Strona główna » Obyczajowe i romanse » O dziewczynce, która połknęła chmurę tak wielką jak Wieża Eiffla

O dziewczynce, która połknęła chmurę tak wielką jak Wieża Eiffla

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7999-810-4

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “O dziewczynce, która połknęła chmurę tak wielką jak Wieża Eiffla

Poruszająca i poetycka lekcja miłości. Miłość uskrzydla. Czy jesteś gotowy do lotu? Dla Providence Dupuis, życie jest trochę jak majonez: im więcej energii wkładasz w jego kręcenie, tym większa szansa, że będzie udany. Gdy młoda, ładna listonoszka z Paryża wybiera się do Afryki, by przywieźć stamtąd małą dziewczynkę, którą kocha, jak nikogo innego na świecie, nagle budzi się pewien islandzki wulkan, paraliżując ruch powietrzny w całej Europie. Providence z lotniska trafia do klasztoru tybetańskiego i tak zaczyna się dla niej najbardziej ekscytująca i niesłychana z możliwych podróży. Miłość uskrzydla. Czy jesteś gotowy do lotu? „Powiew świeżego powietrza, który miesza ze sobą fantazję, marzenie i dużo miłości”. Yves Calvi

Polecane książki

  Zanieczyszczenie środowiska, nieprawidłowa dieta czy używki powodują, że w naszych organizmach wciąż odkładają się toksyny. Nawet 90% wszystkich chorób i złego samopoczucia spowodowanych jest zanieczyszczeniem organizmu. Dzięki tej książce z łatwością rozpoznasz czy Twoje ciało wymaga detoksu. Moż...
Paul zostaje dyskretnie usunięty ze szkoły i wyjeżdża na naukę do innego kraju, gdy okazuje się, że jest „kolorowy". Martin, syn białego przemysłowca, zapuszcza się w głąb Soweto, by odwiedzić czarną kobietę, w której się zakochał; życzliwy policjant przestrzega go przed konsekwencjami przekroczenia...
„Wojna światów” to powieść z gatunku science fiction autorstwa Herberta George’a Wellsa. Utwór ukazał się w 1898 roku.   Książka uważana jest za jedną z najważniejszych w historii światowej literatury fantastycznej. Należy do kanonu gatunku i na wiele lat wprowadziła fantastykę na tory apokaliptyczn...
Ks. Stefan Radziszewski, z kieleckiego Nazaretu, którego znamy głównie z realizacji scenicznych w Teatrze WSD w Kielcach (Fizycy Dürrenmatta, Barabasz Lagerkvista, Świt, czyli opowieść o wampirze M. C. Słonia), jest autorem zbioru esejów, jaki ukazał się pod frapującym tytułem Kot czarny. Literatura...
Adolf Bocheński, związany z „Buntem młodych" i „Polityką", był jednym z najwybitniejszych pisarzy politycznych okresu międzywojnia. Opinię taką wyrażali m.in. Stanisław Cat-Mackiewicz oraz Jerzy Giedroyc. Książka Kazimierza Ujazdowskiego, znanego polityka, senatora, byłego ministra kultury, nie ...
Edward Guziakiewicz Wakacje w Izraelu Akcja tej powieści toczy się w rozświetlonym słońcem Izraelu, niewielkim ale znanym kraju, położonym na wybrzeżu Morza Śródziemnego. Z racji oryginalnego usytuowania geograficznego i burzliwej historii mieszają się w nim jak w tyglu różne narodow...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Romain Puértolas

Tytuł oryginału:

LA PETITE FILLE QUI AVAIT AVALÉ UN NUAGE GRAND COMME LA TOUR EIFFEL

Copyright © Editions Le Dilettante – Paris 2015

Published by arrangement with Lester Literary Agency

Copyright © 2016 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2016 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Krystyna Borowiecka-Strug

Korekta: Aneta Iwan, Emila Grzeszczak, Magdalena Bargłowska

ISBN: 978-83-7999-810-4

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2016

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Patricii,

mojemu jedynemu stałemu punktowi we wszechświecie

Historia ta jest całkowicie prawdziwa, bo sam ją wymyśliłem od początku do końca.

BORIS VIAN

Serce to poniekąd wypchana koperta.

PROVIDENCE DUPOIS

Część pierwszaListonoszka i jej szczególna koncepcja majonezu i życia

Pierwszym słowem, które wypowiedział stary fryzjer, gdy wszedłem do jego salonu, był krótki i autorytarny rozkaz godny oficera nazistowskiego. Albo starego fryzjera.

– Siadać!

Potulnie wykonałem jego rozkaz, obawiając się egzekucji przy użyciu pary nożyczek.

Potem zaczął się wokół mnie uwijać, nie próbując nawet ustalić, z jaką fryzurą chciałbym wyjść z jego salonu ani też z jaką fryzurą z pewnością nie chciałbym wyjść z jego salonu. Czy miał już kiedyś w życiu do czynienia z opornym afro metysa? Czekała go niezła zabawa.

– Czy opowiedzieć panu niesamowitą historię? – spytałem, żeby przełamać lody i wprowadzić klimat wzajemnej życzliwości.

– Jak pan chce, to pan może, byle tylko przestał pan ruszać głową. W końcu obetnę panu ucho.

Uznałem to „może pan” za wielki krok naprzód, zaproszenie do dialogu, zalążek pokoju społecznego i harmonijnych relacji między ludźmi, którzy są braćmi, a jednocześnie starałem się jak najszybciej zapomnieć, odwołując się do tych samych wartości, o groźbie amputacji mojego narządu słuchu.

– Dobrze, więc pewnego dnia mój listonosz, który jest zresztą kobietą, i to w dodatku czarującą kobietą, pojawił się na wieży kontroli lotów, gdzie pracuję, i powiedział: „Panie Cośtam (tak się nazywam), musi mi pan dać pozwolenie na start. Wiem, że moja prośba może się panu wydać dziwna, ale nic na to nie poradzę. Niech pan się nad tym zbytnio nie zastanawia. Ja w ogóle nad niczym się nie zastanawiam od czasu, gdy to wszystko się zaczęło. Proszę mi tylko dać pozwolenie na start z pańskiego lotniska, bardzo o to proszę”. W gruncie rzeczy jej prośba nie wydała mi się szczególnie dziwna. Czasami przychodziły do mnie osoby prywatne, które chciały dalej uczyć się latać na własną rękę po tym, jak okoliczne szkoły latania doprowadziły je do ruiny finansowej. Natomiast zaskoczyło mnie to, że nigdy wcześniej nie wspominała, iż pasjonuje się aeronautyką. Zgoda, nie mieliśmy wielu okazji do pogawędki ani nawet do spotkań (pracuję raz na dzienną, raz na nocną zmianę), ale mimo wszystko… Zazwyczaj przywoziła mi jedynie pocztę do domu starym żółtym renault 4L, zwanym Łódką. Nigdy nie odwiedziła mnie w pracy. Szkoda, bo niezła z niej była laska. „Normalnie wysłałbym panią z tą sprawą do biura planowania lotów. Problem polega na tym, że dziś ruch lotniczy jest wywrócony do góry nogami ze względu na tę cholerną chmurę popiołu i nie możemy odprawiać samolotów prywatnych. Bardzo mi przykro”. Na widok jej rozczarowanej miny (ślicznie wyglądała na załamaną, łamiąc mi tym serce), udałem zainteresowanie: „Co pani pilotuje? Cessnę? Pipera?”. Długo się wahała. Robiła wrażenie zakłopotanej, jakbym zadał jej krępujące pytanie. „Właśnie dlatego moja prośba jest dziwna. Nie pilotuję samolotów. Latam sama”. „Tak, zrozumiałem, lata pani bez instruktora”. „Nie, nie, całkiem sama, to znaczy bez maszyny, tak po prostu”. Uniosła ręce nad głowę i obróciła się wokół własnej osi, jak tancerka baletowa. A czy wspomniałem panu, że była w kostiumie kąpielowym?

– Pominął pan ten drobny szczegół – odparł fryzjer, w skupieniu walcząc z moim afro. – Wiedziałem, że być kontrolerem lotów to żyć nie umierać, ale to już przekracza wszelkie wyobrażenie!

Stary miał rację. Kontrolerzy lotów na Orly nie mieli wielu powodów do narzekania. Choć nie przeszkadzało nam to ogłaszać od czasu do czasu niezapowiedzianego strajku. Tylko po to, żeby ludzie nie zapomnieli o nas w czasie świąt.

– No więc miała na sobie bikini w kwiatki – kontynuowałem opowieść. – Była bardzo piękną kobietą. „Nie chcę zakłócać ruchu, panie kontrolerze, proszę tylko, by potraktował mnie pan jak dodatkowy samolot. Będę leciała na tyle nisko, że chmura popiołu nie będzie mi przeszkadzać. Jeśli powinnam uiścić opłaty lotniskowe, to nie ma żadnego problemu, proszę”. Podała mi banknot pięćdziesiąt euro, który wyjęła nie wiem skąd. W każdym razie nie ze swojej wielkiej, skórzanej torby na listy, bo jej przy sobie nie miała. Byłem w szoku. Nic z tego wszystkiego nie rozumiałem, ale wyglądała na zdeterminowaną. Czy ona twierdzi, że naprawdę umie latać? Jak Superman czy Mary Poppins? Przez kilka sekund myślałem, że mój listonosz, to znaczy moja listonoszka straciła rozum.

– Podsumowując, pana listonosz, który jest listonoszką, wpadł pewnego pięknego dnia do wieży kontrolnej w kostiumie kąpielowym, mimo że najbliższa plaża jest oddalona o setki kilometrów, i poprosił, by pozwolił mu pan, żeby wystartował z lotniska, machając skrzydłami jak kura.

– Dość dobrze pan to podsumował, tak.

– I pomyśleć, że mój listonosz przynosi mi jedynie rachunki… – westchnął mężczyzna, wycierając grzebień w fartuch, po czym znowu zajął się moją czupryną przypominającą kolekcję korkociągów.

W drugiej ręce nieustannie szczękały mu nożyczki, jak psie pazury na parkiecie czy łapki chomika obracającego kołowrotek.

Cała jego postawa świadczyła o tym, że nie wierzy w ani jedno słowo z mojej opowieści. Nie można było zresztą mieć mu tego za złe.

– I co pan zrobił? – spytał, zapewne chcąc się przekonać, jak daleko sięga moja chora wyobraźnia.

– A co pan by zrobił na moim miejscu?

– Nie wiem, nie pracuję w lotnictwie. A poza tym nie zdarza mi się widywać w moim salonie fryzjerskim pięknych, półnagich kobiet.

– Straciłem pewność siebie – ciągnąłem dalej, ignorując żarty starego zrzędy.

– Myślałem, że kontrolera lotów nic nie jest w stanie pozbawić pewności siebie – odparł ironicznym tonem. – Czy nie za to wam płacą?

– Bez przesady. Nie jesteśmy przecież maszynami! W każdym razie popatrzyła na mnie oczami porcelanowej lalki i powiedziała: „Nazywam się Providence, Providence Dupois”. A potem odczekała, by jej słowa wywarły zamierzony efekt. Jakby wystrzeliła ostatni nabój. Myślę, że podała mi swoje imię, żebym przestał ją uważać za zwykłą listonoszkę. Byłem tak wytrącony z równowagi, że przez kilka sekund myślałem nawet, że to jest… no wie pan, jakaś dziewczyna, z którą coś mnie łączyło i której nie poznałem. W młodości cieszyłem się niejakim powodzeniem… Ale nie ulegało wątpliwości, nawet mimo braku czapki z daszkiem i staromodnego granatowego sweterka, że ta przepiękna dziewczyna to moja listonoszka.

Od kilku sekund fryzjer stał nieruchomo, wyjął z moich kręconych włosów grzebień i nożyczki i zamarł z nimi w powietrzu.

– Powiedział pan: Providence Dupois?  T a  Providence Dupois? – wykrzyknął, odkładając przybory na szklaną półeczkę, jakby ogarnęło go nagle wielkie zmęczenie. Po raz pierwszy od czasu, gdy zaczęliśmy tę rozmowę, a ściślej biorąc od chwili, gdy ja rozpocząłem swój monolog, zdradzał jakiekolwiek oznaki zainteresowania. – Mówi pan o kobiecie, o której pisały wszystkie gazety? Tej, która odleciała?

– Zgadza się – odparłem zdziwiony, że o niej słyszał. – Ale oczywiście w tamtym momencie była dla mnie tylko listonoszką. Seksbombą z żółtej Łódki.

Fryzjer opadł na pusty fotel obok mnie. Jakby na barki spadła mu stacja kosmiczna.

– Tamten dzień przywołuje bardzo bolesne wspomnienia – powiedział, błądząc wzrokiem gdzieś między białymi i czarnymi płytami w salonie. – Straciłem brata w wypadku samolotowym. Dokładnie w dniu, w którym tyle mówiono o słynnej Providence Dupois w związku z tym zadziwiającym wydarzeniem. Paula, mojego starszego brata. Jechał na kilkudniowy urlop do ciepłych krajów. Nie wyobrażał sobie, że krótkie wakacje okażą się… takie długie. Niekończące się wakacje… Stu sześćdziesięciu dwóch pasażerów. Nikt nie przeżył. Myślałem, że Bóg lata samolotem tak jak wszyscy. Pewnie spóźnił się tamtego dnia na odprawę.

Mężczyzna znowu podniósł głowę. W jego oczach pojawił się błysk nadziei.

– Lepiej porozmawiajmy o czymś weselszym. Niech pan powie, czy ona naprawdę umiała latać? To znaczy, czy widział pan, jak Providence Dupois unosiła się w powietrzu? Czytałem o tym w prasie, ale często wypisują takie bzdury… Chciałbym usłyszeć prawdę, samą prawdę.

– Nie było przy tym mediów. Zajęły się sprawą dopiero później i zrobiły z tego sensację, wywołując falę najbardziej dziwacznych plotek. Czytałem gdzieś nawet, że Providence doleciała żółtym renault aż do Maroka i zderzyła się z chmurą. Oczywiście nie odbiega to bardzo od prawdy, ale to nieścisła informacja. Opowiem panu prawdę o tym, co zdarzyło się tamtego dnia na Orly. I niech mi pan wierzy, to tylko czubek góry lodowej. To, jak do tego doszło i co zdarzyło się potem, jest może jeszcze bardziej zadziwiające i podważyło wiele rzeczy w moim kartezjańskim rozumku. Chciałby pan to usłyszeć?

Fryzjer omiótł dłonią pusty salon.

– Jak pan widzi, tłum się przewala – stwierdził z ironią – ale dobrze, mogę sobie zrobić małą przerwę. Niech pan mówi, to będzie dla mnie odmiana, wiecznie słucham tylko opowieści o ślubach i chrztach, jakie serwują mi po raz kolejny moje klientki za każdym razem, gdy przychodzą sobie wypomadować koki! – dodał starszy człowiek z udawaną rezerwą, mimo że pałał ochotą, by się wszystkiego dowiedzieć.

A ja, by wszystko opowiedzieć…

W dniu, w którym Providence nauczyła się chodzić, natychmiast zarozumiała, że nie osiądzie na laurach. Że ma znacznie większe ambicje i że ten wyczyn, bo to był wyczyn, jest jedynie pierwszym z długiej serii. Chciała biegać, skakać, pływać. Ciało ludzkie, ta fantastyczna maszyna, posiada zadziwiające zdolności fizyczne, które pozwolą jej iść przez życie zarówno w sensie dosłownym, jak i przenośnym.

Miała zaledwie siedem miesięcy i sześćdziesiąt osiem i pół centymetra wzrostu, ale już trawiło ją olbrzymie pragnienie odkrywania świata swoimi oczami (a raczej stopami). Jej rodzice, którzy byli lekarzami w najbardziej renomowanym szpitalu dziecięcym we Francji, nie mogli się nadziwić. W trakcie swojej długiej praktyki medycznej nigdy nie spotkali się z podobnym przypadkiem. Oto ich własne dziecko obróciło w perzynę, z całą energią kilkumiesięcznego niemowlęcia, które przewraca wieżę z klocków, wszystkie piękne teorie na temat nauki chodzenia. Jak ich jedynaczka mogła stawiać pierwsze kroki w tak młodym wieku? Jak jej układ kostny mógł udźwignąć małe ciałko uśmiechniętego, pulchniutkiego Buddy? Czy miało to jakiś związek z sześcioma palcami u jej prawej stopy? Na te wszystkie pytania Nadia i Jean-Claude nie byli w stanie odpowiedzieć ani wtedy, ani później. Było to coś, czego nie mogli sobie wyjaśnić, ale z czym się w końcu pogodzili. Na początku matka ją osłuchała. Ojciec zrobił jej nawet tomografię mózgu. Bez rezultatu. Wszystko wyglądało normalnie. Tak po prostu było, i tyle. Ich maleńka Providence zaczęła chodzić, gdy miała siedem miesięcy. I już. Była dziewczynką, której się śpieszyło.

Oczywiście wszystko, co mogli odczuwać w tym dziwnym okresie, było niczym wobec uczucia, którego fala pewnie zalała ich jak tsunami tego letniego dnia trzydzieści pięć lat później, gdy ich córka uparła się, że nauczy się latać.

Lokalizacja: Lotnisko Orly (Francja)

Sercometr®1: 2105 km

Zrozumieliście więc, że gdy rozpoczęła się ta niesłychana przygoda, Providence miała trzydzieści pięć lat i siedem miesięcy. Była jak najzwyklejszą kobietą, choć miała sześć palców u prawej stopy i niezwyczajne imię jak na kogoś, kto nie urodził się w Stanach Zjednoczonych, a mieszkała na najzwyklejszym południowym przedmieściu Paryża i wykonywała najzwyklejszy na świecie zawód.

Była listonoszem.

Mimo że Akademia Francuska wiele lat temu zezwoliła na używanie słowa listonoszka, Providence, do której z uwagi na wykonywany zawód to imię, koniec końców, pasowało, wolała mówić: listonosz. Była przyzwyczajona, że zwracano jej uwagę. Feminizacja była dla niej czymś pozytywnym i cieszyła się, że niektóre kobiety widzą w tych dwóch literach ukoronowanie całego życia poświęconego walce o sprawę kobiet, ale jej to nie kręciło. I tyle. Bo listonosze istnieli od pięciuset lat, a słowo listonoszka od trzydziestu. I do dziś dziwnie brzmiało w jej uszach (kojarzyło jej się z kurą nioską). Mówiąc listonosz, oszczędzała sobie długich wyjaśnień, słów i czasu, co było istotne dla kobiety, której wiecznie się śpieszyło i która nauczyła się chodzić w wieku siedmiu miesięcy.

Oto dlaczego tego ranka, gdy stojąc przy okienku straży granicznej na lotnisku Orly, wypełniała formularz osobowy w związku z podróżą do Marrakeszu, w rubryce zawód w naturalnym odruchu wpisała: listonosz.

Ta odpowiedź najwyraźniej nie spodobała się flegmatycznej funkcjonariuszce, która sprawdzała dokument. Dało się to natychmiast wyczytać z jej twarzy pokrytej grubą warstwą tandetnego makijażu. Należała do kobiet, które nie przegapią żadnej okazji, by przypomnieć o swojej kobiecości, w szczególności innym kobietom, które zdają się zapominać o własnej. Natomiast strażniczka, wąsata jak żandarm, zapomniała zgolić sobie tego ranka wąsik i jej kobiecość bardzo na tym ucierpiała.

– Napisała pani: listonosz.

– Tak, bo jestem listonoszem.

– Teraz można używać słowa listonoszka.

– To dobrze.

– Mówię to pani, bo to podejrzane pisać listonosz, gdy się jest kobietą. Osoba czytająca pani formularz spodziewa się, że zobaczy mężczyznę, a gdy patrzy na panią, widzi kobietę. To wprowadza w błąd. A my w straży granicznej nie lubimy być wprowadzani w błąd, jeśli rozumie pani, co mam na myśli. Mówię to dla pani dobra. Ja pozwolę pani wsiąść na pokład, ale nie chcę, żeby zatrzymano panią w czasie kontroli granicznej w Maroku, bo wpisała pani listonosz zamiast listonoszka. Głupio by było. Oni są dość specyficzni, wie pani. Równość płci nie jest ich mocną stroną. Ich mocną stroną są raczej grawerowane popielniczki… i skórzane pufy.

Bo niby długie czarne włosy nad wargą, gdy jest się kobietą, nie wprowadzają w błąd, pomyślała Providence. Niesłychane! Włochata udzielała jej lekcji genderu. Czy wąsy znowu stały się obowiązkowe u mundurowych, jak w latach trzydziestych? Czy funkcjonariuszka chciała się po prostu dostosować do mody wylansowanej przez brodatą zwyciężczynię Eurowizji 2014?

– Głupio by było – powtórzyła tylko, odbierając zdecydowanym gestem formularz i poprawiając długopisem przedmiot sporu.

Lepiej było się za bardzo nie wychylać. Poprawiwszy błąd, znowu podała formularz Conchicie Wurst w mundurze.

– Tak jest znacznie lepiej. Przejdzie pani kontrolę równie gładko jak list na poczcie – zażartowała funkcjonariuszka. – Zresztą nie rozumiem, po co się tak tym przejmować, skoro nie wiem nawet, czy pani tam dotrze.

– To znaczy?

– Właśnie odwołują kolejne loty z powodu chmury popiołu.

– Chmury popiołu?

– Nie słyszała pani? Jakiś wulkan przebudził się na Islandii. Nikt nigdy nie wspomina o Islandii… a jak już, to muszą nas wkurzać tym cholernym wulkanem!

Mówiąc to, kobieta energicznie przywaliła pieczątkę na formularzu, od czego drżał jej przez chwilę wąsik, po czym podała go pasażerce (formularz, nie wąsik).

– Wie pani, kiedy ostatnio się obudził? – odezwała się znowu poirytowana strażniczka.

– Nie wiem. Pięćdziesiąt lat temu? – zaryzykowała Providence.

– Więcej.

– Siedemdziesiąt?

– Więcej.

– Sto? – wykrzyknęła listonoszka, która czuła się tak, jakby miała odgadnąć wartość przedmiotów na wystawie w programie Juste Prix.

Funkcjonariuszka zdusiła nerwowy śmiech, jakby chciała dać do zrozumienia, że jej rozmówczyni jest daleka od rzeczywistości.

– To było w dziewięć tysięcy pięćsetnym roku przed Chrystusem! – powiedziała, żeby skrócić jej męki. – Mówili o tym w wiadomościach. Wyobraża sobie pani? I nagle się budzi, ot tak. Chyba tylko po to, żeby nas wkurzyć, mówię pani! Jego nazwę też wymyślili chyba tylko po to, żeby nas wkurzyć. Theistareykjarbunga. Nie sądzi pani, że Islandczycy urządzają sobie kpiny?

– To ta Tatakabunga jest na Islandii?

– Tak. Pani też uważa, że to nie brzmi jak islandzki?

– Przyznam, że mnie przypomina to raczej afrykański.

– Ja też tak myślałam, ale niezależnie od tego, czy to afrykański czy nie, mam nadzieję, że będzie pani miała szczęście. I że to „coś tam-bunga” nie przeszkodzi pani w podróży.

– Muszę koniecznie być dziś przed południem w Marrakeszu.

Listonoszka o mało nie dodała, że to kwestia życia i śmierci, ale się powstrzymała. Funkcjonariuszka z pewnością uznałaby to za podejrzane.

Paulo Coelho napisał powieść zatytułowaną Na brzegu rzeki Piedry usiadłam i płakałam. Na południowym krańcu terminalu lotniska Orly Providence usiadła na różowej walizce Samsonite i się rozpłakała.

A już na dobre się rozszlochała, gdy się zorientowała, że zamiast torebki ma na ramieniu reklamówkę Carrefoura ze śmieciami. Torba zdawała się być żywym dowodem na to, że pobudka o 4.45 pozostawia trwałe ślady w psychice. Listonoszka poderwała się tak szybko, jak diabełek wyskakuje z pudełka, krzywiąc się z obrzydzenia, i pozbyła się reklamówki, wyrzucając ją, jakby to była bomba, do pierwszego przezroczystego worka na śmieci w stylu Vigipirate, który się jej nawinął. Jak mogła jechać  z   tvy m  taki kawał drogi i w ogóle się nie zorientować? Jej nadzwyczajne powonienie zostało całkowicie unicestwione przez zmęczenie. Ze zmęczenia robi się różne dziwne rzeczy, pomyślała z przerażeniem, podejrzewając, że zostawiła torebkę w domu. Ulżyło jej, gdy zobaczyła, że wisi na drugim ramieniu. Człowiek wynosi śmieci, po czym ostatecznie zabiera je ze sobą w podróż.

Providence na powrót przyjęła pozę w stylu Myśliciel Rodina na różowej walizce Samsonite.

Wąsata funkcjonariuszka miała rację. Połowa lotów została odwołana z powodu tej cholernej chmury popiołu, którą poprzedniego dnia wypluł islandzki wulkan, wybuchając. Szczyt wszystkiego w dobie walki z paleniem! Do tego sytuacja najwyraźniej się nie poprawiała. Za kilka godzin mogą zamknąć całe lotnisko. A wtedy wszystkie nadzieje Providence ulecą z dymem, nie bawiąc się w gierki słowne.

Jakim cudem chmura może być taka groźna?

Jak wielki kłębek wełny, duży kot z kurzu, może stanowić zagrożenie dla równie skomplikowanych maszyn? Mówiło się, że jest równie niebezpieczna jak ta radioaktywna z Czarnobyla, która przed laty przemierzała niebo nad Europą, zamieniając dzieci w genialnych pianistów (trójrękich) czy wirtuozów kastanietów (z czterema jądrami), aż wreszcie zatrzymała się, cudownym zrządzeniem losu, nad granicą francuską. Może nie miała wizy?

Prezenterzy dzienników telewizyjnych pokazywanych na ekranach na lotnisku zapewniali, że jeżeli nieszczęśliwym zrządzeniem losu jakiś samolot wleciałby w tę kupę popiołu, najprawdopodobniej by się rozbił, czyli zniknął z radarów równie szybko jak majtki w programie Larry’ego Flynta. Odżył strach przed trójkątem bermudzkim. Kolosy niszczone przez maleńkie cząsteczki dymu. Bez sensu. Walka Dawida z Goliatem. Popiół zatykał maszyny i przerywał pracę silnika. W najgorszym przypadku wszystko wybuchało. By sprowadzić to do bardziej ludzkiej i bardziej zrozumiałej dla zwykłych śmiertelników skali, dziennikarze porównywali to do wypadków domowych dobrze znanych telewidzom, jak uszkodzony filtr w nowiutkim ekspresie Nespresso albo srebrny widelec teściowej pozostawiony w kuchence mikrofalowej. Bum! Nie ma kawy, nie ma mikrofalówki, nie ma samolotu!

A jednak mała grupa „ekspertów”, z których część związana była z wielkimi firmami consultingowymi, a inni po prostu byli ekspertami jak z koziej dupy trąba, zapewniała, że samolotom nic nie grozi ze strony takiej chmury. Że obawy są jak zwykle przesadne. Jednak linie lotnicze nie zamierzały narażać na ryzyko swoich maszyn ani pasażerów, zdając się na garstkę oszołomów. Bały się krachu finansowego. Nie po to zadawały sobie tyle trudu, oszczędzając całymi latami na orzeszkach ziemnych i oliwkach w posiłkach serwowanych pasażerom, by teraz rozbić w pył cudeńka warte sto czterdzieści dziewięć milionów euro za sztukę, jakby to były zwykłe samolociki z papieru puszczane z okien szkoły. Nie, nie dajmy się ponieść fantazji!

Więc ponieważ nikt nie chciał kusić diabła, nikt się nie ruszał. Hasło dnia DGAC2 brzmiało jak rozkaz bandyty, który napada na bank: „Wszyscy na ziemię!”. Opóźnienia się wydłużały. Personel naziemny nie miał już odwagi ogłaszać odwołania lotów. Pozostawiał tę niewdzięczną rolę tablicom odlotów. Nikt nie będzie przecież próbował udusić komputera. Loty znikały więc, po kolei, co minutę, jak w złośliwej sztuczce magicznej Davida Copperfielda. Tego bogatego, nie biednego.

Nic nie można było zrobić, tylko czekać.

Tymczasem Providence nie mogła już czekać.

Każda upływająca sekunda była straconą sekundą życia Zahery. Bo choroba posuwała się do przodu olbrzymimi krokami, a tam w szpitalu brakowało sprzętu, by można było się nią zająć. Dziewczynka zawdzięczała więc ocalenie wyłącznie swojej żelaznej woli, a teraz nadziei, że mama przyjedzie po nią jak najszybciej.

Providence obracała w palcach niebieską kartę z niedawno zdobytym podpisem. Przepustkę do szczęś­cia. Ukoronowanie kilkumiesięcznych starań, których końca nie było widać, i procedury pozwalającej jej przywieźć to dziecko do Francji. Najpierw rozjechał ją walec administracji, a teraz sprzysięgły się przeciwko niej żywioły. Dlaczego cały świat ze złośliwą przyjemnością sypał pył w tryby jej starego pocztowego renault? Każda mijająca sekunda była sekundą życia z córką, sekundą, której ją pozbawiano. To zbyt niesprawiedliwe. Tak niesprawiedliwe, że chciało się płakać. Tak niesprawiedliwe, że miało się ochotę rozbijać szyby.

Żeby się uspokoić, sięgnęła do torebki i wyjęła z niej mały odtwarzacz MP3. Zamieniła paczkę papierosów na to małe urządzenie w dniu, w którym rząd postanowił umieszczać na opakowaniach zdjęcia chorych płuc i wątroby. Muzyka wpływała mimo wszystko korzystniej na zdrowie, a na walkmanach nie przyklejano jeszcze naklejek z głuchymi. Roztrzęsiona, odchylając głowę w tył, jakby właśnie usiadła plecami do umywalki u fryzjera i czekała, aż ten lada chwila się zjawi, by zrobić jej wspaniały masaż głowy, włożyła do uszu słuchawki i nacisnęła przycisk Play.

I gdy piosenka U2 rozpoczęła się od miejsca, w którym przerwała jej słuchanie po przyjeździe na lotnisko („in a little whiiile, in a little whiiile, I’ll be theeeere”), Providence ujrzała twarz i uśmiech Zahery odbijające się w szybie terminalu. Tak jak śpiewał Bono, za krótką chwilę będzie tam. Tam, przy niej. Trzeba zachować rozsądek, to był już cud, że mała Marokanka tak długo wytrzymała. Siedem lat, podczas gdy dawano jej trzy lata życia. Wytrzyma przecież little while dłużej. „man dreams one day to fly, a man takes a rocketship into the skies”. Tak, gdyby tylko miała rakietę…

– Jadę po ciebie, kochanie – szepnęła Providence, ignorując kpiące spojrzenia mijających ją turystów. – Nieważna jest cena, nieważne są środki, nic nie przeszkodzi mi dziś po ciebie przyjechać. Wytrzymaj, aniołku. Zanim wzejdzie księżyc, będę przy tobie. Obiecuję ci. Choćbym miała się nauczyć latać jak ptak, żeby po ciebie przyfrunąć.

Nawet nie przemknęło jej przez myśl, jak bardzo bliska była prawdy, wypowiadając te słowa.

W tym samym momencie tysiące kilometrów od Orly Zahera, której jedynie podbródek wystawał spod prześcieradła jak broda kapitana Baryłki w Koksie w ładowni, podziwiała fosforyzujący gwiazdozbiór przyklejony na białym, bezchmurnym suficie. Dokładnie odwzorowała tam Wielki Wóz za pomocą maleńkich, plastikowych replik gwiazd, które miały tę szczególną cechę, że gdy gasiło się światło, błyszczały jak tysiące świeżo wypolerowanych gwiazd szeryfa.

Prawdziwe nie błyszczały. Zahera coś o tym wiedziała, bo Rachid podarował jej kawałek gwiazdy, który przypadkowo znalazł na pustyni. Podobno czasem spadają. Szarawy kamień miał tę właściwość, że nie emitował świat­ła, gdy był pogrążony w ciemności. Zdaniem masażysty to była kwestia promieniowania. Gdy kawałek gwiazdy został odcięty i znalazł się z dala od swoich molekularnych pobratymców, przestawał świecić. Któregoś dnia dziewczynka, pochłonięta obserwowaniem kamienia nie większego od jej dłoni, odczytała tajemniczy napis na jednej z jego nierównych, chropowatych ścianek. Made in China.

– Co to znaczy? – spytała natychmiast Rachida.

– Och, to? To po angielsku – odpowiedział speszony masażysta. – Oznacza, że wyprodukowano to w Chinach.

Kupił podróbkę na małym bazarze w mieście. Dziewczynka, która nigdy nie opuściła szpitala, a więc miała stosunkowo niewielkie pojęcie o naszym świecie, uwierzyła mu, bo z natury wierzyła dorosłym.

– Aha, gwiazdy na niebie są produkowane w Chinach – stwierdziła Zahera, a Rachid spojrzał na nią zdziwiony, bo właśnie się zorientował, że wyznanie winy nie przyniosło oczekiwanego rezultatu.

Wzruszony dowodem tak wielkiej niewinności, nie miał odwagi zaprzeczyć. Wręcz przeciwnie. Nawet trochę wszystko ubarwił.

– Zresztą na ich fladze widnieje pięć żółtych gwiazd na czerwonym tle, co świadczy o znaczeniu tej gałęzi przemysłu dla kraju!

Wobec tego przekonana, że Chińczycy wytwarzają tony gwiazd, które wysyłają w niebo, by świeciły nocą ludziom na marokańskiej pustyni, Zahera dziękowała im co wieczór przed snem, odmawiając modlitwy, które sama wymyślała. Dziękowała im, że okazują jej rodakom taką hojność.

Któregoś dnia opuści ten zapyziały szpital na przedmieściach Marrakeszu i wyruszy w fantastyczną podróż. Wsiądzie do Orient Expressu, który mimo swojej nazwy nie jeździ do Chin, i pojedzie do kraju, w którym skośnoocy ludzie, niczym setki tysięcy pracowitych mrówek, za pomocą potężnych dział wysyłają w przestworza lśniące kamienie wielkości pomarańczy, przecinające ostrymi krawędziami granatowe płótno nocnego nieba.

O tej porze gwiazdy już nie migotały, ale przynajmniej dodawały nieco uroku smutnej sali szpitala. W tych szarych ścianach Marokanka spędziła niemal całe swoje krótkie życie. Więc odkąd Providence podarowała jej te gwiazdy, również Made in China, patrzyła na sufit, gdy tylko zapadał zmierzch, i widziała niebo. Widziała setki błyszczących, tryskających energią oczu, takich jak oczy jej nowej mamy, jedynej zresztą, bo tamta umarła, wydając ją na świat. Punkciki świetlne mrugały, jakby porozumiewawczo puszczały do niej oko.

Wieki Wóz przypominał rondel.

Uwielbiała go, gdyż łączył w sobie dwie jej pasje: kuchnię i kosmos. W przyszłości zostanie cukierniczką-astronautką. Była o tym przekonana. W stanie nieważkości znacznie łatwiej zrobić suflet czy ubić pianę z białek. Ale to był jej pomysł. Jej tajemnica. Wydawało się to oczywiste, jednak najwyraźniej nikt wcześniej na to nie wpadł. Problem polegał na tym, że być może nie doczeka tej „przyszłości”. A co gorsza, jeśli śmierć przyjdzie wcześniej, nie zapisze się w ludzkiej pamięci jako pierwsza cukierniczka-astronautka w dziejach świata, tylko jako chora dziewczynka, która umarła w letni dzień pod sufitem z plastikowych gwiazd w zapyziałym szpitalu w Marrakeszu.

Więc próbowała się trzymać, żeby zadać kłam lekarzom. Żeby zadać kłam chorobie. Mimo