Strona główna » Obyczajowe i romanse » Muleum

Muleum

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7453-169-6

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Muleum

Czy pragnienie śmierci może być początkiem nowego życia?

Julie traci najbliższą rodzinę w katastrofie lotniczej. Jest młoda, piękna, zdolna i bardzo bogata. I dobrze wie, co powinna zrobić: zabić się w niebanalny sposób. Psychoterapeuta każe jej prowadzić pamiętnik, notuje więc rozmaite plany samobójcze, a przy okazji odreagowuje traumę, rozlicza się z rodzicami, własnym dzieciństwem i z najbliższym otoczeniem – przyjaciółką koniarą, niezrównoważonym terapeutą i zakochanym w niej kafelkarzem z Gdańska. Gdy w poszukiwaniu nowych możliwości autodestrukcji opuszcza rodzinne Oslo, zabiera czytelnika w szaloną podróż po najbardziej egzotycznych zakątkach świata.

Polecane książki

Wypracowania Jan Kochanowski - utwory wybraneOpisy wypracowań:Charaktery„Psałterz Dawidów” analiza i interpretacja. Poniższe wypracowanie zawiera omówienie wartości i treści „Psałterzów Dawidowych” Jana Kochanowskiego. Należy zaznaczyć, że poeta dokonał p...
Zbiór zawiera angielskie tłumaczenie Kodeksu postępowania cywilnego. Wydanie dwujęzyczne: polsko – angielskie.Seria wydawanych w układzie synoptycznym tłumaczeń polskich ustaw na język angielski charakteryzuje się: poprawnością i płynnością przekładu, wysokim poziomem merytorycznym, wielokrotnym wer...
Pamiątkowe wydanie na 500-lecie Reformacji czterech ówczesnych polskich tłumaczeń psalmów powstało w Łodzi. Chcieliśmy, by przybrało formę tetrapli, to znaczy, że na jednej stronicy wydrukowane są cztery wersje psalmów: parafrazy poetyckiej Jana Kochanowskiego (1579) i trzech tłumaczeń: Biblii brzes...
Czy znalazłeś się kiedyś w tak ohydnym położeniu, że musiałeś sprzedać duszę, aby wyjść z szamba? Powieść „Odblask” jest zapisem wychodzenia bohatera z problemów psychicznych oraz uzależnienia od narkotyków. Z. przeżył wiele złego, walcząc z samym sobą i otaczającym go światem. Zobacz, jak do tego...
Helena, matka Konstantyna, wyrusza do Judei jako zwykła pątniczka. Drogę pokonuje pieszo, bez honorów i eskorty wojska. Towarzyszą jej jedynie zrozpaczony żołnierz, okaleczony biskup, służka i kilku strażników. Co czeka ich w Ziemi Świętej?...
 Dla dwojga nieznajomych w mrokach II wojny światowej największym ryzykiem staje się zaufanie. Grudzień 1943 r. Przed dojściem Hitlera do władzy letni domek Gerberów był pełen śmiechu. Teraz, gdy Schwarzwald pokrywają grube zaspyśniegu, niemiecka dysydentkaFranka Gerber została sama i z...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Loe Erlend

Roz­bi­je­my się.

Ko­cha­my cię.

Rób, co chcesz.

Tata.

ese­mes wy­sła­ny z prze­strze­ni po­wietrz­nej nad Afry­ką Cen­tral­ną w kwiet­niu 2005 roku

15 grud­nia 2005

Pi­sa­nie pa­mięt­ni­ka nie jest w moim sty­lu, ale wszy­scy mó­wią, że po­win­nam to ro­bić, a poza tym zno­wu nie mogę za­snąć, leżę i czu­ję, że wła­śnie w tej chwi­li je­stem wy­star­cza­ją­co zła albo wy­star­cza­ją­co smut­na, albo sama nie wiem jaka, żeby ro­bić coś tak dzi­wacz­ne­go jak pi­sa­nie pa­mięt­ni­ka. Fa­cet z bro­dą z kli­ni­ki w cen­trum mia­sta, któ­ry pra­wie od pół roku ma­ru­dzi, że mu­szę zmie­rzyć się z wła­snym cier­pie­niem i ta­kie tam, na pew­no bę­dzie za­do­wo­lo­ny.

Mam cho­ler­nie dość lu­dzi, któ­rzy chcą mo­je­go do­bra. Tego, że wszy­scy mi współ­czu­ją. Lu­dzie nie zna­ją gra­nic. Wszy­scy pa­trzą na mnie tak, jak­by mó­wi­li „bied­na mała”. Co­raz bar­dziej tego nie­na­wi­dzę. Mogę zgo­dzić się z tym, że jest im mnie żal, ale na­wet je­śli, to nie po­win­ni się wtrą­cać w moje pry­wat­ne spra­wy. Ca­ły­mi dnia­mi ro­bię za bied­ną małą i po­wo­li do­sta­ję od tego świ­ra. Jak­by inni nie prze­ży­wa­li smut­nych ani trud­nych chwil. Jak­bym była je­dy­ną oso­bą na ca­łym świe­cie, któ­ra stra­ci­ła ro­dzi­nę.

Pani Mey­er za­wsze była suką, ale po tym jak zo­sta­łam sama, przez cały czas do mnie szcze­bio­cze i w kół­ko po­wta­rza, że to nic, że nie od­ro­bi­łam lek­cji. Już chy­ba wo­la­ła­bym, żeby nadal była suką, ale nie mogę po­wie­dzieć tego na głos, a Con­stan­ce, bie­dacz­ka, nie wie, jak mnie trak­to­wać. Dzi­siaj do­szło na­wet do tego, że mu­sia­łam ją pro­sić, żeby wsa­dzi­ła so­bie te swo­je ko­nie w ty­łek. Wra­ca­ły­śmy me­trem z KG1 i kie­dy zbli­ża­ły­śmy się do Bes­se­rud, wzię­ła mnie za ręce i pra­wie za­czę­ła bła­gać, że­bym wy­bra­ła się z nią do Sør­ke­da­len na ko­nie. Od mie­się­cy mę­czy mnie, że­bym po­je­cha­ła z nią na ko­nie, bo po­dob­no jaz­da kon­na jest do­bra na wszyst­ko, tak twier­dzi Con­stan­ce. Wy­glą­da na to, że jak tyl­ko wsią­dę na ko­nia, to prze­sta­nie się li­czyć, ilu człon­ków ro­dzi­ny stra­ci­łam w wy­pad­ku i jak do tego do­szło, bo koń swo­im cie­płym, sil­nym cia­łem wy­le­czy mnie ze wszyst­kie­go i przy­wró­ci do ży­cia, więc za­py­ta­łam ją, czy zda­rza się, że ko­nie prze­cho­dzą po lo­dzie przez Bog­sta­dvan­net i idą na dno z jeźdź­cem i ca­łym ekwi­pun­kiem, ale Con­stan­ce od­po­wie­dzia­ła, że to się nig­dy nie zda­rza, więc stwier­dzi­łam, że nie mam siły na ko­nie, a wte­dy ona spoj­rza­ła na mnie ocza­mi ran­nej ga­ze­li, jak­by było jej mnie okrop­nie żal, więc ja też spoj­rza­łam na nią ocza­mi ran­nej ga­ze­li i było nam sie­bie na­wza­jem okrop­nie żal, do­pó­ki Con­stan­ce nie zro­zu­mia­ła, że się z niej na­bi­jam, a kie­dy wy­sia­da­ła z ko­lej­ki, za­wo­ła­łam za nią, że może wsa­dzić so­bie te ko­nie tam, gdzie słoń­ce nie do­cho­dzi. A po­nie­waż wczo­raj nie mia­łam sił iść do szko­ły, Con­stan­ce na pew­no my­śli, że je­ste­śmy po­kłó­co­ne i w ogó­le, a ja czu­ję, że wca­le mnie to nie mar­twi. Zga­dzam się jed­nak, że to dość przy­kre. To, że wca­le mnie to nie mar­twi.

17 grud­nia

Zno­wu pi­szę. Nie wiem dla­cze­go, ale to prze­cież nie ma zna­cze­nia. Za­uwa­ży­łam, że na­gle prze­sta­ło mnie in­te­re­so­wać, dla­cze­go coś się dzie­je. Po pro­stu stwier­dzam fak­ty. Sa­mo­lo­ty spa­da­ją. Wszyst­ko jed­no dla­cze­go. Ale pi­sa­nie przy­no­si mi dziw­ną ulgę, cho­ciaż trud­no mi przy­znać ra­cję bro­da­te­mu psy­cho­ge­iro­wi. Wy­da­je mu się, że jest cho­ler­nym sze­fem i wie wszyst­ko na te­mat tego, ja­kie my­śli przy­cho­dzą do gło­wy lu­dziom z de­pre­sją i jak moż­na im po­móc wró­cić do, jak mówi, w mia­rę nor­mal­ne­go ży­cia. Dwa ty­go­dnie temu za­da­łam mu py­ta­nie, czy kie­dy­kol­wiek zda­rzy­ło mu się stra­cić ro­dzi­nę w ka­ta­stro­fie lot­ni­czej, a kie­dy od­po­wie­dział, że nie, spy­ta­łam go, skąd w ta­kim ra­zie może wie­dzieć, jak się czu­ję, a on na to, że ma spo­re do­świad­cze­nie, a poza tym uczył się w róż­nych szko­łach i uni­wer­sy­te­tach, i to nie tyl­ko w Nor­we­gii, ale i za gra­ni­cą, i roz­ma­wiał z dzie­siąt­ka­mi lu­dzi, któ­rzy zna­leź­li się w ta­kiej sa­mej sy­tu­acji jak ja. Po­pro­si­łam go, żeby po­szedł do dia­bła, a wte­dy on uśmiech­nął się z po­bła­ża­niem i mimo wszyst­ko wy­dał mi się sym­pa­tycz­ny, i to jest chy­ba wła­śnie naj­gor­sze. On sam nig­dy tego nie mówi, ale za każ­dym ra­zem, kie­dy tam je­stem, daje mi do zro­zu­mie­nia, że to on ma ra­cję i że wszyst­kie­mu win­na jest moja po­sta­wa. Tego jesz­cze bra­ko­wa­ło! Je­stem cie­ka­wa, ilu lu­dzi umie czer­pać ra­dość z ży­cia kil­ka mie­się­cy po tym, jak ich ro­dzi­na roz­bi­ła się nad Afry­ką. Poza tym nie­dłu­go jest, kur­wa, Boże Na­ro­dze­nie. Moje pierw­sze sa­mot­ne Boże Na­ro­dze­nie w tym prze­ra­ża­ją­co ogrom­nym, pu­stym domu. Do­sta­łam co naj­mniej pięt­na­ście za­pro­szeń na świę­ta od cio­tek, wuj­ków i przy­ja­ciół mamy i taty, i od ro­dzi­ców mo­ich ko­le­ża­nek, ale okła­mu­ję ich wszyst­kich, że po­sta­no­wi­łam spę­dzić świę­ta z Con­stan­ce i jej ro­dzi­ca­mi. A im z ko­lei po­wie­dzia­łam, że przy­ję­łam za­pro­sze­nie od Tron­da i Bit­ten. To do­brze, mó­wią. Bo naj­waż­niej­sze, że­bym nie była sama. Ja­sne! Ty­sią­ce lu­dzi spę­dza świę­ta w sa­mot­no­ści. I po co mi to całe Boże Na­ro­dze­nie? I tak nie za­mie­rzam do­żyć póź­nej sta­ro­ści. Nie mó­wię, że już coś po­sta­no­wi­łam. Jesz­cze zo­ba­czy­my.

20 grud­nia

Kie­dy przed chwi­lą sie­dzia­łam przy oknie pa­no­ra­micz­nym, przy­po­mnia­łam so­bie roz­mo­wę taty z To­mem, któ­rą pod­słu­cha­łam, le­żąc na ka­na­pie i uda­jąc, że śpię. W tym cza­sie Tom cho­dził z Ce­ra­micz­ną Re­na­te, grał w ze­spo­le i chciał zo­stać pi­sa­rzem albo ar­ty­stą, albo jesz­cze kimś in­nym. Chciał na­wet rzu­cić szko­łę. Wte­dy tata prze­pro­wa­dził z nim po­waż­ną roz­mo­wę. Pa­mię­tam, że le­ża­łam i uśmie­cha­łam się do sie­bie. I by­łam w stu pro­cen­tach po stro­nie taty. Cała ja. Tata był zu­peł­nie spo­koj­ny. Po­wie­dział tyl­ko, że tacy jak my zaj­mu­ją się waż­niej­szy­mi spra­wa­mi niż gra­nie mu­zy­ki, wy­głu­py i uda­wa­nie, jak to nie­któ­rzy na­zy­wa­ją, kre­atyw­nych. Więk­szość z tych, któ­rzy okre­śla­ją sie­bie jako oso­by kre­atyw­ne, po­wie­dział, nie ma z kre­atyw­no­ścią ab­so­lut­nie nic wspól­ne­go. Oni tyl­ko uży­wa­ją ta­kich sa­mych atry­bu­tów jak ci, któ­rzy na­praw­dę są kre­atyw­ni, i wy­my­śla­ją ja­kieś gów­no, któ­re ni­ko­go nie in­te­re­su­je. Nie ma nic prost­sze­go od po­zo­wa­nia na oso­bę twór­czą i ory­gi­nal­ną, po­wie­dział. Tym­cza­sem ci, któ­rzy rze­czy­wi­ście mają no­wa­tor­skie po­my­sły, po pro­stu je re­ali­zu­ją. Nie ro­bią z tego sen­sa­cji. Po­tem po­wie­dział, że je­śli Tom rzu­ci KG, to on za­krę­ci ku­rek z pie­niędz­mi i Tom bę­dzie mu­siał ra­dzić so­bie sam. Je­śli jed­nak skoń­czy li­ceum i stu­dia praw­ni­cze i w dal­szym cią­gu bę­dzie chciał pi­sać albo le­pić fi­gur­ki z gli­ny, albo cho­le­ra wie co jesz­cze, to pro­szę bar­dzo, jego spra­wa – wte­dy tata nie bę­dzie się sprze­ci­wiał. Pa­mię­tam, że w cią­gu kil­ku mi­nut Tom zro­bił się bla­dy jak ścia­na. Tata wska­zał na mia­sto i po­wie­dział, żeby Tom zo­sta­wił pi­sa­nie i inne bzde­ty tym, któ­rzy miesz­ka­ją tam na dole. My, któ­rzy miesz­ka­my na gó­rze, po­wie­dział tata, nie ba­wi­my się w pi­sa­rzy, my dba­my o to, żeby koła się krę­ci­ły, my two­rzy­my świat war­to­ści, a poza tym uwa­żam, że Re­na­te do cie­bie nie pa­su­je, ona jest zbyt dzi­ka, zbyt sza­lo­na, czy wy­ra­żam się ja­sno? Ro­zu­miesz, co mam na my­śli? Tom ro­zu­miał.

Ukoń­czył stu­dia trzy mie­sią­ce przed wy­pad­kiem. A te­raz ja za­bra­łam się za pi­sa­nie, tato. Cho­ciaż mó­wi­łeś, że tacy jak my nie pi­szą. Po­my­li­łeś się. To, że pi­szę te sło­wa, do­wo­dzi, że nie mia­łeś ra­cji. I to two­ja wina, że pi­szę. Two­ja pie­przo­na wina.

21 grud­nia

Con­stan­ce wie­rzy, jak­że­by in­a­czej, że dzi­siaj słoń­ce się ob­ró­ci. Pró­bo­wa­łam jej wy­ja­śnić, że słoń­ce wca­le się nie ob­ra­ca, tyl­ko od dzi­siaj, od go­dzi­ny 19.35, bę­dzie po­ja­wiać się co­raz wy­żej na nie­bie. Słoń­ce wca­le tego nie za­uwa­ży, tłu­ma­czy­łam. Ale my to od­czu­je­my. W syl­we­stra dzień w Oslo bę­dzie dłuż­szy o sześć mi­nut. Ale słoń­ce ni­cze­go nie za­uwa­ży i nig­dy, ani razu w ca­łym swo­im ży­ciu słoń­ce się nie ob­ra­ca­ło. Con­stan­ce nie zno­si, kie­dy się ją po­pra­wia, i dla­te­go zde­ner­wo­wa­ła się i po­le­cia­ła do Sør­ke­da­len, żeby po­jeź­dzić kon­no. A ja nie po­ja­wi­łam się na im­pre­zie na cześć słoń­ca, któ­rą urzą­dza­ła dziś wie­czo­rem. Prę­dzej pie­kło za­mar­z­nie, niż za­cznę świę­to­wać to, że dni sta­ją się dłuż­sze. Chcia­ła­bym, żeby dni były tak krót­kie jak to tyl­ko moż­li­we. Ta­kie, że le­d­wo wsta­nę, a już mu­szę kłaść się z po­wro­tem do łóż­ka. To by­ło­by ide­al­ne roz­wią­za­nie. Con­stan­ce rze­czy­wi­ście ma pro­ble­my. Ona nie ma o ni­czym po­ję­cia. Nig­dy nie wie, w któ­rą stro­nę prze­su­nąć wska­zów­ki ze­ga­ra, gdy prze­cho­dzi­my na czas let­ni. W dniu, w któ­rym zro­zu­mie, że nie za­ro­bi na ży­cie, opie­ku­jąc się koń­mi, prze­ży­je za­ła­ma­nie ner­wo­we.

Pró­bo­wa­łam na­mó­wić Krzysz­to­fa, żeby nie wra­cał na świę­ta do Pol­ski. Po­wie­dzia­łam mu, że czu­ła­bym się nie­swo­jo, gdy­bym zo­sta­ła sama w domu. Ale on się uparł. Do­brze mu za­pła­ci­łam, żeby mieć pew­ność, że wró­ci. Tata na pew­no po­stą­pił­by tak samo. Krzysz­tof od­wa­lił ka­wał do­brej ro­bo­ty. Dru­gi ba­sen już nie­dłu­go bę­dzie go­to­wy. Po­le­ci­łam Krzysz­to­fo­wi, żeby go do­koń­czył zgod­nie z ży­cze­niem taty. Małe ciem­no­nie­bie­skie ka­fel­ki w kształ­cie ośmio­ką­ta, ta­kie same jak w ba­se­nie na­le­żą­cym do pew­ne­go ho­te­lu w Ber­li­nie, w któ­rym miesz­ka­li­śmy w cza­sie świąt wiel­ka­noc­nych w ze­szłym roku. Ka­fel­ki, któ­re ma­mie ra­czej nie przy­pa­dły­by do gu­stu. Mama mia­ła za­wsze zde­cy­do­wa­ne po­glą­dy na te spra­wy. Ale te­raz li­czy się moje zda­nie. Krzysz­tof to skarb. Pra­cu­je za psie pie­nią­dze i miesz­ka w naj­mniej­szym po­ko­ju w ca­łym domu. I wszyst­ko, cze­go mu po­trze­ba, to koc i po­piel­nicz­ka. Nie ro­zu­miem, dla­cze­go pol­ska go­spo­dar­ka nie ra­dzi so­bie le­piej na tle in­nych państw. Może dla­te­go, że Po­la­cy cały czas się mo­dlą? Krzysz­tof też to robi. Nie mam po­ję­cia, o co tak się mo­dli. I wca­le nie chcę wie­dzieć. Kie­dy umarł pa­pież, Krzysz­tof nie po­ło­żył ani jed­ne­go ka­fel­ka. Cho­ciaż wcze­śniej i póź­niej uło­żył ich całe mnó­stwo. Tyl­ko po co ja to wła­ści­wie pi­szę?

24 grud­nia

Okrop­ne za­mie­sza­nie. Nie ma ni­ko­go, ani w ro­dzi­nie mamy, ani taty, kto nie przy­szedł­by z pre­zen­tem. Wszy­scy chcą mnie po­cie­szyć. I nikt się nie dzi­wi, że w ca­łym domu nie ma ani jed­nej ozdo­by świą­tecz­nej. Strasz­nie mi współ­czu­ją i są przy­gnę­bie­ni. I mają po­wód, nie prze­czę. Bo co oni so­bie my­śle­li?

Kie­dy wy­szła ostat­nia oso­ba, wzię­łam ja­gu­ara, tak, tato, do­brze sły­sza­łeś, bo prze­cież on jest te­raz mój, no nie? Te­raz wszyst­ko jest moje, chy­ba nie za­prze­czysz? No więc wzię­łam ja­gu­ara, za­pa­ko­wa­łam wszyst­kie pre­zen­ty, któ­re do­sta­łam, i po­je­cha­łam do Miej­skie­go Domu Kul­tu­ry na Al­ter­na­tyw­ne Boże Na­ro­dze­nie, bo w po­po­łu­dnio­wym wy­da­niu „Aften­po­sten” prze­czy­ta­łam, że po­trzeb­ne im są pre­zen­ty. Ści­śle rzecz bio­rąc, nie mam jesz­cze pra­wa jaz­dy, ale prze­my­śla­łam spra­wę na chłod­no i do­szłam do wnio­sku, że ża­den po­li­cjant nie wpad­nie na to, by za­trzy­mać tak dro­gi sa­mo­chód na go­dzi­nę lub dwie przed wzej­ściem pierw­szej gwiazd­ki, jak to się ład­nie mówi. Od razu mi ulży­ło. Ale kie­dy wró­ci­łam do domu, zna­la­złam jesz­cze je­den pre­zent. Od Krzysz­to­fa. Mu­siał po­ło­żyć go na pół­ce nad ko­min­kiem, za­nim wy­je­chał na świę­ta. Sło­dziak. To była pły­ta CD, na któ­rej męż­czy­zna o imie­niu An­to­ny śpie­wa smut­nym gło­sem, że chciał­by być ko­bie­tą. Słu­cha­łam tej pły­ty wie­le razy i te­raz też jej słu­cham, pi­szę i słu­cham, i ciar­ki prze­cho­dzą mi po ple­cach. Tę­sk­no­ta do po­tę­gi en­tej. I cho­ciaż jego pro­ble­my nie są ta­kie same jak moje, to i tak w pew­nym sen­sie od­czu­wam ulgę. W jego gło­sie sły­chać ból i to mi wy­star­cza, każ­dy ro­dzaj bólu jest do­bry. Krzysz­tof przez cały dzień ukła­da ka­fel­ki i jest ka­to­li­kiem, ale na pew­no jest nie w cie­mię bity.

Wła­śnie się do­wie­dzia­łam, że każ­de­go dnia umie­ra oko­ło 155 000 lu­dzi. To daje 57 mi­lio­nów w roku. 6458 w cią­gu go­dzi­ny. 108 osób na mi­nu­tę. Py­tam samą sie­bie, czy to ja­kaś po­cie­cha. W pew­nym sen­sie tak, w pew­nym sen­sie nie.

25 grud.

Zno­wu jest noc i nie mogę za­snąć. Leżę i czu­ję, że je­stem na cie­bie cho­ler­nie wku­rzo­na, tato. Na Afry­kę przy­pa­da tyl­ko 3 pro­cent świa­to­we­go lot­nic­twa cy­wil­ne­go, ale pra­wie 40 pro­cent wy­pad­ków śmier­tel­nych. Przy­czy­ną są nie­sta­bil­ne spo­łe­czeń­stwa, sta­re sa­mo­lo­ty i nie­pra­wi­dło­wa kon­ser­wa­cja. Do­sko­na­le o tym wie­dzia­łeś, ale oczy­wi­ście mu­sia­łeś za­brać ze sobą Toma i mamę, mu­sia­łeś po­le­cieć ja­kąś roz­kle­ko­ta­ną ma­szy­ną ob­słu­gu­ją­cą loty kra­jo­we. Mnie nie chcia­łeś za­brać. Ja mia­łam zo­stać sama w domu i cho­dzić do szko­ły, i za kil­ka lat, kie­dy skoń­czę pra­wo, mie­li­śmy po­le­cieć tam we trój­kę: mama, ty i ja. Tak wła­śnie po­wie­dzia­łeś. A ten ese­mes, któ­ry wy­sła­łeś, kie­dy uświa­do­mi­łeś so­bie, że się roz­bi­je­cie? O czym wte­dy my­śla­łeś? Są­dzi­łeś, że dzię­ki nie­mu bę­dzie mi się ła­twiej żyło? Tak jest jesz­cze go­rzej, na­praw­dę tego nie ro­zu­miesz? Tak jest go­rzej, bo twój ese­mes jest do­wo­dem na to, że wie­dzie­li­ście, co się dzie­je, wie­dzie­li­ście, że nie ma­cie żad­nych szans i że mimo pa­ni­ki by­łeś na tyle opa­no­wa­ny, by po­my­śleć o mnie, o tym, jak za­re­agu­ję i jak bę­dzie wy­glą­da­ło moje dal­sze ży­cie. Ta świa­do­mość jest strasz­na, tato, nie­mal gro­te­sko­wa. Nie chce mi się żyć. I ostat­nio więk­szość po­sił­ków ja­dam w Hol­men­kol­len Re­stau­rant. Nie je­stem w sta­nie ro­bić za­ku­pów ani przy­go­to­wy­wać je­dze­nia. Wiem, że to­bie się tam nie po­do­ba­ło. W „Dag­bla­det” na­zwa­li ją prze­re­kla­mo­wa­ną pu­łap­ką na tu­ry­stów. Śmia­łeś się z tego. Nie lu­bi­łeś kie­row­ni­ka re­stau­ra­cji, ale nig­dy nie wy­ja­śni­łeś dla­cze­go. Zresz­tą to bez zna­cze­nia. Fa­cet uśmie­cha się do mnie, jak tyl­ko prze­kro­czę próg jego lo­ka­lu. I roz­bie­ra mnie wzro­kiem, kie­dy wy­da­je mu się, że tego nie wi­dzę. W za­mian za to za każ­dym ra­zem udzie­la mi ra­ba­tu. Jak­by to mia­ło ja­kieś zna­cze­nie. Kie­dy do­sta­nę praw­ko, prze­ja­dę go i zwie­ję. To się na­zy­wa hit and run. Do gło­wy przy­cho­dzą mi róż­ne dziw­ne po­my­sły. Nie je­stem pew­na, czy po­win­nam je za­pi­sy­wać.

26 grud.

Con­stan­ce była dzi­siaj u mnie. Zro­zu­mia­ła, że ich oszu­ka­łam i że spę­dzam świę­ta sa­mot­nie. Ale nic nie mówi. To miło z jej stro­ny. Przy­nio­sła świą­tecz­ne po­tra­wy. Za­sko­czy­łam samą sie­bie, bo zja­dłam i że­ber­ka, i ba­ra­ni­nę. Pra­wie się ucie­szy­łam z tego, że je­dze­nie było tłu­ste. Wcze­śniej nie wło­ży­ła­bym cze­goś ta­kie­go do ust, ale te­raz za­uwa­ży­łam, że prze­sta­łam przej­mo­wać się fi­gu­rą. Co czło­wie­ko­wi po fi­gu­rze, kie­dy nie żyje? Con­stan­ce za­py­ta­ła, czy chcia­ła­bym za­grać w sztu­ce te­atral­nej, któ­rą KG ma wy­sta­wić w stycz­niu. Moja szko­ła pra­wie na pew­no jako je­dy­na w Oslo nie przy­go­to­wu­je re­wii. Wi­docz­nie dy­rek­cja jest zda­nia, że re­wia ozna­cza gad­kę o du­pie Ma­ry­ni, a coś ta­kie­go nie ucho­dzi w na­szej sza­cow­nej uczel­ni. Te­atr to co in­ne­go. Je­anet­te, któ­ra mia­ła za­grać drob­ną ról­kę, ko­niec koń­ców nie do­sta­ła zgo­dy od ojca, re­la­cjo­no­wa­ła Con­stan­ce, po­dob­no dłu­go się wa­hał, bo jest bar­dziej re­li­gij­ny niż więk­szość Nor­we­gów, no i dzię­ki temu otrzy­ma­łam pro­po­zy­cję de­biu­tu na sce­nie. To jest po­dob­no bar­dzo mała rola. Mam wy­gło­sić tyl­ko kil­ka zdań i wyjść przez ja­kieś drzwi, ale Con­stan­ce uwa­ża, że prze­by­wa­nie z ludź­mi i udział w ja­kimś pro­jek­cie do­brze mi zro­bi, mam wra­że­nie, że jej zda­niem to bez zna­cze­nia, jaki to pro­jekt, to może być co­kol­wiek, bo wy­star­czy samo prze­by­wa­nie wśród lu­dzi albo zwie­rząt, że­bym od razu po­czu­ła chęć do ży­cia. Ale nie pi­szę tego, żeby się z niej na­bi­jać, bo Con­stan­ce chce oczy­wi­ście mo­je­go do­bra, jest miła i szla­chet­na do bólu. Od­po­wie­dzia­łam, że się za­sta­no­wię. Uzna­łam, że taka od­po­wiedź jest lep­sza od ka­te­go­rycz­ne­go „nie, dzię­ku­ję”.

28 grud­nia

Mia­łam dzi­siaj jaz­dę. Sie­dzia­łam za kie­row­ni­cą i my­śla­łam tyl­ko o tym, co by było, gdy­bym dała gaz do de­chy i zde­rzy­ła się czo­ło­wo z au­to­bu­sem nad­jeż­dża­ją­cym z na­prze­ciw­ka, albo gdy­bym skrę­ci­ła w pra­wo, za­miast po­je­chać pro­sto na skrzy­żo­wa­niu z Karl Jo­han i Ring 1, a po­tem ru­szy­ła w stro­nę pa­ła­cu, roz­pę­dzi­ła się do dwu­stu ki­lo­me­trów na go­dzi­nę i wal­nę­ła w jego ścia­nę. To by było coś, po­my­śla­łam, ale po­tem przy­szło mi do gło­wy, że to ego­izm z mo­jej stro­ny i że bied­ny in­struk­tor na pew­no wo­lał­by tego unik­nąć, bo jest ra­czej mało praw­do­po­dob­ne, że on rów­nież stra­cił nie­daw­no ro­dzi­nę, w każ­dym ra­zie nic na to nie wska­zu­je, poza tym ma pe­da­ły i mógł­by wci­snąć ha­mu­lec, i w ogó­le. Ale za­uwa­ży­łam, że spodo­ba­ła mi się ta myśl, cho­ciaż trud­no mi było się na niej sku­pić, bo in­struk­tor ga­dał jak na­ję­ty. Opo­wia­dał, jak był uczniem Pań­stwo­wej Szko­ły In­struk­to­rów Na­uki Jaz­dy w Stjør­dal. Wy­glą­da na to, że tę­sk­ni za tam­ty­mi cza­sa­mi. Opo­wia­dał, że czę­sto je­cha­li do Tron­dhe­im, żeby ćwi­czyć na po­rząd­nych uli­cach z po­rząd­ny­mi skrzy­żo­wa­nia­mi, i wie­le razy wy­mie­nił skrzy­żo­wa­nie, któ­re na­zy­wa Skrzy­żo­wa­niem Księ­cia. We­dług nie­go to naj­wspa­nial­sze skrzy­żo­wa­nie w ca­łej Nor­we­gii. W każ­dym ra­zie ono naj­le­piej na­da­je się do na­uki jaz­dy. Cho­ciaż nie po­wie­dział tego wprost, wy­da­je mi się, że ko­cha to skrzy­żo­wa­nie. Sły­chać to w jego gło­sie. Po­tra­fię wie­le wy­czy­tać z czy­je­goś gło­su. Con­stan­ce tego nie po­tra­fi. Le­d­wo od­ga­du­je, czy jej koń jest za­do­wo­lo­ny czy ob­ra­żo­ny. Chy­ba by­ła­bym do­brym psy­cho­lo­giem, to zna­czy gdy­bym mia­ła ocho­tę nim zo­stać. Ale ra­czej nie bę­dzie mnie tu­taj, kie­dy na­dej­dą te cza­sy, więc cóż… jak to się mówi: po­ży­je­my, zo­ba­czy­my. A ten, kto nie po­ży­je, nie zo­ba­czy. W grun­cie rze­czy to tro­chę nie­spra­wie­dli­we. Jak są­dzisz, tato? Ża­łuj, że cię tu nie ma. Wła­ści­wie to okrop­nie ża­ło­sne, że zwra­cam się do cie­bie, pi­sząc ten pa­mięt­nik. Jak­bym gra­ła małą dziew­czyn­kę, któ­ra wła­śnie stra­ci­ła mat­kę albo ojca i któ­ra mówi do nich, jak­by wie­rzy­ła, że mogą ją usły­szeć, i cho­ciaż wszy­scy, któ­rzy oglą­da­ją ten film, wie­dzą, że wszyst­kie fil­my o dzie­ciach są do sie­bie po­dob­ne, to i tak zga­dza­ją się, by w ko­lej­nym było to samo. Przy­pusz­czam, że po­wo­dem jest nasz czo­ło­bit­ny sto­su­nek do śmier­ci i to, że współ­czu­je­my tym, któ­rzy ko­goś stra­ci­li. Bo cho­dzi o śmierć. ŚMIERĆ. Jak­by była czymś, kur­wa, wy­jąt­ko­wym. Wow! Tak czy in­a­czej, pi­sa­nie do zmar­łych nie ma sen­su. Prze­cież do­brze o tym wiem. Nie moż­na pi­sać do zmar­łych. A to ozna­cza, że pi­szę do sa­mej sie­bie.

To ta­kie oczy­wi­ste.

Przej­rza­łam psy­cho­ge­ira i wiem, o co cho­dzi z tym pa­mięt­ni­kiem. Ale mimo wszyst­ko nadal pi­szę i spra­wia mi to na­wet pew­ną ra­dość. Jak ten po­kój w Ga­le­rii Na­ro­do­wej, do któ­re­go za­cią­gnę­ła mnie Con­stan­ce, ten z ró­żo­wy­mi pił­ka­mi pla­żo­wy­mi i lu­stra­mi na wszyst­kich ścia­nach. Przez cały czas mo­gły­śmy oglą­dać się z każ­dej stro­ny. Albo jak to lu­strza­ne pu­deł­ko w Mu­zeum Tech­ni­ki, w któ­rym by­li­śmy z tatą wie­le razy. Czło­wiek pa­trzy w głąb sie­bie nie­skoń­czo­ną ilość razy i nie może przed tym uciec ani mieć żad­nych ta­jem­nic.

Nie wiem, czy to pora dnia spra­wia, że ro­bię się tak re­flek­syj­na, czy cho­dzi wy­łącz­nie o to, że nie mam do­świad­cze­nia w pi­sa­niu pa­mięt­ni­ka, a może o to, że wkrót­ce umrę. Przy­pusz­czam, że skłon­ność do re­flek­sji na­si­la się, kie­dy czło­wiek wie, że wkrót­ce umrze.

Le­piej zga­szę świa­tło, za­nim zu­peł­nie mnie po­nie­sie.

1 stycz­nia 2006

Wczo­raj rano wró­cił Krzysz­tof. Dziw­na pora na po­wrót ze świąt. Wró­cił i z miej­sca za­czął ukła­dać ka­fel­ki. Za­uwa­ży­łam, że coś jest nie tak, więc mu prze­rwa­łam i zwró­ci­łam uwa­gę na to, że jest syl­we­ster i że w syl­we­stra ra­czej nikt nie kła­dzie ka­fel­ków, na co on od­po­wie­dział, że w Pol­sce to zu­peł­nie nor­mal­ne, ale ja mu nie uwie­rzy­łam i po­sta­no­wi­łam za­pro­sić go na obiad do Hol­men­kol­len Re­stau­rant, i za­mó­wi­łam wino, i po­dzię­ko­wa­łam mu za pre­zent na Boże Na­ro­dze­nie, i po­wie­dzia­łam, że daw­no nie słu­cha­łam tak pięk­nej mu­zy­ki. Chwi­lę póź­niej Krzysz­tof się roz­pła­kał i wy­ja­śnił, że jego dziew­czy­na zna­la­zła so­bie in­ne­go, a wte­dy spy­ta­łam, cze­go się spo­dzie­wał, sko­ro cały rok miesz­ka w Nor­we­gii. Ta­kie są ko­bie­ty, po­wie­dzia­łam, a ty je­steś ża­ło­sny, je­śli my­ślisz, że mo­żesz so­bie la­ta­mi kłaść ka­fel­ki i trzy­mać po­piel­nicz­kę obok po­dusz­ki, i za­kła­dać, że two­ja dziew­czy­na bę­dzie sie­dzieć w Pol­sce i cze­kać na cie­bie jak ostat­nia idiot­ka. Lu­bię, kie­dy chło­pa­cy pła­czą i są zroz­pa­cze­ni.

Póź­nym wie­czo­rem wdra­pa­li­śmy się na Hol­men­kol­len i usie­dli­śmy na kra­wę­dzi skocz­ni, i oglą­da­li­śmy po­kaz sztucz­nych ogni, i pró­bo­wa­li­śmy się ko­chać, ale Krzysz­tof był zbyt pi­ja­ny, cho­ciaż to i tak bez zna­cze­nia, bo wie­czór cał­kiem sie udał. Po­wo­li prze­ko­nu­ję się, że pe­sy­mi­stycz­ne po­dej­ście do ży­cia ma je­den plus: dużo ła­twiej o po­zy­tyw­ne za­sko­cze­nie.

Moim je­dy­nym po­sta­no­wie­niem no­wo­rocz­nym jest to, żeby po­sta­rać się umrzeć. Nie wiem tyl­ko, jak tego do­ko­nać. Tra­dy­cyj­ne me­to­dy wy­da­ją mi się zbyt wul­gar­ne. Żeby się wie­szać albo strze­lać do sie­bie i tym po­dob­ne. To po pro­stu nie jest w moim sty­lu. Naj­bar­dziej chcia­ła­bym, żeby rów­nież mój sa­mo­lot ru­nął na zie­mię. Ale prze­cież sa­mo­lo­ty bar­dzo rzad­ko się roz­bi­ja­ją. Chy­ba że po­le­cę do Afry­ki. To roz­wią­za­nie wy­da­je mi się jed­nak tro­chę za bar­dzo na­cią­ga­ne. Mu­szę to jesz­cze prze­my­śleć.

2 stycz­nia

Wczo­raj wie­czo­rem prze­mó­wił do mnie pre­mier. Nie wy­klu­czam, że do in­nych osób rów­nież, ale mia­łam wra­że­nie, że mówi przede wszyst­kim do mnie. Po­wie­dział, że mogę od­nieść zwy­cię­stwo nad samą sobą. Że na każ­de­go z nas cze­ka wie­niec lau­ro­wy. Po­wie­dział, że o to wła­śnie w ży­ciu cho­dzi: zro­bić miej­sce ma­rze­niom i stwo­rzyć ta­kie wa­run­ki, by na­sze ma­rze­nia mo­gły stać się rze­czy­wi­sto­ścią. To było strasz­ne. Zu­peł­nie tak, jak­by wie­dział, co mi cho­dzi po gło­wie, i był ca­łym ser­cem po mo­jej stro­nie. Pre­mier po­pie­ra moje pra­gnie­nie śmier­ci. A poza tym dłu­go smę­cił coś o Ib­se­nie.

3 stycz­nia

Krzysz­tof od wczo­raj mnie uni­kał. Ro­bił wszyst­ko, żeby nie spo­tkać mo­je­go wzro­ku. W koń­cu spy­ta­łam, o co cho­dzi, i wte­dy zro­zu­mia­łam, że ma wy­rzu­ty su­mie­nia, bo w syl­we­stra o mało co się ze mną nie prze­spał. Boi się, że mogę po­my­śleć, że chciał mnie wy­ko­rzy­stać czy coś w tym sty­lu, i że się na nie­go ob­ra­żę, i że nie bę­dzie mógł dłu­żej u mnie pra­co­wać. Nie mo­głam po­wstrzy­mać śmie­chu. Ale z nie­go sło­dziak! Po­wie­dzia­łam mu, żeby wy­lu­zo­wał. Nie wiem, jak to wy­glą­da w Pol­sce, ale je­ste­śmy w Nor­we­gii, do­da­łam. Jest rok 2006. To zu­peł­nie nor­mal­ne, że dziew­czy­ny sy­pia­ją z chło­pa­ka­mi przed ślu­bem, moż­na na­wet śmia­ło po­wie­dzieć, że przede wszyst­kim przed ślu­bem, a ja wolę iść do łóż­ka z tobą niż z chło­pa­ka­mi z za­chod­niej czę­ści mia­sta i z ich idio­tycz­ny­mi prze­pa­ska­mi na wło­sy.

Wy­glą­da na to, że mu ulży­ło. Ukła­dał ka­fel­ki do póź­ne­go wie­czo­ra. Za­sta­na­wiam się (sie­dząc w swo­im po­ko­ju i pi­sząc pa­mięt­nik), czy wciąż je ukła­da, czy w koń­cu się po­ło­żył. Tro­chę to dziw­ne, ale co ja tam wiem.

4 stycz­nia

Con­stan­ce za­cią­gnę­ła mnie na pierw­szą w tym roku pró­bę przed­sta­wie­nia. Do pre­mie­ry zo­sta­ły tyl­ko dwa ty­go­dnie, a ja pra­wie zgo­dzi­łam się za­grać. Spra­wa wy­da­je się pro­sta. Mam wyjść na sce­nę i po­wie­dzieć kil­ka zdań przed pierw­szym ak­tem, po­tem zro­bić to samo przed dru­gim ak­tem, a trze­ci i ostat­ni raz – na sa­mym koń­cu przed­sta­wie­nia. Re­ży­ser po­wie­dział chy­ba, że łą­czę te wszyst­kie czę­ści. Je­stem nar­ra­to­rem, czy ja­koś tak. Dla mnie to bez róż­ni­cy. Na­wet nie pa­mię­tam, jaki jest ty­tuł sztu­ki. To rów­nież nie ma żad­ne­go zna­cze­nia. W koń­cu naj­waż­niej­sze jest to, że, jak mówi Con­stan­ce, tro­chę się ro­ze­rwę i po­znam no­wych lu­dzi albo zwie­rzę­ta.

10 stycz­nia

Trud­ny ty­dzień.

Nie cho­dzę do szko­ły.

Sie­dzę w domu i my­ślę o tym, co się sta­nie, kie­dy mnie już nie bę­dzie. I o tym, czy po­win­nam tu­taj po­sprzą­tać. Spa­ko­wać rze­czy do pu­deł? Wszyst­ko przej­rzeć i po­sor­to­wać? Czy zo­sta­wić tę ro­bo­tę in­nym? Ale ci inni tra­fią na całą masę oso­bi­stych dro­bia­zgów, któ­re dla nich nie będą nic zna­czyć. Li­sty. Zdję­cia. Nie mogę znieść my­śli, że mie­li­by to wszyst­ko wy­rzu­cić. Sama po­win­nam za­jąć się po­rząd­ka­mi, ale nie mam na to siły, już sama myśl wy­da­je mi się prze­ra­ża­ją­ca. Gdy­bym mia­ła dłu­żej żyć, zo­sta­wi­ła­bym wszyst­ko tak, jak jest, i za­ję­ła­bym się tym za kil­ka lat, ale prze­cież tak się nie sta­nie. In­ny­mi sło­wy, po­win­nam po­sprzą­tać, sprze­dać dom i prze­ka­zać pie­nią­dze na coś do­bre­go. Ale na to też nie mam siły. Niech już le­piej zo­sta­nie, tak jak jest. A je­śli tak, to wszyst­ko odzie­dzi­czą ciot­ki i wuj­ko­wie. Na pew­no się ucie­szą. Chy­ba że mama lub tata mają dzie­ci, o któ­rych ni­ko­mu nie mó­wi­li. Wca­le by mnie to nie zdzi­wi­ło. Czy­ta­łam, że to się zda­rza dość czę­sto. Mamy ra­czej bym nie ob­sta­wia­ła. Ale tata… W każ­dym ra­zie ni­cze­go nie wy­klu­czam. Zresz­tą co mi do tego? I tak mnie już tu­taj nie bę­dzie, a nie­obec­ni nie mają pra­wa gło­su. Ostat­nio dużo o tym my­śla­łam. Czło­wiek musi być obec­ny, żeby jego zda­nie się li­czy­ło. Umie­ra­jąc, usta­wia­my się na li­nii bocz­nej, i to w dość ka­te­go­rycz­ny spo­sób. Oczy­wi­ście przej­rza­łam kil­ka stron in­ter­ne­to­wych do­ty­czą­cych sa­mo­bójstw. Są­dzi­łam, że znaj­dę tam lu­dzi po­dob­nych do mnie, tym­cza­sem wszyst­ko ra­zem wy­da­ło mi się od­ra­ża­ją­ce. Jest tam wie­le osób młod­szych ode mnie, a po­wo­dy, dla któ­rych chcą umrzeć, są ab­so­lut­nie nie do przy­ję­cia. Te dzie­cia­ki są zbyt nie­doj­rza­łe, żeby chcieć umrzeć na po­waż­nie. Mają lek­ką chan­drę, cho­ciaż same nie wie­dzą dla­cze­go, albo wła­śnie się z kimś roz­sta­ły, albo chcą się ode­grać na ro­dzi­cach, któ­rzy ni­cze­go nie ro­zu­mie­ją. Mają ro­man­tycz­ny sto­su­nek do śmier­ci, jak­by to było coś wspa­nia­łe­go, jak­by śmierć mo­gła być słod­ką ze­mstą albo po­cząt­kiem cze­goś wiel­kie­go. Moim zda­niem oni nie mają po­ję­cia, z czym igra­ją.

Dzie­ci­na­da.

A Con­stan­ce dzwo­ni w kół­ko i ma­ru­dzi o pró­bach przed­sta­wie­nia, ko­niach i in­nych zwie­rzę­tach (co praw­da o ko­niach mniej niż ostat­nio, ale za­wsze), a ja jej mó­wię, że od daw­na znam swój tekst na pa­mięć, co oczy­wi­ście jest nie­praw­dą. Pró­bo­wa­łam czy­tać sce­na­riusz, ale znu­dzi­łam się nim już po trzech se­kun­dach, w każ­dym ra­zie na dłu­go, za­nim mi­nę­ło ich dzie­sięć.

11 stycz­nia

Dzi­siaj roz­ma­wia­łam z psy­cho­ge­irem. Jego bro­da robi się co­raz dłuż­sza. Po­wie­dział, że jego zda­niem je­stem bar­dzo zdy­scy­pli­no­wa­na, je­śli cho­dzi o na­sze spo­tka­nia, i że to do­bry znak, a poza tym uwa­ża, że je­stem w lep­szej for­mie i że miło to wi­dzieć. Gdy­by wie­dział, jak bar­dzo się myli. Zdra­dził też, że przez dłu­gi czas oba­wiał się, że mam skłon­no­ści sa­mo­bój­cze, i na­wet za­sta­na­wiał się, czy po­wi­nien, jak się wy­ra­ził, przed­się­wziąć pew­ne kro­ki. Bio­rąc po uwa­gę grun­tow­ne wy­kształ­ce­nie, któ­rym się chwa­li, i wie­lo­let­nie do­świad­cze­nie z ta­ki­mi jak ja, jest na­iw­ny jak dziec­ko. Od­po­wie­dzia­łam mu, że ma ra­cję, że roz­wa­ża­łam po­peł­nie­nie sa­mo­bój­stwa, ale że im dłu­żej o tym my­ślę, tym bar­dziej prze­ko­nu­ję się, że tak na­praw­dę ko­cham ży­cie. W koń­cu nie je­stem głu­pia. Ostat­nią rze­czą, ja­kiej po­trze­bu­ję, to tra­fić do psy­chia­try­ka, po­nie­waż psy­cho­ge­ir stwier­dzi, że sta­no­wię za­gro­że­nie dla sa­mej sie­bie.

15 stycz­nia

Wczo­raj by­łam na pró­bie przed­sta­wie­nia. Pre­mie­ra dwu­dzie­ste­go, czy­li za pięć dni. Lu­dzie są okrop­nie ze­stre­so­wa­ni. Jak­by to, czy od­nie­sie­my suk­ces, mia­ło ja­kie­kol­wiek zna­cze­nie. Jak moż­na być tak krót­ko­wzrocz­nym? Kie­dy lu­dzie się cie­szą, to cie­szą się w głu­pi i de­ner­wu­ją­cy spo­sób, kie­dy są ze­stre­so­wa­ni, to są ze­stre­so­wa­ni w głu­pi i de­ner­wu­ją­cy spo­sób, a kie­dy się gnie­wa­ją, to też głu­pio i de­ner­wu­ją­co. Szcze­rze mó­wiąc, uwa­żam po pro­stu, że lu­dzie są głu­pi i że nie mają po­ję­cia, o co w tym wszyst­kim cho­dzi. Wy­da­je im się, że są nie­śmier­tel­ni. Aż trud­no uwie­rzyć, że nie­ca­ły rok temu by­łam taka jak oni.

Kie­dy sta­łam na sce­nie i wku­wa­łam ostat­nią kwe­stię, przy­szedł mi do gło­wy po­mysł. Po­mysł, któ­ry co­raz bar­dziej mi się po­do­ba, cho­ciaż jest bar­dzo dra­ma­tycz­ny, a może na­wet dzie­cin­ny. Na ra­zie nie zdra­dzę, o co cho­dzi. Mu­szę to so­bie naj­pierw prze­my­śleć. Ale po­mysł jest dia­bel­ski.

16 stycz­nia

Go­dzi­na jaz­dy. Mia­łam wspa­nia­łe prze­ży­cie albo do­świad­cze­nie, sama nie wiem, jak to na­zwać. In­struk­tor uwa­żał, że pro­wa­dzę tro­chę ner­wo­wo, i rze­czy­wi­ście tak było, bo my­śla­łam o tym, co zro­bię za czte­ry dni, więc za­czął py­tać mnie o róż­ne rze­czy, żeby skie­ro­wać moje my­śli na inne te­ma­ty, i od razu za­czę­łam je­chać o nie­bo le­piej, ale naj­lep­sze było to, że nie po­wie­dzia­łam mu, co się sta­ło. Przez cały czas uda­wa­łam, że wciąż żyję swo­im sta­rym ży­ciem. A on ni­cze­go nie za­uwa­żył. Opo­wie­dzia­łam mu o ma­mie, któ­ra wie­le lat prze­sie­dzia­ła w domu z To­mem, a po­tem ze mną, i któ­rej nig­dy nie uda­ło się zro­bić po­żyt­ku ze swo­je­go wspa­nia­łe­go wy­kształ­ce­nia, o któ­rym cią­gle opo­wia­da, ale wła­śnie te­raz ra­zem z przy­ja­ciół­ką za­mie­rza­ją otwo­rzyć sa­lon me­blo­wy na St. Han­shau­gen i na­wią­za­ły kon­takt z fir­mą z oko­lic Rzy­mu, i to są dro­gie, eks­klu­zyw­ne me­ble, sza­fy, sto­ły i tym po­dob­ne, ale mama zba­da­ła ry­nek me­blo­wy i jest pew­na, że w mie­ście bra­ku­je ta­kie­go sa­lo­nu, i od fir­my taty po­ży­czy środ­ki na ka­pi­tał po­cząt­ko­wy. Opo­wie­dzia­łam mu też o To­mie, któ­ry tro­chę po­nad rok temu skoń­czył stu­dia praw­ni­cze i nie­dłu­go roz­pocz­nie pra­cę w fir­mie taty, i o ta­cie i jego fir­mie, o tym, jak do­brze pro­spe­ru­je, a kie­dy wy­mie­ni­łam kil­ku klien­tów taty, in­struk­tor za­gwiz­dał i po­ki­wał gło­wą, a mnie cho­ler­nie do­brze się je­cha­ło i in­struk­tor po­wie­dział, że jego zda­niem two­rzy­my bar­dzo zgod­ną i zży­tą ro­dzi­nę, a ja mu od­po­wie­dzia­łam, że tak wła­śnie jest.

17 stycz­nia

Pod­ję­łam de­cy­zję. Czu­ję ogrom­ną ulgę. Przy­go­to­wa­nia idą peł­ną parą.

W Skan­di­na­visk Høy­fjel­l­sut­styr2 ku­pi­łam dwa­dzie­ścia me­trów liny. W skle­pie po­wie­dzie­li, że to naj­lep­sza lina, jaką mają. Lek­ka, wy­trzy­ma­ła i odro­bi­nę ela­stycz­na. Zie­lo­na. Mie­li rów­nież inne ko­lo­ry, ale zie­lo­ny naj­bar­dziej mi się spodo­bał. Praw­do­po­dob­nie z po­wo­du su­kien­ki mamy. Tej, któ­rą mia­ła, od­kąd pa­mię­tam. W pew­nym sen­sie wła­śnie wte­dy była naj­bar­dziej mamą. Kie­dy mia­ła na so­bie tam­tą su­kien­kę. Sprze­daw­ca po­wie­dział, że lina do­pie­ro co opu­ści­ła fa­bry­kę i bę­dzie mi dłu­go słu­żyć, ale nie mogę na niej po­le­gać do śmier­ci. Po­wie­dzia­łam, że nie ma oba­wy, za­mie­rzam wy­ko­rzy­stać ją na­tych­miast. Raz, a do­brze.

Wiem, że ja­kiś czas temu na­pi­sa­łam, że te wul­gar­ne me­to­dy sa­mo­bój­cze nie są w moim sty­lu, ale jak tyl­ko przy­szedł mi do gło­wy ten po­mysł, to po pro­stu zmie­ni­łam zda­nie. Sama je­stem za­sko­czo­na.

Zro­bię to na pre­mie­rze. Na sa­mym koń­cu. Je­stem sama na sce­nie, sto­ję zu­peł­nie nie­ru­cho­mo i mó­wię to, co mam po­wie­dzieć, ale w tym cza­sie daję znak Wal­de­ma­ro­wi, któ­ry stoi na gó­rze i kie­ru­je na mnie re­flek­tor punk­to­wy, a wte­dy on zrzu­ca linę, któ­rą wcze­śniej przy­wią­żę do su­fi­tu. Wal­de­mar zro­bi to na bank, bo od dwóch i pół roku pa­trzy na mnie w spo­sób, któ­ry nie bu­dzi wąt­pli­wo­ści. Wie, że nie ma u mnie szans, ale jest go­to­wy zro­bić wszyst­ko, żeby móc nadal żyć na­dzie­ją, a po­tem po­wo­li i spo­koj­nie wdra­pię się na re­gał z książ­ka­mi, któ­ry jest czę­ścią sce­no­gra­fii, i będę sta­ła na gó­rze, do­pó­ki nie skoń­czę swo­jej kwe­stii, a po­tem na­ło­żę so­bie pę­tlę na szy­ję i ze­sko­czę. Za­kła­dam, że dzię­ki ma­sie cia­ła skrę­cę kark w chwi­li, w któ­rej lina się na­prę­ży, spraw­dza­łam w In­ter­ne­cie, po­win­no się udać, i to z du­żym mar­gi­ne­sem błę­du, oczy­wi­ście o ile nie po­my­li­łam się w ob­li­cze­niach.

Oto mój plan. Świa­do­mość, że zro­bię to przed ca­łym gro­nem pe­da­go­gicz­nym i ro­dzi­ca­mi, któ­rzy w zde­cy­do­wa­nej więk­szo­ści skła­da­ją się z naj­po­boż­niej­szych i naj­zna­mie­nit­szych miesz­kań­ców sto­li­cy, daje mi nie­złe­go kopa. Będą zszo­ko­wa­ni, może na­wet wstrzą­śnię­ci, i po­my­ślą, że ktoś nie zro­bił wszyst­kie­go, by po­móc mi przejść przez ten trud­ny okres, i mnó­stwo plo­tek bę­dzie krą­ży­ło na mój te­mat.

Po­do­ba mi się rów­nież to, że ten po­mysł jest zu­peł­nie nie w moim sty­lu. Kto by przy­pusz­czał, że je­stem w sta­nie wpaść na coś ta­kie­go?

Kto by przy­pusz­czał, że mam w so­bie du­szę ak­tor­ki dra­ma­tycz­nej?

18 stycz­nia

My­śla­łam, że je­śli kie­dy­kol­wiek zde­cy­du­ję się zro­bić to, co