Strona główna » Obyczajowe i romanse » Mistrzowie życia

Mistrzowie życia

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-66201-16-3

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Mistrzowie życia

Czym jest życie bez miłości, przyjaźni i zaufania? Czy alkohol, seks i pieniądze są właściwym lekarstwem na smutek i porażki? Dokąd zaprowadzą kłamstwa bohaterów tej historii?
Młodzi ludzie – Sebastian, Michał i Natalia – szybko rozpoczynają dorosłe życie. Przekroczenie tej granicy będzie dla nich bardzo bolesne. Każdy z trójki bohaterów ma swoje pragnienia i cele, które usiłuje zrealizować, ale za jaką cenę? Które z nich potrafi stawić czoła przeciwnościom losu i wyjdzie zwycięsko z tej próby?
Refleksyjna powieść Mistrzowie życia przenosi czytelników do lat dziewięćdziesiątych, gdzie duch przemian gospodarczych i raczkujący w Polsce kapitalizm mieszały się z młodzieńczym entuzjazmem oraz życiowymi pułapkami.

Polecane książki

Marzysz o stworzeniu własnej gry? Chcesz rozpocząć karierę w branży gier wideo? Zacznij od pierwszego w Polsce podręcznika skierowanego do osób, które chcą poznać tajniki pracy niezależnego studia developerskiego. Poradnik w przystępny sposób opisuje wszystkie etapy prowadzenia projektów indie game,...
  Zanieczyszczenie środowiska, nieprawidłowa dieta czy używki powodują, że w naszych organizmach wciąż odkładają się toksyny. Nawet 90% wszystkich chorób i złego samopoczucia spowodowanych jest zanieczyszczeniem organizmu. Dzięki tej książce z łatwością rozpoznasz czy Twoje ciało wymaga detoksu. Moż...
    We współczesnej Warszawie dochodzi do serii makabrycznych zdarzeń. Pod samochodem wokalistki Niny Goldfarb wybucha bomba. W fabryce wódek podczas strzelaniny ginie dwóch ludzi, a ich ciała znikają z kostnicy. Niewierna żona znajduje w mieszkaniu zmasakrowane zwłoki męża. To nie koniec brutalnych...
Prawo karne jest podręcznikiem akademickim zawierającym kompleksowe opracowanie zagadnień z zakresu obowiązującego prawa karnego materialnego. Jego adresatem są przede wszystkim studenci prawa. Jednakże stanowi on również kompendium wiedzy, z którego mogą korzystać praktycy, np. sędziowie, prokurato...
Obszerny komentarz do rozporządzeń wykonawczych do ustawy Prawo zamówień publicznych wraz z treścią rozporządzeń oraz praktycznymi przykładami ich stosowania w procedurach zamówieniowych. Omówiono w nim zagadnienia: jak interpretować i stosować nowe akty wykonawcze, by uniknąć błędów przy składaniu ...
W książce znalazły się przykłady planowania pracy zarówno dziećmi przedszkolnymi, jak i dziećmi starszymi z poważnymi deficytami rozwoju intelektualnego, które czasem wymagają zupełnie innych metod i warunków pracy. Zamieszczone w książce konspekty i scenariusze mogą służyć za przykład rozwiązań met...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Anna Stryjewska

Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej książki nie może być reprodukowana wjakiejkolwiek formie iwjakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt okładki

Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Redakcja

Mateusz Tutka / wschod-studio.pl

Korekta

Maria Brzyska / wschod-studio.pl

Barbara Kaszubowska

Skład iłamanie

Krzysztof Abramowski / wschod-studio.pl

Zdjęcie na okładce

Dziewczyna: ©satura /fotolia.pl

Wózek: ©olly/ fotolia.pl

Niniejsza powieść to fikcja literacka. Wszelkie podobieństwo do osób izdarzeń rzeczywistych jest wtej książce niezamierzone iprzypadkowe.

Wydanie I, Katowice 2018

Wydawnictwo Szara Godzina s.c.

biuro@szaragodzina.pl

www.szaragodzina.pl

Dystrybucja: DICTUM Sp. zo.o.

ul. Kabaretowa 21, 01-942 Warszawa

tel. 22 663 98 13, fax 22 663 98 12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

© Copyright by Wydawnictwo Szara Godzina, Katowice 2017

ISBN 978-83-65684-95-0

ISBN 978-83-66201-16-3EPUB

ISBN 978-83-66201-17-0MOBI

Błądzisz we mgle, zapominając, że droga za dnia jest zawsze taka sama…

rozdział pierwszyZakochani nocą

Toast

Górniak tlił się jeszcze resztkami życia, budy zamykały się jedna po drugiej, aleje pustoszały. Zpokrytej blachą murowanej hali dochodziły już tylko pojedyncze stłumione głosy. Po wyludnionym parkingu walały się zużyte opakowania jednorazowe, butelki po piwie imusztardówki. Foliowe torebki fruwały wpowietrzu przy każdym podmuchu wiatru. Dzień był pochmurny imroźny, kilkudniowy śnieg poszarzał na dachach okalających rynek kamienic.

Michał Wolski obsługiwał jeszcze klientkę, która od kilku minut nie mogła się zdecydować na zakup spodni.

– Gwarantuję, że będzie pani zadowolona. Te są świetnie skrojone, proszę mi wierzyć, jakby uszyte specjalnie na panią. To ostatnia para, no ale decyzja należy zawsze do klienta.

Chłopak niedawno skończył osiemnaście lat. Niskiego wzrostu, raczej drobnej budowy, nie miał jednak nigdy ztego powodu kompleksów, wręcz przeciwnie. Zawsze się śmiał, że wszyscy wielcy tego świata byli mali. Zaufanie budziły jego orzechowe, szczere iskrzące się wesołymi ognikami oczy. Rozwichrzona brązowa czupryna dodawała mu swobody oraz czaru, który wzawodzie handlowca niewątpliwie się liczył.

– No dobrze, przekonał mnie pan. Jakiś upust będzie?

– Proszę pani, to itak już prawie za pół ceny, nowa dostawa będzie dużo droższa, nie mogę, naprawdę. Szef by mnie udusił! – Wykonał dramatyczny gest, obejmując szyję krótkimi palcami rąk.

– Skoro tak… – żachnęła się zrezygnowana, odliczyła skrupulatnie żądaną sumę, po czym zapakowała spodnie do torby iposzła.

– No wreszcie! – westchnął Michał znietajoną ulgą, przeliczył kasę iumieścił ją wskórzanej saszetce zaczepionej na biodrach pod puchową kurtką.

– Myślę, że na dzisiaj koniec, nikogo już prawie nie ma!

Na dźwięk tych słów odwrócił się za siebie, spojrzał zwyrzutem na kumpla, który jak gdyby nigdy nic pałaszował hot doga.

– Nareszcie! Gdzie byłeś tak długo? Zmarzłem na kość, pakuj to wszystko do samochodu, ja sobie wtym czasie zapalę! – powiedział zirytacją Michał.

– Spoko, luzik! Dla ciebie też mam, nie denerwuj się, stary. – Mówiąc, wyciągnął zza pleców ciepłą jeszcze bułkę zparówką.

– Masz szczęście – mruknął Michał. – Głodny jestem jak wilk!

– Jakbym mógł otobie nie pomyśleć! Spójrz lepiej, co przed chwilą wytargowałem! – Pochylił się nad owiele niższym kumplem iwyciągnął zkieszeni błyszczący przedmiot.

Wprzeciwieństwie do Michała Sebastian był wysoki, wysportowany iubrany zazwyczaj wciuchy zimportu. Tego dnia mimo przejmującego chłodu założył na siebie kurtkę imitującą skórę krokodyla, spodnie wyprodukowane wTurcji oraz błękitny wełniany sweter zdodatkiem kaszmiru. Miał zalotny, powściągliwy uśmiech iniebieskie oczy, wktórych widniała tajemnica. Delikatne rysy twarzy, kręcone blond włosy opadające swobodnie na ramiona, pewność siebie tworzyły wizerunek żurnalowego chłopca.

– Bransoletka? – zdziwił się Michał. – Niezłe cacuszko. Sprawdziłeś, czy to aby na pewno złoto?

– No jasne, za kogo mnie masz? – oburzył się.

– Komu chcesz ją podarować? Może tej słodkiej laluni, zktórą cię ostatnio widziałem? Jak jej było? Mariola?

Sebastian roześmiał się na te słowa.

– Jeszcze się taka nie znalazła! – prychnął. – To dla mamy, jedynej kobiety na świecie, która na nią zasługuje!

– Chyba że tak – skwitował Michał izabrał się bez słowa do pakowania.

Kolega szybko do niego dołączył. Wrzucili towar do samochodu, dwie ogromne kraciaste torby, wktórych poupychane były dżinsowe wyroby. Kupowali je wWarszawie na Skrze. Jeździli tam pośpiesznym zDworca Fabrycznego wczesnym rankiem wkażdą niedzielę.

– To co robimy? Mamy jakiś plan? – spytał Sebastian, spoglądając wyczekująco na kumpla.

– Pożartowaliśmy, ateraz pojedźmy coś zjeść, potem się rozliczymy! – odparł Michał.

– Do Rarytasu, jak zawsze? – upewnił się Seb.

– Tak, później na górze wypijemy herbatę izrobimy tygodniowy bilans.

Zgodnie przybili piątkę.

– Ijak, chłopcy, dzisiaj poszło?

Za ich plecami stała Malowanka. Na rynku handlowała warzywami ibyła jedną ztych znających ten rynek jak własną kieszeń. Jej pseudonim wziął się zostrego makijażu, jakim codziennie szpeciła sobie twarz: zbyt różowe policzki, podkreślone zbyt grubą kreską oczy ipowiększone brązową konturówką usta. Do tego warstwa ciemnego pudru zmieniająca twarz wnieruchomą maskę klauna. Przerysowana, wdodatku ztapirem na głowie, wywoływała swym wyglądem jedynie uśmiech politowania.

– Nieźle, wkońcu do świąt zostało kilka dni, jeśli teraz nie pójdzie, to kiedy? – zapytał Michał.

– Co racja, to racja! – przyznała kobieta, podpierając łokciami okrągłe boki. – Szkoda tylko, że tak zimno! Ale co zrobić, trzeba jakoś na to życie zarabiać!

Pokiwała jeszcze głową, pojęczała, skarżąc się na swój marny los, wytknęła politykom to iowo, cmoknęła kilka razy iposzła.

***

Wsamoobsługowym barze Rarytas było, jak zawsze otej porze, tłoczno igwarno. Zanim chłopaki dobili do końca kolejki, bardzo zgłodnieli, więc obiad złożony zmielonego kotleta, ziemniaków iciepłych buraczków zjedli zogromnym apetytem. Następnie udali się na górę, do restauracji, gdzie zamówili gorącą herbatę zcytryną. Pijąc ją bez pośpiechu, smakując każdy łyk, obserwowali uważnie stoliki.

Zbierał się tu cały najbardziej pokręcony światek zGórnej. Dziwki, alfonsi, cinkciarze, zwykli krętacze ipanienki, które przychodziły tu wnadziei na odmianę losu.

Chłopaki lubili to miejsce, mimo że nie zaliczali się do żadnej zgrup, jednak właśnie tutaj czuli, że świat nie jest zwykły.

Wwejściu do restauracji Michał dostrzegł Łysego – kumpla zrynku – wtowarzystwie skąpo ubranej brunetki.

– Czy to nie jest Mariola? – rzucił nieco zdziwiony. – Myślałem, że ty iona… – Zerknął wstronę kolegi porozumiewawczo, ale ten, nie zwracając na nic uwagi, machnął ramieniem, zapraszając ich do stolika.

– To już dawno skończone! – oświadczył wprzelocie, patrząc zuśmiechem na zbliżającą się parę.

Dziewczyna po krótkim przywitaniu usiadła na wprost Sebastiana, zakładając prowokacyjnie nogę na nogę, miała na nich jedynie niewiele zasłaniającą spódniczkę. Długie po sam pępek wycięcie wbluzce ukazywało jej największy atut: kołyszące się swobodnie dwie dojrzałe jak melony piersi.

Łysy wyciągnął paczkę marlboro iochoczo wszystkich częstował. Jego też znali zbazaru, zresztą tak jak ioni handlował dżinsami. Zdarzało się nawet, że czasem pożyczali sobie nawzajem towar, żyli wpewnej komitywie, choć starali się traktować tę znajomość zdystansem.

– To co, chłopaki, pijemy? Może zamówimy sobie coś na rozgrzanie?

– Nie, nie! – zaprotestował Michał. – Muszę już lecieć! Obiecałem ojcu, że znim dzisiaj pojadę po materiały, ma mieć pacjentów od samego rana. Poza tym jestem samochodem! – Zerwał się natychmiast zmiejsca, jakby bał się presji kolegów.– Aty, Seb? – spytał dla pewności.

– Spoko, dam sobie radę, możesz jechać! Rozliczymy kasę później, nie ma pośpiechu! Najwyżej wpadnę do ciebie wieczorem.

– Dobra! Będę czekał!

***

Rozliczenie za ubiegły miesiąc wypadło nieźle. Mieli dla siebie tyle kasy, ile przeciętny Polak zarabiał wciągu roku. Michał przez chwilę upajał się zapachem drukowanych papierków, przykładając je wprzesadny sposób do nosa, po czym zawijał pieniądze recepturką ichował pod wykładzinę wrogu pokoju.

– Tutaj będą bezpieczne! – rzucił do Sebastiana, który zajęty był oglądaniem najnowszego „świerszczyka”.– Jeszcze trochę, aoślinisz się do pasa! – prychnął Michał.

– Ta jest niezła! Taką chcę mieć! – Kolega zachichotał lubieżnie, patrząc na zdjęcie. – Ach, te oczy! Awidziałeś tę tutaj?

– Daj spokój! Jeszcze ci mało?

Sebastian nie zwracał uwagi na docinki kumpla, tylko kontynuował. Wertował kartki iraz po raz wracał do swoich typów kobiecej urody.

– Halo, jest tu kto? – Michał nie wytrzymał iwyrwał koledze czasopismo. – Chcesz, to ci je pożyczę, ale teraz porozmawiajmy ointeresach! Trzeba jechać po towar! Już czas!

– Dobra, dobra… Kiedy?

– Wniedzielę. Szósta trzydzieści na Fabrycznej?

– Dobra, jedziemy!

– To co teraz robimy? Może Rudzka Góra?

– Maszcoś?

– Ja nie, ale ojca barek jest pełny. Zaczekaj, zaraz coś zorganizuję!

Zdążył wyjść, gdy do pokoju wślizgnęła się jego młodsza siostra Natalia.

– Chcecie się czegoś napić? Może wam coś zrobić? Kawa? Herbata? Woda?

– Nie, zaraz stąd spadamy.

– Szkoda – odparła cicho cieniutkim głosikiem iusiadła na pufie obok.

Była niewysoka, drobna, zburzą blond loków ialabastrową cerą. Na trójkątnej buzi rysowały się pełne usteczka, które złożyły się wzalotny dzióbek.

Sebastian rzucił na nią okiem iniespodziewanie zauważył, że była nawet śliczna. Szkoda tylko, że dziecko jeszcze, pomyślał, awdodatku siostra przyjaciela.

– Do której klasy chodzisz? – zapytał.

– Do drugiej liceum – odparła, trzepocąc kokieteryjnie rzęsami.

Skłamała. Tak naprawdę chodziła do pierwszej klasy, tylko woczach kolegi brata chciała uchodzić za starszą. Wciąż traktowano ją jak smarkulę, aona miała tego dość. Zasługiwała na więcej. Wdodatku Sebastian…

Nie dokończyła myśli, bo jak bomba wpadł Michał, uśmiechając się zzadowoleniem od ucha do ucha. Nawet nie spojrzał na siostrę.

– Mam! Idziemy!

– Co masz? Wódkę? Powiem wszystko tacie!

– Tylko spróbuj! – rzucił brat ostrzegawczo inie zważając na Natalkę, wyciągnął kumpla zpokoju.

***

Kilka minut później siedzieli na szczycie Rudzkiej Góry, skąd roztaczał się wspaniały widok na miasto iokoliczne wsie. Było już ciemno, drgające punkciki świateł tworzyły szklący się, powłóczysty welon upodnóża góry, który robił na chłopakach gigantyczne wrażenie. Nad ich głowami wznosiła się usiana milionem błyszczących kropek granatowa kopuła nieba. Chłonęli ten widok, siedząc we wnętrzu zdezelowanego opla. Towarzyszyła im muzyka zlisty przebojów Trójki.

Butelka była już do połowy opróżniona. Wódkę nalewali wsłoiki po musztardzie, które Michał woził wschowku auta. Wkażdej chwili mogły się przydać. Tak jak teraz.

– Za to, aby świat leżał unaszych stóp! Tak jak dziś! – krzyknął Sebastian, aecho poniosło jego słowa.

– Pięknie jest! – wydarł się Michał.

Wznieśli toast iopróżnili następną kolejkę. Mieli już dobrze wczubie, co dodawało im większego animuszu iwiary we własne słowa.

– Zobaczysz, Michał, świat będzie nasz! Nie możemy być takimi przeciętniakami jak inni! Naszym przeznaczeniem jest bycie bogaczami! Dobre samochody, podróże, knajpy, piękne kobiety! To jest życie, anie takie liczenie od pierwszego do pierwszego! Rzygać mi się chce, jak na to patrzę! Od pierwszego do pierwszego; od soboty do soboty!

– Miteż!

– Więc wypijmy za nasze wspaniałe życie!

– Wypijmy, Seba! Iza naszą przyjaźń do grobowej deski!

– Za przyjaźń!

Dziewczyna z witryny sklepowej

Nie znosił gorączki przedświątecznych zakupów, ciągnących się wnieskończoność kolejek, ścisku, zamieszania izapachu ryb. Śnieg gęsto prószył, aon, idąc kilka kroków za matką, taszczył ciężkie torby zzakupami.

– Jeszcze tylko ryby imięso! – rzuciła przez ramię, gdy dotarli do zaparkowanego na poboczu auta.

Michał wzruszył wodpowiedzi ramionami ize stoickim spokojem ułożył siatki wbagażniku.

– Ojej! Zapomniałabym! Oszesnastej mam umówioną wizytę ufryzjera, zostało nam tylko półtorej godziny! Zaczekasz na mnie, synku?

– Jasne, mamo, pokręcę się wtym czasie po mieście, nie zostawię cię tu przecież samej.

– Ale najpierw skończymy zakupy. Idziesz do rybnego czy do mięsnego?

– Tylko nie do rybnego! – zaprotestował.

– No dobrze! – Zaśmiała się.

Podała mu kartkę zwypisanymi gatunkami wędlin, odliczyła kilka banknotów, asama pobiegła kupić śledzia iwigilijnego karpia. Jakiś czas później Michał siedział wswoim starym, zżartym już miejscami przez rdzę oplu kadetcie, zaciągał się zlubością papierosem isłuchał radia, wktórym od rana nadawano świąteczne przeboje. Dym wypełnił wnętrze pojazdu, agdy chłopakowi zaczęło się dłużyć, postanowił się przejść.

Lubił Pabianice, zwłaszcza wokresie świąt. Miały swój specyficznyklimat. Urocze, senne miasteczko liczące około siedemdziesięciu tysięcy mieszkańców, wktórym niewiele się działo. Nie było tu teatru czy dobrych knajp, ale nie było też smutno. Główny dom handlowy Trzy Korony ozdobiony został girlandą sztucznego świerku poprzetykaną wrównych odstępach gwiazdą betlejemską koloru czerwonego. Gdzieniegdzie paliły się neony, co ze względu na szybko zapadający zmierzch najbardziej podobało się Michałowi. Ludzie śpieszyli się zostatnimi zakupami: niektórzy taszczyli żywe drzewka, jeszcze inni pracowali, czekając zutęsknieniem na wolne. Na parterze Trzech Koron znajdował się sklep spożywczy Supersam. Przechodząc właśnie obok okna wystawowego, Michał dostrzegł wnim dziewczynę, która wbiałym fartuszku zniebieską lamówką poprawiała pieczołowicie dekorację. Zatrzymał się, zapukał wszybę kilka razy, aż dziewczyna odwróciła się iwyprostowała jak na rozkaz. Była średniego wzrostu, szczupłej budowy, miała oliwkową cerę, dumne, wysokie czoło, czarne włosy związane wkoński ogon ibłękitne oczy wciemnej oprawie.

– Ta gwiazdka nieco wprawo! – zawołał.

Omiotła go obojętnym spojrzeniem, po czym przesunęła ją tak, jak sobie tego życzył.

– Księżyc bardziej wgórę!

Tym razem zmroziła go wzrokiem, podniosła wyżej tekturową ozdobę ibez słowa czy zbędnych gestów odwróciła się na pięcie, znikając za parawanem. Michał poczuł się trochę głupio, przez chwilę myślał nawet, że dziewczyna wróci. Pokręcił się więc przez moment wpobliżu, zapalił kolejnego papierosa, wreszcie zrezygnowany udał się do auta.

Świąteczne nastroje

– Jest! Jest! – krzyczała Natalka, stojąc na tarasie domu, wskazując palcem prawej ręki pierwszą gwiazdę na niebie.– Słyszysz, braciszku?! Co ztobą? Obudź się!

– Widzę isłyszę – odparł jakoś smętnie. – Głuchy ani ślepy nie jestem!

– Za to ja jestem głodna ijuż się nie mogę doczekać kolacji! Kapusta zgrochem, pierogi zgrzybami, barszcz czerwony zuszkami… Och, palce lizać! – szczebiotała niemal bez przerwy.

– To wtakim razie idź do kuchni ipomóż mamie, nie jesteś dzieckiem, masz już prawie piętnaście lat!

– Aty, mądralo? Co takiego zrobiłeś, że tak się wymądrzasz? – skoczyła mu do oczu. – Pomogłeś wczymś?

– Anie? Kto był na zakupach zmamą? No? Kto dźwigał torby? Święty Mikołaj?

– Też mi coś! – prychnęła lekceważąco, ulepiła kulkę ze śniegu iwrzuciła ją Michałowi za kołnierz.

– No nie! – krzyknął rozzłoszczony.

Już miał ją dopaść inatrzeć śniegiem, gdy zpokoju dobiegł do nich głos ojca:

– Dzieciaki, chodźcie tutaj, zaraz zaczynamy!

– Michał, zawołaj babcię ipomóż jej zejść do salonu! Natalia, idź po kapustę do kuchni!

Chcąc nie chcąc przestali się przekomarzać irozbiegli do swoich zajęć, atymczasem Katarzyna Wolska wkroczyła do pokoju niczym salonowa lwica. Dumna, elegancka, zkolejnym półmiskiem wigilijnych potraw. Pochyliła się nad mężem iszepnęła mu do ucha:

– Alek, zapal świece!

– Jak cudownie! – podsumowała babcia, którą Michał usadził na honorowym miejscu. Rok temu przekroczyła osiemdziesiątkę. Na tyle też wyglądała. Siwa, zpomarszczoną twarzą, lekko zgarbiona, ale zciepłym, serdecznym uśmiechem.

Stół wyglądał iście po królewsku. Na białym, wykrochmalonym obrusie pyszniły się porcelanowa zastawa isrebrne sztućce używane tylko wwyjątkowych okolicznościach. Na centralnym miejscu stał stroik ze świeżego świerku, przy każdym talerzu leżała zwinięta wrulon elegancka serwetka. Nareszcie wszyscy zasiedli do stołu. Gospodyni odwiązała fartuszek ijuż weleganckiej sukni zzielono-czarnej satyny oraz wnowej, modnie przystrzyżonej fryzurze wkolorze czerwonego wina uśmiechała się promiennie, pokazując, jak przystało na żonę stomatologa, dwa rzędy okazałych zębów.

– Och, opłatek! – szepnęła mężowi do ucha, aż poczuł jej ciepły oddech na swoim policzku. – Alek, rozlej wino!

Aleksander wstał. Był postawny, zlekkim brzuszkiem isiwizną na skroniach. Mimo pięćdziesiątki na karku wciąż przystojny, ujmujący, elokwentny. Przytrzymywał jedną ręką krawat, adrugą pochylony nad stołem napełniał kieliszki winem. Następnie sięgnął po podzielony na kilka części opłatek irozdał go członkom rodziny.

– Wesołych świąt! – zwrócił się do wszystkich. – Obyśmy doczekali następnych wtakim samym składzie!

Posypały się życzenia, potem ze smakiem degustowano poszczególne dania. Nie obyło się bez komplementów pod adresem gospodyni. Reszta wieczora upłynęła wmiłej, rodzinnej atmosferze. Michał nie mógł się już doczekać chwili, kiedy zostaną rozpakowane prezenty. Kupowanie ich sprawiało mu ogromną przyjemność, wkładał wtę czynność tyle serca, ile włożyłby, gdyby kupował coś dla siebie. Dla babci znalazł na rynku wspaniałą, malowaną wkwiaty chustę, adla mamy koronkowy szal. Marzyła otakim od dawna, ale wciąż odkładała zakup na później. Cieszył się, że mógł teraz sprawić jej niespodziankę. Na Natalię czekał pod choinką pakuneczek zawierający utleniającą się pomadkę. To była nowość na rynku przywożona do Polski aż zTurcji. Była zielona, pachnąca, ale po zaaplikowaniu na usta zmieniała kolor na intensywny róż. Wiedział, że tatę ucieszy pasek do spodni. Obecny był już zniszczony. Siedząc tak za stołem, Michał mimochodem pomyślał odziewczynie zwitryny sklepowej. Zastanowił się, jakim prezentem mógłby ją obdarować, gdyby byli razem.

– Michał, to dla ciebie, rozpakuj!

Głos matki wyrwał go ze świata marzeń. Poczuł się jednocześnie głupio zpowodu tych niedorzecznych myśli, nie potrzebował jednak wiele czasu, aby znów wrócić do rzeczywistości.

– Dziękuję! – odparł, rozrywając kolorowy papier. – Piękny sweter! Na pewno będzie dobry, zaraz przymierzę.

Wstał od stołu izarzucił sweter na koszulę. Już czuł się wnim dobrze, jednocześnie słyszał okrzyki Natalii istonowany zachwyt mamy oraz babci. Tak, to był moment, na który zawsze czekał. Uśmiechnął się zzadowoleniem do swoich myśli.

***

Sebastian wymknął się ze swego pokoju, wktórym od dłuższego czasu pakował pieczołowicie prezent dla mamy. Wkorytarzu poczuł cudowne zapachy wigilijnych potraw, jakie rodzicielka co roku przygotowywała dla całej rodziny. Potraw było zawsze dwanaście. Wieczór już zapadł, pierwsza gwiazdka zamigotała na niebie. Ojca jednak jeszcze nie było. Nie dzwonił, nawet nie uprzedził, że się spóźni. Sebastian wszedł do kuchni, gdzie zastał mamę wodświętnym ubraniu, zfartuszkiem przewiązanym wokół bioder. Była kobietą drobną, niewysoką, odelikatnej, zmysłowej urodzie. Wyglądem bardziej przypominała starszą siostrę niż matkę prawie dziewiętnastolatka. Zauważył, że płakała. Oczy miała zaczerwienione irozmazany tusz na policzkach.

– Mamo, co się stało? Gdzie ojciec?

Gdy oto zapytał, zaszlochała bezradnie, po czym odstawiła garnek na płytę iwtuliła się wjego ramiona.

– Nie przyjedzie – odparła głucho. – My go już nie obchodzimy. – Znów załkała, dusząc się własnym oddechem.

Ogarnęła go fala gniewu, tak silna, jak nigdy dotąd.

Gnojek! Kretyn! – krzyczały jego myśli, ale na zewnątrz zachował spokój.

– Nie przejmuj się, mamo, mamy przecież siebie. Niech robi, co chce, kiedyś tego pożałuje!

– Wiem, synku, wiem, ale to tak boli.

– Dajmy sobie ztym spokój! – Po chwili dodał: – Udawajmy, że nic nas to nie obeszło. Zjemy kolację tylko we dwoje, obejrzymy prezenty, apotem opółnocy pójdziemy na pasterkę. Założysz swoje szałowe futro znorek, aż cały Rzgów zzielenieje zzazdrości! Bo przecież nikt nie ma takiej pięknej mamy jak ja, prawda?

Roześmiała się mimo woli.

– Tak, synku, jesteś kochany! Ty wiesz, jak poprawić humor matce! Mówiłam ci już, że cię kocham, że jesteś moim największym skarbem, jaki posiadam?

– Mówiłaś, mamo, ale lubię, jak to powtarzasz.

Sebastian zapalił świece, nastawił płytę zkolędami izasiedli do stołu. Świąteczny nastrój wkradł się niepostrzeżenie, choć czas płynął nieubłaganie powoli. Mimo tego, że było niezręcznie oraz smutno, pierwszy raz wżyciu poczuł się jak prawdziwy mężczyzna. Cieszył się wduchu, że ojciec nie przyjechał.

***

Stary rok dobiegał końca. Wśród gromkich okrzyków, strzelających korków szampana iwybuchów fajerwerków witano nowy.

Dom państwa Wolskich ustrojony był wstążkami, pękami balonów iserpentyną. Na podłodze leżało rozsypane przez gości confetti. Stół zastawiony był zakąskami, chłodnymi napojami, wgłośnikach dudniła muzyka. Młodzież bawiła się wnajlepsze, ale rodzice Michała poczuli się już zmęczeni ipostanowili udać się na wypoczynek.

– Chodź, mama!

Pan Aleksander objął swoją żonę wpół inie robiąc wokół siebie zbędnego zamieszania, niepostrzeżenie opuścili salon.

Michał tymczasem zdjął marynarkę, niedbałym ruchem rzucił na jedno zkrzeseł, po czym pociągnął stojącą między koleżankami Jolkę.

– Zatańczysz? – zapytał, gdy już tkwiła wjego objęciach.

Wodpowiedzi uśmiechnęła się kokieteryjnie, zatrzepotała firanką wytuszowanych rzęs iwtuliła się wniego jeszcze mocniej. Przewyższała go niemal ogłowę. Czarna, krótka sukienka zkoronki opinała jej smukłe ciało iodsłaniała parę długich, nieziemsko zgrabnych nóg. Akurat Lombard grał „Przeżyj to sam”, na parkiecie utworzyło się kilka par, które tkwiły wżelaznym uścisku. Michał iJolka spotykali się od kilku miesięcy, choć poza serią namiętnych pocałunków ijednej szalonej, wspólnie spędzonej nocy nie łączyło ich wiele. Jola być może się wnim durzyła, ale on nie upatrywał wtym związku czegoś trwalszego. Było miło iprzyjemnie. Michał sięgał wargami brody swojej dziewczyny. Chwilami, gdy przechylała głowę, mógł dotykać burzy jej brązowych, pachnących rumiankiem włosów. Jednak co jakiś czas zerkał wstronę tarasu, gdzie górując nad resztą, stał jego przyjaciel Sebastian. Nie był sam, przyszedł wtowarzystwie dziewczyny poznanej tuż przed świętami wdomu handlowym Trzy Korony. Tej samej zresztą, której spojrzeniem Michał zachłysnął się owego zimowego popołudnia. Poczuł wtej chwili nawet dotkliwe ukłucie zazdrości inagle sam się przed sobą zawstydził.

Tymczasem Sebastian pochylał się nad dziewczyną, próbując coś powiedzieć. Chwycił jej rękę, trzymał kurczowo inie odrywając od niej oczu, coś gorączkowo tłumaczył.

– Moniko, posłuchaj, mam klucze do pokoju Michała! Będziemy sami, tylko ty ija. Nikt nawet nie zauważy, kiedy się stąd wymkniemy! Co otym myślisz?

Potrząsnęła głową iuciekła wzrokiem. Patrzyła zmieszana wpodłogę.

– Nie mogę, Sebastian, proszę, nie mogę, zrozum! – jęknęła błagalnie.

– Dlaczego? Nie jesteśmy już dziećmi, kochamy się, oboje tego chcemy.

– Sebastian, nie proś mnie oto, nie mogę, jeszcze nie teraz, nie tutaj! – Tym razem spojrzała mu bezradnie woczy. Na jej twarzy błąkał się wyraz niepewności oraz żalu.

– Skoro nie, to trudno! Naprawdę myślisz, że jesteś jedyna na tym świecie? Chcesz się przekonać?

Jego dotychczasowe czułość iopiekuńczość zamieniły się nagle wobojętność. Rozłożył ręce wzrezygnowanym geście izanim tanecznym krokiem wkręcił się wgrupę kolegów, rzucił jeszcze przez ramię:

– Mam zamiar dziś poszaleć, nie popsujesz mi moich planów, przykro mi, maleńka!

Stała przez chwilę zdezorientowana, szklanym wzrokiem patrzyła, jak porywa do tańca śliczną młodziutką dziewczynę, sporo od niego niższą, jak tulą się do siebie, jak spoglądają sobie woczy. Chyba jeszcze nie wierzyła, chwilę ważyła myśli, zrobiła kilka kroków wprzód, kilka wtył, apotem już zdecydowanie ruszyła wstronę wyjścia.

– Jola, przepraszam cię na moment, ale obowiązki wzywają! – krzyknął Michał do ucha swojej partnerce, wyrwał się zjej mocnego objęcia iprzeciskając przez stłoczony tłumek, ruszył szybko ku Monice. – Nie powinnaś już wychodzić, ito tak bez pożegnania! Impreza się jeszcze nie skończyła!

Na werandzie nie było nikogo, muzyka rozbrzmiewała tu znacznie słabiej. Monika wdziewała właśnie krótkie futerko zkrólika, starała się na niego nie patrzeć, ale mimo to zauważył jej załzawione oczy.

– Muszę już iść, źle się czuję – odparła łamiącym się głosem.

– Jeżeli tak, to chociaż cię odprowadzę.

– Nie trzeba!

– Co to, to nie! – Michał wymownie skrzyżował dłonie, po czym nie pytając onic więcej, odnalazł wstercie ubrań swoją kurtkę.

Szli jakiś czas wmilczeniu, śnieg skrzypiał pod ich butami, noc była jasna, aniebo zasypane gwiazdami. Zoświetlonych okien dolatywały dźwięki zabawy, czasem odezwał się jeszcze spóźniony, pojedynczy wystrzał fajerwerku. Psy też nie spały, ich szczekanie słychać było raz ciszej, raz głośniej, ale za każdym razem odpływało głuchym echem wprzestrzeń.

– Piękna noc! – przerwał milczenie. – Szkoda jej na smutek iłzy.

– Aco ty możesz wiedzieć?! – burknęła. – Niepotrzebnie się zresztą fatygujesz, trafię sama do domu!

– Nie wątpię – odparł cicho. – Mogłabyś być jednak milsza.

Monika nie odpowiedziała, parła do przodu, coraz bardziej przyśpieszając kroku.

***

Tymczasem Sebastian bawił się wnajlepsze, rozochocony sporą dawką alkoholu tulił do piersi Natalkę. Wmiarę jak upływał czas, nabierali do siebie coraz większej śmiałości. Dziewczyna marzyła otym już od dawna, od pierwszego razu, gdy tylko go zobaczyła. Było to jakieś dwa lata wcześniej, wpewien mroźny marcowy wieczór. Wówczas to brat zaprosił kolegę do siebie na karty. Właśnie wtedy odkryła wsobie całkiem nowe, zaskakujące uczucie: jakieś mrowienie wżołądku, ataki gorąca iwewnętrzną, niekończącą się tęsknotę.

Miała wówczas trzynaście lat, aSebastian pomimo jej starań nie zwracał na nią uwagi. Aż do dzisiaj, gdy wreszcie czuła go wswych ramionach ibyło to tak niesamowite doznanie, że traciła zmysły. Chciała, żeby ta chwila trwała wiecznie, igotowa była zrobić wszystko, aby tylko znią został.

Sebastian jednak nie myślał wten sposób. Dla niego to jedynie dobra zabawa ikolejnaśliczna dziewczyna, która się do niego kleiła. Ważna była tylko doza przyjemności irozkoszy.

Zaraz potem, tuląc się do siebie, chwiejąc wrytm muzyki, przenieśli się na taras. Tam byli wreszcie sami, nie przeszkadzał im nawet przejmujący chłód wnikający pod skąpe ubrania tysiącami kłujących igiełek. Przylgnęli do siebie jakby za sprawą dwóch magnesów. Sebastian napierał na dziewczynę, aż drewniana balustrada wżynała jej się wplecy, inachylając się nad nią, prawie klęcząc, całował ją coraz gwałtowniej. Oddała się tym pieszczotom ztakim samym zaangażowaniem, pragnąc jeszcze więcej iwięcej.

– Robiłaś to już kiedyś? – wyszeptał, dławiąc się oddechem między jednym pocałunkiem adrugim.

– Nie, nigdy! – jęknęła nieprzytomnie. – Ale bardzo tego chcę, bardzo, Seb!

– Mam klucze do pokoju Michała – wymknęło mu się bezsensownie.

– Nie! Tylko nie tam! – zaoponowała od razu Natalia. – Mam lepszy pomysł.

Dotknęła jego warg koniuszkami palców, po czym ruszyła wznanym jej dobrze kierunku.

Musieli wrócić do salonu, wdodatku jakoś niezauważalnie. Objęli się więc iznów zaczęli kołysać wrytm muzyki Rezerwatu. Sebastian dostrzegł wypieki na jej twarzy, mgliste spojrzenie, atakże wilgotne wargi gotowe do dalszych pieszczot. Nawet przez chwilę nie myślał oMonice. Nawet przez moment nie próbował odszukać jej wzrokiem. Przesuwali się wstronę korytarza, wreszcie znów znaleźli się na wolnej przestrzeni, gdzie Sebastian puścił Natalkę przodem iszedł za nią krok wkrok. Minęli kuchnię, sypialnię rodziców, pokój Michała ispiżarnię, aż natknęli się na schody, którymi wspięli się na górę po omacku, nie zapalając światła. Skrzypnęły cicho drzwi, stuknęły, zatrzaskując się za ich plecami, zaskoczyła ich kompletna ciemność, jedynie przez maleńkie okienko wdachu spoglądał na nich blady sierp księżyca.

– Ico? – spytała wyczekująco. – Podoba ci się?

– Nikt nas tu nie znajdzie? – Zaniepokoił się na chwilę.

– Nie sądzę, przekręciłam klucz wzamku. Nie mów, że się boisz?

– Ja? Ależ skąd! Tak tylko pytam!

Powoli ich wzrok przyzwyczajał się do mroku, zktórego wmiarę upływu czasu zaczęły się wyłaniać poszczególne przedmioty. Stare meble, obrazy, skrzynie, zwisające zdachu ubrania iszukające się nawzajem rozpalone, niecierpliwe ciała. Dziwny odór unosił się wpowietrzu: starości, kurzu, naftaliny, spróchniałego drewna. Mieszał się zzapachem ich odsłanianej po kawałku skóry.

– Nat? Jesteś taka piękna!

– Tylko twoja, Seb! Na zawsze!

***

– Dalej pójdę sama! Tutaj niedaleko mieszka moja babcia – oświadczyła Monika izatrzymała się nagle obok drewnianego domu zpołamanym miejscami płotem. Znajdowali się akurat wsamym środku kręgu światła, które spływało zulicznej latarni. Dookoła prószył śnieg, spadające płatki migotały urokliwie.

– Jak chcesz – zgodził się Michał.

Stała teraz na wprost. Mógł po raz pierwszy przyjrzeć się jej dokładniej. Wszystko, co wniej właśnie odkrywał, zdawało mu się takie piękne, wręcz doskonałe. Wielkie błękitne oczy owyrazie zbłąkanej sarny, otoczone lasem naturalnie grubych, ciemnych rzęs, dwa łuki brwi wygięte łagodną, kształtną linią, wydatne malinowe wargi, zgrabny nos, zktórego wydobywał się biały obłok wydychanego powietrza.

– Przykro mi zpowodu Sebastiana. To mój kumpel, awzasadzie przyjaciel, ale naprawdę czasami go nie rozumiem – wyrzucił zsiebie szczerze.

– Niepotrzebnie – odparła obojętnie, zwyczuwalną goryczą wgłosie. Potem włożyła ręce do kieszeni, opuściła głowę ichwilę nad czymś intensywnie myślała. – Nie będziesz mi miał za złe, jeśli ocoś zapytam?

– Ależ skąd, wal śmiało!

– Ty na pewno będziesz wiedział, kim była ta blondyneczka, zktórą tańczył, gdy wychodziłam.

Roześmiał się wodpowiedzi.

– Nie jesteś chyba zazdrosna oNatalkę? To jeszcze dzieciak!

– Ja zazdrosna? – zaprzeczyła buńczucznie. – Byłam tylko ciekawa, to wszystko! Odniosłam wrażenie, jakby się bardzo dobrze znali.

– Nic dziwnego! – odparł rozbawiony. – To moja siostra.

Monika jakby odetchnęła zulgą, uśmiechnęła się nawet, gdy podawał jej rękę na pożegnanie. Potem nieoczekiwanie cmoknęła go wpoliczek.

– Dzięki! – rzuciła wpośpiechu, zrywając się zmiejsca jak nagły powiew wiatru.

– Nie ma sprawy, polecam się na przyszłość! – zawołał do jej pleców, gdy pobiegła przed siebie. Jej sylwetka zkażdą chwilą bardziej mieszała się zciemnością. Czekał, aż całkowicie zniknie mu zoczu, dopiero wtedy zawrócił do domu.

Kretyn! – jęknął wmyślach. Co za kretyn ztego Sebastiana.

Niebezpieczna gra

– Michał! Zaczekaj na mnie!

Chłopak odwrócił się izobaczył za plecami Sebastiana zeskakującego po stopniach schodów budynku szkolnego.

– Myślałem już, że zostajesz. Zagadałeś się ztą nową panią od angielskiego. Czyżby chodziło ododatkowe lekcje? – rzucił zlekką kpiną wgłosie.

– Wpewnym sensie masz rację, stary, można to tak nazwać, wkońcu to też edukacja! – Roześmiał się lubieżnie.

Michał zadarł do góry głowę, by spojrzeć koledze woczy.

– Tylko nie mów, że… Wiesz przecież, że to niedozwolony układ!

– Wiem, ico ztego? Takie małe ryzyko dodaje większej pikanterii. Poza tym widziałeś jej piersi? Już się znią umówiłem! – szepnął koledze do ucha. – Igwarantuję, że nie będzie to wcale dodatkowa lekcja angielskiego!

– Mówię ci, kiedyś się doigrasz – skwitował Michał na pozór spokojnie, ale wśrodku znów coś go zakłuło.

Nie dlatego, że był zazdrosny onową panią od angielskiego. Myślał ocałej tej otoczce, która sprawiała, że Sebastian przewyższał go wkażdym calu. Nie chodziło też opiętnaście centymetrów wzrostu, tylko ocałą resztę. Kumpel traktował kobiety instrumentalnie, ale one itak lgnęły do niego jak muchy do lepu.

– AMonika? – rzucił jakby od niechcenia, choć wśrodku odczuwał ogromne napięcie.

Zapanowała długa, niezręczna cisza. Michał już zaczął żałować, że wtrąca się wnie swoje sprawy.

– To dobra dziewczyna – odparł po namyśle kolega. – Ale jak dla mnie zbyt zasadnicza, spokojna. Myślę nawet, że ona zasługuje na kogoś lepszego niż ja. Jak będę miał zamiar się żenić, może się po nią zgłoszę!

– Wtedy może już być za późno! – zauważył kwaśno Michał.

– Trudno. Tego kwiatu jest pół światu! Podrzucisz mnie do domu? Mama pewnie czeka na mnie zobiadem.

– Jasne! – zgodził się Michał ochoczo, już wyraźnie zadowolony.

Kilka minut później wyrzucił kolegę pod bramą, asam zgłową pełną świeżych pomysłów imuzyką dudniącą wgłośnikach wrócił do domu.

***

Sebastian zatrzasnął za sobą drzwi, głośnym krokiem przemierzył korytarz iznalazłszy się wswoim pokoju, zrzucił zpleców torbę oraz kurtkę.

– Mamo, chyba coś się przypala!

Pobiegł do kuchni, ale nie zastał tam nikogo. Na płonącym palniku stał garnek zgotującymi się ziemniakami. Podniósł pokrywkę, syknął, cofnął rękę pod strumień zimnej wody. Zakręcił kurek gazu.

– Mamo, gdzie jesteś?!

Odpowiedziała mu cisza. Wsypialni rodziców nie było nikogo, jak też wsalonie, na tarasie iwpiwnicy. Została mu jeszcze pracownia, ale otej porze mama zwykle bywała wdomu.

Nawet gdyby coś jej wypadło, nie zostawiłaby gotującego się obiadu. Zaczął się już niepokoić. Dopiero gdy wrócił na górę, przyszła mu na myśl łazienka. Zatrzymał się pod drzwiami, skąd wydobywał się miarowy plusk cieknącej zkranu wody.

– Mamo, kąpiesz się?

Znów odpowiedziała mu cisza, zapukał raz, potem drugi, wreszcie nacisnął klamkę. Drzwi były zamknięte od środka.

– Mamo, błagam, odezwijsię!

Wtej samej chwili różne straszne scenariusze zaczęły mu się cisnąć do głowy, więc nie zastanawiając się dłużej, postanowił wyważyć drzwi. Nie było to łatwe, ale kiedyś już to robił zojcem, gdy mamie zaciął się od środka zamek. Wiedział więc, jak działać. Po kilku minutach walki wdarł się do łazienki ioniemiał.

Pierwsze spojrzenie przybiło go do podłogi, nogi odmówiły mu posłuszeństwa, umysł zaś spowolniał, stępiał. Mama leżała wwannie do połowy wypełnionej czerwoną od krwi wodą.

Powieki miała na wpół uchylone, ablada, papierowa twarz robiła wrażenie martwej. Zaraz też zauważył otwartą ranę na przegubie ręki, zktórej pulsacyjnie tryskała krew. Nie wiedzieć czemu, dopadł matki izaczął ją bić po twarzy.

– Synku, za co? – jęknęła cicho, ajej głowa bezwładnie opadła na piersi. Instynktownie szukał czegoś, co mogłoby zatamować upływ krwi, wreszcie znalazł pasek od szlafroka, obwiązał nim rękę, wyciągnął matkę zwanny, wytarł iprzeniósł do pokoju na łóżko. Wezwał pogotowie. Dopiero teraz odkrył buzujący wnim gniew.

– Mamo, dlaczego to zrobiłaś? Dlaczego ciągle myślisz tylko oojcu? Mówiłaś przecież, że jestem najważniejszym mężczyzną wtwoim życiu, twoim synkiem, twoim największym skarbem! Jak mogłaś mnie tak oszukać?

Próbowała coś powiedzieć, ale tylko ścisnęła mu rękę, ito tak, że ledwie poczuł, odwróciła woskową twarz wstronę okna iznieruchomiała.

– Mamo, błagam cię, nie opuszczaj mnie teraz, tak bardzo cię potrzebuję! – Łzy trysnęły mu zoczu, przytulił się do