Strona główna » Obyczajowe i romanse » Miód i wosk

Miód i wosk

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7453-304-1

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Miód i wosk

Zbiór trzech opowiadań rozgrywających się w trakcie wojny w bliżej nieokreślonym mieście nad zatoką. Dramatyczne wydarzenia każą wszystkim bohaterom stoczyć wewnętrzną walkę postaw, zweryfikować światopogląd bądź też skonfrontować własne racje z racjami bliskich – rodziny, towarzyszy, sąsiadów. Narratorami pierwszego opowiadania są dwaj Polacy, bracia, którzy późną jesienią roku 1939, siedząc przy łóżku umierającego ojca, muszą opowiedzieć się po którejś ze stron konfliktu. W następnym opowiadaniu wrażliwy student teologii z Tybingi, Paul, zakłada wbrew swojej woli mundur żołnierza Wehrmachtu, by stawić czoło obcej mu ideologii i doświadczyć na własnej skórze wojennego chaosu. Siostra Paula, Lisa, bohaterka ostatniego opowiadania, dla której koniec Trzeciej Rzeszy jest równoznaczny z końcem świata, w marcu 1945 roku obserwuje, jak do jej miasta wjeżdżają radzieckie czołgi. A na drugim planie duchowych zmagań rozgrywa się największy kataklizm XX wieku…

Polecane książki

Marc i Beth byli nierozłączni, ale pewnego dnia padło o jedno słowo za dużo. Zupełnie zerwali kontakty. Po dziesięciu latach Beth niespodziewanie odwiedza Marca. Chce wyjaśnić wszystkie nieporozumienia, jednak dawny przyjaciel nie zapomniał, jak bardzo go zraniła. Połączy ich ponownie dopiero niezwy...
Przejmująca opowieść o kobiecie, która przez całe życie nie może uwolnić się od skazy bycia córką alkoholika. Nocne awantury, pilnowanie bimbru, powtarzające się ataki padaczki alkoholowej ojca i dzieciństwo bez matki, która postanowiła uciec do Włoch - to wspomnienia z dzieciństwa Barbary. Oswaja j...
Ogólnoświatowy kryzys gospodarczy ostatnich lat, kryzys w wymiarze europejskim i poszczególnych krajów, wywołuje niekorzystne zjawiska w gospodarkach, a te generują niekorzystne zmiany także w polskiej gospodarce, tworząc nowe uwarunkowania dla funkcjonowania podmiotów rynkowych, w tym konsumentów. ...
„Sekrety skuteczności” uświadamiają nam, że bycie bardziej wydajnym w życiu nie zawsze sprowadza się do jednej metody; wielkie kroki naprzód często wynikają z tych chwil olśnienia, które zdają się pojawiać znikąd. Kiedy przeczytasz książkę Vince’a, zorientujesz się, skąd wzięły się twoje objawienia!...
Sprawdź, jak prawidłowo zorganizować pomoc dla uczniów ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi. Z publikacji dowiesz się, jakie wsparcie w edukacji włączającej powinno być zapewnione dzieciom i młodzieży ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi, jak prawidłowo zatrudniać specjalistów do pomocy uczniom ...
Dużym walorem pracy jest jej interdyscyplinarność (poza aspektami interesującymi historyka, znaleźć tu można elementy z zakresu socjologii, psychologii, literaturoznawstwa). Takie podejście do tematu otwiera pole szerokich możliwości wnioskowania. Oprócz naukowego warsztatu historycznego, przy szuka...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Krzysztof Lipowski

Mirelli

BIAŁA KOSZULA OJCA

Najpiękniejszym okresem życia jest wczesny czas miłości,

kiedy po każdym spotkaniu, po każdym spojrzeniu

przynosi się coś nowego do domu, aby się tym cieszyć.

Søren Kierkegaard

JASNE ŚWIATŁO LAMPY

Wiedzieliśmy, że nasz ojciec umiera.

Wiedzieliśmy, że umiera i nie były to tylko krótkie chwile pewności, gdy pod skórą życia gromadzą się drobiny nekrotycznej tkanki. Gdy przyglądaliśmy się tej nieruchomej twarzy pokrytej bruzdami życia, ciche kroki śmierci docierały do naszych uszu. Jego łóżko zajmowało największy pokój w naszym domu, w którym od czasu choroby wiele sprzętów zmieniło swoje dotychczasowe miejsce. Były odtąd połączone z trudną sztuką umierania.

Światło jesiennego dnia docierało tu zawsze w południe. Ożywiało wciąż ten sam zestaw rekwizytów, wiernych i wytrwałych asystentów śmierci. Na marmurowym blacie nocnego stolika stał emaliowany kubek z wodą, obok lampa i milczący radioodbiornik. Tuż obok na podłodze, na czarnej baraniej skórze stała miska z wodą i niebieski dzban. Przez nieszczelne okno wsączała się do pokoju pewna siebie niemczyzna, która panoszyła się od niedawna w naszym mieście.

O tej porze dnia uwagę ojca przykuwał obraz wiszący naprzeciw łóżka. Niegdyś nie dostrzegaliśmy, że obok stojącego w łodzi rybaka jest jeszcze jedna postać w czarnym kapoku, której kontury dopiero teraz uwidoczniły się nam wyraźniej. Mgliste promienie słońca wydobywały z mroków zarys portu z morską latarnią. Jej światło skrzyło się na spokojnych falach, a rybacka łódź zdawała się wolno zmierzać do przystani.

Skromne meble ojcowej sypialni tonęły w szarości poranka i wieczoru. W mroku błyszczały już tylko szafkowe uchwyty, poręcze krzeseł i foteli, wykonane niegdyś w naszej stolarni. Godziny przemijały cicho i niezauważenie jak piasek w klepsydrze. Czas wciąż jeszcze gromadził się po stronie życia na przekór temu, co widzieliśmy.

Okna pokoju wychodziły na opuszczony ogród ze starymi jabłoniami, na których wisiały niezerwane owoce. Pod każdym z tych cienników gromadziły się kolejne warstwy suchych liści. To właśnie czerwień wiszących jabłek przyciągała uwagę ojca późną jesienią trzydziestego dziewiątego roku. Gasnące spojrzenie błądziło po pniach i gałęziach wiekowych drzew.

Wraz z bratem siedzieliśmy w pokoju. Obok łóżka, na półce z ciemnej dębiny stały flakony i karafka, w której zastygł już płyn. Na stoliku dopalała się gruba woskowa świeca. Jej światło pełgało niespokojnie na drewnianym blacie. Było odbiciem rozbieganych myśli tego, który właśnie odchodził. Płomień przygasał, to znów nieoczekiwanie nabierał mocy, chwilę tętnił żółtym blaskiem, by wnet osunąć się w ciemność, pociągając za sobą resztki światła.

Były to niezwykłe chwile, kiedy dusza ludzka wstrzymuje oddech, kiedy każda codzienna czynność zdaje się z nicości pochodzić i do nicości powracać. W codziennej krzątaninie domowników odbijały się wszystkie barwy rozczarowania – nasz ojciec umierał.

W ostatnich tygodniach, zwykle późnym popołudniem, zjawiał się u nas mężczyzna w cyklistówce. Matka, najwyraźniej uprzedzona przez ojca o jego wizycie, gotowała na ten dzień czerninę i była bardziej milcząca niż zwykle. Nieznajomy spędzał około godzinę w pokoju na górze, po czym znikał w ciemnościach. Któregoś dnia, gdy wychodził, przyjrzał nam się uważnie. Stał na schodach, trzymając lewą rękę na dębowej poręczy, my zaś, udając obojętność, przystanęliśmy także. Przez moment wydawało się, że chciał coś powiedzieć i że nawet już otwierał usta. Zamiast głosu usłyszeliśmy dobiegający z kuchni dźwięk tłukących się naczyń. Było to pierwsze i zarazem ostatnie spotkanie z naszym przyrodnim bratem.

Te wizyty gwałtownie przywracały ojca do naszego życia. Wytrącały go z bezgłośnej walki ze śmiercią, która zbliżała się do wezgłowia łóżka.

Gdy zapadał zmierzch, do pokoju wchodziła matka i różnymi sposobami próbowała przegonić wnikające do domu nieszczęście. Jej szeptanie i zamawianie dochodziło do naszych uszu nawet wówczas, gdy siedzieliśmy na schodach prowadzących do piwnicy.

Wiedzieliśmy zatem, że on umiera i spieszyliśmy doń z ostatnim słowem posilenia na ustach. Codzienne przedmioty i czynności traciły dla nas powoli swą realność, znajomy dotyk i zapach. Chłodny blat komody, złoto-czarna rama kryształowego lustra, sosnowa deska z biurkowego blatu ku naszemu zaskoczeniu ukazywały nam dotąd swoją nieznaną stronę.

Pomimo naszych zaklęć i modlitw ojciec zaczynał gasnąć zauważalnie i ostatecznie. Do naszych okien przywarł teraz lęk, wczepił się w chropowatą cegłę parapetu i przywarł mocno. Pozostał.

Lampa rzuca niewielki krąg światła, przywołuje wspomnienia, które, jeśli nieutrwalone, znikną, rozproszą się i spadną w nieznający litości niebyt.

Jasne światło stojącej na biurku lampy ojca prowadzi nas do miejsc dawnych, które naznaczyła obecność jego ręki. Bezpiecznie docieramy do wielkiego stołu ze świerkowym blatem i szklanym kałamarzem. Stalówka z drewnianą obsadką wodzi po jasnej kartce papieru, a stojący na biurku gazowy lampion towarzyszy naszej samotności. To najważniejszy świadek powrotów do przeszłości. Lekki szmer, jaki wydaje z siebie podczas pracy, jest jak dalekie echo ojcowego głosu, który miał tę właściwość, że odganiał od nas wszelkie demony i strach.

I kiedy duszy przybywa eonów, dostrzega więcej odcieni rozpaczy.

PRZY KOMINKU SZATAN ZNAJDOWAŁ NAS ZAJĘTYCH

Do odległych tonów naszego dzieciństwa należało miarowe tykanie zegarowego wahadła w pokoju stołowym. Monotonny ruch tam i na powrót zatrzymywał często naszą uwagę. Co pewien czas stary, posłuszny mechanizm gdańskiego zegara uruchamiał mały młoteczek, który uderzał w spiralne zwoje, wydając przy tym metaliczny dźwięk. Podziwialiśmy upór starego mechanizmu nakręcanego regularnie ręką ojca. Mosiężne pierścienie cyferblatu skrzyły się ciepłym, miodowym światłem, a ozdobne litery „R” i „A” na tykającym wahadle były pierwszymi, które próbowaliśmy z bratem odczytać. Obserwowaliśmy, jak na emaliowanej tarczy pokrytej tajemniczymi znakami zatrzymywały się ozdobne wskazówki. Ich ułożenie wyznaczało rytm naszych dni. Tykanie i brzmienie, brzmienie i tykanie stały się cichym tłem dla wydarzeń w naszym domu. Były jak utajone życie, które dostrzegaliśmy w chwilach, gdy na dłużej w pokojach zaległo milczenie.

Rankiem, niezmiennie o tej samej porze, ojciec pojawiał się w stolarni. Czeladnicy szybko otaczali mistrza, który stał pośród nich wysoki, w białej koszuli ze stójką i z plikiem rysunków w ręku. Przydzielał zadania na początek dnia, potem rozsyłał ich w świat, niczym apostołów powinności, w odległe peryferie i niezbadane zakątki stolarni. Posyłał uczniów, by zmagali się z oporną materią drewna o żywicznym zapachu i jasnym kolorze kobiecej skóry.

Jego poranne zjawienie się sprawiało, że wszyscy krzątali się po warsztacie z większą żarliwością i oddaniem. Wnet rozlegał się głuchy terkot maszyn, a mocny zapach żywicznego drewna rozchodził się po poddaszu. Uczniowie otwierali niewielkie, drewniane okna, pokrzykując głośno. Ich jasne koszule wyraźnie odcinały się od ciemnego belkowia podtrzymującego strop.

W porze obiadu ojciec zwykł schodzić wolno po stromych schodach stolarni, szybkim krokiem przemierzał podwórze i zatrzymywał się w sieni domu. Jego wejściu towarzyszył zapach ciepłego drzewa – mocny, wilgotny i bijący w nozdrza. Wówczas wiedzieliśmy, że wozacy dopiero co przywieźli do tartaku zamówione w lesie kłody. Częściej jednak wnosił z sobą łagodny zapach suchego drewna, którego jasny pył widoczny był na jego twarzy. Zdawało się, że drobiny stolarnianego prochu niczym aureola unosiły się jeszcze nad głową.

Staliśmy z bratem poruszeni jego nagłym zjawieniem się w kuchni. Zapach drewna mieszał się z aromatem tytoniowego dymu, tym samym, który wypełniał pokój na poddaszu. Był to aromat małych cygaretek „Calume”, które zwykł wypalać w milczeniu po południu.

Latem podwijał wysoko rękawy białej koszuli z niewielką stójką. Cenił sobie jej świeżość, lśniącą biel i miękki zapach krochmalu. Zimą i jesienią po wejściu do mieszkania szybko podchodził do nagrzanego kaflowego pieca, który stał w rogu stołowego pokoju. Przywierał doń i rozgrzewał zmarznięte ręce. Jego twarz gorzała uśmiechem tak ciepłym, jak ciepły był piec o tej porze roku. Patrzył na nas, odejmował i przywierał dłonie do gorących kafli. Jego palce gładziły wypukłości wzorów, dotykały spoin. Czasem otwierał niewielkie metalowe drzwiczki w górnej części pieca i wkładał do otworu przyniesione ze stolarni owoce. Po jakimś czasie pokój wypełniał się jabłeczną wonią, której cierpki zapach wsączał się we wszystkie zakamarki naszego domu, łącząc się z ciepłym światłem naftowej lampy. Wówczas gestem Ewy podawał nam upieczone jabłka, które my skwapliwie chowaliśmy za siebie, przestępując z nogi na nogę. I jeżeli był nam przeznaczony jakiś fragment raju, to właśnie w tym momencie.

Wieczorami siadał przy nas obok kominka i wspólnie uczestniczyliśmy w rytuale rozpalania ognia. Co pewien czas wyciągał z wiklinowego kosza duże kawałki drewna i nam podawał. Otoczone płomieniami szczapy szybko oddawały się ogniowi, by ostatecznie spopieleć i rozpaść się.

Lubiliśmy z bratem te chwile skupienia, gdy na naszych czołach odbijały się czerwone płomienie i gdy wolno rozszerzał się krąg bijącego ciepła. W takich chwilach zdani byliśmy na ruchliwe ogniki palącego się drewna, których cienie układały się na sosnowych deskach podłogi. Niekiedy ojciec wkładał brzozowe bierwiona, przygotowując w kominku miejsce pogrzebaczem. Jak my był wsłuchany w ciche belcanto ognia i wiatru, w trzask sypiących się iskier.

Kominek szemrał niestrudzenie nieznane inkantacje, niekiedy tylko przerywane niespodziewanym staccato. Strzegliśmy tego bożego ognia niczym westalki, dokładając polana o jasnej korze, wrzucając mocne i solidne kawały grabu bądź dębu. Wierzyliśmy, że wraz z pojawieniem się płomieni zanika krąg demonów naszego domu.

W takich chwilach przy kominku szatan znajdował nas zajętych.

DESZCZ RYBICH ŁUSEK

W piątki, wczesnym rankiem wyruszaliśmy z bratem do portu po ryby. Jeszcze nie odegnaliśmy z twarzy nocnych zmor i jeszcze czuliśmy na policzkach miękkie ślady snu. Nad zatoką rozpraszały się dopiero poranne mgły. Szliśmy przez puste o tej porze dnia ulice, zdumieni pewnym odgłosem naszych kroków, które w ciszy świtu nienaturalnie głośno rozbrzmiewały na wilgotnych kamieniach. Już z daleka słyszeliśmy skargliwe głosy mew.

Mijaliśmy niewielkie, ceglane domy rybaków z oknami tuż przy ziemi. Koło kościelnego muru ulica gwałtownie zaczynała opadać ku nabrzeżom. Jeszcze chwila i już byliśmy w porcie, tuż obok drewnianych kutrów. Rybackie sieci rozpięte na kołkach falowały na wietrze. Siedzący w łodziach rybacy wyciągali złowione ryby, opowiadając sobie wydarzenia minionego wieczoru i nocy. Rzęsisty deszcz łusek raz po raz opadał na dno łodzi. W zielonych okach sieci połyskiwały ciała ryb.

W piątki, wczesnym rankiem wyruszaliśmy z bratem do portu po ryby. Jeszcze nie odegnaliśmy z twarzy nocnych zmor, jeszcze czuliśmy na policzkach miękkie ślady snu. Mijaliśmy niewielkie, ceglane domy rybaków z oknami tuż przy ziemi. Koło kościelnego muru ulica gwałtownie zaczynała opadać ku nabrzeżom. Jeszcze chwila i już byliśmy w porcie, tuż obok drewnianych kutrów. Rybackie sieci rozpięte na kołkach falowały na wietrze. Siedzący w łodziach rybacy wyciągali złowione ryby, opowiadając sobie wydarzenia minionego wieczoru i nocy.

Wpatrzeni w srebrny kolor rybiej skóry, na której morze zostawiło mokry ślad, czekaliśmy na przybycie pozostałych kutrów. Staliśmy tak dłuższą chwilę zachwyceni rytuałem oddzielania rybiej głowy od ciała. Krwawe wnętrzności wpadały z pluskiem do wody, opadając wolno na muliste dno.

Do domu przynieśliśmy zakupione w porcie belony.

BIAŁA KOSZULA OJCA

W soboty, już około południa, czeladnicy w większym niż zwykle pośpiechu czyścili maszyny znużone tygodniem pracy. W powietrzu unosił się pył, który mieszał się z głośnym śmiechem uczniów. Raz po raz któryś schodził prędko na podwórze, po czym powracał z wiadrem zimnej wody. Masywne i ciężkie deski podłogi szybko pokrywały ciemne plamy. Równie szybko do stolarni wnoszono emaliowany dzban z gorącą wodą i w niewielkim pomieszczeniu obok już myli się pierwsi szczęśliwcy.

Ojciec w milczeniu obserwował te wybuchy radości. Stał zamyślony, czując wyraźne spowolnienie czasu sobotniego popołudnia. Z kieszeni kamizelki częściej niż zwykle wyjmował chronometr, który zakupił w Lipsku, w niewielkim składzie obok kościoła świętego Tomasza.

Kiedy ostatni uczniowie, ścigając się, zbiegli na podwórze, stał jeszcze jakiś czas z niedowierzaniem. Cisza, która zaległa nagle w stolarni, powoli docierała do jego uszu.

Resztę sobotniego popołudnia spędzał w samotności. Zamykał się w swoim pokoju na poddaszu, skąd nie wychodził nawet na wieczorny posiłek. Czekał tam plik dokumentów, przeróżnych rachunków z tartaku, parowego młyna czy okolicznych składów kolonialnych. Na szafce, na spirytusowym palniczku stał niewielki, cynowy dzbanek, w którym podgrzewała się kawa.

Ojciec siedział za biurkiem, trzymając w ręku zwinięty rulon tytoniu, który wyjął uprzednio ze srebrnej cygarnicy. Nim go zapalił, chwilę rozkoszował się zapachem, przykładał cienkie cygaro do nosa i delikatnie wciągał powietrze. Powtarzał tę czynność kilkakrotnie, za każdym razem z tym samym pietyzmem.

Dobrze znaliśmy zapach przenikający ojcową kamizelkę, wnętrze biurka, niezliczone ilości szuflad, zakamarków, małych schowków i blaszanych pudeł z kolorowym wiekiem. Ich otwieranie miało w sobie radość świąt Bożego Narodzenia. Czar przedmiotów z biurkowego wnętrza na długo pozostawał w naszej pamięci. Pod nieobecność ojca mogliśmy je dotknąć, wziąć do ręki, poczuć zapachy i kształty. W odległym zakątku stolarni, pod okiem zaufanego czeladnika wykonaliśmy ledwie udane ich kopie. Było tam pudełko na tytoń z wyciorem do czyszczenia fajki, mały nożyk i dwadzieścia osiem płaskich kostek domina.

W niedzielę, w czas białych koszul, niebieskie oczy ojca spoglądały na kościół, którego surowa sylwetka wyraźnie królowała nad miastem. Tego dnia wydawał się być bardziej zamyślony niż zwykle. Ubrany w białą koszulę, jadł obiad w milczeniu i przyglądał się ozdobnej, zielonej nastawie kaflowego pieca, którą sprowadził niedawno z fabryki kafli „Szeszkinie” z Wilna.

Około południa, gdy uroczyście rozbrzmiały kościelne dzwony, powiódł po nas zmęczonym wzrokiem, podziękował i wstał od stołu. Ubrany w białą koszulę udawał się do stolarni i dłużej niż zwykle otwierał pierwsze drzwi prowadzące na poddasze.

Wchodził cicho, z mozołem, jakby liczył stopnie prowadzące na świętą górę. Niekiedy zatrzymywał się dłużej, na przykład gdy zadziwił go drewniany podest bądź starta niezliczoną ilością nóg drewniana deska. W czas niedzielnego południa uważne ucho mogło usłyszeć szmer pracy kołatka, który przypominał chrzęst ręcznego młynka do kawy. Ojciec stał przed drzwiami stolarni i wyjmował z kieszeni kamizelki niewielki przedmiot. Był to mały, metalowy kluczyk, który nieraz stawał się przedmiotem naszego pożądania. Zawsze wieczorem spoczywał na dnie szuflady, tuż obok posrebrzanego etui i rzeźbionej fajki z wiśniowego drzewa. W ciągu dnia znajdował się w bocznej kieszeni kamizelki.

Chrzęst obracanego klucza w zamku i odgłos otwieranych drzwi rozlegał się po malutku, po czym słychać było skrzyp podłogowych desek uginających się pod butami. Chodząc tak pośród milczących maszyn, przyglądał się uważnie na wpół gotowym elementom szafy bądź łóżka, gładził wieka dębowych i sosnowych trumien, które niczym wielkie pudła stały oparte o ceglaną ścianę lub drewniane belki stropu. Palcami dotykał konturów krzyża i coś szeptał do siebie. Brzmiało to jak niewyraźne inkantacje, jak przywoływanie dawno zapomnianej mowy pełnej dziwnie brzmiących pogańskich słów. Niekiedy, dotykając palcami metalowej figury Ukrzyżowanego, podnosił głowę i spoglądał przez szprosowe okna na ulicę i dalej na kościół.

O tej porze dnia niedzielne światło skrzyło się na okiennych pajęczynach wszystkimi barwami nicości.

Czasem widywaliśmy go, jak w pustej stolarni strugał i szlifował drewniane części przyszłej kołyski. Jego ręce dotykały gładkich listew, sprawdzały ich kształt, gdyż słoje drewna musiały biec równo, a ich rysunek na sepiowym tle musiał być mocny i wyrazisty jak linia życia. Nie mogło tu być miejsca na zwątpienie, chwilę życiowego rozproszenia i nieuwagi.

Jakże się cieszył, gdy znalazł wreszcie odpowiedni materiał, gdy wśród wielu zgromadzonych w stolarni odkrył ten jedyny i właściwy na osnowę ludzkiego losu z wątkiem cierpienia.

Z taką samą czułością szukał materiału dla formy ostatniej, którą kupowali ubrani na czarno członkowie rodziny. Schylał się niestrudzenie po coraz to nowe kawałki belkowia, z których budowano potem pośmiertne czółno. Jego palce dotykały nierówności, zarysowujących się pęknięć. Niejednokrotnie wyprawiał się z czeladnikami do tartaku na szczególne poszukiwania osnowy, bo jak mawiał: „śmierć zobowiązuje i nie należy jej oszukiwać”. I gdy zgromadził już odpowiedni materiał, jął go ciąć i ostrugiwać niczym mistrz sztuki funeralnej. Ostatniego aktu dokonywał samodzielnie i samotnie: łączył sklejone wcześniej boki trumien i pasował wieko, uderzając drewnianym młotkiem. Ciemne odgłosy Końca rozchodziły się echem po naszej stolarni. Na moment ogarniał nas niepokój, jakby uchylało się wieko wieczności i cofało się w nas życie.

Nasz ojciec zawsze z taką samą starannością budował kołyskę i trumnę. Zwykł mawiać, że kołysze się początek i koniec życia, a piękny sens jego przeznaczenia to przewozić widma mieszkańców naszego miasta na tamten brzeg.

Był konstruktorem pierwszej i ostatniej formy, otwierał i zamykał nawias życia, słysząc krzyk niemowlęcia i płacz starca.

NIEDZIELNE POPOŁUDNIA

W późne niedzielne popołudnia prowadził nas na rynek. Dom nasz znajdował się na końcu miasta, więc dłuższy czas szliśmy we trójkę brukowaną ulicą. W miarę jak zbliżaliśmy się do celu, częściej obracał głowę w naszą stronę i uśmiechał się. Już wiedzieliśmy, że za chwilę przekroczymy niewidzialną granicę, za którą rozpościera się świat szklanych witryn i uprzejmych subiektów stojących za drewnianą ladą. Sprowadzali dla nas na ziemię doskonałe twory, czarowne przedmioty o miłym dotyku i upajającym zapachu.

Już otwieraliśmy drzwi sklepu i przywarłszy ustami do marmurowego blatu, z trudem dokonywaliśmy wyboru. Ręka sprzedawcy odchylała wieko któregoś ze szklanych słoików, a my, uderzeni zapachem migdałów, palonej kawy, cukrowych wyrobów i tytoniu oraz barwami tego niezwykłego miejsca, z niedowierzaniem sięgaliśmy po leżące na ladzie niewielkie pakunki, skromne dowody na istnienie lepszego świata. Przynaglani przez ojca opuszczaliśmy to miejsce z żalem i cichym postanowieniem szybkiego powrotu. Metalowy dźwięk dzwonka już wyprowadzał nas ze składu towarów i ponownie znajdowaliśmy się na brukowanym placu naszego rynku.

Jeszcze mieliśmy w pamięci anyżki, marcepany, gorącą czekoladę i chłodny smak marmurowego blatu, a już prowadziły nas srebrne światła gazowych lampionów. Wysokie latarnie odprowadzały nasze spojrzenia aż na koniec ulicy, gdzie gasły i milkły, niezdolne, by przebić się przez ciemność. Z upodobaniem dawaliśmy się pochwycić nowym błyskom, bajecznym kulom, świetlanym baniom mleka, które dopiero co rozpierzchły się rzędem po całej drodze. Szliśmy, oddając się ostatniemu przeżyciu tego popołudnia, jakim było czytanie napisów na szyldach.

Na koniec opuszczaliśmy rynek z jego rojem świateł i dorożkarskich lamp i wchodziliśmy w niewielką uliczkę, która prowadziła nas teraz prosto do Domu Kuracyjnego, obok przystani nad zatoką. Tu czas nanizany na nitki dni chromał i niedomagał, wyznaczał własny rytm tej odległej części miasta, odciskał się na bladawym życiu kuracjuszy, którzy próbowali gonić miejski, zdrowy rytm. Przebywający w Domu Kuracyjnym letnicy wiedli żywot notorycznie spóźnionych i niedospanych osobników, żywot na pozór beztroski, wypełniony rozmowami i spacerami. Niemal każdy z kuracjuszy nosił w sobie zalążki jakiejś choroby. Ich twarze rozpoznawaliśmy na zdjęciach w oknie wystawowym fotograficznego atelier. Ponaglani przez czas i chorobę chętnie utrwalali swoje wizerunki na błyszczącym papierze.

Strudzeni wędrówką, szybko pokonywaliśmy niewielkie schody, by wreszcie znaleźć się w obitej wzorzystą tapetą sali. Zagłębianie się w miękkim aksamicie fotela i przeciąganie palcami po meszku szlachetnego materiału wydobywało z niego zapachy damskich perfum i tytoniu. Lubiliśmy zanurzać się w tę woń, która rozleniwiała miękko i sennie.

W późne niedzielne popołudnia ojciec prowadził nas na rynek. Wiedzieliśmy, że za chwilę przekroczymy niewidzialną granicę, za którą rozpościera się świat szklanych witryn i uprzejmych subiektów stojących za drewnianą ladą.

W największej sali uzdrowiska czekaliśmy na porzeczkową leguminę ze śmietaną. Z kolei w przyległej sali teatralnej rozpoczynał się właśnie raut zorganizowany przez Towarzystwo Upiększania Miasta.

Ojciec wolno dopijał koniak, spoglądając na zegarek. Wiedzieliśmy, że po raz ostatni wyjmie z kieszeni kamizelki swoją Omegę, że za moment skinie na kelnera, który z atencją w ruchach podejdzie do nas, a my będziemy musieli opuścić kolejne z niezwyczajnych miejsc. I będzie to ostatnie wydarzenie w rejestrze dzisiejszych godzin, które dopiero za chwilę zacznie nam smakować jak opóźnione działanie eliksiru. Dlatego szybko delektujemy się jeszcze fragmentem tego dnia, który za chwilę ma odejść, by rozsypać się na drobne fragmenty wspomnień.

Próbujemy zatem zatrzymać ten skrawek czasu, opóźnić i oddalić moment opuszczenia restauracji. Ojciec zdaje się nie dostrzegać naszych uporczywych wysiłków. Usilnie wpatrujemy się w leżący obok kieliszka z koniakiem zegarek. Obserwujemy, jak na białej tarczy drży subtelnie minutowa wskazówka, jak wykonuje pełny i doskonały ruch wiecznego koła.

Gdy opuszczaliśmy salę Domu Kuracyjnego z głosem skargi i z cichym westchnieniem, nasze ostatnie spojrzenie wędrowało ku złotym ramom obrazów, które zdobiły amarantowe ściany.