Strona główna » Dla dzieci i młodzieży » Orangeboy. Masz u nas dług

Orangeboy. Masz u nas dług

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-8154-442-9

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Orangeboy. Masz u nas dług

Szesnastoletniego Marlona od niedawna samotnie wychowuje owdowiała matka. Obiecał jej, że będzie dobrym człowiekiem. Nie tak, jak jego starszy brat Andre, który jest liderem gangu.
Nie jest to trudne, kiedy spędza się czas samemu ze sobą, słuchając albumów Earth, Wind i Fire swojego zmarłego ojca i oglądając filmy sci-fi. Ale wszystko się zmienia, kiedy pierwsza randka Marlona z przepiękną Sonią kończy się tragicznie. Ktoś zaczyna ścigać Marlona, a ten nie ma pojęcia dlaczego. Chłopak ma bardzo mały wybór - jego ojciec nie żyje, a brat jest totalnie bezradny. By poznać prawdę i chronić bliskich, musi wybrać ścieżkę broni i narkotyków. Nadszedł czas walki o przetrwanie.

Polecane książki

"Starzejący się inspektor policji, Benny Griessel, musi szybko wytrzeźwieć, by zająć się najtrudniejszą w swojej zawodowej karierze sprawą. Czeka go starcie z mającym wszystko i wszystkich po swojej stronie niebezpiecznym członkiem samozwańczej straży obywatelskiej. Makabryczny przypadek wykorzysty...
Poradnik "Excel w praktyce" to zbiór trików, porad i szczegółowych instrukcji popartych zrzutami ekranu (dla wersji 2003 lub 2007) i zrozumiałymi przykładami, ułatwiających efektywną pracę na Excelu 2003, 2007 i 2010. Z publikacji tej korzystają m.in. księgowi i finansiści, asystentki zarządu, dyrek...
"Błogosławiony mąż, który polega na Panu, którego ufnością jest Pan! Jest on jak drzewo zasadzone nad wodą." Jeremiasza 17,7-8 Nic nie zmusza nas tak skutecznie do zdefiniowania naszego systemu wartości jak dzieci i relacja kobiety z mężczyzną. Ogrom decyzji, które musimy pod...
Młody adwokat – Marek Rudnicki, prowadzący własną kancelarię, postanawia zająć się sprawą zaginięcia osiemnastoletniego chłopaka, Tomka. Pierwsze tropy prowadzą do jego rodzinnego domu i szkoły. Trzy dni później Rudnicki dowiaduje się z gazety o samobójstwie swojej koleżanki ze studiów. Okazuje ...
  Sexy soki to propozycja dla wszystkich, którzy pragną zachować zdrowie, piękno i energię przez całe życie. Ich codzienne picie wpływa korzystnie nie tylko na ciało, ale na cały organizm. Wystarczy, że włączysz je do swojego jadłospisu, a poczujesz jak łyk po łyku przejmujesz kontrolę nad swoim zdr...
August Bielowski: „O Mistrzu Wincentym Kadłubku i jego Kronice”. Analiza historyczna postaci i jej dokonań. Mistrz Wincenty, zwany Kadłubkiem (ur. po 1150 lub ok. 1160 według tradycji we wsi Karwów koło Opatowa na Sandomierszczyźnie, zm. 8 marca 1223 w Jędrzejowie) – prepozyt sandomierskiej kolegiat...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Patrice Lawrence

Tytuł oryginału: ORANGEBOYPrzekład: KAROL SIJKARedaktor prowadzący: JOANNA LISZEWSKARedakcja: IDA ŚWIERKOCKAKorekta: MARTA KRZEMIŃSKAOpracowanie graficzne i DTP: SYLABUS Piotr KrzemińskiOpracowanie graficzne okładki: Studio 3 KoloryFirst published in Great Britain in 2016 by Hodder and Stoughton
Copyright © Patrice Lawrence 2016
Cover design © Hodder Children’s Books;
Rainbow illustrations from Shutterstock.com
© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Warszawa 2019All rights reservedWszystkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.Wydanie IISBN 978-83-8154-442-9Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.
00-807 Warszawa, Al. Jerozolimskie 94
tel. 22 379 85 50, fax 22 379 85 51
e-mail:wydawnictwo@zielonasowa.plwww.zielonasowa.plKonwersja:eLitera s.c.

Josephine – za miłość, taśmę samoprzylepną i ogromny wybór herbaty.

Oraz rodzinie, tej brytyjskiej, trynidadzkiej i jamajskiej, która wypełnia moją głowę gąszczem pomysłów.

1

STARY, wzroku nie potrafiłem od niej oderwać. Widziałem ją, nawet gdy przymykałem powieki. Miała gęste blond włosy, jeden kosmyk spływał za uchem do ramion. Rzęsy umalowała czarnym tuszem, a oczy podkreśliła zieloną kredką. Usta lśniły, wydawały się lepkie.

Sonia Wilson siedziała tuż obok, a mnie szumiało od tego w głowie.

Wokół nas wirowały karuzele wesołego miasteczka. Przyszły wszystkie rodziny z Hackney, miało się wrażenie, że teren skolonizował szczep wrzeszczących i wyjących ośmiolatków. Kolejka do samochodzików ciągnęła się poza barierkami, a jej ogon wystawał na trawę. Nogi zwisały z platformy wieży mocy, która gwałtownie spuszczała ludzi hen do Australii, po czym podrzucała z powrotem w górę. Karuzela ośmiornica najpierw kierowała w naszą stronę pasażerów wrzeszczących w wagonikach, a potem gwałtownie cofała.

Cały ten zgiełk konkurował z muzyką, której gatunki również stanowiły konkurencję dla siebie. Leciał ten sam co zwykle marny remiks. Beatlesi podani w sosie Franka Sinatry i doprawieni Michaelem Jacksonem. Ale spod całej tej kakofonii dobiegał basowy bit: stuk-puk, stuk-puk – dźwięk bicia mojego serca.

A gdybym tak wyciągnął rękę i dotknął piersi Soni, żeby sprawdzić, czy jej serce też tak wali? Cholera, rąbnęłaby mnie i wyleciałbym z Hackney na Hawaje! Roześmiałem się.

Rozejrzała się.

– Co cię tak bawi?

– Właściwie nic.

Uśmiechnęła się.

– Ha, właśnie tak to działa.

Zapłaciła za hot dogi i podała mi jednego. Wycisnęła musztardę i keczup, kreśląc literę „s” na mojej parówce oraz dwie proste linie na swojej. Mogłem jej powiedzieć, że nie cierpię musztardy, ale przecież „s” to pierwsza litera słowa „Sonia”. Czyli tak jakby symbolicznie oddała mi siebie. W moich komórkach mózgowych wystrzeliły bąbelki serotoniny. Właśnie tak działa ecstasy; łaskocze cię w mózg. Uśmiechałem się: do sprzedawcy hot dogów, do pracownika lunaparku, do wszystkich.

– Spróbuj – zachęciła Sonia.

Kiedy wziąłem gryza hot doga, lepka bułka przykleiła mi się do podniebienia.

– Smakuje ci?

– Mhm.

Zmusiłem się do przełknięcia. Czułem, jak gęsta bryłka musztardy przykleja mi się do dna żołądka, w którym zdążyły się już wymieszać bułka z parówką. Moje jelita szarpnęły, gotowe na wszelki wypadek się zewrzeć. Sonia nie przestawała mi się przyglądać, ugryzłem więc kolejny kęs i pokiwałem głową. Przewody w moim mózgu błyskały niczym dwukolorowe jarzeniówki.

– Lepiej najpierw się naszamać – wyjaśniła. – Kiedy pigułka zacznie działać, na nic nie będziesz miał ochoty. No może poza mną.

Poczułem, że się rumienię. Nie, nie mogła mieć tego na myśli. Te dziewczyny z południowego Londynu wyrażają się jakoś tak inaczej, ot co. Gdy chwyciła mnie za rękę, ja znowu wyszczerzyłem kły. Musiałem wyglądać jak Pac-Man. Zaplotłem palce wokół jej palców, niezbyt mocno, żeby nie poczuła, jak się spociły. To znowu przez te narkotyki…

Albo po prostu bliski kontakt z jej skórą.

Staliśmy obok siebie, ramię w ramię, patrząc na drugą stronę wesołego miasteczka. Czy ona też to zauważyła? Że świat nabrał złotawych odcieni i lśnił?

– Chyba zaczyna działać.

– Dałam ci tylko ćwiartkę, Marlon. Ale to twój pierwszy raz, a pierwszy raz jest zawsze najlepszy.

Ha.

Może trzeba było trzymać gębę na kłódkę. Trzeba było pozować na Yasira albo innego wyszczekanego chwalidupę. Jeśli wszystkie ich historie były prawdziwe, to przed ukończeniem szóstego roku życia spalili tyle trawki, ile ważyli.

Przejechałem językiem po podniebieniu.

– Może coś jeszcze powinienem wypić?

Wywróciła oczami.

– Nic ci nie jest. Ćwiartka to tylko okruszek.

Wyglądało na to, że zmierzam ku smutnej kompromitacji, wziąłem więc głęboki, cichy oddech i objąłem jej ramiona, niezbyt mocno, jedynie delikatnie je muskając. Nie odsunęła się, ale jej ramię pozostało przy ciele.

– Racja – odpowiedziałem. – To dużo lepsze niż odrabianie lekcji.

– Jasne.

– Mama się wścieknie.

Sonia wydęła dolną wargę w smutnym grymasie.

– Planujesz jej powiedzieć?

– W życiu!

– To w czym problem?

Moja matka jest londyńską Pytią i widzi wszystko.

– W niczym. Patrz! – Stanęliśmy przy stoisku z cukierkami i słodyczami, z których można było zrobić mieszanki. W kieszeni zostały mi jeszcze dwie dychy. – Chcesz?

– Nie. Obejdźmy ten jarmark, zanim zacznie się jazda. Lepiej, żeby nie kręciło się wokół ciebie za dużo ludzi, jak już pigułka siądzie ci na psychę.

Mrugnąłem. Świat znowu zmatowiał.

– Chyba nie będzie tak źle, co?

Lekko westchnęła.

– Żartowałam! Brałam to setki razy i jestem zdrowa jak ryba.

Owszem, wyglądała zdrowo. A nawet lepiej, ale wyszedłbym na zupełnego oblecha, gdybym powiedział jej to wprost.

– Co chcesz robić później? – spytałem.

– Nie wiem. Jeszcze tutaj nie skończyliśmy.

Jej głos zabrzmiał pusto. Powinienem był przestać zachowywać się jak paranoik. Dziewczyny takie jak Sonia szybko to wychwytują.

Uśmiechnąłem się i powiedziałem:

– No to luz. Zrobimy, co zechcesz.

Musiała wyłowić jednak w moim głosie nutę niepokoju. Wykręciła się spod mojego ramienia i odwróciła twarzą do mnie. Pod tym kątem wyglądała inaczej. Kiedy się uśmiechnęła, jej twarz zrobiła się duża i okrągła jak u małego dziecka. Ujęła moją dłoń i ścisnęła ją na wysokości palców. Oł yes! Teraz cała moja głowa zamieniła się w jedną wielką żarówkę. Pewnie dostrzeglibyście ją z księżyca, nie, nawet z większej odległości: z miejsca oddalonego o trzydzieści bilionów mil stąd. Myślę, że jakiś astronom z Alfa Centuri zastanawiał się w tym momencie, czym jest ten nowy jasny pyłek przebłyskujący przez Drogę Mleczną.

Jej mały palec zbliżył się do moich ust i pogłaskał ich kąciki. Znajdujący się w odległości trzydzieści bilionów mil teleskop eksplodował od fali upału.

– Keczup – powiedziała. – Naprawdę słabo to wyglądało.

Wyplątała drugą rękę z mojej dłoni, wyjęła chusteczkę z małej torebki i otarła mi usta. Jeszcze chwilę po zabiegu miałem wrażenie, że jej palec wciąż dotyka mojej skóry.

– Nie ma sensu myśleć, co zrobimy, dopóki jesteśmy tutaj, nie? – spytała. – I nawet jeśli później nic nie zrobimy, jutro też jest dzień. Dzisiaj jest taka jakby, sama nie wiem, przystawka. Danie główne wjedzie na stół dopiero jutro.

Nasze palce ponownie się splotły jak biało-czarna pajęczyna. Moja mama przynajmniej nie wyskoczy z żartami, że chodzę z białą dziewczyną. Ale rodzina Soni nie będzie pewnie tak tolerancyjna. Muszę poczekać na dobry moment, żeby ją o to spytać. Na razie jest na to zbyt wcześnie. Spróbuję następnym razem albo później.

A Tish? Jak zareaguje, kiedy już się dowie? – powinna ucieszyć się z mojego szczęścia. Bylibyśmy siebie godni.

Objąłem wzrokiem tłum. Ciekawe, co by było, gdyby był tu wyszczekany Yasir albo supertępy Ronnie. Albo Amir lub Saul, bądź jeszcze inny z tej paczki mentalnych trepów. Wyobraziłem to sobie. Kozackim krokiem wychodzą z jakiejś fury, po czym dostrzegają mnie i Sonię. I aż otwierają gęby ze zdumienia. Wtedy ja puszczam dłoń Soni i obejmuję ją na wysokości talii, wszystko to robiąc w zwolnionym tempie. A później odchodzimy, zostawiając leszczy w osłupieniu.

Wiem, wiem – płytki jestem. Ale taka prawda – ta dziewczyna przyciągała spojrzenia, chociaż było w tym coś więcej. Chciałem ją rozbawić. Pragnąłem dotknąć jej ramienia. Chciałem pokazać jej, że zapiera mi dech, gdy na mnie spogląda.

– Beczka zaćmienia! – Pociągnęła mnie w stronę kolejnej atrakcji.

– Dopiero zjedliśmy hot dogi!

– No i co z tego? Chodź!

Powiedzieć „nie”? Nigdy w życiu. Muszę tylko przestać myśleć o panice, która wybuchnie, gdy już tam zwymiotuję.

Wręczyłem żółte żetony gościowi od karuzeli i przeszliśmy dalej. Sonia przywarła do ściany, a ja stanąłem tuż obok niej. Gdy beczka zaczęła wirować, nasze palce się spotkały.

– No to jazda! – pisnęła.

Wbiło mnie w metal jak muchę w łapkę, hot dog w żołądku zmiażdżył się do postaci papki. Podłoga uciekła nam spod nóg, a Sonia zamieniła się w niewyraźną plamę zbudowaną z krzyku i różowego swetra. Nasze palce uciekły od siebie, nie mogłem odwrócić głowy, żeby ją zobaczyć. Krzyczała ona czy dziewczyna naprzeciwko? A może ja sam? Krew buzowała w głowie, jakby zaraz miała z niej trysnąć. I jeszcze ta musztarda. Przełknąłem ślinę. Jeszcze jedno kółko i kolejne.

Beczka zwolniła, później się zatrzymała. Sonia ze śmiechem chwyciła mnie za rękaw.

– Wszystko dobrze, Marlon?

– Tak, super.

Staliśmy tak, patrząc na siebie, tylko przez sekundę. Znów chwyciliśmy się za ręce i odeszliśmy razem. Jej ramię dotykało mojego ramienia, jej włosy muskały moją twarz.

Ciekawe, jak wyglądałyby nasze dzieci?

Dzieci? Przecież jeszcze nawet jej nie pocałowałem!

Gdybym ją wtedy pocałował, smakowałaby hot dogami i zabawą. Wystarczyło tylko przyciągnąć ją do siebie, położyć dłoń na plecach i lekko się pochylić.

Patrzyła na mnie.

– O czym myślisz, Marlon?

– O statkach kosmicznych.

Skąd, u diabła przyszło mi to do głowy?

Na szczęście nie uciekła. Zachichotała.

– Czemu?

Pragnąłem zatrzeć złe wrażenie, ale moje usta postanowiły żyć własnym życiem.

– Wesołe miasteczko. Cały ten wizg przypomina start rakiety kosmicznej. Migające światełka są jak silnik w rozruchu, grawitacja, a…

Ruch moich ust zamarł tak szybko, tak szybko, jak się zaczął.

– Hmmm… okej – Zatrzymała się i puściła moją dłoń, ale nic więcej się nie działo. Teraz głaskała mnie po plecach. Po kręgosłupie. W samym środku. – Musieli nafaszerować te pastylki niezłym towarem.

Żołądek mi zapiszczał, ale starałem się nadać głosowi naturalne brzmienie.

– Czym dokładnie?

Ponownie zachichotała.

– Magicznym pyłkiem.

Tylko czekałem, aż sobie pójdzie, a później od razu zadzwoni do kumpelek i opowie im o błaźnie, na którego wpadła w parku. Ale nic takiego się nie wydarzyło. Jej dłoń przesuwała się w górę pleców, aż zaczęła miziać mi włosy na karku. Po moich mieszkach włosowych przeszedł prąd, a skóra wyprężyła się w kierunku jej palców jak głaskany kotek.

I powiedziała:

– No dalej, Marlon. Poopowiadaj mi trochę o tych statkach kosmicznych.

Tchnęła życie w moje usta.

– Wiem, to trochę nerdowate, ale mój tata był Star Trekowcem. Szalał na punkcie „Star Treka”, „Następnego pokolenia”, „Gniewu Khana”. Oglądał wszystko. Poza tym był fanem „Gwiezdnych wojen”, „Blade Runnera”. Podobały mu się nawet autentyczne starocie jak „Kosmos 1999”.

Włożyła palce pod mój kaszkiet i wykręciła jeden z warkoczyków.

– Może wszyscy tutaj są kosmitami, a my jedynymi przedstawicielami gatunku ludzkiego?

– Niektórzy naprawdę tak myślą.

Szeroko rozwarła oczy.

– Poważnie? – Jej palec przesunął się powoli w dół mojego karku i zatrzymał na brzegu koszulki. – Opowiedz mi o tym!

Zaczęła kreślić kształty na tkaninie, rysować okręgi na guzowatej części mojego kręgosłupa. No, powiedz coś, Marlon!

– Proszę! Opowiedz mi o kosmitach-porywaczach! – poprosiła.

– To nie żadne porwania. Niektórym ludziom coś się poprzestawiało w mózgu i nigdy nie zapamiętują twarzy. Ta choroba nazywa się prozopagnozja.

Na szczęście udało mi się jej nie opluć wiadrem śliny, która nagromadziła się w moich ustach przy wypowiadaniu tego słowa.

Uniosła brwi, jakbym jej tym zaimponował.

– Czyli nikogo nie rozpoznają?

– W pewnym sensie. Tak naprawdę nie pamiętają, czym jest twarz. Dla nich może wyglądać jak parasolka, kapelusz albo, nie wiem, banan. Dlatego mogą mieć wrażenie, że ich mama jest kosmitką lub innym stworem.

Sonia wzięła głęboki oddech.

– Tak, chyba potrafię to sobie wyobrazić. Też mam czasem wrażenie, że moja matka jest z innej planety. Skąd ty to wszystko wiesz?

– Opowiadałem ci o moim bracie, pamiętasz?

Skinęła głową.

– Kiedy leżał w szpitalu, lekarze dali mnie i mamie do przeczytania stertę artykułów z dziedziny neuronauki. Więc po prostu je przeczytałem.

– Bombowo. Może zostaniesz neurochirurgiem.

Roześmiałem się.

– Ilu znasz neurochirurgów z Hackney?

Szturchnęła mnie w plecy.

– Paru może by się znalazło. Albo ty będziesz tym pierwszym. Naprawdę cię na to stać, Marlon.

Nadszedł ten moment. Teraz. Kiedy trzymała lekko przekrzywioną twarz, patrząc na mnie z tym swoim uśmiechem. Miała dołeczki! Dlaczego nie zauważyłem tego wcześniej? Może do tej pory nie uśmiechała się w ten sposób.

W gardle mi zaschło i poczułem metaliczny posmak, ale wystarczyło, żebym dotknął ustami jej ust. Pocałunek na przystawkę.

Objąłem ją ramieniem, a ona przesunęła się w moją stronę, jakby znała schemat. Nie pozwoliłaby mi na to, gdyby jej się nie podobało. Ale podobało się, bo jej palce znowu głaskały mój kark. Popatrzyła wprost na mnie. Obok mnie. Za mnie.

Odsunęła się, cofając dłoń. Moja naga skóra zdawała się ku niej wyciągać. Chciałem, żeby znów mnie dotknęła.

– Przepraszam – powiedziałem. – Myślałem, że chciałaś, żebym…

– Nie teraz. – Wyglądało to tak, jakby szczelnie otoczyła się polem siłowym.

Dotknąłem jej ramienia.

– Co się stało?

Potrząsnęła głową i, odsunąwszy się ode mnie, sztywnym krokiem ruszyła przez wesołe miasteczko. Stałem, wpatrując się w zdeptaną trawę i śmieci. Czy ona mnie wkręca? Może jej kolega nagrywa wszystko z ukrycia i zaraz puszczą to na YouTubie? Nie. Znowu ta moja paranoja.

– Sonia! – krzyknąłem. – Czekaj.

Błysk jej różowego swetra znikał w tłumie. Zmrużyłem oczy. Nie była sama. Obstąpili ją trzej kolesie, byli zdecydowanie zbyt blisko niej. Jednym z nich był czarny chłopak z przylegającymi do skóry warkoczykami. On i chudy biały gostek z rowerem szli po jednej stronie Soni. Zdawało mi się, że są w tym samym wieku co ja, ale ich nie znałem. Ostatni nosił starą bejsbolówkę Stussy i naciągnięty na nią kaptur, który rzucał cień na jego twarz, przez co trudno było go rozpoznać. Potem ten czarny odwrócił się i wlepił we mnie wzrok z odpowiednio stężałym, wkurzonym grymasem na twarzy.

Co, do cholery?

To jej chłopak. Przyszedł po nią.

Spuściłem wzrok, po czym znowu go podniosłem. Odchodził, a pozostali kroczyli za nim. Gdzieś z tyłu głowy wykwitła uporczywa myśl. Kim on był?

– Sonia!

Ruszyłem w jej stronę. Wszyscy tatusiowie z dziećmi popatrzyli na mnie, później na nią, po czym znowu na mnie. Żaden z nich nie planował zejść mi z drogi. Była daleko z przodu, stała przy kolejce duchów, pocierając twarz. Oczy miała zamknięte. Stanąłem przed nią, chcąc dotknąć jej ramienia, ale zamiast tego opuściłem dłoń.

– Dlaczego tak przede mną uciekłaś? – spytałem.

Otworzyła oczy i popatrzyła na mnie, jakbym był powietrzem.

– Poczułam, że zaraz zwymiotuję – powiedziała wreszcie. – Ale już wszystko dobrze. To przez tę przejażdżkę.

– A tamci goście? Zaczepiali cię?

– Znam ich.

– Tak, też chyba poznałem tego czarnego.

– Może i go znasz. – Wzruszyła ramionami. – Nie wiem, z kim się zadajesz.

Sonia?

– Pomyślałem, wiesz, że jeden z nich jest może twoim chłopakiem!

– Co pomyślałeś? Podejrzewasz, że kręcę z dwoma naraz? Naprawdę tak myślisz?

O nie. Źle to zabrzmiało.

– Poważnie, Marlon? Jeśli naprawdę tak myślisz, to idź się gonić. Nie, czekaj, nie jeśli, a na pewno: idź się gonić!

Pobladła na twarzy i zmrużyła oczy, jakby słońce było zbyt jaskrawe.

Odczekałem chwilę, jak zawsze, kiedy Andre miał atak, i ściszyłem głos.

– Może to przez tę pastylkę czujesz się niedobrze?

– Nie, Marlon! Czuję się fantastycznie.

– Na pewno?

– Weź się odwal i mnie zostaw!

Mówiła na tyle głośno, żeby ludzie z kolejki odwrócili się i spojrzeli na nas.

– Dobrze – odpowiedziałem cicho. – Pójdę sobie.

Ale żadne z nas się nie poruszyło. Potem Sonia wwierciła zaciśnięte pięści w oczodoły i skuliła się. Kiedy oderwała dłonie od twarzy, na jej policzku został rozmazany ślad po zielonej kredce do oczu.

– Przepraszam, serio. – Położyła mi dłoń na ramieniu, opierając głowę na mojej klatce piersiowej. – Nie chciałam być taką zdzirą. W głowie mi łupie, jakbym dostała kulkę między oczy.

– Może chodźmy gdzieś, gdzie jest ciszej.

– Nie, nic mi nie będzie. To jak migrena, a one szybko atakują, ale i szybko mijają.

Nie oddychaj zbyt ciężko. Nie dotykaj jej głowy. Nie zaczynaj tego znowu. Wystarczy…

Objąłem ją obiema rękami, powoli wdychając powietrze, jakbym chciał ją do siebie przyciągnąć. Przymknąłem powieki i pozwoliłem brodzie opaść na czubek jej głowy. Obok nas przemknęła gigantyczna grupa dzieciaków, podskakując wokół i wyśpiewując refren piosenki „Thriller”. Ale nie przeszkadzało mi to, bo mogłem ją trzymać blisko siebie.

– Dzięki, Marlon. Czuję się już znacznie lepiej.

– Ekstra.

– Dobrze wyglądam?

– Tak, świetnie. Jak ideał.

Szeroko się uśmiechnęła.

– Nawet gdybym wyglądała jak kocmołuch, to nie powiedziałbyś mi tego, co?

Szkoda, że nie przećwiczyłem paru takich gadek z Tish. Podsunęłaby mi kilka dobrych odpowiedzi na podobne pytania.

Sonia gmerała w swojej torebce, prawdopodobnie znowu szukała chusteczki. Szybko rozejrzała się wokół i wsunęła mi coś do ręki, po czym zacisnęła moje palce na przedmiocie, który okazał się plastikowym woreczkiem.

Spuściłem wzrok na dłoń.

– Co robisz?

– To prezent – odparła. – Możemy się nim podzielić.

– Co to jest?

Wywróciła oczami.

– Dobrze wiesz, co to jest. Jest ich sześć.

W mojej zaciśniętej pięści spoczywało sześć pigułek ecstasy.

– Nie mogę ich wziąć.

Jej twarz spochmurniała.

– Dlaczego nie?

Bo mama myśli, że siedzę w domu z nosem utkwionym w książce i przeżyje załamanie nerwowe, jak się dowie, co trzymam w dłoni.

Bo chłopcy tacy jak ja nie chodzą po Hackney z kieszenią wypchaną dropsami.

Bo…

– Po prostu nie mogę.

Wzruszyła ramionami, po czym zasłoniła moją pięść własną dłonią.

– Nie podoba ci się to, Marlon? Myśl, że ja i ty będziemy razem?

– Podoba…

– Jutro możemy zrobić sobie piknik, jeśli tylko pogoda dopisze. Każde z nas łyknie jeszcze jedną połówkę, położymy się i odpłyniemy. No dobrze już – powiedziała promiennie. – Wiem, że powinieneś się uczyć. Nie chcę, żebyś miał przeze mnie kłopoty.

– Przepraszam. Po prostu nie mogę.

Szybko mrugnęła dwa, trzy razy, a potem się uśmiechnęła. Jedną dłoń trzymała na mojej pięści, a drugą położyła na moich plecach i palcami docisnęła koszulkę do skóry.

– To nie jest fair, że całe ryzyko biorę na siebie ja – powiedziała. – Jeżeli ja jestem trochę zła, ty również musisz być trochę zły. Razem mamy prawo być źli.

Jutro, kiedy będziemy leżeć obok siebie na kocu, wpatrując się w chmury, jej włosy zaiskrzą jak słońce. Pochylę się nad nią, ona przymknie oczy, wyciągnie rękę i przyciągnie mnie do siebie. Ponownie na mnie spojrzała. Jej usta wciąż lśniły. Czy gdybym ją pocałował, moje usta też zrobiłyby się błyszczące?

– No więc? – spytała.

Wepchnąłem torebeczkę głęboko do kieszeni jeansów. Poruszyłem się i objąłem ją ramieniem, ale ona się wykręciła.

– No już! – powiedziała. – Wsiadajmy!

– Do kolejki duchów? One zawsze są do bani!

Kciukiem pogłaskała wierzch moich palców. Zadziałało jak naciśnięcie dźwigni: otworzyła się tama, zza której gwałtownie wypłynęły wszystkie endorfiny. Prawie przylgnęła ustami do mego ucha.

– Ciemno tu. Możesz je ujaić.

– Co?

– Pigułki. Możesz je, no wiesz, wepchnąć w gacie. Tam będą bezpieczne.

Skąd ona o tym wie? Ja sam kojarzyłem tę metodę tylko dlatego, że była to jedna ze sztuczek starych kumpli Andre. Czasem zakładali dodatkowe bokserki, żeby mieć pewność, że ich towar jest bezpiecznie i dobrze schowany.

– Tak. Jasne – powiedziałem.

Podałem kolejne żółte żetony dzieciakowi w czerwonej kurtce. Nawet on nie mógł się powstrzymać od ukradkowego zerknięcia na Sonię. Uśmiechnąłem się do niego.

W wagoniku było ciasno jak w czołgu, chociaż żadne z nas nie było grubasem. Poręcz wciskała się w uda. Moje jeansy ocierały się o takie same spodnie Soni, woreczek w kieszeni wciskał się w jej biodro. Nigdy nie zdołam go wyjąć i wsadzić w majtki, jeśli ktoś mi w tym nie pomoże.

Jezu, Marlon. Okaż trochę szacunku! Mój brat w moim wieku zdążył zaliczyć dwie panny z liceum, ale ja nie chciałem lasek na jeden numerek. Chciałem jednej dziewczyny, tej dziewczyny, która siedziała obok mnie. Lepiej będzie, jeśli najpierw pójdę do tojtoja, a dopiero później schowam pigułki.

Położyłem rękę na ramieniu Soni, moje palce dotknęły jej włosów. Przez głowę dziewczyny, kilka milimetrów dalej, przelatywał strumień myśli. Szkoda, że nie mogłem ich poznać.

Wagonik wjechał przez drzwi w kompletną ciemność, a powietrze zadrgało od stukotu szyn.

– Rodzice często zabierali mnie do Littlehampton – powiedziałem. – Miałem zaledwie cztery lata, ale już wtedy wiedziałem, że kolejka duchów jest tandetna.

Nie odpowiedziała, pewnie w ogóle mnie nie słyszała. Ciężko było w tym jazgocie usłyszeć własne myśli, przy tych jękach, piskach, brzęczących łańcuchach i trzaskających drzwiach. Wszystko to było pewnie sztucznie podkręcone, żebyśmy przestali się zastanawiać, jak bardzo jest żałosne. Spojrzałem w mrok. Światło to gasło, to się zapalało, ukazując szare nochale czarownic i plastikowe kości koloru zjełczałego masła. Z któregoś kąta zawył ogr, gdzieś daleko z tyłu wrzasnęło dziecko. Żaden z tych odgłosów nie zabrzmiał autentycznie.

Ale oświetlenie tego miejsca było dziwne, jakby zassali wszystkie jaskrawe kolory do jednej dziury. Spuściłem wzrok na dłonie, były szare. Palce Soni podskakiwały na poręczy, później się zrelaksowała. Położyłem dłoń na jej dłoni, w taki sam sposób, jak ona zrobiła to przedtem.

Z jakiejś dziury wyskoczyła głowa wrzeszczącego zombie.

Roześmiałem się.

– Tylko popatrz na tego! Widać podtrzymujące go sznurki!

Sonia nie odpowiedziała, nawet na mnie nie spojrzała. Istniało ryzyko: na samą myśl o tym coś zakłuło mnie w klatce piersiowej, że koniec końców, wcale nie chciała ze mną chodzić.

Zatrzymaliśmy się gwałtownie. Rozprostowałem rękę, moje palce przelotnie zahaczyły o jej włosy. Wciąż żadnej reakcji. Odwróciłem się do niej, ale ona siedziała ze wzrokiem utkwionym w przestrzeń. Pracownik wesołego miasteczka zwolnił blokadę poręczy w wagoniku przed nami. Machał uciętą głową, wprawiając tym w pisk małe szkraby. Był to gumowo-plastikowy łeb z przesuwającymi się to w górę, to w dół ślepiami.

– Sonia?

Ucięta głowa niebezpiecznie szybowała w naszą stronę. Jak zareagowałaby Sonia, gdybym upuścił pigułki na jej kolana i uciekł, zostawiając ją samą?

– Sonia?

Pracownik wesołego miasteczka stał przed nami z dyndającą w dłoni głową. Poruszał ustami, jakby śpiewał jej piosenkę.

– Sonia! – Szturchnąłem ją w ramię.

Jej głowa opadła do przodu, dłonie wciąż trzymały poręcz. Na rękawie lśnił jasny kleks musztardy.

Boże…

Cały jej kark był wykrzywiony w nienaturalny sposób. Jeśli się odwrócę, jeśli mocno zacisnę powieki i wytrzymam tak odpowiednio długo, a później je otworzę, ona usiądzie wyprostowana, śmiejąc się ze mnie. Żartownisia. Nie, to nie może dziać się naprawdę.

Poręcz zgrzytnęła i podskoczyła, mężczyźni zaczęli wyciągać Sonię z krzesła, ja, potykając się, wygramoliłem się chwilę później. Obcy ludzie położyli ją na ziemi, rękami uciskali klatkę piersiową, przez co całe ciało dziewczyny aż podskakiwało. Usta mężczyzny pompowały powietrze przez jej – lśniące – usta. Kiedy pierwszy ratownik się od niej odsunął, otoczyła mnie głucha cisza.

Jeszcze ten dzieciak z warkoczykami, który stał tuż za barierką.

Nie, to nie była rzeczywistość, lecz jakieś zwarcie w mózgu, drops musiał być mocny jak cholera.

Ale z głębi mojego gardła wydostawał się ryk. On był prawdziwy.

2

GOŚĆ W KAMIZELCE odblaskowej objął mnie ręką na wysokości ramion i zaczął odciągać od epicentrum wydarzeń. Nie byłem w stanie normalnie iść, a jedynie powłóczyć nogami po ziemi.

– Spokojnie – mówił – trzymam cię.

Naprężony, odwróciłem się i przez ścianę ludzi spojrzałem na leżący na ziemi kształt. Na klatce piersiowej Soni leżał rozłożony płaszcz. Obok niej klęczał mężczyzna z twarzą schowaną w dłoniach. Stojąca obok niego kobieta potrząsnęła głową. A chłopak z warkoczykami – zniknął.

– Dokąd idziemy? – Moje słowa zagłuszyło wycie syren, które zalało okolicę.

Karetka podjechała pod samą kolejkę, a po chwili dołączyły do niej policyjne transportery i zwykłe radiowozy.

– Powinieneś usiąść.

Pracownik obsługi zniknął, nawet nie zauważyłem kiedy. Przejęli mnie gliniarze. Policjantka objęła mnie ramieniem, delikatnie, w taki sam sposób, w jaki ja próbowałem objąć Sonię. Jej kumpel gliniarz wyglądał jak wioślarz z wikińskiego langskipa. Taksował mnie wzrokiem z góry na dół.

– Co się stało? – Głos mi się łamał, ale najwidoczniej dosłyszeli moje pytanie.

– To ty powinieneś pomóc nam to zrozumieć – powiedziała policjantka.

Podprowadzili mnie do jednego ze stanowisk, na którym rzuca się obręczą, żeby zdobyć nagrodę. Wiking przyciągnął do siebie trzy plastikowe czerwone krzesła. Bardzo potrzebowałem usiąść.

– Funkcjonariuszka Bashir – przedstawiła się kobieta. – A ty jak się nazywasz?

– Marlon. Marlon Sunday.

Skinęła w stronę wikinga.

– To funkcjonariusz Sanderson. Marlon, musimy ci zadać kilka pytań. Napijesz się czegoś, zanim zaczniemy? Wody? Herbaty?

– Ja…

Postać gliniarza na sekundę zaszła mgłą. Wszystkie światełka w moim mózgu zgasły i otoczyła mnie ciemność. Złapałem się krawędzi krzesła, aby nie upaść na twarz. Kiedy się poruszyłem, torebeczka z pigułkami wcisnęła mi się w biodro, jakby chciała mi przypomnieć: „tutaj jestem”. Ci policjanci musieli być głusi, skoro tego nie słyszeli.

– Marlon? Dobrze się czujesz? – Policjantka Bashir wyglądała na zmartwioną.

Wiking chyba w ogóle się mną nie przejmował. Gdybym upadł na podłogę, prawdopodobnie narzekałby, że musi unieść nogę, by nade mną przejść.

Chory żart. Wciąż tu siedzisz, żywy. A Sonia…

W ustach czułem coraz intensywniejszy kwaśny posmak. Z trudem przełknąłem ślinę.

– Napiłbym się gorącej czekolady – powiedziałem.

Wiking posłał mi poirytowane spojrzenie, ale Bashir się uśmiechnęła.

– Jestem pewna, że da się zrobić.

Zawołała osobę w żółtym płaszczu. Rozejrzałem się po lunaparku. Policja pojawiła się bardzo szybko, musieli kręcić się gdzieś w okolicy, obserwować tłum. Chyba mieli taki przykaz, odkąd na London Fields jakiś przypadkowy koleś zginął podczas strzelaniny pomiędzy gangami. Tutaj od razu wzięli się do roboty. Jeden z gliniarzy przesłuchiwał członka personelu – tego, który trzymał uciętą głowę. A masa krawężników kordonem otoczyła kolejkę upiorów, wyprowadzając ludzi, którzy wciąż w niej tkwili, na drugą stronę. Dzieciaki pewnie myślały, że to część zabawy.

Pozostałe kolejki i karuzele zatrzymywały się i wychodzili z nich ludzie. Tandetne piosenki urywały się jedna po drugiej i po chwili słychać było tylko bombardujące komunikaty z megafonów, zlewające się z nową serią syren. Jacyś durnie powyciągali telefony, żeby uwiecznić ten moment na zawsze.

Taki był mój plan na później, wspólne zdjęcie z Sonią, na które mógłbym patrzeć zaraz po przebudzeniu.

Siedziała tuż obok mnie, gdy…

Powinienem był potrzeć jej palce, żeby po raz ostatni poczuć ciepło jej ciała. Powinienem był przesunąć jej włosy z powrotem za ramię. Bo życie nie może ulecieć z kogoś tak żywego, jak to możliwe? Czy nie można go jeszcze złapać i przytrzymać? W szpitalach na okrągło przywracają ludzi do życia.

Palce dłoni zesztywniały mi z zimna, stóp zresztą też, jakby czas cofnął się do stycznia. Niebo wciąż było jednak błękitne, a przez wątłe chmurki przebijał się koniuszek księżyca.

– To dla ciebie? – Nade mną stał pracownik wesołego miasteczka z kubkiem w dłoni.

– Dzięki.

Dostałem ciemnobrązową wodę, gorącą jak wrzątek, która smakowała niczym czekoladowa pasta do zębów. Podła czekolada z saszetki. Ale wysoka temperatura i cukier wyostrzyły mi zmysły.

– Sekundkę, Marlon.

Bashir i wikinga zawołał trzeci gliniarz, z którym przez chwilę naradzali się w pobliżu. Ponad ramieniem policjantki Bashir zauważyłem świdrujące mnie oczy wikinga. Mój brat, Andre, odpowiedziałby mu podobnym spojrzeniem i poczułby się zawiedziony, gdyby gość nie podjął wyzwania. Ale ja nie byłem Andre. Odwróciłem wzrok od wikinga i zanurzyłem rękę w kieszeni kurtki. Nikt mnie nie aresztował ani nic z tych rzeczy. Nie mogli mi zabronić dzwonienia. Gdy skończyłem jedenaście lat, Andre dopilnował, żebym poznał zasady.

Na koncie zostało mi tylko kilka centów i cienki pasek baterii. Mama czy najlepsza kumpela?

Moje palce drżały jak dłonie podpitego bezdomnego.

Niech to nie będzie poczta głosowa. Błagam, niech ktoś odbierze.

– Marlon?

Dziękuję! Dziękuję! Dziękuję!

– Marlon? Gdzie jesteś? Co to za hałas?

– Syreny. Tish, jestem w wesołym…

– Ja też! Ale robią tu coś bardzo głupiego, wszystko zamykają. Zresztą i tak było beznadziejnie. Miałam się tu spotkać z kolegą, ale chyba mnie wystawił.

– Tish?

– Z kim przyszedłeś? Czemu mnie nie zaprosiłeś?

– Przyszedłem z Sonią Wilson.

Cisza.

– Z tą ze szkoły? To ta laska z długimi blond włosami?

– Ona chyba nie żyje, Tish.

Znowu cisza, a potem głośny wybuch śmiechu.

– Przekomiczne! Chore, ale przekomiczne. Nabrałbyś mnie, gdybyś wybrał kogoś innego. Melindę może albo Bryn. Ale Sonia Wilson? Wpierw musiałabym w to uwierzyć.

– Poważnie? Dzięki, Tish. – Rozłączyłem się i spróbowałem wstać, ale nogi wciąż odmawiały posłuszeństwa.

– Spokojnie! – Wiking Sanderson skończył rozmowę. Podszedł ciężkim krokiem i oparłszy się o ladę, utkwił we mnie wzrok.

Ponownie usiadłem. Bashir stała przy karetce i rozmawiała z ratownikiem medycznym. Ludzie za parawanami musieli położyć Sonię na noszach, wnieść do ambulansu i zamknąć za sobą drzwi. Opuściłem głowę i ukryłem ją w dłoniach, po czym mocno zacisnąłem powieki. Jednak po krótkiej chwili znów musiałem je otworzyć. W czerń pod powiekami wkręcała się blada żółć: włosy Soni, lada, kleks musztardy na jej rękawie. Czułem go, zapach starego, zepsutego hot doga. Na moje czoło wystąpił pot. Wstrząsnął mną odruch wymiotny, ale z ust nic nie wypłynęło. Wiking tylko stał, nie spuszczając mnie z oka.

Bashir wróciła, akurat gdy w mojej kieszeni zaczął wibrować telefon.

– Nie odbierzesz?

Potrząsnąłem głową.

Oboje usiedli na krzesłach. Funkcjonariuszka Bashir pochyliła się nade mną.

– Jak się nazywa twoja dziewczyna?

Moja dziewczyna.

– Sonia. Sonia Wilson. – Upiłem łyczek miętowej czekolady.

– Tyle? A drugie imię?

Obiecałem, że nikomu nie powiem…

– Nie wiem.

– Kiedy się urodziła?

– Nie wiem.

– Byliście w tym samym wieku, Marlon?

– Ona ma siedemnaście lat.

– A ty ile?

– Szesnaście.

Wiking i Bashir skrzyżowali spojrzenia.

– Masz jej adres? – spytał wiking.

Potrząsnąłem głową.

– Mieszkała w Streatham, tyle wiem. Ona naprawdę…? Czy ona…?

Bashir przygryzła wargę.

– Podaj nam swój adres, Marlon. I numer telefonu.

Wszystko im powiedziałem. Wiking wybrał nawet mój numer telefonu, żeby sprawdzić, czy jest poprawny. Rozsiadł się na krześle.

– Co zrobiłeś Soni?

– Co? Nic jej nie zrobiłem!

– Jesteś tego pewien?

Do moich oczu i nosa napłynęła fala ciśnienia.

Nie tutaj! Nie mogę się tutaj rozpłakać!

– To musi być dla ciebie olbrzymi szok – wtrąciła się Bashir. Na sekundę spuściła wzrok, po czym podniosła głowę i utkwiła we mnie spojrzenie. – Marlon, słyszeliśmy, że Sonia krzyczała na ciebie przy kolejce. Czy to prawda?

Skinąłem głową, mocno pociągnąłem nosem: raz, a potem drugi.

Nie. Nie zrobię tego ani przy gliniarzach, ani przy nikim innym. Nie przy tych wszystkich idiotach kręcących się przy barierce i węszących sensacji.

Głęboko westchnąłem i zatrzymałem w płucach powietrze.

Bashir podała mi chusteczkę.

– Chyba pora zadzwonić do rodziców, nie sądzisz?

Otarłem nos, po czym zmiąłem w dłoni mokrą chusteczkę.

– Twoja mama, Marlon. Podasz nam jej numer?

Z trudem wydukałem kolejne cyfry.

– Jak się nazywa?

– Jennifer. Jennifer Sunday. Pracuje dzisiaj. W bibliotece w Willesden.

– A tata?

– Nie żyje.

– Oj, przykro mi.

Wszystkim zawsze było przykro. Chociaż nigdy go nawet nie spotkali.

– Masz kogoś jeszcze?

– Nie.

– Dobrze, Marlon. – Wiking nigdy nie będzie typem, który podaje przesłuchiwanym chusteczki. – Co takiego powiedziałeś Soni, co ją tak zdenerwowało?

– Nic! Bolała ją głowa.

– Bolała ją głowa?

– Tak.

– Piła coś?

– Nie!

Długopis w ręku Bashir zawisł nad notesem.

– Coś jeszcze?

– Na przykład? – Przygryzłem wargę zębami.

Bashir skrzętnie coś notowała. Po co? Prawie nic nie powiedziałem.

Położyła zeszyt na kolanach, a na nim – długopis.

– Czy Sonia zażyła coś, co mogło jej zaszkodzić? Wiesz coś o tym?

Magiczny proszek.

Pigułki musiały kusić gliniarzy tak jak pierścień kusił Froda. Wiking siedział na samej krawędzi krzesła.

– Ktoś kompletnie nieznajomy próbował uratować twojej dziewczynie życie – powiedział. – Stał w kolejce ze swoim dzieckiem, gdy zauważył, co się stało, i natychmiast postanowił jej pomóc. Widziałeś go potem, prawda? O czymś takim szybko się nie zapomina.

Powiedział, co wiedział.

Ponownie odezwała się Bashir:

– Jeżeli Sonia zażyła coś, co jej zaszkodziło, to być może ty też to wziąłeś. A jeśli tak, musisz trafić pod opiekę lekarską.

Wiking potrząsał głową.

– Pomyśl o panu Ibrahimie, Marlon. Musi teraz pójść do domu i opowiedzieć żonie, jak na jego oczach umarła kobieta. Wytłumaczyć jej, że zrobił wszystko, co mógł, żeby uratować jej życie. Może po grób będzie się zadręczał, że nie postarał się bardziej.

– Musisz nam powiedzieć wszystko, co wiesz, Marlon.

Gliniarze nawet na chwilę nie odrywali ode mnie wzroku. Serce waliło mi tak mocno, że skóra praktycznie wystukiwała rytm.

– To nie było nic wielkiego! – Słowa same wypłynęły z moich ust.

– Nic wielkiego, Marlon? – spytała łagodnie Bashir.

– Ona… my… wzięliśmy trochę ecstasy.

Teraz to biodro podskakiwało w takt wybijanego przez organizm bitu – sześć małych bitów w plastikowym woreczku. Moje palce przemknęły po kieszeni, ale odsunąłem rękę, byle dalej od niej.

Wiking zmrużył oczy.

– Ile dropsów wzięliście?

Wolałem na niego nie patrzeć. Postanowiłem patrzeć na wszystko wokół, byle nie na niego. Zlustrowałem moje najlepsze pumy, proste buty Bashir, błotniste ślady po kołach prowadzące do kolejki upiorów i karetki z Sonią w środku.

– Jednego dropsa? Pięć dropsów? Dziesięć? – Wiking prawie krzyczał. – Ile, Marlon?

– Niewiele! Ćwiartkę!

– Tylko ćwiartkę?

– Tak.

– Gdzie reszta? Masz ją przy sobie?

– Jaka reszta?

– Marlon!

Gliniarze odwrócili się w kierunku, z którego dobiegł głos. Wstałem. Wiking podniósł się równie szybko. To Tish przecisnęła się przez kordon, przemykając obok krawężnika, który próbował ją zatrzymać. Podbiegła prosto do mnie i zarzuciła mi ręce na szyję. Oczy wciąż mnie piekły i musiałem mocno przełknąć ślinę i przełykać dalej, żeby w ogóle być w stanie mówić.

– Jezu, Marlon! Co się tu, u diabła, dzieje?

Próbowałem wymówić jej imię, ale ponad ramieniem przyjaciółki dostrzegłem dwóch wysokich gliniarzy zmierzających w jej stronę.

– Musimy cię przeszukać, Marlon – powiedziała Bashir.

– O czym pani gada? – Tish stawiała się gliniarze.

– Tish. – Mój język wysechł na wiór.

– Marlon? – Tish przesunęła się w moją stronę. – Co tu się dzieje?

– Wzięliśmy ecstasy.

– Kto? Ty? Robisz mnie w balona… co?

Nie. Nie robiłem. Doskonale widziała, że nikogo nie próbowałem nabrać. Ciało, dłonie, wszystko mi drżało. Gliniarze powiedzieli, żebym się odwrócił. Wyciągnąłem przed siebie ręce i stanąłem z szeroko rozstawionymi nogami. Przymknąłem powieki, ale miałem od tego wrażenie, że ich dłonie są cięższe, kiedy przesuwały się po moim ubraniu z góry na dół, jakby chciały je dokładnie oczyścić z kurzu. Torebeczka wrzynała się w moje biodro. Przestali mnie oklepywać, ale wepchnęli palce do kieszeni, wywracając je do góry nogami. Wykręcili mi ręce za plecy, a na nadgarstkach zatrzasnęli kajdanki.

3

TO BYŁA CELA na kółkach – pręty, siatka i metal odgradzały tylną część furgonetki. W środku nie było Tish, chociaż niewiele brakowało, żeby i ją wrzucili do auta i aresztowali.

Areszt!

Myślą, że jestem za to odpowiedzialny. To Sonia Wilson zaprosiła mnie na randkę. W życiu nie przydarzyło mi się nic wspanialszego. Byłem podekscytowany jutrzejszym wspólnym piknikiem, oglądaniem filmu w następnym tygodniu. A oni myślą, że ją zabiłem.

Furgonetka gwałtownie się zatrzymała, a ja prześlizgnąłem się po siedzeniu.

Wiedziałem, że gdy już dotrę na posterunek policji, będę musiał stawić czoła mamie. Po całym tym stresie obiecałem jej, że nigdy nie będzie ciągana na policję z mojego powodu. Obietnica złamana. Na całej linii.

Ale tego ranka, ledwo mama zamknęła za sobą drzwi, wychodząc do pracy, wyrzuciłem z głowy wszystkie złożone jej obietnice. Wziąłem długi, przyjemny prysznic i wskoczyłem w jeansy. Kupiłem je w zeszłym roku w sklepie American Apparel. Bo dzisiejszy dzień miał być wyjątkowy. Po namyśle zdjąłem je i włożyłem jeansy Nudie. Trzymałem je na taką okazję jak ta. Ogolić się, zostawić lekki zarost czy doprawić sobie kilka nowych zacięć od żyletki? Mama jeszcze nie narzekała, więc mogłem sobie darować golenie. Przymierzyłem trzy koszulki, oglądając wcześniej każdą z nich pod światło, żeby sprawdzić, czy nie są zabrudzone zapomnianymi plamami. Byłem prawie przekonany, że na zieloną Andre wylał sok, ale nie dostrzegłem żadnych śladów. To nie było istotne. I tak szara wyglądała najlepiej. Powinienem iść do fryzjera, ale chyba musiałbym siedzieć w zakładzie do północy, słuchając, jak golibrody gadają o swoich laskach. Maznąłem więc skórę głowy kapką żelu do włosów Dax, żeby wygładzić zmierzwione krawędzie pomiędzy warkoczykami, natłuściłem twarz kremem i już byłem gotowy do wyjścia.

Tyle tylko, że do spotkania zostały jeszcze trzy godziny.

Głowę znów zaczęły mi wypełniać obietnice, które złożyłem mamie, wyjąłem więc książki do nauki. Puściłem kilka kawałków Steviego, potem parę numerów Donny’ego Hathawaya, a wreszcie Chakę. Ale Chaka była ulubioną piosenkarką Tish, dlatego postanowiłem ją wyłączyć. Wtedy nie chciałem o niej myśleć. Nie powiedziałem Tish o Soni, więc będzie wkurzona, gdy się dowie, że trzymałem buzię na kłódkę. Roberta Flack? Nie. Miałbym wrażenie, że sam ze sobą tańczę przytulańca w pokoju. A zatem wracamy do standardów ze starych winylów ojca – twarze na okładce płyty „Faces” zespołu Earth, Wind & Fire. Blondynka w lewym górnym rogu okładki – gdyby miała dłuższe włosy, całkiem przypominałaby Sonię. A gdzie jestem ja? Może ten gostek z brodą i afro w lewym dolnym rogu z tyłu? Tylko bez brody i afro.

Miałem wrażenie, że tamten poranek w moim pokoju, kiedy modliłem się o to, żeby minuty mijały szybciej, przeżyłem jakiś rok temu.

Furgonetka policyjna zatrzymała się. Chyba na dłużej. Ktoś otworzył tylne drzwi. Niski, chudy glina, wyglądający na Sikha, omiótł mnie wzrokiem, jakby czekał na pretekst. To prawdopodobnie oni zorganizowali przeszukanie, pamiętali imię i nazwisko Andre i pewnie zaczęli zacierać ręce, gdy dowiedzieli się, że jego młodszy brat będzie ich następnym gościem. Andre nie pojawiał się już na ulicy, ale wyrobił sobie na dzielni niezłą markę.

Zaprowadzili mnie do komisariatu. To był ten mały budynek z czerwonej cegły niedaleko domu. Mijałem to miejsce wiele razy, ale nigdy nie byłem w środku, w przeciwieństwie do mamy, której podarowali tam pewnie krzesło z wygrawerowanym imieniem. Lekarka policyjna zbadała mnie, zadając przy tym kilka pytań. Powiedziała, że narkotyk musiał już wyparować z mojego organizmu, jeżeli wziąłem tylko ćwierć pigułki i nic więcej. Uprzedziła, że nie powinienem pić zbyt dużo wody ani żadnego alkoholu, a jeśli źle się poczuję, muszę natychmiast komuś powiedzieć.

A potem powiedzieli, że przyszła mama. I że jeśli chcę, może wejść do tego pokoiku na czas przeszukania. Prawdziwego przeszukania. Tak, moja własna matka miałaby patrzeć na to, jak ściągam spodnie i gacie. W życiu! Jak moglibyśmy po czymś takim znowu na siebie spojrzeć? Musiałbym udawać, że jestem inną osobą żyjącą w innym czasie i miejscu. Przez cały ten czas grzecznie wypowiadali moje imię, jakby meldowali mnie w apartamencie dla VIP-ów.

Tyle że następnym przystankiem była cela. Zaraz po wejściu do korytarza w moje nozdrza uderzył smród. Rzygowiny meneli i odór ścieków, jakby ściany oblepiono plamami obrzydlistwa zdrapanego ze wszystkich rur sieci kanalizacyjnej w Hackney. Czułem, że do moich ust napływa strumień zjełczałej śliny.

Gliniarz wzruszył ramionami.

– Długo tutaj nie zabawisz.

Drzwi zamknęły się z trzaskiem. Usiadłem na cienkim plastikowym materacu, później się położyłem i zwinąłem w kłębek. W materiał musiał wniknąć pot setek ludzkich ciał, trochę śliny, jeśli więźniowie ślinili się podczas snu. A klimatyzacja dmuchała tak mocno, że prawie rozrywała mi skórę. Naciągnąłem koc na twarz.

Ostatni gliniarz nabijał się ze mnie. Powiedział, że będą mnie tu trzymać dzień, dwa, a może i dłużej. Próbowałem złapać oddech, ale powietrze było zbyt gęste. Przystawiłem nos do dłoni. Po upływie czterech minut albo jakoś tak, komórki mózgowe giną na dobre. Może uda mi się wytrzymać pięć minut.

Nie! Musiałem to przerwać. Każdego dnia na całym świecie, w Londynie, w Hackney, ludzie robili gorsze rzeczy. Sześć pigułek. Tylko tyle przy sobie miałem. Chociaż nie zawsze ważna jest liczba, prawda? Przypomniałem sobie historię tych kolesi, którzy zaliczyli zgon w Walii – ponoć wzięli raptem jednego trefnego dropsa, który rozpuścił w ich organizmie jakiś syf. Diler handlujący takim towarem trafiłby do więzienia bez względu na to, czy sprzedałby jedną czy dwadzieścia sztuk.

Co zatem miałem powiedzieć policji?

Nic. Taka była złota dewiza Andre na wypadek aresztowania.

– Jak nic im nie powiesz, to nie znajdą na ciebie haka. Nie przyznawaj się, nie zaprzeczaj, tylko zewrzyj gębę jak FBI… Niech policja wykona swoją robotę. Niech ci coś udowodnią.

Trzymałem w kieszeni sześć pigułek. Miałem temu zaprzeczać?

A obok mnie znaleźli trupa dziewczyny. Temu też mam zaprzeczać?

Musiałem uspokoić i uporządkować myśli, bo w przeciwnym wypadku, kiedy wprowadzą mnie do pokoju przesłuchań, zacznę gadać trzy po trzy. Zsunąłem koc, a wtedy w twarz uderzyło mnie zimne powietrze. Pomogło. Później zapragnąłem spokojnych myśli, rozsądnych myśli w równiutkim porządku. Musiałem zrobić listę. Wyliczyć fragmenty mózgu? Nie, tym razem to nie pomoże. Układ okresowy pierwiastków, ten, który leżał otwarty na moim łóżku? Nie, w mojej głowie pojawiała się jedynie strona z pustymi polami.

W takim razie muzyka.

„Faces”. Wpatrywałem się w okładkę – to mogło być wiele miesięcy albo lat temu. Dziesiąty album studyjny Earth, Wind & Fire. Tata zebrał wszystkie, na płytach winylowych, ułożonych według daty powstania. Pierwszy album Earth, Wind & Fire sprowadził sobie z Ameryki i, jak mówiła mama, słuchał go aż do starcia igły. Pierwszy kawałek, strona pierwsza – „Help Somebody”. Nazwy wszystkich piosenek, wszystkich albumów w prawidłowej kolejności. A gdy EWF przestanie grać, to kogo wybrać dalej? Jamesa Browna? Może. To gość, który wiedział, jak wygląda cela.

POKOIK PRZESŁUCHAŃ był mały, nagrzany i czuć w nim było smród celi. Nieważne, jak mocno się wyszoruję, już nigdy nie będę pachniał czystością. Gliniarz powiedział mi, że zaraz przyjdzie radca prawny, i zamknął za sobą drzwi.

Już tu była. Mama. Podskoczyła tak szybko, że aż przewróciła krzesło. Wyciągnęła ręce i wyglądała, jakby chciała wykopać mnie stąd na księżyc.

– Och, Marlon!

Staliśmy tak, patrząc na siebie. Później podeszła bliżej i przytuliła mnie, a jakaś durna część mojej osoby zapragnęła się uśmiechnąć, bo zapach masła kakaowego na jej skórze był tak intensywny, że aż zamaskował odór celi.

– Dobrze cię traktowali? – spytała.

– Tak.

– A przeszukanie? Nie chciałeś, żebym przy tym była?

Potrząsnąłem głową. Uniosła mój podbródek w taki sposób, żebym spojrzał jej w oczy. Wyglądała dużo starzej niż dziś rano, jakby otworzyła słoiczek i wtarła w skórę maść, która postarzyła ją o dziesięć lat.

– Przepraszam, mamo.

Otarła oczy.

– Jonathan powiedział, że powinnam wziąć jego adwokata, ale…

Miałaś nadzieję, że szybko da się to wyjaśnić.

– Nie skrzywdziłem Soni, mamo. Nie wiem, co się stało, ale to nie przeze mnie – powiedziałem.

Pokiwała głową.

– Chcę ci wierzyć, Marlon. Tak jak uwierzyłam, że siedzisz w pokoju i wertujesz podręczniki do chemii. Ponieważ… – Mama westchnęła. – Cóż, rozumiesz, prawda?

– Tak.

– Wiesz, co się teraz stanie?

– Przesłuchają mnie w obecności adwokata z urzędu.

Usiadła na jednym z twardych drewnianych taboretów, roztaczając aurę rzeczowości i profesjonalizmu.

– Tak – potwierdziła. – To część procedury. Ale wiesz, że przebadają także…

– Sonię.

– Sprawdzą, co ma we krwi, a później porównają wyniki z twoją krwią. Jest coś, o czym powinnam wiedzieć? – Ujęła mnie za dłonie. – Dla mnie też jest to trudne, Marlon. Ale gdybym za pierwszym razem zadała te pytania twojemu bratu, być może wszystko potoczyłoby się inaczej.

Próbowała czytać w moich myślach. Chciałem luźno opuścić ręce, ale ona mocno je trzymała.

– Jest coś jeszcze? Mów do mnie, Marlon.

Patrzyłem gdzieś obok niej, na ścianę.

– Wzięliśmy trochę ecstasy.

– Wiem. Coś jeszcze?

– Nie.

– Spójrz na mnie, Marlon.

– Nie, tylko ecstasy. Odrobinę, każde z nas wzięło ćwiartkę, później dała mi kilka pigułek…

Mama puściła moje dłonie, które automatycznie opadły, uderzając mnie w biodro.

– Żeby jej nie aresztowali na wypadek przeszukania przez policję.

– Nie! Wcale nie o to chodziło!

– No to się rozejrzyj! – Mama gwałtownie usiadła z powrotem, znacząco omiatając wzrokiem pokój przesłuchań. – Jesteś na komisariacie! Aresztowali cię! Musisz im powiedzieć, że pigułki nie były twoje, słyszysz mnie? Jezu! Dlaczego w ogóle się na to zgodziłeś?

Bo jutro Sonia i ja mieliśmy leżeć obok siebie na trawie, chciałem ją obejmować obiema rękami.

Otworzyły się drzwi. Do pokoju wszedł biały chłopak ubrany tak, jak osoby ze zdjęć publikowanych w niedzielnych czasopismach mamy. Przedstawił się – miał na imię Damian lub Daniel, albo podobnie. Zmuszałem mózg do koncentracji, ale on skutecznie zbaczał z wyznaczonej ścieżki, wracał do Soni i smugi różowego swetra, która powstała, kiedy wirowaliśmy w beczce, splótłszy ze sobą palce.

Adwokat podał nam, mnie i mamie, rękę na przywitanie, po czym usiadł za stołem.

– Dobrze. – Rozpiął dużą skórzaną torbę, z której wyłożył na stół dokumenty. – „Posiadanie narkotyków z zamiarem sprzedaży” – przeczytał na głos kilka linijek i powoli wypuszczając oddech, dodał: – Do tego zabójstwo. – Mówił cicho. – Lepiej żebyś opowiedział mi, co tam się stało.

KIEDY MOJE SPOTKANIE z adwokatem dobiegło końca, do pokoju weszli gliniarze. Sierżant był krępy, zbyt krępy jak na mundur w średnim rozmiarze, który nosił. Jego pomagier przypominał Starego Gila z „Simpsonów”. Włączyli dyktafon, przedstawili się i takie tam, a potem poradzili, żebym uważał, co mówię. Bo jeśli z moich ust popłyną niewłaściwe słowa, trafię za kratki.

Adwokat dobitnie mi coś uzmysłowił – z gliniarzami łatwo nie będzie.

To było pierwsze wykroczenie, a za samo posiadanie, jak powiedział Damien, Daniel czy inny Darren, być może uda mi się nawet wyjść stąd za kaucją. Nigdy nie byłem na policji i choćby nie wiem jak próbowali powiązać mnie z bratem, na pewno im się to nie uda. Nawet Andre nie chciał, żebym ugrzązł w takim życiowym bagnie jak on. Jeśli postanowią pójść na ostro i mnie zapuszkować, skupią się na zarzucie posiadania narkotyków z zamiarem sprzedaży, ale wtedy będą musieli udowodnić, że narkotyki należały do mnie i to ja je dałem Soni.

Może – adwokat sprawiał wrażenie zakłopotanego, sugerując taką linię obrony – Sonia była notowana w kartotece policyjnej. Kątem oka złowił moje spojrzenie i przeniósł wzrok na mamę. Gdy ta skinęła głową, zapragnąłem na nią krzyknąć.

Sonia nie żyje! Nie może się nawet obronić!

Przez sekundę miałem wrażenie, że widzę myśli mamy. Zmarła ładna blondynka. A ja… ja byłem nastolatkiem z Hackney, którego brat należał do gangu. W dokumentach szybko to wyjdzie, wystarczyłoby pewnie rzucić okiem na moje zdjęcie profilowe na fejsie. Oczami wyobraźni widziałem już nagłówek „Młodociany diler z gangu ZABIJA bezbronne dziewczę”, a pod nim zdjęcia nas obojga – dla porównania i uwydatnienia kontrastu. Sprawy z Andre nie zaszły tak daleko, choć niewiele brakowało. Kiedy raz w lokalnej gazecie obsmarowali go z imienia i nazwiska, mama chciała umrzeć.

Omiotłem ją wzrokiem: siedziała sztywno, wyprostowana, jakby szykowała się do skoku. Obok mnie siedział adwokat, czekał, na wypadek gdybym chciał przerwać przesłuchanie i poprosić o konsultację.

Chcesz mi coś doradzić? Powiedz mi lepiej, jak przywrócić Soni życie.

Zaczęli od łatwych pytań – o której przyszedłem do wesołego miasteczka, co tam z Sonią robiliśmy, jak znaleźliśmy się w kolejce duchów. Skinęli głowami, jakby mi uwierzyli, kiedy powiedziałem im o migrenie.

Sierżant rozsiadł się za biurkiem.

– Czy regularnie bierzesz narkotyki, Marlon?

Cwany dupek!

Mama poruszyła się na krześle. Poczułem, jak kładzie mi dłoń na ramieniu, żeby mnie uspokoić.

– Nie – odparłem. – Nigdy wcześniej nie brałem narkotyków.

Pomagier dyskretnie skinął głową, posyłając mi półuśmieszek.

– Nic a nic? A ja myślałem, że w dzisiejszych czasach już każdy palił trawkę. Nie działa to teraz jak rytuał inicjacyjny? Dzisiaj zioło pali się, jak kiedyś papierosa za szopą z rowerami. Każdy raz w życiu zapalił skręta, co?

Tym razem mama mocno się nachyliła.

– Mój syn nie bierze narkotyków.

Sierżant też się nachylił.

– Jeśli nie spędza pani z synem każdej minuty dziennie, pani Sunday, skąd bierze się pani pewność? Jego dziewczyna umarła po tym, jak razem zażyli ecstasy. Pani przy tym nie było.

Mama przesunęła krzesło tak blisko mnie, że poczułem się jak sardynka wciśnięta między nią a adwokata. Posłała psu twarde spojrzenie.

– Moja pewność bierze się stąd, że zadaję sobie ten trud i rozmawiam z synem. Wiem, co się w jego życiu dzieje.

Pomagier uniósł brwi i odwrócił się do mnie.

– Czyli powiedziałeś mamie o ecstasy?

Poczułem, że moje policzki płoną. Na szczęście brązowa skóra dobrze ukrywa rumieńce.

– Chcesz mi powiedzieć, że to była pierwsza pigułka, jaką zażyłeś? – spytał sierżant.

– Tak, to był mój pierwszy narkotyk.

Słowa, które wypowiedziałem z impetem odbiły się od stołu. Właśnie takiego efektu oczekiwałem. Na policzku czułem palący wzrok mamy. Na początku odchyliła się ona, a później sierżant – jakby grali w „Simon mówi”.

– A co z Sonią? – spytał sierżant. – Czy dla niej również było to pierwsze doświadczenie z narkotykami?

– Skąd mam wiedzieć?

Sierżant zmarszczył brwi.

– Szczególnie nam to nie pomoże.

– Nie, Marlon, nie pomoże. – Mama świdrowała mnie wzrokiem. – Powiedz im po prostu, co wiesz, dobra?

Rozpięła kieszonkę małej skórzanej torebki i wyjęła plastikową saszetkę z pigułkami. Ja kupiłem puszkę coca-coli, żeby zabić posmak, ale pozwoliłem jej się napić w pierwszej kolejności, bo chciałem dotknąć metalu, który wcześniej musnęły jej usta. To chcesz wiedzieć, mamo?

– Pierwszy raz… byliśmy na randce – powiedziałem. – Szczerze mówiąc, zbyt dobrze jej nie znałem.

Pomagier skinął głową, jakby próbował się ze mną zakumplować.

– Sonia Wilson była ładną dziewczyną. Na pewno byłeś wniebowzięty, że zgodziła się pójść z tobą na randkę.

Kątem oka dostrzegłem, że mama nerwowo macha stopą. Zazwyczaj robiła to tylko wtedy, gdy próbowała nie wściekać się na Andre.

Pomagierowi to nie przeszkadzało.

– Kupiłeś narkotyki, żeby jej zaimponować.

– Nie kupiłem żadnych narkotyków.

Kątem oka znów wyłapałem podskakujący punkt: stopa mamy, poruszająca się jeszcze szybciej.

– Taka na oko grzeczna dziewczyna…

Skąd, do diabła, pomagier wiedział, jak wyglądała Sonia? Podniósł brezent i ją sobie obejrzał? Na tę myśl przeszedł mnie dreszcz.

– No to jaki był plan, Marlon? Lekki odlot w wesołym miasteczku, a później? Więcej pigułek? Może miała kilka przyjaciółek, które też mógłbyś obsłużyć?

– Co pan ma, do cholery, na myśli? – Mama była gotowa dać się aresztować.

Gliniarz nie okazał cienia skruchy.

– Jest pani matką Andre Sundaya. Powinna się pani domyślić.

– Nie wierzę. – Potrząsnęła głową. – Upłynęły już ponad trzy lata. Czy wy nigdy nie odpuszczacie?

Pomagier już otwierał usta, żeby odpowiedzieć, ale uprzedził go jego szef.

– W weekendy robi się tu tłoczno, pani Sunday. W latach osiemdziesiątych w dzielnicy królowała heroina. Teraz otwierają się modne kluby. Jak człowiek spaceruje po Kingsland Road, to ma wrażenie, że co tydzień pojawia się nowa tancbuda. A do wyrastających jak grzyby po deszczu dyskotek wali cała hałastra dzieciaków, którym się wydaje, że są strasznie odważne, bo wyszły parę metrów poza granicę z Islington. Szukają czegoś do zażycia, co doda ich nocnej zabawie odrobinę błysku. Co ty na to, Marlon?

– Nic.

Sierżant bawił się swoją obrączką, jakby miał ochotę ją ściągnąć, ale jego kłykcie były za duże, żeby mógł to zrobić.

– Słyszałem, że ostatnio Dalston obsługują goście z E15.

– Nie wiem.

– To kumple twojego starszego brata, prawda, Marlon? Pewnie są dla ciebie jak rodzina.

Pomagier doskonale grał teraz rolę zasępionego człowieka.

– Jak oni się nazywali? Dibz? Watchman? Brzmi znajomo?

– Dla mojego syna to ja jestem rodziną. – Głos mamy brzmiał niemal jak syk. – Nie należy do żadnego z tak zwanych gangów. A ci chuligani nie byli znajomymi Andre.

Pomagier przywołał na twarz smutną minę.

– Oczywiście. Przepraszam.

Mama przysunęła krzesło z powrotem, głośno łapiąc oddech.

Sierżant wydął policzki.

– Podsumujmy, Marlon. Twierdzisz, że wziąłeś trochę ecstasy i nic więcej.

Skrzyżowałem spojrzenia z Damianem, który dyskretnie skinął głową.

– A reszta miała być tylko dla ciebie i dla niej – powiedział pomagier znużonym głosem.

– Tak.

Wtedy sierżant spytał:

– Uprawiałeś z Sonią seks?

Czy co?

Oni tego zwyczajnie nie łapali! To była Sonia Wilson! A ja nazywam się Marlon Sunday! W życiu nie pozwoliłaby mi się nawet pocałować.

Krzesło obok mnie skrzypnęło, ale mama nie powiedziała ani słowa. Gliniarze siedzieli, odchylając plecy do tyłu i patrząc na mnie tak, jakby wszystkie odpowiedzi były już wypisane na mojej twarzy.

– Co to ma z czymkolwiek wspólnego? – spytałem.

– Patolog ją zbada, Marlon.

Będą dźgać ją i szturchać, zdrapywać z niej wszystko i przyglądać się temu. Może nawet potną ją i zszyją ponownie. O Jezu! Jednym haustem wypiłem pół szklanki wody.

Damian czujnie zareagował.

– Życzysz sobie przerwać przesłuchanie?

– Nie, nie trzeba.

Sierżant kontynuował:

– Czyli spałeś z nią?

– Nie.

– Ale była twoją dziewczyną, co?

– Tak. Nie… w pewnym sensie.

Gliniarze spojrzeli po sobie i sierżant powiedział.

– To nie było trudne pytanie, Marlon. Była twoją dziewczyną czy nie?

Mama złożyła ręce w geście modlitwy.

– Już wam mówił. Odpowiedź brzmi: „nie”.

– Czyli nie była twoją dziewczyną. Dobrze rozumiem? – spytał pomagier.

Skinąłem głową.

Sierżant znowu zaczął się bawić obrączką.

– Skąd znałeś Sonię?

Utkwiłem wzrok w grubym paluchu gliniarza.

– Ze szkoły.

– Byliście przyjaciółmi?

Potrząsnąłem głową.

– Czyli podziwiałeś ją tylko z oddali?

Idiota! Udało mi się jednak wziąć głęboki oddech. Nie miałem zamiaru dać mu tej satysfakcji i się otwarcie wkurzyć.

– Była tylko rok starsza – odpowiedziałem. – W szkole pojawiła się parę miesięcy temu.

Pomagier skinął głową.

– Różne roczniki rzadko się integrują, co?

Roczniki? Słabo integrowałem się z ludźmi z własnej klasy, o innych nie wspominając. Czarne spoko ziomy trzymały się razem, zadając się jedynie z kilkoma białymi. Tureckie chłopaki tworzyły takie samo zamknięte grono. Dzieciaki, które chciały pójść na studia, żyły w jakimś równoległym wszechświecie, w którym nauczyciele się uśmiechają i jakby cieszą na twój widok.

A gdzie w tym wszystkim plasowałem się ja? Ani nie byłem wystarczająco fajny, ani wystarczająco bystry, ani nie byłem na tyle dzieciakiem ulicy, żeby ktoś zwrócił na mnie uwagę. Czytałem książki o mózgu i słuchałem starego funku. Byłem tym typem chłopaka, na którego patrzy się jak na powietrze. Ale w ostatni czwartek wszystko się niespodziewanie odmieniło.

– No więc? – Mama mówiła cichym głosem. – Jak ty i Sonia się poznaliście?

– Zapukała do naszych drzwi.

– Słucham?

A kiedy ją zobaczyłem, miałem wrażenie, że spadam w otchłań.

– Po jakie licho ta dziewczyna pukała do naszych drzwi?

Dlaczego mama od razu nie dołączyła do psów po drugiej stronie stołu?

Odwróciłem się do niej.

– Powiedziała, że zna Andre.

– I wpuściłeś ją do środka?

Pomagier wyglądał, jakby próbował powstrzymać ironiczny uśmieszek.

– Czyli w progu twojego domu staje blondynka, którą znasz ze szkoły. Wpuszczasz ją do środka. Co się wydarzyło później?

– Rozmawialiśmy.

– Rozmawialiście. – Mama wypluła to słowo jak przekleństwo.

– Tak. Rozmawialiśmy. Powiedziała, że poznała Andre przez przyjaciela, ale dopiero niedawno się dowiedziała, co się stało. Dlatego pomyślała, że wpadnie i sama zobaczy, jak się sprawy mają.

– Po trzech latach. Jak miło z jej strony.

– Słusznie, mamo. Miło.

– Rozmawialiście. – W głosie matki wciąż pobrzmiewały ostre nuty.

– Tak.

Tyle tylko, że to ja mówiłem, a Sonia zadawała pytania i słuchała, jakby rzeczywiście była zainteresowana. Nie okazała zakłopotania nawet, gdy powiedziałem jej o śmierci taty i wypadku Andre. Odparła, że w jej rodzinie też działy się dziwne rzeczy. Zdradziła mi swoje drugie imię, którego używa tylko jej mama.

Postanowiliśmy, że spotkamy się znowu w sobotę w wesołym miasteczku.