Strona główna » Obyczajowe i romanse » Oddech śmierci

Oddech śmierci

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-944449-5-2

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Oddech śmierci

W mieście grasuje seryjny morderca. Działa w sposób wyrafinowany i bezwzględny. Nie pozostawia żadnych śladów oprócz symbolicznych znaków i tajemniczych informacji. Ambitni, ale nie zawsze działający zgodnie z prawem policjanci z wydziału kryminalnego prowadzą intensywne śledztwo, jednak sprawca wciąż ich przechytrza, a potencjalni podejrzani wymykają się z braku dowodów.

Czy uda się zapobiec kolejnym ofiarom i w porę schwytać zabójcę?

Oddech śmierci” to niezwykle udany debiut Joanny Bagrij, ukazujący nam kilka światów – policyjny, biznesowy i artystyczny – oraz ich przedstawicieli, których przypadek połączył ze sobą, komplikując dochodzenie. Dzięki temu przez powieść przewija się plejada barwnych postaci, nakreślonych w bardzo realny sposób, z ich dziwactwami, marzeniami, tajemnicami i bolesnymi wspomnieniami.

Gdy rozum śpi, budzą się demony.
Środowisko biznesu łączy się ze światem sztuki, a wokół nich krąży seryjny morderca odprawiający krwawe rytuały. Wszyscy czują na sobie jego oddech. To Oddech śmierci. Joanna Bagrij konsekwentnie wciąga czytelnika w wykreowaną przez siebie intrygę. Zaciekawia i zmusza do zastanowienia się nad meandrami ludzkiej psychiki. Polecam wszystkim miłośnikom kryminałów (i nie tylko).

Hanna Greń, pisarka
Tajemnice. Arcymistrzowskie zbrodnie. Środowisko artystyczne. Brak dowodów. Joanna Bagrij, łącząc te wszystkie składniki w jedną całość, stworzyła ekscytujący kryminał. Gorąco polecam!

Monika Zajas, pisarka

Polecane książki

„Słowiański narodpis to rys całej Słowiańszczyzny, który przedstawia nam gdzie i jakie szczepy i gałęzie wielkiego plemienia słowiańskiego zamieszkują, na jakie się języki, narzecza, podrzecza i różnorzecza mowa słowiańska w ustach milionów ludzi dzieli się i cieniuje – wytyka każdemu narzeczu chara...
Czy zastanawiałeś się kiedyś, Czytelniku, jaka siła rządzi Twoim życiem? Jaka jest w nim rola przypadku, Twoich wyborów, a jaka przeznaczenia? Co sprawia, że spełniasz marzenia i spotykasz bratnie dusze? Bohaterka Śladu przeznaczenia Monika, alter ego autorki, idzie przebojem przez życie: odnosi suk...
Definicja podstawy opodatkowania została określona w art. 29a ust. 1 ustawy o VAT. Według niej do podstawy opodatkowania zaliczamy wszystko, co stanowi zapłatę, którą dokonujący dostawy towarów lub usługodawca otrzymał lub ma otrzymać z tytułu sprzedaży od nabywcy, usługobiorcy lub osoby trzeciej, w...
Materiał w postaci wyrazów i obok narysowanych czarno-białych obrazków przeznaczony jest do ćwiczeń prawidłowej wymowy głosek ś, ź, ć, dź w wyrazach w nagłosie, śródgłosie i wygłosie; wyrażeniach i całych zdaniach. Opracowany materiał jest przeznaczony dla logopedów i rodziców do pracy z dziećmi w ...
Wytyczne ustawy o rachunkowości określają metodologię przeprowadzania inwentaryzacji, uzależniając zastosowaną metodę od rodzaju inwentaryzowanego składnika aktywów i pasywów. Posiadane przez jednostkę oświatową składniki aktywów, pasywów oraz inne elementy majątku inwentaryzowane są w drodze spisu ...
Post to dużo więcej niż tylko rezygnacja z posiłku. Jest to holistyczna metoda, która prowadzi do fizycznego i duchowego oczyszczenia. Autor udziela nie tylko konkretnych wskazówek, ale i odnosi się do niezbędnej wiedzy z dziedzin medycyny akademickiej i alternatywnej, psychologii i filozofii. W tej...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Joanna Bagrij

Wydanie I

ISBN978-83-944449-1-4

Copyright © by Wydawnictwo Czarna Kawa & Joanna Bagrij, Polanka Wielka 2016

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Czarna Kawa.

Projekt okładki: Anna M. Damasiewicz

Redakcja i korekta: Beata Wojciechowska-Dudek

Skład i łamanie: Marcin Satro

Druk: Elpil

Wydawnictwo Czarna Kawa

ul. Południowa 37, 32-607 Polanka Wielka

tel. +48 501 215 360

www.wydawnictwoczarnakawa.pl

e-mail: wydawnictwoczarnakaw@gmail.com

Prawdziwe motywy przestępcy tkwią w jego umyśle.

Szaleństwa nie można odkryć na opuszczonym miejscu zbrodni.

Prolog

Spośród wszystkich dni, które przeżyłam, dzisiejszy nie należy do najgorszych. Bywałam w obskurniejszych miejscach, zmagałam się z trudniejszymi problemami. Ale to nie ma teraz najmniejszego znaczenia. Nie boję się tego, co mnie czeka.

Moje życie było idealne. Zwiedziłam pół świata, zebrałam bagaż doświadczeń, więc nie zależy mi na tym, czy będę żyła jeszcze kilkadziesiąt lat, czy tylko kilka minut. Nie żałuję popełnionych błędów, nie chciałabym cofnąć czasu. Niczego z pewnością bym nie zmieniła. Wszystko wydarzyło się z jakiegoś powodu. Zbiegi okoliczności nie istnieją. Uważam się za fatalistkę. Wierzę, że moja przyszłość została dawno zapisana.

Spoglądam na zegarek. Przypomina mi się osoba, która mi go wręczyła. Wyraźnie pamiętam tamten dzień. Łza spływa mi po policzku… Denerwuję się. Sentymenty nie mogą wyprowadzić mnie z równowagi. Nie mam zamiaru błagać o życie. Nie jestem rozhisteryzowaną matką, żoną czy córką. Nie chcę okazywać strachu ani niepewności, aby nie pomyślał, że ma nade mną przewagę. Nie dam się zastraszyć, ale nie widzę sensu, aby walczyć o siebie, skoro los już rozdał karty wszystkim graczom.

Odgarniam ciemne włosy z twarzy. Dotykam kości policzkowych. Czuję ból. Po lewej stronie. Uderzył mnie? Tak, uderzył. Chciał mnie oszpecić? Pewnie w dzieciństwie marzył, by być z taką kobietą, jak ja: piękną i majestatyczną. Bogatą. Władczą. Doskonale mnie zna. Wie, kim jestem. Wie, na co mnie stać. I wie, co zrobiłam. To z powodu moich grzechów mnie tutaj umieścił.

Przenoszę wzrok na małe okienko, przez które wpadają promienie księżycowego światła. Jest pełnia. Noc owiana tajemnicą czarów i legend. Noc wszystkich nadprzyrodzonych stworzeń. Boże, dlaczego nie uczyniłeś mnie jednym z nich?

Słyszę skrzypnięcie drzwi i odgłos jego kroków. Przechadza się po pokoju znajdującym się nad piwnicą. Jest zdenerwowany. Chodzi bardzo energicznie i niepewnie. Może zmienił zdanie? Nie zamierza mnie zabić i planuje dla mnie coś zupełnie innego? Niepewność i niewiedza są w takich sytuacjach najgorsze. Gorsze od strachu.

Wstaję powoli. Mam zdarte kolano. Musiał mnie zaskoczyć. Nie pamiętam, żebym upadła. Czuję się, jak w czasie grypy – bolą mnie kości. Odurzył mnie. Jednak nie wie, że próbowałam już wielu leków i narkotyków, więc niewielkie ilości środków farmakologicznych już na mnie nie działają. Dzięki szaleństwom młodości mogę myśleć trzeźwo.

Podchodzę do okienka. Wyciągam przed siebie dłonie. Drżą. Z zimna czy może jednak ze strachu? Nie chcę dochodzić, jaki jest tego powód. Co jeśli jednak boję się umrzeć?

Spoglądam na nadgarstek, na zrobiony na nim tatuaż. Uśmiecham się lekko. To była spontaniczna decyzja. Nie pamiętam, kto wpadł na ten pomysł – ja czy ona? Na pewno był to impuls. Błyskawiczna, nieprzemyślana zachcianka. Pragnienie, które zostało natychmiastowo spełnione. Nie żałuję. Jak niczego w swoim życiu.

Siadam. Sukienka jest rozdarta. Nawet nie zauważyłam, kiedy to się stało. Teraz to już nie jest ważne. Nic nie jest ważne. Nie. Jednak coś jest. To, kiedy zginę. I czy zginę. I czy nastąpi to szybko.

1.

Noc. Ciemność i czerń. A może ma tylko zamknięte powieki? Może stoi przed jednym ze swoich mrocznych obrazów i napawa się bezdenną otchłanią nicości, bólu i cierpienia? Nie. W jego obrazach nie było cierpienia. Ani bólu.

Stał nieruchomo kilka chwil, nim uświadomił sobie, że objawia mu się kompozycja kolejnego malowidła. Nienawidził, kiedy obrazy go nękały. Nienawidził także, kiedy nie miał pomysłu na nowe arcydzieło. Miotały nim sprzeczne uczucia, ale był artystą. Mógł sobie pozwolić na mały ekscentryzm.

Co by powiedziała Natalie? Artystę poznaje się po osobowości, a nie po talencie, stworzonych obrazach czy instalacjach. Artystą jest nawet ten, który nie tworzy, ale posiada osobowość artysty. On miał oba te przymioty – osobowość oraz talent. Potrafił namalować wszystko różnymi technikami i stylami. Każdy jego obraz był niepowtarzalny. Opowiadał odrębną historię, przedstawiał losy innych bohaterów. Przeplatanie się na malowidłach wciąż tych samych barw, kształtów i krajobrazów stanowiło charakterystyczny podpis artysty. I było jego przekleństwem.

Kochał to, co większość ludzi nie uznawała za godne kochania – ludzkie ciało. Ciało obdarte z jego zewnętrznej powłoki i widziane oczami chirurga, zabójcy lub śmierci. Malował zmasakrowane ciała. Piękne, zmasakrowane ciała. Był malarzem szkieletów!

Nie chciał o sobie myśleć tak, jak myśleli o nim inni. Uważał, że jego wizje przedstawiają piękno. Subtelne i niepowtarzalne piękno. Pełne realizmu i ponadczasowe. Nie trzeba być seryjnym zabójcą, aby je docenić. Artyzm można dostrzec w każdej ziemskiej rzeczy. Nawet tej z pozoru najbrzydszej.

– Ethan! Co ty tu robisz? Przestraszyłeś mnie… prawie na śmierć! – Mężczyzna zauważył asystentkę właściciela galerii. Wpadła do ciemni, w której zajmowała się tradycyjną czarno-białą fotografią. – Długo tu stoisz?

– Jakiś czas… Wydaje mi się, że musiałem przysnąć na chwilę. – Spojrzał na jej unoszącą się klatkę piersiową. Zastanawiał się, jak pracuje teraz jej serce umieszczone tuż pod okazałym biustem.

– Gdybym cię nie znała… Ale cię znam! – dodała szybko i uśmiechnęła się do niego filuternie. Wiedziała, że nie jest nią zainteresowany. Romans z artystą z pewnością urozmaiciłby jej życie osobiste i stanowiłby możliwość opowiedzenia fantastycznej historii na blogu, który prowadziła. Każdy nowy komentarz przyprawiał ją o umysłowy orgazm. Uwielbiała być obserwowana i podziwiana. Z aktorstwem jej nie wyszło, więc starała się zabłysnąć w innych dziedzinach. W każdym razie o romansie z Ethanem mogła tylko pomarzyć.

– Pracowałem wczoraj do późna. Chyba… Właściwie to jaką mamy porę dnia? – Spojrzał na nią nieobecnym wzrokiem. Czasami zatracał się w rzeczywistości.

– Prawie południe. A! Miałam ci właśnie o czymś powiedzieć! – Delikatnie wplątała rękę we włosy i zagarnęła je za ucho. – Dzwoniła Natalie. Będzie za kwadrans.

– Tak, pamiętam – otrząsnął się z rozmyślań. – A raczej nie mogę tego pamiętać, skoro dopiero co dzwoniła. – Uśmiechnął się w typowy dla siebie sarkastyczny sposób, co wskazywało na jego powrót do rzeczywistości. – Mówiła coś o kawie?

– Nie. O ile dobrze pamiętam, to nie pija po południu.

– A tak. A ja piłem dziś kawę? – Udawał, że się z nią droczy, ale tak naprawdę nie pamiętał, czy sięgał dzisiaj po kofeinę.

– Nie widziałam w koszu papierowych kubków z kawiarni, a nasza się już skończyła. – Spojrzała na niego hipnotyzującym wzrokiem. – Czy mam po nią pójść do sklepu?

– Nie. Zdecydowanie nie. – Był konkretny i pewny siebie. – Pracujesz teraz nad jakimś projektem dla Montego, tak? Więc nie przeszkadzaj sobie. – Nawet nie próbował sobie przypomnieć, co to dokładnie był za projekt. Nie obchodziło go to.

– Tak. Przygotowuję ulotki na najbliższy wernisaż i realizuję pewien… Hm… indywidualny pomysł.

– Świetnie. Nie przerywaj sobie. Sztuka nie może czekać. – Uśmiechnął się do Rebeki i automatycznie prześwidrował ją spojrzeniem. Był indywidualistą. Nie lubił pracy zespołowej, konkurencji i udzielania pomocy początkującym artystom. Czy raczej, jak to miał w zwyczaju mawiać – artyścikom.

Wyszedł z ciemni i zanurzył rękę w kieszeni spodni. Wyjął telefon. Dwa nieodebrane połączenia. Nie musiał być wyrocznią, żeby wiedzieć, że z pewnością dzwoniła do niego Natalie. Nie lubiła kontaktować się z nim przez asystentkę swojego wspólnika. Jednak roztargnienie brata ją do tego zmuszało. Kobieta prowadziła galerię, w której pracował Ethan. Malarz nigdy nie traktował jej jak szefowej. W jego rozmyślaniach pozostawała tylko siostrą. Młodszą o zaledwie półtorej minuty.

Przycisnął słuchawkę do ucha. Chciał się wyrwać z galerii, zanim przyjedzie Natalie. Nie mogła zobaczyć jego postępów. A raczej braków w postępach. Ciągle czekał na dalszy ciąg wizji. Widział już pewne szczegóły, ale wciąż brakowało całości. Zrozumiałaby, gdyby jej powiedział, ale malarz na razie wolał poczekać z wyznaniami. Nie czuł potrzeby zwierzania się ze wszystkich swoich przemyśleń i odczuć. Ona robiła to stale. On nie chciał.

Nie odbierała. Musiała być już w pobliżu. Postanowił poczekać na nią przed galerią. Był słoneczny dość przyjemny dzień. Wiosna na dobre zagościła w mieście. Czuć było lekkość w powietrzu i powiew nowości. Euforia i radość zieleni powoli budziły się do życia. Niebo, nieskazitelnie niebieskie, poprzecinane liniami korytarzy powietrznych, zachęcało do spacerów. Leniwe spędzanie czasu w parku i zatracanie się w chwili. Szukanie wzrokiem zakochanych par, powolne dreptanie między alejkami, szum fontanny. Błogo płynące minuty wiosennego, ciepłego dnia. Ethan wiedział, że nie może sobie na to pozwolić. Na pewno nie dzisiaj.

Usłyszał pisk opon i dźwięk klaksonu. Natalie zwykle jeździła bezpiecznie, ale konieczność walki o miejsce parkingowe potrafi zmienić styl jazdy każdego kierowcy. Zaparkowała tuż przed galerią. Minutę poświęciła na uporządkowanie dokumentów leżących na siedzeniu pasażera, po czym delikatnie otworzyła drzwi. Wysiadając z samochodu, uśmiechnęła się promiennie.

– Witaj, Ethan. – Musnęła go w policzek. Lubiła podtrzymywać rodzinne konwenanse. – Niemożliwe, że podziwiasz dzisiejszy dzień!

– Nie piłem kawy… – powiedział nieco zmieszany. Czuł się jak dziecko, które stara się ukryć swoje prawdziwe zamiary.

– Domyśliłam się. Idziemy do tej kawiarni za rogiem czy tu naprzeciwko? – Jej głos był spokojny i stonowany. Przywodził mu na myśl szum morza.

– Może do tej na rogu. – Niby od niechcenia sprawdził kieszenie. Jakimś cudem wziął ze sobą nawet portfel.

– Wspaniale! – Zamknęła samochód, poprawiła włosy i ruszyła w kierunku kawiarni.

Była szczupła, dość wysoka. Rude włosy tańczyły na lekkim, wiosennym wietrze. Miała charakterystyczne rysy twarzy. Charakterystyczne dla tego, kto widział ją po raz pierwszy. Jej twarzy nie dało się zapomnieć. Ethan złapał się na tym, że spogląda na mężczyzn, którzy się za nią oglądali. Jedno z jego wewnętrznych „ja” pragnęło być bratem-obrońcą, który ocali Natalie przed łajdakami i zwyrodnialcami. Jednak to „ja” pozostawało ukryte przez całe jego życie. Na szczęście Natalie potrafiła sama o siebie zadbać.

Wchodząc do kawiarni, uruchomili dzwoneczek umieszczony nad drzwiami. Dźwięk dzwonka zaalarmował kelnerkę, która natychmiast znalazła się przy rodzeństwie, wskazała stolik, podała menu, a otrzymawszy zamówienie, poinformowała, że za chwilę zostanie zrealizowane. Ethan obserwował ją przez minutę. Starał się uciszyć gonitwę myśli i skupić się na obecnej sytuacji. Kawiarnia. Natalie.

– Jak tam w twojej normalnej pracy? – zagadnął.

– Naprawdę cię to interesuje? – Delikatnie pokiwał przecząco głową. – Nawet mnie to nie interesuje, więc nie wymagam tego od ciebie! Normalnej pracy! A galeria nie jest normalną pracą?

– Nie. Jest wymówką, żebyś mogła mnie kontrolować… – Siostra spojrzała na niego krzywo. Nie lubiła, kiedy myślał o niej w ten sposób. – Nie. Kontrolować to za mocne słowo.

– Raczej żebym mogła się o ciebie troszczyć i cię wspierać.

– No właśnie. – Zrobił pojednawczą minę. – Ale przyznaj, że nawet nie lubisz tej asystentki!

– Nie muszę jej lubić. To asystentka Montego.

– Do tej pory nie mogę wyjść z podziwu, jak udało ci się go w to wszystko zamieszać.

– Nie zamieszać. Przekonać. Jest sponsorem, inwestorem. Wie, że sztuka jest opłacalna.

– Opłacalna! Phi! – prychnął naburmuszony.

– Sztuka dla każdego jest czymś innym. Dla ciebie jest całym życiem, a dla biznesmenów jest prostą inwestycją.

– Jest czymś, co ich ukulturalnia.

– To też. – Wzięła łyk truskawkowej herbaty. – Wyznaczyliście już datę wernisażu? – Spojrzała na niego badawczo.

Nie potrafił określić, czy było to zwykłe pytanie, czy sprawdzała jego pamięć. No cóż. Nie pamiętał.

– Eee… – odpowiedział zamyślony. – Chyba nie?

W jej oczach widać było rozbawienie. Nie torturowała go jednak dłużej.

– Nie. Montego wysłał mi maila, że dzisiaj z tobą porozmawia. Miałam cię delikatnie uprzedzić.

– No, oczywiście. – Malarz spojrzał na ścianę, gdzie wisiały krzywo powieszone garnki. Przechylił lekko głowę. – Terminy mnie nie interesują…

– Wiem. Z tego względu muszę cię pilnować. Nie chcę, żeby sztuka zgubiła ciebie tak jak ojca. – Zamilkła na chwilę. – A jak ci idzie na uniwersytecie? Porządni studenci?

– Wiesz, studenci jak to studenci. Staram się, jak mogę, ale nie wszystkich można zainteresować obowiązkowymi zajęciami humanistycznymi na uczelni technicznej.

– Mimo wszystko cieszę się, że się tego podjąłeś. To zapewnia ci kontakt z rzeczywistością.

– Ja go mam – odpowiedział niepewnie.

– Nie zawsze. – Dotknęła jego dłoni i pogłaskała z otuchą. Znała jego sekrety, ale czasem udawała, że nie wie wszystkiego. Chciała w ten sposób zagwarantować mu trochę osobistej przestrzeni. – Dzwoniła do mnie Olivia.

Jego źrenice delikatnie się rozszerzyły. Wykrzywił usta w grymasie i poprawił się na krześle. Wyrwał dłoń z delikatnego uścisku i dopił kawę. Zawołał kelnerkę i poprosił o drugą filiżankę. Po jej otrzymaniu spojrzał Natalie prosto w jej kasztanowe oczy.

– I co ci powiedziała? – Starał się, aby jego głos nie zdradzał zaciekawienia. Emocje są tutaj zbędne – powtarzał sobie.

– Przyjeżdża.

– Na tę doroczną aukcję?

– Nie tylko. Mówiła coś o pogrzebie. – Natalie przeczesała rozpuszczone włosy. Mówiła zdawkowo.

Mężczyzna przez chwilę zastanawiał się, czy jego siostra stara się coś przed nim ukryć.

– Umarł ktoś z rodziny? Wypadek? – Nie krył zainteresowania. Uniósł brew.

– Nie wydaje mi się. Raczej nie. Nic nie powiedziała. O wypadku poinformowałaby bez ogródek. Zresztą powiedzieliby o jej rodzinie w wiadomościach.

– Jeśli nie wypadek, to zabójstwo, samobójstwo bądź śmierć naturalna. – Uśmiechnął się krzywo. – Powiedziała kto?

– Nie.

– Mówiła coś jeszcze?

– Pytała się, czy może do ciebie wpaść.

– Co powiedziałaś?

– Przypomniałam jej twój numer telefonu. I ostrzegłam, że nie zawsze odbierasz.

* * *

Poruszyłam się niespokojnie na krześle. Zebranie akcjonariuszy się przeciągało. Nienawidziłam na nie przychodzić. Czułam się jak meduza pozostawiona w klatce z żarłocznymi rekinami. Ruchem jednej macki mogłam ich usmażyć. A oni mogli tylko wyglądać groźnie i atakować się nawzajem. Nie mogli mi nic zrobić.

Za każdym razem któryś z tych przemądrzałych inteligentów starał się udowodnić, jakie mam braki w podstawowej wiedzy ekonomicznej lub że nie znam wszystkich szczegółów dotyczących firmy. I za każdym razem któryś z nich ponosił porażkę. Za każdym.

Na szczęście nigdy nie będę przewodzić tej bandzie słonowodnych drapieżców. Nie jestem związana z organizacją na stałe. Prezes, a zarazem mój ojciec, odstępował mi fotel, kiedy musiał gasić pożary w innych biznesach albo załatwiać nowe kontrakty. Lub kiedy wyjeżdżał na wakacje, które – swoją drogą – zdarzały mu się coraz częściej. Kilka godzin nudy za nieograniczony dostęp do rodzinnego majątku. Brzmi świetnie, prawda? Ja czułam się z tym dobrze. Kto by się nie czuł?

Wolność. To dawały mi pieniądze. Możliwości. Nieograniczoną liczbę opcji, alternatyw. Swobodę podejmowania decyzji. Beztroskę? Może po części. Nie przeczę: jestem egoistką, która pozbawiona konieczności pracy żąda od życia jak najwięcej. Wiem, czego chcę. Wiem, jak chcę żyć. Nie przejmuję się komentarzami powierzchownie znających mnie ludzi. Lubię się bawić. Lubię luksus. Cieszą mnie dobrze wydane pieniądze.

Spojrzałam na przewodniczącego akcjonariatu. Pokazałam wymownie palcem na zegarek. Kiwnął głową. Wstał i ponaglił przemawiającego, aby przeszedł do meritum. Należało zakończyć to spotkanie!

Gdy przekroczyłam próg mieszkania, poczułam się wreszcie zrelaksowana. Półgodzinna jazda samochodem z niedozwoloną prędkością nie zawsze działała kojąco na moje nerwy, natomiast przebywanie w mieszkaniu momentalnie mnie odprężało. To było moje królestwo. Byłam tu stuprocentową królową i mogłam rządzić, jak mi się żywnie podobało!

Zerknęłam do kuchni. Stos talerzy prosił się o zmywanie. Dopiszę to mojej sprzątaczce do listy rzeczy do wykonania. Nie mam teraz czasu zajmować się brudnymi sprawami. Co innego plącze się po mojej głowie.

Wyjęłam z sekretarzyka notes z adresami i wykonałam kilka telefonów. Byłam uprzejma i miła. Załatwianie wszelkich spraw miałam we krwi. Po dziesięciu minutach opadłam na łóżko. To spotkanie wyssało ze mnie wszystkie siły. Wprawdzie musiałam spędzać czas na bardziej nużących zebraniach, konferencjach czy wykładach, jednak na zebraniu akcjonariuszy zawsze znajdzie się inteligent, który próbuje mnie poderwać w bardzo „wyszukany” sposób, na przykład opowiadając szeptem dziwne dowcipy czy bezpośrednio zwracając się do mnie na forum. Frustrowało mnie, że moja mowa ciała nie była dla nich czytelna i musiałam każdemu biedakowi z osobna oświadczać, iż nie jestem zainteresowana. Mężczyźni w garniturach nie kręcili mnie. Biznes był nudny. Potrzebny, jeśli chodziło o pozyskiwanie pieniędzy, ale na co dzień zupełnie nieprzydatny. W tabelkach, wykresach, spadkach i wzrostach nie było żadnej zabawy.

Spojrzałam na zegarek. Było już dość późno. Właściwie nie ograniczał mnie czas. Nie byłam z nikim umówiona. Jednak moja osobowość kazała mi trzymać się z góry ustalonych terminów. Byłam osobą monochroniczną. Nienawidziłam się spóźniać czy czekać na spóźnialskich. Z tego powodu nie przetrwało kilka moich związków. Można powiedzieć, że większość. Jednak nie czas teraz na wspominki. Muszę zająć się czymś ważniejszym i bardziej absorbującym niż przebywanie z żarłaczami. Teraz dopiero będzie prawdziwa zabawa.

* * *

Obudził go zgrzyt otwieranego zamka. Zerknął na zegarek stojący obok łóżka. Była już prawie czwarta po południu. Miał dzisiaj wolne czy zaspał do pracy?

Podniósł głowę z poduszki. Cały pokój wirował. Wypił wczoraj zdecydowanie za dużo alkoholu. Jednak użalanie się nad sobą nie tkwiło w jego naturze. Ominął więc część „po co ja wczoraj tyle wypiłem” i od razu udał się do kuchni po coś do jedzenia. O kefirze i rosole mógł jedynie pomarzyć. A może jednak nie?

To, co zobaczył w kuchni, zupełnie go zdziwiło. Paul stał nad garnkiem zupy i energicznie mieszał w nim drewnianą łyżką. Mark wiedział, że współlokator nie ugotował tego pięknie pachnącego wywaru. Nie umiał nawet zrobić zwykłej grzanki, nie wspominając o przygotowaniu smacznej zupy. Podszedł do lodówki i wyciągnął kefir. Paul uśmiechnął się do niego pełen zrozumienia. Sam też nie czuł się najlepiej. Wyłączył grzałkę i odstawił garnek na zimną płytkę. Odwrócił się i stanął przed zmywarką. Szukał czystych naczyń. Nic nie znalazł, więc wyjął dwie miski i opłukał je. Spojrzał na Marka, który pozbywając się pustego pojemnika po kefirze, zauważył w koszu opakowania na wynos z pobliskiej restauracji. Nic dziwnego, że zupa pachniała cudownie. Mężczyźni usiadli przy niewielkim stoliku. Mark zgarnął na bok gazety. Uniosła się z nich warstwa grubego kurzu. Całe mieszkanie wymagało porządnego sprzątania. Może jednak powinni pomyśleć o zatrudnieniu osoby, która ogarnęłaby ten straszny bałagan?

Paul podał koledze talerz. Ponownie wziął do ręki chochelkę i nalał sobie ciepłego rosołu. Usiadł naprzeciwko Marka. Wciągnął trzy łyżki zupy, głośno siorbając. Stary nawyk z dzieciństwa. Markowi zwykle to przeszkadzało, ale teraz rosół działał na niego uspokajająco. Takie przysmaki mógłby jeść codziennie. Gdyby tylko miał kogoś, kto potrafiłby mu ugotować…

– Następnym razem nie wyciągaj mnie do baru, aby poużalać się nad życiem. Straciłem cały wolny dzień! – Paul tylko delikatnie podniósł ton głosu. Krzyk mógłby przyprawić ich o jeszcze większy ból głowy. – Miałem iść na siłownię.

– Praca to ciągła siłownia, nie uważasz? – Mark uśmiechnął się. – Złapanie tego zamaskowanego grubasa…

– Nawet mi o tym nie przypominaj. Jak można mieć tyle tłuszczu pod skórą i tyle ważyć! Nigdy nie zrozumiem, jak można doprowadzić się do takiego stanu.

– Mhm… – Mark opróżnił swój talerz i odgiął się na krześle. – Ja też mam dzisiaj wolne czy tylko ty?

Paul się roześmiał, choć wiedział, że było to pytanie retoryczne. Jego partner nigdy nie tracił kontaktu z rzeczywistością.

– Ta ostatnia sprawa jest całkiem przygnębiająca, nie? – westchnął głośno. – Nie wiem zupełnie, od czego zacząć.

– Nie będzie łatwo. – Mark pokiwał głową. – Poczekamy na opinię koronera i raporty od techników, a później zaczniemy od przesłuchania rodziny. Na szczęście nie mieliśmy trudności w ustaleniu tożsamości denata.

– Wiesz, co myślę? – Paul przygryzł łyżkę. – Ten znieczulony drań chciał, by jego ofiara została od razu rozpoznana. Myślę, że to jakiś seryjny.

– Być może. – Mark dolał sobie resztkę rosołu, która została na dnie garnka. Skrzywił się, widząc zieleninę.

– Ty tak nie sądzisz?

– Nie lubię wyprzedzać faktów. Jeśli to seryjny, to będziemy mieć niezłe bagno. – Wstał i odstawił talerz do zlewu. – Ale nie rozmawiajmy o pracy. I bez tego boli mnie głowa.

– Ja i tak nie będę mógł przestać o tym myśleć. Dobrze, że wczoraj z tobą poszedłem. Inaczej pewnie miałbym koszmary.

– A mnie się wydaje, że już się kiedyś z czymś takim spotkałem. Ale nie pamiętam gdzie.

– Z taką zbrodnią?

– Raczej z takim obrazem. A może widziałem coś podobnego w filmie? – Mężczyzna podrapał się po nieogolonej twarzy.

– Możliwe. Na ostatnim wyjeździe kryminalistycznym ekspertka mówiła, że czasem seryjni wzorują się na tym, co ich zainspirowało. Jednak to zdarza się nadzwyczaj rzadko.

– Wolą być oryginalnymi twórcami?

– Coś w ten deseń. – Paul wziął łyk kawy, którą zrobił Mark. – Oni mają chorą psychikę. Zmienioną. Rodzina powinna zauważyć niepokojące symptomy wariactwa i od razu zamówić kozetkę u psychiatry.

– Tak samo mówi się w przypadku samobójców – rodzina wcześniej powinna zareagować. Ale wiesz, jak to w życiu jest…

Paul się zamyślił. Kiedy był chłopcem, jeden z jego krewnych targnął się na swoje życie. To wydarzenie potraktował jako pewnego rodzaju sensację i formę doskonałego buntu. Nie widział w tym tragedii. Z biegiem czasu jego nastawienie się zmieniło. Wiek i doświadczenie przeobrażają nastoletni światopogląd.

Mark wyszedł z kuchni i poszedł się położyć. Wolny dzień na kacu nie musiał być całkiem stracony. Mógł przecież nadrobić internetowe zaniedbania – odpisać na maile od rodziny, znajomych, pozamawiać ciekawe rzeczy w wirtualnych sklepach i poczytać wiadomości ze świata. Jego praca absorbowała tyle czasu, że często zmęczenie wygrywało z mniej pilnymi i zupełnie nieciekawymi obowiązkami.

Z kolei Paul postanowił nadrobić braki w telewizyjnym nieróbstwie. Włączył odbiornik i wybrał kanał sportowy. Tam zawsze czekało na niego coś do oglądania. Wszystkie dyscypliny sportowe go interesowały. Rok temu na czas olimpiady starał się o jak najwięcej dni urlopu, żeby móc uczestniczyć w większości sportowych wydarzeń. Starania przyczyniły się tylko do dwóch dób, ale dla Paula to już znaczyło bardzo dużo. Oczywiście w czasie pracy nie rezygnował z kontrolowania wyników rozgrywek i spotkań indywidualnych rywalizacji.

Mark zrobił się senny. Głowa już go tak nie bolała, ale laptop ciążył mu na kolanach. Odpisywanie na wszystkie zaległe maile pochłaniało sporą część życiowej energii. Opadł na poduszkę i zapadł w głęboki sen. Nie śniło mu się nic konkretnego. Tylko jakieś barwy, kształty i zamazane postacie. Brak konkretów i brak jakiejkolwiek ciągłości. Pomarańczowo-czerwono-czarna nicość i wyłaniające się z niej połamane linie. I wśród tych linii twarz. Zamazana i zamglona. Czy ją już kiedyś widział? A może był to wymysł jego wyobraźni? Chciał się jej przypatrzeć, spojrzeć w zamglone oczy i dotrzeć do duszy. Coś zobaczył. Coś znajomego. Czy to…

– Mark! – Poirytowany Paul wpadł do pokoju kolegi. Widząc, że partner nie zerwał się jak na komendę, tylko leniwie otwiera oczy, zaczerwienił się i walnął pięścią o kant łóżka.

Zaskoczony Mark podskoczył i laptop spadł na podłogę. Paul szybko go podniósł, obadał, czy nic mu się nie stało i odłożył na biurko. Mark z niezadowoloną miną czekał na wyjaśnienia wybuchu złości kolegi.

– Musisz odłożyć leniuchowanie na później. Mamy kolejne…

– Ciało?

Paul twierdząco pokiwał głową.

2.

Zaczynało się już ściemniać, kiedy Ethan wyszedł z pracowni. Zamknął wejściowe drzwi do galerii i wsiadł do samochodu siostry. Lubił malować wieczorami, ale dziś Natalie nalegała na wspólną kolację. Ustanowiła kilka zasad, które miały pozwolić na utrzymanie bliźniaczej więzi. Zasada numer jeden: wspólna kolacja przynajmniej raz w tygodniu.

Przyjrzał się swojemu odbiciu. Tygodniowy zarost rozgościł się na jego twarzy. Włosy miał natomiast w nienagannej kondycji. Przeczesał je dłonią. Siostra regularnie zapędzała go do fryzjera. Twierdziła, że praca na uczelni zobowiązuje do schludnego ubioru i wyglądu, nawet jeśli jest się utalentowanym artystą. Ethan może i by na to przytaknął, ale nie widział potrzeby, aby dbać o wygląd, skoro pracuje z farbami, które zanieczyszczają duszę i ciało. Jego dłonie stale były pokryte teksturami i odcieniami. Z tym Natalie nie walczyła, bo i tak by nie wygrała.

Spojrzał w odbicie swoich niebieskich oczu. Nie rozumiał genetyki i tego, jak mogli mieć z siostrą inne kolory tęczówek. Widocznie wraz z kolorem oczu odziedziczył po ojcu talent, a siostra nie. To ich definiowało i oddzielało. Nigdy nie byli przykładnym bliźniaczym rodzeństwem. Nie ubierano ich tak samo, nie mieli wspólnych zainteresowań. Wiele z ich cech charakteru było przeciwstawnych: Ethan wiecznie zamyślony, czasem impulsywny, porywczy i roztrzepany, a Natalie zawsze spokojna, opanowana i skoncentrowana na każdej czynności. Uzupełniali się nawzajem. Mimo przeciwieństw i odmiennych zdań nigdy się ze sobą nie kłócili. Natalie wiedziała, co wyprowadza jej brata z równowagi. Był wybuchowy i zupełnie pozbawiony cierpliwości do ludzi. Nienawidził jawnej krytyki i wytykania błędów, kiedy dzieło naprawdę mu się spodobało. To stanowiło jego punkt zapalny. Innego nie miał. Reszta spraw pozostawała poza okręgiem jego zainteresowania.

– O czym myślisz, Eth?

Natalie wyrwała go z rozmyślań. Wiedział, że chciałaby, aby myślał o czymś innym niż kompozycje. Tym razem nie musiał kłamać, by zadowolić siostrę.

– O moim wyglądzie. Chyba muszę się ogolić. – Uśmiechnął się delikatnie.

– Studentkom pewnie się podobasz. Wyglądasz zadziornie.

– Nie wierzę, że podoba ci się moje niedbalstwo! – Podrapał się po brodzie. – Tak jest praktyczniej. Nie widać, kiedy poplamię policzki farbą.

– Nie bądź śmieszny. – Uwielbiał jej uśmiech i roześmianą twarz. Wolał ją taką, niż gdy się o niego martwiła. – Gdzie chcesz zjeść kolację?

– A nie przygotowałaś niczego u siebie?

– Nie miałam czasu. Przeciągnęło mi się jedno spotkanie, a później musiałam załatwić pewną rzecz z Montego.

– Z Montego? – Chociaż Ethan nie lubił Jamesa, interesowały go sprawy galerii. Jego nieobecność na własnym wernisażu nie zostałaby dobrze odebrana przez potencjalnych kupców dzieł sztuki. Zachowywanie społecznych konwenansów umykało uwadze artysty.

– Powiem ci na kolacji. To gdzie jemy?

* * *

Paul i Mark w przeciągu trzydziestu minut dotarli na miejsce. Zaparkowali obok nieoznakowanego policyjnego radiowozu. W pobliżu zauważyli tylko jednego kolegę w cywilnym stroju. Im mniej policji kręciło się na miejscu zbrodni, tym większe stawały się szanse na ciszę medialną. A to z kolei umożliwiało sprawne prowadzenie śledztwa.

Paul pierwszy wysiadł z pojazdu i podszedł do spacerującego mężczyzny. Wymienił z nim kilka zdań i ruszył wydeptaną ścieżką. Mark wciągnął głęboko powietrze i zatrzasnął drzwi samochodu. Wyjął z bagażnika podręczną torbę, którą zawsze ze sobą zabierał do pracy w terenie. Kiwnął głową do kolegi po fachu i ruszył w ślad za Paulem, rozglądając się wokół siebie. Jego zdaniem ukrycie zwłok czy też dokonanie zbrodni w Parku Północnym stanowiło doskonałe rozwiązanie. Miejsce było gęsto zalesione. Ludzie spacerowali tylko po wysypanych żwirkiem alejkach, a sportowcy biegali po wydeptanych ścieżkach. Reszta parku pozostawała dziewicza i rzadko odwiedzali ją ludzie. Naturalnie wyjątek stanowili przestępcy. Mark zastanawiał się, czy pół roku temu nie znalazł się tu przypadkiem w sprawie pewnego dochodzenia. Sprawa była na tyle błaha i mało istotna, że nie utkwiła detektywowi w pamięci.

Po dziesięciu minutach szybkiego marszu mężczyzna zauważył rozciągające się między drzewami żółte, policyjne taśmy oraz dwóch umundurowanych policjantów. Pokazał im legitymację, choć jednego z nich znał osobiście. Rozejrzał się za Paulem. Dojrzał go pochylonego nad ciałem. To, co zobaczył, wzbudziło w nim odrazę. Poczuł, jak rosół i kefir przesuwają się z żołądka w górę przełyku. Z pewnością częściowo była to wina kaca, a częściowo tego, na co właśnie patrzył.

Zmasakrowane ciało leżało na brzegu błękitnego jeziora. Na powierzchni unosiła się czerwona plama powstała z krwi ofiary. Prawdopodobnie była to kobieta, ale Mark z tej odległości nie potrafił tego ocenić. Skóra na obu rękach i nogach była przecięta aż do kości, które w pewnych miejscach zostały oczyszczone i błyszczały w zachodzącym słońcu. Klatka piersiowa również została rozcięta. Żebra połamano, by wyeksponować serce. Lewy policzek ofiary rozszarpano. Widać było zaciśnięte szczęki i kość policzkową. Mark zauważył, że brakowało jednego zęba. Czyżby był złoty i zabójca się na niego połasił? Detektyw wykluczył jednak działanie pod wpływem motywu rabunkowego: ofiara była elegancko ubrana i nosiła drogocenną biżuterię. Wyglądała, jakby szykowała się na bal lub właśnie z niego wyszła.

Mark nachylił się nad twarzą denatki. Powieki miała zamknięte. Zauważył na nich coś dziwnego. Pokrywały je czarne wzory. Tatuaże na powiekach? Lewą dłoń kobiety zaciśnięto na srebrnym sztylecie, który był umazany krwią. Prawą zanurzono w toni jeziora. Nachylając się nad ofiarą, Mark dojrzał dziwne kropeczki wzdłuż linii obojczyków. Były to małe perełki umiejscowione w ciele kobiety. Mężczyzna aż się wzdrygnął i odsunął się od zwłok. Wbił wzrok przed siebie, aby pozbyć się odruchu wymiotnego. Kiedy poczuł się lepiej, spojrzał na jej lewe ramię. Tam również zauważył coś osobliwego – ostry drut lub szpikulec przeszywający na wylot kończynę. Chyba coś na nim wyryto, jednak detektyw nie miał sił, by to sprawdzić.

Kiedy Mark zakończył wstępne oględziny, wyjął notes z torby i zapisał kilka spostrzeżeń. Jego ręka drżała. Spróbował uregulować oddech i wziąć się w garść. Złą kondycję przypisywał wczorajszej imprezie. Musiał być odporny na najbardziej odrażające zbrodnie, jeśli chciał pracować w wydziale zabójstw i nie stać się pośmiewiskiem dla kolegów. Odszukał wzrokiem Paula i podszedł do niego. Palił papierosa i rozmawiał szeptem z policjantem. Minął go koroner i ekspert kryminalistyczny z aparatem fotograficznym. Teraz nadszedł ich czas na pięć minut z ciałem.

– Wracajmy na komisariat… albo do domu – szepnął Paul do zbliżającego się Marka.

– Powinniśmy od razu wziąć się za śledztwo, żeby nic nam nie umknęło.

– Zapamiętam tę scenę równie wyraźnie jak poprzednie miejsce zbrodni! – Nerwowo zgasił papierosa. – Muszę zjeść coś normalnego i się wyspać.

– Dobra. – Mark pokiwał potakująco głową, chociaż dziwiło go, że partner nie chce od razu zabrać się za analizę miejsca zbrodni. – Ja pojadę na komendę.

– Jak chcesz. – Paul zerknął na zegarek. – Rano wprowadzisz mnie w to, co uda ci się ustalić, a ja cię zastąpię. A po południu zajmiemy się tym razem.

Mężczyźni rozdzielili się. Mark nie był zwolennikiem odkładania spraw na później. Wolał działać od razu. W akademii uczyli go, że pierwsza doba w dochodzeniu jest kluczowa. Zdobyte podczas niej informacje często stanowią o późniejszym przełomie w śledztwie. Jego stan fizyczny nie był aż taki tragiczny, żeby nie mógł pracować, a kawa z policyjnego ekspresu zawsze orzeźwiała jego umysł.

Na posterunku powitał go zwyczajny szum i pozorny chaos. Wbrew opinii niektórych obywateli policja działała sprawnie i skutecznie. Oczywiście, niektóre sprawy pozostawały bez wyjaśnienia i wskazania sprawcy, jednak odsetek takich dochodzeń był niewielki. Każdy zatrudniony funkcjonariusz starał się rzetelnie wypełniać swoje obowiązki. Komendant przeprowadzał regularne kontrole pracy i przyznawał hojne premie, co motywowało jego podwładnych. Złośliwi zarzucali mu, że ukończone kursy psychologiczne spowodowały, że komisariat stał się ośrodkiem motywacji, manipulacji i perswazji. Jeśli nawet była to prawda, to – bez szkody dla obywateli i miasta – policja działała efektywniej i wydajniej, a podwyżki i premie wypłacano z zakładanego budżetu.

– Cariste! Nie masz przypadkiem wolnego? – Zza rogu wyłoniła się ciemnowłosa policjantka, koleżanka z akademii, a zarazem była dziewczyna Marka.

– Miałem, miałem, ale zabójców to nie obchodzi. – Uśmiechnął się sarkastycznie.

– Czyli mamy seryjnego? – zapytała zaciekawiona. Sensacyjne informacje szybko rozchodziły się po komisariacie.

– A skąd to pytanie? – Mężczyzna zmarszczył brwi. – Nie wiem praktycznie nic o tych dwóch zabójstwach, a ty już wyciągasz odważne wnioski.

– Coś musi łączyć dzisiejsze morderstwo z tym wcześniejszym… Inaczej nie zostałbyś powiadomiony, a sprawa zostałaby przekazana komuś innemu.

– No tak… – Zastanowił się, dlaczego się rozstali. Ona z nim zerwała. Uważała się za lepszą śledczą, ale to Mark dostawał ambitniejsze i ciekawsze sprawy. Ciekawsze w jej opinii.

– A gdzie Paul? Znów będziesz pracować w pojedynkę? – Wykrzywiła usta w złośliwym grymasie.

– Poszedł nabrać sił. – Wiedział, że będzie tego żałować, ale mimo to zaproponował: – Możesz do mnie dołączyć, jak nie masz nic do roboty. Jutro pewnie oficjalnie będziemy musieli połączyć każdy atom dostępnej energii.

W jej oczach natychmiast zapaliły się dwie iskierki. Marzyła jej się śmiertelnie poważna sprawa i związany z nią awans. Ta mogła się taka okazać.

– To od czego zaczynamy?

Mark wskazał ręką kierunek swojego pokoju. Zanim się do niego udali, zatrzymali się w kuchni i zaparzyli po filiżance kawy. Podwójne espresso.

Pokój Marka nie był duży, ale mieściło się w nim biurko, dwa krzesła i regał na akta. Okno wychodziło na południową stronę, więc przez większość dnia detektyw mógł pracować w towarzystwie promieni słonecznych. Rose rozejrzała się po pomieszczeniu. Rzadko tu przychodziła, kiedy spotykała się z Markiem. W pracy zachowywała dystans, jeśli chodziło o relacje inne niż zawodowe. Była profesjonalistką. Nie pozwalała, aby emocje wpływały na jej pracę. Spojrzała na ramkę ustawioną na parapecie. Kogo spodziewała się tam zobaczyć? Może siebie i Marka? Niestety, przeliczyła się. Jej były chłopak nie był melancholijny. Szybko godził się z rzeczywistością, zostawiał za sobą przeszłość i jej nie rozpamiętywał. Ramkę wypełniła uśmiechnięta blondynka. Rose zastanawiała się, kim była.

– Zaczniemy od pierwszej zbrodni. Widzę, że już są wyniki ekspertyz. – Mark wskazał szarą kopertę znajdującą się na biurku. Otworzył szufladę i wyjął z niej paczkę herbatników. – Chcesz?

– Nie. Dieta. – Zlustrował ją spojrzeniem. Policjantka miała idealne ciało i odchudzanie nie było jej potrzebne. Perfekcyjnie dopasowane spodnie podkreślające jej kształtny tyłek to potwierdzały. – Jeśli pierwszy denat zginął przedwczoraj, a dzisiaj mamy już kolejne ciało, zostawione przez tego samego zabójcę, to następuje szybka eskalacja – sprawnie przeszła do konkretów.

– Nie byłbym tego pewien. – Mark wziął mały łyk kawy. Była jeszcze gorąca.

– Nie wierzysz, że to seryjny?

– Nic nie zakładam. Na razie. – Spojrzał na nią stanowczo. – Chodziło mi raczej o tę szybką eskalację. Fakt, pierwsze ciało znaleźliśmy przedwczoraj, ale nie wiadomo, kiedy ten mężczyzna został zabity.

– Jak to? – Rose się zainteresowała i oparła łokcie o biurko. – Pokaż mi zdjęcia z miejsca zbrodni. – Wyglądała jak mała dziewczynka prosząca o lizaka.

Mark sięgnął do koperty i wyciągnął z niej fotografie. Położył przed koleżanką i obserwował ją przez chwilę. Zauważył w jej oczach przerażenie i odrazę. Szybko to ukryła.

– Kiedy przybyliśmy na miejsce, koroner nie potrafił określić czasu zgonu. Denat, jak widzisz na zdjęciu, wyglądał „świeżo”, ale okazało się, że nie żył od dawna. Koroner szepnął coś o mumifikacji.

– Ciekawe. Napisał coś w raporcie?

Mark wyjął kolejną kartkę z koperty i szybko rzucił na nią okiem.

– Czas zgonu określam w przybliżeniu jako tydzień-półtora od dnia znalezienia ciała. Precyzyjne ustalenie czasu zgonu okazało się niemożliwe ze względu na wprowadzenie do krwiobiegu denata formaliny, która częściowo zapobiegła rozkładowi zwłok.

– Formalina? Specjalistyczny środek… Zabójca musi posiadać pewną wiedzę medyczną lub chemiczną. – Rose zamyśliła. – Może chce nam utrudnić robotę i się z nami pobawić. Sprawdzić, czy jest w stanie prześcignąć nas intelektem.

– Nie wydaje mi się, żeby to był jego motyw przewodni. W końcu zostawił przy zwłokach dokumenty.

– Czyli znamy tożsamość. Rozmawialiście już z rodziną?

– Jeszcze nie. Powiadomiliśmy ich tylko, że go znaleźliśmy. – Mark spojrzał na chwilę do swojego notesu. – Nawet go nie szukali.

– Interesujące. Jak się nazywa?

– Richard Layboom. – Rose zdziwiła się i jej oczy zrobiły się duże. Właśnie usłyszała nazwisko jednej z najbogatszych i najpotężniejszych rodzin w kraju. Przyjaciół i wrogów im nie brakowało, co z pewnością nie ułatwi rozwiązania sprawy. Konieczność zachowania dyplomatycznej grzeczności wobec członków rodziny także nie przyspieszy tempa dochodzenia. – Pierwszy raz w życiu nie wiesz, jak to skomentować?

– Zastanawiam się, ile to nazwisko przysporzy nam kłopotów.

Mark zmarszczył brwi. Też się tego obawiał.

– W każdym razie myślę, że nie był to rodzinny zamach na majątek Richa.

– Dlaczego tak uważasz? Może zabalsamowali go, by ukryć czas zbrodni, a tym samym uniemożliwić nam przesłuchanie i dochodzenie, czy ich alibi jest prawdziwe, czy też nie.

– To prawdopodobne, ale oni wszyscy są chorobliwie bogaci, a Rich był ponoć traktowany jako autorytet. Taki guru rodzinnego biznesu. – Detektyw wziął kolejny łyk kawy. – Spójrz na fotografie z miejsca zbrodni. Czy zawistna rodzina potraktowałaby wuja aż tak okrutnie?

Rose przyjrzała się zdjęciom. Nienawidziła tego robić. Wolała być obecna na miejscu zbrodni i zarejestrować w mózgu własne obrazy. Oglądanie policyjnych zdjęć było dla niej jak jedzenie odgrzewanej pieczeni matki – ciągnęła się w ustach i nie miała świeżego posmaku. Dlatego policjantka starała się nie spóźniać na rodzinne kolacje.

– Wygląda jak posąg, ale to raczej wina światła i tej mumifikacji… Czekaj, czy Rich nie miał przypadkiem bujnych włosów?

– Tak, z tego między innymi był znany w świecie biznesu.Zabójca pozbył się skóry na głowie. Na kościach czaszki wyrył, prawdopodobnie dłutem, bliżej nieokreślone znaki. Dłonie denata zostały przybite gwoździami do deski surfingowej, na której zostało ułożone ciało. Kości palców u stóp połamano, zdjęto z nich skórę i oczyszczono z krwi. Jama brzuszna została otwarta. Wyeksponowano jelita, które zabarwiono na kolor niebieski. Prawdopodobnie użyto zwykłej farby do koloryzacji włosów. Powieki ofiary pokryto niebieskim cieniem do oczu. Serce, wątrobę, trzustkę oraz płuca wyjęto przez ranę w jamie brzusznej oraz niechlujnie złożono między nogami denata.

Rose przyjrzała się zdjęciom jeszcze raz. Całość wprawiała w obrzydzenie, a wszystkie makabryczne detale przyprawiały o odruch wymiotny.

– Przyczyna zgonu?

– Przyczyną zgonu było najprawdopodobniej podanie środków usypiających zatrzymujących akcję serca – możliwe jest użycie heksobarbitalu i chlorku sodu, gdyż ich śladowe ilości wykryto podczas badań toksykologicznych. Nie można jednak wykluczyć, iż były to składniki leków denata. Okaleczenia wykonano pośmiertnie.

– Laboratorium nie dało nam żadnych konkretnych wskazówek. Zabójca postarał się, żeby trudno było coś ustalić.

– Wyjątek stanowi tożsamość. Podał ją nam na talerzu. – Mark lekko się uśmiechnął. – Teraz chyba rozumiesz, dlaczego uważam, że nie był to nikt z rodziny. Krewnych nie zabija się w taki sposób.

– Może i masz rację. Jednak to nie oznacza, że nie będziecie musieli porozmawiać z rodziną.

– Wiem. – Detektyw spojrzał na raport od technika. – Nie znaleziono żadnych odcisków palców ani DNA. Mnogość zadanych ran i brak krwi sugerują, że zabójstwa dokonano w innym miejscu.

– Richa znaleziono w Parku Willfreda, tak?

– Tak. To drugie ciało było w Parku Północnym.

– To masz powiązanie. Zabójca pozostawia ciała w parkach i być może dokonuje zbrodni w innym miejscu. Podrzuca zwłoki.

– Jeśli tak, to robi to bardzo starannie. Nie zauważyłem żadnych oznak ciągnięcia ciała, żadnych śladów opon czy obuwia sprawcy.

– Zwyrodnialec używa latającego dywanu. – Rose nieco irytował brak dowodów. – Jeżeli posiada wiedzę na temat pracy policji, to z pewnością z niej korzysta. A dla nas oznacza to serię morderstw bez sprawcy.

– Nie podoba mi się twoja koncepcja, ale to bardzo prawdopodobne.

Mark przejrzał jeszcze raz raporty i podał je Rose. Przeczytała je i spojrzała na kolegę. W jej oczach czaiło się pytanie.

– Jakie są podobieństwa między pierwszym a drugim miejscem zbrodni?

– Poza tym, że ciała pozostawiono w parkach, to nie ma żadnych! Pierwsze miejsce było czyste – żadnych śladów, żadnej krwi. Drugie – zakrwawione ciało, unoszący się czerwony kleks na jeziorze, demonstracyjnie zabarwiony sztylet. Przedwczoraj odnaleziono mężczyznę, a dzisiaj kobietę. Była elegancko ubrana. Wydaje mi się, że ciało zostało upozowane. Nie mogła naturalnie umrzeć w takiej pozycji. Nie znamy jej tożsamości. Może podano jej te same środki, co Rickowi? Może nie znajdziemy DNA i odcisków palców? Te dwie zbrodnie nie mają wielu wspólnych punktów zaczepienia.

– Ofiary mogły się znać.

– Nie uda nam się tego ustalić, póki nie dowiemy się, kim była ta kobieta. Bardziej nurtuje mnie coś innego. Jeśli ten sam morderca zamordował te dwie ofiary, to dlaczego przy jednej zostawił dokumenty, a przy drugiej nie?

Rose zamyśliła się. Pozostawienie dokumentów na miejscu zbrodni przez tak skrupulatnego przestępcę, który nie zostawiał odcisków palców czy fragmentów DNA, musiało być przemyślanym działaniem. Można założyć, że to jego pierwsza zbrodnia, więc nie wiedział, jak się zachować w przypadku dokumentów, jednak taka hipoteza była bardzo nieprawdopodobna. Niedoświadczeni przestępcy w panice pozbywają się wszystkich dowodów łączących ich z ciałem. Zaliczają się do tego także dowody tożsamości.

– W jaki sposób znaleźliście oba ciała?

– O Richu dowiedzieliśmy się od anonimowego mężczyzny, który dzwonił z pobliskiej budki telefonicznej. Słuchałem nagrania. Był rozhisteryzowany i powiedział telefonistce, że nie może zostać na miejscu zbrodni, gdyż widok jest tak odrażający, że natychmiast musi wziąć coś na uspokojenie. – Mark zrobił pauzę na schrupanie herbatnika. – Natomiast o dzisiejszym ciele poinformował nas biegacz z parku. Poczekał na przyjazd policji i streścił, jak dokładnie się tam znalazł. Policjant miał założony podsłuch i nagrywał ich rozmowę. Drugi zrobił zdjęcie twarzy mężczyzny.

– Jest podobieństwo w głosie mężczyzny z budki i tego biegacza? – Mark podniósł palec i wykręcił wewnętrzny numer do laboratorium technicznego. Przez pięć minut pomrukiwał do słuchawki. Rose dałaby uciąć sobie rękę, że po drugiej stronie aparatu znajduje się ta krótkowłosa arogancka laborantka. – I co? – zapytała, gdy skończył.

– Według laboratorium i przeprowadzonej przez nich analizy komputerowej głosy nie są identyczne. Pierwszy mógł zostać zniekształcony, ale wypowiadane akcenty za bardzo się różnią, by można było mówić o jakimkolwiek podobieństwie.

– Tak sobie myślę, że zabójca steruje czasem odkrywania zwłok. I w ten sposób wyrównuje poziom trudności naszej pracy.

– Co masz na myśli? – Mark poprawił się na fotelu i skierował wzrok na policjantkę.

– Pierwsze ciało odkryto po jakimś tygodniu. Tożsamość znana. Informatorem był telefoniczny rozmówca. Drugie zwłoki znalazła przypadkowa osoba, zakładam, że zaraz po dokonaniu zbrodni. Ciało bez dokumentów. W obu przypadkach tak samo trudno znaleźć sprawcę. W drugiej sprawie nie znasz tożsamości, ale można coś więcej powiedzieć na temat samej zbrodni, czasu zgonu itd. W pierwszej została ci przedstawiona ofiara, ale balsamowanie utrudnia poznanie nawet przyczyny śmierci. Zgadzasz się ze mną? – Podnieciła ją myśl, że może mieć rację. Jej klatka piersiowa szybko się unosiła.

– Jeśli poprawnie łączymy te zabójstwa, to może być tak, jak mówisz. Według ciebie telefoniczny informator jest zabójcą?

– Tak myślę. Albo może to być ktoś, kto został pchnięty przez zabójcę w tamto miejsce. Zabójca chciał, żebyśmy znaleźli ciało. Chce być dostrzeżony. Inaczej nie tworzyłby pewnego rodzaju scen, a ułożenie zwłok nie miałoby dla niego większego znaczenia.

– Może to artysta.

– Albo przynajmniej tak o sobie myśli. – Rose odwróciła wzrok. Wariatów na świecie nie brakuje – dodała w myśli.

* * *

Samolot wylądował o 14:32 – dokładnie o czasie. Celowo poleciałam rejsowym lotem. Godzinna podróż w klasie biznesowej umożliwiła zachowanie pewnej dyskrecji. Nikt nie wiedział, że już jestem. Pożyczenie od ojca prywatnego samolotu nie dałoby mi możliwości zjawienia się znienacka. Pilot musiałby wylądować na rodzinnym lotnisku, wcześniej otrzymawszy pozwolenie na lądowanie, więc czas mojego przyjazdu zostałaby odkryty. A tego nie chciałam. Zrobienie niespodzianki ciotce, która tego nie lubiła, było prostym, lecz skutecznym psikusem. W dzieciństwie byłam kapryśną dziewczynką. Chcę być tak dalej postrzegana. Przynajmniej w rodzinie.

Czekając na bagaże, zastanawiałam się, co mnie czeka w domu wuja. Doroczną aukcję z pewnością okryje zasłona szczerego, acz trochę przejaskrawionego smutku. Jak znam ciotkę, to odświeża już swoje czarne suknie. Może kupiła kilka nowych? Śmierć ukochanego męża to nie lada okazja. Ciekawe, czy kazała wyjechać na wakacje swojemu kochankowi. Byłoby zabawnie, gdyby pojawił się na pogrzebie.

Przyjechała moja walizka. Złapałam za rączkę i ruszyłam w stronę postoju taksówek. Rozglądałam się po szybach samochodów. Interesował mnie konkretny kierowca. Stary Joe zawsze pełnił wartę na lotnisku. Bez niego taksówka była tylko koniecznym i zastępczym środkiem komunikacji. Nudnym i dość powolnym. Joe umiał umilić te niedogodności.

– Panienko! Panienka tutaj? – powitał mnie z uśmiechem. Jego twarz już gęsto przeorały zmarszczki, ale pogoda ducha i radość życia powodowały, iż był w nienagannej kondycji. – To już znudziły się prywatne odrzutowce?

– Witaj, Joe. – Sama otworzyłam bagażnik i szybko schowałam walizkę. Uścisnęłam mu dłoń i wcisnęłam się na miejsce pasażera. – Wiesz, jak to jest z samolotami – samotne podróże są nieco nudne.

– Pokład pełen biznesmenów nie jest raczej rozrywkowym towarzystwem! – zaśmiał się. – Do rezydencji?

– Do rezydencji.

Odpalił silnik i sprawnie wyślizgnął się z gąsienicy pościskanych pojazdów. Kiedyś był kierowcą rajdowym, ale wiek i nabyta kontuzja uniemożliwiły mu dalsze ściganie. Nie mógł jednak żyć, nie spędzając dnia za kierownicą. Kursy taksówką stały się częścią jego codziennej rutyny.

– Jak panienka myśli, jaka najwyższa kwota padnie na licytacji? Przewidziane są jakieś fajerwerki? W tamtym roku odwoziłem pewnego gościa i jak nagle coś buchnęło mi za plecami! O mało nie dostałem zawału! Tamte smoki robiły wrażenie.

– A tak, słyszałam coś o tym. Kuzy… Opowiadali mi, że fajerwerki nie były odpowiednio dopilnowane. Małoletni się do nich dobrali. A w tym roku powinno być spokojniej. – Uśmiechnęłam się, ale obchodziło mnie to tyle, co zeszłoroczny śnieg. Przy Joem starałam się nie okazywać mojej ignorancji dla rodzinnych spraw. Szanowałam go i nie chciałam sprawić mu przykrości. Ludzie należący do jego pokolenia pragną wierzyć, iż dzieci będą kontynuować dzieło przodków. Dla mnie kontynuowanie tradycji było absurdalnym pomysłem. – W każdym razie aukcja z pewnością nie będzie przebiegała w radosnej atmosferze. Stawiałabym na stuprocentową melancholię.

– A czemuż to?

– Nie słyszałeś, co się stało z wujem?

– A stało się coś?

Zaskoczyło mnie, że Joe nic nie wiedział. Niemożliwie, aby rodzina nie podała informacji o śmierci do publicznej wiadomości. Niemożliwe też, żeby Joe nie zarejestrował tego faktu.

– Wuj zginął.

Szarpnęło autem i kierowca ostro przyhamował. Nie zważał na trąbiące pojazdy i zatrzymał samochód na środku jezdni.

– Zginął? Pan Rich nie żyje? – Miał minę, jakby zobaczył ducha. Nie – całe stado duchów.

– Tak. Myślałam, że rodzina występowała już w telewizji. – Dotknęłam dłoni mężczyzny. Szanował mojego wuja i w pewnym sensie przyjaźnił się z nim.

– Nie. Nic nie pokazywali. – Poprawił czapkę, otarł pot z czoła, który pojawił się w wyniku szoku, i włączył się do ruchu. – A oglądam każde lokalne wiadomości! – Uniósł dłoń i szybko odłożył ją na kierownicę. – Powiedziano ci, jak umarł?

– Nie. Ciotka wysłała mi tylko e-maila. Napisała: Przyjeżdżaj dość szybko, wuj nie żyje. Wszystko powiem na miejscu.

– Boże! E-mail! Nawet nie zadzwoniła?

– Odkąd zaczęła korzystać z komputera, wyłącznie w taki sposób komunikuje się z rodziną. – A może tylko ze mną tak się komunikowała? – Na początku pomyślałam, że wuj miał zawał lub wypadek, ale teraz myślę, że…

– To może być sprawa policyjna?

– Chyba tak. Skoro nie poinformowali miasta o śmierci wuja, to musiano go zamordować lub też ciotka chce doprowadzić jakiś alians do końca bez niepokojenia inwestorów.

– Zabójstwo! Co też się porobiło na tym świecie! – Joe zaczął biadolić i opowiadać o swoich znajomych, którzy zginęli w czasie potyczek gangów, napadów rabunkowych czy z ręki nabuzowanych zakapiorów.

Słuchając go jednym uchem i potakując głową, zastanawiałam się, czemu nikt nie pisnął słowa o zabójstwie wuja oraz dlaczego sama nie zainteresowałam się przyczyną jego śmierci. Miałam dwa racjonalne powody: nie lubiłam wuja i założyłam, że był już na tyle stary, iż mógł zakończyć życie śmiercią naturalną. Moja ignorancja w stosunku do rodziny była naprawdę ogromna. Teraz zdałam sobie z tego sprawę. Byłam zbulwersowana faktem niedoinformowania mnie, a nie prawdopodobnymi okolicznościami śmierci wuja – zabójstwem.

Zapragnęłam wyżalić się komuś z moich odczuć. Wyjęłam dyskretnie telefon (Joe dalej lamentował i wspominał, jaki to wuj był wspaniały) i przejrzałam listę kontaktów. Znalazłam jednego kandydata. Patrzyłam na numer przez kilka sekund, ale powstrzymałam się i schowałam telefon z powrotem do kieszeni. To nie był jeszcze ani czas, ani miejsce na odnowienie pokrytej pajęczynami znajomości.

3.

Natalie sennie przetarła oczy. Ziewnęła i przekręciła się na drugi bok. Ujrzała samotną poduszkę i pustą połowę łóżka. Dzień jak co dzień – pomyślała i skwasiła się. Uniosła się na łokciach i rozpoczęła poszukiwania pilota. Włączyła odbiornik. Skakała po programach, aż natrafiła na wiadomości. Machinalnie sięgnęła po laptopa i zerknęła na zegarek. Miała jeszcze godzinę, zanim będzie musiała zacząć się zbierać. Otworzyła kalendarz i zapisała kilka zadań na dzisiejszy dzień. Przez natłok obowiązków musiała wspomagać się zewnętrznymi nośnikami pamięci. Wernisaż zbliżał się coraz większymi krokami, a nie mogła liczyć, że Montego się wszystkim zajmie.

Litewski inwestor sprawiał jej dużo kłopotów. Czasem żałowała, że weszła z nim w układ. Jednak nikt inny nie chciał prowadzić trupiej galerii i ostatecznie cieszyła się z daru od losu. Montego nie jest aż taki upierdliwy – starała się pocieszyć. Wydzwaniał do niej dwa razy dziennie i namawiał ją, aby poszukała innego artysty, który zaprezentuje u nich swoje dzieła. Natalie nie widziała w tym przeszkód, ale zgodnie z umową to inwestor miał szukać nowych współpracowników, jeśli miał takie życzenie. Zależało jej na promowaniu sztuki brata, a przynajmniej na tym, aby jego obrazy zostały chociaż raz ukazane światu i od razu nie trafiły na śmietnik. Ten rodzaj sztuki nie cieszył się zbyt dużą popularnością. Wiedziała o tym i Ethan też. Montego zaczynał podzielać ich zdanie, choć na początku fascynowały go dantejskie sceny i doskonałość techniki artysty. Jego zapał zniknął, kiedy pojawiły się rachunki, a wpływy z prowadzenia galerii wyglądały raczej marnie.

Natalie pozbyła się natrętnych myśli. Zaczęła przeglądać witryny sklepów internetowych w poszukiwaniu wieczorowej sukni. Chciała urozmaicić swoje życie towarzyskie i uczuciowe, więc postanowiła zabłysnąć na wernisażu. Miała cichą nadzieję, że pojawi się tam kilku przystojniaków. Samotność w łóżku zaczynała jej powoli doskwierać. Brakowało jej też wieczornych rozmów o wszystkim i o niczym. Pragnęła nie tylko kochanka. Pragnęła partnera, który okaże jej zrozumienie i tolerancję. Tolerancję na nadopiekuńczość w stosunku do brata.

Spojrzała w ekran telewizora i westchnęła. Brakowało jej kogoś, kto codziennie oglądałby z nią wiadomości. Kiedyś miała szansę na udany związek, ale musiałaby zostawić wszystko i wyjechać. Jednak nie wiadomo, co stałoby się wtedy z Ethanem. Może już dawno straciłby kontakt z rzeczywistością, jak miało to miejsce w przypadku ich ojca? Opieka nad nim dawała jej poczucie sensu. Była jego siostrą. Nie mogła się nim nie zajmować.

Wstała i podeszła do okna. Świeciło słońce. Rozpoczynał się piękny dzień. Ludzie spacerowali, rozmawiali i uśmiechali się. Korzystali z przyjaznej pogody i cieszyli się życiem. Przynajmniej na takich wyglądali – zadowolonych z życia. Z pewnością w głębi serca ukrywali gnębiące ich problemy. Zakładali pewnego rodzaju maskę, aby móc koegzystować wśród innych. Tak samo robiła Natalie. Jej brat tego nie praktykował. Był zawsze szczery i bezczelnie bezpośredni. Jeśli nie chciał kogoś urazić swoją opinią, po prostu milczał.

Usłyszała dzwonek telefonu. Podeszła do nocnego stolika.

– Halo? Nie ma go jeszcze? A o której planowo zaczynają się zajęcia? Za dziesięć minut… Tak, wiem, że mówiłam, żeby do mnie dzwonić, jeśli nie przyjdzie na czas. Zaraz… Idzie już? To dobrze. Mimo wszystko dziękuję za telefon. Nie, nic się nie stało.

Rozłączyła się i odłożyła telefon. Pracownik działu humanistycznego zdawał się być trochę nadgorliwy. Natalie prosiła go o informację o absencji jej brata na uczelni, ale widocznie pracownik był bardzo punktualnym człowiekiem, bo dzwonił do Natalie zawsze na kilka minut przed rozpoczęciem zajęć, gdy Ethana jeszcze nie było. Kobieta odetchnęła. Na razie jej brat wywiązywał się bez zarzutu z uczelnianych zobowiązań. Trzymał się rutynowych czynności, a ona pozostawała częściowo spokojna. Spojrzała na zegarek – należało zbierać się do pracy.

* * *

Ethan niemal wbiegł do sali wykładowej. Za późno wyszedł z pracowni i złamał kilka przepisów drogowych, nim dotarł do kampusu. Maszerując z teczką w ręku po wydziale humanistycznym, próbował przypomnieć sobie, o czym dokładnie mówił tydzień temu. Z trudem zapamiętywał sprawy, które nie miały dla niego większego znaczenia.

Sprawnie przygotował rzutnik i laptop. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Ocenił, że zjawiła się połowa jego studentów. Normalna frekwencja. Większą część uczestników wykładu stanowiły studentki. Zamiłowanie do sztuki jest typowe dla płci pięknej. Kobiety kochają słodycz, kwiatki i motylki. Współcześni mężczyźni także interesowali się sztuką, lecz pod inną postacią – pornograficznych czasopism czy silników mechanicznych. Takie przynajmniej było zdanie Ethana.

Artysta uruchomił prezentację multimedialną i przeskakując po slajdach, starał się odnaleźć temat, na którym ostatnio zakończył. Pomógł mu cichy głos z sali, który wskazał właściwy slajd. Ethan niekoniecznie był mu wdzięczny, gdyż tkwił w przekonaniu, że potrafiłby sam przypomnieć sobie swoje ostatnie zdania sprzed tygodnia. W każdym razie na dzisiejszym wykładzie zaprezentuje i omówi obraz Sandra Botticelliego Oszczerstwo według Apellesa. Ethan na początku wprowadził studentów w biografię artysty, przedstawił jego najznamienitsze dzieła i płynnie przeszedł do właściwego obrazu. Starał się wybierać kompozycje, które nie były komercyjnie popularne i kiedyś go czymś zainteresowały – kolorem, światłocieniem, ułożeniem ciał czy zastosowaną symboliką. W tym obrazie ujął go dynamizm przedstawionych postaci oraz kontrast barw.

Podczas wykładu obserwował studentów. Starał się zapamiętać ich twarze oraz próbował odgadnąć, jakie motywy nimi kierują i dlaczego przychodzą na jego monologi. Zauważył kilka zaciekawionych osób. Przeważali wśród nich mężczyźni. Studentki również okazywały zainteresowanie, ale nie samymi wykładami, przekazywaną treścią, tylko wykładowcą. Ethan dostrzegł ponętnie rozchylone koszulki eksponujące krągłe biusty oraz pożądliwe spojrzenia uczestniczek. Inną grupę stanowili słuchacze absolutnie niekryjący się ze swoim znużeniem – demonstracyjnie zasłaniający usta podczas ziewania czy podpierający głowę ręką. Całe to tłumowisko obcych mu ludzi odpychało go i sprawiało, że chciał jak najszybciej zakończyć wykład i zaszyć się z powrotem w swojej pracowni. Martwi ludzie mają w sobie o wiele więcej uroku – pomyślał. Spojrzał na zegarek. Dziesięć minut do końca spotkania. Może już czas zakończyć?

– Myślę, że dogłębnie wyczerpałem temat. Jeśli nie mają państwo żadnych pytań, zapraszam za tydzień. – Studenci zaczęli wstawać i wychodzić z sali. Założenie, że nikt nie zada żadnego pytania, stało się cotygodniowym aksjomatem. Podszedł do biurka i zaczął wyłączać sprzęt. Stał tyłem do audytorium. Gdy się obrócił, zobaczył za sobą wychudzonego i zmarnowanego studenta. Wzdrygnął się. Nie z powodu jego wyglądu, ale niespodziewanego pojawienia się. Student wykrzywił usta w dziwnym grymasie. – Ma pan do mnie jakieś pytanie? Pewnie o pracę semestralną. Następnym razem proszę mnie tak nie straszyć! Nie chodzę do lekarza i nie wiem, czy mam zdrowe serce. – Ethan próbował zażartować, aby się rozluźnić. Nie przerwał pakowania laptopa i projektora.

– Ekhm… Panie Pestis? – Student miał cichy i chrapliwy głos, drażniący uszy artysty.

– Słucham pana, słucham. Potrafię robić kilka rzeczy równolegle. – Oczywiście z różną jakością i skutkiem – pomyślał przebiegle i uśmiechnął się. – Proszę mówić śmiało. Pewnie przeraża pana praca semestralna albo musi pan zbudować jakiś silnik czy inne imadło pochłaniające multum czasu i z pewnością chce pan zapytać, czy nie mógłbym panu odpuścić. Otóż nie. Napisanie kilku zdań na temat swoich odczuć, wywołanych dowolnie wybranym przez siebie obrazem, absolutnie nie jest czasochłonnym zajęciem. Ani dość trudnym. Nie wymagam zdolności pisarskich, polotu literackiego, lecz opisu prawdziwych emocji, żywego raportu przeżyć. I proszę nie pisać, że obraz nie wywołuje żadnych uczuć. Nie można być obojętnym na coś, na co się patrzy. Zawsze towarzyszą temu pewne emocje. – Spojrzał na studenta, który wydawał się być zbity z tropu. – Czyżbym zanadto wyprzedził pana myśli?

– E, panie Pestis, chciałem o czymś innym porozmawiać. O moim indywidualnym zadaniu semestralnym.

– Indywidualnym? Każdy ma takie samo zadanie. Czyżbym z panem coś ustalał? Nie wydaje mi się. – Ethan zastanowił się. Zwykle na uczelni zachowywał przytomność umysłu. Niemożliwe, aby coś takiego mu umknęło.

– Byłem u pana w galerii i… wtedy… – Student zawahał się i jakby zapowietrzył.

Malarz spojrzał na niego przenikliwie, ale nie pamiętał sytuacji, w której byłby sam na sam z tym chłopaczkiem. Pewnie dowiedział się o jego roztrzepaniu i teraz próbował to wykorzystać.

– Proszę zapamiętać, nie łączę pracy w galerii z pracą na uczelni. Są to dwie odrębne sprawy. Pracę semestralną musi mi dostarczyć każdy student, jeśli chce zaliczyć ten przedmiot.

– Czyli tamto zadanie z galerii jest… odrębne?

Ethan w dalszym ciągu nie wiedział, o co może chodzić studentowi. Zatrzasnął torbę i wskazał dłonią drzwi.

– Żadnego odrębnego zadania nie było, rozumie pan? Naprawdę kilka zdań w zupełności wystarczy. Chcę poznać państwa interpretacje i sposób, w jaki dostrzegacie sztukę.

– Ach, ach, no tak. – Chłopak wyglądał, jakby nagle doznał olśnienia.

Co te dzieciaki teraz ćpają – pomyślał artysta i poklepał studenta po plecach. Chłopak nagle uśmiechnął się, pokiwał głową, pożegnał Ethana i pobiegł w kierunku kampusu. Malarz wpatrywał się w jego sylwetkę, po czym podreptał w kierunku sekretariatu wydziału. Załatwianie uczelnianych formalności było częścią tej pozbawionej sensu pracy. Pozbawionej sensu dla Ethana. Pocieszył się myślą, że w pracowni czeka na niego nieskończone dzieło. Może dziś będzie już gotowe?

* * *

Mark wrócił do domu po dwudziestu godzinach pracy. Był wyczerpany i wyssany z energii. Nowe informacje z ostatnich kilku godzin kłębiły się jego w umyśle i wydawały się teraz zamglone oraz odległe.

Po owocnej współpracy z Rose napisał raport i zaniósł go komendantowi. Przełożony natychmiast go przeczytał i mianował detektywa kierownikiem oddziału do spraw rzekomego seryjnego zabójcy. Mark od razu zwołał nadzwyczajne zebranie oraz wybrał członków zespołu. Spóźniony Paul nie był zachwycony dynamicznym rozwojem sytuacji. Chciał być główną postacią tej sprawy, a przez złe, poimprezowe samopoczucie spadł na podrzędną pozycję za Markiem i Rose, której nienawidził. Był zły na partnera, że wybrał ją do zespołu. Zaczął Markowi robić wyrzuty, że stara się zadbać o karierę eksdziewczyny, a zapomina o przyjacielu. Oczywiście ogarnięty bezpodstawnymi pretensjami nie zważał na zasługi policjantki. Kierował się emocjami i osobistą niechęcią do koleżanki.

Po zakończeniu kłótni i wyjaśnieniu niejasności na biurku Marka pojawiły się kolejne szare koperty pochodzące z laboratorium. Detektyw wziął je niechętne do ręki i czytając szybko, przekazał nowe informacje członkom zespołu. Dowody, a raczej ich brak, zdawały się przemawiać za teorią seryjnego mordercy. Na drugim miejscu zbrodni również nie znaleziono odcisków palców ani śladów DNA. Tożsamość denatki wciąż pozostawała nieznana. Mark podjął decyzję o rozpoczęciu przesłuchań rodziny Richa. Był prawie pewien, że Layboomowie nie są w to zamieszani, ale wypadało porozmawiać z najbliższymi krewnymi. Brak zgłoszenia zaginięcia denata mówił sam za siebie. Być może Rich był w coś uwikłany, a makabryczne zabójstwo miało odwrócić uwagę od nielegalnych interesów? Chociaż to Mark też wykluczał. Zabójcy działający na zlecenie nie bawili się w tworzenie scen na miejscu zbrodni. W każdym razie rodzinę należało przesłuchać. Komendant prosił o zachowanie dyskrecji, więc rozmowa musiała odbyć się w rezydencji Layboomów. Mark wysłał tam Rose i Paula. Sam nie czuł się na siłach, aby spędzić co najmniej godzinę w luksusowych pomieszczeniach, znosząc wyraz pogardy czający się na twarzy każdego członka tej wytwornej rodziny. Poza tym detektyw liczył na to, że wspólna praca kolegów pozwoli im zażegnać dawne nieporozumienia. Nie liczył od razu na wielką przyjaźń, ale miał nadzieję, że przestaną sobie skakać do gardeł.

Podczas drogi do rezydencji detektywi wymienili dwa milczące spojrzenia i kilka jednostronnych komunikatów. Jednak na miejscu zachowali profesjonalne podejście. Nie byli w przedszkolu, aby kłócić się o zjedzonego cukierka. Paula i Rose przywitała córka denata – Clare. Kobieta, prowadząc policjantów do salonu, od razu przeszła do rzeczy i opowiadała o swojej relacji z ojcem. Głównie rozmawiała z Rose, gdyż Paul ociągał się i lustrował wzrokiem mijane korytarze. Policjantka nie była zadowolona z takiego obrotu sytuacji. Wiedziała, że nie może naciskać na krewnych denata, ale miała także świadomość, że rozmowy w ruchu są zwykle bardziej dynamiczne – trudniej poznać, czy ktoś kłamie, czy mówi prawdę. Clare sprawiała wrażenie dość napiętej osoby, która ma na głowie tyle spraw, że czasami zapomina, jak się nazywa. Nim kobiety dotarły do pomieszczenia, w którym miała się zjawić żona Richa, Rose zdążyła zapytać tylko, gdzie Clare spędziła ostatnie dni. Dziedziczka fortuny bez trudu i najmniejszej zmarszczki na czole wyznała, że ostatnie tygodnie przesiedziała w ośrodku odwykowym, pomagając przyjacielowi w walce z uzależnieniem. Spotkania i rozmowy z bliską osobą miały być dla uzależnionego ostatnim etapem jego terapii. Dzięki temu możliwy był jego powrót do normalnego życia, a tego Clare nie mogła mu odmówić. Rose dostrzegła współczucie malujące się na twarzy kobiety. Milionerka musiała mówić prawdę.

Kiedy kobiety dotarły do salonu, Clare szybko się pożegnała. Miała inne obowiazki do wykonania. Rose nie mogła nalegać, aby została i towrzyszyła pani Layboom w rozmowie. Uznała jednak, że młodą kobietę wiążą dziwne relacje z matką.

Paul zakończył swoją wycieczkę i dołączył do Rose. Usiedli na skórzanej kanapie. Podano im wodę oraz dziwnie wyglądające ciasteczka. Chyba dietetyczne. Paul wziął jedno i aż się skrzywił. Dyskretnie wypluł rozmemłane kawałki ciastka i schował do kieszeni. Na jego twarzy pojawił się wielki grymas. Rose udawała, że nie widzi jego zachowania. Obróciła się w stronę masywnych drzwi, które akurat zostały otwarte. Pojawiła się w nich około sześćdziesięcioletnia kobieta ubrana w pudrowy kostium. Blond włosy upięła w fikuśny kok. Policjanci wstali i przywitali się z obecną dziedziczką całej fortuny. Rozpoczęła się rozmowa, a raczej monolog pani Layboom. Kobieta nie lubiła, kiedy ktoś jej przerywał. Była arogancka i bardzo pewna siebie. Dumna. Ale lubiła także narzekać. Na wszystko. Jej wypowiedź nie miała wielkiej wartości dla śledztwa. Kobieta przez ostatnie dwa tygodnie przebywała w domu pod opieką lekarza, gdyż doświadczała silnych napadów migreny. Doktor twierdził, że niekorzystne samopoczucie to efekt nadmiernego wysiłku i stresu. Pani Layboom żaliła się detektywom, że sama musiała zajmować się organizacją dorocznej aukcji. Czuła się pokrzywdzona, że nie nikt nie chciał zaangażować się w pomoc. Z tego powodu musiała zatrudnić koordynatorkę, bo dla niej samej organizacja takiej imprezy była za bardzo wyczerpująca.

– Cóż za strata pieniędzy! – krzyknęła z poirytowaniem. – Gdyby Richard zainteresował się tym, co tu się wyprawia, to wszystko potoczyłoby się inaczej.

– Czyli śmierć pani męża, przepraszam, że skorzystam z takiego doboru słów, nie jest pani na rękę? – zapytał Paul.

Rose spojrzała na niego karcąco. Jak śledczy mógł zadać takie pytanie?

– Wie pan, nie chcę być w tak tragicznym momencie bezduszna i pragmatyczna, ale Richard mógł się wykazać większą inicjatywą i zrobić coś dla mnie. Jestem coraz starsza, ale charakter mi nie łagodnieje. Wszystko, co organizuję, ma być idealne, a to kosztuje coraz więcej. I nie mam na myśli tylko pieniędzy, ale także własne zdrowie. Śmierć męża to gwóźdź do mojej trumny! Jeden z wielu! – podsumowała rozrzewniona.

Pani Layboom nie zgłosiła zaginięcia Richa, gdyż myślała, że jej mąż po prostu nie zaginął. Ponad dwa tygodnie temu milioner oświadczył swojej żonie, że wybiera się w rejs, podczas którego ma zamiar ubić kilka korzystnych interesów. Richard nie podał, gdzie zamierza pływać jachtem, ani kiedy wróci. Nie zwierzał się żonie ze swoich podróży służbowych. Ona też nie nawykła o to pytać. Nie interesowało ją, czy mąż kłamie i jest z kochanką, czy naprawdę podpisuje korzystne kontrakty. Nie bała się także o jego życie. Richard zawsze zabierał ze sobą ochroniarzy. Pani Layboom oczywiście przypomniała mężowi o jego obowiązku wobec dorocznej aukcji. Mężczyzna wiedział, że brak jego obecności zdenerwowałby żonę. Jednak pani Layboom przypuszczała, że celowo ją ignorował i zamierzał przyjechać dopiero w dzień aukcji.