Strona główna » Dla dzieci i młodzieży » Powrót Tapatików

Powrót Tapatików

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7386-354-5

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Powrót Tapatików

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Ale jak wrócić na swoją planetę, kiedy statek kosmiczny jest w stanie dolecieć najwyżej do księżyca? Środek transportu można jakoś zdobyć, ale najpierw trzeba będzie zmienić wroga w przyjaciela. I czy przypadkiem Tapatiki znów nie zabiorą jakiegoś pasażera na gapę?

Polecane książki

Mężczyźni ze słynącego ze skandali rodu Wilde’ów łamią konwenanse i damskie serca. I szukają prawdziwej miłości jak legendarni kochankowie.A namiętnością ustępują jedynie… kobietom z rodu Wilde’ów. Lady Katherine Wilde wierzy, że zwalczyła wszelkie romantyczne uczucia, jakie żywiła do Brandona Dever...
„Wyspy obiecane” to zbiór dwudziestu siedmiu opowiadań o osobach korzystających z usług jednej z firm taksówkarskich w niewielkim mieście pod Londynem. Kierowcą jest polski emigrant, który wraz z wrodzoną ciekawością i chęcią poznawania świata, stara się balansować p...
Każda praca wykonywana zbiorowo wymaga dyscypliny. Nawet szybkie wykopanie rowu wymaga, aby ludzie zeszli o jednej godzinie w określonym punkcie, aby przynieśli z sobą łopaty, aby zgodzili się kopać w wyznaczonym przez ich kierownika miejscu, aby każdy spełnił swoją robotę do końca     ...
Książka stanowi kontynuację serii Klasycy Współczesnej Polskiej Myśli Humanistycznej, prezentującej główne wątki polskich nauk humanistycznych. Jest jedną z najważniejszych pozycji w dorobku Andrzeja Walickiego (ur. 1930), historyka filozofii i myśli społecznej, związanego w latach 60. z tzw. „w...
  Zeszyty historyczne – Dowcip żydowski To jest wyjątkowy rodzaj dowcipu, z którego można się nie tylko śmiać, ale też i sporo nauczyć. Skłonność do dociekania istoty rzeczy, precyzja myśli i słowa, zostały pogłębione przez kolejne generacje uczonych badaczy i talmudystów. Dwa tysiąclecia diaspory w...
„Reguła” autorstwa Leszka Mieszczaka to książka, którą zaliczyć można po części do literatury pięknej jak i powieści filozoficznej. Często zastanawiamy się, dlaczego skręciliśmy w przecznicę, chociaż przed nami droga wydawała się prosta i wygodna. Naszych irracjonalnych decyzji ...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Marta Tomaszewska

Marta Tomaszewska

POWRÓT TAPATIKÓW

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

ROZDZIAŁ I ZAWRÓT GŁOWY OD… NIESPODZIANEK!

– Wysokie Góry! – zawołał Tapatik, choć wszyscy na własne oczy zobaczyli to samo, wszyscy bowiem w tych ostatnich minutach lotu z równą niecierpliwością wyglądali przez iluminatory. – Tapa-ti-ti! – wołał Tapatik, wyrzucając w górę ręce gestem zwycięskiego zawodnika. – Już prawie jesteśmy w domu!

W domu? – pomyślała Tapati z nagłym smutkiem. – Nie, to jeszcze nie nasz prawdziwy dom i jeszcze nie ten powrót. Nasz prawdziwy dom jest na rodzinnej Tapatii, jakże odległej…

Wtuliła drżące wargi w puchowe futerko swego ukochanego Złotego Misia i oparła czoło o chłodną szybkę iluminatora. W dole roztaczał się cudowny widok: słońce właśnie zachodziło i zza ostrych, ośnieżonych szczytów Wysokich Gór, bardzo bliskich, jak gdyby bawiąc się z kimś w zabawę „a kuku, tu jestem”, wyskakiwały psotne czerwone płomyki, niektóre zbiegały niżej, na urwiste zbocza, lśniły i migotały, aż zbocza gór zamieniały się w ogromne, drogocenne klejnoty wpięte w chustę gasnącego nieba. Ale Tapati, tak przecież wrażliwa na piękno otaczającego świata, nie odczuwała, patrząc, zwykłego, zapierającego dech wzruszenia i niczego, wbrew swoim zwyczajom, sobie nie wyobrażała.

Kiedy po raz pierwszy dolatywaliśmy tutaj – przypominała sobie – też słońce zachodziło. Zaraz… to było… Kiedy to było? Rok temu? Przeszło rok! Przeszło rok temu wystartowaliśmy z Tapatii, aby lecieć na Ziemię. Mieszkaliśmy na Jodłowej Polanie i… i tyle przeżyliśmy. Potem polecieliśmy na wyprawę przeciw Mandiablom, którzy chcieli zaatakować Ziemię, i teraz wracamy z tej wyprawy, i… i ja się bardzo cieszyłam, że wracamy, że zobaczę Piastka, Zgryzika i innych.

– Ja się naprawdę szalenie cieszyłam – szepnęła w puchowe ucho swego Złotego Misia – ale teraz jest mi jakoś smutno, wiesz?

– Ugh – mruknął współczująco Złoty Miś, co oznaczało, że rozumie wszystko.

Tego, że Tapati nagle posmutniała, nie zauważył nikt. Babcia (której Dziadek niedawno oddał stery pod pretekstem, że przypomniała mu się niesłychanie ważna rzecz, wymagająca właśnie teraz, na kilka minut przed lądowaniem, pomyślenia w spokoju) prowadziła stereolot. Bimbel nie odrywał oczu od wycelowanej w iluminator ukochanej lunety. Tapatik szalał z niecierpliwości, a robot kuchenny XL pracowicie rozważał, czy na pierwszą po powrocie kolację zrobić naleśniki z serem, czy też może pierożki z kapustą i grzybkami? Dziadek zaś starannie wiązał sobie na szyi tę okropną czerwoną chustkę w żółte grochy, której nikt (poza Chochlą) nie mógł znieść.

– Już widać Jodłową Polanę! – wrzeszczał Tapatik, nieprzytomny z podniecenia. – Tapa-ti-ti! Ja zaraz lecę zobaczyć, jak wygląda ten Yhy-hy Jedenasty!

– Juhu-oho-ho Jedenasty – poprawiła z naciskiem Babcia. – Raz jeszcze proszę cię, Tapatik, żebyś pamiętał, że to nasz jeniec i nie wyśmiewał się z niego.

– Ja się nie wyśmiewam – rzekł obronnym tonem Tapatik. – Ja tylko nie mogę zapamiętać tego jego imienia! A poza tym zawsze można zażartować. Sama Babcia wie, że jak ktoś ma poczucie humoru, to powinien śmiać się nawet wtedy, kiedy sam jest przedmiotem żartów, więc…

– Pamiętaj, że to jeniec, czyli ktoś pokonany – przerwała Babcia tę wygłaszaną ze świętym ogniem tyradę i z uwagą pochyliła się nad pulpitem sterowniczym; przelatywali właśnie ponad pasmem jodeł, co oznaczało, że za chwilę wylądują.

– Pamiętaj, że to syn Wodza i że obiecaliśmy Mandiablom traktować go przyzwoicie – dołożył z emfazą Bimbel, serdecznie rad, że może dokuczyć zapalczywemu kuzynkowi.

– Pilnuj swojej lunety, żeby ci jej ten syn Wodza nie ukradł! – burknął Tapatik, zły. -Słyszałem, że Mandiable kolekcjonują soczewki, takie jak twoje – dodał jeszcze i kątem oka dojrzawszy, że jedynak Cioci Babili zbladł (co oznaczało, że „kupił” tę naprędce wymyśloną bajeczkę), natychmiast zapomniał o całym incydencie. Tym bardziej że Babcia, podprowadzająca stereolot do lądowania, miała poważny kłopot. Mianowicie nie mogła wylądować. Jodłowa Polana bowiem od krańca do krańca wypełniona była tłumem oczekujących, którzy zbiegli się zewsząd, by powitać wracającą z niebezpiecznej wyprawy rodzinę Tapatików.

– O raju, ani centymetra miejsca! – wykrzyknął Tapatik, uradowany. – Widzę nawet Kociubę! Dziadku, ja chyba wydmucham odkurzaczem jakieś miejsce, żebyśmy mogli usiąść!

I już – niepoprawny żartowniś – zerwał się, by biec do Schowka na Różne Potrzebne w Podróży Rupiecie po sławetny przyrząd do rozpędzania chmur, co widząc Tapati ocknęła się ze swego melancholijnego zamyślenia.

– Stój, wariacie! – zawołała przerażona.

Wiedziała, że Tapatik (nieobliczalny, szalony Tapatik) gotów jest wprowadzić swój wariacki pomysł w czyn, którym mógł, jak to już raz niechcący zrobił, zakłócić ich dobrosąsiedzkie stosunki z małymi mieszkańcami Pogórza!

A tymczasem w dole Kociuba, która jak zwykle sztywna i nieporuszona, królowała na ganku domu Tapatików, zorientowała się w sytuacji.

– Kociubie, dzwoń! – rzekła rozkazująco i stojący za jej krzesłem małżonek, Kociub Potulny, z całej siły potrząsnął srebrnym dzwonkiem.

Rozkrzyczany, podekscytowany tłum na Jodłowej Polanie natychmiast umilkł.

– Zróbcie im miejsce, boć nie mają się gdzie posadzić – powiedziała Kociuba swym szeleszczącym, a przecież niosącym się zadziwiająco daleko głosem.

I tłum posłusznie zrobił miejsce…

– No! – odetchnęła Babcia. – Już myślałam, że będę musiała wracać na Księżyc! Zdaje się, że to będzie najtrudniejsze lądowanie w moim życiu – dodała z humorem, ale Tapati dostrzegła, że na jej czole zebrały się kropelki potu, jak wówczas, gdy podchodziła do lądowania na Gukhr – straszliwej planecie widmo!

Babcia jest zdenerwowana! – pomyślała ze zdziwieniem. – Dlaczego? Ach, no jasne! Na Polanie taki tium i zrobili tak mało miejsca. Babcia musi uważać, żeby nikogo nie potrącić. Bo mogło by się stać nieszczęście. – Spojrzała na Dziadka, ale on zupełnie nie zwracał uwagi na to, co się dzieje w kabinie pilota.

– Nie widzę Chochli – rzekł, wpatrując się niespokojnie w dom, a Tapati nie wiedziała, czy ma być na niego zła, czy też ma się roześmiać z jego komicznie strapionej miny.

Żadne jednak z tych sprzecznych uczuć nie zdążyło w niej przeważyć. Babcia bowiem lekko, pewnie, jakby bez najmniejszego wysiłku, posadziła stereolot dokładnie pośrodku mikroskopijnego spłachetka wolnego miejsca, które oczekujący, ścieśniwszy się, łaskawie pozostawili do jej dyspozycji…

– Zupełnie nieźle – burknął Dziadek roztargnionym tonem; jego dolna warga podejrzanie drgała, co było oznaką rosnącej irytacji, nikt jednak, oprócz Tapati, nie wiedział, że Dziadek przeżywa wielkie rozczarowanie, które (na chwilę) przyćmiło radość triumfalnego powrotu: na ganku domu Tapatików stała jedynie Kociuba, niekoronowana królowa Pogórza, z mężem Kociubem Potulnym, a Dziadek spodziewał się zobaczyć tam przede wszystkim Chochlę, drżącą z tęsknoty do… jego czerwonej chustki w żółte grochy – którą tylko ona jedna jedyna w całym wszechświecie podziwiała!…

Dom jest zamknięty na głucho – zdumiała się Tapati, rzuciwszy ostatnie spojrzenie w szybkę iluminatora, i nie pomyślała już nic więcej, bo Tapatik i Bimbel (przy nieznacznej pomocy Babci) odkręcili właz, opuścili schodki, a ledwo rodzina Tapatików na tych schodkach stanęła – z wiwatującego, rozentuzjazmowanego tłumu wybiegło sześciu najsilniejszych Polkoni; jeden schwycił Dziadka, drugi Babcię, trzeci Tapati, czwarty Tapatika, piąty Bimbla, szósty… robota kuchennego XL-a, po czym, energicznie torując sobie drogę, zanieśli wszystkich na ganek. I wtedy nastąpiło coś bardzo dziwnego. Kociuba wstała ze swego krzesła, ale nie, nie wygłosiła powitalnej mowy (jak się tego każdy spodziewał). Z zagadkowym, odrobinę filuternym uśmiechem, który trzepotał w gęstwinie drobnych zmarszczek pokrywających jej twarz niby złota wesoła rybka w sieci (takiego uśmiechu na twarzy Kociuby nie widziano co najmniej od pięciuset lat, a może dłużej, jeżeli było prawdą to, co niektórzy utrzymywali, że liczyła sobie lat przeszło tysiąc), odwróciła głowę w stronę zamkniętych uparcie drzwi domu. Były one nie tylko zamknięte na głucho: stały przed nimi rządkiem trzy rondle wypełnione mętnym płynem. Rondle z takim samym płynem stały również na parapetach okien, a okna były zasłonięte okiennicami!

– Co tu, mianowicie, się dzieje?! – spytał Dziadek z namaszczone miną, jaką przybierał zawsze wtedy, kiedy był zły, że czegoś nie rozumie.

– Oni tu pewnie trzymają tego Yhy-hy! – powiedział z uciechą Tapatik. – Fajowo! Zaraz go zobaczę!

Zobaczył co innego: zamknięte uparcie drzwi uchyliły się powoli, ostrożnie i spoza nich wychynęła… najpierw ręka z rondlem, a potem długi, przypominający klucz zapomniany w zamku, nos!

– Chochla! – zawołał Dziadek, oszołomiony. – Co ty wyprawiasz, Chochla?!

– Pilnuję powierzonego mi do pilnowania domu Tapatików – odparła godnie. – I muszę zachować jak najsurowsze środki ostrożności. Bo w okolicy jest Wróg.

– Ależ, Chochla, to my! To ja, Dziadek Tik! – zawołał Dziadek i zeskoczywszy z ramion Polkonia, ruszył w stronę drzwi.

Drzwi zamknęły się natychmiast. A potem znowu, ostrożnie, powoli, nieco się odemknęły.

– Jeżeli to Dziadek, to co Dziadek ma na szyi? – spytała Chochla podejrzliwie.

– Moją przepiękną chustkę, czerwoną w żółte grochy! – huknął Dziadek, uszczęśliwiony; wówczas, dopiero wówczas, drzwi otworzyły się szeroko, ukazując Chochlę i… korytarz, cały zastawiony garnkami wypełnionymi mętną cieczą!

– Tym razem byłam dobrze przygotowana! – rzekła Chochla dumnie. – Wszędzie, którędy by próbował włazić, miałam pod ręką wodę, żeby go oblać. Wodę ze środkiem odkażającym! – sprecyzowała z naciskiem. – Obiecałam, że będę pilnować domu i że już nigdy nie zmarnuję rosołu, ani żadnej innej zupy – dodała ciszej i rozejrzała się niepewnie, nagle bowiem uświadomiła sobie jednocześnie dwie rzeczy: że wszyscy na nią jakoś dziwnie patrzą i że ona. Chochla, najtchórzliwsze stworzenie na całym Pogórzu, znowu, jak po powrocie stereolotu z akcji ratowniczej przy Diabelskiej Górze (podczas której to akcji, zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy, odegrała bohaterską rolę), stała się ośrodkiem powszechnego zainteresowania (a jest to coś, co wszystkie Chochle ogromnie peszy). – W… wpuszczałam na ganek tylko szanowną Kociubę, bo on, ten Mandiabl, okropnie jej się boi – ciągnęła, spłoszona. – Coś… coś źle zrobiłam? – spytała, zmieszana do łez, i już w popłochu chciała uciec, by skryć się w swoim domku w korzeniach starego buka, gdy Dziadek, odzyskawszy zdolność ruchów, podskoczył do niej, chwycił ją w objęcia i serdecznie ucałował w oba policzki.

– Chochla, jesteś wspaniała! – rzekł z głębi serca. – Wspaniale wywiązałaś się z zadania, które ci, hm… przydzieliłem. Na cześć Chochli, hip hip hura!

– Hura hura hura! – zakrzyknęli wszyscy na Polanie.

Nie, nie wszyscy; robot kuchenny XL nie przyłączył się do okrzyków. On wcale nie był Chochlą zachwycony!

– Zababrała mi karbolem wszystkie garnki – mruknął z dezaprobatą. – Musiała wziąć garnki! Jakby nie było w domu nocników! W czym ja teraz będę gotował? Zupa jagodowa o zapachu karbolowym – pomstował, rzucając na Chochlę złe spojrzenia, a miedziany drucik na jego czole niebezpiecznie poczerwieniał.

Chochla, która nawiasem mówiąc, słuch miała znakomity, usłyszała biadolenie robota kuchennego i natychmiast przyznała mu rację! Zrozumiała, uświadomiła sobie nagle w błysku rozpaczy, że raz jeszcze, wbrew swoim najlepszym intencjom, wyrządziła szkodę.

No jasne, były nocniki, a ja – garnki, jakby nie było nocników – myślała w udręce i w niebotycznym zadziwieniu, że też ona, Chochla, najbardziej tchórzliwe, ale niewątpliwie jedno z najgospodarniejszych (dbających wzorowo o porządek) stworzeń na Pogórzu, mogła tak nierozumnie postąpić. Wstrząśnięta do samej głębi swej chochlowatej duszy, skorzystawszy z chwili nieuwagi Dziadka zwinnie jak jaszczurka ześliznęła się z ganku i smyrgnęła za dom (by uniknąć ciągle wiwatującego na jej cześć tłumu), odnalazła sobie tylko znaną boczną ścieżkę i pobiegła, a wstrząs, który przeżyła, był tak wielki, że nie wiedziała, dokąd właściwie biegnie. Nie wiedziała też, ba, jak najdalsza była od myśli, że ten wstrząs zapoczątkował ogromną, zgoła rewolucyjną zmianę nie tylko w jej życiu, ale w życiu całego rodu mieszkających na Pogórzu Chochli! Wiedziała jedynie, że umysł jej, w myśleniu nie ćwiczony (strach – a podobnie jak wszystkie Chochle żyła w ciągłym strachu – działa paraliżująco na mózg), opanowało bez reszty niepokojące pytanie, domagające się odpowiedzi: jak to się dzieje, że chcesz zrobić coś dobrego, a wychodzi źle?

Biegła co sił w chudych, patykowatych nogach przez oszałamiająco piękny purpurowozłoty jesienny las, opatulona w nieodstępną szarą chustę z frędzlami – uniform wszystkich Chochli – w kontraście jeszcze bardziej szara i niepozorna niż zwykle, aż nagle przystanęła. Bo oto inne niepokojące pytanie uderzyło w nią jak spadający z nieba odprysk meteorytu: A może – pomyślała w nadchochlowatym wysiłku zrozumienia – jest i odwrotnie? Chcesz zrobić coś złego, a wychodzi dobre? Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – przypomniała sobie zasłyszane u Ludzi przysłowie. Zawsze uważała je za wyjątkowo bezsensowne!

– Ze złego dobre, a z dobrego złe – mruczała stojąc, jakby wrosła w ziemię pod wpływem owego pytania. – Rosół zamiast wody, garnki zamiast nocników, chciałam dobrze, wyszło źle. A gdybym chciała źle? Może należy chcieć źle? Mu… musiałabym sprawdzić – szepnęła, patrząc w dal rozszerzonymi zgrozą oczami. – Sprawdzić! – zakrzyknęła, nieświadoma, że jest obiektem zainteresowania Nadgryzionej Kitki, rudej wiewiórki, która kiedyś w walce z wroną straciła część swego ogona, o co miała pretensję do całego świata i temu światu bez przerwy dokuczała, biorąc odwet za swoją krzywdę. – Musiałabym, musiałabym… żeby sprawdzić, musiałabym – powtarzała Chochla bezmyślnie, poczuła bowiem nagłą pustkę w przeciążonym nietypową dla niego pracą mózgu.

Ten właśnie moment wybrała Nadgryziona Kitka, by zrealizować marzenie swego życia. Nadgryziona Kitka mianowicie od dawna marzyła o tym, by trafić skorupką od orzecha (albo inną) w czubek nosa którejś Chochli! Te nosy wydawały się idealnym wprost celem: długie, okrągło zakończone, prowokujące, sterczały w chochlowatych twarzach jak klucz zapomniany w zamku. Nadgryzioną Kitkę po prostu łapki swędziały, kiedy na nie patrzyła. Niestety, widziała je zawsze w ruchu. Tchórzliwe Chochle bowiem przy lada szeleście, byle drgnięciu powietrza brały nogi za pas i uciekały, czy ktoś je gonił, czy nie! A jak trafić skorupką od orzecha (albo inną) w ruchomy cel? Nadgryziona Kitka robiła niezliczone próby i zasadzki – na próżno.

I oto teraz, tego pięknego październikowego popołudnia, siedząc sobie na gałęzi rozłożystego dębu ze smakowitym żołędziem w pyszczku, dojrzała w dole Chochlę stojącą nieruchomo pośrodku polanki! Sterczący nos w całej swej okazałości lśnił w czerwonawym blasku zachodzącego słońca… Z szalonej emocji obsunęła się nieco na gałęzi, ale ku jej graniczącemu z osłupieniem zdumieniu Chochla, tak przecież czujna na każdy szelest, nie drgnęła! Teraz albo nigdy – pomyślała Nadgryziona Kitka, wyjmując ostrożnie żołądź z pyszczka.

– Żeby sprawdzić, musiałabym, musiałabym – powtarzała bezradnie Chochla, gdy wtem… poczuła rozdzierający ból. Gwiazdy zatańczyły przed jej oczami, a w otępiałym mózgu eksplodowało światło.

– Ha! ha! ha! ha! ha! ha! – zaśmiewała się Nadgryziona Kitka, huśtając się na gałęzi jak psotna małpka na drążku. – Prosto w nos! Trafiłam ją prosto w nos! W sam czubek! Trafiłam! Ha! ha! ha! – triumfowała.

Tymczasem Chochla… wcale nie zdawała sobie sprawy z tego, że coś ją uderzyło w nos! Więcej: nie słyszała, że ktoś się śmieje!

– Była – opowiadała potem Nadgryziona Kitka (w nabożnym zdumieniu) – jak zauroczona. Jak gdyby ją coś poraziło.

A Chochlę istotnie coś poraziło: w eksplozji światła, które wyrwało jej mózg z odrętwienia, odnalazła dalszy ciąg zaczętego zdania: musiałabym… znowu coś przeżyć. (Pełne zdanie brzmiałoby więc tak: Żeby sprawdzić, czy jest odwrotnie, to znaczy, czy gdybym chciała źle, to wyszłoby dobrze, musiałabym znowu coś przeżyć). Znowu zanurzyć się w życie? Nie! – zaprotestowała z mocą. – Dosyć! To już wolę myśleć! Choć to też niebezpieczne. Bo kto wie, co się może komu wymyślić! Ale przynajmniej nie marnuje się cudzych garnków i cudzego rosołu! I nikt nie może mieć o to pretensji! – Doszedłszy do takiego wniosku, Chochla nie wahała się dłużej. Już wiedziała, co ma robić, dokąd ma pójść. Lekkim, prawie radosnym krokiem, absolutnie różnym od zwykłego, trwożliwego skradania się właściwego Chochlom, pobiegła prosto do swego domku w korzeniach starego buka (Nadgryziona Kitka, której ciekawość pobudzona była do stanu wrzenia, towarzyszyła jej górą, skacząc z gałęzi na gałąź). A tam – najpierw zrobiła generalne porządki, potem zaś wystawiła na ganek duży, wygodny fotel, zasiadła w nim, opatuliła się szczelnie swą szarą chustą i – zaczęła rozmyślać.

Tymczasem na Jodłowej Polanie przed domem Tapatików, którego Chochla pilnowała tak dzielnie w czasie ich nieobecności, odbywała się Wielka Uroczystość Powitalna.

Tego, że Chochla uciekła, prawie nikt nie zauważył. Poza Dziadkiem i robotem kuchennym XL. Dziadek przez chwilę był zły. Pocieszył się jednak szybko; zabrakło Chochli, zachwycającej się jego czerwoną chustką w żółte grochy, ale był cały ogromny tłum pragnący wyrazić swój podziw dla Dziadka, bohaterskiego wodza wyprawy przeciw Mandiablom… Robot kuchenny XL natomiast szczerze się uradował tym, że bezrozumne stworzenie, które nie potrafiło (tak myślał) odróżnić, do czego służy garnek a do czego nocnik, zeszło mu z oczu. Ruszył do kuchni i tam, nieoczekiwanie, trochę się udobruchał. Stwierdził bowiem, że po pierwsze, Chochla utrzymywała cały dom (a więc i kuchnię) we wzorowym porządku, po drugie, że kilka garnków (a wśród nich ten największy ze wszystkich, bardzo mu teraz potrzebny) ocalało z pogromu. Natychmiast z pasją i z furią przystąpił do gotowania specjalnej potrawy na wyjątkowo uroczyste okazje, którą to potrawę wybrał nie dlatego, że uważał obecną okazję za wyjątkowo uroczystą, a dlatego, że – był tego pewien – jej cudowny, niebiański wprost zapach z pewnością przytłumi nienawistną mu woń karbolu. Trzeba tu zaznaczyć, że XL nie ośmieliłby się przystąpić do gotowania tej potrawy, gdyby nie był tak bardzo rozwścieczony. Nigdy jeszcze nie gotował jej sam, bez pomocy i nadzoru Babci; tego niezwykłego dania nie zaprogramowano w jego (pojemnym wszak) mózgu, mózgu robota uniwersalnego starego typu, nie znali go bowiem nawet sami programujący dietetycy. Przepis znała jedynie Babcia, która nauczyła się go od swojej matki, ta zaś od swojej matki, czyli Babci babci itd., itd. Słowem, przepis na tę potrawę stanowił przekazywaną z pokolenia na pokolenie tajemnicę rodzinną, zazdrośnie strzeżoną, której początek, jak kpiąco określił to Dziadek, ginął w mrokach dziejów.

Na taką to potrawę porwał się robot kuchenny XL! Zresztą wcale nie miał wrażenia, że przyrządza ją sam. Przez cały czas, kiedy mieszał, dosypywał, dolewał, czuł obok siebie obecność Babci, słyszał jej głos udzielający mu wskazówek, a przecież Babcia była zupełnie gdzie indziej: siedziała razem z innymi uczestnikami bohaterskiej wyprawy przeciw Mandiablom na specjalnie dla nich zbudowanym podium w najpiękniejszym zakątku Jodłowej Polany – pod ogromnym, rozłożystym modrzewiem, jaśniejącym w tle ciemnego, puszystego aksamitu jodeł niby misterny, delikatny haft.

Powiedzieć, że Tapatik dąsał się, to za mało. Tapatik kipiał, jakby był tą potrawą gotowaną przez XL-a, która raz po raz, wybiegając ku górze, niecierpliwie unosiła pokrywę garnka. I trzeba go było, podobnie jak tę potrawę, pilnować. Żeby nie wykipiał. To znaczy, żeby nie uciekł z odbywającej się, przecież i na jego cześć, uroczystości.

Tapatik nie miał nic przeciw uroczystościom, podczas których sławiono jego bohaterskie czyny. Na tej, co prawda, główną rolę kreował Dziadek, ale nie to doskwierało Tapatikowi. Ostatecznie i on miał o czym opowiadać, ho, ho. Doskwierało mu co innego. Mianowicie na uroczystość nie przyprowadzono jeńca zestrzelonego przez Gurula (o czym nikt, włącznie z Gurulem, nie wiedział), syna Wodza Mandiablów wysłanego w celach wywiadowczych na Ziemię, z której uprzednio Mandiable podstępem wywabili Tapatików.

– Uczyli mnie na historii, że kiedy zwycięski wódz wracał z wojny, to szedł przez miasto w triumfalnym pochodzie, a za nim pędzono tysiące jeńców! – rzekł, nie posiadając się z oburzenia, gdy stwierdził, że Mandiabla nie ma nie tylko w domu Tapatików, lecz w ogóle na Jodłowej Polanie! – A my mamy tylko jednego i gdzie on jest? W szopie we wsi! Zamiast być tu. I kto go pilnuje? Jakiś Izik, a wiadomo, że Iziki są waleczne tylko wówczas, gdy ktoś chce im odebrać jedzenie! A w ogóle, to ja chcę go zobaczyć!!!

– Zrozum, Tapatik – tłumaczyła Mama Piastka. – Nie mogliśmy go tutaj przyprowadzić. Bo on okropnie boi się szanownej Kociuby i mdleje na jej widok. Więc to byłoby niehumanitarne, gdybyśmy go zmuszali. Przyjdzie razem z Izikiem, jak skończy się uroczystość i szanowna Kociuba odejdzie.

– I nie bój się, on nie ucieknie – dodał serdecznie Piastek. – Wie o układzie, który zawarliście na Księżycu z Mandiablami.

A ja tam bym próbował uciekać, układ nie układ! – pomyślał buńczucznie Tapatik. -Może bym nie uciekł, ale bym próbował. I ja się nigdy nie bałem Kociuby! Nawet kiedy mnie wezwała na sąd.

– Tapatik, on przyleciał na zwiad tutaj, na Ziemię, czyli na obce terytorium, sam – powiedziała z naciskiem Tapati, która bez trudu odgadła myśli przebiegające przez głowę brata bliźniaka. – Sam i na pewno na ochotnika, bo przecież jest jedynym synem Wodza i na pewno nie musiał. Więc jednak jest dzielny.

– A tam, dzielny! – burknął Tapatik, ale nie podjął dyskusji. Myślał już bowiem o czym innym: jak urwać się z uroczystości. Postanowił, że w pierwszym sprzyjającym momencie ucieknie i pobiegnie do wsi…

Ten zamiar bezbłędnie odgadła z kolei Babcia. W wyniku czego Tapatik znalazł się tam, gdzie wcale nie zamierzał być, czyli na podium, skąd uciec było niepodobieństwem. Siedział na oczach wszystkich, a poza tym z jednej strony miał Babcię, a z drugiej Tapati i obie go pilnowały! Nic więc dziwnego, że kipiał…

Przygotowywana przez XL-a potrawa też kipiała. Aromatyczny, napędzający ślinkę do ust zapach ulatywał przez otwarte okno ku wielkiej uciesze ciepłego wiaterku, który go porywał, rozpylał po całej Jodłowej Polanie i jeszcze dalej. Wkrótce też nos Chochli (bardzo wszak wystający i chwytliwy), pogrążonej w rozmyślaniach na ganku domku w korzeniach starego buka, był jedynym nosem w okolicy, który nie zaczął odruchowo drgać i węszyć. Dziadek – który właśnie opowiadał o tym, jak dzięki genialnie prostemu podstępowi uniknęli sprowokowanego przez Mandiablów zderzenia z planetą widmo Gukhr – raz i drugi spojrzał niespokojnie w stronę widocznego stąd okna kuchni, wreszcie urwał w pół słowa, wciągając powietrze jak niuch tabaki, ale nie, oczywiście nie kichnął. Zaczął się jąkać, tracić wątek…

– Więc, tego… więc… przyciąga nas, a my, tego… no, osłona kosmetyczna, puder z mąką, co to ja chciałem… aha, więc puder pachniał, pachniał… pachniał – powtórzył po raz trzeci z bezradnością równą tej, z jaką Chochla niedawno powtarzała swoje „musiałabym, musiałabym”. Żadna jednak skorupka żołędzia (czy inna) nie uderzyła go w nos. Sam uświadomił sobie, że stracił wątek i całą winą za ów kompromitujący go fakt obarczył Babcię (oczywiście!).

– Co tu mianowicie, Dusieczko, tak… wspaniale pachnie? – spytał, zwracając ku niej poirytowaną twarz, i całkiem bezwiednie mlasnął językiem, a potem, również bezwiednie, oblizał się. Co zobaczywszy, Kociuba uśmiechnęła się delikatnym, trzepoczącym w sieci zmarszczek jak złota rybka uśmiechem.

– Ktoś gotuje polewkę myśliwską – powiedziała swym szeleszczącym głosem.

– Polewkę myśliwską! No jasne! – zawołał Dziadek, uradowany. – Od razu poznałem. Od razu poznałem! To na pewno XL gotuje!

– XL nie ma tej potrawy zaprogramowanej, Dziadku – rzekła Tapati, zaintrygowana.

– Nie ma, ale gotuje! To przecież nasze specjalna potrawa, której nikt poza nami, Tapatikami, nie zna, więc…

– Tiku, przecież szanowna Kociuba powiedziała przed chwilą jej nazwę – wtrąciła Babcia.

Dziadek potrząsnął głową jak zegarkiem, który z niewiadomych powodów stanął.

– Niemożliwe! Widocznie ja najpierw powiedziałem, bo właśnie myślałem, że to polewka myśliwska tak pachnie! I na pewno myślałem to głośno. Moi mili, mamy tu dowód na to… – ciągnął, rozpromieniony.

– My znamy tę potrawę – przerwała Mama Piastka. – Przyrządzamy ją na wyjątkowo uroczyste okazje.

Dziadek zgasł. Jego jeszcze przed chwilą rozpromienione oczy wypełniło rozczarowanie.

– E, to pewnie któryś z Izików pomaga XL-owi, albo sam Izik gotuje. A ja już myślałem, że mamy dowód na to, że nawet w zaprogramowanym mózgu może się coś zmienić pod dobrym wpływem.

Machnął ręką, zrezygnowany, i właśnie wtedy XL wyszedł na werandę.

– Czy Babcia każe podać w domu, czy mam rozstawić stół na Polanie? – zapytał. – Ja… ja przepraszam… – ciągnął, speszony dziwną ciszą, która przyjęła jego pojawienie się – przepraszam, że sam gotowałem, ale ja…

– XL! – wrzasnął Dziadek, skacząc jak konik polny. – Sam ugotowałeś?!

XL, wyraźnie zmieszany, przytaknął głową.

– Tak, ja… – bąknął niepewnie.

– Hura! – krzyknął Dziadek, podrzucając w górę swą cenną piankową fajkę. – No, proszę! Mamy tu niezbity dowód na to, że dobry przykład może wpłynąć nawet na zaprogramowany mózg!

– Myślę, Tiku – Babcia uśmiechnęła się filuternie – że zyskaliśmy dowód również na coś innego! Ten właśnie dowód – ciągnęła po krótkiej, ale wymownej pauzie – dla którego zdobycia zorganizowałeś naszą wyprawę na Ziemię.

– J-jak to? – zająknął się Dziadek, kompletnie oszołomiony.

– No, bo jeśli oni, tu na Ziemi, znają przepis na myśliwską polewkę, stanowiący ginącą w mrokach dziejów tajemnicę naszego rodu, to znaczy, że…

– Kolebką naszego rodu była planeta Ziemia – dokończył Tapatik pompatycznie i już, już miał, korzystając z tego, że w powstałym zamieszaniu nikt go nie pilnuje, zeskoczyć z podium i uciec, gdy wtem kątem oka zerknąwszy na Bimbla (bo Bimbel z czystej złośliwości mógł narobić alarmu), stwierdził, że jedynak Cioci Babili wcale nie bierze udziału w ogólnym podnieceniu, natomiast przyklęknąwszy na siedzeniu, z bardzo dziwnym uśmieszkiem wpatruje się w coś przez swą ukochaną lunetę…

Był to, powiadam wam, taki uśmieszek, że Tapatik natychmiast zapomniał o zamierzonej próbie ucieczki i spojrzał w tym samym kierunku, usiłując zobaczyć to coś, co zafrapowało Bimbla, a co, sądząc po tym uśmieszku, zapowiadało nie lada sensację. Wszystkie inne oczy wlepione były w Dziadka.

Dziadek zaś przez chwilę, bardzo krótką (choć doprawdy nikomu nie przyszło do głowy doszukiwać się najmniejszego bodaj podobieństwa między jego okrągłą, rumianą twarzą, a chudą, zawsze trochę szarawą twarzą Chochli, a zwłaszcza między jego nosem potężnym, wyrazistym jak mocny akord w symfonii, a jej, długim i cienkim), wyglądał dokładnie tak jak Chochla w chwili, gdy celnie rzucona skorupka żołędzia trafiła ją w sam czubek nosa. (Jeżeli nie wierzycie, zapytajcie Nadgryzioną Kitkę). Szybko jednak stał się znowu podobny do siebie, czyli do Dziadka, i to Dziadka triumfującego.

– A więc, moi mili, obydwa cele, które przyświecały wyprawie na Ziemię, zostały osiągnięte – rzekł, wyjątkowo jak na niego uroczyście. – Udowodniliśmy, że, jak to zresztą przypuszczałem, nasz ród pochodzi z planety Ziemia, co było, przypominam, naszym celem pierwotnym. I po