.

Cyferki zegara
wyświetlane w soczewkach, przed jego oczami, zaczęły migać na
czerwono. Ścisnął całą obudowę boleśnie odrywając ją nieco
od skóry. Zobaczył przed oczami informacje o przebiegu procedury.

Od ściany, po środku
peronu oderwał się niewielki ciemny przedmiot, który z bzyczeniem
małego wirnika ruszył w jego kierunku. Z ogłuszającym hukiem
rozerwał się o 2-3 metry od niego i nagle wszystko zgasło…

Nie było obrazu na
jego soczewkach kontaktowych, w jego końcu peronu zgasły reklamy
i zamigały światła. W uszach mu dzwoniło. Nie widział, co się
dzieje! Zobaczył kilka sylwetek, które nagle obróciły się w jego
stronę i zaczęły biec. Skulił się i przycisnął obie dłonie do
komputera na piersiach. Dotarły do niego wściekłe krzyki
zbliżających się osób: „Służba Bezpieczeństwa! Rozłóż
ręce! Rozłóż ręce!”.

W przerażeniu nie był
w stanie nic zrobić. Zobaczył otwór wymierzonego w siebie miotacza
pneumatycznego. Nagłe uderzenie sprężonego powietrza podcięło mu
nogi. Jeszcze lecąc w kierunku posadzki poczuł ból uderzonych
genitaliów. Wyciągną ręce przed siebie, żeby nie upaść na
twarz. Od razu zostały unieruchomione na plecach przez dwóch
silnych mężczyzn. Kobieta, która także podbiegła, rozerwała mu
koszulę na piersiach i do końca oderwała komputer od ciała.

Rozległ się dźwięk
alarmu bombowego i rozbłysły światła awaryjnego oświetlenia
peronu. Został uniesiony w powietrze i czterech potężnych facetów
w marynarkach z wyświetlonymi znakami Służby Bezpieczeństwa Unii
Europejskiej poniosło go biegiem do ruchomych schodów.

Mijali
zdezorientowanych ludzi i szybko znaleźli się na świeżym
powietrzu. Został brutalnie wepchnięty do środka zaparkowanego
przy chodniku samochodu. Rozglądał się wokoło przerażony i kątem
oka znów, po drugiej stronie ulicy, dostrzegł tego mężczyznę
w pogniecionej marynarce. Gość się uśmiechał i pomachał ręką.
Co się dzieje!? Samochód ostro ruszył…

Wybuch wstrząsnął
okolicznymi domami. Zgasły światła i reklamy, a z szyb posypało
się szkło. Podrzucony do góry samochód spadł w płomieniach
kilka metrów dalej.

Mężczyzna
w pogniecionym garniturze, zdawał się jako jedyny w okolicy
zachowywać spokój. Powoli się odwrócił i ruszył, oddalając się
od zamieszania. Na wyświetlaczu jego soczewek migał napis
„Przesyłanie zakończone”. Lars uśmiechnął się i wyłączył
obraz spokojnie wsiadając do zaparkowanego w bocznej uliczce
samochodu.

ROZDZIAŁ 1 – Przybycie

Obudziłem się. Po
środku nasennym miałem przykry smak w ustach. Z trudem otworzyłem
oczy. Jasne oświetlenie kabiny raziło w oczy. Przyciemniłem
soczewki. Musiałem się czegoś napić. Poruszyłem się i poczułem,
że coś mnie przytrzymuje. A… Tak… Jak zwykle zapomniałem.
Fotel nadal trzymał dolną powierzchnię mojego skafandra. Wcisnąłem
przycisk zwalniający mocowanie. Z cichym syknięciem, fotel puścił
materiał. Z trudem usiadłem, unosząc się z pozycji, w której
spędziłem ostatnich kilka dni.

Na ekranie soczewek
wyświetliło się powitanie, informacja o przewidywanym czasie
lądowania oraz menu z napojami i lekkimi przekąskami. Wybrałem
kanapki. Nie bardzo je lubiłem, ale w najbliższym czasie będę
jadł tylko tutejsze pieczywo, które lekko trąciło plastikiem. Do
tego kawa na rozbudzenie. Ustawiłem fotel w pozycji siedzącej
i rozejrzałem się po kabinie.

Chyba obudziłem się
wcześniej niż inni. Cholera, przypomniałem sobie, dlaczego się tu
znalazłem. Ogarnęła mnie fala złości, więc do zamówienia
dodałem jeszcze irlandzką whisky. Kosztowało to tutaj majątek,
ale w tym momencie jakoś nie był to mój największy problem.

Ze stolika pomiędzy
fotelami wyjechała tacka z zamówieniem. Postawiłem ją przed sobą
na rozkładanym blacie i powąchałem kawę. Bardzo lubiłem ten
zapach. To była prawdziwa kawa, a nie jakiś rozpuszczalny
substytut. Zjadłem kanapkę i popiłem gorącym napojem. Od razu
lepiej się poczułem. Podniosłem szklaneczkę whisky i wetknąłem
w nią nos. Powoli wciągnąłem powietrze. Po aromacie kawy, zapach
alkoholu zaskoczył moje nozdrza i myślę, że skutecznie je
odkaził. Wziąłem do ust niewielki łyk. Zimny płyn zaszczypał
delikatnie w język i rozgrzał gardło. Wziąłem głęboki oddech
i wychyliłem naczynie do końca. Poczułem ciepło w przełyku, które
za moment przeniosło się na całe ciało.

Teraz mogłem zacząć
funkcjonować. Na moich soczewkach kontaktowych sprawdziłem godzinę.
Do lądowania zostało około 2 godzin. Zamówiłem kolejną whisky
i wybrałem film, który miał mi zapełnić czas do końca podróży.
Mimo, że był wyświetlany dokładnie przed moimi oczami,
w trójwymiarowy i z dźwiękiem odtwarzanym przez implanty w moich
uszach, nie mogłem się na nim skupić.

Rozejrzałem się po
kabinie. Inni pasażerowie zaczęli się budzić. Drinki cieszyły
się duża popularnością. Obok mnie było 5 rzędów siedzeń.
Z tego, co wiedziałem, większość pasażerów stanowili pracownicy
techniczni, operatorzy urządzeń i inżynierowie. Była też spora
grupa osób w mundurach. Tak jak wszystkie bazy, ta też była
nadzorowana przez wojsko. Dzięki temu wpływy korporacji handlowych
były nieco ograniczone. Na Ziemi nie udało się tego wyegzekwować,
ale w związku z tym, że ruch kosmiczny stosunkowo łatwo było
ograniczać i kontrolować, bazy pozaziemskie miały status
niezależny od korporacji, działalności organizacji wyznaniowych,
czy politycznych. Kontrolę nad tym sprawowała armia, jako jedyna
organizacja rządowa, która zdołała we w miarę nienaruszony
sposób przetrwać rewolucję Anonymous w pierwszej połowie XXI
wieku. Tylko armia i największe korporacje zdołały utrzymywać
takie zabezpieczenia systemów, że pozostał pewien zakres
informacji, do których mimo wielokrotnych prób, nie udało się
dostać hakerom.

W soczewkach pojawił
się pejzaż księżyca przekazywany z kamer promu. Nie byłem zbyt
pewny, co mnie czeka po wylądowaniu. Miałem nadzieję, że sobie
poradzę, ale życie w tym niegościnnym otoczeniu rządziło się
innymi prawami. Podświetliłem planowany tor lotu, żeby zobaczyć,
gdzie jest lotnisko i baza. Powiększyłem obraz i spostrzegłem
brunatną, spłaszczoną konstrukcję wewnątrz krateru. Wiedziałem,
że to tylko pancerna kopuła ochronna przykrywająca całą bazę
zbudowaną wewnątrz owalnego krateru. Miała zapewniać ochronę
przed niewielkimi meteoroidami, które przy braku atmosfery często
uderzały w powierzchnię Księżyca.

Ze słuchawek padło
polecenie powrotu na swoje miejsca. Grzecznie usiadłem. Fotel
rozłożył się i złapał za skafander. Ten moment lotu był
najmniej przyjemny. Starałem się rozluźnić. Wszystkie naczynia
i resztki jedzenia zostały schowane w obudowie fotela.

Po chwili zaczęła się
procedura lądowania. Najpierw to śmieszne uczucie w brzuchu, jak
w dzieciństwie, na huśtawce. Potem gwałtowne uderzenie i poleciałem
do przodu. Dobrze, że skafander mocno trzymał. Gdyby moje ręce nie
były unieruchomione wyciągnąłbym jest do przodu, żeby wepchnąć
z powrotem oczy, które mi wyszyły na wierzch. Z trudem łapałem
oddech. Zmienił się kierunek przeciążenia i teraz wpychało mnie
w głąb fotela.

Znów uderzenie.
Żołądek obciążony jedzeniem i tą wspaniałą whisky chyba
owinął mi się dookoła kręgosłupa. W tym samym momencie
poczułem, jak fotel puścił mój skafander.

Odetchnąłem
i poczułem się jak młody bóg, leciutki jak dziecko. Byłem
leciutki, więc chyba nie musiałem już dbać o linię.

Wyszliśmy z promu do
niewielkiego pomieszczenia. Mimo tego, że sprawdzano nas i nasze
bagaże przed startem, bazy pozaziemskie miały swoje procedury.
Zewsząd obserwowały nas kamery i skanowały różnorodne czujniki.
Pasażerowie pojedynczo wychodzili z poczekalni przez 4 wyjścia.
Każdy pasażer był skanowany przez urządzenia ochrony stacji.
Jedynie personel wojskowy przechodził do sali obok. Spokojnie
poczekałem na swoją kolej i przeszedłem przez automatyczne drzwi
do bramki kontrolnej. Z przodu były zamknięte drzwi. Gdy się do
nich zbliżyłem natychmiast drzwi zamknęły się też za mną.
Nieprzyjemne uczucie. Pojawiła się wirtualna celniczka i wyjaśniła
procedurę. Prześwietlanie i kontrola chemiczna trwały tylko
moment. Najbardziej nieprzyjemne było ukłucie w celu zbadania DNA.

– Witamy Panie Novak –
oznajmił miły głos. Drzwi się otworzyły z lekkim sykiem i na
soczewkach została wyświetlona droga, do mojego nowego biura.
Znałem w zarysach plan bazy. Wiedziałem, że posiada wiele
poziomów, które były ponumerowane od pancernego sklepienia w głąb
krateru. Była podzielona na sektory, z których część była
ogólnodostępna. Spodziewałem się klaustrofobicznych korytarzy,
pancernych drzwi i śluz. Było jednak sporo miejsca I co chwilę
mijałem innych przechodniów. W miarę, jak się zbliżałem na
ścianach wyświetlane były reklamy i informacje lokalne. Wnętrze
nie różniło się praktycznie od krajobrazu przeciętnego biura na
Ziemi.

Przy tak niewielkim
ciążeniu miałem pewne trudności z utrzymaniem się przy podłodze.
Wyglądałem jak rusałka podskakująca na łące. U mijających mnie
osób wywoływało to na zmianę politowanie lub wesoły uśmiech.
Doszedłem do windy. Drzwi od razu wyświetliły zaproszenie dla mnie
i komunikat o transporcie specjalnym oraz prośbę o korzystanie
z innych szybów. Trochę niezręcznie się czułem mając na sobie
nieco rozdrażnione spojrzenia czekających na transport. Drzwi
rozsunęły się cicho, a ja czym prędzej wszedłem do środka.
Winda ruszyła w dół, a ja w sposób zupełnie niekontrolowany
uniosłem się w powietrze. Nie zdążyłem się chwycić poręczy
i pozostało mi próbować ustawić się tak, żebym po zatrzymaniu nie
wylądował na twarzy. Moje wysiłki nie zdały się na wiele. Chyba
się nie polubiliśmy, bo winda zatrzymała się złośliwie
w najgorszym momencie. Wykonując rozpaczliwe ruchy grzmotnąłem
bokiem w podłogę wyrzucają z siebie kilka niecenzuralnych słów
pod adresem mojego przewoźnika. Na szczęście w tym ciążeniu
szybkie podniesienie nie stanowiło większego problemu. Zanim
otworzyły się drzwi stanąłem w nonszalanckiej pozycji, na wszelki
wypadek opierając się o poręcz. Myślałem, że wyglądam na
rozluźnionego i budzącego respekt. Normalnie jak z reklamy. Moja
pewność siebie i godność szybko się ulotniły, gdy po otwarciu
drzwi zauważyłem miny moich podwładnych. Z trudem opanowywali
uśmiechy, a jedno z nich miało nawet łzy w oczach. No, tak.
Przecież w windzie musiały się znajdować kamery monitoringu.

Czekały na mnie dwie
osoby. Od razu je rozpoznałem. Niewysoka kobieta to starszy sierżant
Anette Hughes, a wysoki i szczupły, nie mogący opanować uśmiechu
jegomość, to podporucznik Paul Zerinsky. Oboje ubrani byli
w obcisłe mundury służby bezpieczeństwa, a przy pasach mieli
niewielkie miotacze pneumatyczne. Wszystko zgodnie z regulaminem,
oczywiście oprócz ich min. Wśród naszej trójki tylko ja nie
byłem zawodowym żołnierzem, ale przed wylotem zostałem w trybie
nadzwyczajnym zaprzysiężony i otrzymałem stopień kapitana.
Przywitałem się podając im obojgu rękę. Pokazali, w którym
kierunku mam iść i ruszyliśmy do naszego biura.

Weszliśmy do sporego
pomieszczenia ze ścianami wypełnionym obrazami z kamer
umieszczonych w różnych miejscach bazy. Na obrotowym fotelu
siedział chłopak patrzący w przestrzeń. Jedną ręką stukał
w klawiaturę, a drugą machał w powietrzu. Wyglądało to, jakby był
niespełna rozumu. Błyskotliwie domyśliłem się, że obraz
komputera był wyświetlany na jego soczewkach, a gestami obsługiwał
komputer. Nie usłyszał, że weszliśmy. Anette klepnęła go
w ramię. Wzdrygnął się tak mocno, że podskoczył do góry, co
zresztą nie było takie trudne przy tym ciążeniu. Jak już złapał
równowagę, nieporadnie stanął na baczność, starając się
dopiąć mundur. Jego kombinezon różnił się od pozostałych
brakiem oznaczenia stopnia wojskowego. Steve Knox był cywilnym
specjalistą zatrudnionym przez Zarząd bazy.

Anette pokazała mi
moje biuro, które znajdowało się za szklaną ścianą. Wszedłem
tam i wyłączyłem przezroczystość szyby. Teraz, gdy nikt mnie nie
widział, mogłem obejrzeć pomieszczenie. Było niewielkie. Wzdłuż
jednej ze ścian stała niska szafka biurowa, a nad nią przylepiony
był duży ekran. Część ściany naprzeciwko wejścia zajmowała
wysoka szafa zawierająca skafandry specjalistyczne. W rogu stał
wygodny fotel, a przed nim biurko, nad blatem którego znajdował się
półokrągły, przezroczysty ekran komputera. Obok biurka, przy
ścianie znajdował się terminal spożywczy, dzięki któremu można
było zamówić napoje i drobne przekąski. Pozostałą część
pomieszczenia zajmował niewielki stolik i krzesła. Wszystkie meble
i urządzenia były wysokiej jakości. Sprawiały dobre wrażenie.
O wystroju wnętrza można było dużo powiedzieć, ale raczej nie to,
że jest przytulne. Było doskonale bezosobowe. Nie należałem do
osób, które muszą wszędzie ustawiać dyplomy, pamiątki i inne
drobiazgi osobiste, ale coś będę musiał zrobić, żeby poczuć
się jak u siebie.

Usiadłem przy biurku,
rozpierając się na fotelu. Dotarłem i co teraz. Nie bardzo
wiedziałem co mam ze sobą zrobić. Po locie i efektownych wyczynach
w windzie czułem się nieco zagubiony. Nie wiedziałem od czego
zacząć.

Na szczęście weszła
Anette.

– Przepraszam, że
przeszkadzam Panie Kapitanie, ale otrzymałam informację, że bagaże
dotarły już do Pańskiej kajuty – powiedziała spoglądając na
mnie – Tam też dostarczyliśmy kombinezon służbowy. W szafie
znajdzie Pan kombinezony specjalne oraz buty magnetyczne, które
ułatwiają poruszanie się i przejazdy windą – powiedziała
z szerokim uśmiechem na twarzy. W jej tonie nie było żadnej
złośliwości, tylko wesołość. Mimo to spłoniłem się jak młoda
dziewica.

– Każdy z nas
zaliczył taki przejazd, a teraz obstawiamy, kto wykona bardziej
skomplikowane ewolucje.

– Dziękuję bardzo –
odpowiedziałem ze śmiechem, gdy pomyślałem, jak moje wyczyny
musiały wyglądać z zewnątrz. Podobało mi się, że sierżant,
z którą będę najbliżej współpracował, nie jest służbistką.
Sztywna, wojskowa etykieta na co dzień była dla mnie męcząca.

– Mam nadzieję, że
nie wypadłem najgorzej i dostałem dobre noty za wartość
artystyczną.

– W biurku znajdzie Pan
PCU przypisany do dowódcy Służby Bezpieczeństwa. Proszę go
zawsze mieć przy sobie. Dodatkowo, proszę także przykleić sobie
do ciała osobisty identyfikator. W szafie znajduje się sejf
z bronią – powiedziała wskazując na mebel. – Przyjęło się, że
w normalnych warunkach, wewnątrz stacji nosimy przy sobie jedynie
miotacze pneumatyczne.

– Założę te buty
i byłbym wdzięczny, gdyby pokazała mi Pani moją kajutę.

– Oczywiście Panie
kapitanie – powiedziała szybko wychodząc z mojego pokoju.

Po chwili wyszedłem
z mojego biura. Szło mi nieco niezgrabnie. Będę musiał się
przyzwyczaić i nauczyć chodzenia w takich warunkach. Przy zbliżaniu
do podłogi noga była ciągnięta w dół, a za to drugą unosiło
się bez żadnego oporu.

– W takim razie chodźmy
– powiedziałem starając się pokazać, że potrafię z godnością
i powagą stawiać jedną nogę za drugą.

Okazało się, że moja
kajuta znajduje się na tym samym poziomie. Były tu także
pomieszczenia mieszkalne i robocze większości personelu obsługi
bazy. Dostęp do tego poziomu był ściśle kontrolowany. Na
korytarzach nie było zbyt dużego ruchu. Dzięki mojemu chwiejnemu
krokowi szliśmy stosunkowo powolnie. Dotarliśmy do skrzyżowania za
którym znajdował się krótki korytarz. Zatrzymałem się na
chwilę, ponieważ wydawało mi się, że za nim znajduje się jakaś
duża przestrzeń.

– To centralna część
bazy – powiedziała Anette – chodźmy, pokażę Panu.

Po kilku metrach
rozciągnął się przede mną widok dużej hali w kształcie pionowo
ustawionego jaja.

– Wnioski
z wcześniejszych konstrukcji kosmicznych pokazywały, że zwykli
pracownicy, którzy musieli przez dłuższy czas przebywać
w zamkniętej i stosunkowo niewielkiej przestrzeni, po pewnym czasie
doznawali uczucia klaustrofobii i niepokoju, którzy znacznie
zmniejszał ich efektywność i utrudniał zachowanie bezpieczeństwa.
Projektanci postanowili stworzyć na środku bazy dużą, pustą
halę, dzięki której można cieszyć się przestrzenią. Teraz może
Pan zobaczyć całą przestrzeń. Jest ona oczywiście podzielona na
kilka poziomów, które okazjonalnie wykorzystywane są do
specjalnych zastosowań – spokojnie wyjaśniała.

– Zgodnie z rytmem
biologicznym człowieka, w bazie staramy się zachowywać podział
dzień/noc. Raz w tygodniu hala staje się centrum rozrywki z różnymi
atrakcjami na poszczególnych poziomach. Zjeżdżają do nas
pracownicy pobliskich placówek roboczych, załogi statków
kosmicznych wykonujących w okolicach swoje zadania
i przeładowujących w bazie towary. Oczywiście stali mieszkańcy bazy
też intensywnie z tego korzystają. W ciągu tygodnia czynne są
jedynie restauracje i pomieszczenia sportowe na poziomie
rekreacyjnym. Podłogi poszczególnych poziomów hali głównej są
wtedy zupełnie przeźroczyste tworząc wrażenie jednej ogromnej
przestrzeni.

– Rozumiem, że te
cotygodniowe imprezy są bardzo interesujące z naszego punktu
widzenia? – zapytałem z uśmiechem.

– Oczywiście. –
odwzajemniła uśmiech i poprowadziła mnie w głąb korytarza.

Po 3 skrzyżowaniach
dotarliśmy na miejsce. Przyklejona obok drzwi tabliczka głosiła:
‘Mark Novak. Chief Security Officer’. Błyskotliwie domyśliłem
się, że to moja kajuta. Anette jakoś chyba nie zauważyła
przebłysku mojej inteligencji i po prostu weszła do środka.

– Pańska kajuta jest
znacznie obszerniejsza od standardowych. Pan kapitan jest jedną
z osób zarządzających stacją, więc wszystkie ważniejsze
urządzenia niezbędne do zapewnienia bezpieczeństwa znajdują się
zarówno w naszym biurze, jak i u Pana w kajucie – powiedziała
wskazując na biurko przytulone do jednej ze ścian. Nad nim
umieszczony był półkolisty ekran. Drugi był przyklejony na
ścianie powyżej.

Rzeczywiście było tu
sporo miejsca. Po lewej stronie znajdowały się szafy i aneks
kuchenny. W lewym rogu, po skosie od wejścia, było łóżko.
Z tego, co zauważyłem, zadbano o wygodę i rozrywki. Nad nim
zainstalowany był jeden z najnowszych modeli vPartnera, czyli
zestawu do prywatnej regeneracji i zaspokajania podstawowych potrzeb.
No dobrze – używany przede wszystkim jako wirtualny partner do
‘zabaw intymnych’.

– Hmmmm… nieźle –
pomyślałem z lekkim uśmiechem.

Spojrzała na mnie
i też lekko się uśmiechnęła.

Na środku ustawiona
była wygodna kanapa i niewielki stolik. Na wprost wejścia
zauważyłem matowe szyby otaczające łazienkę.

Moje bagaże już
dostarczono i leżały tuż obok drzwi.

– Nie przeszkadzam. Pan
kapitan pewnie chciałby się odświeżyć, chwilę odpocząć
i rozpakować. – powiedziała uprzejmie. – W razie czego proszę
się ze mną skontaktować.

– Dziękuję.

Po chwili dodałem –
Wiem, że to niezgodne z wojskową nomenklaturą, ale czuję się
strasznie sztywny, gdy się Pani do mnie tak zwraca. Jeśli
rozmawiamy tylko w swoim gronie, chciałbym, żebyście odnosili się
do mnie mniej oficjalnie. Nie wiem, może po prostu Szefie lub coś
takiego. Jeśli mamy razem pracować, musimy się dobrze czuć we
własnym towarzystwie i nie stawiać niepotrzebnych barier.

Na jej twarzy pojawił
się niewielki uśmiech i chyba lekko odetchnęła.

– Oczywiście Szefie. –
odpowiedziała już mniej sztywnym tonem.

– Jutro zaczyna Pan…
Przepraszam, Szef pełnienie obowiązków służbowych. Najpierw
niezbędne będzie spotkanie z Zarządem bazy, a później my
przekażemy Szefowi wszystkie niezbędne informacje i zapoznamy ze
wszystkimi systemami, którymi dysponujemy.

– Dziękuję. Teraz
muszę się ogarnąć i zebrać myśli. Czy gdzieś tu można jakoś
lepiej zjeść, czy wszędzie jest takie samo konserwowane jedzenie.
– zapytałem.

– Podeślę namiary na
restaurację z poziomu 8, gdzie chyba nieco bardziej się starają.
Zresztą w weekendy jest bardzo oblegana zarówno przez stałych
mieszkańców, jak i przyjezdnych.

– OK.

– Do widzenia…
Szefie.

– Do widzenia.

Po wyjściu Anette,
usiadłem na łóżku i westchnąłem.

– No dobra, zaczynam
nowe życie – pomyślałem.

Byłem nieco zmęczony
i skołowany po podróży. Pierwsze wrażenia ze stacji też dawały
mi się we znaki. Spojrzałem na zegar wyświetlony nad kuchnią, to
znaczy ‘dystrybutorem spożywczym’. Skrzywiłem się nieco. Tutaj
nie ma indywidualnych kuchni. Napoje oraz posiłki są dostarczane
przez centralny system. Na szczęście zjadłem coś na pokładzie
promu.

Postanowiłem chwilę
odpocząć i pójść do swojego nowego biura tuż przed zakończeniem
dziennej zmiany.

Rozebrałem się
i wszedłem do kabiny łazienkowej. Była całkiem obszerna. Na dwóch
ścianach i suficie znajdowały się dysze prysznicowe. Na trzeciej –
ekran i panel sterowania. Był nieco inny niż te, których używałem
wcześniej. Teraz nie chciało mi się wczytywać w dostępne opcje,
więc tylko znalazłem ‘szybką kąpiel’ i nacisnąłem.

– Ciekawe jak to będzie
wyglądało w tym ciążeniu. – pomyślałem.

Przez chwilę nic się
nie działo, ale jak już się zaczęło….

– Proszę zamknąć
oczy. Temperaturę wody można zmienić przez podniesienie lub
opuszczenie rąk. – usłyszałem z głośników.

Woda z mydłem trysnęła
intensywnym strumieniem ze wszystkich dysz, a przez otwory w suficie
zaczęło dmuchać ciepłe powietrze, które było wysysane przez
podobne otwory w podłodze. Nawet było to przyjemne, a woda, mimo
niewielkiego ciążenia, szybko spływała. Rozluźniłem się, kiedy
nagle woda przestała lecieć.

– Proszę rozłożyć
ręce i rozszerzyć nogi. – usłyszałem polecenie.

– No, no, a nawet nie
byliśmy na „Ty” – uśmiechnąłem się.

– Jest to pierwsza
kąpiel po przybyciu na stację. Zostanie Pan zdezynfekowany.

Już obawiałem się
igieł, zastrzyków i szorowania gąbkami, ale tylko zmienił się
panujący w kabinie zapach. Było całkiem miło.

– Uwaga, suszenie. –
zabrzmiało groźnie. Uśmiałem się wyobrażając sobie co może
nastąpić.

Podmuch ciepłego
powietrza przemieszczał się od góry do dołu. Włosów nie miałem
zbyt wiele, ale zostały przedmuchane na wszystkie strony. Powietrze
było ciepłe, więc było mi przyjemnie. Podmuch dotarł
w newralgiczne, z mojego punktu widzenia, miejsca.


Oooooo!…. – chyba
często będę się kąpał. Czułem się jak na plaży nudystów,
gdzie wiatr głaszcze wszelkie delikatne miejsca.

A potem suszarka zajęła
się moimi nogami. Byłem rozczarowany – już nie było takich
emocji.

– Kąpiel skończona –
usłyszałem.

Szklane drzwi się
otworzyły i wyszedłem nagi na zewnątrz. Zerknąłem na lustro
wyświetlone na ścianie obok. No pięknie. Fryzura typu „młodość
Chopina”, a poniżej w zasadzie to co zwykle. Posmutniałem.

Zawsze myślałem, że
jestem niezłym kąskiem. Niestety teraz, tak gdzieś w połowie mnie
już nie było wyraźnych mięśni brzucha. Mimo, że brzuch był
płaski, to jednak odznaczała się pewna warstwa tłuszczu. No cóż,
trzeba będzie nad tym popracować. Mam nadzieję, że będzie na to
trochę czasu. Oczywiście, bardzo dobry wygląd można było zdobyć
dzięki różnym lekarstwom i środkom wspomagającym, ale w ten
sposób rozbudowane mięśnie nie były mocne i w odpowiedni sposób
przygotowane do wysiłku.

– No dobra, nie jest
tak źle. – pocieszyłem się na głos.

Poszedłem do łóżka
i mocno na nie upadłem. Mimo, że było mi ciepło, jakoś nie byłem
przyzwyczajony do spania bez przykrycia. Spojrzałem na ścianę,
gdzie było wyświetlone menu vPartnera. Wybrałem opcję
‘sen/przykrycie’. Z góry opuściła się jednostka centralna, na
której spodzie znajdował się elastyczny materiał, który otulił
mnie stwarzając wrażenie czegoś pomiędzy kołdrą, a tuleniem
przez czułą kochankę. Ależ to było przyjemne.

– Pobudka na 16:00 –
powiedziałem i lekkie piknięcie komputera potwierdziło przyjęcie
polecenia.

Nie było mi trzeba
dużo. Przekręciłem się na brzuch i zdążyłem jeszcze poczuć
dopasowanie się przyjemnego ciężaru przykrycia i oczy mi się
zamknęły.

ROZDZIAŁ 2 – Biuro

Byłem jeszcze nieco
zaspany, ale najedzony. Żwawo wkroczyłem do swojego biura. Tym
razem miałem na sobie oficjalny mundur Służby Bezpieczeństwa
i buty magnetyczne. Drzwi cicho się przesunęły. Mimo trudności
w chodzeniu, które pewnie jeszcze przez jakiś czas będę odczuwał,
zdołałem zachować godną postawę.

W biurze byli wszyscy
moi podwładni. Rozmowy umilkły. Wszyscy stanęli na baczność.
Czułem ich napięcie i nerwowość. Cóż, Ja też nie czułem się
komfortowo.

– Spocznij –
powiedziałem stanowczo. Chyba zbyt stanowczo.

– Siadajcie – dodałem
delikatniej.

Usiedli i wpatrywali
się we mnie. Na ich twarzach widziałem mieszankę oczekiwania
i lekkiej pogardy. W końcu oni pracowali tu od momentu uruchomienia
bazy i pewnie coś słyszeli o moim ostatnim trudnym okresie, czy
braku doświadczenia w wojsku.

– Nazywam się Mark
Novak. Od jutra przejmuję dowodzenie Służbą Bezpieczeństwa na
tej stacji, czyli także nad Wami. – głos mi się trochę chwiał.
Nie lubiłem takich wystąpień.

– Nie wiem ile
‘wojskowego ładu’ wprowadzał wasz poprzedni dowódca. Nie
interesuje mnie to. Interesują mnie Wasze kompetencje, doświadczenie
i zaangażowanie. Nie mam zamiaru zmieniać Waszego zakresu
obowiązków i schematów działań, dopóki odpowiednio nie poznam
Was wszystkich i specyfiki bazy – starałem się zachować rzeczowy
i równomierny ton głosu.

– Na początek
chciałbym porozmawiać z każdym z Was osobno. Nie dzisiaj –
uspokoiłem ich. – Rozmowy zaczniemy od jutra. Chciałbym, żebyście
się do nich przygotowali. Każdy ma przygotować krótki opis
zakresu obowiązków, problemów z którymi się spotyka, propozycji
ewentualnych zmian oraz szczegóły, które powinienem wiedzieć
o funkcjonowaniu bazy – Ktoś westchnął, a pozostali rzucali sobie
porozumiewawcze spojrzenia. Chyba nie byli zbyt szczęśliwi. No cóż,
nikt nie ma ochoty przygotowywać się do spotkania, które kojarzy
się bardziej z przesłuchaniem niż rozmową.

– Nie chcę słyszeć
ubarwionych opowieści, tylko konkrety, które pozwolą nam wszystkim
na odpowiednią współpracę. Nie chodzi mi o ocenianie, ale jak
najlepsze poznanie Was. Jak w każdym zespole, będziecie musieli się
dostosować do nowego dowództwa – powiedziałem poważnie –
A dowództwo, w mojej skromnej osobie, będzie musiało się dopasować
się do Was.

Na twarzach pojawiło
się niewielkie rozluźnienie, może lekkie zaskoczenie.

– Może spodziewali się
służbisty o nienawistnym spojrzeniu – pomyślałem.

– W tym biurze, w swoim
towarzystwie, proszę się do mnie zwracać Szefie, a nie Panie
Kapitanie lub w inny służbowy sposób. Na zewnątrz jednak wojskowa
nomenklatura jest obowiązkowa. – starałem się uśmiechnąć.

– Wiem, że to banał,
ale u mnie obowiązuje zasada, że o wszystkim rozmawiamy wprost. Nie
jestem Waszym wrogiem, ale przełożonym, który ma wymagać, ale
także pomagać i służyć jako bufor pomiędzy Wami, innymi
mieszkańcami bazy i jej Zarządem. – mówiłem to, ale widziałem,
że nie wierzą w to, co mówię. – Mam zasłużyć na Wasz
szacunek, a nie narzucić go poprzez wojskową hierarchię.

– Moim czułym punktem
jest lojalność. – spoważniałem i przyjąłem bardziej stanowczy
ton – Oczekuję całkowitej. Jeśli wyczuję jakiekolwiek ‘mijanie
się z prawdą’, zatajanie lub rozpowszechnianie informacji
wewnętrznych, będę działał szybko i stanowczo. Jeśli chcecie,
żebym był w porządku w stosunku do Was, musicie tak samo
zachowywać się w stosunku do mnie.

– W wielu przypadkach
będę pytał o Wasze zdanie lub opinię. Każdą wypowiedź będę
brał pod uwagę, ale chciałbym, żeby od początku było jasne –
wyprostowałem się i lekko podniosłem głos – mimo mniej
oficjalnej i koleżeńskiej atmosfery, decyzje podejmuję ja i tylko
ja. Oczekuję ich przestrzegania, nawet jeśli się z nimi nie
zgadzacie. Tutaj nie ma demokracji.

– Czy ktoś z Was
chciałby coś powiedzieć? – zapytałem już mniej oficjalnie.

Zapadła cisza. Raczej
nie spodziewałem się ożywionej dyskusji.

– OK. Z tego, co widzę
koniec pracy na dziś. Na pewno macie ustalone, kto pozostaje na
dyżurze, więc reszta ma już dziś wolne.

Po chwili wahania
wstali i skierowali się do wyjścia. Wychodząc nie wiedzieli, czy
maja mi salutować, podać rękę, czy po prostu wyjść. Spojrzałem
na chudego podporucznika, który nie ruszył się z miejsca.

Podszedłem do niego.
Na jego prawej piersi widniało nazwisko Paul Zerinsky. Był
najmłodszy. Zdenerwowany stał praktycznie na baczność.

– Spocznij. Rozluźnij
się. Ja nie gryzę – powiedziałem pokrzepiająco poklepując go
po ramieniu.

– Nie chcę Ci
przeszkadzać, ale byłbym wdzięczny, gdybyś mi coś powiedział
o Dowódcy Bazy. Za piętnaście minut mam z nim spotkanie, a nie lubię
być zaskakiwany – wyjaśniłem.

– Dowódcą bazy jest
Alexander Birkmann. Nie jest żołnierzem, ale cywilnym
przedstawicielem rządu. Zarządzał kilkoma mniejszymi bazami
pośrednimi. – recytował pośpiesznie.

– OK. Nie do końca
chodzi mi o jego CV, ale bardziej jakie ma podejście do Was… Do
nas – szybko poprawiłem – Jak wygląda współpraca z nim?

– Nie do końca wiem,
bo spotkałem go służbowo tylko kilka razy – odparł lekko
zaniepokojony.

– Spokojnie. Nie
podpuszczam Cię i nikt nie dowie się o czym rozmawialiśmy –
powiedziałem siadając w najbliższym fotelu. – Siadaj. Chodzi mi
o to, żebym wiedział, na co mam być przygotowany. Czy da się
z nim normalnie porozumieć, czy muszę się przygotować na to, że
będzie wkraczał w nasze kompetencje?

– Z tego, co słyszałem,
nie jest zbyt miły w stosunku do pracowników. Nas traktował ‘
z góry’ oczekując, że będziemy wykonywali jego polecenia –
mówił nieśmiało – Z drugiej strony jest bardzo zorganizowany
i konkretny. Podobno dużo łatwiej się z nim współpracuje, gdy daje
mu się odczuć jego wyższość.

– Czyli nie będzie
łatwo – uśmiechnąłem się do niego – Dzięki. Do jutra.

Wyszedłem z biura
i ruszyłem zgodnie ze wskazaniami pojawiającymi się na moich
soczewkach.

Pustym korytarzem
doszedłem do windy. Pojawił się komunikat o czasie oczekiwania.
Rozejrzałem się dookoła. Ciemnoszara wykładzina i jasne ściany
wyglądały całkiem przyjemnie, a przede wszystkim czysto. Takie
higieniczne wnętrza rzadko się spotykało na Ziemi. Co
kilkadziesiąt metrów, na ścianach i suficie znajdowała się rama,
która maskowała drzwi śluz oraz czujniki systemów bazy. Szczelne
grodzie miały zamykać się w przypadku rozhermetyzowania bazy,
pożaru lub na polecenie Służby Bezpieczeństwa.