Strona główna » Obyczajowe i romanse » Miłość i lasy

Miłość i lasy

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7999-573-8

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Miłość i lasy

Bénédicte Ombredanne, nauczycielka francuskiego w liceum publicznym w Metzu, dokłada wszelkich starań, by poznać Erika, autora książki, która odmieniła jej życie. Podczas spotkań w paryskiej kawiarni i w mailach, zaczyna się zwierzać autorowi, wyjawia mu najbardziej intymne sekrety ze swojego życia. Opowiada mu o jednym szalonym dniu buntu, przeżytym dwa lata wcześniej w reakcji na nieustanne nękanie przez męża, najpiękniejszym dniu w życiu, który stał się początkiem jej zguby. Kiedy Erik traci kontakt z Bénédicte i dowiaduje się, co zgotował dla niej los, wyrusza w podróż do Metzu. Celem wyprawy staje się poznanie całej prawdy o Bénédicte. Przejmująca opowieść o próbie wyzwolenia się spod władzy męża, intrygująca historia, w której pragnienie odzyskania wolności zderza się z poniżeniem. Powieść została uhonorowana m.in. Prix Renaudot des lycéens 2014, Prix France Télévision, Prix France Culture Télérama 2015, była nominowana do Prix Goncourt 2014 i kilku innych nagród literackich. Powieść roku 2014 według magazynu literackiego „Lire”. „Miłość i lasy to powieść…o powieści. Cudowne rozważania o pisarstwie i literaturze, o ich znaczeniu i o tym, że są tlenem dla duszy”. Le Point „Wspaniały portret współczesnej Pani Bovary”. Le Soir „Wyprawa do piekieł. Błyskotliwy język i mocna historia”. Libération

Polecane książki

Synkretyzm nocy to zbiór wierszy poruszający problemy współczesnego człowieka. W świecie dominuje szarość. Można starać się ją usilnie pokolorować, jednak na dłuższą metę bezskutecznie. Sztuką jest odnaleźć w tej szarej codzienności kolory. Pokochać zapach porannej kawy, docenić to, że codzienni...
Kiedy Marcin Wrona wyjechał za Atlantyk ważył około 100 kilo i Amerykanie chwalili go za szczupłą sylwetkę. A potem zaczął jeść po amerykańsku, dobił do 128 kilogramów i? zaczął się odchudzać. Też po amerykańsku. Korespondent TVN w Stanach Zjednoczonych obserwuje ten kraj z niezwykłej perspektywy. J...
Zarządzanie zasobami ludzkimi w przedsiębiorstwie polega na optymalnym wykorzystaniu umiejętności pracowników na drodze do osiągnięcia celów całej organizacji przy równoczesnym zaspokajaniu potrzeb tychże pracowników. Chodzi tu o ich rozwój zawodowy poprzez szkolenia i drogi awansu. Zadaniem skutecz...
Sześć sióstr. Choć urodziły się na różnych kontynentach, wychowały się w bajecznej posiadłości na prywatnym półwyspie Jeziora Genewskiego. Adopcyjny ojciec, nazywany przez nie Pa Saltem, nadał im imiona mitycznych Plejad. Każda ułożyła sobie życie po swojemu i rzadko mają okazję spotkać się wszystki...
Monografia podejmuje zagadnienia dotychczas nieopisane w jednym zbiorczym opracowaniu, lecz jedynie wzmiankowane w doktrynie i orzecznictwie. Zawiera kompleksową analizę problemów związanych z opłatami reprograficznymi, uregulowanymi w art. 20 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Odnosi s...
Kraków, rok 1273. Na brzegu Wisły zostaje odnalezione ciało brutalnie zamordowanego mężczyzny. W śledztwo angażuje się brat Gotfryd, doświadczony inkwizytor, mający za sobą dochodzenia w Prowansji oraz Italii przeciwko katarom i waldensom. U boku mnicha staje dwóch rycerzy z Małopolski − Jaksa, pogr...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Eric Reinhardt

Tytuł oryginału:

L’AMOUR ET LES FORETS

Copyright © Eric Reinhardt, 2014.

Copyright © 2016 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2016 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Ewa Penksyk-Kluczkowska

Korekta: Barbara Meisner, Joanna Rodkiewicz

ISBN: 978-83-7999-573-8

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2016

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

1

Zapragnąłem poznać Bénédicte Ombredanne po przeczytaniu jej pierwszego listu: żarliwość krasiły w nim przejawy poczucia humoru, te dwie strony wzruszyły mnie i sprowokowały do uśmiechu, list był też bardzo dobrze napisany, a to połączenie na tyle rzadkie, że natychmiast przykuł moją uwagę.

Z początku dosyć powściągliwy, stawał się w miarę czytania coraz bardziej żywiołowy i zrzędliwy. W zdaniach pobrzmiewały ironia, zabawna niesforność, gwar szkolnego podwórka – pochylone ku przyszłości litery wyraźnie sugerowały świadomość zuchwalstwa, z jakim nieznajoma wybiegła ku mnie myślą, jak gdyby list został napisany jednym ciągiem i nieprzeczytany znikł nieodwołalnie w szparze skrzynki pocztowej, hop i już, za późno, u kresu pędu niefrasobliwego, zapalczywego, który bez wątpienia zrodził się w chwili, gdy młoda kobieta z determinacją przyłożyła końcówkę pióra do papieru, odcinając sobie możliwość wycofania się. Wydawało mi się oczywiste, że faktycznym sternikiem tych dwóch stronic była nieśmiałość, nieśmiałość, którą autorka przesyciła szyderstwem, aby mieć pewność, że co sobie zamierzyła, doprowadzi do końca. Było to przeczucie względnie mgliste, przeczucie, które z największym trudem byłbym w stanie poprzeć konkretnymi przykładami wyjętymi z owych dwóch stronic, ale swada listu nadzwyczaj niejednolitego, tchnącego skrępowaniem i śmiałością, respektem i wyniosłością, powagą i bezceremonialnością, inteligencją i prostotą wręcz dziecięcą (a zatem o charakterze nieustannie paradoksalnym), nasunęła mi myśl, że czytelniczka unikała tym sposobem sytuacji bardzo jej nieodpowiadającej, przyprawiającej ją o cierpienie bądź zwyczajnie nieznośnej: list był jakby doraźnie wymyślonym fortelem (czułem to mgliście), lecz takim, że autorka nie mogła przewidzieć, czy i tym razem nie natrafi na mur obojętności lub pobłażliwej wzgardy, a zatem na milczenie, stąd przedsięwzięte wielkie starania – co trzecie, czwarte zdanie – by samej w to całkiem nie uwierzyć, albowiem dzięki temu zdoła uniknąć zbyt dojmującego zawodu, jeśli przypadkiem ta próba okaże się bezowocna. Wszystko to zauważyłem przed drzwiami swojego mieszkania, w płaszczu, podniósłszy z wycieraczki, kiedy wychodziłem, przesłany do mnie przez mojego wydawcę w oryginalnej kopercie (jasnoniebieskiej, nadanej w Metzu, pokreślonej przez jakąś stażystkę, gdy dopisywała mój adres) pierwszy list od Bénédicte Ombredanne, który przeczytałem w całości na podeście, nie zszedłszy ani stopień niżej po schodach.

Pierwsze wrażenie w całości zweryfikowały później fakty.

Najprościej byłoby, gdybym ów list zamieścił tutaj in extenso, lecz nieszczęśliwie gdzieś go zapodziałem.

Gniew młodej kobiety odnosił się do odrzucenia jej kandydatury jako członka jury nagrody literackiej przyznawanej przez czytelników pewnego pisma, a najbardziej w tej porażce, pisała, smuciło ją to, że w debatach nie będzie mogła forować mojej powieści, aby to ona otrzymała rzeczoną nagrodę.

Ach, jakże mi się ten list podobał!

Ponieważ na końcu, pod podpisem, zamieściła swój adres poczty elektronicznej, zaraz następnego dnia posłałem jej mejl z podziękowaniem. Dwie stroniczki, które była uprzejma do mnie skreślić, sprawiły mi ogromną przyjemność, jej list jest błyskotliwy i rewelacyjny, czuję dumę, że moja praca przyciąga czytelników takiego formatu, odpisałem owej kobiecie.

Mejlem otrzymałem od Bénédicte Ombredanne kilka tygodni później odpowiedź, w której wyliczała, co jej się w mojej powieści spodobało. List był przepiękny, płomienny i przejrzysty, tym razem powstrzymała się od okazywania humorów.

Odnalazłem w nim intensywność poczucia istnienia postrzeżoną w pierwszej przesyłce. Nie dlatego że czytelniczka okazywała w nim jakieś wyzywające szczęście: w podtekstach, niedopowiedzeniami, dając do zrozumienia, że stawia czoło pustce, przeszkodom, ograniczeniom, wyrażała natężenie swojej obecności na świecie – kiedyś siłą woli zdoła osiągnąć szczęście, zdawała się mówić. Nie podsuwała żadnych wskazówek co do natury napotykanych przeciwności, nie wiedziałem, czy to, co nie pozwala jej być szczęśliwą, tkwi w niej czy też jest winą otoczenia (czy to zawodowego, czy rodzinnego), natomiast pragnienie, aby trudnościom stawiać opór, zwalczać je i może pewnego dnia zatriumfować nad nimi, przebijało w tle listu bardzo wyraźnie. Moje przeczucie, że Bénédicte Ombredanne ma się nie najlepiej, wzmacniała również waga, jaką przykładała do książek, które kochała, waga w moim mniemaniu nadmierna: niczym rozbitek uczepiony koła ratunkowego na pełnym morzu widziała, jak w jej oczach zbaczają z kursu i powoli kierują się na nią całym ogromem kadłuba, to one zmierzały ku niej, a nie odwrotnie, jak gdyby zostały napisane, by wydobyć ją z otchłannych wód, w których pogodzona z losem zdawała się czekać na powolną śmierć. Co do tego muszę przyznać, że postawa i oczekiwania czytelników tej kategorii niewiele różnią się od moich: ja także po książkach, które decyduję się napisać, spodziewam się, że mną wstrząsną, zabiorą mnie do swojej szalupy, poniosą ku brzegom lądów idealnych. Bénédicte Ombredanne postrzegała mnie jako kapitana statku dalekomorskiego, który z mostka dostrzegł ją wśród fal – i przybył jej na ratunek.

Zwierzała się, że dostrzegła w mojej powieści coś szczególnie ważnego: została napisana, ponieważ musiała powstać. Każdy, kto się rodzi, bezwzględnie musi zaakceptować siebie i pewnego dnia zacząć się realizować z dobrodziejstwem inwentarza, aby nie umrzeć (przyszło mi do głowy, że z pewnością myślała o sobie, układając to osobliwe zdanie), toteż ona uważa, że za pośrednictwem tej książki odnalazłem się i wspiąłem na wyżyny właśnie po to, aby nie umrzeć. Drugim przejawem potencjału witalnego jest to, że stworzone przeze mnie cztery postacie same mają możliwość dawania życia: ich nie tak różowe losy wzbudzają w czytelnikach szalony optymizm.

Wyjaśnię tutaj, że w powieści owej nakreśliłem dzieje właściciela funduszu hedgingowego z siedzibą w Londynie, dalej długotrwale bezrobotnego mieszkającego samotnie u matki na dalekim przedmieściu, geologa pracującego w Niemczech dla światowego lidera w produkcji wapna, wreszcie pisarza lubiącego spędzać czas na tarasie kawiarni Le Nemours w Palais-Royal (to ja pod własnym nazwiskiem). W książce tej chciałem stworzyć przestrzeń mentalną: przeplatające się w niej cztery linie narracji nigdy się nie spotykają, czytelnik zaś stopniowo odkrywa, że ci bohaterowie są różnymi modalnościami jednej i tej samej osoby. Dałem im takie samo dzieciństwo, tych samych rodziców, takie same upodobania, aspiracje, temperament, taką samą inteligencję i odniesienia kulturowe, lecz ta wspólna dla nich wszystkich esencja tożsamościowa różnie się rozkłada podług doświadczeń przeżywanych przez nich, począwszy od osiemnastego roku życia – a w szczególności zależnie od środowiska, w którym każdy ostatecznie wiedzie życie: czytelnik widzi cztery pociski wystrzeliwane z tej samej wyrzutni, ale w czterech różnych kierunkach. Pod tymi kontrastowymi przebraniami socjozawodowymi nadal się postrzega ich wspólną substancję, która wciąż wydziela niezmiennie takie samo światło: różna jest jedynie doza i poziom przystosowania jego składników, a definiuje je ostatecznie kontekst każdego z tych doświadczeń. Kimże byłbym, gdybym w wieku dwudziestu trzech lat nie spotkał Margot, mojej żony? Pytanie to jest źródłem, które nadało formę mojej powieści: wskutek odchylenia stałem się spekulantem finansowym, zbuntowanym terrorystą i zrezygnowanym bezrobotnym, ponadto wprowadziłem na scenę siebie, pod własnym nazwiskiem, jako niespełnionego pisarza. W miarę rozwoju akcji postacie przedstawione zrazu jako fikcyjne mogą sprawiać wrażenie diabelnie prawdziwych, podczas gdy pierwotnie dokumentalny profil pisarza rozmywa się w końcu we mgłach feerycznej opowieści, jakby postać ta wyswobadzała się z wszelkiego realizmu. Czy jestem snem? Która inna postać śni każdego bohatera tej powieści, kto jest czyją koszmarną hipotezą, nadzieją, intymnym strachem? Kto jest realny, a kto nie? W wywiadach dawałem do zrozumienia, że owe trzy postacie są jakby moimi awatarami, mógłbym równie dobrze powiedzieć, że uosabiają wersje istnienia, których zdołałem uniknąć: żądzę władzy i pieniędzy, żądzę zemsty i samobójczej agresji, żądzę odosobnienia i wirtualnej egzystencji – chyba że moje życie łączy w całość poszczególne żądze z tych trzech wersji i dlatego zostałem pisarzem, złaknionym poważania samotnikiem, potencjalnym samobójcą, spekulantem, niebezpiecznym, surowym, sfrustrowanym, nienasyconym, obsesjonatem, perfekcjonistą, maniakiem, strachajłą, gwałtownikiem, pozorantem, radykałem, twardzielem lubiącym ryzyko i zagrożenie, przepadającym za ryzykownymi zakładami i zyskami, na które owe zakłady zgodnie ze swą naturą pozwalają liczyć, na zyski zawrotne w zderzeniu z możliwością równie zawrotnych strat.

Pamiętam, że w liceum, siedząc za wysokimi wykafelkowanymi stołami laboratoryjnymi, składaliśmy z pomalowanych drewnianych kulek i kijków cząsteczki różniące się doborem i liczbą zestawionych atomów. Czy tak samo nie można się bawić danymi, które składają się na formułę naszego temperamentu, modyfikując równowagę między nimi, ich hierarchię i kombinacje, aby wymyślać nowe wewnętrzne albo społeczne cząsteczki naszej obecności na świecie?

Jeśli o mnie chodzi, wierzę, że można. Bénédicte Ombredanne, wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi, także w to wierzyła, stąd ów piękny list, który do mnie wystosowała, właśnie o tym mówiący.

Bénédicte Ombredanne pisała mi bowiem, że te cztery postacie stworzono, by przyszła na świat istota zespolona, jedyna, która pozostanie po zamknięciu książki: niewątpliwie autor, lecz także czytelnik – od niej poczynając – w od nowa wymyślonej zasadniczej wersji siebie, to jej słowa. Poczuła się lepiej, przeczytawszy moją powieść, stąd wzięło się przekonanie, że możliwe jest scalenie się, nawet jeżeli ktoś postrzega siebie jako osobę rozdartą. Moja książka dowodziła, że – cytuję – nakładając jeden na drugi kawałki odmiennych żywotów, dopasowując elementy różnych układanek, można mimo wszystko dostrzec wyłaniającą się trójwymiarową istotę bez większych luk, nawet jeśli widoczne są rysy w przypuszczalnych miejscach łączenia fragmentów. Te podobne do siebie postacie, w rzeczywistości odmiany jednego i tego samego osobnika, w końcu ogromnie wzmacniają postać skupiającego je pisarza, który jako Éric Reinhardt często zasiada do pracy na tarasie kawiarni w Palais-Royal, tłumaczyła mi Bénédicte Ombredanne. Wszyscy jesteśmy porozrywani, nosimy w sobie po kilka odmiennych osób, które się zwalczają albo mają sprzeczne interesy, wszyscy musimy grać role, które w sumie są obliczami jednej prawdy i prawdę ową staramy się zamknąć w sobie, zamaskować, chronić przed wzrokiem innych i ostatecznie zdradzić, ponieważ wstydzimy się przyznać do tej naszej złożoności, wieloosobowości, rozdarcia, wewnętrznych sprzeczności, czyli do wielkiej nieokreśloności, gdy tymczasem w tym właśnie zasadza się nasza siła, pisała mi Bénédicte Ombredanne. Przenosząc się równocześnie w cztery postacie (a w szczególności w tę, która daje poczucie, że zawiera trzy pozostałe, mianowicie w postać pisarza), czytelnik w końcu akceptuje siebie takiego, jaki jest, w całej swojej rozmaitości, ze wszystkimi sprzecznościami. Jakaż ulga! W książce tylko pisarz może się niekiedy wydawać szczęśliwy bądź spokojny, tylko jemu udaje się dostrzegać chwilowe polepszenie sytuacji i z tych momentów czerpać niezwykłą radość, tylko on się nie gubi w meandrach, które pozostałe trzy postacie przyprawiają o cierpienie, cytuję dosłownie, co mi napisała: pisarz akceptuje własną dziwaczność, aby się nią radować. Bénédicte Ombredanne kończyła ten akapit następująco: akceptowanie własnej dziwaczności, aby się nią radować – czy nie to właśnie powinniśmy wszyscy czynić w życiu? Czy nie to właśnie ja robię, ważąc się pisać taki list do człowieka, którego nigdy na oczy nie widziałam i który niewątpliwie już mnie uważa za wariatkę?

Następnie Bénédicte Ombredanne poruszała temat interesujący mnie w najwyższym stopniu: status pisarza w obszarze fikcji, zwłaszcza kiedy pojawia się w niej z nazwiska. Przyznawała, że dla niej wszystko było fikcją w tej powieści, poczynając od owego Érica Reinhardta, którego wprowadziłem na scenę. Nigdy nie słyszała o mnie, póki księgarz nie polecił jej mojej książki, dlatego odebrała tę postać jako czystego bohatera powieści tak samo jak trzej pozostali. A zatem w jej oczach wszystko w tej książce było radosnym wymysłem. Nawet to, co przedstawiałem jako zaczerpnięte z własnego rzeczywistego życia, dla niej było wytworem mojej wyobraźni, i właśnie w tym była cała uciecha. Najpiękniejsze, co ta książka pozwoliła jej zrozumieć, było to, że „można wymyślić własne życie i że jest ono piękne”, pisała Bénédicte Ombredanne na samym końcu akapitu nader poruszającego, wymyślić je pod warunkiem, że stanie się rzeczywiste, tak rzeczywiste jak w rękach czytelnika moja powieść z niebieską okładką i białym papierem, stwierdzała. Można więc budować swoje życie na wzór własnych marzeń: chyba nie to chciałem przekazać czytelnikom, ale tym gorzej dla mnie i lepiej dla niej, bo ona dokładnie to pragnęła usłyszeć w tamtej chwili swojego żywota. Toteż od teraz postanowiła wymyślać siebie, wymyślać siebie codziennie i od nowa, ilekroć będzie mogła, tym sposobem jej życie bez wątpienia stanie się nieco piękniejsze niż dotąd – taką naukę wyciągnęła z lektury.

Bénédicte Ombredanne dziękowała mi, że przebrnąłem do końca przez to niestrawne ględzenie. Obiecywała, że następnym razem będzie oszczędniejsza w słowach, a przede wszystkim bardziej szczegółowo omówi moją powieść, zamiast się rozwodzić nad swoim narcystycznym odbiorem książki. Przesyłała mi pozdrowienia mgliste, rześkie, zmoczone mżawką, jakie się należą w lutym z Lotaryngii.

Ów list ujawnił mi, że w Bénédicte Ombredanne żyje kilka osób, które ona usiłuje ze sobą pogodzić. Niemal wszystkie musiała zamknąć w swym wewnętrznym ustroniu, co poskutkowało tym, że nie zdołała się rozwinąć tak, jak by chciała albo jak by naprawdę sobie życzyła, albo niedostatecznie w najsubtelniejszych szczegółach. Zamiast wobec siebie i obucha swojej złożoności wiecznie trwać w postawie zająca w świetle reflektorów samochodu, przerażonego, niezdolnego się poruszyć, poszukiwała w sobie odwagi, by wreszcie teraz, kiedy dorosła, móc decydować o tym, jaka chce być, wypróbowywać nowe odsłony swojej psychiki.

Odpowiedziałem Bénédicte Ombredanne, że jej list wcale nie był niestrawnym ględzeniem: poruszył mnie do głębi. Albowiem nieświadomie naszkicowała w nim wspaniały autoportret, i właśnie to ogromnie mi się spodobało. Na zakończenie zapewniłem, że rad byłbym osobiście ją poznać, gdy następnym razem będzie w Paryżu: niech mnie uprzedzi o przyjeździe, zaproszę ją na drinka.

Zaznaczyć tu winienem, iż nader rzadko proponuję swoim czytelnikom spotkanie, w związku z czym zapewniam, że zaproszenie to nie miało żadnego związku z powierzchownością owej młodej kobiety (pisarze mają reputację pożeraczy serc czytelniczek, dlatego wyraźnie to podkreślam): myśl o poznaniu jej narzuciła mi się jako grzecznościowa oczywistość. Naturalnie powiedziałem sobie, że byłoby miło, gdyby wygląd Bénédicte Ombredanne dorównywał jej egzystencjalnej głębi, powiedziałem sobie, że jej oczy wywołałyby we mnie spustoszenie, gdyby wyrażając żarliwość wyczuwalną w listach, patrzyły z twarzy o urodzie w moim guście, mogłem uważać, że ta młoda kobieta, pod wpływem mojej powieści wymyślająca sobie co dzień własne życie, będzie diabelnie uwodzicielską rozmówczynią, jeśli w dodatku zachwyci mnie jej ciało. Byłbym rad, gdyby tak było, przyznaję, lecz w to nie wierzyłem, coś w treści tych dwóch listów sugerowało, że napisała je młoda kobieta, która przywykła, by postrzegano ją jako zwyczajną osobę, byłem przekonany, że u niej wszystko się rozgrywa na poziomie głównie przeżyć wewnętrznych: w życiu codziennym spojrzenia prześlizgiwały się po niej, nie zauważając jej ani nie podejrzewając nawet, jakie bogactwo kłębi się jej w głowie.

Spotkałem się z Bénédicte Ombredanne dwukrotnie, za każdym razem w Le Nemours, kawiarni blisko wejścia do ogrodów Palais-Royal. Pierwsze spotkanie odbyło się w marcu 2008 roku, drugie kilka miesięcy później, we wrześniową niedzielę.

Za pierwszym razem obydwoje byliśmy onieśmieleni, mówiłem głównie ja, zadawała mi wiele pytań na temat pisania powieści. Za drugim razem zwierzała mi się przez cztery godziny, wyczułem, że potrzebuje opowiedzieć mi o swoim życiu. Podtrzymywałem zwierzenia pytaniami i życzliwymi zachętami, wydawało mi się, że najważniejsze, by mogła wyrzucić z siebie to, co skrywa od lat.

O mało się nie wyłgałem z drugiego spotkania, jedno bowiem wydawało mi się wystarczające, nie bardzo miałem ochotę przedłużać tę znajomość, nawet jeśli wiosenną rozmowę wspominałem jako przyjemną. Ponieważ jednak słaby i tchórzliwy ze mnie osobnik, nie byłem w stanie zdecydowanie odmówić, kiedy zaproponowała, abyśmy się zobaczyli w czasie jej bytności w Paryżu, w esemesach napomykałem o nienormowanym czasie pracy, nie wiedziałem, kiedy będę wolny, ale w razie czego niech próbuje następnego dnia itd. Nie zamierzała odpuścić, codziennie starała się mnie złapać, przesłała mi nawet wiadomość w niedzielne przedpołudnie, na kilka godzin przed odjazdem pociągu. Nie mogłem dłużej uchylać się od spotkania, na które tak nalegała, zwłaszcza że Bénédicte Ombredanne ani na chwilę nie wyzbyła się delikatności mimo rosnącej natarczywości swoich esemesów. Kiedy odpisałem, że możemy się spotkać wczesnym popołudniem, wiedziałem, że owej niedzieli przeżyję coś poruszającego.

W czasie wiosennej pogawędki w Le Nemours dowiedziałem się, że Bénédicte Ombredanne jest nauczycielką francuskiego w liceum publicznym w Metzu. Pracę magisterską pisała z Villiersa de L’Isle-Adam, toteż nad wyraz ją zachwyciło odkrycie na samym początku mojej powieści, że opowiadanie Niespodziewane urozmaicenie zalicza się do najcenniejszych źródeł mojego świata wyobrażonego. W miarę lektury ta wspólnota jeszcze się wzmocniła, punktów wspólnych przybywało aż do zawrotu głowy, w naszych dwóch światach zapłonęły symetryczne światła: Mallarmé, Brigadoon, Dziura, Medea, Kopciuszek, jesień, chwila, absolut, teatr, Genua, Palais-Royal, ekstaza, Nadja, taniec, długotrwała miłość były gwiazdami, w których świetle widziały się nawzajem nasze osobiste planetaria. Nie wspominając o wysoko sklepionych małych stopach: nosiła – trzymajcie się! – „małe 37”, wyznała, rumieniąc się, 37 ½ „sporo za duże”, używając potocznego wyrażenia, którym posługuje się pan w książce.

Przyznałem, że Niespodziewane urozmaicenie idealnie oddaje mój stosunek do rzeczywistości, a raczej pełne zachwytu marzenia wywołane szorstkością opowiadania. Zachwyt, ekstazę, epifanię i przemienienie, jak często już pisałem. Bénédicte Ombredanne odpowiedziała, że ona też: dąży do tego samego, dlatego często się zagłębia w tę opowieść o spragnionym wędrowcu. Co rano wychodzi z domu z nadzieją, że w ciągu dnia jakiś cudowny zbieg codziennych okoliczności odsłoni przed nią nieoczekiwanie przejście, a wtedy ona potajemnie zniknie w nim, aby się wydostać ze świata realnego, podąży schodami i powoli zejdzie w głębiny owego nudnego widowiska, jakim stał się dla niej na przestrzeni lat bieg własnego życia, po czym po dłuższej lub krótszej ekscytacji, na zakończenie zejścia w trzewia swojego życia wewnętrznego, do serca skalistej rzeczywistości czasu teraźniejszego, zazna takiego samego odrętwienia jak wędrowiec Villiersa de L’Isle-Adam w piwnicach swojej pospolitej wiejskiej karczmy, doświadczy dziwacznego doświadczenia zmysłowego. Oto jakiego cudu oczekiwała każdego dnia, oto do czego trwale ją przywiodła lektura mojej powieści: do przemożnego pragnienia, aby odnaleźć swój blask, odnaleźć go w najdalszych głębiach swojego jestestwa, tak jak spragniony wędrowiec odkrywa olśnienie cudownym widokiem pod podłogą starej karczmy w samym sercu skały. Ten właśnie imperatyw pewnie filigranuje nasze myśli, podczas gdy czas płynie, gdy ubywa nam dni, gdy patrzymy na nieznajome sylwetki poruszające się na ulicy (czasami godne pożądania, choćby tylko metafizycznie z racji naszej samotności, uściśliła Bénédicte Ombredanne), gdy pada deszcz, a my siedzimy zapatrzeni w swoje odbicie w szybie autobusu, odbicie pochlebne. Autobus ten wiezie nas do domu poprzez taką samą noc, gęstą, głęboką, lodowatą, ślepą, noc październikową, listopadową, grudniową, zimową, mroźną, wilgotną, smagającą dzień po dniu, wieczór po wieczorze, w styczniu, lutym, marcu, rok po roku, poprzez taką samą przejmującą noc, jak gdyby ów autobus wyrywał nas z naszej rzeczywistości, aby powieźć przez ciemność ku nieznanym obszarom, ku skrajom realności, zupełnie tak samo jak statek zmierza pośród rozbryzgów nieprzyjaznego morza, nieprzyjaznego, lecz kuszącego. Kuszącego? Pyta pan, dlaczego to nieprzyjazne morze uważam za kuszące? Powiem panu: z powodu dalekich niewidocznych głębin, czarnych i gęstych, głębin, w których rozbrzmiewają echa naszych marzeń. Nie ma nic gorszego od twardości powierzchni płaskich, od dotyku powierzchni twardych, od przeszkód w postaci wzniesionych ekranów, chyba że wyświetlane są na nich filmy. Ja wolę głębię, wolę to, w co można wniknąć, w co da się zanurzyć, schować: miłość i lasy, noc, jesień, tak samo jak pan. Jej dążenia do szczęścia – dążenia młodzieńcze – uwięzione od tylu lat w rezygnacji, życie stłamsiło na darmo, ostatnio bowiem zdołała je ożywić: żądała teraz od każdego dnia, aby dostarczał jej promienną minutę, cudowną godzinę, czarowny zakątek, ekstatyczne głębokie westchnienie pomimo powszednich trosk. Niestety, rzeczywistość nie jest tak szczodra dla tych, którzy domagają się oczarowania. Wie pan, w życiu mało podniecających rzeczy się dzieje, powiedziała mi tamtego dnia Bénédicte Ombredanne, i chociaż kobieta taka jak ja tak wiele znowu nie żąda, okazuje się, że to i tak za dużo: nie ma pan pojęcia, jak mało jest przyjemności w życiu kobiety takiej jak ja. Ostatnio zaczęłam znowu wierzyć, po części dzięki panu, dlatego rozmawiamy teraz na tarasie tej kawiarni w Palais-Royal, zaczęłam znowu wierzyć, że pewnego pięknego dnia odpowiednik księcia z bajki pojawi się w moim życiu i zabierze mnie daleko od wszystkiego, choćby na krótko i nawet jeśli ten książę nie będzie mężczyzną, tak, nawet jeśli nie będzie mężczyzną, nawet jeśli nie będzie człowiekiem, tylko bajkową przygodą, romantyczną chwilą, nagłym przebłyskiem naładowanym nadzieją, pięknym momentem intensywności, rozumie pan, co chcę przez to powiedzieć? W opowiadaniu Villiersa de L’Isle-Adam cudowność ukryta jest w skale pod nogami wędrowca. Może wystarczy wiedzieć, jak patrzyć na starą podłogę? Nikt nie patrzy na stare podłogi, nikt się nie przygląda swojej zużytej codzienności z nadzieją, że dostrzeże sekretne wejście, początek schodów, ciemności nieznanej przestrzeni. Może wystarczy pilnować powierzchni swojej codzienności, mieć dosyć wrażliwości, aby wykryć istnienie przejścia, dostrzec w sobie potrzebę zniknięcia w nim? (Zamiast mówić sobie po co, zamiast mówić sobie na co, zamiast mówić sobie innym razem, nie trzeba, nie uchodzi, to zbyt ryzykowne, co by o tym pomyślały dzieci? Co by powiedzieli koledzy, przyjaciele, członkowie rodziny, gdyby się o tym dowiedzieli?) Jedynie w otoczeniu najbardziej skrzeczącej rzeczywistości przejawia się niezwykłość, to właśnie szepcze pańska powieść na sześciuset stronach i opowiadanie Villiersa de L’Isle-Adam na sześciu, powiedziała mi Bénédicte Ombredanne podczas naszego pierwszego spotkania na zakończenie dość długiej chwili poświęconej wspominaniu własnego życia.

Na spotkanie w marcu przyszedłem przed czasem i o tyle samo minut, około dziesięciu, spóźniłem się na wrześniowe. W obu wypadkach Bénédicte Ombredanne już czekała: o ile jednak za drugim razem, dostrzegłszy mnie na esplanadzie, wstała, by wyjść mi naprzeciw i ucałować mnie na przywitanie, o tyle za pierwszym nie od razu się ujawniła i nieszczególnie rzuciła się w oczy. Tamtego dnia dwukrotnie przeszedłem środkiem długiego zadaszonego tarasu kawiarni Le Nemours, szukałem wolnego stolika i rozglądałem się za samotną kobietą, lecz żadna nie wyglądała na czekającą na mnie lotaryńską czytelniczkę, a w porze tak dużego ruchu nie było wolnego stolika. Wodziłem spojrzeniem dokoła, czy ktoś z klientów nie prosi właśnie o rachunek, pytającym wzrokiem obrzuciłem twarze dwóch młodych kobiet, które zdawały się czekać na kogoś, ale nie zareagowały. Wróciłem do wejścia do Le Nemours, wdałem się w pogawędkę z kelnerem, ciągle przepatrując taras, i wtedy zauważyłem twarz kobiety, która spoglądała na mnie z życzliwym, lekko kpiącym uśmiechem, sygnalizującym mi, że błąka się na ustach autorki dwóch listów, które mnie podbiły. Ani żaden wyraźny znak, ani uniesiona dłoń, ani czytelne poruszenie, ani promienny uśmiech nie dały mi do zrozumienia, że to Bénédicte Ombredanne: nic z tych rzeczy. Była za to bierność osoby, która woli nie doświadczyć czegoś, jeśli ceną ma być poświęcenie ze strony człowieka mającego rzekomo to doświadczenie z nią dzielić. Było napięcie tego, kto obserwuje i rejestruje, kto pragnie ściągnąć do siebie drugą osobę samą siłą swej otwartości albo uczucia, uczucia, które z góry się wyrzeka wszelkiego wsparcia retorycznego. Nie uczyniła żadnego dostrzegalnego gestu, okazała jedynie szczęście ukryte w sobie niczym jezioro oblane blaskiem księżyca: okazała je migotaniem w ciemnych oczach. Ten nieruchomy wzrok był jak pakt między nami uprzedzający słowa, które dopiero mieliśmy zamienić, zwłaszcza gdybym zapragnął się wycofać, jej zdaniem bowiem mogłem czuć się wmanewrowany, toteż Bénédicte Ombredanne w milczeniu owym przenikliwym spojrzeniem elegancko zostawiała mi możliwość odejścia bez słowa: zrozumie, jeśli to zrobię, nie będzie miała mi za złe, jeszcze mogę zawrócić, no, proszę się nie przejmować kobietą taką jak ja. Ale równocześnie trwała w niej blada, immanentna, ożywiona tą wymianą między nami starodawna duma. Wiedziałem, że Bénédicte Ombredanne chce mi pokazać swoją twarz jako pejzaż, z daleka, w milczeniu, aby dało się dostrzec jakąś cząstkę prawdy, tak jak ja wobec niej uczyniłem swoją książką, czułem to. Odbyliśmy więc krótkie tête-à-tête, intymne i wiarygodne, bez upiększeń: poprzez to piękne wzrokowe incipit chciała mi dać do zrozumienia, że nie chodzi o płytką komedyjkę czy błahe spotkanie towarzyskie, co do tego od razu nabrałem pewności. Podczas gdy tkwiący obok kelner nadal szeptał mi do ucha komentarze estety na temat piękna paryżanek, w ten właśnie sposób zinterpretowałem zachowanie Bénédicte Ombredanne, kiedy prezentowała mi się samą siłą swego spojrzenia, nie wykonując żadnego gestu, najmniejszego ruchu, pozostając równie zasadnicza jak w swoich dwóch listach. Tyle że miałem przed oczami już nie skreślone szybko zdania pochylone w prawo, lecz młodą kobietę w wieku około trzydziestu pięciu lat, krótkowłosą brunetkę, drobną i ubraną na czarno, bladą, o nieco zmęczonej twarzy, siedzącą na krześle trzcinowym pod szorstkim filarem. No to co pan zamierza, jest pan z kimś umówiony czy mam znaleźć panu stolik? zapytał Lionel. Odpowiedziałem, że istotnie jestem umówiony i że ta osoba już tu jest. Wygląda mi pan na zamyślonego, coś jest nie tak? dodał Lionel ze zwykłą popędliwością (pewnie sądził, że mam schadzkę: Lionel jest w błędzie, nigdy nie umawiam się na schadzki w Le Nemours). Nie, wszystko gra, no to idę, przyjmie pan od nas zamówienie za kilka minut? zagadnąłem. I ruszyłem w stronę Bénédicte Ombredanne, która nie przestawała na mnie patrzyć, gdy szedłem ku niej przez taras, wstała, podając mi dłoń, akurat kiedy dochodziłem do jej stolika. Dowiedziałem się, że moje oczy dwukrotnie się prześliznęły po twarzy Bénédicte Ombredanne, nie śmiała przechwycić mojego wzroku, poprzestała na czujnym uśmiechu, ostrożna niczym ptaszek gotów w każdej chwili odfrunąć. Zbawiennie dla mnie siedziała na tej samej wysokości, lecz po drugiej stronie przejścia, osłonięta tym samym filarem co jedna z dwóch kobiet, na które zaraz po przybyciu popatrzyłem: szukając w twarzy tamtej znaku, że mnie rozpoznaje, nie odwróciłem głowy do Bénédicte Ombredanne, ona tymczasem mnie obserwowała z bliskiej odległości. Mniejsze jednak znaczenie miał zasłaniający ją filar, mniejsze znaczenie miała tamta kobieta przy stoliku, paryżanka, na którą z natężeniem popatrzyłem, pomijając swoją lotaryńską czytelniczkę, zadziałały bowiem, co ze wstydem przyznaję, kwestie gustu – wiedziałem, że pospolitość Bénédicte Ombredanne tłumaczyła, dlaczego jej nie zauważyłem: zgodnie z moimi przewidywaniami zrodzonymi na podstawie jej dwóch listów należała do osób, których na ogół się nie widzi. Byłem wściekły, że dobrowolnie się dopisałem do długiej listy tych, którzy potwierdzają tę prawdę.

Podczas pierwszego spotkania, zręcznie uchylając się od odpowiedzi na pewne pytania Bénédicte Ombredanne, zdołałem ją nakłonić, by zdradziła coś na swój temat, a szczególnie o tym opowiadaniu Villiersa de L’Isle-Adam, które tak lubiła, jak już wspomniałem. Wyznała mi również, że jest mężatką i matką dwójki dzieci w wieku siedmiu i czternastu lat, chłopca i dziewczynki. Chociaż próbowałem drążyć temat, nie pisnęła słowa o przyczynach, które ją skłoniły do określenia swojego życia mianem „zniszczonego”, nazwania siebie przedmiotem „ciśniętym w kąt”, opisywania się jako młodej „porzuconej” kobiety. Nie zdołałem się także dowiedzieć, co robi jej mąż, odniosłem wrażenie, że nie bardzo ma ochotę mówić o nim. Przyszło mi poczekać do spotkania we wrześniową niedzielę, żeby wyjawiła coś więcej.

Pod koniec pierwszego spotkania Bénédicte Ombredanne zapytała, czy zacząłem nową powieść. Znajdowaliśmy się w pobliżu wejścia do metra stworzonego przez Jeana-Michela Othoniela. Odparłem, że nie, niczego nie zacząłem, jeszcze nie. Przyznałem się, że po uszy zatonąłem w upojnej atmosferze wywiadów i spotkań z czytelnikami, by jak najdalej odsunąć chwilę, gdy będę musiał wziąć się do pracy. Nie bardzo sobie wyobrażałem, jak mógłbym osiągnąć szczęście równe temu, którego dostąpiłem, skończywszy ostatnią książkę, wydawało mi się niezmiernie trudne odtworzenie warunków pozwalających w przyszłości powtórzyć coś tak cudownego, nawet gdyby miało się okazać mniej oszołamiające niż obecne. Nie dam rady napisać nic lepszego od tej powieści, cały czas próbowałem zdusić w sobie tę myśl, dlatego też bałem się, że przyjdzie mi teraz żyć – do samej śmierci – jakby poza tym, kim byłem w owej szczególnej chwili swojego żywota, kiedy całe moje jestestwo na wiele miesięcy uległo przeobrażeniu za sprawą ognia osobliwej epifanii. Prawdę powiedziawszy, nie miałem się za dobrze, czułem się równie źle jak w czasach, kiedy moje powieści nie odnosiły takich sukcesów. Teraz, gdy przebrzmiało dwunaste uderzenie zegara, gdy bal się skończył i rozwiać miał się czar, w którym płonąłem podczas ostatnich miesięcy, zaczynałem rozumieć, że odtąd przyjdzie mi dźwigać na ramionach brzemię znacznie cięższe niźli rozgoryczenie z powodu anonimowości: imperatyw napisania czegoś lepszego. Miałbym napisać coś lepszego niż ta powieść? Miałbym przejść samego siebie? Coś pani powiem: w zasadzie najlepiej by było, gdybym umarł zaraz po wydaniu tej książki, no, może dwa miesiące później, żeby nacieszyć się sukcesem. Ależ co pan opowiada? przerwała mi wtedy Bénédicte Ombredanne. Niech pan przestanie, wolę, żeby pan żył. Proszę się nie oburzać, wpadłem jej w słowo. To szczera prawda. Zresztą książka jeszcze bardziej by się pani podobała, uznałaby ją pani za jeszcze mocniej poruszającą, gdyby pani wiedziała, że przy niej umarłem, że była czymś tak ważnym, iż każde zdanie ważono na szali mojego rychłego odejścia. W tym właśnie duchu przystąpiłem do pisania, ta książka to testament czterdziestolatka, który woli umrzeć niż być jednym z wielu nieznanych pisarzy, niemniej daje sobie ostatnią szansę, pisząc swą ostatnią książkę, o której zawsze marzył, książkę, która zostanie, kiedy on odejdzie. Zacząłem ją, czerpiąc energię i gniew z rozpaczliwego eksperymentu: postanowiłem wniknąć totalnie w jedną jedyną książkę, zamiast przez trzydzieści lat pospolicie, rozsądnie, codziennie po trochu rozmieniać się na drobne w wypieszczonych, względnie ciekawych opowieściach okolicznościowych dających przeciętny dochód. Zebrałem wszystkie swoje pomysły, wstrzyknąłem w krwiobieg zachłannej powieści całość zgromadzonych notatek, swoje twórcze odczucia, najcenniejsze przemyślenia, całe swoje jestestwo, wszystko to, dzięki czemu od lat młodzieńczych czuję się pisarzem. Raz jeden rozbić bank i zniknąć. Roztrwonić wszystko. Zaryzykować życie. Nie zostawić w sobie żadnych rezerw. Pozwolić, by powieść mnie zastąpiła. Z zemsty rozpalić siebie w wielki stos, w literacką pożogę. Napawać się podziwem dla zuchwałości własnego czynu, po czym pożegnać się definitywnie. Rozumie pani, o co mi chodzi? Właśnie coś takiego nosiłem w sobie i sprawiło mi to w końcu ogromną radość, wszystko się poczęło w nieogarnionym smutku i pragnieniu, aby skończyć z życiem i ze sztuką, i ten smutek przeobraził się w euforię. Jechałem dwieście trzydzieści na godzinę autostradą tej powieści, nie bojąc się śmierci, podejmowałem każde ryzyko, nie bacząc na skutki, zwolniłem wszelkie hamulce i gnałem ile fabryka dała ku swoim marzeniom, ku Genui, ku Włochom, wlokących się w żółwim tempie wyprzedzałem czerwonym porschem, które sobie kupiłem na kredyt (chociaż na ogół piszę raczej w tempie renault clio, powoli, oszczędzając paliwo), odkryłem wtedy upojenie, coraz mniej chciało mi się umierać, w miarę jak posuwałem się z powieścią i rozsmakowywałem w prędkości, w kilometrach radości, które ten pojazd bez najmniejszego trudu pokonywał na drodze do mojego spełnienia. W pewnej chwili moje czerwone porsche przemieniło się w rakietę i pomknąłem po niebie ku gwiazdom. Przechodziłem metamorfozę i po raz pierwszy w życiu czułem nareszcie, że staję się sobą. To było magiczne. Nigdy nie byłem taki szczęśliwy. Toteż kiedy skończyłem powieść, już nie miałem ochoty umierać, co to, to nie: chciałem korzystać z tej chwili! Patrzyłem na Bénédicte Ombredanne, która drżała jak liść w burzy moich zwierzeń: całą sobą czekała na szczęśliwe zakończenie. Ale teraz wróciłem do punktu wyjścia, ciągnąłem. Jest jednak gorzej, bo nie mam żadnych rezerw: ograbił mnie ten, który wiódł prym przy moim stole między październikiem 2004 a marcem 2007 roku – i który niezupełnie jest mną. Tamten oszalały facet, który napisał tę książkę, nie ma nic wspólnego z człowiekiem, który z panią rozmawia, zastanawiając się, jak by tu napisać coś, co choćby w połowie będzie równie swobodne, równie przejmujące. Na powrót stałem się sobą. Nic już nie mam. Jestem pusty. Jak kopalnia węgla, z której wybrano całe złoże, i jak ktoś, kto już nie ma sił na nic.

Wybuchnąłem śmiechem.

Przez kilka chwil Bénédicte Ombredanne patrzyła na mnie w milczeniu, ludzie mijali nas, wychodząc z metra, zastanawiała się zapewne, czy poważnie wygłaszam tak katastroficzne opinie o sobie albo czy zwykle w ten sposób teatralizuję swoje lęki, by łatwiej je pokonać. Minę ma pani taką, jakby mi nie wierzyła, rzekłem wreszcie. Ale to prawda. Odpowiedziała wówczas, że wcale się nie martwi o mnie, nie bardzo sobie wyobraża, by autor tej powieści znalazł się z dnia na dzień bez żadnych zasobów. Może powinien pan po prostu odpocząć, podsumowała. Normalne, że po takim doświadczeniu człowiek się czuje wyczerpany. Dziękuję, pewnie ma pani słuszność. A odpowiadając na pani pytanie: mam w planach ostrą, o wartkiej akcji książkę, chciałbym, żeby chwyciła za serce czytelników. Pojawi się w niej męski bohater, samotny trzydziestolatek, który mieszka u matki i prowadzi korespondencję mejlową z parą ekshibicjonistów poznaną w Internecie. Jak Patrick Neftel w pańskiej powieści, przerwała mi Bénédicte Ombredanne. Właśnie, zresztą chyba znowu będzie to on, odparłem. Z tą różnicą, że Patrick Neftel utrzymywał z dwójką Anglików relacje, które można by nazwać idyllicznymi, ta para demonstrowała szczyt spełnienia i właśnie to wzbudzało marzenia w moim bohaterze: stawiał się na miejscu męża i wyobrażał sobie, że kobieta jest jego żoną, że mieszka z nią, że co wieczór wodzi językiem po jej wysoko sklepionych stopach. Tu chodzi o coś innego, mąż bowiem wciąga ich oboje w odmianę dewiacji, którą mój bohater postanawia przerwać, ponieważ zakochuje się w żonie tamtego. Bénédicte Ombredanne odpowiedziała, że chciałaby jak najszybciej przeczytać tę książkę, ale uzbroi się w cierpliwość, nie powinienem czuć presji, mam spokojnie czekać, aż wróci mi oddech. Ja na to odparłem, że rozmowa z nią o moich lękach bardzo dobrze mi zrobiła. Dowiedziała się pani czegoś, czego nie ośmieliłem się wyznać nikomu z bliskich: nikt nie wie, w jakim jestem żałosnym stanie, nikt nie wie, że co rano płaczę zamknięty w gabinecie, oznajmiłem. Pocałowaliśmy się w policzki na pożegnanie, patrzyłem za nią, gdy schodziła do podziemi pod szklanymi perłami Jeana-Michela Othoniela, miała pojechać metrem do przyjaciółki.

Kiedy ze słońca na zewnątrz wchodzi się tam, gdzie panuje półmrok, wzrok potrzebuje kilku minut, by przywyknąć do innego światła i przekazywać do mózgu szczegóły tego, co widzi: tak właśnie ja nie od razu zauważyłem, co pociągającego jest w twarzy Bénédicte Ombredanne. Mając do czynienia z jej pozorną pospolitością, dopiero po godzinie zacząłem naprawdę dostrzegać szczegóły, które doprawdy zachwycały, toteż z rosnącym zainteresowaniem badawczo jej się przyglądałem. Podobał mi się jej wyraz twarzy, kiedy przełamywała nieśmiałość albo na długą chwilę milkła, musząc się nad czymś zastanowić. Bénédicte Ombredanne zagryzała wtedy wargę jak naburmuszone rozżalone dziecko, wobec własnych myśli była nieprzejednanie, wymagająca, dlatego kiedy cichła, zawsze wyglądała na wewnętrznie niezadowoloną, wręcz zdegustowaną. Podobała mi się także głębia jej rozmarzonego spojrzenia, w którym znienacka metaliczne błyski pokory łączyły w całość wszystkie elementy tła, odbierałem to wtedy jako tłumioną skruchę całego jej jestestwa, jakby miała do siebie żal, że przy świadku uległa splendorowi żałosnej iluzji. Na ogół tym chwilom porażki towarzyszył uśmiech Bénédicte Ombredanne, cechowało go zaś to, że kąciki ust zdecydowanie się wznosiły w stronę kości policzkowych, a wargi się układały w wyraźny łuk: powstawał wąski delikatny rożek księżyca. Nie posiadałem się z podziwu, że jej uśmiech może przywodzić na myśl księżyc w nowiu, i podczas obydwu naszych rozmów nieustannie wyczekiwałem radosnego pojawienia się widoku niebiańskiej rzęsy.

To, że tak się wywnętrzałem przed Bénédicte Ombredanne w trakcie naszego pierwszego spotkania, z pewnością było dla niej zachętą do zwierzeń na początku drugiej rozmowy. Gdybym jej się nie pokazał jako człowiek o nie najlepszym samopoczuciu (pomijając to, że opowieść o moich lękach była jak emfatyczna kreskówka pełna przejaskrawień i komicznych nawrotów), prawdopodobnie by nie potrafiła otworzyć się przede mną.

W tygodniach po pierwszym spotkaniu Bénédicte Ombredanne kilkakrotnie się dowiadywała, jak mi idzie pisanie powieści. Czy hicior, który zamierzałem napisać, trafi w historycznie określonym czasie do czytelników? Czy wkrótce chwyci ją za serce? Czy udało mi się przezwyciężyć blokadę? Ponieważ nie miałem ochoty z nikim roztrząsać spraw związanych z pracą, pomijałem milczeniem wszystkie pytania, które mi zadawała na ten temat (dodatkowo śmiertelnie mnie nudziła perspektywa regularnej korespondencji choćby nawet z czytelniczką jej formatu), i nasza znajomość wygasła. Dopiero po drugim spotkaniu znowu zaczęliśmy do siebie pisać, albowiem to, czego się dowiedziałem tamtej niedzieli, wzburzyło mnie tak mocno, że za naturalne uznałem utrzymywanie z nią stałego kontaktu za pośrednictwem esemesów albo poczty elektronicznej: nie tylko po to, by otrzymywać od niej wieści i służyć jej wsparciem, którego mogła potrzebować, ale również po to, aby się dowiadywać więcej, aby ją zmusić do objaśnienia epizodów, o których tylko napomknęła w ciągu tych czterech godzin spędzonych wtedy w Le Nemours. Czy widząc nas na tarasie lokalu tak eleganckiego w niedzielne popołudnie, ktoś by się domyślił, że młoda kobieta opowiada mi równie straszne rzeczy? Mówiła o tym chłodno, z kliniczną precyzją, wyłuskując fakty, mówiąc o sobie jak o przypadku kogoś obcego, odległego – to ja musiałem czynić wysiłki, by nie okazać słabości, miałem ochotę uścisnąć ją w ramionach lub potrzymać za rękę. Kiedy mówiła, obserwowałem jej nieforemną bladą twarz ściągniętą z powodu bezsenności, jej oczy i umalowane na ciemno powieki, głębokie spojrzenie, polakierowane na czarno paznokcie zebrane razem na wypukłości kieliszka do wina, ubranie i starą biżuterię: kameę przypiętą do kołnierza żakietu, okrągły zegarek zawieszony na szyi, duży pierścionek, który skojarzył mi się z relikwiarzem. Co rusz jej powtarzałem, że wszystko się poukłada, w każdym razie ewidentnie powinna coś postanowić, by jej sytuacja uległa zmianie, pomogę jej w tym, musi podjąć jakieś kroki, niepodobna, by nadal pozwalała się tak niszczyć, nie reagując stanowczo. Bénédicte Ombredanne odpowiedziała, że zgadza się ze mną co do zasady, lecz zarazem w tym konkretnym przypadku nie widzi żadnego wyjścia, jest uziemiona, zdarzają się jej chwile, gdy pod wpływem zniechęcenia korci ją, aby się poddać. Nie, nie, rzekłem na to, nie wolno się pani poddać, musi pani dalej walczyć. To trudne, odparła, znalazłam się w położeniu naprawdę skomplikowanym, opowiem panu o tym dokładniej pisemnie. I tym sposobem przez kilka miesięcy otrzymywałem od Bénédicte Ombredanne mejle, w których relacjonowała swoje przeżycia z ostatnich lat, czasami dołączała fragmenty swojego dziennika albo teksty, które napisała dla siebie w czasie, gdy rozgrywały się najważniejsze wydarzenia. Mieliśmy się znowu zobaczyć, w korespondencji była mowa o ewentualnym kolejnym przyjeździe do Paryża, tyle że mąż sprawował coraz ściślejszy nadzór nad jej życiem, nie docierało do niego, że chciałaby znowu odwiedzić emerytowaną przyjaciółkę, skoro była u niej w marcu i we wrześniu. Bywało, że Bénédicte Ombredanne bez wyjaśnienia przez kilka tygodni nie odpowiadała na moje mejle – te okresy milczenia były dla mnie o tyle zdumiewające, że zerwaniu ulegała nadzwyczajnie ożywiona korespondencja. Kilkakrotnie przychodziło mi do głowy, że nie tylko jej mąż dezaprobuje naszą znajomość (w końcu ją odkrył i na wszelkie sposoby starał się potem ograniczać nasze kontakty, dlatego właśnie Bénédicte Ombredanne musiała założyć sobie osobne konto poczty elektronicznej i otwierała skrzynkę wyłącznie w pokoju nauczycielskim w swojej szkole), wydawało mi się niekiedy, że ona także usiłuje przyhamować rozwój naszej przyjaźni, zakłócić jej płynność, sprowokować coś innego niż życzliwość, która być może ją paliła – jakby ta znajomość była dla niej również powodem do zażenowania lub niepokoju. Przychodziło mi czasem do głowy, że Bénédicte Ombredanne boi się zawieść serdeczność, którą ją darzyłem, i że jedyny sposób, aby przemóc ten lęk, to przejąć inicjatywę, niszcząc z rozmysłem oczekiwania, które sama sformułowała.

W pewnym momencie naszego drugiego spotkania, już pod koniec czwartej godziny rozmowy, w której głos zabierała głównie Bénédicte Ombredanne, wskazała plac rozciągający się przed Comédie Française. Proszę spojrzeć, powiedziała, proszę spojrzeć, jakie to światło piękne, słusznie pan stwierdził w swojej książce, że najpiękniejsze światło jest jesienią, dzisiaj jest cudowne, czuć, jak wibruje w powietrzu miliardami cząstek. Mam wrażenie, że jeśli wyciągnę rękę do tego pięknego widoku, zdołam go dotknąć, a on zareaguje jak kocia sierść, kiedy ją musnąć palcami.

Gdy wyciągała rękę ku rozmigotanej karecie ze szklanych kulek Jeana-Michela Othoniela, patrzyłem na pierścień, który nosiła na serdecznym palcu prawej dłoni.

Ubiorowi Bénédicte Ombredanne daleko było do stroju dekadenckiej poetki z końca XIX wieku, lecz pewne w nim szczegóły świadczyły, że chętnie by się poddała temu wpływowi, gdyby pozwolił jej na to status nauczycielki w liceum. Z tego co zobaczyłem, wywnioskowałem, że nosi tylko ciemne barwy, chodzi w sznurowanych botkach, gustuje w koronkach i starej biżuterii, lubi aksamitne żakiety w kolorze granatu i zieleni butelkowej o dopasowanym kroju, dostępne w sklepach ze starzyzną. Taki styl przywodził na myśl symbolistyczny świat Edgara Allana Poego i Villiersa de L’Isle-Adam, Maeterlincka, Huysmansa i Mallarmégo, świat mroczny i wyprany z barw, świat, w którym kwiaty, dusze, humor i nadzieje, lekko przywiędłe, na skraju rozkładu, u schyłku swego przepychu, są niczym melancholijny, przepojony tęsknotą jesienny wieczór, intymny, zmysłowy, cały w aksamitach i jedwabnych wstążkach, różowych, czerwonych, krwistoczerwonych. Naturalnie u niej ów styl był nieśmiały czy wręcz niezdecydowany, wyłaniał się tylko miejscami rozmyty przez współczesny charakter większości sztuk odzieży i dodatków, które nosiła, jej powierzchowność nie była ekscentryczna, Bénédicte Ombredanne prezentowała się raczej skromnie, a zatem zgodnie z powszechnie obowiązującą wizją licealnej profesorki, lecz moim zdaniem prezentowała fragmentarycznie własne wyobrażenie o ubiorach swoich ulubionych bohaterek: Claire Lenoir, Ligei, Berenice, Morelli, nieznajomej z rue de Grammont.

– Bardzo mi się podoba pani pierścionek. Skąd go pani ma?

– Wkładam go tylko na szczególne okazje. Zostawiła mi go babcia, która dostała go od swojej babci, pochodzi z początku dziewiętnastego wieku. Jest na nim portret spojrzenia.

– Portret spojrzenia?

– Oka. Niech pan popatrzy. Pierścionek zrobiono dla kobiety zakochanej w mężczyźnie już zajętym. Kazała namalować jego oko zamiast portretu, żeby nikt go nie zidentyfikował. W osiemnastym wieku praktykowano to dość często.

W palcach trzymałem palce Bénédicte Ombredanne o paznokciach polakierowanych na czarno, spośród tej plątaniny patrzyło na mnie malutkie oko sprzed dwóch wieków.

– Niezwykłe.

Bénédicte Ombredanne w końcu cofnęła dłoń i przedwieczne spojrzenie zniknęło.

– Pora się pożegnać. Nie zdąży pani na pociąg, jeśli będziemy tak gadali.

– Wcale mi się nie chce wracać.

– Ma pani dzieci. Czekają na panią. Dzieci panią kochają i czekają na mamę.

Nie odpowiedziała. Wpatrywała się w jakiś punkt poza placem.

– Będziemy do siebie pisać, niech się pani nie martwi.

– Bardzo bym chciała.

– Odprowadzę panią na dworzec, weźmiemy taksówkę, dziś niedziela, jeździ się dobrze, poniosę pani bagaż.

Wstając, wziąłem rachunek ze stolika i zaniosłem go Lionelowi, który dyżurował przy drzwiach i uśmiechnął się na mój widok.

2

Pewnego marcowego wieczoru 2006 roku, gdy Bénédicte Ombredanne wracała z zebrania, które skończyło się późno, głównie z powodu butelki wina musującego przyniesionego przez profesora fizyki świętującego swoje urodziny, zauważyła z ulicy w trakcie parkowania samochodu, że dzieje się coś nienormalnego: żadne okno nie było oświetlone i jej dom wyglądał jak porzucony przez mieszkańców. Wrażenie to się potwierdziło, kiedy zamknęła za sobą drzwi wejściowe: we wszystkich pomieszczeniach było ciemno i cicho, a to rzecz niezwykła w porze, gdy zazwyczaj panowało tu nieopisane zamieszanie, telewizor grał na cały regulator, dzieci się kłóciły albo hałaśliwie bawiły, co im się często zdarzało, z kuchni dobiegały odgłosy sprzątania po kolacji. Stawiając na posadzce torebkę i skórzaną teczkę, Bénédicte Ombredanne krzyknęła w stronę piętra imiona dzieci, „Lola! Arthur!”, potem imię męża, „Jean-François!”, lecz odpowiedzi nie otrzymała, nic, tylko kompletna ciemność i cisza. Kiedy późno wracała z zebrań, dzieci czasami oglądały kreskówki za zgodą ojca (wolał to niż znosić ich gonitwy, wrzaski i bijatyki, pilnować, żeby czegoś sobie nie zrobiły, rozdzielać je, gdy obrzucały się obierkami ziemniaków), ale telewizor znajdował się w salonie, a salon był pusty, podobnie jak kuchnia. Niepokój przeobraził się w panikę, Bénédicte Ombredanne pospieszyła na górę i wpadła do pierwszego pokoju, pokoju Loli, także pustego. Drżącym głosem nawołując dzieci, powtarzając bez ustanku: „Gdzie jesteście? Arthur, Lola, gdzie jesteście, odpowiedzcie, to nie jest zabawne!”, wbiegła do pokoju młodszego syna i tam znalazła ich oboje skulonych pod kołdrą pośród stosu pluszaków. Ciągle w płaszczu, drżąca i zadyszana, opadła na łóżko, stwierdziwszy, że dzieci mają się dobrze – przynajmniej na pozór. A one wieszały się jej na szyi, na wyścigi obcałowywały jej policzki, ręce, czoło, nawet oczy czerwone od łez, czule mówiąc do niej mamusiu, mamusiu, raz po raz, raz po raz.

– Przestraszyliście mnie! Co tu się dzieje, czemu siedzicie po ciemku?

Nie odpowiedzieli, trzymała ich mocno przytulonych do siebie. Moje kochane dzieci, moje kochane, jestem tu, wszystko już dobrze, mamusia was kocha, powtarzała po cichu Bénédicte Ombredanne, kołysząc ich. Upłynęło kilka minut tych krzepiących czułości, nikt nic nie mówił, każdy starał się oddalić od siebie strach, wyrównując oddech do oddechu pozostałej dwójki, tak że po długiej chwili trzyosobowa przytulona kompania oddychała w jednym rytmie, rytmie miłości i szczęścia, że są razem, idealnie zjednani.

Wreszcie Bénédicte Ombredanne wypuściła z objęć dzieci i zaczęła wypytywać, co się stało i gdzie jest ich ojciec.

– Zamknął się w twoim pokoju – odparła Lola.

– Chcesz powiedzieć: w naszym pokoju.

– OK, w waszym pokoju, nie musisz łapać mnie za słowa.

– Czemu zamknął się w pokoju? Wiesz?

– Chyba poszedł spać.

– O dziewiątej? Lolu, a dokładniej?

– Nie chce nikogo widzieć.

– Arthurze, może ty mi powiesz?

– No dobra. No więc. Siedzieliżeśmy w kuchni.

– Ja powiem, co się stało, skoro tak chcesz, pójdzie szybciej niż z tym jego dukaniem – przerwała mu Lola.

– Lolu, zaczekaj, niech Arthur dokończy.

– Nie, ja powiem – uparła się Lola, dając bratu znak, że zajmie jej to chwilkę. – Byliśmy z tatą, dał nam kolację, zaczęliśmy jeść, a on słuchał radia. Wiesz, oparty o szafkę koło zmywarki, na zwykłym miejscu. W pewnej chwili poprosił, żebyśmy się trochę uciszyli, bo nie słyszy, co mówią w radiu. Ja nie słuchałam, nie wiem, o czym gadali, ale chyba go to zdenerwowało. A potem nie wiem, myśmy jedli po cichu, przysięgam, że byliśmy grzeczni, no nie, Arthur?

– Bardzo grzeczni – potwierdził Arthur.

– I co dalej? – dopytywała Bénédicte Ombredanne.

– Kazał nam wyjść z kuchni. Powiedziałam, że dopiero co zaczęliśmy jeść i że nie przeszkadzamy mu słuchać audycji, no i wtedy zaczął wrzeszczeć, ale naprawdę wrzeszczeć, że niby jestem bezczelna i zabrania mi odzywać się takim tonem. Nigdy go nie widziałam w takim stanie. Powiedział spadać stąd, do cholery, zawołam was, jak będziecie mogli wrócić.

– Nie przesadzasz? To prawda, Arthurze? Tata rozzłościł się na was?

– Dzisiaj o wpół do ósmej – zapewniła Lola kategorycznie.

– Strasznie krzyczał, naprawdę bardzo bardzo bardzo bardzo bardzo głośno – poparł siostrę Arthur, przymknąwszy oczy, jakby liczył, ile razy powtórzył słowo „bardzo”.

– Nie do wiary – rzekła Bénédicte Ombredanne, patrząc na swoje palce, które zanurzyła w gęstych ciemnych włosach synka. – Nie przejmujcie się, widocznie coś go mocno zdenerwowało. Zaraz go zapytam. Wpadł w zły humor. Na pewno już mu przeszło.

– No mam nadzieję, bo sama powiedz, żeby tak nas potraktować, kiedy myśmy nic, ale to zupełnie nic nie zrobili…

– Zrozumiałam, Lolu. Czemu światła w całym domu są pogaszone?

– Bo potem, jak zostawiliśmy jedzenie i wyszliśmy z kuchni…

– Nie dokończyliście kolacji? – przerwała córce Bénédicte Ombredanne. – W takim razie zaraz pójdziemy na dół, ja też nic nie jadłam. Mów dalej.

– Poszliśmy do salonu pooglądać telewizję. Tata słuchał audycji w tym samym miejscu. Za chwilę wyszedł i trzasnął za sobą drzwiami kuchni, ale tak trzasnął, że w życiu takiego huku nie słyszałam. Przysięgam, cały dom się zatrząsł.

– Zrobiło się takie BRUM, strasznie głośno, BRUM – uściślił Arthur, przymykając oczy, ilekroć mówił BRUM, za każdym razem głośniej, równocześnie demonstrował eksplozje, nagle rozwierając palce dłoni wyciągniętych przed siebie.

– Weź przestań, już wszyscy zrozumieli, naprawdę cholernie przynudzasz tymi swoimi tłumaczeniami.

– BRUM – powtórzył Arthur, przysuwając twarz do twarzy siostry i wystawiając język.

– Nie mów do brata „cholernie”. A ty przestań wystawiać język. Jak się ma pięć lat, nikomu nie pokazuje się już języka, nawet siostrze, zrozumiano?

– Później poszedł do waszego pokoju – ciągnęła Lola z przekąsem, spoglądając na matkę. – I trzasnął drzwiami.

– BRUM – wpadł jej w słowo Arthur.

Lola popatrzyła na brata z grymasem, który mówił: „Aleś ty głupi, ile jeszcze lat będę musiała cię znosić?”, po czym odwróciła się do matki z dumą wypisaną na buzi.

– Poszłam na górę, spytałam się tatę, co się dzieje, czemu taki jesteś, ale przez drzwi, nie weszłam do pokoju, bałam się. Odpowiedział odwal się. A ja się spytałam, co mamy robić. A róbcie, co chcecie, dajcie mi święty spokój, rzygać mi się chce. Odpieprzcie się.

– Lolu, po raz enty powtarzam: nie mówi się „spytałam się”. Raz na zawsze proszę, żebyś to zapamiętała, bo uszy więdną od słuchania.

– No dobra, ale naprawdę akurat teraz musisz mnie pouczać? Nie jesteśmy w szkole, tylko mamy obciach w domu. Drobna różnica!

– Nie mógł ci powiedzieć odpieprzcie się – obruszyła się Bénédicte Ombredanne, patrząc córce w oczy. – Musiałaś źle zrozumieć.

– Mamuś, przysięgam. Tak powiedział. Dosłownie. Przysięgam.

– I co było dalej?

– Chyba płakał.

Oniemiała Bénédicte Ombredanne wpatrzyła się w córkę.

– Płakał? Twój ojciec płakał?

– Poszłam na dół i powiedziałam Arthurowi, że lepiej uważać, trzeba iść do pokoju, wskoczyć w piżamy i czekać na ciebie. Zgasiłam światło w salonie, poszliśmy na górę, przebraliśmy się w piżamy. Słychać było, jak tata mówi do siebie, czasem coś krzyczał, zdaje się, że nawet czymś rzucał o ściany. Arthur się bał, wlazł pod kołdrę, więc przyszłam do niego. Czekaliśmy na ciebie. Baliśmy się ruszyć. Co się dzieje? Czemu tata był taki dzisiaj?

– Nie wiem, kochanie, ale się dowiem.

– Zleje cię jak kiedyś?

– Co ty opowiadasz, dziecko? O czym mówisz?

– Mamuś, dobrze wiesz, o czym mówię – nieśmiało odważyła się zaprotestować Lola.

– Mylisz się. Posłuchaj, kotku, zamiast wpatrywać się w ziemię z taką upartą miną. Lolu, to ważne, musisz mi uwierzyć: źle zinterpretowałaś sytuację, rozumiesz? Pogadamy o tym, jak chcesz, wytłumaczę ci, ale kiedy indziej. Teraz się nie martwcie, tata nic wam nie zrobi… nikomu nic nie zrobi. Idźcie na dół i dokończcie kolację, Lolu, jeśli trzeba, odgrzej ją, ja zaraz do was przyjdę.

Bénédicte Ombredanne