Strona główna » Obyczajowe i romanse » Niewierność. Uwikłani w historię

Niewierność. Uwikłani w historię

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-8110-969-7

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Niewierność. Uwikłani w historię

Wierność bywa względna. Niewierność nie zawsze jest bezwzględna. Rutę i Jakuba rozpacz związała mocną nicią. Ich wspólne życie jest pełne przemilczeń i zakazanych tematów. Mają dwóch synów, dobre stanowiska, przyjaciół, polsko brzmiące nazwisko. Krystynie i Januszowi miłość się przytrafiła. Nieodmiennie lgną do siebie, pożądają się. Ich uczucie dojrzewa, zmienia się i, mimo przeciwności, nie słabnie. Losy bohaterów splotą się w historię tak nieprawdopodobną, że literatura nie mogłaby jej wymyślić – musiała się wydarzyć. Opowieść o (nie)wierności, powinności, przeznaczeniu, zawiłościach ludzkich uczuć i wyborów. Szara, kolorowa, ale nigdy czarno-biała. W tle kilkadziesiąt lat powojennej historii: PRL – jego zdobycze, triumfy, absurdy, grzechy i przewiny, czasy przełomu i wolności.

Polecane książki

Susan matkuje młodszej siostrze, która nieustannie przysparza jej kłopotów. Brian, od niedawna rozwiedziony, troszczy się o życiowe potrzeby córek i rozgląda za lepiej płatną pracą. Nie są sami, a jednak dokucza im samotność. Już przy pierwszym spotkaniu zwracają na siebie uwagę. W miarę rozwoju zna...
Jeśli pracodawca nawet przed wejściem w życie zmian w przepisach zawrze zbyt długą umowę na czas określony, umowa ta przekształci się w zatrudnienie bezterminowe. Nowy limit 33 miesięcy będzie bowiem dotyczył także umów zawartych przed dniem wejścia w życie nowelizacji. Jedyną „ulgą” będzie fakt, że...
Książka stanowi oryginalny i cenny wkład w rozważania nad istotnymi problemami filozofii kultury. Myślą przewodnią pracy i centralnym zagadnieniem jest postawione przez autorkę pytanie o możliwość wzajemnego zrozumienia na gruncie różnych kultur oraz o ich przekładalność. Jako przedmiot swych do...
„Książka dokumentuje szeroko zakrojone przedmiotowo i metodologicznie badania nad (…) wykluczeniem prawnym. >>Prawo<< jest tutaj rozumiane w sposób przyjęty w socjologii prawa; nie tylko jako zbiór formalnie obowiązujących aktów prawnych, ale również jako sposób funkcjonowania instytucj...
"Albo wojna skończy się rozbiciem Niemiec przez Anglię i Amerykę przedtem nim wojska sowieckie zajmą terytorium Rzeczypospolitej Polskiej. – W tym wypadku możemy liczyć na odzyskanie niepodległości. Albo wojna się skończy dla nas za późno, to znaczy już po wkroczeniu wojsk sowieckich na nasze teryto...
Seria „Sztuka wojenna czasów Stefana Batorego” to najpełniejsze ujęcie wojskowości Stefana Batorego na polskim rynku, oparte na szerokiej bazie źródłowej i z bogatym zestawem literatury, w tym obcojęzycznej. Są to materiały, które powstały przy pisaniu pracy doktorskiej Autora - Tomasza Zackiewicza ...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Agnieszka Jeż, Paulina Płatkowska

Niewierność. Uwikłani w historięCopyright © 2019 by Agnieszka Jeż-Kaflik and Paulina Płatkowska
(under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)
Copyright © 2019 for this edition by Wydawnictwo Sonia DragaProjekt graficzny i wykonanie okładki: Tomasz MajewskiZdjęcia autorek na okładce: Gabriela Romańska, Agata WyszomirskaRedakcja: Justyna ChmielewskaKorekta: Iwona Wyrwisz, Paweł ŁaniewskiISBN: 978-83-8110-969-7Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.Szanujmy cudzą własność i prawo!Polska Izba KsiążkiWięcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.plWYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.
ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice
tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28
e-mail:info@soniadraga.plwww.soniadraga.plwww.facebook.com/WydawnictwoSoniaDragaE-wydanie 2019Konwersja:eLitera s.c.

Historia, która splotła losy naszych bohaterów, wydarzyła się naprawdę.

Wielka historia w tle to fakty.

Historie mniejsze i najmniejsze są inspirowane prawdziwymi wydarzeniami lub są fikcją literacką.

Dziękujemy:

Oldze – za to, że podarowała nam tę historię;

Lenie – że rozumie bohaterów i autorki;

Andrzejowi – że był pierwszym czytelnikiem, i za wszystko inne;

Waldkowi – za bezwarunkowe wsparcie, zawsze.

Prolog

Listopad 2010

Krystyna zawsze lubiła białe kwiaty.

Spojrzała na wazon. Bukiet był idealny. Na delikatnych, ciemnozielonych, niemal bezlistnych łodygach zwieszały się kiście białych płatków o słodkim aromacie. Połączenie delikatności i obfitości, dziewczęcości i kobiecości. Frezje są wprost stworzone do ślubu.

„Biały to nie kolor”, przypomniały jej się słowa matki. Szkoda, że nie ma jej tu dzisiaj, w tym wyczekanym dniu.

Wszystkie starania, których zwieńczeniem miała być dzisiejsza ceremonia zawarcia związku małżeńskiego, Krystyna poczyniła samodzielnie. Wybrała termin, choć z pewnym wahaniem. W polskim kalendarzu trudno o gorszy miesiąc na rozpoczynanie nowej drogi życia niż listopad. Spojrzała przez okno. Za szybą widniały różne odcienie wilgotnej szarości. Na pierwszym planie dominowały ciemne pofalowane blachy garaży przed jej blokiem. Paskudne bunkry, w których sąsiedzi trzymali swoje wypucowane polonezy. Trochę dalej monotonia przybrudzonych elewacji szeregówek, kiedyś oznaka majętności i koneksji, dziś już nieobowiązująca. Na trzecim planie skołtunione, sfilcowane, brudne jak owce na redyku chmury, z których gęstą mgławicą sączył się deszcz.

Grudzień byłby pewnie lepszy. Może biały, na pewno ze szczęściodajnym „r”. Krystyna nie chciała jednak czekać. Nie było w niej niecierpliwości młodych kochanków, którzy z drżeniem szykują się na wspólną codzienność. Nie było przyjemnie dręczącej niepewności, jakim człowiekiem okaże się przyszły mąż. Znali się z Januszem bardzo dobrze; nie sądziła, by cokolwiek w nim mogło ją jeszcze zaskoczyć. Po prostu chciała po raz ostatni zamknąć drzwi swojego mieszkania w sulejóweckim bloku i przeprowadzić się do warszawskiej kamienicy Janusza, już jako jego żona. Kiedy wreszcie stało się to możliwe, okołoślubne detale, które zwykle tak zaprzątają głowę pannom młodym, straciły na znaczeniu.

Więc listopad. Urząd Stanu Cywilnego na Fałęckiej, w mokotowskim sąsiedztwie Janusza. Do nowej rzeczywistości formalnoduchowej wejdą przez burą betonową bramę, ale i to nieistotne. Ważne, że drogę powrotną odbędą już jako małżonkowie.

Obrączki też ona wybrała. W Januszu próbował dojść do głosu racjonalny i oszczędny mężczyzna. Zaproponował wykorzystanie rodzinnej biżuterii. Skoro daje się kruszec, to jedynym kosztem będzie jubilerskie rzemiosło. Krystyna, choć także rozsądna, gdy chodzi o finanse, zaprotestowała. Dwa kółka, symbole nieskończoności, nierozerwalnego bycia jednym, ale we dwoje, nie mogą zostać przetopione z cudzych żyć i wspomnień. Dość już minimalizowania kosztów, wykorzystywania okazji, zachowywania rozsądku. Złote krążki, które wsuną sobie na palce, nie będą z odzysku.

Zamknęła nieduże pudełko powleczone czerwonym aksamitem i włożyła je do torebki z połyskującego atłasu w kolorze jasnej kości słoniowej. Materiał zawieszono na rogowej rączce, która nadawała temu przedmiotowi elegancki, trochę staroświecki charakter. Torebka pasowała do stroju. Krystyna długo ze sobą walczyła. W pierwszym, naturalnym odruchu każdej panny młodej chciała mieć białą sukienkę, zrezygnowała jednak z tego pomysłu. Suknie ślubne są bajkowo, wręcz nierzeczywiście piękne, namacalnie drogie i przeznaczone do podniosłych kościelnych zaślubin. Olśniewająco wyglądają na wysokich, smukłych pannach. No i trzeba je zamawiać z dużym wyprzedzeniem. Krystyna zaś wybierała się na spotkanie z urzędnikiem, czasu nie miała wcale, miała natomiast zdecydowanie nieidealną figurę, w której od razu, jako najbardziej oczywisty mankament, na plan pierwszy wysuwała się zbytnia obfitość ciała. Poprosiła więc krawcową o uszycie sukni koktajlowej. Wybrała prosty krój ze zmyślnym systemem zaszewek maskujących naddatek kilogramów. Żadnych odpustowych zdobień, błyszczeń, koronek. Kolor écru, skoro sukienka nie jest tradycyjna.

Zsunęła z siebie lekki pikowany szlafrok. Stanęła w samej bieliźnie przed dużym starym lustrem w dębowej ramie. Rajstopy włożyła już wcześniej. Uważnie się im przyjrzała – żadne oczko nie opuściło szeregu. Sięgnęła po wieszak. Rozpięła wszyty w bok sukienki suwak. Podniosła ręce i pozwoliła materiałowi spłynąć na ciało. Zapięła zamek. Przybliżyła się do szklanej tafli. Fryzura, ułożona wczoraj przez niezawodną panią Marysię, przetrwała w nienaruszonym stanie. Krystyna była wierna temu uczesaniu od lat. Wzorowała się na Lady Dianie, nawet kolor, teraz już będący efektem farbowania, miała podobny. Było praktycznie i wygodnie, sprawdzony typ bez żadnych udziwnień.

Z kosmetyczki leżącej na okrągłym stole przykrytym żakardową serwetą wyjęła pomadkę. Czerwony makowy kolor, jej znak rozpoznawczy. Jedno pociągnięcie i twarz nabierała wyrazu. Lekko wydęła usta, przesunęła po nich szminką, zostawiając jaskrawy ślad. Tusz na rzęsach się nie osypał; ciemny brąz mascary ładnie kontrastował z chabrowym kolorem oczu. Strzepnęła nadmiar pudru z gąbki i omiotła nią twarz, poprawiając makijaż. Gotowe.

Podeszła do kanapy, na której leżało pudełko z butami. Pantofle też były nowe. Z miękkiej kremowej skóry, na lekkim obcasie, wiązane na woskowane sznurówki. Dobre na ciepłą, pogodną jesień, ale kilka kroków w burej i mokrej szarudze, od klatki do taksówki, którą przyjedzie po nią Janusz, też nie powinno im zaszkodzić. Usiadła, wyjęła je z pudełka, z przyjemnością wwąchując się w zapach nowości i solidności.

Spojrzała na zegar. Do przybycia narzeczonego pozostał jeszcze kwadrans. Wełniany płaszcz i jedwabna apaszka czekały na wieszaku w przedpokoju. Wyjęła frezje z wazonu i odłożyła je na przygotowaną wcześniej ścierkę, żeby osuszyć ich łodygi. Nawet w kupnie bukietu wyręczyła pana młodego. Wytłumaczyła mu, że jeśli zamówi kwiaty sama, to dłużej będzie się nimi cieszyć. No i będą dokładnie takie, jak sobie często marzyła. Nie oponował.

Sięgnęła po torebkę. Do pudełka z obrączkami dołożyła kosmetyczkę i paczkę chusteczek higienicznych oraz etui z okularami. Klucze od mieszkania schowała do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Brakuje jeszcze dowodu osobistego. Sięgnęła po dużą czerwoną portmonetkę i z jednej z przegródek wyciągnęła odpowiednią kartę. Z tym kawałkiem plastiku też się pożegna, bo po ślubie przyjmie nazwisko męża. Za miesiąc odbierze nowy identyfikator obywatela. Będzie na nim inne zdjęcie, inne nazwisko. Tylko data urodzenia pozostanie ta sama: 14 listopada 1932 roku.

Krystyna kończyła dziś 78 lat.

Lata 1950–1954

Marzec 1950

Bolało jak nic dotąd w życiu. Ból kąsał, szarpał, kawałek po kawałku wyrywał jej wnętrzności jak żarłoczne zwierzę, pozbawiał ją myśli i wszelkich odczuć, odzierał z resztek godności. Z jakiegoś powodu, który teraz wydał jej się żałosny, przyjęła, że po tym wszystkim, co przeżyła, jest odporna na ból. Że skutecznie zaimpregnował ją strach, w którym tkwiła tak długo, aż zrósł się z jej ciałem jak pancerz, i żałoba, która cięła duszę na wąskie paseczki jak żyletka i nijak nie dawała się uciszyć. Kaźń psychiczna jest straszniejsza od jakiejkolwiek tortury fizycznej.

Tak była gotowa twierdzić jeszcze wczoraj. Teraz kolejne minuty i kwadranse pozbawiały ją tej pewności. Nie mogła uwierzyć, że to, co się dzieje, odbywa się w zgodzie z naturą. Jej zdaniem było to cholernie wbrew naturze.

Pościel była mokra, jej ciało było mokre. Ohyda. Czuła się lepka i brudna jak wtedy, gdy…

Stop. Tego nie wolno wspominać.

Skupiła się na tym, co tu i teraz. Cisza. Noc. Fetor lizolu. Obmierzła jarzeniówka. Szkaradne seledynowe lamperie. Tylko trupa brak. Choć nie, gdzieś w pobliżu, może w piwnicy, są pewnie całe stosy trupów.

Strząsnęła z siebie ten idiotyzm. Dlaczego, do diabła, myśli o trupach zamiast o nowym życiu?

Zachciało jej się pić.

Sama siebie rozczarowywała. Jest przecież twarda i postępuje racjonalnie, jak może się zachowywać jak któryś z tych mięczaków, którymi całe życie gardziła? Jak…

Stop.

Wdech. Wydech, jakby z westchnieniem.

Nie będzie jęczeć. Chociaż tyle. Pozwoli sobie na ten jeden drobny skrawek godności.

Tylko…

Niech. To. Się. Skończy.

W smród lizolu, lamperie i jarzeniówki wdarł się nagle stukot drewniaków, raczej żwawy niż powolny. To dobrze. Nie znosiła człapania.

Kroki skręciły do sali i zmaterializowały się w postać kobiety w białym fartuchu.

– No, pokaż, jakie rozwarcie? – Bezceremonialnie odchyliła cienką, mokrą kołdrę. – Eee… Lipa. Pierworódka, co? Nie masz ty, kobito, warunków. Wszystko małe, biodra wąskie, nie ma se jak dzieciak drogi utorować. Jeszcze się trochę pomęczysz.

Rzeczywiście, pomęczyła się jeszcze osiem długich godzin, z których ostatnia była piekłem. Świat wokół rozmazywał się, wirował, przestawał istnieć, żarłoczne zwierzę wyszarpywało jej spomiędzy nóg kolejne kęsy ciała.

Położna najbardziej lubiła właśnie tę fazę. Nudziły ją niewyraźne początki porodów, pojękiwania i utyskiwania kobiet, na wyrost i bez sensu, bo nie oszczędzały sobie sił na potem. Lubiła klarowne sytuacje: rytmiczne skurcze, akcje porodowe, efekty w postaci kolejnych całych i zdrowych obywateli Polski Ludowej.

Ni stąd, ni zowąd w piekielnych czeluściach rozległ się płacz dziecka. Dziwne, jakby zupełnie zapomniała, do czego to wszystko miało prowadzić.

– Syn – obwieściła z satysfakcją położna i na potwierdzenie swych słów pokazała Rucie sinawego człowieczka pokrytego krwistym śluzem. – Macie dla niego imię?

– Władek – Ruta mruknęła przez wyschnięte gardło. – Czy mogę dostać coś do picia?

Położna poszukała wzrokiem drugiej, która od jakiegoś czasu także kręciła się po sali.

– Idź jej przynieś, ja tu jeszcze muszę urodzić łożysko i jakoś ją połatać.

Druga znikła w drzwiach na korytarz, a po dłuższej chwili wróciła z burym kubkiem bez ucha. Było w nim gorące mleko z kożuchem.

Piła bezmyślnie i łapczywie, parząc sobie palce i wargi. Człowieczek, zważony, zmierzony i oceniony jako zdrowy, został już zawinięty w ciasny kokon i odtransportowany do sali pełnej podobnych do siebie noworodków.

– Za drugim razem pójdzie łatwiej – odezwała się położna, niepytana.

Ruta odstawiła pusty kubek na blaszaną szafkę.

– Nie będzie żadnego drugiego razu.

Miłość od pierwszego wejrzenia zdarzyła jej się raz – kiedyś, w odległym, już nieaktualnym życiu. Ten rodzaj wzruszeń uważała za zamknięty, wyparty z pamięci rozdział, jak list, którym dawno temu założyło się miejsce przerwanej lektury w książce, i nigdy się do niej nie wróciło. Bardzo się pilnowała, by jej nowe życie było schludne i spokojne, pozbawione zarówno rozpaczy, jak i uniesień. Nie dawała się ponosić ani emocjom, ani falom wspomnień, ani nadziejom, może jeszcze bardziej zgubnym. Zresztą nawet niespecjalnie musiała się pilnować, bo nowe życie naprawdę takie właśnie było: skrojone na miarę obywatelki nowo powstałego ludowego państwa, sprawiedliwie i równo przycięte do jej potrzeb i możliwości. Jak krótkie, ostrzyżone na chłopczycę włosy Ruty. Albo jak koszule Jakuba, poskładane w szafie w gładkie, równe, sztywne od krochmalu prostokąty.

Jako że poród skończył się nad ranem, a ją samą uznano za wyeksploatowaną, synka przyniesiono jej dopiero późnym popołudniem. Szpitalne życie pomału zamierało. Przez okna wlewała się przygnębiająca szarzyzna zmierzchu, którą nędzne oświetlenie rozpędzało tylko trochę. Salowe wypucowały już sanitariaty żrącymi płynami, na metalowy stół na skrzypiących kółkach co parę chwil ktoś hałaśliwie odkładał naczynia po mdłej kolacji. Położnice z sąsiednich łóżek drzemały z większym lub mniejszym przekonaniem, znużone okolicznościami i sobą nawzajem.

Pośród tego wszystkiego ni stąd, ni zowąd nad jej łóżkiem stanęła pielęgniarka z białym kokonem.

– Coś jeść nie chce ten wasz. Śpi tylko cały dzień. A chudzina jest, powinien jeść. No, macie, zapoznajcie się. Może się dzieciak rozbudzi, to go na noc podkarmimy. – Wręczyła Rucie zawiniątko, odwróciła się na pięcie obutej w klapiący chodak i odeszła.

Faktycznie spał. Zmierzch i to liche światło, właściwie nie wiadomo: pierwsza czy druga faza, chyba ją otępiły. Ruta na chwilę odłożyła becik z dzieckiem obok siebie i podniosła dźwignię łóżka do pozycji siedzącej. Wzięła zawiniątko – było lekkie, lżejsze niż się spodziewała – i umieściła sobie na kolanach.

Co dalej?

W ciągu jednej doby kolejny raz dała się zaskoczyć. Nie chciała go budzić – kontemplowała więc bezmyślnie odsłonięte części ciała synka. Maleńkie dłonie, cienkie paluszki, misterne paznokietki. Uszy zupełnie jak u dorosłego, tylko cztery razy mniejsze. Wysokie – jak na noworodka, rzecz jasna – czoło. Na policzku, pod okiem, jakieś wybroczyny, pewnie ślady po długim porodzie. Usta…

Usta bez żadnego uprzedzenia nagle się rozziewały i Władek otworzył oczy.

Spojrzał prosto na nią. Patrzył badawczo i spokojnie, bez głębszych emocji, jakby wprost z krwiobiegu matki przyswoił sobie jej życiowe nakazy. Trudno to było dokładnie ocenić, lecz sądząc po rączkach, cienkiej szyjce i ani trochę nie pucołowatych policzkach, chyba rzeczywiście był chudy. Pośród tej chudości oczy wręcz pałały, duże i ciemne. To były oczy zarazem malca i starca; wiedzące, rozumiejące, patrzące na wskroś. Znające ją od zawsze.

To wtedy przepadła. W sercu poczuła głęboki skurcz, aż do bezdechu i bólu, a potem zalała ją fala ciepła. Musiało minąć parę chwil, nim pojęła, że to mleko wyciekło jej na koszulę. Szorstkie płótno lepiło się teraz do skóry, mokre plamy szybko stygły. Jeszcze jedna niespodzianka od jej ciała: przez trzydzieści lat życia przyzwyczaiła się, że prawie nie ma piersi. Mniej więcej w połowie ciąży te płaskie miejsca zaczęły swędzieć i rosnąć, a ich rozmiar zdumiewał ją bardziej niż wydęty brzuch. Po porodzie zaś, zupełnie niespodziewanie, zmieniły się w dwie twarde, ciężkie, nabrzmiałe kule.

Zdradzieckie ciało.

Niewiele myśląc, rozwiązała troki koszuli i przystawiła dziecko do jednej z kul. Władek przyssał się skwapliwie.

Uczucie ssania było dziwne, trudne do określenia. Łaskotało ją i drażniło, a jednocześnie sprawiało idiotyczną przyjemność. Chyba można się było od tego uzależnić.

Na chwilę się zawahała. Miała się za postępową. W domu czekały już dwie wygotowane butelki i solidny zapas mleka w proszku, o które postarał się Jakub. Karmienie piersią kojarzyło jej się z zapoconymi wiejskimi babami, bez zażenowania dającymi dzieciom jeść, przycupnąwszy bez wdzięku byle gdzie, na skraju pola, przy piecu czy za stodołą. Wydawało jej się to niehigieniczne, może wręcz niestosowne – z pogranicza macierzyństwa i erotyki.

Władkowi jednak nic a nic nie przeszkadzało. Ssał, ujmując jej bólu i sprawiając, że czuła się potrzebna. Napawało ją to spokojem i dawało otuchę.

Wszystko jest tak, jak powinno.

Idealny. Jej piękny syn.

Słusznie się domyśliła, że stukot chodaków wyznaczy koniec ich widzenia.

– No dobra, kochana, nacieszyłaś się, teraz odpoczywaj. Zobaczycie się jutro. – Pielęgniarka wzięła dziecko jedną ręką. – Korzystaj, wysypiaj się – dodała jeszcze i zabrała Władka do sali noworodków.

Ruta poczuła się niekompletna i rozdarta.

Po raz drugi w życiu zakochana.

Jakub przyszedł nazajutrz. Pora odwiedzin nastała i minęła – nie trafił w nią, lecz banknot wciśnięty w dłoń portiera załatwił sprawę. Zobaczyła go w drzwiach sali, do której nie śmiał wejść. Słomianego wdowieństwa nie było po nim znać – gładko ogolony, z zaczesanymi do tyłu lekko falującymi włosami, które po wielekroć w ciągu dnia ujarzmiał grzebykiem noszonym w kieszeni marynarki. Miał na sobie jedną z tych koszul, których równe rzędy zostawiła w szafie przed pójściem do szpitala.

Nie można mu było odmówić urody. Wysoki, szczupły, starannie ubrany. Pociągła twarz, charakterystyczne kreski brwi, pełne, ładnie wykrojone wargi – wszystko to czyniło go niezwykle podobnym do Humphreya Bogarta. Może jedynie był ciut bardziej smagły – lecz kto mógł to zauważyć w dobie czarno-białych filmów?

Coś w układzie owych brwi i ust sprawiało, że odruchowo przypisywało mu się zatroskanie pomieszane z niedowierzaniem. Może dzięki temu cieszył się opinią przejętego studenta, uważnego rozmówcy i oddanego sprawie pracownika.

Ruta zarzuciła na siebie szlafrok i wsunęła stopy w podniszczone klapki. Szła do drzwi, równocześnie wkładając ręce w rękawy i obwiązując się paskiem. Ostatni krok połączyła z przeczesaniem palcami włosów.

– Witaj. – Ucałował ją w policzek. – Można go zobaczyć?

– Z twoimi sposobami pewnie można. – Uśmiechnęła się półgębkiem.

– A ty jak się czujesz? – Zmierzył żonę długim, uważnym spojrzeniem.

– Bardzo dobrze. Lepiej niż z brzuchem.

– Świetnie. To chodźmy, bardzo już chciałbym… Gdzie to jest? Daleko? Możesz chodzić?

– Oczywiście, że mogę.

Ruszyli ciemnawym korytarzem. Ruta poprowadziła go do dużego przeszklonego okna, zza którego dobiegały dźwięki przypominające zbiorowe miauczenie.

– Jest tam.

Jakub przysunął się do szyby. W pomieszczeniu za nią stały cztery rzędy łóżeczek z miauczącymi mieszkańcami.

– Który to?

– Stąd nie zobaczysz.

– A pokój pielęgniarek? – Rozejrzał się.

– Drzwi obok.

– Przepraszam cię na chwilę. – Dotknął jej ramienia i lekko je ścisnął. Sprężystym krokiem podszedł do wskazanych drzwi. Bez cienia zawahania zapukał i nie czekając na zaproszenie, nacisnął klamkę. Wnet znikł za nimi cały, by po minucie wyłonić się w towarzystwie ubranej na biało kobiety.

– Jeszcze raz, jak się dziecko nazywa?

– Władysław Dobrowolski.

Pielęgniarka skinęła głową i weszła do sali noworodków. Za moment wyszła z niej i wręczyła Jakubowi właściwy becik.

Rutę zalała fala znajomego ciepła. Jakub stał sztywno, bez ruchu i wpatrywał się w trzymany w rękach dar. Ruta nie mogła się powstrzymać, by nie wspiąć się na palce i też nie popatrzeć na małego.

– Cześć, Władek. Mój synu. Jaki jesteś… malutki… – Zamilkł, nie chcąc ryzykować, że załamie mu się głos.

Władek swoim zwyczajem wlepił w niego spokojne spojrzenie dużych czarnych oczu. Jakub nie wiedząc, co zrobić z nagłym przypływem czułości, nieświadomie zaczął go kołysać.

– Nieprawdopodobne uczucie – zwrócił się do Ruty. Głos był już w normie, za to oczy Jakuba, tak samo czarne i przepastne jak oczy syna, podejrzanie lśniły.

On też złamał zakaz i uległ wzruszeniu.

Kwiecień 1950

Pod ścianą stały rzędy gumowych bucików. Wszystkie czarne, zdjęte z dziecięcych stópek, jedne trochę niższe, inne z wyższymi cholewkami. To pewnie od nich, a może też od przenikającej stare drewniane ściany wilgoci ciągnął chłodny, kwaskowatosłony zapach. „Wyglądają jak trupięgi przyszykowane przed podróżą na tamten świat”, pomyślała Krystyna. Na zewnątrz kwietniowe słońce rozbudzało jeszcze uśpione życie, lekki wiatr przyjemnie omiatał twarz i niósł nadzieję, ale tu w środku panowała taka atmosfera, jakby tych pięciu powojennych lat wcale nie było.

– Licho tu u nas, prawda? Pewnie nie to, co w Warszawie. – Za plecami Krystyny rozległ się donośny i ciepły damski głos. – Wanda Pokorska, kierowniczka przedszkola. Dzień dobry.

Była postawną na oko pięćdziesięciolatką o gęstych, ciemnych włosach, tu i ówdzie przeplecionych srebrnymi nitkami i zebranych w staranny kok. Miała na sobie prostą granatową sukienkę z cienkiej wełny, cieliste pończochy i brązowe buty na grubej podeszwie. Budziła zaufanie; były w niej zarówno nauczycielska schludność i solidność, jak i matczyne ciepło.

– Krystyna Różycka. Miło mi panią poznać.

– Łatamy, jak możemy. O nowym budynku na razie nie ma nawet co marzyć, ale na jesieni ma powstać fundusz socjalny, to zamówimy jakieś mebelki, wieszaki, kupimy trochę zabawek. Teraz nasza codzienność to stare szkolne ławki, talerz ciepłej zupy i ciągłe czyszczenie wszystkiego mokrą ligniną. Dla wielu dzieci – Wanda wyciągnęła pulchną dłoń w kierunku rzędów czarnych kaloszków – to i tak warunki lepsze niż w domach.

– Mnie taki trud niestraszny. – Krystyna się uśmiechnęła. – Ciocia opowiadała, jak tu jest.

– Zosia bywa u nas czasem. Jak tylko dostałam klucze, to przyszła pomóc w sprzątaniu. Dobry z niej człowiek. Nie lubi, kiedy ją chwalić, pyta, co ma robić przez cały dzień w domu, skoro jest sama i bez większych obowiązków. No bo pani przecież w seminarium w Warszawie… Ale to już niedługo, wróci pani do Sulejówka, to będzie jej raźniej. A do pracy ma pani pięć minut spacerkiem z domu. Takim wolnym, na obcasach – roześmiała się Wanda.

– Prawdziwych obcasów to jeszcze nie miałam, ale rzeczywiście jest blisko. Smutno po prostu patrzeć, w jakich warunkach te dzieci muszą zaczynać marsz przez życie.

– One nie maszerują, one biegają. – Wanda znowu się roześmiała. – Są szczęśliwe. Nie mimo wszystko ani na przekór wszystkiemu. Bywa, że i nauczyciel może brać nauki od ucznia. To co, obejrzymy teraz to nasze królestwo? Dzieci akurat śpią po zupie, mamy trochę czasu.

Przedszkole mieściło się w starym drewnianym budynku z przechodnimi pokojami. Z mrocznego, lekko zatęchłego przedsionka przerobionego na szatnię wchodziło się do dużej, dość jasnej sali. Pod ścianami ustawiono ławki i krzesła ze szkolnego demobilu. Krystyna próbowała sobie wyobrazić czterolatka wdrapującego się na wysokie siedzisko, by dosięgnąć równie wysokiego blatu biurka. Wanda najwyraźniej uchwyciła to spojrzenie:

– Darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda. Wzięliśmy, co dawali. Ale nie dość, że za duże dla naszych dzieci, to jeszcze poniszczone. Co i raz któryś maluch z zadrą przybiega. Jodyna stoi o tu, na stoliku. Nawet nie chowam.

Całe wyposażenie edukacyjne mieściło się w sporej drewnianej szafie, z której zdjęto oba skrzydła drzwi. Pudełka z kredkami, trochę książek, niewiele zabawek.

Druga sala tonęła w półmroku; okna przysłonięto grubymi firanami i – częściowo – kotarami z bordowego flauszu. Na podłodze ułożono sienniki. Dzieci leżały w poprzek, po czworo na jednym posłaniu. Spod lekkich kołder wystawały bose stopy.

„Jak pokotem położone”, pomyślała Krystyna. Nie znosiła tych swoich skojarzeń naznaczonych śmiercią; próbowała nie dopuścić do tego, by się przebijały z mroku przeszłości i zaciemniały teraźniejszość. Coraz częściej jej się to udawało. Dzisiaj miała gorszy dzień.

– W ostatnim pomieszczeniu mamy kuchnię. Piec na drewno, stół, kredens. Z udogodnień jest bojler. Łatwiej nam dzieci myć i utrzymać czystość. Przyda się zwłaszcza teraz, na wiosnę, bo z tyłu jest kawałek ogrodu.

Wyszły z budynku. Ogród był podzielony na dwie części – po lewej stronie połać trawnika, po prawej kilka drzew owocowych.

– Część trawnika zabierzemy na warzywnik. Dzieci będą miały i zabawę, i naukę. Do drzew przyszedł ogrodnik, już są przycięte, więc oprócz cienia będą też owoce, jabłka i śliwki. To jak się pani widzi, pani Krystyno? Odnajdzie się pani tu u nas?

– Z pewnością. – Krystyna miała sporą wprawę w odnajdywaniu się w różnych okolicznościach, warunkach, u kogoś. Nie pamiętała, jak to jest być u siebie, gdzie wszystko jest pewne i niezmienne. Gdzie teraźniejszość jest równo utkana z dobrej przeszłości, a przyszłość ma wyraziste kontury. Gdzie przedmioty pamiętają dotyk rąk przodków. Gdzie bliscy są obok, a codzienności nie przysłania trwoga, że nagle znikną.

Z trudem, jak w gęstej mgle, szukała we wspomnieniach tego magicznego „u siebie”. Kolekcjonowała te obrazy jak zdjęcia w albumie.

Niedzielny obiad. Gruzełki kołkowej serwety na grubym blacie okrągłego stołu w jadalni. Parująca miska sypkich białych ziemniaków, błyszczących od stopionego tłuszczu i obficie posypanych drobno ciętym koprem.

To zielone konfetti przypominało jej dywan z kwiatów układany w Boże Ciało przed ołtarzem ustawionym przy remizie strażackiej. Dokoła niego mieniły się drobne liście młodych brzóz, ściętych właśnie na tę okazję.

Spacery wyasfaltowaną uliczką – od sklepu Jankla do domu Zabielskich.

Ciepły blask latarni gazowych przy aptece, który delikatnymi smugami oświetlał sąsiednie uliczki.

Przy tych zdjęciach leżała równo przycięta, trochę pożółkła tekturka ze starannie wykaligrafowanym napisem: „Kałuszyn, dzieciństwo”.

Potem w tym jej wspomnieniowym albumie było kilka stron z nieostrymi, rozmazanymi fotografiami. To część zatytułowana „Kałuszyn, początek wojny”.

Kolejne stronice: „Kałuszyn, po 1943 roku” były wyrwane, wyszarpane. Zostały po nich nierówne strzępy papieru.

Znowu kilka pustych stron, tylko dymna czerń grubej tektury. Drukowane litery i cyfry: „Lata 1943–1945”.

Potem zmiana stylistyki. Nowa plakietka, papier cieńszy, pewniejszą ręką poczyniony napis ołówkiem: „U ciotki w Sulejówku. Po roku 1945”. Zaledwie kilka fotografii, w pozowanych ujęciach: Krystyna, ciotka, ciotka z Krystyną. Seryjne portrety na powtarzającym się tle.

Teraz album czekał na nowy zestaw fotografii: „Sulejówek, 1950. Znów u ciotki. Pierwsza praca”.

Dziś byłam na pierwszej rozmowie w przedszkolu. Pani Wanda, kierowniczka, jest bardzo miła. Widać, że oddana dzieciom. Budynek w nie najlepszym stanie, ale czego wymagać w tak trudnych czasach…? Zresztą budynek nie jest najważniejszy. Wszędzie, w każdych warunkach można żyć, istotne, kto jest obok.

I z domu do pracy tak blisko. Z domu… No, z domu, bo u cioci znowu będę mieszkać, ale to słowo wciąż nie chce się dopasować do mieszkania na 15 Sierpnia. Kiedy mówię, kiedy słyszę słowo „dom”, widzę naszą kamienicę w Kałuszynie. Czuję pod stopami wytarte drewniane stopnie. Mam na podniebieniu smak zacierek z zupy jarzynowej Mamy. To wszystko jest takie odległe, dawne, jakby nigdy się nie wydarzyło, jakby nigdy tego nie było, a jednocześnie tkwi we mnie tak głęboko i wcale nie chce tego nowego dopuścić.

Ciocia to dobry człowiek. Uczciwa, rzetelna. Ale tak różna od Mamy. Może też by się nauczyła takiego ciepła, gdyby miała dzieci…? Nie narzekam, skądże, cieszę się, że ją mam, przynajmniej ją, zawsze to rodzina.

Tak, cieszę się. Bardzo się cieszę, że jadę do Sulejówka, do nowego przedszkola, do cioci, do domu.

Wyszli ze szpitala szóstego dnia po porodzie. Jakub uwiecznił tę chwilę, robiąc im zdjęcie na tle nobliwego budynku. Ilekroć Ruta wracała do tej fotografii, czuła trudną do wyjaśnienia irytację. Stała spięta, oślepiona słońcem, ubrana w zbyt obszerny płaszcz, w nienaturalnej, sztywnej pozie, by nie pośliznąć się z dzieckiem na zdradliwych schodach.

A może chodziło o tabliczkę? Nad jej głową wisiała niepotrzebna, niestosowna, wręcz prowokacyjna tabliczka z napisem: „Szpital Dzieciątka Jezus”. Ruta wierzyła w lepszą przyszłość, nie w Boga. W niedawnych latach Bóg sromotnie ją zawiódł niezliczenie wiele razy. W szpitalu też niespecjalnie pomagał. Więc po co te ceregiele?

Pod fotografią zapisała w albumie: „6 marca 1950”. Tylko tyle.

Wojenne zdjęcie, niech je szlag. Pięć lat po wojnie.

Na szczęście wszystkie następne kadry były już udane. Jakub kupił aparat wnet po pierwszym spotkaniu z synem, jakby z miejsca przeczuł, że czeka ich dobry, wart uwieczniania czas. Fotografowanie dobrze mu się kojarzyło z dawną – pierwszą, ideową! – pracą w gazecie. Był tam wprawdzie reportażystą i felietonistą, ale bardzo lubił podpatrywać Zenka, który robił u nich za fotografa. Nim Ruta z Władkiem wyszli ze szpitala, Jakub nabrał dostatecznej wprawy w zakładaniu kliszy i ustawianiu ostrości, a nawet – kto by pomyślał?! – w komponowaniu kadrów. Podobało mu się to nowe uczucie: niewyczerpana energia, ekscytacja, radość. Miał syna!!! Zdrowego chłopaka o pięknym nazwisku, żyjącego w wolnym kraju, któremu on, Jakub, jest w stanie zapewnić doskonałe warunki. Podobało mu się bycie ojcem. Jak nigdy dotąd podobało mu się także bycie mężem Ruty. Wierzył, że macierzyństwo ją odmieni, widział już zresztą pierwsze jaskółki tej przemiany – i czekał, pełen nadziei, aż obudzone w niej nareszcie miękkość, łagodność i czułość zwrócą się także ku niemu, spłyną nań i otoczą go żoniną miłością, na którą w pełni zasłużył. Był jej wdzięczny za to wszystko, czego doświadczał dzięki ojcostwu – na pewno i ona w końcu uzmysłowi sobie, że dar bycia matką zawdzięcza przecież jemu, Jakubowi! Jego uporowi w zakradaniu się nocą do jej ciała, w mozolnym wysupływaniu jej z długich, sztywno krochmalonych koszul, w całej tej szamotaninie, przy jednoczesnym udawaniu, że nie dostrzega braku zapału z jej strony. Na początku było inaczej: przylgnęli do siebie psychicznie i fizycznie, szukając w sobie nawzajem otuchy, pociechy i utulenia po nieszczęściach i traumach, które przeżyli. Zaczęli ze sobą być, w każdym wymiarze, nie z zakochania, a z instynktu życia. I oto teraz powołali nowe życie. Które wszystko zmieni.

Kliszę zapełnili w tydzień. Jakub wywołał ją sam w prowizorycznie urządzonej w łazience ciemni. Zdjęcia były monotematyczne, lecz w żadnym razie (przynajmniej dla nich) nie monotonne. Władek w beciku. Władek ziewający. Władek przy piersi (choć Ruta nieco fukała). Władek z mamą, Władek z ojcem. Niektóre wyszły trochę nieostre, ale to nic. Zupełny drobiazg. Dojdą do wprawy, następne będą coraz lepsze. Zaprawdę, piękny czas.

„Władek” – Ruta wykaligrafowała na pierwszej stronie albumu z czarnymi stronicami. Nie była zbyt zadowolona ze swego charakteru pisma, nigdy nie przykładała się do tego, by pisać ładnie, miało być tylko sprawnie i skutecznie – tym razem jednak się postarała. Kreśliła linie kolejnych liter powoli i uważnie, by nie zadrżała jej ręka, bo zaraz byłoby widać; ponadto litery były znacznie większe niż w jej codziennym maczku – w efekcie trudno było poznać, że to jej dzieło.

Mijało niedzielne popołudnie. Siedzieli we dwoje przy stole w salonie, pili herbatę, słuchali muzyki. Tygodniowy Władek spał na kanapie w ciasno związanym beciku. Ruta porozkładała na całym blacie zdjęcia, w tej samej kolejności zamierzała je następnie przenieść na stronice albumu. Na pierwszą poszła ta nieszczęsna „wojenna”. Nie lubiła jej, ale cóż, tak nakazywała chronologia.

Jakub przyglądał się jej w zadumie. Miło było patrzeć, jak coś tak mocno ją pochłania. Dopiero teraz do niego dotarło, że mimo rozlicznych spraw brakowało im dotąd zajęcia – takiego prawdziwego, ważnego, zawierającego w sobie autentyczną treść i sens.

Wytrząsnął z paczki papierosa, sięgnął po zapałki i już po chwili wydmuchnął pierwszą porcję kształtnych kółek dymu. Odwrócił się w stronę kanapy, a Ruta powędrowała za nim wzrokiem.

– Nasz skarb – rzekła miękko. – Cały świat w jednym kochanym chłopczyku.

Zawsze chciał, żeby taka była. Żeby umiała się otworzyć, rozczulić. Poczuć coś dogłębnie, a w dodatku jeszcze się tym z nim podzielić.

– Tak. – Zaciągnął się głęboko i pokiwał głową. – Jest wspaniały. I zarazem taki bezbronny, delikatny… – Znów nabrał w płuca porcję dymu. – Aż, wiesz… Nachodzą mnie takie myśli… że to niemądrze wkładać tyle uczucia w jednego człowieka.

Niepotrzebnie to powiedział. Co go podkusiło? Szczęście rozlane w błogie rozprężenie sprawiło, że stracił panowanie nad dozowaniem szczerości.

Ruta zatrzymała się w pół ruchu nad posmarowanym klejem rożkiem odbitki.

„Co chcesz przez to powiedzieć? Co masz na myśli?” – mogłaby zapytać. Ale za nic nie chciała usłyszeć tego, co miał jej do powiedzenia. Tego, co chciał jej przypomnieć. Tego, co zaraz wszystko jej zepsuje.

Ręka z buteleczką kleju zaczęła nieznacznie drżeć. Spostrzegł to.

– Przepraszam, Ruta – rzekł szybko, ze skruchą. – Nie chciałem… Chodziło mi tylko o to… Po prostu ja też jestem teraz… nie wiem… bardziej przeczulony? Też się boję, tak jak i ty, żeby mu włos z głowy nie spadł. Żeby nigdy… – Zapędził się w zakazany rewir i utknął.

Lecz ona już tężała. Zamiast choć jeden cholerny raz ulec słabości i wypłakać się jak człowiek, wybeczeć, wywrzeszczeć, wyrzucić z siebie lęk i ból, a wreszcie na koniec bezradnie osunąć się w jego ramiona i wyłkać do reszty, ona po swojemu prędko brała się w garść. Sama. Bez niczyjej pomocy.

Zamiast matki rozpłakał się Władek.

Jakub się obrócił.

– Zostaw, ja go wezmę. – Już go wyprzedzała. Już odsuwała krzesło, już biegła na ratunek. Niezawodna, niezastąpiona, osobna. Podniosła Władka trochę za mocno, trochę za szybko, tak że rozpłakał się jeszcze głośniej, ale to nic, to nic. Ruta już coś nuciła, jedną ręką trzymała becik, a drugą sprawnie rozpinała bluzkę, wyjmowała pierś, szybko przetarła ją wilgotną ściereczką i podała Władkowi do buzi. Płacz ucichł. Świat znów został uratowany.

Najgorsze było to, że miał rację.

To nie powinien być album Władka. Powinna wklejać do niego zdjęcia wielkiej familii, a nawet dwóch – bujne drzewo genealogiczne obu rodów, imponująco szerokie w koronie dzięki licznym rozgałęzieniom. Na najwyższej gałęzi właśnie wydało swój najmłodszy, słodki owoc o czarnych oczkach. Na pierwszych stronach dziadkowie w usztywnionych pozach, potem dumni rodzice, niezliczone urocze ciotki, przystojni wujkowie, z tuzin kuzynów i kuzynek, którzy nigdy się nie urodzili…

Tymczasem był sam Władek. Jeden za wszystkich. Co za brzemię.

Przewracała się z boku na bok, nie mogąc zasnąć. Miał rację, że niemądrze jest kochać za bardzo. Wielka miłość to istne kuszenie losu. Równie dobrze mogłaby stanąć nad otchłanią piekieł i wołać do diabła: „Hej, ty tam! Popatrz tylko na tę miłość! Masz moc, by mi to zabrać i zniszczyć?!”.

W diabły nie wierzyła – w każdym razie nie w te żyjące poza ludzką skórą. „Piekło to inni”, Ruta rozumiała to jeszcze dosłowniej niż Sartre: piekło może być wszędzie, a diabłem może się stać każdy. Dlatego nie wolno jej powtórzyć błędu. Powściągnie tę miłość do zwykłych rozmiarów, a dla niepoznaki dodatkowo ukryje ją pod solidną warstwą oschłości. Bez nadmiernych karesów, bez cackania się i czułych słówek. Wtedy będą bezpieczni. Po tak suchym sercu żaden diabeł nie będzie się spodziewał wielkiej miłości.

W ciągu następnych tygodni Ruta pieczołowicie wdrażała w życie swój plan, w którym cnotą kardynalną uczyniła opanowanie. Miała do tego dryg: od dawna potrafiła dławić w sobie wszelkie popędy. To rozwiązanie zawsze się sprawdzało, nigdy jej nie zawiodło, ba! – wszystko w życiu zawdzięczała właśnie temu. Tłumiąc bunt, była dobrą córką. Tłumiąc egoizm, była dobrą siostrą. Tłumiąc pożądanie, była (do czasu…) porządną dziewczyną. Nie dając się ponosić bólowi, zmęczeniu czy złości, była świetnym kapitanem drużyny. Wreszcie: panując nad strachem, głodem i rozpaczą, przetrwała.

Najpierw opracowała harmonogram dla siebie i małego. O szóstej – pobudka, jeszcze przed Jakubem. Hartujący chłodny prysznic z pobudzaniem krążenia szorstkim ręcznikiem. Becik z Władkiem lądował na ten czas na posadzce na dwóch złożonych na pół ręcznikach. Następnie kawa zbożowa z mlekiem – dobra i dla zdrowia, i na laktację. Władek, który zaznał w szpitalu słodyczy matczynego mleka, konsekwentnie odmawiał przyjmowania sztucznego, toteż Ruta zdecydowała, że daruje mu karmienie butelką do czasu wprowadzenia kleiku i kaszki.

Do kawy zjadała dwie kromki chleba z twarogiem i miodem albo z żółtym serem, Władek zaś, nakarmiony nad ranem, musiał dać sobie na wstrzymanie przez przepisowe trzy godziny. O siódmej wstawał Jakub – tak by punkt ósma stawić się w ministerstwie.

Na pierwszy spacer Ruta wychodziła wraz z mężem. Rozstawali się jednak tuż za bramą – on szedł w stronę Śródmieścia, ona skręcała w lewo, w Ligocką.

Co rano przyjeżdżało tam paru chłopów spod Warszawy sprzedawać wprost z furmanek kartofle, kapustę – świeżą, w pobielałych głowach (jeśli na przednówku można mówić o czymkolwiek świeżym), i kiszoną – oraz przywiędłą, ubłoconą marchew, pietruszkę i seler. Już za parę tygodni asortyment poszerzy się o koper, botwinę i młodą włoszczyznę, doskonałą do wiosennego krupniku na kościach. Na razie za wszystkie nowalijki Rucie musiały starczyć szczypior i nać, które uprawiała na kuchennym parapecie. Wstępowała jeszcze do piekarni i do kiosku, obchodziła kwartał ulic i po niespełna godzinie z powrotem przestępowała próg domu.

Po spacerze było przewijanie, karmienie, przepierka paru sztuk brudnej tetry z nocy i z rana i rozwieszenie ich na balkonowym sznurze, poprzypinanych drewnianymi spinaczami. Potem, wracając z drugiego spaceru z małym, lubiła patrzeć na ten ich balkon. Powiewające na wietrze białe płachetki stanowiły niekwestionowany dowód, że pod tym dachem mieszka niemowlę o doskonale funkcjonującym pęcherzu i układzie pokarmowym. Do tego wietrzenie pościeli, koniecznie, i samego mieszkania. Balkon typu zadaszona loggia na szczęście pozwalał na takie luksusy bez oglądania się na pogodę – no, chyba że deszcz zacinał aż na szyby.

W południe szła na drugi, dłuższy, zasadniczy spacer. By szybko wrócić do formy, zaordynowała sobie codzienne przebywanie z wózkiem tej samej trasy, jaką pokonywała przed urodzeniem syna – z alei Niepodległości do Karolkowej, gdzie mieściły się Zakłady Wytwórcze Lamp Elektrycznych imienia Róży Luksemburg. Po trzech godzinach wracała, wypatrując balkonu z pieluszkami. („A może by zasadzić w tym roku pelargonie…? Tylko to jeszcze trochę, po przymrozkach. Chyba że bratki? Można by już…”). Na tym etapie dnia miała już obmyślone danie na obiad, któryś z domowych obowiązków, rozrywkę, słowem – resztę popołudnia. Żelaznym punktem był kocioł i gotowanie pieluch, w tym jednak upierał się pomagać Jakub. Może i słusznie: gar był ciężki i nieporęczny, zwłaszcza dla drobnej kobiety, z której połóg wciąż sączył cienką, lecz niegasnącą smużkę krwi.

Właściwie… o ironio, chyba tylko przy karmieniu piersią pozwalała sobie na parę chwil zawieszenia czujności. Zawsze odbywało się to w odosobnieniu, w zaciszu ich małżeńskiej sypialni, więc nikt nie był świadkiem jej słabości – czułego głaskania, obcałowywania rączek, szeptanek wygłaszanych miękkim głosem… Rzecz jasna, Jakub pozostał niewtajemniczony (choć raz czy dwa przyłapała go na uchyleniu drzwi i podglądaniu). Nawet sam Władek był wciąż bezpiecznie nieświadomy.

Tak minęło dwanaście tygodni przewidzianego prawem okresu opieki nad dzieckiem. Ruta jednak już wcześniej zdecydowała, że zostanie z synkiem w domu okrągły rok – na szczęście mężowskie uposażenie naczelnika departamentu w Ministerstwie Finansów z powodzeniem pozwalało spełnić tę fanaberię.

Wraz z wdrożeniem planu wszystko nabrało właściwego rytmu, a Ruta odzyskała spokój i poczucie bezpieczeństwa. W ogóle to był dobry czas – naprawdę się zżyli. Pogodny Władek stał się ogniwem, które dostarczało im tematów do rozmów, obserwacji, podziwu i zwierzeń. Rodzicielstwo było jak plomba, wypełniająca lukę, pustkę między nimi. Właśnie tak: zaplombowało w nich smutek, do którego nie trzeba wracać. Gdy Jakub przychodził z biura, Ruta zdawała mu relacje z postępów małego, on zaś wysłuchiwał ich z uwagą. Nie przepuszczał żadnej okazji, by pochwalić się synem w pracy, przed sąsiadami i znajomymi. Promieniał dumą i doprawdy… doprawdy, gdyby tylko to nerwowe opanowanie nie stało się obsesją Ruty… gdyby nie zdołała przekuć całej swej czułości w dobrą organizację – wszystko mogło się potoczyć wprost znakomicie.

Niestety Ruta była perfekcjonistką.

Maj 1950

Droga Ciociu!

Nie przyjadę w tę sobotę do domu. Wraz z dziećmi z naszego mariensztackiego przedszkola idziemy na przedstawienie Teatru „Niebieskie Migdały” – „Bajka o rybaku i złotej rybce”. Dla dzieci to z pewnością będzie duże przeżycie. Zresztą ja też się cieszę. Przyjemna rozrywka i chwila wytchnienia. Nauki zawsze miałyśmy w seminarium dużo, ale teraz, przed rychle zbliżającym się zakończeniem semestru i całej edukacji, materiału i pracy jest jeszcze więcej. Wiadomości z pedagogiki, nauka o rozwoju dziecka, szkolenie dykcji, chór, ćwiczenia fizyczne – dobra przedszkolanka musi umieć zadbać o całościowy rozwój podopiecznych.

Och, Ciociu, jak dobrze, że coraz więcej dzieci może korzystać z dobrodziejstw państwowej opieki przedszkolnej. Może trochę tego dobrodziejstwa spłynie i na „moje” (już je sobie przywłaszczam, jak Ciocia widzi) przedszkole, w którym od września będę pracować. Jak pięknie to może wyglądać, widzę w tym właśnie przedszkolu na Mariensztacie. Sale takie czyste, jasne, ładne. Zabawki nowe, porządne. Na podwórku sprzęt gimnastyczny dla najmłodszych. I kwitnie nawet życie przyrodnicze – dzieci opiekują się świnką morską, pocieszne stworzenie.

No nic. Poczekamy i my, i na pewno się doczekamy. „Cierpliwość jest kluczem do szczęścia”, jak mawiała Mama. Pani Wanda z pewnością zrobi wszystko, by dzieci miały jak najlepsze warunki. Nie znam jej prawie wcale, ale to jedno nasze spotkanie wystarczyło, żebym ją polubiła. Jest taka ciepła, serdeczna, oddana swojej pracy.

Po południu zaś mamy zebranie w sprawie letnich wakacji. Jak Cioci ostatnio wspominałam, jadę jako opiekunka do Urli, na kolonie przygotowane przez Towarzystwo Przyjaciół Dzieci. Patrzę z radością na te wszystkie zmiany i udogodnienia. Dzieci wreszcie żyją tak, jak powinny – beztrosko, wesoło. Mają gdzie się uczyć, mają gdzie odpoczywać.

Bardzo się cieszę na ten wyjazd. Przyznam się Cioci, że nie tylko ze względu na dobro maluchów. Czasami czuję się tak, jakbym dopiero teraz, na progu dorosłego przecież już życia, odbierała sobie to, czego mnie samej, małej Krysi, zabrakło. Nie chcę, Boże broń, żeby te słowa sprawiły Cioci przykrość – w Sulejówku niczego mi nie brak. Niczego z tego, co Ciocia dać mi mogła. Ale czas płynie, a mnie nie udało się tak do końca pozbyć smutku i żalu do losu za skrócone dzieciństwo…

O, i widzi Ciocia, miało być optymistycznie, a papier się zmoczył.

W następną sobotę na pewno u Cioci będę. Maj tak pięknie się zaczął; jeśli nic w pogodzie się nie popsuje, to może jakąś wycieczkę sobie urządzimy? Albo na łono natury, na polankę do lasu, a może do kawiarni w Mińsku? Niech się też Ciocia namyśli nad przyjazdem do Warszawy. Jak tu się wszystko zmienia! Ruiny znikają, przychodzi nowe. Może wybrałybyśmy się na spacer po stolicy?

Tymczasem mocno Ciocię całuję

Krysia

Kotowscy pochodzili ze Lwowa – tyle było wiadomo na pewno. Wiadomo było także, że oboje odebrali staranne wykształcenie i że w swym poprzednim życiu obracali się raczej w „sferach” aniżeli wśród pospólstwa. Hanna przepięknie grała na fortepianie, śpiewała czystym, mocnym altem o wspaniałej barwie. Ku pamięci przedwojnia nadal nosiła się z elegancją, jaką tylko zdołała wykrzesać w tych nieeleganckich powojennych czasach. Tomasz, ponoć jako młody człowiek niezmiernie uzdolniony, tak szybko piął się po szczeblach uniwersyteckiej kariery, że już w trzydziestym siódmym objął we władanie katedrę matematyki na Politechnice Lwowskiej. Był szacownym jegomościem, powolnym w obejściu i ruchach, ostrożnym w sądach, zawsze przedkładającym dowiedzione pewniki nad ulotne przypuszczenia. Wyrażał się z inteligenckim namysłem i rozwagą, niepochopnie, z lwowską miękkością. Byli od Dobrowolskich starsi o jakieś dziesięć lat – a według ich nowych, niezupełnie zgodnych z prawdą metryk nawet o piętnaście.

Zaiste trudno o większą ironię losu, że to właśnie te dwie pary połączyła w czasie wojny przyjaźń zbudowana na solidnych podstawach wspólnie przeżytych upokorzeń i prób charakteru w obliczu spraw ostatecznych; u jej fundamentów były wspólnie zaznany głód, chłód i świadkowanie scenom jak ze złego snu chorego psychicznie człowieka. Po takich przeżyciach są tylko dwa wyjścia: można albo rozejść się na wieki, by nigdy więcej nie przypominać sobie nawzajem, samym tylko swoim istnieniem, o przeżytych okropnościach, albo ciągnąć ten wóz dalej – wtedy taka relacja zastyga w nierozerwalny związek, zahartowany u podstaw. Traf chciał, że jeśli chodzi o ocalałych przyjaciół, ani jedni, ani drudzy nie mieli z czego wybierać – przylgnęli więc do siebie z pokorą, rezygnacją i mimowolną tolerancją; na przekór pochodzeniu, statusowi, wyznaniom czy przekonaniom politycznym. Już w Warszawie, w pierwszych dniach po wojnie urodziła się Jadwinia, dając Hannie i Tomaszowi tę szczególną siłę, którą wyzwala instynkt opieki nad małym i słabym.

W nowej rzeczywistości szybko stało się jasne, że ani Hanna nie będzie już śpiewać w operze, ani Tomasz nie obejmie żadnej katedry. Przyjęli więc, co dawano: posady nauczycieli w żeńskim liceum imienia Narcyzy Żmichowskiej. Hanna uczyła dziewczęta muzyki i prowadziła szkolny chór, uświetniający swymi występami liczne apele i uroczyste akademie. Beznamiętnie dyktowała kolejne pieśni „ku czci” i pełne werwy marsze mające wzniecić w młodych sercach socjalistycznego ducha, następnie zaś piłowała bez litości dopóty, dopóki z chóralnego śpiewu nie znikał ostatni fałsz, przygrywając na pianinie w rytm tych nowych hymnów. Podziwiano jej kompetencje oraz poziom, na jaki wywindowała szkolne występy, lecz jej nie lubiano. Była sztywna i wyniosła, jakby wciąż zaciskała zęby lub nie dowierzała temu, co widzi i słyszy; temu, co się teraz podoba i czego się od niej wymaga.

Tomasz miał o niebo łatwiej: uczył matematyki. Bezstronnej, niewzruszonej, bezdyskusyjnej. Apolitycznej.

Nie do wiary, lecz Władek i tej przyjaźni przyniósł porcyjkę dobra. Otóż w miarę rozwoju kariery ministerialnej Jakuba oraz postępującego gorzknienia Hanny coraz trudniej im było omijać wydłużającą się listę ryzykownych tematów podczas cosobotnich wspólnych obiadów w Kameralnej. Narodziny Władka dostarczyły znakomitych tematów zastępczych. Ruta z Hanną wypełniały przestrzeń rozmowy matczynymi spostrzeżeniami, troskami i radościami, Jakub z Tomaszem natomiast przysłuchiwali się temu z męską wyrozumiałością, popatrując po sobie porozumiewawczo i z zadowoleniem. Co pewien czas Władka trzeba było pokołysać w wózku albo zeń wyjąć i potrzymać na kolanach – wtedy wszyscy kląskali doń i zagadywali, łaskotali pod brodą, stroili miny. Jadwinię podpytywano, czy chciałaby takiego braciszka, żartowano, proponowano kulkę lodów lub szklankę lemoniady. Gładzono ją po głowie, z ominięciem sztywnej kokardy na wysoko upiętym końskim ogonie – i tak przyjaźni bezpiecznie udawało się trwać dalej, z ominięciem raf i gaf.

Gdy spotkali się w czwartą sobotę maja, Władek miał już cztery miesiące bez trzech dni. Rozwijał się podręcznikowo, pod czujnym okiem Ruty. Kotowscy opowiadali o wycieczce, na którą pojechali z uczennicami do Krakowa w charakterze opiekunów, o tym, jak te dwa dni słonecznej pogody i odmiany wyzwoliły w nich przemożny apetyt na więcej. Na niespieszne spacery i pokazywanie Jadwini zabytków, na stołowanie się gdzieś, gdzie znane dania przyrządzą trochę inaczej niż w domu, podadzą pod nos i nic by nie trzeba kupować ani gotować; na leżak i książkę, i nieformalny strój. Krótko mówiąc: na wakacje.

Jakub ze zrozumieniem kiwał głową.

– Też chciałbym gdzieś ich wysłać. – Wzrokiem wskazał Rutę i Władka. – Morze byłoby dobre: jod, świeże powietrze, te sprawy. Tylko to, psiakrew, daleko. Na krótko niedobrze, bo nim się mały zaaklimatyzuje, już by trzeba na powrót pakować bambetle. Z kolei nie widzieć go dwa miesiące też niedobrze. W takim wieku dziecko z dnia na dzień uczy się czegoś nowego, zmienia się, własnego ojca by nie poznał po takiej kanikule. A ja nie mogę co tydzień rwać taki kawał… – Jakub westchnął. – I co? W las gdzieś ich puścić, opodal miasta? Ruta z nudów mi zemrze. Najchętniej chciałaby i wieś, i wszelkie dobrodziejstwa miasta w jednym! I kiosk z gazetką, i bibliotekę, i na występ pójść jakiś… Najlepiej, żeby Sopot pod Warszawą się znalazł. Ot! – Jakub pstryknął palcami z udanym zniecierpliwieniem.

– Nasza dyrekcja rokrocznie jeździ do Urli – odezwał się po swojemu, flegmatycznie, Tomasz. – Nie jest to może wyrocznia w kwestiach stylu życia, Hania długo by wam mogła opowiadać, ale jakaś wskazówka dla was być może…? Blisko Warszawy, i lasy są, i rzeka, a i kulturalnie zarazem. W sezonie zapraszają artystów, są rozmaite inicjatywy sportowe. Działają nawet dwa miejscowe towarzystwa: wioślarskie i śpiewacze. Można zamieszkać u ludzi, na kwaterze albo w pensjonacie.

– Noo! – Jakub żywo się zainteresował, Ruta zresztą też.

Wioślarstwo brzmiało intrygująco. Może udałoby się trochę rozruszać, popływać, pożyć inaczej niż ostatnio? Ciekawe, co to za rzeka. Aż strach, jak łatwo człowiek wpada w zastój… i informacyjny, i kulturalny, i sportowy.

– Mógłbyś mi udostępnić jakiś kontakt tam, w tych Urlach? – indagował tymczasem jej mąż.

– Tak od ręki to nie mam – odparł Tomasz. – Ale zapytam. I udostępnię, a jakże!

– A ja bym chciała nad morze – oświadczyła znienacka Jadwinia.

– Czegóż to ja bym nie chciała, moje dziecko! – prychnęła Hanna, naraz zagniewana. – No dobrze, moi mili, na nas już chyba pora. Płaćmy i chodźmy. Do zobaczenia za tydzień.

Lipiec 1950

Znowu płacz. Rwany szloch, nie dość silnie tłumiony.

Krystyna spała czujnie, budził ją każdy odgłos dochodzący z sali obok. Tydzień temu przyjechała nowa grupa dzieci. Niby nie takie małe, ośmio- i dziesięcioletnie, ale przeżywają rozłąkę z rodzicami. W ciągu dnia, podczas zajęć, odurzone powietrzem przesyconym wonią żywicy i zdrowo zmęczone kąpielą w Liwcu, zapominały o rodzinnych domach. Lęk wracał jednak nocą. Drewniana podłoga skrzypiała, choć przecież nikt po niej nie chodził. Za oknem kładły się złowrogie cienie, smukłymi sosnami potrząsał wiatr. Pasta do podłóg przyduszała zapachem, trochę szkolnym, a trochę szpitalnym. Sztywna pościel nie pachniała domem, właściwie niczym nie pachniała. Nic nie przynosiło ukojenia przestraszonym dziecięcym duszom. Krystyna to rozumiała. Choćby nie chciała, to wiedziała, jak to jest obudzić się w środku nocy. Wrócić do rzeczywistości z tamtej cichej, ciemnej strony. Przez pierwsze chwile uświadamiać sobie to przejście i zastanawiać się: „Gdzie ja jestem?”. Potem sobie przypomnieć, że w nowym miejscu. A starego już nie ma. Dla Krystyny nie było. Te dzieci zostawiły rodziców w Warszawie, ich lęk jest tylko tymczasowy, ale trzeba go koić. Każdy dziecięcy lęk trzeba szybko zdusić, żeby nie zadomowił się na dłużej.

Krystyna usiadła na brzegu łóżka, trąc palcami piekące powieki. Podniosła się, wsunęła stopy w stojące przy łóżku trzewiki, narzuciła na ramiona rozpinany sweter. Przeszła przez wąski korytarz do sali naprzeciwko jej klitki.

Na jednym z łóżek zobaczyła skuloną postać. Janek.

Podeszła, usiadła obok. Nic nie mówiła. Kilka razy delikatnie pogłaskała zaciśniętą piąstkę chłopca. Napięcie puściło, skurczone palce powoli się rozprostowały.

– Ja wiem, proszę pani, że tu wszyscy są obok, że ja nie jestem sam. Ale i tak się boję.

Krystyna rozumiała. Czasem też się bała.

– Posiedzę przy tobie, dopóki nie uśniesz. – Przykryła Janka kocem.

Czekała, aż oddech chłopca się wyrówna, a koc, którym był przykryty, zacznie się rytmicznie unosić i opadać.

Rozejrzała się po sali. Dwadzieścia łóżek. Dwudziestu chłopców. Sala dla dziewcząt była obok.

Krystyna lubiła dzieci. Są takie bezbronne i niewinne. Żeby przeżyć, potrzebują kogoś dorosłego, kto się nimi zajmie. Dlatego wybrała seminarium dla nauczycielek przedszkolnych. Zresztą żaden inny pomysł nie przychodził jej do głowy. Ciotka z entuzjazmem zaakceptowała tę decyzję. „Zawód dobry dla kobiety, praca wdzięczna. No i wiadomo, że teraz to się będą dzieci rodziły”.

To dobry czas, kiedy dzieci się rodzą. Rodzą i przeżywają.

Janek zasnął. Krystyna cicho się podniosła i uważnie stąpając po skrzypiących deskach, wróciła do swojej sypialni.

Zapadła w sen, gdy tylko przyłożyła głowę do poduszki.

Sobotni poranek w Urlach był złoty od mocnego słońca. Paliło niemiłosiernie, rozbielało i dosuszało poszycie sosnowego lasu. Do pokoju wpływało ciężkie powietrze, od którego Krystynę bolała głowa.

Przez okno widziała dzieci, które rozpoczynały dzień w identycznych, granatowo-białych strojach sportowych. Gimnastyka była stałym punktem kolonijnego programu. Potem szybkie mycie, przebieranie i śniadanie. I wymarsz nad Liwiec, jeśli pogoda dopisze. Dopisywała – od początku wyjazdu panowała kanikuła.

W soboty Krystyna miała wolne popołudnia. Czas między obiadem a kolacją, który dzieci spędzały na leżakowaniu w lesie, słuchając czytanych im książek, miała do własnej dyspozycji.

Lubiła te godziny tylko dla siebie. Wybierała się na samotne spacery po Urlach, krążyła między drewnianymi domami i podziwiała wybujałe kwiatowe ogrody wokół ganków.

Udzielała jej się atmosfera świątecznego poruszenia; w soboty i niedziele przyjeżdżali krótkoterminowi goście z Warszawy, by choć przez dwa dni odpocząć od codzienności w stolicy.

Po spacerze szła do kawiarni. Nie gnał jej tam głód ani pragnienie, lubiła po prostu przyglądać się kolorowemu, roześmianemu towarzystwu przy stolikach. Nie przyłączała się, wystarczała jej rola obserwatorki. Zresztą mało było tam osób siedzących w pojedynkę, widywało się raczej pary, grupki znajomych, całe rodziny.

Stanęła przy kontuarze. Przed nią czekało kilku klientów. Zastanawiała się nad zamówieniem – sama lemoniada czy może z ciastkiem?

Poczuła na sobie czyjś wzrok. Tak się mówi: „poczuć czyjś wzrok”. Krystyna znała to określenie, ale wcześniej nie umiała sobie wyobrazić, jak mogłaby fizycznie poczuć to, że ktoś na nią patrzy. Tak namacalnie odczuć czyjeś zainteresowanie.

A teraz – zrozumiała i poczuła.

Odwróciła się.

W rogu sali, przy niedużym okrągłym stoliku, siedział mężczyzna. To jego wzrok zawisł na błękitnej rozkloszowanej sukience Krystyny. Na pewno był starszy od niej, nie umiała jednak dokładnie określić jego wieku. „Dojrzały” pasowałoby do stroju – eleganckiej płowej koszuli z odwiniętymi mankietami, płóciennych spodni z zaprasowanym kantem i wyczyszczonych butów. Dojrzałość kojarzyła się jej ze statecznością, obrośnięciem w rodzinę, jakąś wyrysowaną na twarzy powagą. No i ze zmęczeniem. Mężczyzna był sam, bez towarzystwa. Siedział na krześle, swobodnie, ale elegancko założywszy nogę na nogę. Brąz opalenizny pasował do ciemnych, gładko zaczesanych włosów. Błyszczące oczy patrzyły na nią spod mocnych kresek brwi. Było w tym spojrzeniu coś młodzieńczego… nie, nie młodzieńczego, lecz pełnego zapału, jakiejś pasji. Albo pewności siebie. Krystyna nie potrafiła tego nazwać. Delikatne mrowienie pleców musiało na razie wystarczyć zamiast słów.

Mężczyzna wstał od stolika i ruszył w jej stronę. Krystyna przełknęła ślinę. Wydawało jej się, że stojąca obok w kolejce kobieta musiała to usłyszeć. Poczuła, że ma lekko wilgotne dłonie.

Stanął przy niej.

– Dzień dobry. Ten niebieski kolor jest intensywniejszy niż niebo nad Liwcem.

– Dziękuję. Cioci udało się dostać kupon krepy, akurat na sukienkę.

– Ach. Sukienka też śliczna. Ale ja patrzyłem w pani oczy. Niezwykła barwa.

Krystyna nerwowo pocierała palcami. Mrowienie przewędrowało z pleców na klatkę piersiową. Pomiędzy piersiami spłynęła strużka potu. Upał dawał się we znaki. Ciężkie powietrze, nagrzane słońcem, wibrowało i falowało, odrealniając wszystko wokół.

– Da się pani zaprosić na kawę? I coś słodkiego?

Mężczyzna patrzył na nią pewnie. W jego postawie, wzroku ani głosie nie było żadnego wahania.

Krystyna skinęła głową. Podał jej ramię – mocne, umięśnione, nie spodziewała się takiej siły po szczupłej sylwetce – i zaprowadził do stolika. Odsunął krzesło, lekkim ruchem głowy zachęcając ją, by usiadła.

– Złożę zamówienie i zaraz do pani wrócę.

Krystyna poczuła, że cała lepi się od potu. Nerwowo wyrównała fałdy sukienki i odgarnęła z twarzy grube pasmo płowych włosów. Jej oddech przyspieszył. Chętnie wypiłaby teraz szklankę chłodnej lemoniady, a nie smolistą, gorącą kawę. Apetyt bezpowrotnie przepadł.

Nie wiedziała, czym skończy się to spotkanie, które właściwie jeszcze się nie zaczęło.

Nie chciała, żeby się kończyło.

Wyrwałam już dwie kartki z notesu. Na obu napisałam tylko jedno, pierwsze słowo: Janusz. I dwa razy szarpnęłam za róg, żeby usunąć ten wpis, żeby nie było po nim śladu. Sama nie wiem dlaczego. Chyba żeby nie zapeszyć. Chłopcy zawsze byli dla mnie zwyczajnymi kolegami, żaden nie był mi bliższy. Najpierw byłam po prostu dziewczynką, a potem spędzałam czas w seminarium, gdzie były same kobiety.

Zresztą Janusz… Janusz to nie jest chłopiec, to mężczyzna. Wszystko w nim jest takie inne: wygląd, zachowanie, spokój, powaga. Nie znałam wcześniej takich mężczyzn, jakby z innego świata. Nawet w tej kawiarni się wyróżniał. Inni panowie nie prezentowali się tak dobrze: albo z brzuszkiem, albo spoceni, niektórzy w koszulkach na ramiączkach. A Janusz elegancki, pachnący, jakby właśnie szedł do pracy. No i inni byli w parach, a on sam.

On sam i ja sama.

Spojrzał na mnie tak, jakby na mnie w tej kawiarni czekał.

Nawet nie pamiętam dobrze, o czym rozmawialiśmy. Wydaje mi się, że głównie to ja mówiłam, a on tylko zadawał pytania i słuchał. I tak na mnie patrzył…

Zapytał mnie, gdzie mieszkam, a ja z tego swojego gapiostwa nie zapytałam o to samo. Zresztą nawet gdybym nie była taka speszona, to pewnie i tak bym nie spytała. Jakoś głupio tak dopiero co poznanego mężczyznę wypytywać o takie sprawy.

Och, jak ja bym chciała, żeby się naprawdę odezwał, tak jak obiecał! Żeby z tego spotkania było coś więcej niż tylko ładne wakacyjne wspomnienie.

Nigdy wcześniej się tak nie czułam.

Wrzesień 1950

Ach, więc to jest ta miłość! Kiedy nie można jeść, spać ani myśleć o niczym innym, nikim innym niż on!

Nigdy wcześniej nie zaznałam takich uczuć! Wypełniają mnie od czubka głowy po pięty. Drżę, marzę, myślę, tęsknię. Wydaje mi się, że wszyscy dookoła czytają ze mnie jak z otwartej księgi – jestem zakochana!!!

Janusz chyba też, bo przecież napisał taki piękny list. A potem kolejny. I już dwa razy byliśmy na spacerze.

Wciąż nie mogę uwierzyć w swoje szczęście. Taki niezwykły mężczyzna: przystojny, mądry, z pozycją i mieszkaniem w Warszawie – i wybrał właśnie mnie!

Jestem bardzo szczęśliwa.

I już pracuję w przedszkolu w Sulejówku.

Wszystko zaczęło się tak pięknie układać.

Marzec 1951

– Teraz wkładamy buty. Jeden. I drugi. Tak, bardzo dobrze. – Ruta porządnie zacisnęła węzły sznurówek na maleńkich kamaszkach synka. Aby sprawnie szykować go na codzienne spacery, przestawiła do holu jedno z ich salonowych krzeseł. Sadzała na nim Władka, przykazywała mu siedzieć grzecznie, bez wicia się i wiercenia, i ubierała najpierw jego, a potem siebie – ale tylko z grubsza, bez czapki i zapinania guzików, żeby się nie zgrzać przy znoszeniu wózka po schodach. Nigdy nie zostawiała go na parterze, był jej potrzebny na górze, do usypiania Władka na balkonie. Jeździła nim zresztą po całym mieszkaniu: gdy gotowała, synek siedział z nią w kuchni, a kiedy prała, stawiała wózek w drzwiach łazienki. Jakub twierdził, że była mistrzynią w dokładaniu sobie roboty – lub, jak kto woli, w podtrzymywaniu poczucia misji. Misją było zaś w tym wypadku chowanie Władka zdrowo i blisko siebie.

Dopiero na dole klatki schodowej, tuż przed otwarciem drzwi na dwór otulała mu nogi kocykiem i sprawdzała stan drugiego koca, złożonego w kostkę i umieszczonego za plecami małego, tak by mógł siedzieć, opierając się o ciepłą wełnę. Sobie zaś owijała szyję długim, robionym na drutach szalikiem w szaro-zielone pasy, zapinała guziki palta i wciskała na głowę taką samą szaro-zieloną czapkę. Każdy ruch był celowy i wyważony. W życiu Ruty nie było miejsca na przypadkową szamotaninę.

Miesiąc temu Władek zaczął stawiać pierwsze chwiejne kroki i Jakub natychmiast zdobył skądś dla niego skórzane buciki – tak małe i zarazem tak poważne w kroju, że wyglądały jak żart, istna parodia butów dla dorosłych. Jednak na pulchne, miękkie stópki Władzia buty i tak były za duże o dwa czy trzy numery. Trzeba było wepchnąć w czubki mnóstwo waty i ciasno wiązać sznurówki, żeby nóżki w nich nie latały, bo o skręcenie kostki nietrudno. Ale to nic. Zapas dawał nadzieję, że pochodzi w nich do jesieni.

– A teraz mama szybko się ubierze – poinformowała Ruta i sprawnym ruchem narzuciła na siebie palto i szalik, a do kieszeni wcisnęła czapkę.

– Tak – powtórzył pogodnie Władzio. – Mama.

Na chwilę spotkali się wzrokiem. Uśmiechnęła się, a on natychmiast odwzajemnił jej tym samym – i już przepadła! W takich chwilach jej cały przemyślny plan trzymania się w ryzach brał w łeb. Kochała synka nade wszystko, co miała – teraz, a może kiedykolwiek?

Przesadziła Władka z krzesła do wózka, w przelocie całując go w czoło, wzięła z półeczki pod lustrem klucze, z wieszaka siatkę (w drodze powrotnej zrobi zakupy) i oba koce do wymoszczenia wózka. Marzec wciąż był lodowaty.

Nie szkodzi. Nie ma złej pogody. Można być jedynie źle lub dobrze ubranym.

Wyszła na ulicę i zaraz skręciła w prawo, w stronę centrum. Koła wózka podskakiwały na resztkach brudnego miejskiego śniegu. Jakby w kontrze do niego zza chmur wyjrzało ostre marcowe słońce. Ruta chciwie wystawiła do niego twarz. Gdy zamykało się oczy, ciepło pełzało po skórze, a pod powiekami przesuwały się misterne wzorki. Mogłaby tak stać i stać, rozkoszując się słoneczną pieszczotą… tylko nic by z tego nie było. Otworzyła oczy, wyprostowała się, odetchnęła pełną piersią – i powzięła plan. Pójdą do ogrodu jordanowskiego.

Lubiła sobie wyznaczać plany. Plany porządkowały życie, wytyczały hierarchię, nadawały rangę nawet drobnym sprawom. Od roku, czyli odkąd została matką, jej życie składało się z samych drobnych spraw. Przez większość dnia jej jedynym towarzyszem było dziecko, a dodatkowymi misjami – pozyskanie cielęciny na zupę dla małego, ugotowanie jej i przetarcie, zaserwowanie, następnie spranie plam po zupie ze śliniaka, a jeszcze później jej przetworzonych resztek z pieluch. Do tego Władek rósł, rozwijał się i wymagał kontaktu. Kiedy, jeśli nie teraz, i jak, jeśli nie od matki, miał się nauczyć słów, zdań i całej mowy? Dlatego choć wesoła paplanina była raczej obca jej naturze, Ruta gdy tylko przypominała sobie, że tak należy, zmuszała się do gadania. Komentowała rzeczywistość, objaśniała, co robi, gdzie pójdą i co mijają, jak jest „dobrze”, a jak „nieładnie”.

Trzeba przyznać, że Władek odwdzięczał się szczodrze. Pojętny, radosny z natury, grzeczny z charakteru, pełen energii, z wesołymi iskierkami w lśniących oczach. Gaworzył i rozwijał się modelowo, rzadko miewał humory. Był dzieckiem szczęścia, nagrodą za wszystko, co musiała znieść wcześniej.

Rozejrzała się w prawo i w lewo, nic nie jechało. Nacisnęła więc rączkę wózka, by łagodnie zjechać z chodnika na jezdnię. Lepiej iść po słonecznej stronie ulicy.

Wózek był fikuśny. Jasnobeżowy (a może raczej kremowy?), na małych kółkach, w obudowie wyraźnie przypominającej karoserię auta. Po bokach budki miał nawet uchylne szybki! Cacko rodzimej produkcji, z Fabryki Wózków Dziecięcych w Poraju koło Częstochowy, zdobył – jakże by inaczej – Jakub.

„W sam raz dla chłopaka!”, oznajmił jakiś tydzień po tym, jak Ruta z Władkiem wyszli ze szpitala, i z dumą wprowadził wózek do ich własnego salonu o zielonkawych ścianach. Lubiła tę jego dumę. Pasowała do jego gładko ogolonej twarzy i sztywnych kołnierzyków; do prochowców, kapeluszy i stanowiska. Jakub z całą pewnością nie zajmował się błahymi sprawami – jego sprawy były urzędowe, państwowe, ministerialne, finansowe, kluczowe, owiane mgiełką dyskrecji. A jednak ten poważny mężczyzna świetnie się odnalazł w roli ojca. Był cierpliwy, pomocny i skory do zabaw. Wzniecał wesołość, której do pewnego stopnia ulegała nawet Ruta – choć od ojcowsko-synowskich zabaw wolała się trzymać trochę z boku.

Wiedli dobre życie. Chyba nawet bardzo dobre, choć z tym „bardzo” Ruta wolała się nie wychylać, by nie kusić losu. Całą wojnę przetrwała w dużej mierze dlatego, że do perfekcji opanowała nierzucanie się w oczy, niewystawanie ponad normę, wtapianie się w tłum, w krajobraz, w tło. Żadnego zamieszania wokół siebie, żadnych cech szczególnych. Drobna, szybka i skuteczna, jak wtedy, gdy trenowała piłkę w szkolnej drużynie: przemykając między większymi, lepiej zbudowanymi zawodniczkami, do przodu, cicho i celnie. Przez sześć lat wojny też tak przemykała – do przodu, do końca, do przeżycia. Żeby nie oddać pola przeciwnikowi. Żeby nie oddać siebie.

Tak, słowo „bardzo” mogło nie istnieć – podobnie jak „naj” czy „prze” w takich wyrazach jak „najwyższy” czy „przepiękny”. Ruta była oszczędna. W słowach, w gestach, w wydatkach. To raczej Jakub znosił do domu rzeczy cenne lub trudne do zdobycia. Ona zaspokajała podstawowe, codzienne potrzeby rodziny, on był od tych „ekstra”.

Właściwie, gdyby się głębiej zastanowić, to uzupełniali się lepiej, niż można się było spodziewać. Myśląc o ich małej rodzinie, Ruta często wyobrażała sobie ptaki, które znoszą do gniazda pożywienie dla pisklęcia, zgrane i zgodne. Nie muszą niczego między sobą ustalać, bo wszystko wiadomo: ty lecisz, ja pilnuję, żeby nie wypadło z gniazda, a potem odwrotnie. Najpierw zaspokajasz swój głód, potem przynosisz coś dla dziecka. To postawa podyktowana nie egoizmem, lecz rozsądkiem: tylko żywy i silny rodzic odpowiednio zajmie się dzieckiem i w razie potrzeby je ochroni. Dbając o dom i o siebie nawzajem, dbali też pośrednio o pisklę. To było oczywiste i nie wymagało żadnych słów. Ich miłość (chyba miłość…? Ruta nie lubiła roztrząsać tej kwestii; są sprawy, w które lepiej za głęboko nie wnikać) wyrażała się właśnie w ten sposób. Nie trzeba było o niej mówić ani okazywać jej przez romantyczne gesty. Kocham cię, bo przy tobie trwam. Bo opiekuję się naszym dzieckiem, bo cię rozśmieszam, bo tym rozśmieszaniem odganiam twoje ponure myśli – tak intymne, że nigdy o nich nie rozmawiamy. A owo nierozmawianie i poszanowanie dla intymności to chyba także miłość – na miarę możliwości ich zabliźnionych serc.

Ruta pchała wózek przez grudy śniegu i słońce, które co rusz wyzierało zza kolejnych budynków. Dom przy Niepodległości od Wawelskiej, gdzie był jordanek, dzieliły jakieś cztery kilometry, co oznacza godzinę marszu. Kawałek pójdzie Niepodległości, potem skręci w którąś z mniejszych przecznic, dojdzie do Pola Mokotowskiego, przetnie je – i już będą na miejscu. W sam raz na jabłko na drugie śniadanie dla Władka i rozruszanie się dla nich obojga. Przeprowadzi go przez labirynt, który zbudowano w ogródku z desek i sztachet, pohuśta.

Czy takie same plany miały kobiety, które poszły ze swoimi dziećmi do „jordanka” feralnego dnia wiosną, przedostatniego roku wojny…? Niemiecka żandarmeria otoczyła wówczas ogródek i zaczęła kolejno legitymować matki. Brak kenkarty oznaczał śmierć.

Stop.

Zatrzymała myśli i przyspieszyła kroku.

Wojna skończyła się sześć lat temu. Trwała sześć lat i od kolejnych sześciu już jej nie ma, więc nawet jeśliby Ruta miała rozpamiętywać ją rok za rok, miesiąc za miesiąc, dzień za dzień, to już koniec wspominania, koniec żałoby. Jest Jakub, jest Władek, jest Warszawa. Życie trwa.

– Była i nie ma – powiedziała dobitnie do Władka.

– Nie ma – zgodził się jej syneczek.

Och, jakież to było irytujące! Przez to ciągłe mówienie do Władka już nieraz przyłapała się na mamrotaniu do samej siebie. Myśli znienacka wyskakiwały z niej w postaci słów: jakichś puent, skwitowań, podsumowań. To bolączka wszystkich matek przesiadujących z dziećmi. Ruta nie lubiła gadać po próżnicy. Z postępowych książek o pielęgnacji niemowląt wiedziała jednak, że do dzieci trzeba dużo mówić, by stymulować ich rozwój. Nie chciała niczemu uchybić – toteż mówiła.

Dobrze, że już niedługo wraca do pracy. Od kwietnia Władek pójdzie do żłobka przy Pilickiej. Zwizytowała już tę placówkę i nic nie budziło jej zastrzeżeń. Ona sama zaś wróci między ludzi, do swoich zajęć w Zakładach imienia Róży Luksemburg przy Karolkowej. Lubiła tę pracę; lubiła nawet jej nazwę. Brzmiała tak godnie. W sam raz na nowoczesną fabrykę, której Ruta czuła się ważnym trybikiem.

Maj 1951

Było gorąco, zupełnie jak wtedy w Urlach, choć do lata został jeszcze ponad miesiąc. Piekący skwar podobnie palił włosy, twarz i ramiona, przyklejał tę samą niebieską krepę sukienki do dekoltu.

Były jednak i różnice. Powietrze pachniało inaczej, bardziej świeżo. Zieleń trawy była wiosennie soczysta. I lekko wiał wiatr, który oprócz zapachu sosnowego lasu przynosił obłędny aromat dzikiego bzu. Krystyna uniosła wzrok. Mrużyła oczy przed słońcem. Wysoko widziała błękit nieba. Niżej – falujące wierzchołki smukłych sosen. Jeszcze niżej – biel grubych kiści bzu. Całkiem blisko, tuż nad twarzą – jego profil.

Janusz też leżał na trawie. Ona na plecach, on – na boku, nachylając się nad nią.

Do jego brązowych spodni przyczepiło się kilka sosnowych igieł. Koszulę w drobne niebieskie paski zdjął, Krystyna miała ją pod głową. Jego umięśnione, choć dość wąskie plecy przykrywała biała trykotowa koszulka na ramiączkach. W ręku trzymał źdźbło trawy – długą, cienką łodyżkę zakończoną drobniutkim wiechciem kłosków. Przesuwał nią po twarzy Krystyny, zaczynając od prawego ucha, sunąc po policzku do szyi, i dalej, na dekolt, aż do rowka między obfitymi piersiami.

Krystyna potrząsnęła ramionami.

– Przestań – powiedziała nieśmiało.

– Dlaczego? – Janusz przyglądał się jej ze spokojnym uśmiechem.

– Jeszcze nas ktoś zobaczy i pomyśli…

– Pomyśli co? Że robimy coś złego? Przecież się kochamy.

Ewidentnie się z nią droczył, choć tym wyznaniem osłodził ironię.

Krystyna milczała przez chwilę.

Właściwie to nie wiedziała, kto mógłby ich tu zobaczyć. Przeszli spory kawałek od stacji, najpierw brukiem, a potem już gruntową drogą do lasu, daleko w głąb. Mało kto tu przychodził, mieszkańcy wybierali do rekreacji tereny po drugiej stronie torów. Obawy, że jakiś zbłąkany sobotni turysta trafi do tego samego zakątka okuniewskich lasów, były więc praktycznie nieuzasadnione. Mimo wszystko czuła się nieswojo. Właściwie zawsze się tak czuła w towarzystwie Janusza. Wszystko, co się z nim wiązało, było dwoiste: niecierpliwie wyczekiwane i przy tym obarczone jakimś lękiem, namacalne i zarazem nierzeczywiste, przynoszące radość i równocześnie zasnuwające mgiełką smutku.

– A ty co myślisz? – Janusz zadał kolejne pytanie, nie doczekawszy się odpowiedzi na poprzednie. Przodował w zadawaniu pytań, zwłaszcza takich, na które Krystyna nie umiała od razu udzielić jasnej odpowiedzi.

– Ale o czym? – rzuciła Krystyna, wyrwana z zamyślenia i tym razem niepewna, o co pyta.

– O nas. O tym, że tak sobie tu leżymy. I o tym – Janusz nachylił się do niej, muskając dłonią jej osypane piegami ramię – jak spędzamy czas. – Dłoń prześlizgnęła się z ramienia pod pachę i sunęła niżej. Na wysokości piersi wykonała obrót: jej wierzch znajdował się teraz na górze, a wnętrze przesunęło się pod pierś Krystyny, delikatnie ją obejmując.

Krystyna na moment stężała. Wciąż milczała.

– Bo chyba miło spędzamy czas, prawda? – Janusz przesunął kciuk z boku do środka, zatrzymując go na sutku. Zaczął go delikatnie masować.

Krystyna poczuła, że pąsowieje. Choćby nawet wymyśliła jakąś odpowiedź, to za chwilę zabrakłoby jej tchu, by ją z siebie wydusić. Towarzystwo Janusza nieodmiennie ją peszyło. Był inny niż wszyscy mężczyźni, których znała. Inny niż pan Bogdan z przedszkola, który doglądał budynku. Inny niż Staszek z parteru, który codziennie rano wychodził na pociąg do Warszawy, gdzie pracował. Inny nawet niż ten ważny sąsiad, pierwszy sekretarz, który mając taką posadę, nie mógł być zwyczajnym, pospolitym facetem. Janusz – z klasą, pozycją, to jasne – miał w sobie coś jeszcze, co ją przyciągało i zarazem paraliżowało. Działał na nią jak magnes. Chyba tak się dzieje między kobietą a mężczyzną, kiedy…

Otworzyła oczy. Nad sobą widziała Janusza, już bez podkoszulka. Przykucnął na piętach i patrzył na nią tym swoim spokojnym spojrzeniem, nie odrywając wzroku od jej twarzy. Kątem oka dostrzegła jego dłonie, które manewrowały przy pasku od spodni. Po chwili wyswobodził rzemień z metalowej zapinki. Krystyna z trudem przełknęła ślinę. Jej serce przyspieszyło, w uszach słyszała znajome dudnienie. W brzuchu, i niżej, czuła mrowienie.

Ponownie zamknęła oczy. Suche gałązki trzeszczały pod stopami Janusza. Świst zdejmowanych spodni przeciął leśną ciszę. Po krótkiej chwili Krystyna znów poczuła jego dłoń, która teraz unosiła rozkloszowany dół sukienki, by po chwili przesunąć się wyżej.

Cicho westchnęła. Odruchowo lekko uniosła biodra, by ułatwić Januszowi zsunięcie z niej majtek.

Kwadrans później Krystyna już się nie zastanawiała, co by mógł pomyśleć przypadkowy obserwator, który by na nich trafił w tym lesie.

Przeczuwać a doznać to