Strona główna » Obyczajowe i romanse » Lato, które się zaczyna

Lato, które się zaczyna

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-66074-73-6

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Lato, które się zaczyna

Czy tylko jedna miłość może być przeznaczona na całe życie?

Rodziny Reigów i Balartów przyjaźnią się od lat. Roser i Elvira będąc w ciąży ustalają, że ich dzieci połączy wielka miłość. Na świat przychodzą Júlia i Andreu, których łączy przyjaźń ich matek oraz doroczna tradycja wspólnego spędzania nocy świętojańskiej.

Gdy córka Roser i syn Elviry są nastolatkami, pewnego czerwcowego wieczoru wydarza się tragedia. W drodze na doroczną kolację z okazji letniego przesilenia ich matki giną w wypadku samochodowym, a drogi obojga przyjaciół się rozchodzą.

Júlia i Andreu wchodzą w dorosłe życie własnymi ścieżkami. Pomimo nieporozumień, rozczarowań i skrajnych uczuć ich losy po latach ponownie się splatają. Czy wola ich matek się wypełni?

__

Lato, które się zaczyna” to piękna, nostalgiczna opowieść o tym, że życie pisze różne scenariusze, ale prawdziwa miłość jest pisana każdemu z nas.

___

O autorce

Sílvia Soler – urodziła się w 1961 roku w Figueras w Katalonii. Jest dziennikarką i pisarką, autorką trzynastu powieści. Na podstawie jej książki 39+1 powstał serial telewizyjny. Za Lato, które się zaczyna w 2013 roku otrzymała prestiżową Nagrodę im. Ramona Llulla. Stale współpracuje z katalońskimi mediami.

Polecane książki

Postanowiłam zebrać razem swoje relacje koncertowe, i dodać do tego mnóstwo innych koncertów nie tylko rockowych, które szczególnie utkwiły mi w pamięci. Mam nadzieję, że książka spodoba się szerszej publiczności. Koncerty opisane w kolejnych rozdziałach są z różnych półek, jako że jestem melomanem...
Kiedy szaleństwo staje się normą?   Klara Mars to młoda dziewczyna, która widzi świat tylko tak, jak chce go widzieć. Chora psychicznie, bezustannie walczy sama ze sobą – z poczuciem odrazy, brzydoty i nieatrakcyjności. Jako córka pracującej w hipermarkecie alkoholiczki, p...
Pierwszy film w dziejach kina przedstawiał robotników wychodzących z fabryki, a kino ze wszystkich dziedzin sztuki w największym chyba stopniu przypomina przemysł. Sam film ma formę towarową – powielany jest w setkach identycznych kopii i dystrybuowany w tej formie na wszystkich dostępnych rynkach. ...
Świat wielkiej polityki ma swoje sekrety.Druga po Tajnym życiu Violet Grant powieść Williams o siostrach Schuyler. Tym razem bohaterką jest najstarsza z nich, Tiny, której mąż jest kandydatem na senatora. W toku kampanii wyborczej Franka na jaw wyjdą sprawy, które postawią pod znakiem zapytania doty...
    Głównym przedmiotem książki jest opis procesu zdobywania odpowiednich kwalifikacji i kompetencji naukowych związanych z uzyskiwaniem stopni i tytułów naukowych: doktora, doktora habilitowanego i profesora. W związku z tym podkreślono kluczową rolę nauczyciela pracy naukowej i wychowawcy naukowcó...
Autor bestsellerów z listy New York Timesa, Brad Thor, prezentuje najdoskonalszy ze swoich thrillerów – sensacyjny majstersztyk, który nie zwalnia tempa ani na chwilę! W jednej z najpotężniejszych organizacji świata ukryty jest tajny departament o niszczycielskich zapędach. Jej członkowie uchodzą...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Sílvia Soler

Blance Soler Guasch i Blance Duran Soler,
które razem łączą pięć ról:

BRZUCHY MUSZĄ PRZYPOMINAĆ WYDMY

– Nie ma drugiego tak niebieskiego morza jak to – mówi Elvira. Obie dziewczyny leżą na piasku o tej porze, kiedy plaża wygląda, jakby miała się stopić. Kontury się rozmywają, maleńkie żagle trzepoczą, popołudniowe chmury płyną powoli.

– Masz na myśli Morze Śródziemne?

Roser trochę się podnosi i wsparta na łokciach, rozgląda się w jedną i w drugą stronę. Właściwie nie ma tu już nikogo oprócz starszej kobiety w granatowym kostiumie kąpielowym, która czyta, siedząc na ciemniejszym pasie piasku nieopodal wody, oraz grupki nastolatków pokrzykujących przy grze w piłkę. Śmiechy unoszą się na wodzie.

– Nie, nie. – Elvira pozostaje w bezruchu. Nadal siedzi, osłaniając oczy ręką, jakby to był daszek. – Nie chodzi mi o Morze Śródziemne. Mam na myśli to morze, nasze! – Kładzie się na plecach i zamyka oczy, ręce umieszcza pod karkiem.

Kawałek morza należący do niej, ta mała i okrągła niczym księżyc zatoczka, plaża, którą jej oczy widziały, odkąd zaczęły patrzeć. Roser przytakuje i lekko się uśmiecha.

– Wyobrażasz sobie, jak wyglądałybyśmy dla kogoś patrzącego na nas z boku, kto leżałby tak jak my? Brzuchy muszą przypominać wydmy…

Są w ciąży. Brzuchy mają jak złote, zaokrąglone wydmy usypane na kolorowych ręcznikach. Elvira otwiera oczy, podnosi się i siada z rozchylonymi nogami i dłońmi na kolanach. Rozwiązuje kucyk, a ciemne włosy opadają jej na ramiona. Szybkim ruchem, takim samym, jaki co dzień wykonuje wielokrotnie od lat, znów zbiera włosy. Przekłada je przez gumkę pierwszy raz, potem drugi i trzeci, wiążąc niedbale.

– Ostatnia kąpiel? – pyta Elvira. Wstała już z wielkim trudem, podniósłszy ciężki brzuch, i teraz podaje rękę przyjaciółce. Roser przyjmuje pomoc, pozwalając, by Elvira ją pociągnęła. Dziewczyna chwieje się i traci równowagę, obie krzyczą, ale udaje im się uniknąć upadku. Śmieją się, strzepują sobie piasek z pośladków, po czym ruszają w stronę morza. Ogromne brzuchy wystają im niczym dziób statku. Dwie sylwetki z wielkim łukiem. Wchodzą do wody i brzuchy natychmiast znikają. Dziewczyny figlarnie podskakują, opryskują się, zanurzają. Starsza kobieta w granatowym kostiumie kąpielowym przestaje czytać. Kładzie książkę na kolanach i patrzy na nie z szerokim uśmiechem.

– Udajemy martwe?

Morze jest gładkie, tylko od czasu do czasu pojawiają się małe, piękne fale, które nikną nieśmiało w kontakcie z piaskiem. Brzuchy utrzymują się na powierzchni jak boje. Roser i Elvira przez chwilę pozwalają się kołysać. W wodzie nienarodzone dzieci nie ważą nic. Czują się jak w stanie nieważkości. Kiedy przyjaciółki wracają na plażę, słońce nie grzeje już tak mocno i dziewczyny trochę drżą z zimna. Roser owija się żółtym ręcznikiem, a Elvira osusza skórę, szczególnie delikatnie, kiedy przykłada tkaninę do brzucha. Siadają i patrzą na morze.

– Masz rację, ten niebieski jest bardzo intensywny.

Odprężone twarze, lekko zarysowane uśmiechy, spojrzenia zagubione po horyzont. Nic nie mąci widoku.

– Zostało już niewiele czasu – mówi Elvira, trzymając dłonie na brzuchu.

– Mnie jeszcze kilka tygodni – stwierdza Roser z uśmiechem.

– Będą razem chodzić do żłobka, podstawówki i szkoły średniej. Wyobrażasz to sobie?

– Jeżeli to dziewczynki, zostaną wielkimi przyjaciółkami.

– A jeżeli chłopcy – przyjaciółmi. Będą grać w jednej drużynie!

– A jeśli urodzą się chłopiec i dziewczynka?

Roser rozwiązuje ręcznik i wkłada białą sukienkę. Rozgrzewa sobie ręce, ma gęsią skórkę. Elvira zaczyna zbierać rzeczy i wkłada je do torby: krem do opalania, butelkę po wodzie, grzebień.

– Jeśli chłopiec i dziewczynka, to się w sobie zakochają, prawda?

Wybuchają śmiechem i wstają, gotowe, by wrócić do domu. Zanim jednak odejdą, raz jeszcze spoglądają na morze, gładkie i szerokie niczym świeże prześcieradło. Uśmiechają się bezwiednie, ponieważ widok wody i nieba jest przyjemny i odprężający. Ani jedna chmura nie przesłania błękitu nad nimi, a fale docierają do brzegu, jakby robiły to ot tak, leniwie i niechętnie. Ani Roser, ani Elvira nie pamiętają w tej chwili, czy widziały to morze w dni burzowe. Wiedzą, chociaż teraz o tym zapomniały, że spokój może zostać zmącony w parę chwil i że tam, gdzie była cisza i bezruch, może zapanować chaos. Że fale mogą się zrobić większe i groźne, z całą mocą uderzając o brzeg, i że horyzont, teraz niewzruszony, może się zatrzeć, zakryty przez sztorm, a w końcu zniknąć. Tego czy innego dnia nadejdzie burza, przyjdą błyskawice, grzmoty i czarne chmury. Wiedzą o tym, ale nie chcą być świadome, ponieważ dzisiaj są młode i pełne nadziei, ich brzuchy zaokrąglają wszystkie kontury, a morze jest gładkie, niebieskie i odpoczywa.

Elvirze odeszły wody podczas lekcji solfeżu, wywołując wielkie zaniepokojenie u jej młodziutkiego ucznia, który zobaczył, że ze stołka do fortepianu cieknie płyn i tworzy na podłodze małą kałużę. Był pierwszy czerwca i do wyznaczonej daty brakowało jeszcze dziesięciu dni. Poród okazał się długi, bolesny i bardzo wyczerpujący. Jej syn urodził się z zaczerwienioną pod wpływem cierpienia skórą i meszkiem czarnych jak smoła włosków. Nie był ładnym dzieckiem. Ona sama to powiedziała, kiedy położono go jej na piersi. Stwierdziła: „Jeszcze wyładnieje”, i uśmiechnęła się do męża, który wciąż patrzył przestraszonym wzrokiem. Mijał pierwszy dzień bardzo gorącego czerwca 1961 roku.

Roser przyszła w odwiedziny następnego dnia. Lekko popchnęła drzwi szpitalnej sali i dyskretnie zajrzała do środka. Powitał ją głośny śmiech.

– Widzę tylko twoje oczy i brzuch!

Przyjaciółki przytuliły się do siebie ponad wystającym brzuchem Roser. Uścisk Elviry był serdeczny, zdecydowany i mocny. Był to uścisk mówiący „wszystko będzie dobrze, nie bój się, będzie boleć, ale to nic wielkiego”. Potem obie obserwowały noworodka, który smacznie spał w kołysce. Wsłuchiwały się uważnie w jego rytmiczny oddech, popatrzyły na siebie i znów skierowały wzrok na dziecko.

– Za kilka dni będziesz miała swoje – powiedziała Elvira. – Zdajesz sobie z tego sprawę?

Roser energicznie pokręciła głową. Jak mogła mieć świadomość, że niebawem stanie się cud?

Cud stał się w noc świętojańską. To była dziewczynka. Kiedy Elvira ją zobaczyła – różową, zaokrągloną, bez włosów – powiedziała do swojego syna, łapczywie ssącego jej pierś, że to nowo narodzone dziecko pachnące talkiem najpewniej będzie dziewczynką, która przebierze się za księżniczkę, kiedy on założy strój rycerza, nastolatką, która będzie odrywać go od nauki, dziewczyną, która będzie na niego patrzeć z pożądaniem, kobietą, z którą będzie się uzupełniał. Zanim mężowie zepsuliby im tę zabawę, uprzedziły ich: „Zgoda, istnieje duże prawdopodobieństwo, że z naszych planów nic nie będzie. Właściwie jest jedna szansa na milion, że wszystko ułoży się tak, jak byśmy chciały. Ale teraz, w tym momencie, wszystko jest możliwe”. Śpiący spokojnie chłopiec westchnął. Dziewczynka właśnie się obudziła i zaczęła marudzić.

WE ŚNIE

Przez cały dzień zanosiło się na deszcz, ale o zmierzchu przyszło rozpogodzenie. Był to dziwnie kapryśny czerwiec, o wiele chłodniejszy niż w poprzednich latach. Wszyscy mieli jednak wielką ochotę na nocną zabawę z muzyką i tańcem. Byłaby to pierwsza impreza w nowej epoce, epoce rozpoczętej kilka miesięcy wcześniej, w nocy dwudziestego listopada, wraz ze śmiercią dyktatora.

Tego wieczoru temperatura była przyjemna, a nad głowami zebranych, pośród chmur, unosiło się nieokreślone, acz odważne przeczucie, że niebawem wybuchnie ogromna radość, powstrzymywana od czasu tamtej nocy.

Przyjemnie było siedzieć w ogrodzie przy domu Balartów. Nie docierał tu wiatr, a najwyższe gałęzie magnolii nasycały powietrze intensywnym i słodkawym zapachem, który potwierdzał nadejście lata. Na miejscu był stół nakryty białym, lnianym obrusem, a na nim niebieskie i zielone kieliszki. Podczas gdy Roser kończyła układać sztućce, Elvira wyszła z domu, trzymając kryształowy wazon z wąską szyjką, w którym znajdowały się dwie fioletowo-niebieskie hortensje, wielkie i okrągłe niczym motek wełny.

– W żadnym innym miejscu nie ma tak niebieskich hortensji – powiedziała Roser z podziwem.

Elvira się uśmiechnęła. Nieco później, po kolacji, zdradzi przyjaciółce sekret, jak uzyskać taką barwę, a są nim małe kawałki żelaza zakopane w pobliżu rośliny. Na razie jednak chciała zachować tajemnicę i tylko wzruszyła ramionami, jakby niebieski kolor kwiatów w ogrodzie Balartów był czymś zupełnie naturalnym. Stół wyglądał wspaniale dzięki niebieskości hortensji i naczyniom z białej porcelany. Elvira przeprosiła, ponieważ nie wszystkie kieliszki należały do tej samej zastawy – jedne zrobiono z bezbarwnego kryształu i miały niebieską nóżkę, inne były smuklejsze, z kryształu zielonego – ale Roser przekonała ją, że dzięki temu stół wygląda oryginalniej i nawet pięknie się prezentuje.

– Teraz brakuje tylko kwiatu magnolii, który dałby nam ładny zapach.

Syn Elviry poszedł po drewnianą drabinę i oparł ją o magnolię. Między ciemnozielonymi liśćmi, błyszczącymi, jakby właśnie przetarto je ścierką, znajdowały się białe kwiaty. Chwycił jeden z nich i wręczył matce. Elvira włożyła go do niebieskich hortensji.

– Jak tu biało i niebiesko! – wykrzyknęła Roser z podziwem.

– Morskie kolory – powiedziała Elvira z uśmiechem.

Niedługo potem wraz z dziećmi wrócili mężczyźni, którzy poszli kupić cocę* i petardy. Podczas kolacji, wszak nie mogło być inaczej, rozmawiali o polityce. Poprzedniego wieczoru Valentí udał się na spotkanie polityczne w Palau Blaugrana. Nazywali to mityngiem. Wszyscy chcieli wiedzieć, co się tam działo, jakie są jego wrażenia.

– Masz świadomość, że uczestniczyłeś w historycznym wydarzeniu, prawda? – Roser, jego żona, nie kryła podziwu. Koniec końców, jeżeli się nie mylili, Valentí był jedyną osobą z całego miasteczka Sorrals, która odważyła się tam pojechać.

– Ach, to nic takiego… – odpowiedział skromnie. – Chociaż owszem, zawsze będę mógł powiedzieć, że byłem na pierwszym legalnym i masowym mityngu w czasach demokracji! – przyznał wreszcie z dumą. I nagle, podekscytowany, podniósł swój kieliszek. – Wznieśmy toast! Za demokrację!

Roser, Elvira i Joan stuknęli się kieliszkami i powtórzyli:

– Za demokrację!

– I za piętnaste urodziny Júlii! – wykrzyknął Valentí, patrząc na swoją starszą córkę i puszczając do niej oko.

– Za Júlię! – powtórzyli wszyscy.

Wtedy Andreu, syn Balartów, wziął kieliszek, nalał do niego szampana na jeden palec i podniósł go:

– I za lato, które się zaczyna!

– Za lato, które się zaczyna! – zawtórowali zgromadzeni.

Júlia obserwowała tę scenę z obojętnością. Co za koszmar, kolacje z okazji nocy świętojańskiej. Do tego nie znała żadnego sposobu, by się od nich wymigać, bo były to zarazem jej urodziny. Zaczynała się niecierpliwić: czekały na nią przyjaciółki, rodzice pierwszy raz pozwolili jej wyjść wieczorem, to jej pierwsza zabawa w noc świętojańską. Ale, jak było widać, nikt się nie spieszył. Ani jej ojciec, który udawał, że nie przywiązuje wagi do spotkania politycznego, choć w rzeczywistości było zupełnie inaczej, ani jej matka, zawsze bardziej zainteresowana swoją przyjaciółką Elvirą niż… ani Andreu Balart, który siedział razem z nimi, pijąc szampana, ani nawet jej głupie młodsze rodzeństwo.

– Możesz się na chwilę uspokoić? Nadepnąłeś mnie!

Ruth i Ignasi walczyli o kawałek ciasta. Oboje chcieli jedyny, który nie miał kandyzowanych owoców. Wyglądali tak, jakby za chwilę mieli się pobić.

– Mamo, mogę już iść? Jestem umówiona – powiedziała Júlia.

– Teraz? Przecież jeszcze nie zdmuchnęłaś świeczek, córeczko!

Roser poszła po tort i kiedy była już w domu, poprosiła, żeby jej pomóc.

– Júlio, możesz tu przyjść i wziąć więcej szampana?!

Spotkały się na werandzie: jej matka szła z tortem – świeczki nie były jeszcze zapalone – a ona wchodziła do kuchni Balartów. Wzięła z lodówki jedną butelkę i zanim wyszła, zajrzała na chwilę do wielkiego salonu. To był pokój, który najbardziej jej się podobał – szeroki i kwadratowy, z dużymi oknami i modernistycznymi witrażami tworzącymi wianek kwiatów, z ogromnym, owalnym stołem wykonanym z dobrej jakości drewna i krzesłami obitymi delikatnym welwetem. A na środku sufitu wisiał okazały kryształowy żyrandol, do którego Júlia miała prawdziwą słabość. Odkąd była mała, siadała tu urzeczona, kiedy wpadające do salonu światło sprawiało, że migotały kryształowe łezki. Tego wieczoru, mimo że kolacja odbywała się w ogrodzie, wielki żyrandol był włączony i błyszczał.

– Podoba ci się, co?

Odwróciła się przestraszona. Rozpoznała głos Andreu i była trochę zła, że przyłapał ją, jak obserwuje skrzący się żyrandol, tak samo jak wtedy, gdy była mała.

– Bardzo.

Nie mogła tego ukrywać. Syn Balartów wiedział o jej sekrecie. Podała mu szampana, wyciągając smukłą i opaloną rękę. On chwycił butelkę ostrożnie, jakby to było dziecko, i zaczął ją kołysać. Júlia pomyślała mimowolnie, że Andreu zawsze był bardzo czuły. „Będzie dobrym ojcem”. Zirytowała ją ta myśl, tak jak jeden z tych komarów, które w nocy brzęczą nad uchem.

Matka znów zawołała ją z ogrodu. Júlia i Andreu wyszli na zewnątrz, gdzie dziewczyna zdmuchnęła świeczki. Głosy stawały się coraz donośniejsze wobec głośnego huku petard. Niebo od czasu do czasu zapełniało się złotymi palmami.

– Ani trochę mi się nie podoba, że teraz wychodzisz. Jest już tak późno… – powiedziała Roser, wspominając ten sam wieczór piętnaście lat wcześniej i to chwilowe uczucie niepokoju, którego stała się więźniem, kiedy położono jej na piersi nowo narodzoną dziewczynkę.

Głos Elviry pojawił się niczym światło w trakcie nadciągającej burzy.

– Nie przejmuj się, Roser. Andreu mówi, że też chce wyjść, więc może pójść razem z nią, prawda, synku?

– Tylko że ja umówiłem się ze swoimi znajomymi i…

Ale Elvira nie była z tych, którzy łatwo się poddają. Z niewzruszonym uśmiechem nalegała:

– To żaden problem… Poza tym na pewno oboje idziecie w to samo miejsce, mam rację, Júlio? Idziecie do klubu, tak?

Júlia przytaknęła. Andreu tylko wzruszył ramionami.

– Dobrze, idźcie i wróćcie razem. Przed pierwszą macie być w domu, jasne? I… dobrze się zachowujcie.

Oboje nastolatków uznało, że najlepiej będzie się nie sprzeciwiać. Chcieli tylko wyjść z domu. Júlia chwyciła biały rozpinany sweter, ponieważ miała na sobie sukienkę na ramiączkach, a zaczynało się robić chłodno. Andreu czekał na nią, nerwowym ruchem odgarniając sobie włosy z czoła.

– Idziemy? – zapytał, lekko zniecierpliwiony.

Dziewczyna zmierzyła go wzrokiem od góry do dołu, po czym podeszła niespiesznie do swoich rodziców, żeby dać im buziaka. Ubrana była we wzorzystą sukienkę w fioletowych kolorach, która rozświetlała opaloną skórę. Gęste, kręcone włosy opadały jej na ramiona. Andreu, wyższy o dwadzieścia centymetrów, z długą szyją, na której falowało jabłko Adama, dyskretnie sapał, starając się kontrolować własne zniecierpliwienie. Stanął obok Júlii, bardzo blisko, poganiając ją, żeby wreszcie skierowała się do wyjścia.

– Ach, jacy oboje jesteście piękni – powiedziała Elvira, upiwszy wcześniej łyk szampana.

– Bardzo ładni, owszem. – Roser puściła oko do przyjaciółki. – Tworzą dobraną parę.

Júlia, która nachylała się właśnie, całując w policzek ojca, gwałtownie się wyprostowała.

– Nie zaczynajcie, dobrze?

Wyszli, a w ogrodzie na kilka chwil zapanowała cisza. Potem dwoje najmłodszych zaczęło się domagać od mężczyzn, żeby poszli z nimi odpalać petardy przed domem.

– Ostrożnie! Nie zróbcie sobie krzywdy!

– Uważajcie!

Obie kobiety zostały przy stole, paląc papierosy i pijąc szampana, który nie był już taki zimny. Rozmowa zaczęła się od byle czego i była prowadzona nieprzerwanie: teraz jeden zakręt, potem drugi i dalej prosta, niczym świeżo kupiony samochód, którym łatwo się jeździ, łagodnie skręcając kierownicą, podczas gdy przez opuszczone szyby wpada nocne powietrze, by głaskać twarze.

Balartowie i Reigowie noc świętojańską spędzali razem od dnia, w którym urodziła się Júlia, kiedy to wznieśli toast w szpitalnej sali. Rok później Elvira zaprosiła Reigów na kolację w ogrodzie przy swoim domu, żeby świętować urodziny dziewczynki i noc świętojańską. I tak rok po roku. Kobiety przyjaźniły się od czasów dzieciństwa, a mężczyźni, którzy znali się z miasteczka, ale nigdy nie łączyły ich bliższe relacje, dogadali się na tyle, by wzmocnić harmonię, która istniała między obiema rodzinami. Przyjaźń stała się zażyła i obie pary często wychodziły wspólnie na kolacje, a raz w roku razem wyjeżdżały. Oczywiście w Sorrals krążyły różne opinie: niektórym się wydawało, że Reigowie postępują interesownie, żeby móc cieszyć się latem w domu Balartów oraz ich wspaniałym ogrodem; inni uważali, że to Balartowie zabiegają o przyjaźń z Reigami, weselszymi i bardziej towarzyskimi od nich, bo umierali z nudów w tym ogromnym, ale smutnym domu. Większość przypuszczała, że dobre relacje panujące między obiema rodzinami nie potrwają długo, przepowiadając – a może raczej tego im życząc – że to, co dobrze się układa, ostatecznie zostanie zniszczone. W Sorrals, podobnie jak we wszystkich małych miasteczkach, wszyscy się znali i mieli własne zdanie na temat innych, które otwarcie wyrażali.

Prawda była jednak taka, że jak to zwykle bywa, w tych krążących po miasteczku plotkach kryło się trochę racji. Nie ulegało wątpliwości, że letnie miesiące Reigów, z trojgiem dzieci i dziewięćdziesięciometrowym mieszkaniem, upływały wygodniej dzięki częstym wizytom w domu Balartów. Obiady w cieniu drzew i sjesta, kolacje i zabawy na świeżym powietrzu w ogrodzie, którego zazdrościło całe miasteczko.

A także, będąc do końca szczerym, nie brakowało prawdy w złośliwej uwadze na temat przygaszonego charakteru małżeństwa Balartów. W Sorrals wszyscy wiedzieli, jak się sprawy mają: Joan Balart był człowiekiem bardzo skrytym, który miewał okresy melancholii. Jego żona, Elvira Saus, była artystką, ze wszystkim, co to za sobą pociąga. Jej absolutnym priorytetem była muzyka i nawet mąż, syn i dom Balartów schodzili na drugi plan. Wszyscy wiedzieli, że po obiedzie siadała przy fortepianie i grała przez dwie, czasem trzy godziny. Nikogo w Sorrals nie dziwiło, że letnimi popołudniami przy alei Platanów, przed murem posiadłości, zbierali się ludzie, żeby słuchać gry Elviry. Melodie wciskały się między otwarte okiennice i wzbijały do lotu, szybując nad głowami wiernych wielbicieli. Połowa dzieci z miasteczka nauczyła się solfeżu i podstaw gry na fortepianie od Elviry Saus i dorastała, wiedząc, że w domu przy plaży mieszka nadzwyczajnie utalentowana osoba. A kiedy te dzieci były już dorosłe, z łatwością wyczuwały, że jej talent – może nie zawsze, ale czasami – był marnowany między indywidualnymi lekcjami i bożonarodzeniowymi recitalami w klubie tuż przed rozpoczęciem przedstawienia Els Pastorets.

Mimo to nikt w Sorrals nie kwestionował miłości między Elvirą Saus a Joanem Balartem, ponieważ, jak mawiała Emilia z kiosku, spojrzenia nie kłamią. Ona patrzyła na Joana z iskrą, która rozpalała zasmucone oczy tego młodego mężczyzny, wyglądającego na starszego, niż był w rzeczywistości. A on patrzył na Elvirę z prawdziwym uwielbieniem, tak że nie było miejsca na wątpliwości: Balartowie się kochali.

Na tej miłości naturalnie skorzystał dom Balartów, który do tej pory był wielkopański, chociaż smutny, a który teraz, dzięki ręce Elviry, stał się zachwycająco piękny. Wspaniały modernistyczny dom od pokoleń był letnią rezydencją rodziny Balartów, która przyjeżdżała tutaj z Barcelony na początku czerwca i zostawała w Sorrals aż do połowy września. Kiedy zmarł stary Balart, wdowa po nim zrezygnowała ze spędzania letnich miesięcy nad morzem, ponieważ, jak mawiała, nie miała ochoty wspominać chwil przeżytych w tym domu ze swoim ukochanym Joanem Enrique. Joan, ich najstarszy syn, postanowił się tutaj przeprowadzić i otworzyć w Sorrals gabinet pediatryczny. Pomimo swojej skrytości początkujący lekarz od razu zdobył zaufanie ludzi z miasteczka. Rok później ożenił się z młodą Elvirą Saus, córką listonosza. Elvira weszła do domu Balartów jak wichura, otworzyła okna, które zawsze były zamknięte, zaświeciła światła, opróżniła pomieszczenia, żeby stały się bardziej przestronne, wszystkie zakątki zapełniła świeżo zerwanymi kwiatami, przygotowała ryż i bullabesę**, sprawiając, że dom wypełnił się wspaniałymi zapachami, i zaprosiła przyjaciół, których głosy rozbrzmiewały w całym ogrodzie.

Być może z tego powodu, mawiano w miasteczku, Elvira tak często zapraszała do swojego domu Reigów: na noc świętojańską, na Boże Narodzenie, z okazji urodzin jednego czy imienin drugiego. Każdy powód był dobry, żeby spędzić trochę czasu z Roser i jej mężem, ludźmi zabawnymi i sympatycznymi, mającymi troje dzieci, które wypełniały dom radosnymi krzykami.

Tego roku, kilka miesięcy po tym, jak skończyła się dyktatura, świętowali piętnaste urodziny Júlii, imieniny Joana Balarta, nadejście nowych czasów oraz ich długą i silną przyjaźń. Żeby wypełnić czas do pierwszej w nocy, ustalonej godziny, o której powinny wrócić nastolatki, obie pary rozmawiały o nadziejach, które rodziły się w kraju, i o ich własnych obawach. Znów podnieśli kieliszki i wznieśli toast za przyszłość, swoją i dzieci, a jedna z kobiet, nieważne która, na krótką chwilę przypomniała sobie pogodny i przyjemny widok plaży z tamtego czerwca sprzed piętnastu lat.

Wciąż jeszcze było słychać wybuchy petard i trzaski fajerwerków, ale z czasem stawały się one coraz rzadsze, aż zapanował całkowity spokój.

Kiedy Júlia i Andreu wrócili, młodsze dzieci Reigów już spały, zwinięte w kłębek na płóciennych leżakach. Mężczyźni wzięli je na ręce, przeszli przez ulice Świętej Cecylii i Admirała Renoma i dotarli do placu Słońca, do domu Reigów, a maluchy nawet się nie przebudziły. Było kilka minut po wpół do drugiej. Joan Balart wracał do swojego domu zamyślony, stąpając po resztkach brudnych serpentyn, zgniecionych plastikowych kubkach i kawałkach kartonu rozrzuconych po odpaleniu fajerwerków. Zatrzymał się przed ogrodzeniem posiadłości. Na żelaznej bramie wewnątrz płaskorzeźby znajdowała się litera „B”. Dotknął jej bezwiednie i pod opuszkami palców poczuł wypukłość. Zajrzał do środka, żeby sprawdzić, czy żona posłuchała jego rady i zostawiła sprzątanie na następny dzień. Był zaskoczony: inaczej niż miała w zwyczaju, Elvira położyła się, zostawiając nieuprzątnięty stół. Biały, lniany obrus stracił swój nieskazitelny wygląd i był ściągnięty na jedną stronę. Zwisał tak, że dotykał ziemi. Na stole stały cztery kieliszki po szampanie, pomięte serwetki i dymiąca jeszcze popielniczka. Joan postanowił nie wchodzić i wolnym krokiem poszedł dalej, w stronę plaży. Kiedy dotarł na miejsce, zapach saletry sprawił, że zaczął głęboko oddychać i ucieszył się z decyzji, by tu przyjść. Wiele razy, kiedy nie mógł spać w nocy, kusiło go, żeby się ubrać i pospacerować po plaży, ale nigdy tego nie zrobił, chociaż miał ją tak blisko. Wystarczyło tylko kilka kroków, żeby znaleźć się nad morzem. Bardziej niż widział, czuł je, ponieważ oświetlenie miejskie w Sorrals było niewystarczające i tylko trzy latarnie uliczne przerywały ciemność skromnym i przyćmionym światłem. Z miejsca, w którym stał, dostrzegał zarys wybrzeża z trzema zatoczkami należącymi do obszaru gminy.

Tam też, przed jego stopami, znajdowała się Mała Zatoka. Elvira lubiła ją najbardziej, ponieważ była chroniona od wschodniego wiatru. On natomiast nie przychodził tutaj zbyt często z uwagi na kamienie. Joan miał bardzo cienką skórę na stopach, jak u dziecka, i niezwykle wrażliwą – spadek po rodzinie ze strony matki. Dla niego chodzenie po kamieniach Małej Zatoki było torturą, choć naturalnie robił to w sandałach. Wolał zatoczkę znajdującą się bardziej na północ, mimo że z domu miał do niej najdalej. Nazywano ją Średnią Zatoką i była ona pokryta piaskiem, tak jak należy. Trzecia zatoczka, ta między Małą a Średnią, była największa i w miasteczku mówiono na nią po prostu „plaża”, ponieważ ludzie przychodzili tam najczęściej.

Spojrzał w jedną i w drugą stronę i poczuł, że na karku zrodził mu się dreszcz, który następnie przebiegł wzdłuż kręgosłupa. Chociaż temperatura spadła, nie był pewien, czy wywołał go chłód. Być może to z powodu ciemności albo szumu fal, albo tego małego, kołyszącego się światła na czarnym morzu, albo zwyczajnie – przez samotność.

Zrobił cztery kroki, żeby zbliżyć się do latarni. Chociaż rzucała blade światło, przełamywała trochę ciemność nocy i dotrzymywała mu towarzystwa. Kiedy podchodził, pomyślał, że w jego życiu również było wadliwe oświetlenie, podobnie jak w Sorrals. Jego wnętrze przejmowały ciemności i tylko Elvirze udawało się je rozedrzeć i nieco rozświetlić. To wystarczało, aby dostrzegł to, co mogłoby zapalić pozostałe latarnie: jego syna Andreu, wygodny dom przy plaży, nocne spotkania z Reigami. Gdyby jego żona nie rzuciła na niego promienia białego światła, nic by nie widział. Niemniej jasność Elviry nie była wystarczająco intensywna i Joan trwał pogrążony w ciemności, z dala od wszystkiego: domu, przyjaciół, dziecka. Takie okresy przychodziły często, kiedy była ładna pogoda, a czasem także jesienią. Każdego roku odnosił wrażenie, że melancholia dopadła go na dobre, ale wtedy Elvira brała go za rękę i z uporem udawało jej się wyciągnąć go na zewnątrz, tam, gdzie były światło i ciepło.

Bryźnięcie słonej wody od razu go ożywiło. Wytarł twarz, odetchnął głęboko i zawrócił do domu.

Następnego dnia w domu Reigów matka i córka jadły śniadanie w kuchni, pozwalając na pieszczoty porannego słońca. Júlia smarowała masłem tost w taki sposób, jak gdyby wymagało to od niej wielkiego wysiłku.

– Masz zaspane oczy. – Matka odgarnęła jej włosy z czoła, a ona odsunęła się, rozchylając powieki tak, jakby była zaskoczona tym niewytłumaczalnym i niewybaczalnym czynem matki, która poprawia jej ciemną, pofalowaną grzywkę w geście miłości.

Podczas gdy córka chowała spojrzenie za dużą, kolorową filiżanką, Roser zrobiła to, co robią matki dzień po zabawie z okazji nocy świętojańskiej.

– I jak było? Dobrze się bawiliście?

Júlia opowiedziała wtedy o dzikim wyglądzie placu w miasteczku, oświetlonym wielkim ogniskiem, wokół którego skakały i krzyczały dzieci, o ogrodzie przy klubie ze sznurami pełnymi żółtych żarówek, zawieszonymi między drzewami, i o potarganych muzykach, grających stare piosenki Dúo Dinámico.

– Możesz w to uwierzyć? Jakby Franco wcale nie umarł i nadal wszystko było tak samo, Quince años tiene mi amor i pozostałe piosenki. Wszyscy się sprzeciwiali i prosili ich, czy mogliby zagrać coś Abby albo Boney M. Ale oni nie znali ani jednego kawałka, aż w końcu, pośród gwizdów, powiedzieli, że ćwiczą teraz dwa aktualne przeboje, ale jeszcze ich dobrze nie grają i że poza tym to są dwie wolne piosenki…

– Jakie? – zapytała matka. Córka popatrzyła na nią protekcjonalnie. „Po co chce to wiedzieć, skoro na pewno ich nie zna?”

– Year of the Cat Ala Stewarta i If You Leave Me Now Chicago.

– Tańczyłaś do nich?

Júlia podrapała się po szyi. Potem upiła łyk soku z pomarańczy.

– Oj, mamo! – zaprotestowała, chociaż przytaknęła. I wyjaśniła: – Tak, tańczyłam do obu, ale zanim mnie o to zapytasz, powiem ci, że do żadnej z Andreu.

Matka chciała raz jeszcze pogłaskać ją po włosach, ale zatrzymała się w połowie drogi.

– To żart, Júlio. Nie musisz się od razu tak zachowywać.

Dziewczyna podniosła wzrok, te ciemne oczy jak migdały, których jej matka szukała każdego dnia, żeby poczuć spokój, i powiedziała szorstko:

– A więc to żart, który zaczyna mnie męczyć.

– Zgoda, zapomnijmy o tym… Idziesz ze mną na plażę?

Matka i córka zostawiły resztę rodziny pogrążoną we śnie, wzięły ręczniki i wyszły, starając się nie robić hałasu. Chichotały, jakby płatały jakiegoś figla. Plaża była jeszcze pusta, rankiem po nocy świętojańskiej wszyscy spali, a na piasku wciąż leżały porozrzucane resztki petard. Woda była niebieska, gładka i chłodna. Rozmawiały o wszystkim i o niczym, o czymkolwiek, i nie wiedząc właściwie, jak to się stało, Júlia zaczęła nagle mówić o Andreu i o tym wiecznym żarcie, który już jej nie śmieszył.

– Lubię Andreu, jesteśmy przyjaciółmi, mamy tych samych znajomych… ale nigdy mi się nie podobał.

Jej matka się uśmiechnęła i uspokoiła córkę:

– Wiem, moje dziecko. Elvira i ja tylko żartowałyśmy! Zaczęłyśmy to robić pewnego dnia tutaj, na plaży, kiedy byłyśmy w ciąży, nigdy jednak nie zastanawiałam się na poważnie, czy Andreu ci się podoba, czy nie, naprawdę…

– Jest sympatyczny, już ci to mówiłam, ale mnie się nie podoba. Tylko… wiesz? Raz, kiedy byliśmy mali, śniło mi się, że mi się podoba. Ale kiedy się obudziłam, już mi się nie podobał, rozumiesz?

Roser przytaknęła i poczuła łaskotanie w żołądku, chociaż udała, że nic się nie dzieje.

– Opowiedziałam mu o tym. Mieliśmy wtedy osiem czy dziewięć lat i tamtego ranka, kiedy bawiliśmy się na patio, zaprowadziłam go w jakiś kąt i powiedziałam mu, że o nim śniłam. Zawsze tego żałowałam.

– Dlaczego? Co ci powiedział?

– Tamtego dnia nic. Naprawdę, ani słowa! Ja do niego: „Śniłam o tobie dzisiaj w nocy”, a on zrobił taką minę, jakby chciał powiedzieć: „A co mnie to obchodzi?”, i tyle. Ale po kilku dniach zapytał, czy znów o nim śniłam. I poprosił, żebym spróbowała, bo on postara się śnić o mnie i może spotkalibyśmy się we śnie. Udając mądralę, powiedział: „To jest eksperyment”. I od tamtej pory zrobił się bardzo męczący i codziennie mnie pytał: „Śniłaś o mnie? Śniłaś o mnie?”.

Júlia podrapała się po lewej ręce, na której zebrała się sól. Widać było biały proszek tworzący wyspy.

– I udało się wam? Spotkaliście się we śnie? – zapytała Roser.

– No coś ty! To niemożliwe! Nie da się planować snów! Nie, już więcej o nim nie śniłam i w końcu przeszła mu mania, żeby mnie o to pytać, chociaż zawsze sobie myślę, że pewnego dnia zachowa się bezczelnie i przy wszystkich powie nagle, że śniłam o nim, kiedy byłam mała.

Niedaleko, w ogrodzie przy domu, Andreu pomagał swojej matce posprzątać po poprzedniej nocy. Wszedł na krzesło, żeby zdjąć papierowe girlandy, które tworzyły odwrócone łuki między magnolią i latarnią oraz między balustradą tarasu i kumkwatem.

Elvira wzięła obrus i serwetki, zmięła wszystko razem i zaniosła do domu. Kiedy wyszła, nie mogła się powstrzymać, by nie wyrzucić z siebie „uważaj”, widząc swojego syna z podniesionymi rękami na niestabilnym składanym krześle. Andreu popatrzył na nią i się uśmiechnął, a ona powiedziała:

– Na pewno dobrze się bawiliście w klubie.

Chłopak zszedł z krzesła, cały w kolorach. Matka obserwowała go z zachwytem, zatrzymując wzrok na jego niebieskich, radosnych oczach, potarganych włosach i na jabłku Adama, które zwiastowało wymazanie z jego rysów twarzy wszelkich śladów dziecka.

– Co?

Andreu przeszedł blisko Elviry, żeby wyrzucić girlandy i lampiony do torby na śmieci, którą położył pośrodku ogrodu. Odwrócił się i zobaczył, że matka nadal na niego patrzy.

– Co jest? – powtórzył pytanie.

– Nic. Patrzę na ciebie. Bardzo ładnie dziś wyglądasz.

Zarys mimowolnego uśmiechu chłopca zaprzeczył jego ponuremu grymasowi. Składał krzesła z suchym trzaskiem, jedno po drugim. Matka go zganiła:

– Ciiii. Nie hałasuj. Twój ojciec śpi.

Andreu zostawił krzesła oparte o ścianę. Wciąż odwrócony do matki plecami, powiedział wyniośle:

– A to ciekawe.

Elvira poprosiła go, żeby zamilkł, delikatnie wypowiadając jego imię, „Andrééés”, z nieco przeciągniętym „e”. Chłopak zebrał butelki i szklanki i poszedł do domu, podczas gdy ona powoli wypuszczała powietrze. Później powiedziała mu, że nie musi jej już więcej pomagać, że powinien zadzwonić do jakiegoś kolegi i pójść z nim na plażę, że obiad będzie dopiero o wpół do trzeciej.

W domu Elvira krzątała się w ciszy, przypominając sobie cień swojego męża, kiedy o świcie wchodził do sypialni. Znów zobaczyła, jak rozbiera się powoli, niemal apatycznie. Przypomniała sobie jego przygarbione plecy, jakby jakiś ogromny ciężar nie pozwalał mu się wyprostować. Widziała, jak kładzie się do łóżka obok niej, z przyspieszonym oddechem, gdy ona zastanawiała się: „O czym może myśleć, o czym może myśleć”, wiedząc, że nie myślał o niczym dobrym i że lęki Joana szybowały nad łóżkiem, pięły się aż do sufitu, przylepiały się do ścian, kapały na podłogę. Wreszcie Joan zasnął, a Elvira przez pewien czas leżała z otwartymi oczami. Chciałaby wstać, wejść na drabinę ze ścierką do zbierania kurzu i przepędzić strach przylegający do wszystkich kątów niczym pajęcze sieci. Ale nadal leżała nieruchomo obok swojego męża i znów zaczęła powtarzać w myślach argumenty, które następnego dnia wytoczy mu z rezygnacją kogoś, kto działa pełen przekonania, chociaż bez większej nadziei. Joan wyjdzie ze studni tylko wtedy, gdy nadejdzie jego moment, nie pomoże to, że wysłucha jej argumentów czy je przyjmie. „Jest chory”, powtarzała sobie Elvira, wycierając szklanki, które przed chwilą umyła. Depresja to choroba. Wiedziała o tym. Oboje wiedzieli. Dlaczego zatem nigdy nie poruszali tego tematu? Dlaczego Joan nigdy nie wymówił słowa „depresja” w obecności swojego syna? A że on tego nie zrobił, to Elvira też nie. Andreu nie wiedział, że jego ojciec jest chory, że chodził do lekarza i przyjmował lekarstwa. Możliwe więc, że chłopak miał ojca za ekscentryka, który od czasu do czasu postanawiał odizolować się od wszystkiego, także od nich dwojga, a kiedy mijał mu zły humor, wracał, jak gdyby nic się nie stało. Dlatego kiedy Elvira powiedziała synowi, że Joan jeszcze śpi, Andreu zareagował tym wypowiedzianym z pogardą „a to ciekawe”, ona zaś poczuła ukłucie w sercu, które nie ustępowało przez dłuższą chwilę.

Wystraszył ją dźwięk telefonu i pospieszyła, by odebrać, zanim obudziłby Joana. Dzwoniła Roser. Że już wróciła z plaży, że dzień jest piękny i że woda była chłodna, ale przyjemna. Że poszła z Júlią i dowiedziała się wszystkiego o zabawie dzieci. Że kiedy się spotkają, opowie jej o czymś, co bardzo ją rozbawi. Coś o snach Júlii z czasów dzieciństwa… Głos Roser brzmiał tak, jakby do domu wpadł przeciąg i oczyścił wszystko z kurzu. Elvira się uśmiechnęła, a kiedy odłożyła słuchawkę, zabrała się za gotowanie, nucąc przy tym melodię, która siedziała jej w głowie od kilku dni. Po południu, jeśli będzie miała wolną chwilę, usiądzie przy fortepianie, by ją zatrzymać. Żeby nie uciekła.

Júlia i Andreu spotkali się na plaży. Ona została, a jej matka wróciła do domu. On przyszedł tutaj, żeby być z dala od rodziny, od neurotycznego snu ojca, od przygnębionego spojrzenia matki. Przywitali się, nie patrząc sobie w oczy. Kiedy Andreu stał bezczynnie z zawieszonym przez ramię ręcznikiem, Júlia, która w tym momencie wychodziła z morza – cała lśniąca, ponieważ krople wody na jej skórze migotały w słońcu – szła w kierunku swojego ręcznika, po czym na nim usiadła. Andreu wahał się, czy przysiąść obok niej, czy poszukać sobie innego miejsca. Ostatecznie położył ręcznik przy Júlii, popatrzył na nią, lekko się uśmiechnął i zapytał:

– Śniłaś o mnie dzisiaj?

Júlia wzięła garść piasku i nie zastanawiając się dwa razy, rzuciła mu nim w twarz. On protestował, trąc oczy. Po chwili dziewczyna chwyciła butelkę wody, którą miała w torbie, i polała mu prawe oko, podczas gdy chłopak jęczał i powtarzał: „Pamiętałaś o tym”. Ona też się uśmiechnęła.

* Coca – katalońskie ciasto drożdżowe przygotowywane na noc świętojańską [wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki].

** Bullabesa – zupa rybna, przyrządzana głównie w rejonie wybrzeża Morza Śródziemnego.