Strona główna » Obyczajowe i romanse » Ogrody Sardynii

Ogrody Sardynii

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-276-3027-8

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Ogrody Sardynii

Massimo Sforza kupił zabytkową posiadłość na Sardynii i zamierza przerobić ją na hotel. Napotyka jednak na niespodziewaną trudność: mieszkająca w pałacu Flora Golding nie chce się wyprowadzić. Massimo jedzie do niej, by zaproponować jej w zamian za to wysokie wynagrodzenie. Myli się jednak, sądząc, że skuszą ją pieniądze. Dla Flory ważniejszy jest ogród i orchidee, które tam hoduje. Massimo będzie musiał znaleźć inny sposób, by się pozbyć pięknej i upartej lokatorki… 

Polecane książki

Tom czwarty, część druga dzieła „Słowianie Zachodni” omawia następujące tematy: Wynarodowienie Słowian. Słowianie na zachód od Łaby i Soławy. A. Byt i upadek Słowian. Na ziemiach ujarzmionych przed Karolem W.: 1. Germania i Turyngia według pojęć VI-VIII w. Terytoria, podziały i granice Turyngii za c...
Czterdzieści tysięcy lat temu starły się dwie kosmiczne cywilizacje, a każda z nich reprezentowała potęgę niewyobrażalną dla współczesnego człowieka. Nie była to zwyczajna wojna, w której jedna ze stron miała zwyciężyć – przeciwnik miał zostać doszczętnie zniszczony, a wszelkie ślady jego obecności ...
Czy warto zacząć wszystko jeszcze raz? Zosia wyrzuciła niewiernego męża z domu i usiłuje poukładać życie na nowo. Okazuje się, że nie to, czego najbardziej się obawiała – brak pieniędzy i niezależności – jest jej największym zmartwieniem. Czy może liczyć na wsparcie matki, obwiniającej ...
Nazywam się Ginny Moon. Podobno postrzegam świat inaczej niż większość z was. Mam poważny problem, który muszę jak najszybciej rozwiązać, ale nie mogę się skupić, bo elektroniczne plastikowe dziecko nie przestaje płakać. Może przestanę je słyszeć, jeśli włożę je do walizki, przykryję kocem i ...
Dotychczas okryta tajemnicą, teraz Kabbalah jest dostępna dla ciebie... Wyobraś sobie życie wypełnione niekończącą się radością i zadowoleniem.Wyobraś sobie też, że stale jesteś pełen energii i zawsze masz jasnośćtego, co masz zrobić. To jest właśnie Moc Kabbalah. Jest to droga od chwilowejprzyjemno...
W kraju Celtów toczy się wojna. Cezar na czele legionów podbija kolejne plemiona, dzieli i rządzi, mianując się władcą Galii. Tymczasem Galvan podejmuje decyzję o zaciągnięciu się do armii rzymskiej, chcąc pod przykrywką złożenia hołdu Cezarowi poznać jego plany i taktykę. W Gergowii jednak zost...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Louise Fuller

Louise FullerOgrody Sardynii

Tłumaczenie:

ROZDZIAŁ PIERWSZY

W mroku sypialni swojego hotelowego apartamentu Massimo Sforza śledził wzrokiem podświetlany cyferblat zegarka. Już prawie czas. Przepełniony oczekiwaniem wstrzymał oddech i niemal w tej samej chwili rozległ się cichy, choć wciąż dobrze słyszalny dźwięk. Massimo odetchnął głęboko. Północ.

Obojętnie spojrzał na dwie nagie kobiety śpiące w ogromnym łożu, obie równie piękne i godne pożądania. Przez chwilę bezskutecznie usiłował przypomnieć sobie ich imiona, w końcu tylko wzruszył ramionami. I tak ich nigdy więcej nie zobaczy. Kobietom często zdarzało się mylić seks ze związkiem, ale w tym wypadku sprawa była oczywista i żadne zobowiązania nie wchodziły w grę. Brunetka poruszyła się przez sen i przerzuciła ramię przez jego pierś. Zirytowany, szybko wyplątał się z uścisku, wstał, przeszedł po miękkim, jasnoszarym dywanie zarzuconym butami i pończochami i sięgnął po na wpół opróżnioną butelkę szampana, stojącą przed dużym, panoramicznym oknem.

‒ Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, Massimo. – Podniósł butelkę do warg, pociągnął spory łyk i skrzywił się z odrazą.

Szampan, zwietrzały i kwaśny, współgrał z jego nastrojem. Nienawidził urodzin, zwłaszcza własnych. Całego tego fałszywego sentymentalizmu i nadmuchanej świątecznie atmosfery.

Z pewnością warte świętowania było natomiast podpisanie umowy. Massimo uśmiechnął się posępnie. Ostatnio dodał do swojego, wciąż rozszerzanego, stanu posiadania sześciopiętrowy budynek z lat trzydziestych dwudziestego wieku w Parioli – ekskluzywnej dzielnicy Rzymu. Wybierał spośród pięciu, z których dwa były usytuowane przy cieszącej się popularnością Via dei Monti. Nadal mógł kupić je wszystkie, choć ten wybrany właściwie nie był na sprzedaż. I właśnie dlatego tak go zainteresował.

Właściciele budynku byli jak najdalsi od sprzedaży. Odmowa tylko nakręciła jego determinację, a w ostatecznym rozrachunku zawsze wygrywał. Uśmiechnął się z zadowoleniem, ale zaraz sposępniał. Inwestycja na Sardynii okazała się sporym problemem. Cóż, wkrótce i to zostanie rozwiązane. Cierpliwość może i była cnotą, ale on nie potrafił czekać.

Zbliżał się świt i niebo pojaśniało. Spotkanie w sprawie Sardynii zaplanowano na rano. Nie zamierzał w nim uczestniczyć, ale pewność, że ostatnie przeszkody zostały usunięte, byłaby najlepszym prezentem urodzinowym. Po długim oczekiwaniu w końcu rozpoczęliby prace przy budowie dużego prestiżowego kurortu.

Dziewczęta obudziły się i rzucały mu zachęcające spojrzenia, więc chłodno uśmiechnięty ruszył w stronę łóżka.

Dokładnie pięćdziesiąt jeden minut później wszedł do biurowca swojej firmy w Rzymie. Był gładko ogolony i ubrany w nieskazitelny granatowy garnitur z niebieską koszulą.

‒ Pan Sforza! – powitała go zaskoczona Carmelina, młodsza recepcjonistka.

‒ Carmelina! – odpowiedział z uśmiechem.

‒ Nie spodziewałam się pana dzisiaj – tłumaczyła zmieszana dziewczyna. – Musiałam się pomylić. Myślałam, że…

‒ Że mam dziś urodziny? – wybuchnął śmiechem. – Nie pomyliłaś się. Cóż, nie będę wam długo zawracał głowy. Zajrzę tylko na spotkanie rady, a potem idę na lunch do Pergoli. Prezent możecie mi wręczyć jutro.

Carmelina zarumieniła się uroczo. Była śliczna i powabna, ale wolał nie mieszać pracy z przyjemnością. Nie brakowało pięknych i seksownych kobiet, gotowych dzielić z nim łoże.

Postał przez chwilę przed drzwiami sali posiedzeń, a potem otworzył je gwałtownie. Na jego widok obecni zaczęli odsuwać krzesła i wstawać z miejsc.

‒ Pan Sforza! – Nerwowo uśmiechnięty księgowy firmy Salvatore Abruzzi wystąpił naprzód. – Nie spodziewaliśmy się…

‒ Wiem. – Massimo machnął ze zniecierpliwieniem dłonią. – Nie spodziewaliście się mnie tu dzisiaj zobaczyć.

Abruzzi uśmiechnął się blado.

‒ Sądziliśmy, że jest pan zajęty. Ale zapraszamy serdecznie. I wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, panie Sforza.

Obecni chórem powtórzyli życzenia.

Massimo usiadł i rozejrzał się wokoło.

‒ Bardzo dziękuję, ale jeżeli mam mieć co świętować, chcę wiedzieć, kiedy zaczynamy prace na Sardynii.

Odpowiedzią było napięte milczenie. Tylko Giorgio Caselli, prawnik i przyjaciel Massima, odważył się spojrzeć mu w oczy.

‒ Przykro mi, panie Sforza, ale w tej chwili jeszcze tego nie wiemy.

Pokój nagle się skurczył, jakby coś wyssało z niego powietrze. Massimo świdrował swojego rozmówcę spojrzeniem.

‒ Rozumiem. – Zamilkł. – A właściwie, nie rozumiem. – Zmierzył obecnych wzrokiem zimnym jak stal. – Może ktoś zechciałby mi to wyjaśnić? – Zmarszczył brwi i rozsiadł się na krześle, wyciągając przed siebie długie nogi. – Podobno wszystkie przeszkody zostały usunięte.

Znów zapadło napięte milczenie, potem odezwał się Caselli.

‒ Tak myśleliśmy, panie Sforza. Niestety najemczyni Palazzo della Fazia wciąż odrzuca wszystkie rozsądne oferty. A jak pan wie, na mocy testamentu Bassaniego ma ona pełne prawo pozostać w posiadłości.

Caselli przerwał i zabębnił palcami w teczkę z dokumentami. Kilku młodszych członków rady drgnęło.

‒ Panna Golding jasno przedstawiła swoje stanowisko. Odmawia opuszczenia palazzo i nie wydaje się, by miała zmienić zdanie. – Westchnął. – Wiem, że nie tego pan oczekuje, ale może powinniśmy rozważyć kompromis.

Na widok miny szefa westchnął, a za jego przykładem i reszta obecnych. Massimo patrzył zimno na stertę identycznych, nieotwartych białych kopert z logo jego własnej firmy.

‒ To niemożliwe.

Teraz odezwał się księgowy.

‒ Uważam, że Giorgio ma rację. Zastanówmy się nad mediacją…

Massimo pokręcił głową.

‒ Nie ma mowy. – Pochylił się i sięgnął po jedną z kopert. – Żadnego kompromisu ani mediacji. Nigdy.

Oczy obecnych wpatrywały się, w niego z mieszaniną obawy i zachwytu.

‒ Próbowaliśmy już wszystkiego, panie Sforza – powiedziała Silvana Lisi, specjalistka od pozyskiwania terenów. – Ona po prostu nie chce z nami rozmawiać. Jest wręcz nieustępliwa. Podczas ostatniej wizyty Vittoria w palazzo zagroziła mu bronią.

Massimo spojrzał na nią sceptycznie.

‒ Jak bardzo nieustępliwa może być drobna starsza kobieta? Wszystko mi jedno, ile ma lat i jak wygląda, płacę Vittoriowi za pozyskiwanie ziemi. Jeżeli nie daje rady, niech szuka innej pracy.

Pobladły ze zdenerwowania Abruzzi kręcił głową.

‒ Ma pan mylne informacje. Panna Golding to wcale nie drobna staruszka.

Massimo zmarszczył brwi.

‒ Sądziłem, że to stara angielska dama.

W pokoju zapadło niewygodne milczenie, a potem odezwał się Caselli.

‒ Kiedy kupiliśmy posiadłość, w pałacu ktoś mieszkał, ale to była przyjaciółka Bassaniego, a nie najemczyni, i mniej więcej rok temu wyjechała.

‒ To nieważne. Teraz liczy się tylko nieustępliwa panna Golding, która widowiskowo obezwładniła mój personel. Może to ją zamiast was powinienem zatrudnić?

Caselli uśmiechnął się z przymusem.

‒ Bardzo mi przykro… ‒ Na widok zniecierpliwienia szefa głos zniżył mu się do szeptu.

Masimo niecierpliwym gestem zrzucił koperty ze stołu.

‒ Jestem tam właścicielem! Mieliśmy rozpocząć prace już pół roku temu i wciąż nic się nie dzieje. Nie oczekuję przeprosin, Giorgio, tylko wyjaśnień.

Prawnik szybko zerknął w dokumenty.

‒ Poza kłopotami z panną Golding wszystko idzie zgodnie z planem. Mamy jeszcze jedno albo dwa spotkania z agencją ochrony środowiska. Czysta formalność. Rada regionalna za dwa miesiące i to będzie wszystko. Mamy pozwolenie na przeróbki i rozbudowę, ale moglibyśmy zmodyfikować plany i wybudować nowy pałac po przeciwnej stronie posiadłości. Nie byłoby problemów, a tym samym można by pominąć pannę Golding…

Massimo patrzył na niego lodowatym wzrokiem.

‒ Mam zmieniać plany? Modyfikować projekt, nad którym pracowaliśmy ponad dwa lata? Z powodu jakiejś spryciary? Nie. Nie ma mowy. – Obrzucił obecnych ponurym spojrzeniem. – Może mi ktoś w końcu wyjaśni, kim jest ta tajemnicza panna Golding?

Caselli z westchnieniem wyciągnął ze stosu jedną z teczek.

‒ Flora Golding, Angielka. Dwadzieścia siedem lat. Wcześniej często zmieniała miejsce pobytu, ale z Bassanim mieszkała aż do jego śmierci. Podobno była jego muzą. – Prawnik spojrzał na szefa z bladym uśmiechem. – W każdym razie coś w tym rodzaju. Wszystko jest tutaj. – Poklepał teczkę. – Są też zdjęcia. Zrobiono je na otwarciu skrzydła Bassaniego w Galerii Doria Pamphilli. To wtedy ostatni raz pokazał się publicznie.

Wydawało się, że Massimo nie słucha. Wzrok miał utkwiony w zdjęciu, które trzymał w ręku, a konkretnie we Florze Golding, przytulonej do ramienia mężczyzny, którym był niewątpliwie artysta Umberto Bassani, i wyglądającej na dużo mniej niż dwadzieścia siedem lat.

Wydawała się naga.

Nagle zakręciło mu się w głowie. Odetchnął głęboko i dopiero teraz dostrzegł obcisłą sukienkę z jedwabiu w odcieniu o ton jaśniejszym od złocistej skóry, doskonale podkreślającą miękkie zaokrąglenia piersi i pośladków.

Trudno byłoby ją nazwać drobną starszą panią!

W milczeniu przyglądał się jej twarzy. Lekko pogardliwe spojrzenie szylkretowych oczu, frapująco oryginalna uroda. Piękność, bez dwóch zdań.

Piękna i zachłanna. Bo czyż inaczej oddałaby swoje wspaniałe ciało mężczyźnie dwukrotnie od siebie starszemu? Nagle poczuł w ustach smak goryczy. Wyglądała pięknie i tuliła się do kochanka z oczami rozświetlonymi uwielbieniem, a przecież wiedział z własnego doświadczenia, że pozory mylą, a uznanie ich za prawdę bywa niszczące.

Wpatrywał się w te sarnie oczy i narastał w nim gniew. Niewątpliwie ich miękka łagodność skrywała stalową wolę. A w miejscu serca musiała ziać pustka. Zaczynał współczuć artyście. W sumie jednak, który mężczyzna przejmowałby się tym, co kryje satynowa skóra i zgrabne kształty? I choć Umberto Bassani był wybitnym artystą, to przede wszystkim był mężczyzną. Chorym, starym, zakochanym szaleńcem.

Ta dziewczyna musiała być naprawdę niezwykła, skoro zdecydowała się żyć z umierającym. A może tylko go skusiła, żeby pozwolił jej u siebie zamieszkać? Gdyby nawet, nie byłoby w tym nic dziwnego. Sam wiedział, jak daleko może się posunąć kobieta spragniona bogactwa.

Zamknął teczkę. Przynajmniej Bassani nie miał dzieci. Jakikolwiek zgubny wpływ miała na artystę panna Golding, z tym już koniec. Wkrótce będzie zmuszona wyprowadzić się z palazzo i zapewne zostanie bez środków do życia.

Podniósł wzrok.

‒ Być może, macie rację. Chyba powinniśmy zmienić podejście do panny Golding.

Zaskoczona Lisi kiwnęła nerwowo głową.

‒ Moglibyśmy skorzystać z pomocy mediatora. – Rozejrzała się po kolegach w poszukiwaniu wsparcia.

Prawnik potaknął.

‒ Powinniśmy się do tego zdystansować. Tu, w Rzymie, jest kilka firm specjalizujących się w tego rodzaju negocjacjach. Możemy też znaleźć kogoś w Londynie…

‒ To nie będzie potrzebne – odparł Massimo miękko. – Mamy kogoś odpowiedniego w naszej firmie.

‒ Tak? Kogo?

‒ Mnie.

Obecni zamilkli zaszokowani. I znów odezwał się Giorgio.

‒ Jako twój prawnik odradzam ci takie rozwiązanie. Lepiej byłoby, jak radzi Silvana, znaleźć mediatora. To nie potrwa długo, zresztą lepiej poczekać… ‒ Zamilkł, bo jego szef powoli kręcił głową.

‒ Czekałem już dość długo. I dobrze wiesz, jak tego nie znoszę.

‒ Ale… ‒ Prawnik wciąż nie mógł się otrząsnąć z zaskoczenia. – Naprawdę nie powinieneś występować osobiście. To jest biznes…

‒ Tak. Mój własny. I wymaga ode mnie osobistego zaangażowania.

‒ Rozumiem, ale naprawdę nie sądzę, by spotkanie z panną Golding było rozsądne. Kto wie, co może się zdarzyć.

Rzeczywiście, to wielka niewiadoma. Spojrzał raz jeszcze na zdjęcia Flory, przyciągany zarówno jej niezwykłą urodą, jak i wyzwaniem w spojrzeniu.

Przez chwilę zmagał się z wyobrażeniem jej nagiej i roznamiętnionej w swoich ramionach, zaraz jednak wrócił do rzeczywistości, uśmiechnął się i napięcie przy stole rozwiało się jak poranna mgła.

‒ Nie martw się, Giorgio – powiedział. – Obiecuję, że będę pamiętał o kamizelce kuloodpornej.

Prawnik skrzywił się nieznacznie i usiadł, zrezygnowany.

‒ Dobrze, spotkaj się z nią, ale w mojej obecności. Chcę być pewny, że nie powiesz ani nie zrobisz czegoś, czego mielibyśmy potem żałować. – Sfrustrowany, pokręcił głową. – Naprawdę myślałem, że masz na głowie ważniejsze sprawy.

Massimo wstał.

‒ Istotnie, mam. W Pergoli czeka na mnie uroczyste urodzinowe przyjęcie niespodzianka. – Popatrzył na współpracowników. – Załatwimy to dziś wieczorem. Panna Golding miała już dość czasu do namysłu. A teraz, w drogę.

Dwie godziny później Massimo zdecydowanym ruchem zamknął pokrywę laptopa. Odchylił się na oparcie fotela i popatrzył na lśniące w dole Morze Tyrreńskie. W miarę oddalania się od wybrzeża woda wydawała się bardziej gładka i niemal granatowa, w oddali widać było białe grzywy fal uderzających o klify wyspy.

‒ Pięknie, prawda? – Pilot pochylił się w jego stronę.

Massimo wzruszył ramionami.

‒ Owszem. – Zerknął na zegarek i odwrócił się do prawnika, który zacisnął mocno powieki, a czoło miał mokre od potu. – Obudź się, Giorgio. Przegapiasz piękne widoki – dodał kpiąco. – Naprawdę nie wiem, po co uparłeś się lecieć, skoro tak się boisz. Oddychaj głęboko, a zanim się obejrzysz, będziemy na ziemi. Kiedy lądujemy? – zwrócił się do pilota.

‒ Za dziesięć minut, sir.

‒ Szybki jest.

‒ Najlepszy na rynku – wyjaśnił pilot z uśmiechem.

Dla Massimo helikopter był tylko środkiem transportu. Nie interesowała go marka ani model. Ani nawet przesadnie wysoka cena. Do swoich licznych „zabawek”, czyli samochodów, samolotów i jachtów, miał stosunek chłodny. Tak naprawdę ekscytowały go tylko trudne umowy i bezpośrednie starcia z oponentem. A im bardziej on lub ona próbowali go wykiwać, tym bardziej on sam stawał się błyskotliwy i bezwzględny.

Panna Flora wkrótce się o tym przekona.

Pilot wskazał za okno, na duży, zupełnie płaski plac na końcu podjazdu.

‒ To Palazzo della Fazia. Jeżeli się pan zgadza, wyląduję tutaj.

Massimo kiwnął głową, nie odrywając wzroku od miodowozłocistego budynku. Helikopter wylądował, łopaty przestały się obracać, a on nadal się w niego wpatrywał.

Był posiadaczem wielu okazałych rezydencji, ale widok tej dosłownie zapierał dech w piersi i urzekał nie tylko wspaniałym wyglądem i położeniem – palazzo sprawiał wrażenie, jakby był tu od zawsze, jakby nie tyle został wzniesiony, co po prostu tutaj wyrósł.

Giorgio zwlókł się z fotela i stanął u boku szefa, ocierając pobladłą, spoconą twarz chusteczką.

‒ Jak się czujesz?

‒ Może być – odparł z bladym uśmiechem.

‒ Serio? Wyglądasz okropnie. Lepiej zaczekaj na mnie tutaj. To, że zwymiotujesz w kwiatki, raczej nie pomoże naszej sprawie.

Giorgio chciał zaprotestować, ale szybko zrezygnował.

‒ Nie martw się. To nie potrwa długo.

Podjazd potrzebował naprawy, palazzo raczej też miał już za sobą czasy świetności. Miejscami tynk zaczynał odpadać, a na murze wyrastały małe roślinki. Pomimo to wciąż miał w sobie magię. Ta dziwna fala sentymentalizmu zupełnie zaskoczyła Massima, bo przecież w tynkach i cegłach nie było nic magicznego.

Po szerokich schodach doszedł do frontowych drzwi i zadzwonił. Czekał przez chwilę, bębniąc niecierpliwie palcami o ceglany mur, zanim zadzwonił ponownie. Nie było odpowiedzi, więc załomotał w drzwi pięściami.

Jak śmiała kazać mu czekać? Wyciągnął szyję i zajrzał w jedno z okien parteru, niemal spodziewając się zobaczyć złośliwie uśmiechniętą twarz wiedźmy.

Nie było tam jednak nikogo i dopiero teraz zauważył, że wszystkie okna są zamknięte. Przesłanie nie mogło być wyraźniejsze. Najwidoczniej panna Golding nie życzyła sobie odwiedzin.

Wściekły, odwrócił się na pięcie, zbiegł po schodach i zarośniętą ścieżką zaczął okrążać palazzo. Każde zamknięte okno wydawało się z niego naigrawać, co tylko zwiększało jego rozdrażnienie. Na końcu ścieżki znalazł furtkę z zepsutą zasuwką, zastąpioną czymś, co podejrzanie przypominało damską pończochę. Z najwyższą irytacją szarpnął to palcami.

Minął kupę kamieni i pordzewiałego żelastwa i pod kamiennym łukiem wszedł do ogrodzonego ogrodu. Inaczej niż od frontu, tutaj wszystkie okna były otwarte, a na stoliku z marmurowym blatem stała szklanka z wodą i leżał ogryzek jabłka. A więc Flora Golding była tutaj. Tylko gdzie?

Odpowiedź pojawiła się niemal od razu. Z ogrodu dobiegł kobiecy śpiew. Na nasłonecznionym tarasie wylegiwało się kilka salamander. Massimo rozejrzał się dookoła, ale śpiew już ustał.

Po chwili znów go usłyszał. Ruszył w tamtą stronę, ale powitał go tylko kolejny pusty taras, zapadnięty staw i kolekcja marmurowych nimf.

Krążył po tajemniczym ogrodzie niczym zagubiony żeglarz, zauroczony przez syrenę…

A potem zobaczył, jak jedna z nimf wyciąga rękę i dotyka kwiatów bladoróżowego oleandra. Krople wody na jej ciele lśniące w słońcu nadawały jej wygląd bogini wynurzającej się z porannej kąpieli. Jej uroda była świetlista, a marmurowe nimfy wyglądały przy niej blado i nijako.

Głodnym wzrokiem obserwował smukłą talię, drobne jędrne piersi, miękko zarysowane krzywizny kręgosłupa i zaokrąglone pośladki. Patrzył zafascynowany, jak unosi ramiona i przeciąga się leniwie.

Dopiero teraz dostrzegł, że nie jest zupełnie naga, ale ma na sobie cieliste figi.

Wsunęła stopę do wody i znów zaczęła nucić tę samą tęskną melodię.

Massimo rozpoznał piosenkę i zagwizdał do taktu.

Dziewczyna zamarła i rozejrzała się szybko.

‒ Kto tu jest?

Wysunął się spod łuku.

‒ Przepraszam, nie mogłem się oprzeć. Mam nadzieję, że pani nie przestraszyłem.

Spojrzała na niego ostro. Wcale nie wyglądała na przestraszoną i nawet nie próbowała okryć swojej nagości. Rzeczywiście, ciało miała wyjątkowo piękne.

‒ Gdyby tak było, nie zakradłby się pan tu jak złodziej. To teren prywatny i radzę go opuścić, zanim wezwę policję.

Mówiła po włosku płynnie i bez śladu angielskiego akcentu. W odpowiedzi uśmiechnął się chłodno.

‒ Policję? To chyba przedwczesne.

Jego angielski był doskonały i na widok jej zaskoczenia uśmiechnął się kpiąco.

‒ Nie chciałaby się pani przedtem dowiedzieć, kim jestem?

‒ Wiem, kim pan jest, panie Sforza. – Jej głos był czysty i spokojny. – I wiem, czego pan chce, ale pan tego nie dostanie. To mój dom i nie pozwolę go zmienić w jakiś koszmarny, plastikowy hotel dla głośnych, spoconych turystów, więc równie dobrze może pan odejść.

‒ Cóż… ‒ Leniwie błądził wzrokiem po jej nagim ciele. – To moja ziemia i moja posiadłość, a pani jest tylko najemcą. Mam prawo tu wejść i obejrzeć całość.

Patrzyła na niego gniewnie. A więc to był ten sławny albo może niesławny Massimo Sforza? Myśl o nim prześladowała ją od tygodni, a teraz był tu, dokładnie taki, jak go sobie wyobrażała: arogancki, bezczelny, czarujący i bezwzględny. Najwyraźniej uważał, że sama jego olśniewająca obecność wystarczy, by przezwyciężyć jej obiekcje. W takim razie bardzo się mylił. Miała już szczerze dość takich typów, a jego w szczególności.

Choć musiała przyznać, że był najbardziej atrakcyjnym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek spotkała. I bardzo niebezpiecznym.

Widziała mnóstwo jego zdjęć w najróżniejszych czasopismach, ale nic jej nie mogło przygotować na jego obezwładniający urok. Lśniące czarne włosy, zgrabna sylwetka, cień zarostu i władcze spojrzenie, do tego świetne ubranie i buty, wszystko szyte ręcznie.

‒ Proszę wybaczyć, ale nie mam zwyczaju rozmawiać o interesach z nagimi kobietami.

‒ My nie rozmawiamy o interesach – odparła z lodowatym błyskiem w oku. – To mój dom i mogę się po nim poruszać w dowolnie wybranym stroju. Poza tym, w przeciwieństwie do większości ludzi, nie mam nic do ukrycia.

‒ Nagość miałaby być tożsama z uczciwością? Bardzo ciekawie. W takim razie, ja też nie mam nic do ukrycia.

Z błyskiem w oku zdjął marynarkę i rzucił ją niedbale na najbliższy krzew róży, osypując płatki.

‒ Halo! – Flora postąpiła krok w jego stronę. – Co to ma znaczyć?

Spojrzał na nią wrogo.

‒ Tylko tyle, że też nie mam nic do ukrycia. – Nie odrywając od niej wzroku, zaczął powoli rozpinać guziki koszuli.

Patrzyła na niego bezradnie. Chyba nie zamierzał rozebrać się do naga? A jednak właśnie zdjął koszulę i rzucił ją na marynarkę. Rozpiął pasek i górny guzik spodni.

Odwróciła się gwałtownie, chwyciła sukienkę leżącą na kamieniach i wciągnęła ją przez głowę.

‒ To podobno ja miałem być pruderyjny…

Usłyszała w jego głosie nutkę tryumfu.

‒ To, że nie chcę pana oglądać nago, jeszcze nie świadczy o pruderii. To kwestia smaku. Nie jest pan w moim typie.

‒ Ależ wierzę. Zdecydowanie za młody. Spróbuję raz jeszcze za jakieś trzydzieści lat.

‒ Trzydzieści lat? A co to za pomysł?

‒ Proszę nie udawać niewiniątka. Oboje wiemy, że jestem dość bogaty, ale pani woli mężczyzn starych i bogatych, nieprawdaż?

‒ Jak pan śmie? Nie ma pan pojęcia o mojej relacji z Umbertem.

To zabolało. Obrzydliwiec. Ordynarny, zimny i zepsuty, a w dodatku hipokryta. Wtargnął do jej życia i jej domu i tak podle ją osądził, brukając coś dobrego i czystego, kalając niewinne wspomnienie swoimi podłymi insynuacjami.

Zresztą, niech myśli, co chce. Ona znała prawdę. Z Umbertem nie byli kochankami, tylko przyjaciółmi. A wzajemne zrozumienie i bliskość wynikały tylko z faktu, że oboje potrzebowali schronienia, ona przed klaustrofobicznym przywiązaniem rodziny, on przed świadomością osłabienia sił twórczych.

‒ Gwoli wyjaśnienia, nie przeszkadza mi pana wiek, tylko charakter. Umberto był wspaniałym człowiekiem, a ktoś taki jak pan nie jest w stanie pojąć, co nas łączyło.

Massimo uśmiechnął się chłodno. Wybuch był zawsze oznaką słabości przeciwnika i zbliżającego się zwycięstwa.

Podniósł marynarkę i podał jej wyciągniętą z wewnętrznej kieszeni kopertę.

‒ Proszę zostawić te wyjaśnienia dla kogoś, kto jest ich ciekaw. To bez różnicy, z kim pani sypia, chcę tylko, żeby pani stąd znikła. Zawartość koperty to dowód, że mówię poważnie.

Zimny, wyniosły uśmiech przeszył ją dreszczem.

‒ Proszę się zastanowić – powiedział. – Umberto był bogaty, ale moja propozycja uczyni panią dużo bogatszą.

Flora milczała. Była niemal pewna, że w kopercie jest czek na okrągłą sumę.

Ku satysfakcji Massima wyciągnęła po nią rękę.

‒ Proszę otworzyć. – Nuta tryumfu w głosie była odrażająca.

Nie odrywając od niego wzroku zdecydowanym ruchem rozdarła kopertę i rzuciła mu w twarz.

‒ Nie potrzebuję. Nie ma pan nic, co by mnie mogło zainteresować. Żegnam.

Zanim zdążył odpowiedzieć, odwróciła się i znikła pod łukiem, a lekka bryza poniosła kawałki koperty na kamienne płyty.

Tytuł oryginału: A Deal Sealed by Passion

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2016

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

Korekta: Hanna Lachowska

© 2016 by Louise Fuller

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2017

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Books S.A.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osob rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-276-3027-8

Konwersja do formatu EPUB:
Legimi Sp. z o.o.