Strona główna » Obyczajowe i romanse » Odbicia

Odbicia

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-64682-31-5

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Odbicia

Chwila po zmierzchu, Paweł wchodzi do knajpy. Przy jednym ze stolików siedzi sześć osób. Trzy kobiety, trzech mężczyzn, w tym jedna para: facet, który dominuje i kobieta o zaniedbanych włosach i paznokciach. „Ładna” – myśli Paweł. Ta kobieta to Milena. Slawistka, tłumaczka. Mieszka w małym mieszkaniu z dużym balkonem. Od kilku dni ma chandrę nie do opanowania, ale Paweł o tym nie wie. Dla niego ta kobieta to Anna. Anna zginie niebawem w wypadku samochodowym - tak zdecydował. Facet, który dominuje będzie cierpiał. Paweł nie wie, że imię, które mu nada - Marek - jest prawdziwe. Trafił przypadkiem, ale to nie ostatni raz, gdy fikcyjne i realne życia pomieszają się ze sobą, by tworzyć wielowymiarowe i wieloznaczne Odbicia.

 

Akcja książki rozgrywa się na kilku poziomach. Paweł pisze powieść o sześciu przypadkowo zobaczonych osobach. Równolegle z wymyślanym na bieżąco światem fikcyjnych postaci poznajemy realne losy ich pierwowzorów. Każda postać ma jakby dwa życia, które się splatają. Co zatem jest bardziej realne? Tak zwana realność czy fantazmat? To co społeczne, czy to co psychiczne? Kolejne warstwy narracji to skrawki świata bawiącego się w demiurga Pawła oraz niezwykła biografia samej autorki, która splotła się z fikcją w sposób niezamierzony i nieoczekiwany...

 

Odbicia to nie tylko postmodernistyczna gra w metafikcję, ale także obfitująca w dramatyczne zwroty akcji,wycyzelowana, mozaikowa opowieść o dokonywaniu wyborów oraz możliwych i niemożliwych do kontrolowania emocjach.To intrygujący głos na temat współczesności i ram, jakie wyznacza ona ludzkiej tożsamości i międzyludzkim relacjom.

Aneta Modelska-Lemke urodziła się w 1966 roku w Bochni. W czasie studiów w Krakowie była aktywnie zaangażowana w podziemny ruch wydawniczy. Od 2003 roku mieszkała na stałe za granicą: w Bośni i Hercegowinie, potem we Francji. Pisać zaczęła późno – w roku 2011 zadebiutowała kryminałem „List, który przyszedł za późno”.  Wcześniej, w 2006 roku w Sarajewie, rozpoczęła powieść „Odbicia”, którą ukończyła dwa lata później w Paryżu. Zmarła nagle i niespodziewanie w Warszawie 27 sierpnia 2013 roku.

Polecane książki

Założeniem wielotomowej Historii klasycznej filozofii indyjskiej jest całościowe przedstawienie wszystkich nurtów filozoficznych i prądów intelektualnych w Indiach w okresie klasycznym, tj. od II w. do najazdu muzułmańskiego, na tle koncepcji filozoficznych formułowanych na Zachodzie.  Niniejszy...
W książce, składającej się z części biograficznej oraz części poświęconej twórczości szachowej Rubinsteina, przedstawiono koleje losu, przebieg kariery oraz 70 partii najlepiej ilustrujących dokonania wielkiego Akiby w rozwoju królewskiej gry. Akiba Rubinstein, najwybitniejszy do dziś ...
Rodzice lorda Benedicta Lucasa zostali przed laty zamordowani, a sprawców nigdy nie ujęto. Kiedy Benedict dorósł, został tajnym agentem. Miał w życiu dwa cele: pracę dla Korony i odnalezienie zabójcy. Wykonując misje, nigdy nie musiał pojawiać się na przyjęciach śmietanki to...
Niniejszy tom dopełnia cykl książek poświęconych twórczości Samuela Becketta. Po dwutomowej edycji jego "Utworów wybranych" oraz dwunastu "Dialogach" o Beckettowskim teatrze – czas na podsumowanie przemyśleń o twórcy, który wyraził katastrofę duchową i cywilizacyjną współczesnego człowieka jak żaden...
Latte. Słodka, z domieszką kawowej goryczy i południowego słońca... Zemsta. Pragnienie odwetu za doznane krzywdy... Co te dwie pozornie odmienne rzeczy mają ze sobą wspólnego? Okazuje się, że dużo! Niesiony szałem Costas przeszukuje wybrzeża Morza Egejskiego, celem odnalezienia tego, kto doprowadzi...
Sir Richard Kenworthy musi w ciągu dwóch tygodni znaleźć w Londynie narzeczoną i wziąć z nią ślub. W tej sytuacji nie ma zbyt wysokich wymagań. Kiedy podczas wieczoru muzycznego w pewnym domu dostrzega Iris Smythe-Smith, jest przekonany, że spotkał właściwą pannę. Iris jest wykształconą, ładną dziew...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Anna Modelska-Lemke

ROZ­DZIAŁ I

1

Paweł ma na­pi­sać po­wieść. Nie wywołuje w nim to ani en­tu­zja­zmu, ani uczu­cia pa­ra­liżu. Ce­lem Pawła nie jest obnażenie du­szy, tyl­ko za­ro­bie­nie pew­nej kon­kret­nej kwo­ty, łagodzącej niezręczność jego obec­nej sy­tu­acji życio­wej. Po­nie­waż do­tych­cza­so­we zajęcie Pawła oka­zało się mniej do­cho­do­we, niż się spo­dzie­wał, zna­lazł się na utrzy­ma­niu oso­by, którą to on po­wi­nien (a przy­najm­niej chciałby) utrzy­my­wać. Pro­po­zy­cja za­przy­jaźnio­ne­go wy­daw­cy daje szansę zmia­ny tego sta­nu rze­czy. Paweł nie jest w tej dzie­dzi­nie dy­le­tan­tem, jego pseu­do­nim po­ja­wił się już kil­ka razy tu i tam. To, że sam za­li­cza swo­je do­ko­na­nia je­dy­nie do ka­te­go­rii „do­brze się czy­ta”, nie od­bie­ra im ostrożnego uzna­nia, z ja­kim zo­stały przyjęte. Chciałby pisać re­por­taże, które będą zmie­niać ludz­kie myśle­nie i na­pra­wiać frag­men­ty świa­ta, ale tego nie po­tra­fi. Prze­ga­pił kil­ka zna­ko­mi­tych oka­zji. Po­tra­fi na­to­miast bawić się wy­obraźnią.

W tej chwi­li krąży od kil­ku go­dzin po ulu­bio­nym mieście, żeby swoją wy­obraźnię jakoś „za­ko­twi­czyć”. Ka­prys, dzi­wac­two i przy­mus Pawła po­le­ga na tym, że musi zo­ba­czyć „w re­alu” małą grupę osób, którym chce później w swo­jej książce nadać nowe imio­na, wsz­cze­pić uczu­cia, wmu­sić złe i do­bre na­wy­ki, przy­pi­sać kon­kret­ny stan po­sia­da­nia, poplątać życio­ry­sy wątka­mi ro­man­tycz­ny­mi (kry­mi­nal­ny­mi?, me­ta­fi­zycz­ny­mi?), zesłać na nich sny. Pierw­szy ob­ra­zek musi być praw­dzi­wy. Bez tego nie za­cznie pisać, mimo że pew­ne po­mysły już się uro­dziły. To, co będą robić pier­wo­wzo­ry jego po­sta­ci w chwi­li, kie­dy zawłasz­czy ich rysy i syl­wet­ki, ma zna­cze­nie dru­gorzędne. Mogą kar­mić gołębie, wy­pro­wa­dzać psy na spa­cer, słuchać kon­cer­tu albo się upi­jać. Paweł jest w sta­nie zacząć hi­sto­rię od do­wol­nej sy­tu­acji. Oby tyl­ko mógł spo­koj­nie za­ak­cep­to­wać ich twa­rze, a po­tem po­ga­pić się jesz­cze przez mo­ment, za­trzy­mując scenę w swo­jej ob­raz­ko­wej wy­obraźni.

W końcu zna­lazł.

W ko­lej­nej z miłych i sym­pa­tycz­nych knajp, do której wcho­dzi tego dnia, gru­pa sześciu osób przy dwu zsu­niętych stołach spo­tkała się naj­wy­raźniej z ja­kiejś spe­cjal­nej oka­zji. Szam­pan już zo­stał wy­pi­ty, pustą bu­telkę za­bie­rze za­raz kel­ner i Pawłowi ra­czej nie gro­zi, że czy­jeś głośne to­a­sty zdradzą mu sens im­pre­zy. Roz­mo­wy prze­stały być wspólne, dość emo­cjo­nal­nie (szam­pan plus trzy wina) krzyżują się przez stół. Są też drob­ne, swoj­skie im­pre­zo­we napięcia. Mężczy­zna w brązo­wej ma­ry­nar­ce chciałby wresz­cie zacząć szyb­ciej pić (pu­sty kie­li­szek, kon­tro­l­ne spoj­rze­nia na trun­ki in­nych i na kel­nera). Ko­bie­ta o nie­ty­po­wym ucze­sa­niu, świet­nie kon­tro­lując mowę ciała, po­chy­la się w stronę swo­je­go za­an­gażowa­ne­go rozmówcy, a jej nie­kon­tro­lo­wa­ne spoj­rze­nie jest znu­dzo­ne.

Tyle na pierw­szy rzut oka.

Ob­ser­wa­tor sia­da kil­ka metrów da­lej, za­ma­wia piwo, za­pa­la pa­pie­ro­sa i chłonie ob­ra­zek, w którym tkwi według nie­go po­ten­cjał, ja­kie­go po­szu­ki­wał.

Kli­mat:

Jest ciepły je­sien­ny wieczór, rzecz dzie­je się na dzie­dzińcu, oto­czo­nym ścia­na­mi trzech sta­rych ka­mie­nic, na którym rosną ko­lo­ro­we drze­wa kasz­ta­no­we. Za­pach gril­la, su­chych liści i pa­pie­rosów, mu­zy­ka nie­zbyt głośna.

Chwi­la po zmierz­chu.

Oso­by:

Trzy ko­bie­ty i trzech mężczyzn, w tym jed­na para. Naj­bliżej Pawła, bo­kiem do nie­go sie­dzi ko­bie­ta o za­nie­dba­nych włosach i pa­znok­ciach, na oko 35. Ładna, w każdym ra­zie in­te­re­sująca, szczupła, o de­li­kat­nych ry­sach. Paweł wy­obraża so­bie, jak wyglądałaby w in­nym ucze­sa­niu, a ona mu to nieświa­do­mie ułatwia – śmiejąc się z czy­je­goś żartu, od­chy­la się do tyłu na krześle, spla­tając na chwilę dłonie na kar­ku i od­gar­niając półdługie, zmierz­wio­ne włosy. Pali dużo, pije pra­wie tak szyb­ko jak mężczy­zna w brązo­wej ma­ry­nar­ce, ale jest trzeźwa. Swe­ter, dżinsy i płaskie buty – brak dbałości wi­docz­ny szczególnie przez kon­trast ze stro­jem ko­bie­ty o nie­ty­po­wym ucze­sa­niu, o której za chwilę. Śmiech urwał się szyb­ko – przez większość wie­czo­ru jest myślami nie­obec­na, co jest nie­zwy­kle in­try­gujące dla Pawła, a dla jej współbie­siad­ników w za­sa­dzie nie­zau­ważalne. Mówi dość ci­cho. Obok jej stóp leży spo­koj­nie duży, czar­no-rudy pies. Od cza­su do cza­su ko­bie­ta gładzi go ma­chi­nal­nie. Pies albo śpi, albo gapi się na Pawła, jak­by jako je­dy­ny za­uważył, że sa­mot­ny fa­cet z pi­wem nie błądzi wzro­kiem, tyl­ko kon­cen­tru­je trzy zmysły i myśli na jed­nym obiek­cie. Jest to chwi­la­mi nie­co de­pry­mujące.

Paweł wy­ko­nu­je parę czyn­ności po­zor­nych (wyj­mu­je te­le­fon, przekłada ja­kieś kart­ki). Jest za­do­wo­lo­ny, że tak młodo wygląda – młodzi, na­tchnie­ni chłopcy mogą za­cho­wy­wać się trochę eks­cen­trycz­nie. Cho­ciaż oprócz bez­czel­ne­go czar­no-ru­de­go nikt nie zwra­ca na nie­go uwa­gi, zmie­nia kąt pa­trze­nia.

Mężczy­zna w brązo­wej ma­ry­nar­ce sie­dzi na­prze­ciw ko­bie­ty z psem, ale da­le­ko od niej, tak jak ona przy krótszym boku zsu­niętych stołów, obok pnia kasz­ta­na. Jest o kil­ka lat star­szy od resz­ty – ma ja­kieś 45, może na­wet młodzieńcze 50. Włosy – ani krótkie, ani długie, po­si­wiały mu przed­wcześnie, w kil­ku­cen­ty­me­tro­wej bro­dzie są jesz­cze ciem­ne pa­sma. Jego twarz byłaby bar­dzo ty­po­wa, gdy­by miał też oku­la­ry, ale naj­wy­raźniej ich nie po­trze­bu­je. Ogo­rzały albo za­czer­wie­nio­ny od al­ko­ho­lu. Brązowa ma­ry­nar­ka jest chy­ba z wełny, pod nią ruda ko­szu­la i dżinsy. Paweł za­sta­na­wia się nad jed­nym słowem, którym mógłby go określić – tak, wygląda dla nie­go jak­by – dy­sy­denc­ko, i jest to szer­sze sko­ja­rze­nie niż z polską opo­zycją lat osiem­dzie­siątych. Milczący na początku, mężczy­zna stop­nio­wo się rozkręca, śmie­je się swo­bod­niej, za­ma­wia wódkę, a nie wino, już bez ogląda­nia się na in­nych, ale nadal chwi­la­mi spra­wia wrażenie skrępo­wa­ne­go. Ma dziw­ny sposób mówie­nia, który dla Pawła byłby iry­tujący. Za­czy­na szyb­kim, zde­cy­do­wa­nym zda­niem, za­trzy­mu­je się, jak­by cze­kał na re­akcję i kończy wol­no, z przydługim na­mysłem. Mimo to po­zo­sta­li słuchają go z uwagą. Wygląda na to, że ma cha­ryzmę. Paweł przegląda w myślach miej­sco­we zna­ne twa­rze i cho­ciaż nie znaj­du­je w pamięci nie­po­kojących po­do­bieństw, po­sta­na­wia mieć to na uwa­dze.

Naj­bar­dziej bez­pośred­nia w sto­sun­ku do si­we­go mężczy­zny jest siedząca po jego pra­wej, przo­dem do Pawła, zbyt pulch­na ko­bie­ta z czar­ny­mi, krótki­mi włosa­mi. Jest zresztą naj­bar­dziej bez­pośred­nia w sto­sun­ku do wszyst­kich – roz­ga­da­na, głośna i ra­do­sna, opo­wia­da i słucha z przejęciem, prze­ry­wa in­nym z wdziękiem. Tym ra­zem Paweł nie ma pro­ble­mu ze sko­ja­rze­nia­mi – na­zwał ją na­tych­miast „dobrą cio­cią”, wy­obra­ził so­bie, jak pie­cze cia­stecz­ka, za­chwy­ca się cu­dzy­mi dziećmi, łamie cu­downą dietę od­chu­dzającą – i obie­cał so­bie, że nie pójdzie ślepo za tym ste­reo­ty­pem. Do­bra cio­cia nie jest w ty­pie Pawła – zbyt okrągła i zbyt eks­tra­wer­tycz­na (Paweł nie za­sta­na­wia się, skąd wziął to dru­gie). Ale ma bar­dzo ładne dłonie o długich pal­cach, którymi właśnie szki­cu­je coś w po­wie­trzu, ułatwiając so­bie opo­wia­danie, i ciepły, szcze­ry uśmiech. Zwa­rio­wa­ny, sty­li­zo­wa­ny mi­li­tar­nie żakiet i młodzieńcze, eks­tra­wa­ganc­kie gadżety (bran­so­let­ka i na­szyj­nik z kor­ka­mi od wina) mówią głośno i nie­ko­niecz­nie szcze­rze, że wygląd nie jest dla niej po­wo­dem kom­pleksów. Jeśli wie­rzyć po­zo­rom, resz­ta ją lubi. Między nią a ko­bietą z psem jest jakiś spe­cjal­ny kon­takt, od cza­su do cza­su wy­mie­niają po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia. Są chy­ba w tym sa­mym wie­ku.

Sąsiad z le­wej pulch­nej cio­ci jest an­glojęzycz­ny. Cho­ciaż powściągli­wie, uczest­ni­czy w toczącej się po pol­sku roz­mo­wie mi­miką, śmie­chem i tak da­lej, jak­by za nią podążał, ale od­zy­wa się bar­dzo rzad­ko i tyl­ko po an­giel­sku. Od cza­su do cza­su trze­ba mu coś wytłuma­czyć i najczęściej robi to, dys­kret­nie, siedząca naj­bliżej nie­go ko­bie­ta z psem. Trud­no po­wie­dzieć, żeby do­brze się bawił. So­lid­nie od­ra­bia to spo­tka­nie, jak za­da­nie do­mo­we z lek­cji języka. Poza tym, nie ma cech cha­rak­te­ry­stycz­nych. Ciem­ny blon­dyn, średnie­go wzro­stu i śred­niej bu­do­wy, przy­stoj­ny, ale nie na tyle, żeby zwrócić na nie­go uwagę na uli­cy. Czar­na blu­za i czar­ne spodnie. Gdy­by nie to, że Pawłowi wszy­scy dają dzie­sięć lat mniej, niż ma, i nie lubi przez to oce­niać wie­ku młodo wyglądających mężczyzn, uznałby, że an­glojęzycz­ny jest przed trzy­dziestką. Nie wy­da­je się spe­cjal­nie związany z kim­kol­wiek z obec­nych, nie wia­do­mo, czy­im jest gościem. Pro­blem do roz­wiąza­nia.

Te­raz Paweł musi na chwilę wyjść i wrócić do in­ne­go sto­li­ka. Chce, cho­ciaż przez mo­ment, być vis-à-vis pary, którą zdążył ob­rzu­cić spoj­rze­niem, wchodząc, a po­tem wi­dział tyl­ko ich ple­cy. Zna już ge­sty i re­ak­cje, po­trze­bu­je jesz­cze twa­rzy. Para na to zasługu­je. Paweł pa­trzy na ze­ga­rek, płaci i wy­cho­dzi ener­gicz­nie, od­pro­wa­dza­ny psim spoj­rze­niem spod stołu. Idzie na spa­cer długości dwu pa­pie­rosów. Jest pod­eks­cy­to­wa­ny. Po­zna­je właśnie lu­dzi, którzy będą – trud­no, że brzmi głupio, taka jest praw­da – żyć w jego wy­obraźni przez naj­bliższe ty­go­dnie, a może dłużej. Fakt, że pier­wo­wzo­ry jego po­sta­ci są z krwi i kości, do­da­je sy­tu­acji pi­kan­te­rii, cho­ciaż nie to było ce­lem po­mysłu. Ten nie­win­ny ka­prys nie może ni­ko­mu za­szko­dzić. Paweł wie, że na­wet przy dużym po­do­bieństwie zewnętrznym nikt nie jest w sta­nie roz­po­znać sie­bie w fik­cyj­nej po­sta­ci i fik­cyj­nej fa­bu­le. Spraw­dził to.

Wra­ca do ka­wiar­ni, kie­ru­je się pro­sto do wy­bra­ne­go wcześniej sto­li­ka i od­gry­wa swój mały te­atr. Jesz­cze stojąc, przy­wołuje kel­ne­ra, żeby wy­prze­dzić jego za­sko­czo­ny uśmiech. Mówi za­gad­ko­wo:

– No i znów je­stem. Te­raz po­trze­buję cze­goś moc­niej­sze­go. Podwójna whi­sky, bar­dzo proszę.

(Do­brze, że nie mar­ti­ni z wódką). Wra­ca do pra­cy.

Para to ko­bie­ta o nie­ty­po­wym ucze­sa­niu, która rzu­ciła się Pawłowi w oczy przy wejściu i przy­stoj­ny mężczy­zna z dwu­dnio­wym za­ro­stem. Nie­ty­po­wa fry­zu­ra to ce­lo­wo fi­ne­zyj­nie zwi­chro­wa­ny, owi­nięty wokół głowy ru­sty­kal­ny war­kocz, jak fan­ta­zyj­na alu­zja do Ty­mo­szen­ko. Dzieło mod­ne­go fry­zje­ra. Właści­ciel­ka war­kocza cała jest mod­na, atrak­cyj­na i do­pra­co­wa­na w każdym calu – od wy­so­kich ob­casów po ma­ki­jaż. Przez to kon­tra­stu­je z ko­bietą z psem, tym bar­dziej że siedzą bli­sko. Zwra­ca uwagę mężczyzn – świet­nie pod­kreśliła dobrą fi­gurę sek­sowną, ciem­no­tur­ku­sową gar­sonką. Ładna, nie­prze­ry­so­wa­na, efek­tow­na i z klasą. Przy tym – przy­najm­niej te­raz – jakaś taka prze­wi­dy­wal­na, po­zba­wio­na spon­ta­nicz­ności – mimo żywe­go udziału w im­pre­zie. Po­praw­na. To ona uda­wała za­an­gażowa­nie w wywód part­ne­ra, który ją nu­dził. Paweł po­le­ga na swo­ich wrażeniach, cza­sem nie­uchwyt­nych. Nie po­tra­fiłby w tej chwi­li uza­sad­nić, co spra­wiło, że to roz­czo­chraną ko­bietę w czar­nym swe­trze, ki­wającą się ra­zem z krzesłem i gładzącą psa, zwróconą w tej chwi­li z błyskiem w oku i prośbą o na­la­nie wina w stronę an­glojęzycz­ne­go, określił jako in­try­gującą, a nie jej atrak­cyjną koleżankę.

Fa­cet, który jest part­ne­rem ko­bie­ty z war­ko­czem, do­mi­nu­je nad po­zo­stałymi. Swo­bod­ny, pew­ny sie­bie, przy­stoj­ny. Praw­do­po­dob­nie świet­nie zda­je so­bie z tego sprawę. Około czter­dziest­ki, ale zdra­dza to tyl­ko lek­ka si­wi­zna na skro­niach, dzięki której jest atrak­cyj­niej­szy. To jemu kel­ner po­da­je do spróbo­wa­nia pierw­szy łyk no­wej bu­tel­ki wina, które to on wy­brał. To on na­rzu­ca te­ma­ty i naj­więcej mówi, trud­no mu prze­rwać. Samo w so­bie – nic złego; sądząc na pod­sta­wie podsłucha­nych, urwa­nych frag­mentów, jest in­te­re­sujący, nie­ba­nal­nie do­bie­ra kwe­stie, które jego ko­lej­ni part­ne­rzy chętnie po­dej­mują. Wy­bie­ra do­bre wina. Ale chwi­la­mi prze­kra­cza gra­nicę, dzielącą mile wi­dzia­ne zdol­ności przywódcze od apo­dyk­tycz­ności. Być może wte­dy, kie­dy wy­da­je wzro­kiem swo­jej ko­bie­cie po­le­ce­nia, do­tyczące wol­niej­sze­go pi­cia albo za­nie­cha­nia pa­pie­ro­sa, a ona na­tych­miast ro­zu­mie ich zna­cze­nie, przyj­mu­je je, albo bun­tow­ni­czo próbuje od­rzu­cić. Być może przez nie­umiejętność słucha­nia.

Raz pod­czas tego wie­czo­ru do­mi­nujący oka­zał spe­sze­nie, w za­baw­nej sy­tu­acji. Po ni­sko zwie­szo­nej gałęzi kasz­ta­na łaził młody kot, patrząc na stół z na­dzieją na reszt­ki. Siwy w brązo­wej ma­ry­nar­ce zwa­bił go de­li­kat­nie do sie­bie, poka­zał czar­nowłosej, jak kot łasi się do nie­go i jak nie­wie­le jest większy od jego dużych dłoni. Po­sa­dził so­bie kota na ko­la­nach i wrócił do prze­rwa­nej roz­mo­wy. Pies spał pod stołem. Do­mi­nujący, pochłonięty wcześniej roz­mową z an­glojęzycz­nym, naj­pierw po­czuł, a później zo­ba­czył, że kot ocie­ra się o jego przed­ra­mię. Po­de­rwał się, jak dziewczęta w sta­rych fil­mach na wi­dok my­szy, pra­wie prze­wra­cając krzesło. Opa­no­wał re­akcję po kil­ku se­kun­dach, ze śmie­chem tłumacząc się aler­gią. Obu­dzo­ny pies mer­dał ogo­nem do kota, mniej­sze­go od jego mor­dy i próbował go obwąchać. Siwy zdążył za­mknąć wy­stra­szo­ne zwierzę w dłoniach, po­wo­li, do­stoj­nie od­szedł z nim do baru, kupił paczkę chipsów, roz­sy­pał je w naj­dal­szym kącie i życzył kotu smacz­ne­go. Wrócił i spo­koj­nie podjął prze­rwa­ny wątek. Właśnie wte­dy do­mi­nujący się spe­szył. Na krótko.

To już wszy­scy. Ostat­nia stop-klat­ka:

Siwy, opar­ty o pień drze­wa, słucha poważnie, ze sku­pie­niem, pulch­nej ko­bie­ty, która opo­wia­da mu coś wol­no i ci­cho, nie patrząc na nie­go, tyl­ko na zwiędły liść, którego blaszkę od­ry­wa kawałek po kawałku, tak, żeby zo­stały same włókna nerwów. An­glojęzycz­ny do­le­wa wszyst­kim wina, roz­chla­pując je wokół. Ko­bie­ta o za­nie­dba­nych pa­znok­ciach, opar­ta łokcia­mi o stół, bawi się zapałkami – za­pa­la zapałkę, wy­pa­la do połowy, po­tem usta­wia ją po­zio­mo i chwy­ta drugą ręką za wy­pa­lo­ny, gorący łebek, przekręca ogień i po­zwa­la mu spa­lić dre­wien­ko do końca. Nuci coś przy tym. Atrak­cyj­na pa­trzy na jej dłonie i od cza­su do cza­su po­ma­ga od nie­chce­nia po­je­dyn­czym słowem part­ne­ro­wi, który opo­wia­da an­glojęzycz­ne­mu coś o niej, obej­mując opar­cie jej krzesła le­wym ra­mie­niem. Te­raz ona jest myślami gdzie in­dziej. Wszy­scy są spo­koj­nie pi­ja­ni. Na sto­le palą się dwie świe­ce. Pies położył łeb na sto­pie ko­bie­ty i gapi się na Pawła.

Paweł ma już wszyst­ko, cze­go chciał. Jego ob­ser­wa­cje nie trwały tak długo, jak by się mogło wy­da­wać – jest spo­strze­gaw­czy. Kręci mu się w głowie. Te­raz musi się z tym wszyst­kim prze­spać. Wra­cając do sie­bie, sta­ra się za­trzy­mać ożywio­ny al­ko­ho­lem, ob­ra­cający się w pamięci ka­lej­do­skop spoj­rzeń, uśmiechów, gry­masów, gestów, nie­domówień.

Zo­sta­wia­my Pawła. Nie będzie­my wie­dzieć, kto go wita w domu, czym zaj­mu­je się na co dzień, jaką ma przeszłość i cze­go chce od życia. Wrócimy do nie­go w od­po­wied­nim mo­men­cie.

Lu­bi­my Pawła, ale nie in­te­re­su­je nas on sam ani jego życie. In­te­re­su­je nas tyl­ko to, co (i cza­sem może jesz­cze – dla­cze­go) na­pi­sze, i to tyl­ko w pew­nych kon­kret­nych sy­tu­acjach. Przy­puśćmy, że dana nam właśnie zo­stała przy­padłość – zdol­ność – podglądac­twa per­fek­cyj­ne­go – chce­my i je­steśmy w sta­nie zo­ba­czyć, jak się ma to, co na­pi­sze Paweł, do rze­czy­wi­stości. I o to właśnie w tym wszyst­kim cho­dzi.

xxxx

2

Paweł po­sta­no­wił, że w pierw­szym roz­dzia­le uśmier­ci ko­bietę o za­nie­dba­nych włosach i pa­znok­ciach. Jest wściekły. To właśnie ona naj­bar­dziej go za­in­try­go­wała. Jej zamyśle­nie, sposób trzy­ma­nia pa­pie­ro­sa, śmiech ci­chy i jak­by iro­nicz­ny, brak sty­li­za­cji. Wrażenie jej dy­stan­su do sy­tu­acji, a jed­no­cześnie, jak już za­czy­nała do kogoś mówić – przy­ja­znej otwar­tości. Głupi od­ruch sku­ba­nia pa­znok­ci, znisz­czo­ne ręce. Niech będzie – jej ciem­ne oczy (bar­dzo ład­nie roz­sze­rzo­ne i błyszczące od wina) i długie nogi – też. To wszyst­ko spra­wiło, że zo­ba­czył to, co chciałby na­pi­sać, zupełnie in­a­czej niż do­tych­czas. Kie­dy już zo­ba­czył, po­mysły zaczęły się po­ja­wiać z tem­pem i in­ten­syw­nością kra­jo­brazów na al­pej­skiej au­to­stra­dzie. A po­tem opo­wie­dział wszyst­ko temu bu­co­wi.

– Bar­dzo świet­nie, sta­ry, to może być re­we­la­cja, masz, na­pij­my się za twój po­mysł. Ale pamiętaj, co mi obie­całeś. Obie­całeś mi po­wieść na wa­ka­cje, a wy­ska­ku­jesz mi tu te­raz z jakąś ana­lizą ko­bie­cej podświa­do­mości w kon­tekście, cho­le­ra, już nie wiem, bi­blij­nym czy mi­to­lo­gicz­nym. Biegnąca z wil­ka­mi ocza­mi mężczy­zny? Nie na to się uma­wia­liśmy. Tak, ja­sne, wierzę ci, że tam też będzie ak­cja. Ale nie o taką akcję mi cho­dzi. Po­trze­buję cze­goś, co wyj­dzie w czerw­cu, a w lip­cu i sierp­niu sprze­da się ta­nio, ale w dużym nakładzie, i przy­po­mi­nam ci, że to leży też w two­im in­te­re­sie. Żeby na okładce można było na­pi­sać: „opo­wieść o miłości i przy­jaźni, namiętności i zdra­dzie, z akcją pełną napięcia już od pierw­szych stron”, albo w tym sty­lu. Lu­dzie cza­sem muszą od­począć od de­lir­ki, kom­pleksów z dzie­ciństwa i po­pie­przo­nej podświa­do­mości, a ja cza­sem muszę za­ro­bić, jak mam później ry­zy­ko­wać. Zresztą sam wiesz, miałeś już po­dob­ne po­mysły jak dzi­siaj, i pamiętasz, jak to się skończyło. Nie, no, prze­sa­dziłem chy­ba, ale ty wiesz prze­cież, że to tyl­ko żart, z tobą mogę całkiem szcze­rze, cze­kaj, do­leję ci. Słuchaj, bo to ważne – za­pro­po­no­wałem ci tę po­wieść nie tyl­ko dla­te­go, że pi­je­my ra­zem wódkę, i że na kogo in­ne­go mnie nie stać, ale też dla­te­go, że je­steś w tym do­bry. Nie ro­bisz ki­czu. A ja poniżej pew­ne­go po­zio­mu nie schodzę. Wy­lu­zuj – nie da­jesz na­zwi­ska (nie wiem zresztą, cze­mu, ale niech ci będzie), re­ali­zu­jesz się gdzie in­dziej. Poza tym – za­liczkę już pew­nie wydałeś. A do tam­te­go wrócimy, obie­cuję, mówiłem, że to może być re­we­la­cja, ale za jakiś czas.

Paweł wy­lu­zo­wał na po­kaz. Te­raz wy­godną, bun­tow­niczą wściekłością osłania ulgę, że nie musi za bar­dzo angażować się w coś, co mogłoby go prze­ra­stać. Złości się na sie­bie, że zmar­no­wał trzy dni na mrzon­ki, złości się na tego cho­ler­ne­go buca, że za­wsze musi po­sunąć się o je­den żart (i jedną po­chwałę) za da­le­ko, znów na sie­bie, że go to w ogóle ob­cho­dzi. Na ko­bietę spod kasz­ta­na też, bo to przez nią.

Więc ko­bie­ta zgi­nie dra­ma­tycz­nie w pierw­szym roz­dzia­le. Będzie miała na imię Anna. Paweł poświęci temu całe czwart­ko­we popołudnie.

xxxx

Książka Pawła

Anna obu­dziła się po trze­cim dzwon­ku i po­trze­bo­wała chwi­li, żeby zo­rien­to­wać się, gdzie jest. Lubiła pa­ste­lo­we ho­te­lo­we po­ko­je ta­kie jak ten, iden­tycz­ne na całym świe­cie.

Ale nie tu­taj – w mieście, które kie­dyś było jej. Wy­je­chała z Wrocławia dzie­sięć lat temu; wcześniej, pod­czas stu­diów, miesz­kała tu sama albo z kimś, w miej­scach do­brych i podłych, każde z nich przyj­mując za swo­je. Później, już po prze­pro­wadz­ce, te­le­fon z dwor­ca wy­star­czył, żeby za­ini­cjo­wać prze­ga­da­ny wieczór u kogoś z przy­ja­ciół. Od pew­ne­go cza­su, przy­jeżdżając na rocz­ni­co­we spo­tka­nia, które trwają siłą rozpędu, za­trzy­mu­je się w ho­te­lu. To jej wybór – Ela za każdym ra­zem za­pra­sza do sie­bie na­prawdę ser­decz­nie, Anna za każdym ra­zem znaj­du­je mniej lub bar­dziej wia­ry­god­ny pre­tekst, żeby z tego nie sko­rzy­stać, a rano bu­dzi się w czy­stym, pa­ste­lo­wym po­ko­ju i czu­je się w nim nie­na­tu­ral­nie. Ela po pro­stu jest zbyt ciepła i przy­ja­zna, była zbyt bli­ska, żeby sam na sam z nią nie zacząć się jakoś otwie­rać. A tego Anna nie może zro­bić. Jesz­cze tyl­ko chwi­la, uporządku­je pew­ne rze­czy, wsiądzie do sa­mo­cho­du i wróci do sie­bie.

*

Młody chłopak ode­rwał wzrok od mo­ni­to­ra i prze­sunął się tak, żeby nie było go widać z zewnątrz. Na bal­kon ho­te­lo­we­go po­ko­ju, po dru­giej stro­nie wąskiej uli­cy, dokład­nie na­prze­ciw jego okna, wyszła zgrab­na, bosa ko­bie­ta w ku­sym, białym, ho­te­lo­wym szla­fro­ku. Prze­ciągnęła się, zbie­rając dłońmi mo­kre włosy na kar­ku, a po­tem za­pa­liła pa­pie­ro­sa. Miły wi­dok, cho­ciaż to nie młoda dziew­czy­na, ma już chy­ba ze 30 lat. Wcześniej pod­niosła ro­le­ty i otwo­rzyła sze­ro­ko okna, a prze­cież chy­ba musi zdjąć szla­frok, żeby się ubrać. Chłopak gra­tu­lu­je so­bie po raz ko­lej­ny wy­bo­ru po­ko­ju w no­wym miesz­ka­niu i usta­wie­nia biur­ka. Jego gra kom­pu­te­ro­wa może po­cze­kać, ro­dzi­ce jesz­cze śpią i nie wejdą do nie­go. Ko­bie­ta wra­ca do środ­ka, szczot­ku­je przed lu­strem wciąż roz­czo­chra­ne włosy. Ru­sza się po­wo­li, spra­wia wrażenie zamyślo­nej. Wyj­mu­je z wewnętrznej kie­sze­ni tor­by podróżnej książkę, z książki ko­pertę. Sia­da z nią na wiel­kim łóżku, opar­ta o ścianę. Z ko­perty wyciąga kartkę albo ser­wetkę, którą rozkłada de­li­kat­nie, pie­czołowi­cie, jak­by się bała, że sta­ry pa­pier roz­kru­szy się jej w dłoniach. Czy­ta coś, co jest tam na­pi­sa­ne. Wyj­mu­je za­pal­niczkę z kie­sze­ni szla­froka i po­wo­li zbliża płomień do brze­gu ser­wetki, ale tak, jak­by z góry wie­działa, że nie za­mie­rza jej spa­lić. Gasi za­pal­niczkę, wol­no składa i cho­wa i kartkę, i ko­pertę. Od­chy­la głowę moc­no w tył, nie­ru­cho­mie­je. Płacze? Jeżeli tak, to tyl­ko przez mo­ment. Na­gle wsta­je i zmie­nia tem­po – szyb­ko, ener­gicz­nie zbie­ra i wrzu­ca do tor­by kil­ka rze­czy, coś wyj­mu­je, zgar­nia po­rzu­co­ne obok łóżka ubra­nia, wy­cho­dzi do łazien­ki. Wra­ca po mi­nu­cie, ubra­na w dżinsy, czar­ny swe­ter i tramp­ki, a nie w wąską czarną mini, jak spo­dzie­wał się Chłopak. Na­wet ma­ki­jaż przed lu­strem robi szyb­ki­mi, agre­syw­ny­mi ru­cha­mi. Dzwo­ni z ho­te­lo­we­go te­le­fo­nu – naj­wy­raźniej na swoją własną komórkę, którą znaj­du­je dzięki temu gdzieś w poście­li. Wy­cho­dzi z torbą na ra­mie­niu i ple­ca­kiem-to­rebką na ple­cach, jed­no­cześnie za­pa­lając pa­pie­ro­sa, i nogą do­my­kając drzwi.

Chłopak żałuje, że nie mógł zo­ba­czyć, co jest na­pi­sa­ne na kart­ce-ser­wet­ce, bar­dziej niż tego, że nie zo­ba­czył tej ko­bie­ty na­giej. Czu­je się głupio. Jakoś dziw­nie mu jej jak­by żal.

*

Anna je­dzie szyb­ko, trasą, którą do­brze zna. Słucha Stin­ga z iPo­da, pro­wa­dze­nie spra­wia jej przy­jem­ność. Cie­szy się, że będzie dziś u sie­bie i że wczo­raj było tak, jak było. Las za okna­mi jest piękny – moc­ny, ciepły wiatr spra­wia, że li­sto­pa­do­we drze­wa ożywają. To wszyst­ko uspo­ka­ja. W pew­nym mo­men­cie to­reb­ka na sie­dze­niu obok dzwo­ni pierw­szy­mi tak­ta­mi Żółtej łodzi pod­wod­nej. Anna zry­wa słuchaw­ki, jedną ręką wy­sy­pu­je wszyst­ko, żeby do­stać się do te­le­fo­nu. Widząc nu­mer, waha się przez chwilę.

– Tak?

Czyjś długi mo­no­log spra­wia, że ręka trzy­mająca te­le­fon za­ci­ska się co­raz moc­niej i za­czy­na drżeć. Pęd po­wie­trza przy­du­sza do okna żółty liść klo­nu. Przed przed­nią szybą po­ja­wia się fura z drew­nem, wlokąca się tym sa­mym pa­sem. Przy ha­mo­wa­niu wy­rzu­co­na z to­reb­ki kred­ka do ust spa­da na podłogę.

– Cze­kaj – Anna odkłada te­le­fon, re­du­ku­je bieg, wy­prze­dza, opa­no­wu­je się, żeby nie dopuścić do drżenia głosu.

– Prze­pra­szam, mu­siałam wy­prze­dzić. Tak, pro­wadzę, trud­no mi cię te­raz słuchać, też przez to. Muszę za­pa­lić. Nie wiem. Ra­czej tak, do­brze. Albo jesz­cze się za­sta­no­wię. Jak nie, za­dzwo­nię. No to – chy­ba – do zo­ba­cze­nia.

Od­dy­cha głęboko, zwal­nia, za­uważa z ulgą, że zbliża się właśnie do leśnego par­kin­gu z gril­lem. Na­prawdę bar­dzo po­trze­bu­je pa­pie­ro­sa.

*

Mężczy­zna na par­kin­gu prze­wra­ca na drugą stronę do­pie­czo­ne kiełba­ski, żeby zwrócić na sie­bie uwagę, ale bez większej na­dziei, że ko­bie­ta, która za­je­chała właśnie za­ku­rzo­nym oplem, będzie jego klientką. Wy­siadła z sa­mo­cho­du, za­pa­liła pa­pie­ro­sa, opie­rając łokieć o maskę, po­tem dru­gie­go, a te­raz stoi so­bie i sku­bie pa­znok­cie. Pa­trzy w jego stronę. Może się boi, bo sama je­dzie, a mogła zo­ba­czyć, że właśnie so­bie łyknął, jak pod­jeżdżała. Jed­nak pod­cho­dzi do nie­go.

– Prze­pra­szam, mam prośbę – rzu­ci mi pan mo­netę?

– Co proszę?

– No wie pan, orzeł czy resz­ka, jak dzie­ci robią. Chcę coś so­bie spraw­dzić.

– To cze­mu pani sama nie rzu­ci?

– Jak pan rzu­ci, będzie le­piej.

– Do­brze, ale mo­ne­ta musi być pani. Ja utar­gu nie mam, a na resz­ty po­trze­buję.

Resz­ka.

– Dziękuję, mo­ne­ta dla pana, do­brze mi pan rzu­cił.

– To jak pani dołoży jesz­cze jedną taką samą, to będzie kiełba­ska. Zniżkowo.

– Po­proszę.

Kurczę, ona na­prawdę się jakoś w środ­ku cie­szy. Od­cho­dzi, gryząc kiełbaskę na wi­del­cu, ja­kimś ta­kim długim, szyb­kim kro­kiem, ta­necz­nym trochę, ma­cha ręką, że nie, na pla­sti­ko­wy ta­lerz i musz­tardę. Lu­dzie dzi­wa­czeją ostat­nio, do­rosła ko­bie­ta, a jak dziec­ko. To chy­ba faj­nie.

*

Anna wsia­da do sa­mo­cho­du, wyj­mu­je ze schow­ka mapę, przy­po­mi­na so­bie do­jazd do miej­sca, które kie­dyś, a może za­wsze, było dla niej ważne. Pa­ku­je roz­sy­pa­ne rze­czy do to­reb­ki. Po wyjeździe z pachnącego kiełba­ska­mi par­kin­gu jesz­cze przez kil­ka­naście ki­lo­metrów trzy­ma się głównej tra­sy, a po­tem zjeżdża w lewo, na wąską boczną drogę.

*

Kie­row­ca ko­par­ki, wy­co­fując ma­szynę z błotni­stych ko­le­in na as­falt, zdążył tyl­ko usłyszeć, zo­ba­czyć szyb­ki ruch po pra­wej i wbić dłoń w przy­cisk alar­mu. Wy­cie klak­so­nu zlało się z pi­skiem ha­mujących opon, trza­skiem bla­chy i szkła. Wstrząs od ude­rze­nia rzu­cił mężczyzną na ścianę ka­bi­ny. Ab­sur­dal­na ci­sza. Drżąc na całym cie­le, otwo­rzył drzwi i wy­padł, nie ze­sko­czył, na jezd­nię. Zo­ba­czył sza­re­go opla wbi­te­go przo­dem pod pra­wy bok ko­par­ki. Z ogrom­nym wysiłkiem opa­no­wał drżenie rąk na tyle, żeby jakoś wy­brać nu­mer po­go­to­wia, i drżenie szczęk, żeby po­wie­dzieć. Czuł, że za­raz ze­mdle­je, bo nogi stały się miękkie, a przez ciało przeszła fala gorąca. Zmu­sił się, żeby jesz­cze raz po­pa­trzeć. Ma­ska zmiażdżona, przed­niej szy­by nie ma. Ale otwo­rzyły się obie po­dusz­ki po­wietrz­ne, krwi mało, więc może jed­nak. Rzu­cił się do wygiętych, za­blo­ko­wa­nych drzwi opla i zaczął je szar­pać, pod­ważać, wy­ry­wać, płacząc i klnąc, żeby do­stać się do bezwład­ne­go ciała w środ­ku.

*

Je­den z po­li­cjantów pod­biegł do ra­dio­wo­zu od stro­ny ka­ret­ki, która właśnie odjeżdżała na sy­gna­le spod wra­ku opla.

– Po­wie­dzie­li, że ra­czej przeżyje.

– A co z nim?

– Nic, po­obi­ja­ny, zwich­nięty nad­gar­stek, złama­ny pa­lec, na­wet tego nie za­uważył, bo jest w szo­ku. Do­stał jakąś che­mię w żyłę i po nie­go też przyślą am­bu­lans. Je­den z na­szych przy nim sie­dzi i po­wta­rza, że ona będzie żyła i że to nie jego wina, ale fa­cet chy­ba nie kon­tak­tu­je.

– Trzeźwy?

– Ten z na­szych, czy fa­cet? Obaj trzeźwi, a on wy­dra­pał pa­zu­ra­mi za­klesz­czo­ne drzwi od tego opla, żeby ją wyciągnąć, bo myślał, że za­raz wszyst­ko pier­dol­nie. I wyciągnął ją tak, że nie za­szko­dził. A czy to nie jego wina, to wy le­piej wie­cie.

– Nie jego. Chcesz wie­dzieć, jak było, to spy­taj fo­to­gra­fa, i mu pomóż przy zdjęciach, ja muszę…

Po­li­cjant w ra­dio­wo­zie zaczął roz­ma­wiać przez ra­dio­te­le­fon, prze­krzy­kując hałas sa­mo­cho­du strażac­kie­go, ma­new­rującego na wąskiej dro­dze.

Po­li­cyj­ny fo­to­graf pra­co­wał fleg­ma­tycz­nie i me­to­dycz­nie, jak­by ruch wokół należał do in­nej baj­ki, i w ten sam sposób opo­wia­dał.

– Zbiegło się wszyst­ko na­raz. Na pa­sie była ba­rier­ka, ale w nocy wiatr ją walnął na po­bo­cze albo komuś prze­szka­dzała, tam leży. Zresztą i tak mie­li ją zdjąć, fa­cet już skończył, tyl­ko od­sta­wiał sprzęt, za pięć mi­nut by go tu nie było. Tym za­du­piem jeżdżą dwa sa­mo­cho­dy dzien­nie. On nic nie mógł zro­bić, wy­co­fy­wał z tego błota na drogę, kie­dy wy­padła zza zakrętu. Nie zdążyłby. A ona… prze­kra­czała, ale nie­prze­sad­nie. Miała ja­kieś 90. Ty aku­rat też byś tak tędy je­chał w do­brych wa­run­kach, a do zakrętu były do­bre. Jak zo­ba­czyła ko­parkę, depnęła na ha­mu­lec, i poje­chała po tej mo­krej gli­nie, co ją tu na­niosło przy ko­pa­niu, jak po śli­zgaw­ce, bo miała zdar­te opo­ny. Gdy­by zo­ba­czyła ba­rierkę, zwol­niłaby przed zakrętem. Gdy­by nie było gli­ny, wy­ha­mo­wałaby na­wet przy swo­jej prędkości. Gdy­by nie miała zdar­tych opon, wy­ha­mo­wałaby na­wet na gli­nie.

Ale grunt, że z tego wyj­dzie żywa. Miała szczęście.

*

Sa­ni­ta­riusz cze­kał, aż pa­cjent­ka oprzy­tom­nie­je na tyle, żeby mógł nawiązać z nią kon­takt. Bez­pośred­nie za­grożenie minęło, obaj le­ka­rze byli zajęci od­czy­ta­mi przyrządów i pa­pie­ra­mi. Wie­dział, że pa­cjent, od­zy­skując przy­tom­ność, nie zda­je so­bie spra­wy z tego, gdzie jest, i co się zda­rzyło, a szok i dez­orien­ta­cja mogą po­gor­szyć jego stan. Przyjął, że jego rolą jest opie­ka nad psy­chiką. Stu­dio­wał za­ocz­nie psy­cho­lo­gię i swo­je za­da­nie trak­to­wał poważnie. Spraw­dził w pasz­por­cie, jak ma na imię pa­cjent­ka. De­li­kat­nie wy­tarł jej reszt­ki krwi i bru­du z czoła, od­garnął włosy z twa­rzy. Otwo­rzyła oczy, uśmiechnęła się nieświa­do­mie, jak­by prze­pra­szająco.

– Pani Anno, jest pani bez­piecz­na. Jest pani pod opieką. Za­grożenie minęło. Je­dzie pani ka­retką do szpi­ta­la. Pani stan jest sta­bil­ny. Miała pani wy­pa­dek na dro­dze kra­jo­wej nu­mer…

– Co… gdzie…

Mogła mówić, ale z ogrom­nym tru­dem. Sa­ni­ta­riusz przeklął się w myśli za tę „drogę kra­jową”.

– Miała pani wy­pa­dek, ale sy­tu­acja już jest opa­no­wa­na.

– Gdzie jest mój te­le­fon…

– Nie może pani te­raz roz­ma­wiać. Zaj­mie­my się tym. Jeżeli pani so­bie tego życzy, w szpi­ta­lu po­wia­do­mi­my pani ro­dzinę, będzie pani mogła mieć kon­takt z psy­cho­lo­giem albo dusz­pa­ste­rzem…

– Nie, to nie… mój te­le­fon… że ja się spóźnię.

Wie­dział, że trze­ba przy­ta­ki­wać.

– Do­brze, proszę się o to nie mar­twić. Jeżeli życzy pani so­bie…

Prze­rwał mu le­karz.

– Młody, już prze­stań, ona za­sy­pia. Proszę cię, za­dzwoń i sprawdź ją, miała to w port­fe­lu. Ja te­raz nie mogę.

– Ale jest już do­brze? Za chwilę będzie­my w szpi­ta­lu.

– Tak, ale jed­na rzecz mi się nie po­do­ba. Za­dzwoń.

Za­dzwo­nił pod nu­mer z wi­zytówki, przed­sta­wił sy­tu­ację, podał dane, za­no­to­wał od­po­wie­dzi.

– Pa­nie dok­to­rze, była ich pa­cjentką. Tu jest wszyst­ko.

– Kur­wa.

*

Wie­czo­rem, w domu, le­karz nie umiał pro­fe­sjo­nal­nie za­po­mnieć. Nie chciał zo­sta­wać z tym sam. Za­dzwo­nił do ko­le­gi – zgry­wu­sa, przed którym nie trze­ba było ni­cze­go uda­wać. Po­pro­sił, żeby przy­je­chał, odmówił mu spo­tka­nia na mieście. Po­tem słuchał przez pół go­dzi­ny pra­wie bez słowa jego szyb­kie­go, jak za­wsze pełnego prze­sad­ne­go za­an­gażowa­nia opo­wia­da­nia o fil­mie Bo­rat, który mu się nie spodo­bał, pa­trzył na błazeńską mi­mikę i ge­sty­ku­lację i śmiał się w du­chu z dys­kre­cji przy­ja­cie­la, który do­brze wie, co jest gra­ne, ale wie też, że nie po­wi­nien pytać. Prze­rwał mu w pół słowa.

– Zmarła mi dziś pa­cjent­ka.

– Nie pierw­sza i nie ostat­nia.

– Nie lubię tego two­je­go.

– To nie jeździj na ka­ret­ce.

– Już się prze­stań zgry­wać.

– Prze­pra­szam.

– Nie mu­siało tak być. Była po wy­pad­ku, miała sil­ny wstrząs, krwo­tok, długo była nie­przy­tom­na i tak da­lej, ale wszyst­ko opa­no­wa­liśmy. Wszyst­ko. Jak już było pra­wie do­brze, zna­lazłem u niej w port­fe­lu wi­zytówkę Cen­trum Le­cze­nia Pa­da­czek i Mi­gren. Spraw­dzi­liśmy. Miała pa­daczkę od piętna­stu lat. Łagodną od­mianę, ata­ki tyl­ko we śnie. To samo w so­bie nie­groźne. Opa­no­waną – ostat­ni atak rok temu. Brała tri­lep­tal, po wszyst­kim spraw­dziłem – za małe stężenie we krwi. Miała atak w ka­ret­ce, tuż przed szpi­ta­lem. Nie będę ci tłuma­czył jak le­ka­rzo­wi, co na co wpłynęło – w każdym ra­zie – w jej sta­nie wte­dy – to ją zabiło.

– Mógłbyś temu za­po­biec, gdy­byś coś zro­bił in­a­czej?

– Tak. Łatwo. Gdy­bym wszyst­ko wie­dział wcześniej, za­nim jesz­cze zacząłem się nią zaj­mo­wać, i gdy­bym miał przy so­bie, co trze­ba. Ale nie miałem i nie wie­działem.

– Cier­piała?

– Nie, przy tym, co się z nią działo, i co do­stała, ra­czej nie czuła bólu, na pew­no nie miała świa­do­mości. Pod­czas ata­ku świa­do­mość jest wyłączo­na. Wcześniej, jak na mo­ment od­zy­skała przy­tom­ność, była już po za­strzy­kach. Nie mogła ro­zu­mieć ani się bać.

– Ty roz­ma­wiałeś z ro­dziną?

– Nie miała ro­dzi­ny. Bez męża, 35 lat, ale ro­dzi­ce nie żyją. Może ja­kichś da­le­kich ku­zynów, ktoś to spraw­dza. Jakiś part­ner gdzieś pew­nie jest, bo ładna z niej była ko­bie­ta.

– Hej, hej! To­bie tak nie wol­no o pa­cjent­ce, jesz­cze jak zeszła! Cze­kaj, może ty ją po pro­stu znałeś? Znałeś?

– Nie. Przy­po­mi­nała mi kogoś.

– Kogo? Po­wiesz? Nie, nie po­wiesz, bo by wyszło na jaw, że ko­bie­ty też lu­bisz, a nie tyl­ko fa­cetów, jak twier­dzi moja żona, odkąd spędza­cie ra­zem…

Le­karz uśmie­chał się, słuchając mądre­go błazna, który trze­ma naj­prost­szy­mi py­ta­nia­mi po­tra­fił tak bar­dzo mu pomóc, a jak już tego do­ko­nał, na­tych­miast wrócił do swo­jej błazeńskiej roli, żeby przy­pad­kiem ktoś nie po­czuł się niezręcznie wdzięczny.

xxxx

Paweł wstał od kom­pu­te­ra około pierw­szej w nocy z czwart­ku na piątek. Był za­do­wo­lo­ny. Wcześniej, podśpie­wując w myśli Co się stało z na­sza klasą, na­szki­co­wał im­prezę pod kasz­ta­nem, czy­niąc z niej nie­for­mal­ne, rocz­ni­co­we spo­tka­nie małej gru­py przy­ja­ciół ze stu­diów. Zmie­nił mia­sto, wyrównał wiek uczest­ników. Uchwy­cił ce­chy cha­rak­te­ry­stycz­ne, dodał i od­rzu­cił kil­ka dro­biazgów. Roz­wiązał pro­blem an­glojęzycz­ne­go. Nie kon­cen­tro­wał się na dia­lo­gach, wpro­wa­dził tyl­ko kil­ka ury­wa­nych frag­mentów. Po­ka­zał, jak oso­by widzą się na­wza­jem, przez chwilę po­pa­trzył ocza­mi kel­ne­ra. Po­da­ro­wał ko­bie­tom za­pa­chy swo­ich ulu­bio­nych per­fum, bo praw­dzi­wych nie mógł czuć przez dym pa­pie­ro­so­wy. Wspo­mniał, jak różnie działał na przy­ja­ciół al­ko­hol. Szkic mu się spodo­bał.

Dziś zajął się Anną. Po krótkim namyśle po­zba­wił ją psa. Gdy­by tego nie zro­bił, byłby zmu­szo­ny opi­sać albo jego śmierć, albo jego roz­pacz. Cier­pie­nie zwierząt in­ten­syw­nie wpływa na ludz­kie emo­cje, a Paweł nie chciałby zbyt moc­no wzru­szać czy­tel­ni­ka już w pierw­szym roz­dzia­le. Pies nie po­ka­zał się u Pawła ani na im­pre­zie, ani dzień po. Zda­rze­nia dra­ma­tycz­nej so­bo­ty po­wsta­wały po­wo­li i w kil­ku wa­rian­tach – Paweł za­wsze rozpędzał się stop­nio­wo. Z kil­ku po­mysłów jest szczególnie za­do­wo­lo­ny – otwo­rzyły wątki, które w ogólnym za­ry­sie pla­no­wał już wcześniej. Być może, dzięki re­tro­spek­cji, będzie mógł jesz­cze na chwilę wrócić do Anny. Po­lu­bił ją. Miał na­dzieję, że – mimo iż po­zbył jej się tak szyb­ko, aby nie ule­gać wcześniej­szym po­ku­som – udało mu się w jakiś sposób, mi­mo­cho­dem, oddać cho­ciaż drobną część aury, którą wy­czuł wokół ko­bie­ty z czar­no-ru­dym psem, która z ko­lei mu­siała być cho­ciaż drob­nym od­bi­ciem jej tożsamości, na­tu­ry, cha­rak­te­ru, losu.

3

Pier­wowzór Anny, ko­bie­ta z czar­no-ru­dym psem, którą zgod­nie z pla­nem właśnie za­czy­na­my ob­ser­wo­wać, ma na imię Mi­le­na.

Rze­czy­wi­stość

Do­padło ją to, kie­dy wra­cała w czwar­tek z pra­cy. Chan­dra, nie­uza­sad­nio­na i nie­dająca się opa­no­wać. Zaczęło się ba­nal­nie. Szła wte­dy naj­bar­dziej znie­lu­bio­nym, mo­no­ton­nym frag­men­tem co­dzien­nych po­wrotów. Zaczęła się za­sta­na­wiać, ile razy już prze­mie­rzyła ten chod­nik wzdłuż tyl­nej ścia­ny bu­dyn­ku, i ile razy jesz­cze przez nie­go przej­dzie. Przy­po­mniała so­bie zda­nie, wy­czy­ta­ne chy­ba u Her­ty Műller: „Prze­cież człowie­ko­wi nie musi być na­wet tak całkiem źle, żeby pomyślał so­bie: I to ma być całe moje życie?”. Końcówka przy­cze­piła się do niej. W do­dat­ku nie po to, żeby otwo­rzyć ra­chu­nek zysków i strat, roz­począć płacz­li­we roz­ważania nad tym, z cze­go się w imię cze­go zre­zy­gno­wało, niosące smu­tek, ale nie­po­zba­wio­ne ma­so­chi­stycz­nej przy­jem­ności.

Nie, to nie było to. To jakaś pa­ra­no­ja. Ogar­niają ją uczu­cia, zna­ne ze snu, który zda­rza jej się co jakiś czas. Śni w nim, że przy­po­mi­na so­bie właśnie o dziw­nym, brzyd­kim zwierzęciu. Zwierzę jest pod jej opieką i miesz­ka gdzieś w klat­ce, a ona za­po­mi­na od mie­sięcy o kar­mie­niu go. Kie­dy pod­bie­ga do klat­ki, nie wia­do­mo, czy zwierzę żyje, czy nie. Te­raz nie ma snu i nie ma zwierzęcia, nie ma tam­te­go stra­chu. Ale jest napięcie. I po­czu­cie, że być może spie­przyła kom­plet­nie i ni­cze­go już nie można odwrócić. Nie­dające się w tym mo­men­cie ni­czym uza­sad­nić. Żal. I tam­to bez­rad­ne–zdzi­wio­ne–po­gar­dli­we zda­nie w tle. Mi­le­na nie jest hi­ste­ryczką. Lubi mieć dy­stans do swo­ich uczuć i re­ak­cji. Gdy­by go nie miała, miałaby już kil­ka razy w życiu spo­ry pro­blem. Szu­ka ba­nal­nych przy­czyn swo­jej słabości, typu PMS. Nie znaj­du­je. Włącza iro­nię. Robi so­bie w myślach wul­garną i prześmiewczą awan­turę. Efekt jest tyl­ko taki, że czu­je się pu­sta, obo­lała. Zda­nie-man­tra mie­sza się w jej w głowie z podwórko­wym wier­szy­kiem z dzie­ciństwa i frag­men­tem głupiej pio­sen­ki, której słuchał dziś taksówkarz. Żal zo­sta­je. W do­dat­ku za­czy­na się bać. Swo­jej chan­dry, wie­czo­ru, na­wet sa­me­go stra­chu, że może coś zna­czyć. Nie zwra­cając uwa­gi na oto­cze­nie, zdążyła tym­cza­sem dojść do domu. Nie ma mowy o te­le­fo­nie do ko­go­kol­wiek, ta­kim sta­nem nie będzie się dzie­lić, a ukryć się go nie da. Spraw­dziła tyl­ko krótki­mi ese­me­sa­mi tych, o których mogłaby się bać. Czy­ta­nie też nie po­ma­ga, a to już bar­dzo dziw­ne. Pozo­sta­je je­den sposób. Za­miast wy­pro­wa­dzić psa na spa­cer, wle­cze się z nim do naj­bliższe­go skle­pu, do którego miała za­miar przez pe­wien czas w tym celu nie przy­cho­dzić. Ku­pu­je bu­telkę, omi­jając spoj­rze­nie ka­sjer­ki. W domu sia­da na bal­ko­nie, na podłodze, opar­ta o ścianę, osłonięta do­niczką uschniętej ba­zy­lii. Pies przy­tu­la się do jej uda. Al­ko­hol na szczęście działa szyb­ciej niż zwy­kle. Pod­nosząc szklankę, jak­by piła czy­jeś zdro­wie, myśli:

– Prze­cież nikt mnie tak na­prawdę nie skrzyw­dził. Nikt mi nie zabił ro­dziców. Nikt nie zgwałcił ani mnie, ani mo­je­go dziec­ka. Więc o co, kur­wa, cho­dzi?

Działa.

Wywołuje wpraw­dzie ciąg ob­razów, scen z pew­nych sy­tu­acji. Gdy­by je przej­rzeć według łagod­niej­szych kry­te­riów, można by uznać, że o coś jed­nak cho­dzić może. Ale Mi­le­na nie chce sto­so­wać łagod­niej­szych kry­te­riów. To wszyst­ko ma być już przeżyte i oswo­jo­ne. Dzięki wódce ob­razy przyśpie­szają i tracą ostrość. Mi­le­na się wyzłośli­wia, że tak mają na fil­mach i w po­wieściach lu­dzie przed śmier­cią. Półsen prze­ry­wa chłód i pełnia księżyca. Je­dy­nym ciepłym miej­scem jest noga, wzdłuż której wyciągnął się pies. Mi­le­na za­ta­cza się do łóżka, za­sy­pia głębo­kim snem bez snów.

Następne­go dnia oczy­wiście się bu­dzi.

Jest piątek, ma dziś tłuma­czyć w domu. Nie ma o tym mowy. Jest kom­plet­nie wy­pa­lo­na po wczo­raj­szym od­lo­cie, nie czu­je na­wet kaca. Nic nie czu­je. Za­sty­ga bez­myślnie po każdej czyn­ności, tak jak cza­sem za kie­row­nicą, po za­trzy­ma­niu sa­mo­cho­du na par­kin­gu, pod ko­niec dnia. Robi to, co musi, od­ru­cho­wo, kąpie się, daje psu jeść, coś sprząta. Nie stać jej dziś na nic więcej. Żal, strach, po­czu­cie prze­gra­nej odeszły, nie ma z czym się bić. Po południu wy­pro­wa­dza psa trochę da­lej, zgod­nie z ich co­dzien­nym zwy­cza­jem.

Wstępuje na mo­ment do ka­wiar­ni, w której spo­ty­ka się w piątko­we wie­czo­ry z różnymi zna­jo­my­mi, chce zo­sta­wić wia­do­mość, że jej nie ma.

Musi stamtąd pra­wie na­tych­miast wyjść, bo pies na­gle od­gry­wa scenę: „jak po­dej­dziesz, to cię za­biję” pod ad­re­sem nie­po­zor­ne­go, spe­szo­ne­go młode­go człowie­ka. Wiel­kie czar­no-rude bydlę, na co dzień łagod­ne jak ba­ra­nek i przy­ja­zne jak szcze­niak, war­czy gardłowo, obnaża zęby i pręży mięśnie, stojąc na­prze­ciw chłopa­ka. Mi­le­na sta­ra się psa opa­no­wać, prze­pra­sza in­ter­we­niującego kel­ne­ra, za­mie­rza prze­pro­sić chłopca, ale on już zdążył się wy­co­fać, kiwa z da­le­ka dłonią, że nie szko­dzi. Jego spe­sze­nie jest dziw­ne, nie­współmier­ne do sy­tu­acji. Mi­le­na chy­ba już go kie­dyś wi­działa. Klucz, według którego jej pies wy­bie­ra so­bie cza­sem wrogów, jest dla niej kom­plet­nie ir­ra­cjo­nal­ny. Zresztą zda­rzyło mu się to do­pie­ro czte­ry razy w jego trzy­let­nim życiu.

Sce­na agre­sji, po której nie ma już śladu (pies nie­win­nie obwąchu­je pień kasz­ta­na) przełamała na­resz­cie wie­lo­go­dzin­ny amok Mi­le­ny. Zmu­szo­na do re­ak­cji, do pew­nej daw­ki za­an­gażowa­nia, jest w sta­nie przełamać ma­razm na tyle, żeby przy­najm­niej skon­cen­tro­wać myśli. Wy­ko­rzy­stu­je to na siłę, z de­ter­mi­nacją. Zmie­nia ko­mu­ni­kat dla zna­jo­mych. Idąc do domu, ku­pu­je książkę, wy­szu­kaną kie­dyś w in­ter­ne­cie i otu­la w dłoniach myśl, jak miło będzie ją ju­tro czy­tać z psem i czer­wo­nym wi­nem na bal­ko­nie. Zmu­sza się do planowa­nia do­brych, mądrych i pożytecz­nych rze­czy, które mogłaby zro­bić w naj­bliższym cza­sie, nie do­pusz­czając iro­nii.

Udało się.

Kie­dy wie­czo­rem wra­cała pod kasz­tan, już było jej do­brze. Było jej na­wet bar­dzo do­brze, tyl­ko dla­te­go, że prze­stało być tak bar­dzo źle. Tak, jak prze­mar­z­niętemu człowie­ko­wi po pięciu mi­nu­tach w gorącej wan­nie albo nieśpiącemu od trzy­dzie­stu go­dzin kie­row­cy, kie­dy opie­ra na czymś głowę i wie, że już nie musi wal­czyć ze snem. Pro­sta re­ak­cja. Fi­zjo­lo­gicz­na pra­wie. Nie­do­pusz­czająca wątpli­wości. Prze­stało boleć i resz­ta się w da­nym mo­men­cie nie li­czy.

Mi­le­na, czując się w miarę bez­piecz­nie, ostrożnie po­pa­trzyła wstecz. To wczo­raj­sze zda­nie… Bie­rze, to fakt. Ale to ab­surd, że przyjęła je za swo­je. Mimo wszyst­ko. Nie jest dla niej. W tylu miej­scach jesz­cze nie była, tylu rze­czy nie wi­działa. Tylu za­pachów nie po­znała. Tylu po­traw nie jadła. Tylu książek nie prze­czytała. Z ty­lo­ma ludźmi nie roz­ma­wiała (i tak da­lej, na siłę w tym sty­lu). Wie­le się jesz­cze może zda­rzyć. To praw­da, że pew­nych uczuć, stanów, nie będzie już nig­dy, ale… Co, zno­wu za­czy­na­my? Pa­nien­ka znów chce się napić? Śmiech, sto­lik pod kasz­ta­nem, zna­jo­mi, piwo, czy­jeś przy­go­dy pra­co­we, wspólne pla­ny.

x

Paweł obie­cu­je so­bie tego wie­czo­ru, że nie wstąpi do sty­lo­wej ka­wiar­ni na dzie­dzińcu przy­najm­niej do cza­su, aż skończy pisać.

x

Mi­le­na: o jej życiu sprzed słyn­nej ko­la­cji pod kasz­ta­nem wie­my nie­wie­le. Per­fek­cyj­ne podglądac­two nie obej­mu­je przeszłości.

Tylko kil­ka faktów z kil­ku do­ku­mentów, listów, ma­ili. Żeby wiedzieć, co znaczą, trze­ba się nad nimi chwilę za­sta­no­wić.

Uro­dziła się w 1969 roku War­sza­wie, nieślub­na córka pol­skiej stu­dent­ki Po­li­tech­ni­ki War­szaw­skiej i dzien­ni­ka­rza z Bel­gra­du, który był w PRL od mar­ca do li­sto­pa­da 1968. Mat­ka wy­cho­wy­wała ją ra­zem ze swo­im oj­cem, dziad­kiem Mi­le­ny. Od 1972 roku za­czy­nają się re­gu­lar­ne kon­tak­ty z oj­cem dziec­ka – la­tem, każdego roku, Mi­le­na i jej mama spędzają ra­zem z nim dwu­ty­go­dnio­we wa­ka­cje w Bułga­rii. Sy­tu­acja fi­nan­so­wa ro­dzi­ny jest sta­bil­na, głównie dzięki wspar­ciu fi­nan­so­we­mu ku­zy­na dziad­ka – od uro­dze­nia w USA.

W 1973 roku mat­ka Mi­le­ny kończy stu­dia z dy­plo­mem inżynie­ra. La­tem 1979 ro­dzi­ce Mi­le­ny spędzają ra­zem z nią najdłuższy, mie­sięczny urlop w chor­wac­kiej części Ju­gosławii, w oko­li­cach Du­brow­ni­ka. Pół roku później (w lu­tym 1980) mat­ka Mi­le­ny wyjeżdża na rocz­ny staż do Bel­gra­du – temu ce­lo­wi pod­porządko­wa­ne było całe jej do­tych­cza­so­we życie za­wo­do­we. Wspólnie spędzo­ny rok ma roz­począć nowy etap związku ro­dziców. 11-let­nia Mi­le­na zo­sta­je z dziad­kiem. Wa­ka­cje w 1980 spędzają w Pol­sce – dzia­dek, za­an­gażowa­ny w po­li­tykę, nie chce i nie może wy­je­chać z kra­ju.

W lu­tym 1981 – mimo tego, że jej staż się skończył – mat­ka Mi­le­ny nie opusz­cza Ju­gosławii. Ofi­cjal­nym po­wo­dem jest zły stan zdro­wia i wy­ma­gająca kon­ty­nu­acji, długo­ter­mi­no­wa ku­ra­cja neu­ro­lo­gicz­na, roz­poczęta w tam­tej­szej kli­ni­ce. 13 grud­nia 1981, kil­ka go­dzin po wpro­wa­dze­niu sta­nu wo­jen­ne­go, dzia­dek Mi­le­ny zo­stał in­ter­no­wa­ny, a po ty­go­dniu zwol­nio­ny, dzięki sta­ra­niom za­przy­jaźnio­ne­go ad­wo­ka­ta, jako je­dy­ny prze­by­wający w Pol­sce praw­ny opie­kun nie­let­niej. W lu­tym 1982 mat­ka Mi­le­ny wra­ca do Pol­ski. Po dwu mie­siącach życia w trójkę mat­ka i dzia­dek Mi­le­ny wchodzą w nagły i ostry kon­flikt, z po­wodów zna­nych tyl­ko im dwoj­gu. Mat­ka znaj­du­je ni­sko płatną pracę w pro­win­cjo­nal­nej szko­le i wy­pro­wa­dza się od ojca. Za­bie­ra z sobą Mi­lenę. Rok później 58-let­ni dzia­dek Mi­le­ny umie­ra pod­czas dru­gie­go zawału ser­ca. Mi­lena ma wte­dy 14 lat i jest w przed­ostat­niej kla­sie szkoły pod­sta­wo­wej.

W wa­ka­cje 1985 roku do Pol­ski przy­jeżdża po raz ostat­ni, na krótko, oj­ciec Mi­le­ny. Miesz­ka w ho­te­lu, za­bie­ra 16-let­nią córkę na ty­dzień w Biesz­cza­dy i na trzy dni do Pra­gi. Z matką roz­ma­wia tyl­ko przez te­le­fon.

W 1987 roku Mi­le­na za­czy­na stu­dia na sla­wi­sty­ce UJ i wyjeżdża do Kra­ko­wa. Do mat­ki wpro­wa­dza się przy­ja­ciel, z którym po­bie­ra się w 1988, w swo­je 40 uro­dzi­ny.

W ciągu pierw­szych dwóch lat stu­diów Mi­le­na zdo­by­wa przy­jaźnie, uczest­ni­czy w zmia­nie ustro­ju, przeżywa od­wza­jem­nioną miłość, bie­rze ślub i ro­dzi syna. Jej mąż, Piotr, to star­szy od niej o pięć lat dok­to­rant z Aka­de­mii Me­dycz­nej.

W 1991 roku, kie­dy sy­nek Mi­le­ny i Pio­tra – An­drzej, kończy dwa lata, Mi­le­na za­li­cza po po­wro­cie z urlo­pu dzie­kańskie­go trze­ci rok stu­diów, a Piotr bro­ni pracę dok­torską, wy­bu­cha woj­na na Bałka­nach.

Bio­lo­gicz­ny oj­ciec Mi­le­ny jest Ser­bem, ma wte­dy 47 lat, od 1984 roku miesz­ka i pra­cu­je w Sa­ra­je­wie. Do wio­sny 1992 wia­do­mości od nie­go są enig­ma­tycz­ne, ale re­gu­lar­ne. Ostat­nia zo­stała prze­ka­za­na 10 kwiet­nia 1992, po­nad mie­siąc po ogłosze­niu przez Bośnię i Her­ce­go­winę nie­pod­ległości, kil­ka dni po roz­poczęciu oblężenia Sa­ra­je­wa przez armię ju­gosłowiańską i odziały serb­skie. Żadne me­to­dy po­szu­ki­wań nie przy­noszą re­zul­ta­tu.

W Bośni Mi­le­na ma też przy­rod­nie­go bra­ta. W 1981 roku związek ro­dziców roz­padł się z po­wo­du in­nej ko­bie­ty, która uro­dziła ojcu Mi­le­ny syna. Chłopiec po­wi­nien mieć w 1992 około 10 lat. Praw­do­po­dob­nie, ale nie na pew­no, właśnie z nią i z nim oj­ciec był w Sa­ra­je­wie w mo­men­cie wy­bu­chu woj­ny. Ich los też jest nie­zna­ny.

Po sied­miu mie­siącach oj­ciec od­naj­du­je się w Ber­li­nie – sam. Mi­le­na leci do nie­go, ra­zem z trzy­let­nim An­drze­jem i długą listą ważnych pytań, na mie­siąc.

Rok później, w 1993, Mi­le­na zgłasza się jako wo­lon­ta­riusz­ka do jed­nej z eu­ro­pej­skich or­ga­ni­za­cji hu­ma­ni­tar­nych, wysyłających do Bośni kon­wo­je z le­kar­stwa­mi i żywnością. Je­dzie jako tłumacz­ka, próbuje od­szu­kać ja­ki­kol­wiek ślad wia­do­mości o lo­sie przy­rod­nie­go bra­ta i jego mat­ki.

Po po­wro­cie z po­wo­du wyraźnych symp­tomów cho­ro­bo­wych zo­sta­je skie­ro­wa­na na le­cze­nie psy­cho­te­ra­peu­tycz­ne w spe­cjal­nym ośrod­ku. Re­zy­gnu­je na własne żąda­nie po pierw­szej se­sji, symp­tomy po krótkim cza­sie ustępują.

Za­czy­na się okres względnej sta­bi­li­za­cji. Mi­le­na z opóźnie­niem kończy stu­dia i zdo­by­wa upraw­nie­nia tłuma­cza języków bałkańskich (bez wysiłku – już jak miała kil­ka lat, język ojca był dla niej jak własny). Wy­cho­wu­je dziec­ko i pra­cu­je przez in­ter­net dla kil­ku or­ga­ni­za­cji między­na­ro­do­wych – po woj­nie też na miej­scu, w Sa­ra­je­wie, ale jej wy­jaz­dy są krótkie, nie chce zo­sta­wiać męża i syn­ka na dłużej. Tłuma­czy naj­pierw do­ku­men­ty lu­dobójstwa, później li­te­ra­turę piękną.

Piotr pra­cu­je w szpi­ta­lu i na uczel­ni, za­czy­na pu­bli­ko­wać pierw­sze tek­sty spe­cja­li­stycz­ne za gra­nicą. An­drzej cho­dzi do do­brej pry­wat­nej szkoły.

W 2001 mąż Mi­le­ny otrzy­mu­je pro­po­zycję pra­cy w lon­dyńskiej kli­ni­ce o dużym pre­stiżu.

Na pierw­sze pół roku wyjeżdżają do Lon­dy­nu całą ro­dziną. Po­dej­mują de­cyzję, że Mi­le­na z sy­nem wrócą do Pol­ski na czas po­trzeb­ny do skończe­nia przez An­drze­ja gim­na­zjum. Po­tem, jeżeli An­drzej ze­chce, szkoła śred­nia i stu­dia w An­glii.

Stop­nio­wo przy­jaz­dy Pio­tra do Pol­ski i Mi­le­ny do Lon­dy­nu stają się co­raz krótsze i co­raz bar­dziej skon­cen­tro­wa­ne na dziec­ku. Kie­dy An­drzej wyjeżdża na wa­ka­cje sam, jakoś nig­dy nie spędzają cza­su ra­zem.

Ale to już hi­sto­ria nie­mieszcząca się w ra­mach tego nie­pełnego, sty­li­zo­wa­ne­go CV, które już za bar­dzo się roz­rosło. Po­dob­nie jak nie mieści się w nim nic więcej, jak tyl­ko wzmian­ka na te­mat dziw­ne­go wy­jaz­du Mi­le­ny do Paryża na mie­siąc w 2003 roku, z nie­wia­do­mych przy­czyn, w połowie roku szkol­ne­go, kosz­tem pra­cy.

2004/2005 i 2005/2006 – zgod­nie z wcześniej­szym pla­nem, An­drzej na dwa ostat­nie lata przed stu­dia­mi idzie do szkoły między­na­ro­do­wej w Lon­dy­nie. Mi­le­na nie chce roz­sta­wać się z sy­nem, za­nim to on nie wy­pro­wa­dzi się z domu, i ra­zem przy­jeżdżają do Pio­tra. Pra­cu­je przez in­ter­net.

„Te­raz” jest je­sień 2006. An­drzej przed nie­spełna dwo­ma mie­siącami zaczął swoją własną przy­godę z Cam­brid­ge i wy­pro­wa­dził się do tam­tej­sze­go kam­pu­su. Piotr zdo­by­wa co­raz większe uzna­nie w lon­dyńskiej kli­ni­ce. Oj­ciec Mi­le­ny za­do­mo­wił się w Ber­li­nie, pi­su­je ana­li­zy sy­tu­acji na Bałka­nach dla nie­miec­kich ty­go­dników. Mat­ka Mi­le­ny wraz z mężem pla­nują spo­kojną eme­ry­turę na Ma­zu­rach.

Mi­le­na wróciła do Pol­ski, do małego miesz­ka­nia z dużym bal­ko­nem. Zaczęła re­gu­larną pracę w wy­daw­nic­twie, spe­cja­li­zującym się w li­te­ra­tu­rze bałkańskiej, z którym do tej pory spo­ra­dycz­nie współpra­co­wała na od­ległość. Przyjęła tłuma­cze­nie kil­ku sce­na­riu­szy.

Ma 37 lat. Ko­cha swo­je­go psa.

Cza­sem, kie­dy pies leży so­bie zwi­nięty w kłębek albo na boku, Mi­le­na kładzie się pro­sto­pa­dle do nie­go na podłodze i opie­ra głowę między jego kar­kiem a początkiem przed­nich łap, gdy­by to był człowiek, należałoby po­wie­dzieć „na jego bar­kach”. Lubi czuć za­pach sierści psa, słyszeć od­dech i bi­cie ser­ca, szyb­sze niż u człowie­ka. Wywołuje tow niej trud­no uchwyt­ne, ale na pew­no do­bre uczu­cia. Odkąd zniknął An­drzej, pies sta­ra się mieć ją cały czas, kie­dy to możliwe, w zasięgu wzro­ku.

Coś jesz­cze o Mi­le­nie? Ka­ra­na dwa razy – przez ko­le­gium do spraw wy­kro­czeń – w 1987 za po­sia­da­nie nie­le­gal­nych pu­bli­ka­cji, w 1988 za po­sia­da­nie nar­ko­tyków. W 2003 roku, we Fran­cji, za­wie­szo­no na trzy mie­siące jej między­na­ro­do­we pra­wo jaz­dy za trzy­krot­ne prze­kro­cze­nie do­zwo­lo­nej prędkości. Le­czy się na nad­ciśnie­nie. Miesz­ka 5 prze­cznic i 700 metrów w li­nii pro­stej od Pawła.

Miesz­ka 5 prze­cznic i 700 metrów w li­nii pro­stej od Pawła. Mężczy­zny o chłopięcej uro­dzie, który wczo­raj kil­ka­naście razy, za każdym ra­zem nie­co le­piej, układał w wy­obraźni i ubie­rał w słowa scenę jej sen­sa­cyj­nej śmier­ci. Człowie­ka, w którym w ciągu kil­ku ostat­nich dni, nieświa­do­ma tegow naj­mniej­szym stop­niu, wzbu­dziła ko­lej­no:

– nie­pokój i na­dzieję, że tym ra­zem uda mu się zro­bić coś więcej niż to, na co było go stać do­tych­czas,

– uczu­cie bun­tu i chęć ze­msty,

– kil­ka go­dzin in­ten­syw­nej gim­na­sty­ki myśli,

– sa­tys­fakcję, wy­ni­kającą z wy­ko­na­nia wpraw­dzie nie­zbyt trud­ne­go, ale do­brze, według nie­go, zre­ali­zo­wa­ne­go za­da­nia.

Gdy­by pójść za sko­ja­rze­niem… Czy to więcej, czy mniej, niż daje mężczyźnie uda­ny, ale nie­po­ry­wający seks z atrak­cyjną nie­zna­jomą?

ROZ­DZIAŁ II

1

Książka Pawła

Po­grzeb Anny odbył się ty­dzień po jej śmier­ci, w nie­wiel­kim mia­stecz­ku, w którym miesz­kała od roku. Sta­ry cmen­tarz, położony na zbo­czu wzgórza, z krętymi ale­ja­mi wśród ka­mien­nych rzeźb na­grob­nych, wy­so­kich topól i różanych krzewów, był pełen do­sto­jeństwa. Ku­zyn Anny, który zor­ga­ni­zo­wał tę uro­czy­stość, uznał, że to bar­dzo piękne miej­sce na jej grób. Była to spo­koj­na, szyb­ka ce­re­mo­nia, bez roz­pa­czy, osie­ro­co­nej ro­dzi­ny, mów pożegnal­nych i łez. Ku­zyn i jego żona, czwórka przy­ja­ciół Anny, którzy przy­je­cha­li z Wrocławia i zdążyli mu się przed­sta­wić, młody mężczy­zna, trzy­mający się na ubo­czu, trzy sta­re sąsiad­ki i ksiądz. Gdy­by nie to, że ener­gicz­na, tęgawa na­uczy­ciel­ka przy­pro­wa­dziła klasę, którą uczyła Anna w tu­tej­szej szko­le, byłaby ich tyl­ko garst­ka. Te­raz, kie­dy ce­re­mo­nia zbliża się do końca, mężczy­zna próbuje myśleć o swo­jej tra­gicz­nie zmarłej ku­zyn­ce, ale wspo­mnie­nia z dzie­ciństwa są bla­de i nie­pełne. Była jak chłopak, lubiła wspi­nać się po drze­wach, uczyła go kląć. Onieśmie­lała go. Po­grzeb jej ro­dziców… Tego nie chce pamiętać. Roz­pacz ojca była dla nie­go zbyt dużym szo­kiem. Za­miast tego za­sta­na­wia się więc, czy ktoś z ze­bra­nych zgo­dzi się zre­ali­zo­wać jego prośbę. Może ta ele­ganc­ka, ładna, młoda ko­bie­ta w czer­ni, z in­te­re­sującą fry­zurą – o ile pamięta – Ire­na? Spra­wia wrażenie oso­by so­lid­nej i god­nej za­ufa­nia. Chętnie współpra­co­wałby w tej spra­wie właśnie z nią. Może po­wi­nien zwrócić się bez­pośred­nio do niej? Roz­myśla­nia prze­rwał mężczyźnie drob­ny in­cy­dent. Przy­ja­ciółka Anny, nie­zna­na mu wcześniej pulch­na ko­bie­ta z czar­ny­mi, krótki­mi włosa­mi – Ela – stojąca z przo­du – odwróciła się na­gle, jak­by chciała odejść. W zupełnie nie­sto­sow­nym mo­men­cie. Na­tra­fiła jed­nak na na­tu­ralną ba­rierę – dzie­ci ze szkoły, usta­wio­ne cia­sno w podwójnym rzędzie. Mężczy­zna w brązo­wej ma­ry­nar­ce – Cza­rek – do­tknął jej ra­mie­nia, ścisnął je, po­pa­trzył na nią py­tająco. Uśmiechnęła się do nie­go, pokręciła głową, po­wie­działa – sta­now­czo zbyt głośno – Nie, na­prawdę OK – i czy­niąc pew­ne za­mie­sza­nie wśród ustępujących jej miej­sca uczniów, prze­do­stała się poza krąg uczest­ników ce­re­mo­nii. Tyl­ko po to, by pięćdzie­siąt metrów da­lej za­pa­lić pa­pie­ro­sa. Ku­zyn Anny nie po­tra­fił oce­nić, czy przypływ żalu i wywołana nim słabość uspra­wie­dli­wia ten gest. Uznał, że ra­czej nie. Cza­rek, znacz­nie dys­kret­niej, po chwi­li też się wy­co­fał – do niej. Wte­dy, kie­dy należało jesz­cze przez chwilę po­mil­czeć nad gro­bem. Sta­li ra­zem z za­pa­lo­ny­mi pa­pie­ro­sami w dłoniach. Miał wrażenie, że po­ru­szają usta­mi w zgod­nym ryt­mie – tak jak­by się mo­dli­li – albo ra­czej nu­ci­li coś wspólnie. Ra­zem, nie­dostępni in­nym, za­mknięci w ja­kimś wspólnym, ważnym wspo­mnie­niu. Przez mo­ment, patrząc na nich, tak to wi­dział. Później zo­ba­czył już tyl­ko, że Cza­rek położył na gro­bie wśród kwiatów jakąś małą, abs­trak­cyjną akwa­relkę, a Ela – ople­cio­ny ko­lo­ro­wy­mi wstążkami bu­kiet z gałęzi jarzębiny. Trochę nie­ty­po­wo.

*

Ire­na uważa, że zro­biła do­brze, przy­jeżdżając, ale jak po­grzeb się skończy, chciałaby się jak naj­szyb­ciej pożegnać. Czu­je się jak­by – nie­tak­tow­nie, stojąc obok byłej żony Mar­ka, szczególnie te­raz, kie­dy Ela i Cza­rek gdzieś zniknęli. Kie­dy na stwier­dze­nie Mar­ka: Nie je­dzie­my od­po­wie­działa równie oznaj­mującym, zbyt głośnym: W ta­kim ra­zie ja po­jadę sama – Ma­rek po­mil­czał chwilę i po­wie­dział z lek­kim uśmie­chem: Wo­bec tego będziesz miała okazję po­znać moją żonę. Znały się, więc do niej za­dzwo­niłem. Lubiła Annę i przy­wiązuje wagę do ta­kich gestów. Na pew­no przy­je­dzie na po­grzeb. Ire­na myślała wte­dy, że jego uśmiech ma ukryć zmie­sza­nie. Te­raz jest skłonna uznać, że był po pro­stu złośliwy. Cho­ciaż ko­bie­ta przyjęła jej obec­ność ze sto­ic­kim spo­ko­jem i uprzejmą obojętnością, Ire­na czu­je dys­kom­fort.

Po po­grze­bie nie mogła jed­nak spo­koj­nie odejść do swo­je­go sa­mo­cho­du, tłumacząc się pośpie­chem albo złym sa­mo­po­czu­ciem. Ku­zyn Anny za­pro­sił ze­bra­nych na wspólną ko­lację – poczęstu­nek w po­bli­skiej re­stau­ra­cji, sta­ran­nie uni­kając słowa sty­pa. Ire­na uznała, że bar­dzo nieład­nie byłoby odmówić. Tym bar­dziej że było ich tak nie­wie­lu. Trzy sąsiad­ki – sta­rusz­ki uciekły od razu. Młody, nieśmiały chłopiec oka­zał się być sa­ni­ta­riu­szem z ka­ret­ki, w której umarła Anna. Widząc le­piej lub go­rzej skry­wa­ne zdu­mie­nie, ja­kie wywołał, przed­sta­wiając się, wy­co­fał się na­tych­miast, żeby zdążyć na naj­bliższy pociąg. Oprócz ku­zy­na i jego żony zo­stała ich czwórka.

Knajp­ka w cen­trum mia­stecz­ka, którą ku­zyn wy­brał na ko­lację, oka­zała się całkiem sym­pa­tycz­nym miej­scem. Na­zy­wała się Gra­na­da, ofe­ro­wała po­tra­wy kuch­ni hisz­pańskiej, a na ścia­nach wi­siały od­bit­ki se­pio­wych zdjęć Bar­ce­lo­ny z lat czter­dzie­stych. Przyglądając się jed­ne­mu z nich, Cza­rek po­wie­dział: Ca­ta­la-Roca.

– Na­zwi­sko fo­to­gra­fa – wytłuma­czył się, widząc, że nikt nie ma pojęcia, o czym mówi.

Ire­na miała na­dzieję, że Cza­rek za­ini­cju­je jakąś roz­mowę z ku­zy­na­mi. Ona sama była zbyt smut­na i za­gu­bio­na, żeby się od­zy­wać. Cza­rek i Ela zo­sta­li po­trak­to­wa­ni jak para, a ją po­sa­dzo­no obok żony Mar­ka.

*

Ku­zyn Anny po­sta­no­wił przejść do kon­kretów. Mimo tego, że milcząca gru­pa ra­czej nie spełniała jego wy­obrażeń o bli­skim gro­nie przy­ja­ciół, którzy nie mają przed sobą ta­jem­nic. Na pew­no nie spełniała po­dob­nych wy­obrażeń jego żony. Nie zna­lazł w myślach sto­sow­ne­go wstępu, zaczął wprost.

– Chcie­li­byśmy pro­sić państwa o radę, a właści­wie po­moc, w pew­nej spra­wie. Już wyjaśniam. Być może wiedzą państwo, że oprócz za­war­tości kon­ta Anna nie zo­sta­wiła żad­ne­go majątku. Miesz­ka­nie było wy­najęte, ubez­pie­cze­nie sa­mo­cho­du po­kryło kosz­ty po­grze­bu. Zo­stało po niej trochę rze­czy pry­wat­nych – kom­pu­ter, sprzęty, ubra­nia, do­ku­men­ty – wszyst­ko, co jest w jej dwu po­ko­jach przy Ogro­do­wej. Je­steśmy naj­bliższą ro­dziną, jaką miała, więc po­win­niśmy coś zro­bić z tymi rze­cza­mi, ale, prawdę mówiąc, nie czu­je­my się upo­ważnie­ni, żeby w tym grze­bać. No­si­my to samo na­zwi­sko – mój i jej oj­ciec byli braćmi, ale zna­liśmy się tyl­ko jako dzie­ci, i to nie­zbyt bli­sko. Na­sze kon­takty urwały się w za­sa­dzie całkiem po śmier­ci ro­dziców Anny. Cóż, dzwo­ni­liśmy do sie­bie cza­sem z oka­zji świąt, Anna była na ko­mu­nii na­szej córki, i to wszyst­ko. Więc wo­le­li­byśmy nie łamać jej pry­wat­ności. Poza tym, byłoby to dla nas pew­nym pro­ble­mem tech­nicz­nym – ani ja, ani żona nie możemy po­zwo­lić so­bie w tej chwi­li na dłuższą nie­obec­ność w War­sza­wie. Za­sta­na­wia­liśmy się, czy nie prze­ka­zać wszyst­kie­go, jak jest, ja­kiejś in­sty­tu­cji cha­ry­ta­tyw­nej. Ale tu po­ja­wia się pro­blem. Mogą tam być rze­czy, które przed­sta­wiają dla kogoś – może dla kogoś z państwa – war­tość emo­cjo­nalną. Albo nie­do­kończo­ne pra­ce, możliwe do wy­ko­rzy­sta­nia. Albo – za­wa­hał się ce­lo­wo, prze­szka­dzało mu, że nie jest w sta­nie nawiązać z ni­kim kon­taktu wzro­ko­we­go – coś, co należałoby znisz­czyć. Oczy­wiście nie mam w tej chwi­li na myśli ni­cze­go kon­kret­ne­go ani ni­cze­go złego. Państwo ro­zu­mieją chy­ba, o co mi cho­dzi, każdy ma jakąś sferę in­tymną, nie­prze­zna­czoną dla ob­cych, cho­ciażby ci obcy byli wo­lon­ta­riu­sza­mi Owsia­ka – na przykład ja­kieś li­sty. Stąd na­sza prośba. Byliście państwo przy­ja­ciółmi już od daw­na. Zna­cie Annę znacz­nie le­piej niż my. Czy mo­gli­byśmy pro­sić o do­ko­na­nie se­lek­cji jej rze­czy, spraw­dze­nie…

*

Ela słuchała go w mil­cze­niu, ob­ra­cając w pal­cach wy­smukłą białą sol­niczkę, patrząc na pre­ten­sjo­nal­ne sztućce …oczy­wiście pro­si­my o do­cho­wa­nie… Por­cja soli na ta­lerz. Te­le­fon daw­no temu, py­ta­nie, brak od­po­wie­dzi, jej iro­nia. In­fan­tyl­ne i iry­tujące wte­dy dla niej zda­nie Anny:

– Elu, spra­wy so­bie nie zda­jesz, jak bar­dzo bym chciała móc nie mieć przed tobą żad­nych ta­jem­nic.

Por­cja soli na ta­lerz. Spróbu­je­my, Anno, spróbu­je­my. Te­raz już na pew­no możesz. Tym ra­zem nie od­po­wiem ci tak, jak wte­dy. Za chwilę.

Por­cja soli na ta­lerz. …rzecz ja­sna nie ocze­ku­je­my ja­kich­kol­wiek roz­li­czeń ani spra­woz­dań. Je­dy­nie w przy­pad­ku… Łysiejący ku­zyn rozkręcił się, po­trak­to­wał rzecz pra­co­wo, już nie ma pro­blemów z rolą. …miesz­ka­nie jest wy­najęte do końca mie­siąca, to jesz­cze trzy week­en­dy… Do­brał spin­ki od man­kietów do kra­wa­ta. Spin­ki mają czar­ny, płaski, ma­to­wy ka­mień, a kra­wat jest w tym sa­mym od­cie­niu czer­ni. Zdu­mie­wające… …sfi­nan­so­wać ho­tel. Czy, biorąc pod uwagę te wszyst­kie oko­licz­ności, ktoś z państwa byłby skłonny poświęcić temu swój czas?

Ela od­sta­wiła sol­niczkę. Chce zo­ba­czyć re­akcję po­zo­stałych.

*

Cza­rek ode­zwał się pierw­szy. Jak­by uznał, że należy prze­strze­gać za­sa­dy star­szeństwa.

– Wspo­mniał pan o nie­wy­ko­rzy­sta­nych pra­cach. Jest jed­na rzecz, którą być może war­to spraw­dzić. Anna kie­dyś pisała wier­sze. Głównie ero­ty­ki. Być może wie­cie o tym le­piej ode mnie – spoj­rze­nie na Elę. Nie, nic nie wie­działa, zresztą to kom­plet­nie nie w sty­lu Anny. Cza­rek mówił da­lej, za­sta­na­wiając się te­raz nad każdym sfor­mułowa­niem, przejęty tym, że prze­ka­zał wia­do­mość, która zwróciła uwagę wszyst­kich. Jak za­wsze.

– Nie wiem, dla kogo były prze­zna­czo­ne. Być może to tyl­ko za­ba­wa w pi­sa­nie. Kil­ka­naście lat temu pro­wa­dziłem zajęcia z po­ety­ki z grupą, w której była Anna, i do­wie­działem się o tym w za­sa­dzie przy­pad­kiem. Po jej śmier­ci od­na­lazłem u sie­bie je­den z tych wier­szy. Prawdę mówiąc, miałem na­dzieję – sądziłem, że może – jeżeli był mężczy­zna, dla którego po­wstały, spo­tka­my go tu­taj. Jeżeli u Anny jest więcej tekstów, chciałbym je przej­rzeć, oce­nić pod kątem możliwości wy­da­nia. To tyl­ko przy­pusz­cze­nie, pew­nie mało praw­do­po­dob­ne. Nie wiem zresztą, czy były do­bre. Ale chciałbym się prze­ko­nać. A ten je­den – jeżeli chce­cie go posłuchać – zresztą, najzręczniej mi będzie na­pi­sać.

Wyjął z kie­sze­ni brązo­wej ma­ry­nar­ki długo­pis, na­pi­sał kil­ka zdań na od­wro­cie wi­zytówki, którą pod­sunął mu ku­zyn. Kart­ka po­wo­li okrążała stół. Cza­rek, praw­do­po­dob­nie nieświa­do­mie, wywołał głupio fil­mową sy­tu­ację. Ku­zyn i jego żona pa­trzy­li na każdego ko­lej­ne­go czy­tającego, jak­by spo­dzie­wa­li się ja­kiejś szczególnej re­ak­cji. Mar­ta, od­dając wi­zytówkę, de­mon­stra­cyj­nie za­pa­trzyła się na zdjęcie z Bar­ce­lo­ny. Ire­na dolała so­bie wina. Ela była ostat­nia w ko­lej­ce.

Zbu­do­wałam z two­je­go od­de­chu ko­kon,

Który mnie chro­ni przed kosz­mar­ny­mi sna­mi

I je­stem bez­piecz­na jak mle­ko z mio­dem

Kie­dy za­sy­piam na two­im ra­mie­niu

Z bolącymi uda­mi

W opa­rach rumu.

Scho­wała wi­zytówkę do kie­sze­ni, nie przej­mując się spoj­rze­nia­mi. Tak, to było Anny. Po­znała ją po tych opa­rach rumu. Gdy­by nie one – nie uwie­rzyłaby. Sięgnęła po sol­niczkę.

Ciężką ciszę prze­rwała żona ku­zy­na.

– Nie je­steśmy co do tego zgod­ni z mężem, ale sądzę, że rze­czy Anny po­win­na uporządko­wać ko­bie­ta. Tam­po­ny, ko­sme­ty­ki, le­kar­stwa, bie­li­zna – czułby się pan za­pew­ne skrępo­wa­ny. Chy­ba że to dla pana były te wier­sze.

Nie mogła sku­tecz­niej spro­wa­dzić wszyst­kich na zie­mię. Cza­rek przyjął ze spo­ko­jem su­ge­stię, że mógłby być za­in­te­re­so­wa­ny biu­sto­no­sza­mi zmarłej. Skinął głową z god­nością:

– Sza­nuję pani obiek­cje.

*

Za­tem ko­bie­ta. Za­nim Ela zdążyła się ode­zwać, była żona Mar­ka zaczęła mo­no­log, przez który Ire­na mu­siała na­tych­miast za­pa­lić i skon­cen­tro­wać wzrok na kie­lisz­ku wina, żeby nie otwo­rzyć sze­ro­ko oczu i ust ze zdu­mie­nia.

– My – położyła dłoń na ra­mie­niu Ire­ny – znałyśmy Annę je­dy­nie jako przy­ja­ciółkę – le­piej po­wiem: przy­ja­ciela – na­sze­go mężczy­zny, Mar­ka. Lubiłyśmy ją obie … – Ire­na nie cofnęła ra­mie­nia. Zwol­niła ru­chy, żeby nie zdra­dzić ner­wo­wości myśli: „My??” Wi­dzi­my się pierw­szy raz, wy­mie­niłyśmy „dzień do­bry”. „Na­sze­go mężczy­zny?!” W co ona gra? Po co jej ten trójkąt? Kogo chce za­szo­ko­wać, nie­sym­pa­tyczną parę czy mnie?… Lubiłyśmy ją obie, ale wi­dy­wałyśmy się tyl­ko w większym gro­nie, na spo­tka­niach Mar­ka. Ja – kie­dy byłam jego żoną, Ire­na… te­raz. Do­brze, że przy­najm­niej wpro­wa­dziła to rozróżnie­nie w cza­sie. Nie przy­jaźniłyśmy się z Anną „od­dziel­nie”. Swoją drogą szko­da. Mar­ka tu nie ma, bo w ostat­niej chwi­li mu­siał wy­je­chać w spra­wach fir­my. Prze­pra­sza­my za jego nie­obec­ność. Ja­sne, że w spra­wach fir­my. Skąd wie? Ire­na ma­sko­wała wrażenie, mocząc usta w wi­nie. Roz­po­znała ten kli­mat. Film.Film, którego tytułu na pew­no so­bie te­raz nie przy­po­mni. O mężczyźnie umie­rającym na raka i jego pożegna­niu z życiem. Byli z nim wte­dy wszy­scy jego bli­scy – trzy ko­bie­ty – byłe żony i ko­chan­ki w różnych kon­fi­gu­ra­cjach, para przy­ja­ciół – ho­mo­sek­su­alistów i syn. Ko­bie­ty się przy­jaźniły. Film według niej piękny, mądry i su­ro­wo smut­ny, według Mar­ka zbyt sen­ty­men­tal­ny. Żona cy­tu­je go świet­nie, Ire­na jest pew­na, cho­ciaż nie jest w sta­nie uchwy­cić, ja­kim spo­so­bem – nie tyl­ko słowa­mi – ten gest… Ale dla­cze­go? Czy to jakiś atak na nią? Ire­na jest ure­gu­lo­wa­na, nie po­tra­fi bez pod­po­wie­dzi, in­tu­icyj­nie re­ago­wać w tak dla niej nie­ty­po­wych sy­tu­acjach. Szu­ka wzro­kiem wskazówki. Cza­rek i Ela znają byłą żonę Mar­ka le­piej. Cza­rek uśmie­cha się kąci­ka­mi ust, pa­trzy mi w oczy. Do­brze.

– …więc my się, nie­ste­ty, nie na­da­je­my – pod­su­mo­wała żona.

Ire­na uśmiechnęła się do niej, skłoniła w jej kie­run­ku:

– Masz rację, Mar­to. Prze­pra­sza­my, ale nie możemy. Za Mar­ka też prze­pra­sza­my.

Cza­rek dolał obu ko­bie­tom wina. Obie miały pu­ste kie­lisz­ki.

Ku­zyn i jego żona oczy­wiście nie oka­za­li kon­ster­na­cji. Mężczy­zna rozłożył ręce, spoj­rzał na Elę.

– Cóż, więc…

– Tak, do­brze. Ja to zro­bię. Ja się na­daję. Miesz­kałyśmy z Anną ra­zem pod­czas stu­diów. Mogą państwo być spo­koj­ni. Po ko­la­cji umówimy się na kon­takt i wy­mie­ni­my na­mia­ry. Prze­pra­szam, czy może mi pan wy­mie­nić ta­lerz? – Ela podała kel­ne­ro­wi czy­sty ta­lerz pełen soli.

– Dla mnie proszę podwójną wódkę – Cza­rek.

– I może jesz­cze jed­no wino dla wszyst­kich – nie mają państwo nic prze­ciw temu? – żona Mar­ka.

Cała spra­wa zo­stała załatwio­na między przy­stawką a da­niem głównym, tak jak ku­zyn Anny to za­pla­no­wał. Miał po­czu­cie, że za­cho­wał się mądrze i rozsądnie, nie zga­dzając się na oczysz­cze­nie miesz­ka­nia przez wo­lon­ta­riu­szy in­sty­tu­cji do­bro­czyn­nej. Kto wie, co może tam być. Ci lu­dzie byli eks­cen­trycz­ni. Jak Anna.

*

Kie­dy ko­la­cja do­biegła końca i kel­ner po­da­wał wszyst­kim płasz­cze, Ire­na po­pro­siła Martę na bok.

– Czy mogłaby mi pani dać swój nu­mer te­le­fo­nu?

Mar­ta uniosła brwi i po pro­stu wyjęła wi­zytówkę. Ire­na za­ry­zy­ko­wała jesz­cze raz:

– Jaki jest tytuł tego fil­mu? Nie mogę so­bie przy­po­mnieć.

– In­wa­zja bar­ba­rzyńców. Po­do­bał się pani?

– Tak.

– A Mar­ko­wi pew­nie nie?

– Mar­ko­wi nie.

Ire­na uciekła do Czar­ka. Nie wie­działa, cze­mu zde­cy­do­wała się zadać te dwa py­ta­nia.

Kel­ner po­wta­rzał tytuł w myśli. Był za­pa­lo­nym ki­no­ma­nem i za­sko­czyło go, że nie zna tego fil­mu. Po­sta­no­wił wypożyczyć go tego wie­czo­ru.

*

Ela wymyśliła jesz­cze w Gra­na­dzie, jak opa­no­wać strach przed żywym miesz­ka­niem Anny. Żeby się nie roz­kleić, wy­obra­zi so­bie prze­pro­wadzkę. Kie­dy miesz­kały ra­zem, zmie­niały wy­najęte po­ko­je kil­ka razy. Ela kil­ka razy wy­pro­wa­dzała się do swo­ich ko­lej­nych miłości i prędzej czy później wra­cała do Anny. Pa­ko­wały na­wza­jem swo­je rze­czy. Tek­tu­ro­we pudła okle­jo­ne szarą taśmą, z kośla­wy­mi pod­pi­sa­mi: „buty”, „ubra­nia A”, „książki” były swoj­skim ele­men­tem rze­czywistości. To po­win­no pomóc. Te­raz, kie­dy za­mknęła drzwi za parą ku­zynów, sta­rała się nie wi­dzieć brud­ne­go kub­ka po ka­wie ze śla­da­mi kred­ki do ust, pan­to­fli roz­rzu­co­nych w przed­po­ko­ju, książki na po­dusz­ce. Na­wet nie spraw­dziła tytułu. Po­deszła pro­sto do kom­pu­te­ra. Jest tu po to, żeby przy­najm­niej spróbować zro­zu­mieć, o co w tym wszyst­kim cho­dzi. Cze­mu Anna tak się od niej od­sunęła. O ja­kich „ta­jem­ni­cach” wspo­mi­nała. Cze­mu tak często zmie­niała pracę, miesz­kania, pa­sje. Cze­mu stała się na­gle tak za­mknięta, że na­wet Eli, przy której wszy­scy po­zby­wa­li się oporów, nie uda­wało się do niej do­trzeć. Miała jej to za złe. Nie uzna­wała przy­jaźni na od­ległość. Olała. Tyl­ko cza­sem, raz w roku, tak jak ty­dzień temu, w ja­kimś błysku po­ro­zu­mie­nia od­naj­dy­wała daw­ny związek. Te­raz…

Anna, która nig­dy nie miała na­wy­ku gro­ma­dze­nia rze­czy, z prze­sadną, śmieszną skru­pu­lat­nością prze­cho­wy­wała wszyst­ko, co dało się za­pi­sać. Nie­ważne ma­ile, ese­je na zajęcia, na­wet żarty krążące w in­ter­ne­cie, które jej się spodo­bały. Przy tym nie zno­siła dys­kie­tek, bo za­wsze je gubiła. Kie­dy kupiły so­bie na spółkę pierw­szy kom­pu­ter, Elę to iry­to­wało. Jeżeli ten na­wyk prze­trwał cho­ciaż w części, kom­pu­ter będzie mówił. Ewen­tu­al­ne hasła nie po­win­ny być pro­ble­mem. Na dru­gim roku stu­diów Anna stwo­rzyła so­bie pro­sty sys­tem, żeby ich nie za­po­mi­nać: jej wiek + rok + ini­cjały – czy­li te­raz 3506AK – i od­po­wied­nio. Wy­star­czy spraw­dzić datę za­pi­sania pli­ku. To było wte­dy, kie­dy po­sta­no­wiły za­ro­bić ogrom­ne pie­niądze, pisząc wspólnie opo­wia­da­nia ero­tycz­ne dla bru­ko­we­go wy­daw­nic­twa. Ela uru­cho­miła eks­plo­ra­tor. Fol­de­ry – te naj­star­sze opi­sa­ne da­ta­mi – sięgały 15 lat wstecz. Czy­li Anna zgrała tu wszyst­ko z ko­lej­nych twar­dych dysków. Są na­wet ich opo­wia­da­nia, hasło się zga­dza. Ela uśmiechnęła się, uświa­da­miając so­bie, jak bar­dzo były nie­win­ne przy całym swo­im wy­uz­da­niu. Oczy­wiście nig­dy ich ni­ko­mu nie po­ka­zały, znu­dziły się nimi szyb­ko.

Po­win­na zacząć od pocz­ty, ale jesz­cze nie była na to go­to­wa. Opór przed grze­ba­niem w cu­dzych li­stach trud­no złamać. Naj­pierw spełni prośbę Czar­ka. Wstu­kała w wy­szu­ki­warkę wers za­pi­sa­ny na wi­zytówce:

Zbu­do­wałam z two­je­go od­de­chu ko­kon

Jest. Aż trzy pli­ki. W fol­de­rze z 1996 – Ela wte­dy była au pair w Szwe­cji. Hasło zgod­ne z sys­te­mem. Pierw­szy wiersz był iden­tycz­ny jak ten od Czar­ka. Dru­gi – jesz­cze je­den wers na ko­niec:

Nie budź się, bo wszyst­ko zbu­rzysz.

Ale trze­ci, kil­ka mie­sięcy później…

Zbu­do­wałam z two­je­go od­de­chu ko­kon,

Który mnie chro­ni przed kosz­mar­ny­mi sna­mi

I je­stem bez­piecz­na jak mle­ko z mio­dem

Kie­dy za­sy­piam na two­im ra­mie­niu

Z bolącymi uda­mi

W opa­rach rumu.

Po­win­nam cię zabić, ale wte­dy prze­stałbyś od­dy­chać.

Zro­bię to, jak stanę się mo­ty­lem.

Mo­ty­le nie śnią.

Były jesz­cze inne wier­sze – spo­koj­niej­sze. De­li­kat­ne, kil­ku­wer­so­we ero­ty­ki – zbliżone do ha­iku. Żaden z nich nie był taką mie­szanką miłości i… Ela nie wie­działa, czy na­zwać to nie­na­wiścią, żalem czy za­gu­bie­niem. Może zresztą tyl­ko eg­zal­tacją? Ten był ostat­ni.

Ese­je na zajęcia. Pra­ca ma­gi­ster­ska i oko­li­ce. Ela chce zo­ba­czyć Annę. Nie­ważne, że będzie bolało. Prze­cho­dzi do fol­de­ru ze zdjęcia­mi. Są też ich wspólne, ze­ska­no­wa­ne. Wte­dy nie było jesz­cze cyfrówek. Anna za­wsze cho­wa się gdzieś z tyłu. Zwierzęta. Czyjś duży, czar­no-rudy pies – bawi się z ko­tem. Góry. A po­tem – wie­le zdjęć drew­nia­ne­go, sta­re­go domu w le­sie – jak leśniczówka z filmów. Ela go nie zna. Cie­ka­wa zmia­na – właśnie z tego miej­sca są też ta­kie, na których Anna jest sama, robił je ktoś inny, i to tak, jak­by chciał uchwy­cić każdy jej ruch – większość z za­sko­cze­nia. Jak prze­ciąga się w drzwiach. Pod­no­si się po upad­ku z ro­we­ru. Za­pa­la pa­pie­ro­sa na wie­trze. Robi w domu ma­ki­jaż przy małym lu­ster­ku z otwar­ty­mi usta­mi – zdjęcie jest z zewnątrz, przez okno. Je coś, co pa­rzy ją w usta. Pije wino z bu­tel­ki. Śpi pod drze­wem. Mówi albo krzy­czy coś z wściekłym gry­ma­sem. Śmie­je się wa­riac­ko. I tak da­lej. Na dwóch z nich Anna jest naga – ale są tak nie­win­ne, że na przykład Cza­rek – Ela przy­po­mniała so­bie oba­wy żony ku­zy­na – mógłby je spo­koj­nie zo­ba­czyć. Na jed­nym Anna bie­rze prysz­nic w bar­dzo małej łazien­ce pełnej pary, na dru­gim – leży w tra­wie. Apa­rat był tuż nad zie­mią, zdjęcie zro­bio­ne jest tak, jak­by głównym te­ma­tem były małe, nie­bie­skie kwiat­ki, a ciało na­giej ko­bie­ty – przy­pad­ko­wym tłem. Wyraźniej widać tyl­ko jej twarz z miną tak prze­korną i łobu­zerską, że zupełnie nie ko­ja­rzy się z fo­to­gra­fia­mi ero­tycz­ny­mi. Na żad­nym ze zdjęć nie ma dru­giej oso­by. Cho­ciaż Ela nie zo­ba­czyła tego, kto uru­cha­miał mi­gawkę, ma wrażenie, że w jakiś sposób po­tra­fi go wy­czuć – przez ob­raz­ki, które chciał za­trzy­mać i to, w jaki sposób to zro­bił. Nie­ty­po­wo, z fan­tazją – de­li­kat­nie, a jed­no­cześnie tak, żeby ni­cze­go nie sfałszo­wać – nie upiększyć Anny. Żałuje, że go nie znała. Jeżeli to ten sam, o którym były wier­sze – mu­siał być ważny.

Po kil­ku go­dzi­nach prze­rzu­ca­nia ko­lej­nych plików – spra­woz­dań pra­co­wych, frag­mentów pro­jektów, nie do końca dla niej czy­tel­nych roz­li­czeń – Ela jest już bar­dzo zmęczo­na. Nie zna­lazła więcej nic pry­wat­ne­go. Za późno wpadła na pro­sty po­mysł, żeby szu­kać tyl­ko plików za­hasłowa­nych. Od­na­lazła ostat­ni – sprzed roku. Pod tytułem „list”.

Tylu rze­czy nig­dy się nie do­wiesz. Na przykład tego, że za­wsze mam przy so­bie ser­wetkę, na której do mnie wte­dy na­pi­sałeś. I że byłam z Tobą w Ber­li­nie. Nie mogłam wte­dy wy­trzy­mać z