Informacja: Serwis ebooky.pl to serwis dla miłośników książek, nie ma tutaj możliwości pobrania ich w nie autoryzowany sposób, wyświetlamy jedynie porównywarkę cen. Nie każda pozycja jest dostępna do zakupienia, jeżeli znalazłeś błąd napisz na adres: kontakt@ebooky.pl. Dokładamy wszelkich starań, aby baza książek była aktualizowana.

Strona główna » Sensacja, thriller, horror » Przeciw wszystkim wrogom

Przeciw wszystkim wrogom

4.00 / 5.00

Nie widzisz powyżej porównywarki cenowej? To oznacza, że powyższa publikacja jest niedostępna do kupienia.

Znalazłeś błąd? Skontaktuj się nami.

* - klikając w reklamę zostaniesz przekierowany do zewnętrznej strony. Nie mamy wpływu jak działa i co wyświetla zewnętrzny serwis. Mogą pojawić się nieprzyzwoite lub denerwujące reklamy. Zalecamy korzystanie z markowego antywirusa i wtyczek blokujących niechciane treści. Kliknięcie reklamę nie umożliwia pobrania plików chronionych prawem autorskim.

Zgłoś naruszenie praw autorskich

Kilka słów o książce pt. “Przeciw wszystkim wrogom

axwell Moore jest byłym komandosem, legendą Navy SEALs. Przeszedł mordercze szkolenie, brał udział w wojnie w Iraku oraz wielu akcjach na Bliskim Wschodzie. Mówi językiem , posiada ciemną karnację; dzięki temu potrafi z łatwością wtopić się w lokalną społeczność Indii i Pakistanu. Teraz pracuje dla CIA. Kiedy w wyniku zamachu bombowego w Islamabadzie giną wszyscy pracownicy tajnej placówki CIA oraz bezcenny pakistański informator, Moore – jedyny, który przeżył wybuch – podejrzewa zdradę, także we własnych szeregach. Dochodzenie utyka w martwym punkcie: wszyscy potencjalni świadkowie i ich rodziny są po kolei likwidowani przez afgańskich terrorystów. By wytropić zdrajcę i powstrzymać największe zagrożenie dla bezpieczeństwa Ameryki od czasu zamachów na WTC, Moore musi powrócić do kraju. I podjąć się kolejnej misji: zinfiltrowania potężnego kartelu narkotykowego, na którego czele stoi Jorge Rojas, najbogatszy Meksykanin, trzymający w garści policję właściciel imperium przemysłowego. W głęboko skorumpowanym Meksyku to on rozdaje wszystkie karty. Tymczasem na terytorium USA przenikają talibskie bojówki uzbrojone w ręczne wyrzutnie rakiet. Terroryzm zyskał właśnie nowe, jeszcze bardziej przerażające oblicze...

Polecane książki

Poradnik do gry LEGO Harry Potter: Lata 1-4 zawiera wszystkie informacje potrzebne młodemu czarodziejowi do ukończenia gry w 100%.LEGO Harry Potter Lata 1-4 - poradnik do gry zawiera poszukiwane przez graczy tematy i lokacje jak m.in. Zaklęcia i zdolności magiczne (Podstawy)Garść porad (Podstawy)Prz...
Zamek Jutrzenki organizuje turniej rycerski! Kiedy podczas ćwiczeń jeden z giermków zostaje ranny, Sir Benedykt proponuje Krzysi, by zajęła jego miejsce. Jest tylko jeden problem: Krzysia nigdy dotąd nie jeździła konno. Nie dość na tym, za każdym razem piękna Bella zrzuca Krzysię z grzbietu! Czas uc...
Groźny cień - The Great Shadow - La Grande Ombre – książka w trzech wersjach językowych: polskiej, angielskiej i francuskiej.Sir Arthur Ignatius Conan Doyle (1859-1930) – szkocki pisarz, wolnomularz, spirytysta, czołowy przedstawiciel nurtu powieści detektywistycznych, w których głównym bohaterem je...
Szeroko rozpowszechniony przesąd głosi, że ten, kto chce być zdrowy i szczupły, powinien odmawiać sobie tłustego jedzenia. Tymczasem niskotłuszczowy dogmat wywołał największą epidemię nadwagi i eksplozję chorób przewlekłych wszech czasów. dr Anne Fleck, nazywana pionierką zdrowia, z pasją rozprawia ...
  Pan Przypadek i cykliści to już ósmy tom popularnej serii komedii kryminalnych o przygodach błyskotliwego detektywa Jacka Przypadka. W tej części rozwiązuje on sprawy, które kręcą się wokół dwóch kółek. W zagadce Mistrz kierownicy już nie ucieka stara się odnaleźć mordercę, który zakradł się do sn...
Tylko ludzie niezwykli, ludzie z wielką charyzmą, potrafią zainspirować innych do działania.Małgorzata Kotwica jest kobietą niezwykłą. Liderka łódzkiego Klubu ONA Agaty Młynarskiej, inicjatorka wielu akcji społecznych, współorganizatorka festiwali. Ambasadorka przedsiębiorczości.Małgosia dzieli się ...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Tom Clancy

Tytuł oryginału:

AGAINST ALL ENEMIES

Copyright © Rubicon Inc. 2011

All rights reserved

Published by arrangement with G.P. Putnam’s Sons,

a member of Penguin Group (USA) Inc.

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz 2012

Polish translation copyright © Grzegorz Kołodziejczyk 2012

Redakcja: Joanna Morawska

Konsultacja wojskowa: Michał Andrzejewski

Projekt graficzny okładki: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7659-479-8

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

2012. Wydanie elektroniczne

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych– jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o. o.

Uważamy Al-Kaidę za straszliwe zagrożenie, ale nic nie wiadomo o kartelach narkotykowych.

Nieznany z nazwiska agent FBI w El Paso w Teksasie

Każdy ma swoją cenę, chodzi o to, by ją poznać.

Pablo Escobar

W Meksyku śmierć jest bardzo blisko. Można to powiedzieć o każdym kraju, gdyż śmierć stanowi część życia, lecz w Meksyku kryje się ona pod wieloma postaciami.

Gael Garcia Bernal

PROLOGRendez-vous Foxtrot

Godzina 2.15, Morze Arabskie

8 kilometrów na południe od ujścia rzeki Indus,

wybrzeże Pakistanu

Zaciemniony okręt to okręt obciążony, myślał Moore, stojąc przed sterówkąkutra patrolowego typu OSA-1 o nazwie Kuwwat. Jednostka powstała w stoczni w Karaczi, lecz jej konstrukcja oparta była na starym radzieckim projekcie; miała nawet takie samo uzbrojenie jak rosyjskie kutry składające się z czterech wyrzutni rakiet HY-2 klasy woda-woda oraz dwóch sprzężonych działek przeciwlotniczych kaliber 25 mm. Trzy silniki wysokoprężne mogły rozpędzić czterdziestometrowy kuter do trzydziestu węzłów. Okręt mknął po falach, które wiszący nisko nad horyzontem wąski sierp księżyca przykrył srebrzystą poświatą. Zaciemnienie oznaczało, że jednostka porusza się z wyłączonymi światłami burtowymi i masztowymi. Zgodnie z Międzynarodowymi przepisami o zapobieganiu zderzeniom na morzu (Colregs) w razie kolizji wina spadłaby na Kuwwata bez względu na okoliczności.

Nieco wcześniej tego samego dnia, o zmierzchu, Moore szedł po molo w Karaczi z podporucznikiem Sajjidem Mallaahem; za nimi podążało czterech żołnierzy z pakistańskich specjalnych sił morskich, SSGN. Jest to jednostka podobna do amerykańskich Navy SEALSs1, lecz jej dowództwo nie stoi na porównywalnym poziomie. Znalazłszy się na pokładzie Kuwwata, Moore zdecydowanie poprosił o to, by oprowadzono go po okręcie. Obchód zakończył się spotkaniem z dowódcą kutra, porucznikiem marynarki Maksudem Kajanim, który z roztargnieniem wydawał właśnie rozkaz wyjścia z portu. Dowódca był niewiele starszy od zaledwie trzydziestopięcioletniego Moore’a, lecz na tym ich podobieństwa się kończyły. Potężne bary tego drugiego silnie kontrastowały ze szczupłą sylwetką Kajaniego, ledwie zarysowaną pod materiałem munduru. Porucznik miał zakrzywiony nos, a jeśli ogolił się w ciągu minionego tygodnia, to nie było tego widać. Mimo niedbałego wyglądu dwudziestoośmioosobowa załoga traktowała go z najwyższym szacunkiem. Gdy się odzywał, marynarze stawali na baczność. Po dłuższej chwili Kajani mocno uścisnął dłoń Moore’a.

– Witam na pokładzie, panie Fredrickson.

– Dziękuję, panie poruczniku. Jestem wdzięczny za pomoc.

– Bardzo proszę.

Rozmawiali w urdu, narodowym języku Pakistanu, którego Moore’owi łatwiej było się nauczyć niż dari, paszto czy arabskiego. Pakistańskim marynarzom przedstawiono go jako Grega Fredricksona, Amerykanina, choć ciemna karnacja jego skóry, gęsta broda i długie czarne włosy upięte w kucyk pozwalały mu, gdyby zechciał, uchodzić za Afgańczyka, Pakistańczyka lub Araba.

– Proszę się nie obawiać – ciągnął Kajani. – Zamierzam dotrzeć do celu szybko, może nawet przed czasem. Nazwa tej jednostki oznacza „dzielność” i ona w pełni na nią zasługuje.

– Wspaniale.

Punkt oznaczony kryptonimem Foxtrot, w którym wyznaczono spotkanie, znajdował się niespełna pięć kilometrów od wybrzeża Pakistanu, tuż obok delty Indusu. Tam miano przejąć więźnia z indyjskiej łodzi patrolowej Agraj. Rząd Indii zgodził się przekazać niedawno pojmanego dowódcę talibów Achtera Adama; twierdzono, że jest to wartościowy jeniec, który zna cenne informacje o rozmieszczeniu sił talibów wzdłuż południowej części granicy afgańsko-pakistańskiej. Zdaniem Hindusów Adam nie zdążył jeszcze powiadomić swoich o tym, że został schwytany; po prostu zniknął na dwadzieścia cztery godziny. Mimo to czas odgrywał kluczową rolę. Rządy obu krajów chciały zapobiec temu, by talibowie dowiedzieli się, że Adam wpadł w ręce Amerykanów. Właśnie dlatego żadne amerykańskie jednostki ani czynniki wojskowe nie brały udziału w operacji. Jedyny wyjątek stanowił pewien współpracownik CIA o nazwisku Maxwell Steven Moore.

On zaś miał złe przeczucia w związku z tym, że grupą zabezpieczającą akcję dowodzi młody niedoświadczony podporucznik; jednak w czasie krótkiej odprawy oznajmiono mu, że Mallaah, młodzieniec pochodzący z miejscowości Thatta w prowincji Sindh, jest bezgranicznie lojalny, godny zaufania i cieszy się szacunkiem. Moore uważał, że na lojalność, zaufanie i szacunek trzeba sobie zasłużyć, a to, czy młody podporucznik stanie na wysokości zadania, dopiero się okaże. Zadanie nie było trudne i polegało na dopilnowaniu transportu oraz zapewnieniu bezpieczeństwa Moore’owi oraz jeńcowi.

Kiedy Achter Adam trafi bezpiecznie na pokład, Moore zacznie go przesłuchiwać już w drodze powrotnej do Karaczi. Zamierzał ustalić, czy talibski dowódca rzeczywiście jest wart zainteresowania CIA, czy też można go zostawić Pakistańczykom.

Ciemność po lewej stronie przeszyły trzy krótkie błyski światła z latarni strzegącej ujścia rzeki Indus. Sekwencja sygnałów powtarzała się co dwadzieścia sekund. Ze wschodu, od strony dziobu, ukazał się jasny błysk latarni morskiej powtarzający się co dwanaście sekund. Obrotowa latarnia leżała na granicy pakistańsko-indyjskiej, na spornym terytorium Kajhar Creek. Moore zwrócił szczególną uwagę na nazwy, lokalizacje i sekwencje świetlne latarń, które pokazano mu na mapach w czasie odprawy. Nawyków komandosa Navy SEALs niełatwo się pozbyć.

Księżyc miał zajść o drugiej dwadzieścia, zachmurzenie wynosiło pięćdziesiąt procent, dlatego Moore spodziewał się, że o trzeciej, w czasie spotkania, będzie panowała całkowita ciemność. Hindusi także płynęli w zaciemnieniu. Błyski światła z dwu latarń pozwolą Moore’owi zachować orientację.

***

Porucznik Kajani dotrzymał słowa. Dopłynęli do punktu Foxtrot o drugiej pięćdziesiąt i Moore podszedł do jedynego noktowizora na pokładzie kutra, zamontowanego przy lewej burcie. Kajani już tam był. Mallaah i jego drużyna czekali na głównym pokładzie, by przejąć jeńca z indyjskiej jednostki, gdy ta przybędzie.

Kajani odsunął się od noktowizora i skinął na Moore’a. Pomimo gęstniejących chmur gwiazdy emitowały tyle światła, że indyjski kuter patrolowy klasy Pauk wyglądał jak skąpany w przedziwnej zielonkawej poświacie; widać było numer 36 wymalowany na kadłubie. Agraj zbliżał się od strony dziobu Kuwwata; miał wyporność pięciuset ton i był dwa razy większy od pakistańskiego kutra. Jego uzbrojenie stanowiło osiem rakiet woda-powietrze typu GRAIL oraz podwójna wyrzutnia rakiet RBU-1200 ASW umieszczona na dziobie. Każda wyrzutnia składała się z dziesięciu kontenerów, które mogły wystrzeliwać wabiki, rakiety woda-woda klasy ASW, a także pociski do zwalczania okrętów podwodnych. Kuwwat wydawał się maleńki w porównaniu z indyjskim okrętem.

Agraj rozpoczął przygotowanie do manewru podejścia do lewej burty pakistańskiego kutra; Moore dostrzegł nazwę jednostki namalowaną czarnymi literami na rufie, tuż ponad białą mgiełką unoszącą się nad pianą fali wzbijanej przez dziób. Zerknąwszy na mostek na prawej burcie kutra, zobaczył błysk latarni tworzący sekwencję sygnałów krótki-długi, krótki-długi. Usiłował przypomnieć sobie, która latarnia je wysyła. Agrajwykonał zwrot, a Kajani wychylił się za burtę, wydając rozkazy marynarzom rozkładającym odbijaki mające uchronić kadłub przed zderzeniem, gdy jednostki zetkną się burtami.

Sekwencja sygnałów świetlnych powtórzyła się: krótki-długi, krótki-długi.

To nie latarnia, do cholery, pomyślał Moore. W międzynarodowym kodzie Morse’a sygnał Alfa-Alfa oznacza pytanie: „Coście za jedni?”.

Moore poczuł zimny dreszcz na plecach.

– Panie poruczniku, wysyłają do nas sygnał Alfa-Alfa. Ktoś rzuca nam wyzwanie!

Kajani skoczył w stronę sterówki na prawej burcie, Moore pośpieszył za nim. Ile razy wysłano sygnał? Jednostka znajdowała się na pakistańskich wodach terytorialnych. Jakie zasady walki obowiązują u Pakistańczyków?

W powietrze wystrzeliła raca, rozświetlając mrok nocy i rzucając głębokie cienie na pokłady obu kutrów. Moore spojrzał w bok i w odległości kilometra zobaczył wynurzający się z wody kształt. Okręt wyglądał jak straszliwa zjawa z ogromnym czarnym żaglem. Ciemny pokład oblewała woda, dziób był skierowany w stronę kutra. Dowódca łodzi podwodnej rozkazał wynurzenie, a następnie wystrzelił racę, by oświetlić cel ataku.

Kajani podniósł do oczu lornetkę wiszącą na jego szyi i dostroił powiększenie.

– To Szuskkuk, nasza jednostka! Powinna stać w porcie!

Moore’a ścisnęło w piersi. Co, u diabła, robi pakistańska łódź podwodna w wyznaczonej strefie kontaktu?

Skierował spojrzenie na Agraja; talibski jeniec powinien już być na pokładzie. Miał być ubrany w czarny kombinezon i turban, jego ręce powinny być skrępowane. Eskortę mieli stanowić dwaj silnie uzbrojeni komandosi z indyjskiej floty. Moore odwrócił głowę w stronę okrętu podwodnego…

Nagle ujrzał fosforyzującą linię lekko wzburzonej wody sunącą obok rufy pakistańskiego kutra w stronę Agraja.

– Torpeda! – krzyknął, wskazując ręką.

Błyskawicznie zaszedł Kajaniego od tyłu, wypchnął go za burtę i skoczył. Torpeda uderzyła w Agraja, nastąpiły potężny grzmot i błysk. Przerażająca bliskość zdarzenia sprawiała, że wszystko wydawało się surrealistyczne. Odłamki zadudniły o kadłub Kuwwata i z pluskiem siekły wodę.

Oczy Moore’a się rozszerzyły. Fala parującej, syczącej wody sunęła w jego stronę. Podgrzały ją rozpalone do białości fragmenty burt i pokładu oraz siła eksplozji torpedy, która wciąż rozrywała pokład kutra. Kiedy dotknął powierzchni tuż obok ostrego kawałka stali, kula ognia wzbiła się nad rakietami Agraja

I wyrzutniami pocisków na pokładzie.

Zanurzył się, uderzając w coś stopami. Wypłynął na powierzchnię i obrócił głowę, szukając wzrokiem porucznika. Kajani był tuż obok, prawie na wyciągnięcie ręki.

Nagle trzy rakiety na pokładzie indyjskiego kutra zionęły ogniem prosto na wyrzutnie rakiet znajdujące się na Kuwwacie. Rozległ się potężny huk, błysnęło; Moore odruchowo skrył głowę pod wodą. Podpłynął do porucznika, który unosił się na wodzie i wydawało się, że jest półprzytomny. Jego twarz zalała krew z głębokiej rany po lewej stronie głowy. Musiał uderzyć głową w odłamek stali, gdy wpadał do wody. Moore wynurzył się tuż przy nim. Chlusnął mu wodą w twarz, a Kajani spojrzał na niego niewidzącym wzrokiem.

– Poruczniku, niech się pan obudzi!

Trzydzieści jardów dalej powierzchnię morza pokryły płomienie buchające z oleju napędowego. Moore skrzywił się, czując swąd spalenizny, i pierwszy raz posłyszał głęboki pomruk wysokoprężnych silników. Łódź podwodna. Zostało mu trochę czasu. Okręt nie podpłynie do wraku, dopóki ogień się nie wypali.

Na wodzie unosiło się więcej ludzi; ledwo było ich widać, odgłosy wybuchów mieszały się z krzykami. Gdzieś blisko rozległ się zduszony jęk. Moore rozglądał się za talibskim jeńcem, lecz podwójny grzmot kolejnej eksplozji zmusił go do ponownego zanurzenia. Gdy wypłynął i odwrócił głowę, zobaczył, że Kuwwat mocno przechylił się na lewą burtę i za chwilę zatonie. Dziób Agraja znalazł się całkowicie pod wodą, wciąż jednak buchały z niego płomienie i kłęby czarnego dymu; amunicja wybuchała wśród ostrych trzasków i stłumionych grzmotów. Powietrze zgęstniało od mgły cuchnącej spaloną gumą i plastikiem.

Czując na twarzy gorący powiew, Moore siłą woli narzucił sobie spokój. Zdjął buty, związał je sznurowadłami i założył sobie na szyję. Pięć kilometrów do plaży… Teraz jednak znajdował się nisko na powierzchni wody i nie miał pojęcia, gdzie ta plaża jest. Tam gdzie nie płonął ogień, wszystko spowite było atramentową ciemnością, a ilekroć spojrzał w stronę pożaru, oślepiał go blask.

Błysk, błysk, błysk. Po chwili sobie przypomniał. Zaczął liczyć… jeden, jeden, tysiąc… dwa, jeden, tysiąc… doliczywszy do dziewiętnastu, ponownie ujrzał trzy krótkie błyski. Ustalił pozycję latarni morskiej.

Chwycił Kajaniego i odwrócił go. Porucznik to tracił przytomność, to ją odzyskiwał. Spojrzał na Moore’a, na szalejący tuż obok pożar i wpadł w panikę. Wyciągnął ręce i złapał Amerykanina za głowę. Najwyraźniej był oszołomiony; takie reakcje zdarzają się wśród ofiar katastrof. Gdyby Moore nie zareagował, rozgorączkowany porucznik mógłby go łatwo utopić.

Przyłożywszy dłonie do bioder Kajaniego, mocno uchwycił Pakistańczyka. Ułożył go w pozycji poziomej, jednocześnie wyswobadzając się z jego uścisku.

– Rozluźnij się! – krzyknął, łapiąc porucznika za kołnierz munduru. – Trzymam cię. Płyń na wznak.

Holując Kajaniego, zaczął płynąć wojskowym stylem bocznym, omijając płonące szczątki okrętu. Plamy rozpalonego oleju zbliżały się, w uszach Moore’a huczały szalejące płomienie.

Kajani zachowywał się spokojnie aż do chwili, gdy otoczyły ich ciała marynarzy niewiele różniące się od martwych fragmenów okrętu. Wykrzykiwał ich imiona, a Moore mocniej zagarniał wodę ręką, by czym prędzej oddalić się z tego miejsca.

Jednak morze przypominało jatkę, na powierzchni podskakiwały urwane ręce i nogi. Nagle w wodzie pojawiła się jakaś ciemna plama. Był to turban jeńca. Moore przestał płynąć, uniósł głowę i rozejrzał się. Po lewej stronie dostrzegł zwłoki kołyszące się na wodzie. Podpłynął do ciała i przewrócił je na bok. Zobaczył brodatą twarz i czarny kombinezon. W szyi ziała straszliwa rana przecinająca tętnicę. To był on, talibski jeniec. Moore zacisnął zęby i mocniej chwycił ręką kołnierz munduru Kajaniego. Zanim znów zaczął płynąć, skierował wzrok w stronę łodzi podwodnej. Zniknęła.

Był komandosem z Navy SEALs, potrafił pokonać ponad trzy kilometry bez płetw w czasie poniżej siedemdziesięciu minut. Holowanie dorosłego mężczyzny spowolni go, on jednak nie zamierzał tracić ducha.

Obrał kierunek na latarnię, oddychał i poruszał się płynnie i elegancko. Nie tracił ani odrobiny energii, każdy ruch ramienia i nóg niósł go we właściwą stronę. Co jakiś czas unosił głowę, łapał oddech i płynął dalej z precyzją maszyny.

Nagle usłyszał za plecami krzyk i zwolnił. Odwróciwszy się, zobaczył zmierzającą w jego stronę grupę dziesięciu, może piętnastu mężczyzn.

– Płyńcie za mną! – krzyknął. – Za mną.

Teraz poza ratowaniem Kajaniego zachęcał pozostałych rozbitków do tego, by dotarli do brzegu. Byli to marynarze wyćwiczeni do intensywnego pływania, lecz pięć kilometrów to straszna odległość, zwłaszcza jeśli jest się rannym. Musiał pozostawać w zasięgu ich wzroku.

W ręce i w nogach tworzyło się coraz więcej kwasu mlekowego; Moore odczuwał pieczenie, które stopniowo narastało. Zwolnił, by potrząsnąć ręką i nogami, a następnie wziął oddech. Nie poddam się, powiedział sobie. Nigdy.

Skupi się na tej myśli i powiedzie ich ku ocaleniu, nawet jeśli miałoby go to zabić. Prowadził ich poprzez wznoszące się i opadające fale, choć każdy ruch ręką i nogami powodował przeszywający całe ciało ból. Słuchał głosów dobiegających z przeszłości, głosów instruktorów i mentorów, którzy całe swoje życie poświęcili na to, by budzić w innych ducha wojownika głęboko uśpionego w ludzkich sercach.

***

Prawie półtorej godziny później posłyszał szum fal załamujących się na brzegu i dostrzegł poruszające się na plaży światła latarek. A więc są tam ludzie. Przyszli zwabieni widokiem pożaru i wybuchów na morzu. Być może zauważą Moore’a. Wieści o jego tajnej operacji trafią na czołówki gazet. Zaklął i obejrzał się za siebie. Rozbitkowie z kutrów zostali ponad pięćdziesiąt metrów w tyle, nie mogąc wytrzymać jego zabójczego tempa. Ledwie ich teraz widział.

Kiedy dotknął stopami piaszczystego dna, był wyczerpany; Morze Arabskie pochłonęło wszystkie jego siły. Kajani na przemian tracił i odzyskiwał przytomność. Moore wyciągnął go na plażę i otoczyło go pięciu lub sześciu wieśniaków.

– Wezwijcie pomoc! – zawołał.

W oddali wciąż było widać płomienie i błyski, które wyglądały jak ostre światła uwiecznione na negatywie chmur. Sylwetki obu jednostek już znikły i na powierzchni zostały jedynie resztki dopalającego się paliwa.

Moore wydobył z kieszeni telefon komórkowy, ten jednak nie działał. Następnym razem, zanim padnie ofiarą ataku łodzi podwodnej, musi się zaopatrzyć w wodoszczelny aparat. Poprosił o telefon jednego z wieśniaków, chłopaka w wieku licealnym z rzadką bródką.

– Widziałem wybuchające okręty – wykrztusił młodzieniec.

– Ja także – warknął Moore. – Dzięki za aparat.

– Daj mi go! – krzyknął Kajani. Jego głos się łamał, lecz wyglądało na to, że porucznik odzyskuje przytomność. – Mój stryjek jest pułkownikiem. W ciągu godziny przyśle po nas helikoptery, tak będzie najszybciej.

– Bierz – powiedział Moore. Znał mapę i wiedział, że znajdują się wiele godzin jazdy samochodem od najbliższego szpitala. Miejsce przekazania jeńca specjalnie zostało wyznaczone w pobliżu rzadko zaludnionych rolniczych terenów nadmorskich.

Kajani połączył się ze stryjem, który obiecał natychmiastową pomoc. Porucznik zadzwonił do swojego dowódcy, a ten oznajmił, że wezwie jednostkę Straży Wybrzeża na ratunek marynarzom pozostającym na morzu. Jednakże pakistańska Straż Wybrzeża nie dysponowała helikopterami ratowniczymi, tylko chińskiej produkcji korwetami i łodziami patrolowymi, które przybędą dopiero późnym rankiem. Moore spojrzał na wodę; przyglądał się każdej fali, szukając wzrokiem rozbitków.

Minęło pięć minut, potem dziesięć. Ani żywej duszy. Na zabarwionej krwią powierzchni morza unosiły się ludzkie kończyny. Woda przypominała diabelski gulasz. Należało zakładać, że rekiny zjawiły się błyskawicznie. One oraz rany odniesione przez marynarzy dokończą dzieła.

Po upływie pół godziny Moore dostrzegł pierwsze ciało kołyszące się na fali niczym kłoda. Będzie ich jeszcze wiele.

***

Ponad godzinę później na północnym zachodzie pojawił się helikopter Mi-17; ryk podwójnej turbiny i łoskot wirników odbijały się echem od wzgórz. Sowieci zaprojektowali helikopter specjalnie do wojny w Afganistanie i stał się on symbolem tej wojny: podniebny Goliat strącany pociskami z procy. Armia pakistańska miała na swoim wyposażeniu niemal sto Mi-17. Był to nieistotny szczegół, który Moore poznał, gdyż kilkakrotnie leciał tym helikopterem jako pasażer. Kiedyś usłyszał pilota skarżącego się na to, że musi siadać za sterami rosyjskiego gruchota psującego się przy co drugim locie; pilot dodał jeszcze, że armia jego kraju ma prawie sto takich latających kup złomu.

Lekko zaniepokojony Moore wsiadł na pokład helikoptera i wraz z Kajanim został przewieziony do szpitala rządowego Sindh w Liaquatabad na przedmieściu Karaczi. W trakcie lotu sanitariusze podawali środki uśmierzające i wykrzywiona w grymasie bólu twarz porucznika przybrała spokojniejszy wyraz. Gdy wylądowali, prawie świtało.

***

Moore wysiadł ze szpitalnej windy na drugim piętrze i wszedł do sali Kajaniego. Przebywali w szpitalu mniej więcej od godziny. Porucznik zyskał efektowną bliznę wojenną, która ułatwi mu podrywanie kobiet. Obaj mężczyźni byli silnie odwodnieni, gdy dotarli na plażę; od lewej ręki porucznika biegła rurka kroplówki.

– Jak pan się czuje?

Kajani podniósł rękę i dotknął obandażowanego czoła.

– Wciąż boli mnie głowa.

– To minie.

– Nie dopłynąłbym.

Moore skinął głową.

– Mocno pan dostał, stracił pan sporo krwi.

– Nie wiem, co powiedzieć. Dziękuję to za mało.

Moore wziął długi łyk wody z butelki, którą dostał od pielęgniarki.

– Daj spokój, nie ma o czym mówić.

Jego uwagę zwrócił ruch w drzwiach. Stanął w nich Douglas Stone, kolega z Agencji. Gładził szpakowatą brodę i spoglądał na Moore’a ponad oprawką okularów.

– Muszę iść – oznajmił Moore.

– Panie Fredrickson, proszę zaczekać.

Moore zmarszczył brwi.

– Czy mogę jakoś się z panem skontaktować?

– Oczywiście, dlaczego pan pyta?

Kajani spojrzał na Stone’a i zacisnął usta.

– Och, proszę się nie przejmować, to przyjaciel.

Porucznik wahał się jeszcze przez kilka sekund.

– Chciałem w jakiś sposób wyrazić panu wdzięczność. Moore szybko zapisał adres e-mailowy w notesie leżącym na stoliku.

Pakistańczyk zacisnął mocno pięść na kartce.

– Odezwę się.

– Dobrze – odparł Moore, wzruszając ramionami.

Wyszedł na korytarz, odwrócił się i zdecydowanym krokiem ruszył przed siebie, jakby chciał się oddalić od Stone’a.

– Doug, powiesz mi, co się, kurwa, stało? – wycedził przez zaciśnięte zęby.

– Już dobrze, już dobrze – odparł Stone uspokajającym tonem. Moore ani myślał się uspokajać.

– Zapewniliśmy Hindusów, że teren będzie czysty. Musieli wpłynąć na pakistańskie wody terytorialne i byli tym mocno zaniepokojeni.

– Powiedziano nam, że Pakistańczycy wszystkiego dopilnują.

– Kto wypuścił sznurek z rąk?

– Usłyszeliśmy od nich, że kapitan łodzi podwodnej nie odebrał rozkazu pozostania w porcie. Ktoś zapomniał wydać rozkaz. Kapitan wypłynął na patrol i uznał, że trafił na jakąś potyczkę. Twierdzi, że wielokrotnie wysyłał ostrzeżenie i nie doczekał się żadnej odpowiedzi.

Moore prychnął drwiąco.

– My go nie poszukiwaliśmy, a kiedy zobaczyliśmy łódź, było już za późno.

– Dowódca łodzi złożył meldunek, w którym twierdzi, że widział, jak Hindusi zabierają na pokład jeńców.

– A zatem był także gotów strzelać torpedami do swoich?

– Kto to wie.

Moore znieruchomiał, odwrócił się i spojrzał rozmówcy prosto w oczy.

– Tamci mieli tylko jednego jeńca i był to nasz jeniec.

– Max, wiem, co przeżyłeś.

– Przepłyń pięć kilometrów, wtedy się dowiesz.

Stone zdjął okulary i potarł oczy.

– Posłuchaj, mogło być gorzej. Dobrze, że nie musimy kombinować, jak wytłumaczyć się Hindusom i przekonać ich, żeby nie zbombardowali Islamabadu.

– Przydałoby się, bo właśnie tam się teraz wybieram.

1Decyzje

Hotel Marriott

Islamabad, Pakistan

Trzy tygodnie później

Postanowienie porucznika Maksuda Kajaniego, by odwdzięczyć się Moore’owi za uratowanie życia, zaowocowało w ten sposób, że zaprosił go na spotkanie ze swoim stryjem, pułkownikiem Saadatem Chodajem z armii pakistańskiej. Przybywszy do Islamabadu, Moore znalazł w swojej elektronicznej skrzynce pocztowej intrygującą wiadomość od porucznika. Stryj Kajaniego, ten, który zorganizował akcję ratunkową z udziałem helikopterów, zwierzył się bratankowi, że zmaga się z depresją. Jej źródłem miał być kryzys spowodowany konfliktem etycznym. Porucznik nie zdradzał szczegółów owego kryzysu, lecz podkreślał, że spotkanie może się okazać wielce korzystne zarówno dla Moore’a, jak i dla pułkownika.

Po kilku tygodniach spotkań i intensywnej wymiany zdań Moore nabrał podejrzeń, że Chodaj może wskazać najważniejszych stronników talibów w szeregach armii. Wypił z pułkownikiem litry herbaty, usiłując nakłonić go do ujawnienia swej wiedzy o prowadzonej przez talibów infiltracji wojska oraz o korzystaniu przez nich z leżących w północno-zachodniej części kraju terenów plemiennych, a zwłaszcza w regionie zwanym Wazyrystanem. Pułkownik opierał się, nie chciał przekraczać granicy. Moore był zły. Natrafił na poważną przeszkodę, która doprowadziła do sytuacji patowej.

Lęk pułkownika nie ograniczał się do troski o los swojej rodziny, lecz wynikał także z głębokiego oporu wobec występowania przeciwko swoim kolegom oficerom i towarzyszom, przeciwko wszystkiemu, co mogłoby zakrawać na zdradę. Nie zmieniał tego fakt, że ludzie ci złamali przysięgę złożoną Pakistanowi i armii, którą kochał. Jednakże rozmowy z Moore’em doprowadziły go na skraj przepaści. Jeśli on tego nie uczyni, to kto?

Pewnego wieczoru pułkownik zadzwonił do Moore’a i oznajmił, że chce rozmawiać. Moore pojechał po niego do domu i zawiózł go do hotelu, w którym czekało już dwóch jego kolegów. Postawili samochód na parkingu hotelowym.

Chodaj niedawno skończył pięćdziesiąt lat; jego gęste, krótko obcięte włosy były przetykane siwizną. Ze zwężonych oczu wyzierało zmęczenie, a na mocnej szczęce pułkownika bielił się półcentymetrowy zarost. Miał na sobie cywilne ubranie, proste spodnie i koszulę, lecz wojskowe buty zdradzały jego profesję. Nerwowo obracał w palcach telefon BlackBerry zamknięty w skórzanym etui.

Moore wyciągnął dłoń w stronę klamki, lecz Chodaj uniósł rękę.

– Proszę zaczekać. Powiedziałem, że jestem gotów, ale chyba potrzebuję jeszcze trochę czasu.

Pułkownik nauczył się angielskiego w szkole średniej, a następnie studiował na Uniwersytecie Pendżabskim w Lahore, gdzie uzyskał tytuł magistra inżyniera. Mówił z silnym akcentem, lecz miał bogate słownictwo, a ton jego głosu był mocny i władczy. Moore domyślał się, dlaczego pułkownik tak szybko awansował w armii. Gdy przemawiał, słuchacz mimo woli zbliżał się do niego. Moore rozluźnił się i odsunął rękę od drzwi.

– Pan jest gotowy i kiedyś pan to sobie wybaczy.

– Naprawdę pan w to wierzy?

Moore odgarnął kosmyk włosów z oczu i westchnął.

– Chcę wierzyć.

Pakistańczyk uśmiechnął się niewyraźnie.

– Brzemię, które pan dźwiga, jest co najmniej tak ciężkie jak moje.

– Wysuwa pan daleko idące przypuszczenie.

– Potrafię rozpoznać byłego wojskowego. Skoro obecnie zajmuje pan takie stanowisko, musiał pan wiele widzieć.

– Być może. Ale pan musi sobie odpowiedzieć na pytanie, które brzemię jest cięższe. Podjąć działanie czy czekać z założonymi rękami?

– Wciąż młody z pana człowiek, ale śmiem powiedzieć, że jest pan mądry ponad swoje lata.

– Wiem, co pan ma na myśli.

Pułkownik uniósł brwi.

– Przyrzeka pan, że moja rodzina będzie całkowicie chroniona?

– Nie musi pan o to pytać. Dzięki swojemu posunięciu ocali pan życie niejednego człowieka. Pan to rozumie.

– Owszem. Ale rzecz nie w tym, że ryzykuję życie i karierę. Zarówno talibowie, jak i moi koledzy są bezwzględni. Nieugięci. Wciąż się obawiam, że nawet pana przyjaciele nie zdołają nam pomóc wbrew pańskim zapewnieniom.

– W takim razie nie będę ich powtarzał. Wybór należy do pana. Obaj wiemy, co się stanie, jeśli pan tam nie wejdzie. Przynajmniej to możemy przewidzieć.

– Ma pan rację, nie wolno mi dłużej siedzieć bezczynnie. Oni nie mogą dyktować nam warunków. Nie mogą odrzeć nas z honoru. Nigdy.

– Chciałbym przypomnieć, że propozycja zabrania pańskiej rodziny do Stanów wciąż pozostaje aktualna. Tam możemy lepiej chronić pana bliskich.

Pułkownik pokręcił głową i potarł palcami kąciki oczu.

– Nie mogę rozbijać ich życia. Moi synowie są już w szkole średniej, żona niedawno dostała awans. Pracuje tuż obok, w centrum technicznym. Pakistan jest naszym domem, nigdy go nie opuścimy.

– Wobec tego proszę nam pomóc uczynić go lepszym, bezpieczniejszym.

Chodaj uniósł głowę, otworzył szerzej oczy i spojrzał Moore’owi prosto w twarz.

– Jak by pan postąpił na moim miejscu?

– Nie pozwoliłbym terrorystom zwyciężyć z powodu własnej bezczynności. Stoi pan przed najtrudniejszą decyzją w życiu. Zdaję sobie z tego sprawę i nie traktuję tego lekko. Nie wyobraża pan sobie, jaki szacunek budzi we mnie to, co zamierza pan zrobić… Pańska odwaga. Jest pan człowiekiem pragnącym sprawiedliwości. A zatem na pana miejscu otworzyłbym drzwi, poszedłbym na spotkanie z moimi przyjaciółmi i przywrócił honor armii pakistańskiej.

Pułkownik zamknął oczy, jego oddech stał się płytki.

– Przemawia pan jak polityk, panie Moore.

– Być może, ale różnica polega na tym, że ja naprawdę wierzę w to, co powiedziałem.

Chodaj uśmiechnął się nieznacznie.

– Mam wrażenie, że przed wstąpieniem do wojska prowadził pan życie człowieka uprzywilejowanego.

– Raczej nie. – Moore zastanawiał się przez chwilę. – Jest pan gotów, pułkowniku?

Pakistańczyk zamknął oczy.

– Tak, jestem.

Wysiedli z samochodu i ruszyli po rampie, pod szerokimi markizami, ku głównemu wejściu do hotelu. Moore omiótł wzrokiem drogę oraz parking i zerknął nawet na dachy budynków po przeciwnej stronie ulicy; wydawało się, że wszędzie panuje spokój. Przeszli obok taksówkarzy, którzy stali oparci o maski samochodów i w milczeniu ćmili papierosy. Skinęli głowami młodym parkingowym kręcącym się obok niewielkiego podestu i gabloty na ścianie, w której wisiały rzędy kluczy. Weszli do środka i skierowali się dalej wzdłuż niedawno zbudowanej pancernej ściany; minęli punkt kontrolny, w którym prześwietlono ich, by sprawdzić, czy nie wnoszą bomb lub innej broni. Po lśniącej posadzce z marmurowych płyt w kolorze kości słoniowej dotarli do bogato zdobionej recepcji, w której stało dwóch recepcjonistów w ciemnych garniturach. Brodaty mężczyzna w garniturze z białej bawełny grał cichą melodię na miniaturowym fortepianie ustawionym po lewej stronie. Przy recepcji stało paru ludzi; Moore uznał ich za biznesmenów. Poza tym w hotelu panowały kojący spokój i cisza. Krótko skinął głową Chodajowi i podeszli do wind.

– Ma pan dzieci? – zapytał pułkownik, gdy się zatrzymali.

– Nie.

– A chciałby pan mieć?

– To opowieść z innego życia. Za dużo podróżuję. To nie byłoby w porządku. Dlaczego pan pyta?

– Bo wszystko, co robimy, jest po to, by mogły żyć w lepszym świecie.

– Ma pan rację. Może kiedyś.

Chodaj wyciągnął rękę i położył dłoń na ramieniu Moore’a.

– Proszę nie dawać im wszystkiego, bo będzie pan tego żałował. Kiedy zostanie pan ojcem, cały świat stanie się inny.

Moore skinął głową. Chętnie opowiedziałby pułkownikowi o swoich licznych związkach z kobietami; wszystkie padły ofiarą jego kariery w marynarce i CIA. Wskaźnik liczby rozwodów wahał się, lecz niektórzy powiadali, że wśród członków Navy SEALs sięga on dziewięćdziesięciu procent. Ile kobiet chce wychodzić za mężczyzn, których rzadko kiedy widują? Małżeństwo przeradza się w rodzaj romansu; jedna z byłych dziewczyn Moore’a zauważyła, że właśnie tak można określić to, co robią. Chciała wyjść za mąż, nie kończąc ich związku, gdyż zapewniał jej dawkę poczucia humoru i fizyczny dreszczyk, których tamten nie mógł jej ofiarować. On zaś dawał jej utrzymanie i wsparcie emocjonalne. Mając męża na pokaz i komandosa na boku, mogłaby brać od każdego z nich to co najlepsze. Jednakże Moore’a nie pociągała taka gra. Poza tym chodził do łóżka z tyloma call girls, striptizerkami i wariatkami, które się upiły, że trudno byłoby je zliczyć. Od paru lat jednak jego życie ograniczało się do hotelowego łóżka z jedną poduszką. Matka wciąż go prosiła, żeby znalazł sobie jakąś miłą dziewczynę i się ustatkował. Ze śmiechem odpowiadał, że ustatkowanie wymaga zamieszkania gdzieś na stałe. A ponieważ jest to niemożliwe, nie jest również możliwe znalezienie dziewczyny. „Nie sądzisz, że jesteś egoistą?” – pytała. Moore odpowiadał na to, że rozumie, iż mama chce mieć wnuki, ale jego praca jest zbyt wymagająca; poza tym obawiał się, że byłby nieobecnym ojcem, a to jest coś gorszego niż nieposiadanie dzieci w ogóle.

Matka sugerowała, by rzucił pracę. Mówił wtedy, że ma świadomość, iż sprawił jej wiele bólu, ale wreszcie znalazł sobie miejsce na tym świecie i nigdy nie zrezygnuje z pracy.

Chciał się podzielić tymi refleksjami z Chodajem, gdyż byli pokrewnymi duszami, lecz zadzwonił dzwonek i pojawiła się winda. Wsiedli do środka, drzwi się zamknęły. Moore miał wrażenie, że twarz pułkownika pobladła.

W milczeniu wjechali na piąte piętro i drzwi się otworzyły. Moore błyskawicznie dostrzegł sylwetkę mężczyzny w drzwiach klatki schodowej naprzeciwko końca korytarza; był to agent ISI, pakistańskich wojskowych służb wywiadowczych. Zobaczywszy, że trzyma przy uchu telefon komórkowy, Moore przypomniał sobie, iż powinien zadzwonić i uprzedzić swoich, że zbliżają się z pułkownikiem do drzwi. Nagle ze złością uprzytomnił sobie, że zostawił smartfona w samochodzie.

Zapukał.

– Hej, to ja.

Drzwi się otworzyły i Regina Harris zaprosiła Chodaja do środka. Był tam Douglas Stone.

– Zostawiłem telefon w samochodzie – powiedział Moore. – Zaraz wrócę.

Idąc korytarzem, zauważył drugiego agenta przy windzie. Uznał, że to sprytne posunięcie, gdyż teraz agenci ISI mieli pod kontrolą całe piąte piętro. Ten, który stał przy drzwiach windy, był niski, miał kilkudniowy zarost i duże brązowe oczy; rozmawiał nerwowo przez komórkę. Był ubrany w niebieską bluzę, brązowe spodnie i czarne mokasyny; jego rysy bardziej kojarzyły się ze szczurzym pyskiem niż z ludzkim obliczem.

Na widok Moore’a opuścił telefon i ruszył korytarzem w stronę klatki schodowej. Zdziwiony Moore zrobił jeszcze kilka kroków, a potem znieruchomiał i odwrócił się w stronę pokoju, do którego doprowadził pułkownika.

Eksplozja wyglądała jak fontanna płomieni i gruzu, która odcięła Moore’a od windy i rzuciła go tyłkiem na ziemię. Z drzwi pokoju buchały kłęby dymu, które po chwili gęstą chmurą zasnuły korytarz. Moore przetoczył się na ręce i kolana, krztusząc się i klnąc; piekły go oczy, w powietrzu zawisła ostra woń materiału wybuchowego. Przez głowę przemknęły mu wątpliwości, które przytaczał pułkownik, jak gdyby to właśnie ich przejawem stał się wybuch bomby. Moore wyobraził sobie rozrywane na strzępy ciała pułkownika i swoich kolegów, ten obraz sprawił, że zerwał się na równe nogi i pomknął w stronę opustoszałej klatki schodowej…

Oraz drania, który tam zniknął.

***

Zajął myśli pościgiem i dzięki temu nie dławiło go poczucie winy; było to swoiste szczęście w nieszczęściu. Gdyby zatrzymał się choć na chwilę i zaczął rozmyślać – o tym, że przekonał Chodaja, by ten spełnił swój obowiązek, że jego koledzy zaniedbali środki bezpieczeństwa – mógłby się załamać, gdyż oznaczało to, że doprowadził do śmierci pułkownika. Była to być może największa słabość Moore’a. W raporcie sporządzonym po jakiejś akcji opisano go jako „mężczyznę głęboko emocjonalnego, który bardzo przejmuje się losem innych”. Ta właśnie cecha charakteru sprawiała, że obraz twarzy pewnego kolegi z Navy SEALs nigdy nie przestał go drążyć. Nagła śmierć Chodaja przywiodła mu na myśl wspomnienie tamtej nocy.

Wbiegł do klatki schodowej i zauważył mężczyznę pędzącego w dół. Zaciskając zęby i łapiąc za poręcz, przeskakiwał po trzy lub cztery stopnie i klął ze złości na to, że pistolet został w samochodzie. Pozwolono im zorganizować spotkanie w hotelu, lecz ochrona i miejscowa policja nawet nie chciały słyszeć o wnoszeniu broni do budynku. Nie było w tym względzie pola do negocjacji i choć Moore i jego współpracownicy dysponowali takimi rodzajami uzbrojenia, które pozwoliłyby ominąć system bezpieczeństwa, postanowili uszanować prośbę, by nie narażać i tak napiętych już stosunków. Moore musiał założyć, że skoro intruz przeszedł przez punkt kontroli, nie jest uzbrojony. Ale wcześniej przyjął założenie, że pokój w hotelu jest bezpiecznym miejscem na spotkanie. Wybrali jeden z czterech wolnych pokoi na piątym piętrze, wychodzących na ulicę, mogli więc obserwować przychodzących do hotelu gości oraz ruch uliczny. Każda nagła zmiana otoczenia stanowiła wskazówkę, że za chwilę coś się stanie; w swoim gronie nazywali to systemem wczesnego ostrzegania. Nie mogli skorzystać z psa wytresowanego do wykrywania bomb, ale sprawdzili, czy w pokoju nie zainstalowano urządzeń elektronicznych, i korzystali z niego przez kilka tygodni. Nic się nie wydarzyło. Fakt, że te łotry zdołały przemycić do środka materiał wybuchowy, był denerwujący i frustrujący. Chodaj przeszedł przez bramkę bez problemu, toteż Moore musiał zakładać, że nie miał przy sobie urządzeń podsłuchowych… Chyba że bramka była fałszywa, a obsługujący ją mężczyzna pracował dla talibów.

Uciekinier był niskiego wzrostu i mknął z oszałamiającą prędkością. Wybiegł przez drzwi klatki, Moore miał do niego około sześciu sekund straty.

Jeszcze kilka oddechów i on także minął drzwi. Spojrzał w lewo w stronę głównego holu, a następnie w prawo na długi korytarz prowadzący do basenu, sali gimnastycznej i parkingu mieszczącego się w narożniku dużego terenu obsadzonego drzewami.

W hotelu tymczasem zapanował chaos: wył alarm, ochroniarze krzyczeli, ludzie z obsługi biegali we wszystkie strony; dym dostał się do systemu klimatyzacyjnego, który rozniósł wszędzie ostrą woń materiałów wybuchowych.

Mężczyzna zerknął przez ramię na Moore’a i skoczył ku drzwiom; Moore popędził za nim długimi susami, zwracając na siebie uwagę dwóch recepcjonistów, którzy wskazywali biegnących rękami i krzykiem wzywali ochronę. Doskonale.

Moore zbliżał się do uciekiniera. Tamten uniósł obie ręce, błyskawicznie pchnął drzwi i zniknął za nimi. Raz, dwa, trzy i on także dopadł do wyjścia. Otoczył go chłód nocy. Uciekinier rwał ile sił w stronę tego samego parkingu, na którym Moore zostawił samochód. Była to dla niego najlepsza droga ucieczki, tuż za parkingiem zaczynał się las. Jednocześnie prowadziła obok wozu Moore’a, który zostawił w aucie pistolet.

Moore poczuł, że jego złość wreszcie dosięgła muskułów. Nie pozwoli draniowi umknąć. Nie była to już decyzja ani nawet cel działania, lecz fakt. Wyobraził sobie moment ujęcia zbiega; to tylko kwestia czasu. Zgodnie z jego oczekiwaniami uciekinier nie dorównywał mu pod względem wytrzymałości i jął zwalniać, gdy kwas mlekowy zaczął dawać o sobie znać. Moore miał nad nim pod tym względem dużą przewagę… Dopadł go niczym wilk i kopnął z tyłu w lewą nogę. Tamten z wrzaskiem runął na trawę, nie zdążywszy nawet dobiec do krawędzi asfaltu.

Stare, dobrze znane porzekadło rodem z techniki walki muay thai brzmi: kopnięcie nie dorówna pięści, pięść nie dorówna kolanu, kolano nie dorówna łokciowi, a łokieć nie dorówna kopnięciu.

Moore powalił drania kopnięciem, złapał go za nadgarstki, przygniótł ciężarem swojego ciała i przygwoździł do ziemi.

– Nie ruszaj się. Już po wszystkim! – rzekł w urdu, języku najczęściej używanym w tym mieście.

Mężczyzna uniósł głowę i się szarpnął. Zwężonymi oczyma spojrzał na Moore’a i otworzył usta. Jego twarz wyrażała strach, może szok…

Gdzieś z tyłu rozległ się grzmot, który Moore znał aż za dobrze. Przeraźliwy huk…

Niemal w tej samej chwili głowa pojmanego eksplodowała, obryzgując Moore’a strumieniami krwi. Zareagował instynktownie, bez zastanowienia. Ratując siebie, oderwał się od przeciwnika i przetoczył na bok.

Wciągnął głęboko powietrze. Całkowicie panował nad swoim ciałem, które nie zapomniało ewolucji poznanych na szkoleniach Navy SEALs.

Karabin zagrzmiał jeszcze dwa razy, pociski wryły się w ziemię dziesięć centymetrów od tułowia Moore’a. Ten oparł się na rękach i kolanach, zerwał na równe nogi i pomknął w stronę samochodu stojącego zaledwie dziesięć metrów dalej. Strzelano z rosyjskiego karabinu snajperskiego Dragunow, Moore był tego pewien. Strzelał z nich, widział je w akcji, strzelano z nich do niego. Karabin miał zasięg osiemset metrów, który zwiększał się do tysiąca trzystu metrów, jeśli strzelec miał wprawę i korzystał z celownika. Odłączany magazynek zawierał dziesięć naboi i pozwalał prowadzić ostrzał bez straty czasu na przeładowywanie.

Następny strzał wybił otwór w drzwiach po stronie kierowcy. Moore sięgnął do kieszeni i nacisnął przycisk kluczyka; samochód zaćwierkał. Moore okrążył auto, schodząc z linii strzału snajpera, i otworzył drzwi pasażera.

Przednia szyba rozprysła się po uderzeniu pocisku. Moore wydobył ze schowka pistolet Glock 30 kaliber 45 z wybitym napisem „Austria”. Wysunąwszy głowę, zlustrował spojrzeniem drzewa i fasadę hotelu. Snajper czaił się na dachu dwupiętrowego centrum technicznego.

Miał na głowie czarną wełnianą czapkę, lecz jego twarz była wyraźnie widoczna. Czarna broda, szeroko rozstawione oczy, szeroki nos. Moore z odrobiną satysfakcji zauważył dragunowa z celownikiem optycznym i pudełkowym magazynkiem. Strzelec uniósł go nieco, opierając łokieć o krawędź muru.

W tej samej chwili snajper błyskawicznie oddał trzy strzały jeden po drugim. Pociski zadudniły o drzwi auta. Moore przemknął wzdłuż maski i znalazł się obok drzwi kierowcy.

Ledwie ucichł odgłos trzeciego strzału, Moore zerwał się na równe nogi i trzymając pistolet w obu dłoniach, wypalił kilka razy w stronę snajpera. Pociski wbiły się w beton kilka centymetrów od miejsca, w którym zaczaił się napastnik, około czterdziestu metrów od Moore’a. Odległość przekraczała skuteczny zasięg jego glocka, lecz snajper nie mógł się w tej chwili nad tym zastanawiać. Krył się przed śmigającymi w powietrzu kulami.

Na parking wbiegło czterech ochroniarzy z hotelu.

– Jest tam! – krzyknął Moore, wskazując ręką. – Schowajcie się.

Jeden ochroniarz podbiegł do niego, a pozostali skryli się za zaparkowanymi samochodami.

– Nie ruszajcie się! – powiedział. I wtedy pocisk rozerwał mu głowę.

Drugi z ochroniarzy zaczął coś mówić do krótkofalówki.

Spojrzawszy w stronę budynku, Moore dostrzegł snajpera na przeciwnej, wschodniej ścianie. Szybkimi, płynnymi ruchami zsuwał się po drabinie serwisowej niczym pająk schodzący z sieci.

Moore rzucił się do biegu. Nierówna trawa ustąpiła miejsca żwirowi, po chwili zaczął się chodnik. Wąska alejka dzieląca centrum techniczne i rząd parterowych budynków biurowych prowadziła na północny zachód w stronę ulicy Agi Khana, głównej ulicy, obok której stał hotel. Aleję wypełniała apetyczna woń pieczonej wieprzowiny sącząca się z hotelowej kuchni. Moore’owi zaburczało w brzuchu, choć myśl o posiłku ani trochę go nie zaprzątała.

Nie zwalniając biegu, z glockiem w dłoni, skręcił w lewo. Dwadzieścia metrów dalej stała toyota HiAce, silnik pracował na jałowym biegu. Dwóch strzelców z karabinami wychylało się z obu stron samochodu.

Snajper podbiegł do ruszającej toyoty i wskoczył na fotel pasażera, a strzelcy unieśli broń i wymierzyli do Moore’a. Miał niecałe dwie sekundy na to, by uskoczyć na niewielki ganek; cegły nad jego głową rozprysły się pod uderzeniami pocisków z broni automatycznej. Dwa razy uniósł głowę, by zobaczyć rejestrację samochodu, lecz ostrzał trwał nieubłaganie. Skończył się dopiero wówczas, gdy auto skręciło w główną ulicę i znikło z pola widzenia.

Moore popędził do samochodu, chwycił telefon i drżącą ręką zaczął wybierać numer. Nie dokończył jednak, gdyż otoczyli go ochroniarze. Stał oparty o samochód, a dowódca ochrony zarzucił go pytaniami.

Chciał wezwać wsparcie na ziemi i w powietrzu, namierzyć pojazd wroga.

Opowiedzieć o tym, co się wydarzyło.

Wszyscy zginęli.

Dyszał, nie mogąc wydobyć słowa.

Saidpur Village

Islamabad, Pakistan

Trzy godziny później

Z wtulonej we wznoszące się nad Islamabadem wzgórza Margallah wioski Saidpur roztaczał się malowniczy widok na miasto. Napływające tam stale rzesze turystów poszukiwały tego, co w niektórych przewodnikach określano mianem „duszy Pakistanu”. Zdaniem ich autorów właśnie tam można ją było znaleźć.

Jeśli jednak miasto miało duszę, przybrała ona mroczniejszą barwę. Z hotelu Marriott wciąż jeszcze wzbijały się kolumny dymu widoczne na rozgwieżdżonym niebie; Moore, który stał na balkonie tajnej placówki CIA, znów zaklął. Wybuch zniszczył wynajęty przez jego kolegów pokój oraz dwa sąsiednie, z prawej i lewej strony. Zanim zdołano dotrzeć w ich pobliże, dach budynku się załamał.

Z pomocą trzech innych agentów, wezwanych, by zabezpieczyli teren, grupy techników śledczych i dwóch specjalistów od kryminalistyki Moore zdołał się porozumieć z ochroną hotelu, miejscową policją oraz pięcioosobowym zespołem pakistańskiego wywiadu; jednocześnie podsuwał fałszywe informacje dziennikarzom z agencji Associated Press. Do mediów takich jak CNN dotarły wiadomości o tym, że w hotelu wybuchła bomba podłożona przez talibów i że terroryści oświadczyli, iż chcieli się zemścić na szyitach za to, że ci zabili sunnickich sojuszników grupy terrorystycznej znanej pod nazwą Sipah-e-Sahaba. W wybuchu przypadkowo zginął pułkownik armii pakistańskiej. Moore nie wątpił, że informacja rozpłynie się w gąszczu trudnych nazw i niejasnych okoliczności. Jego koledzy, którzy zginęli w hotelu, nie mieli przy sobie nic, co świadczyłoby o ich amerykańskim obywatelstwie i przynależności do CIA.

Odwrócił się od balkonu i wsłuchał w słowa, które rozbrzmiały w jego pamięci: „Nie mogę rozbijać ich życia. Moi synowie są już w szkole średniej, żona niedawno dostała awans. Pracuje tuż obok, w centrum technicznym. Pakistan jest naszym domem, nigdy go nie opuścimy”.

Moore zacisnął dłonie na kamiennej poręczy, wychylił się za nią, zakrztusił i zwymiotował. Stał z czołem opartym na ręce, czekając, aż mdłości miną. Jednak wybuch podłożonej bomby przywołał najgorsze wspomnienia. Całe lata usiłował je wyprzeć, zmagał się z nimi w niekończące się bezsenne noce, walczył z pokusą zapicia bólu, łatwej i szybkiej ulgi… Przez kilka lat usilnie starał się wierzyć, że odniósł w tej walce zwycięstwo.

A teraz wszystko powróciło. Swoich kolegów poznał zaledwie kilka tygodni temu i połączyła go z nimi czysto zawodowa więź. Ich strata dotknęła go straszliwie, lecz największym bólem napełniła go śmierć Chodaja, pułkownika z rozdartym sumieniem… Moore wiele się o nim dowiedział, jego odejście wydawało się czymś istotnym. Jak bratanek Chodaja przyjmie śmierć stryja? Porucznik uważał, że pomaga im obu, musiał wiedzieć, że Chodaj naraża się, rozmawiając z Moore’em, lecz pewnie nie dopuszczał myśli, że stryj może zostać zamordowany.

Moore przyrzekł, że będzie chronił Chodaja i jego rodzinę.

Zawiódł na całej linii. Kiedy policjanci godzinę temu dotarli do domu pułkownika, znaleźli jego żonę i synów zadźganych nożami; agent przydzielony do ich ochrony się ulotnił. Talibowie mieli tyle kontaktów, byli tak silnie wpleceni w krwiobieg miasta, że Moore i jego ludzie praktycznie nie mogli nic zdziałać. Zdawał sobie sprawę, że to głos jego przygnębienia, ale talibowie rzeczywiście mieli wszędzie swoich informatorów, i choć starał się wtopić w tło – zapuszczając brodę, nosząc miejscowy ubiór, mówiąc tak jak tubylcy – odgadli, kim jest i do czego dąży.

Otarł usta i wyprostował się, spoglądając na miasto, na snujący się dym i światła migoczące na horyzoncie. Przełknąwszy ślinę, przywołał całą swoją odwagę.

– Przepraszam, przepraszam – wyszeptał.

***

Kilka godzin później odbywał wideorozmowę z Gregiem O’Harą, zastępcą dyrektora kontrwywiadu CIA. O’Hara dobiegał sześćdziesiątki i był sprawnym fizycznie mężczyzną z siwiejącymi rudymi włosami i niebieskimi oczami o twardym spojrzeniu wzmocnionym przez szkła okularów. Żywił upodobanie do złocistych krawatów i musiał ich mieć pewnie ze sto. Moore opisał mu pokrótce wydarzenia; umówili się na następną rozmowę rano, kiedy zespoły dochodzeniowe zakończą czynności i przedstawią swoje wnioski. W naradzie miał uczestniczyć także bezpośredni przełożony Moore’a, szef Wydziału Operacji Specjalnych.

Do lokalu przybył Israr Rana, agent, którego Moore zwerbował po dwóch latach pobytu w Afganistanie i Pakistanie. Był studentem college’u, inteligentnym mężczyzną w wieku dwudziestu kilku lat; miał odrobinę ptasie rysy i z pasją grał w krykieta. Poczucie humoru i chłopięcy urok pozwoliły mu zdobyć sporo informacji użytecznych dla agencji. W ubiegłym stuleciu członkowie jego rodziny wsławili się jako świetni żołnierze i obrotni biznesmeni; wszystko to razem czyniło zeń niemal doskonałego informatora.

Moore klapnął na krzesło, a Rana stanął obok kanapy.

– Dzięki, że przyszedłeś.

– Nie ma za co, wujku Kasa.

Rana nie bez kozery nadał Moore’owi właśnie taki przydomek, gdyż całkiem nieźle płacono mu za jego usługi.

– Chcę wiedzieć, gdzie doszło do przecieku. Czy daliśmy plamę na samym początku? Kto ponosi winę, wojsko, talibowie czy jedni i drudzy?

Rana pokręcił głową i skrzywił usta.

– Postaram się coś dla ciebie zdobyć, ale teraz naleję ci drinka. Pomoże ci zasnąć.

Moore tylko machnął ręką.

– Nic nie pomoże mi zasnąć.

Rana skinął głową.

– Zadzwonię do paru osób. Mogę skorzystać z kompa?

– Jest tam.

Moore poszedł do sypialni i w ciągu godziny uświadomił sobie, że się mylił. Zmorzył go sen, zdawało mu się, że kołysze się na czarnych falach. Bicie jego serca przypominało uderzenia wirnika helikoptera. Obudził się nagle i wyprostował, zlany zimnym potem. Rozejrzał się, westchnął i osunął się na poduszkę.

Pół godziny później siedział w samochodzie i jechał na miejsce zamachu. Spojrzał na zrujnowany hotel, a następnie na sąsiadujące z nim centrum techniczne. Odszukał ochroniarza budynku i wraz z dwoma miejscowymi policjantami wszedł do środka. Wspięli się na dach, na którym Moore był już wcześniej. Zebrano tam łuski nabojów zużytych przez snajpera, by zdjąć z nich odciski palców.

To było coś w rodzaju wielkiego odkrycia, oświecenia. Jego umysł błąkał się między świadomością i podświadomością w poszukiwaniu odpowiedzi, w jaki sposób wróg umieścił ładunek wybuchowy w pokoju hotelowym. Nie dawało mu to spokoju i wreszcie przyszło mu do głowy bardzo proste rozwiązanie. Teraz musiał jedynie znaleźć dowody.

Szedł skrajem dachu, plama światła z latarki pełzła wolno po zakurzonym betonie i stali. Wreszcie znalazł to, czego szukał.

***

Wydział Operacji Specjalnych działający w ramach narodowego kontrwywiadu obsadzony był agentami zwerbowanymi spośród wojskowych prowadzących tajne działania na terenie obcych państw. Składał się z sekcji lądowej, morskiej i powietrznej. Moore został zwerbowany do sekcji morskiej, podobnie jak większość Fok, lecz później przeniesiono go do sekcji lądowej i przez kilka lat działał w Iraku i Afganistanie. Przeprowadził tam ważne operacje wywiadowcze z użyciem predatorów, które rakietami Hellfire uderzyły w wiele obiektów wykorzystywanych przez talibów. Moore nie opierał się przed przeniesieniem do działań naziemnych; poza tym wiedział, że jeśli będzie potrzebny do operacji morskiej, i tak zostanie wezwany. Za sznurki pociągali oficerowie w sztabie, a nie agenci terenowi.

Do wydziału należało niespełna dwustu agentów, pilotów i innych specjalistów podzielonych na sześcioosobowe lub mniejsze zespoły. Często bywało tak, że agent przeprowadzał tajną operację w pojedynkę we współpracy z pomocnikiem i oficerem prowadzącym lub bez niego; dwaj ostatni nie mogli się osobiście narażać. Agenci byli wszechstronnie wyszkoleni w sabotażu, walce z terroryzmem, szacowaniu skutków wybuchu bomb, uprowadzaniu ludzi oraz ratowaniu ludzi i sprzętu.

SAD, czyli Wydział Operacji Specjalnych, zawdzięczał swoje istnienie Biuru Służb Strategicznych (OSS), agencji powstałej w czasie drugiej wojny światowej. Została ona podporządkowana szefom połączonych sztabów i miała bezpośredni dostęp do prezydenta Franklina D. Roosevelta. Większość swoich operacji OSS przeprowadzała poza kontrolą wojskowych, co w owym czasie budziło zdumienie i krytykę. Powiadano, że generał MacArthur bardzo niechętnym okiem patrzył na agentów OSS działających na podlegającej mu części teatru wojny. Kiedy więc po wojnie rozwiązano OSS, zgodnie z Ustawą o bezpieczeństwie narodowym z 1947 roku stworzona została Centralna Agencja Wywiadowcza, CIA. Misje, które nie powinny być przypisywane Stanom Zjednoczonym, przydzielono paramilitarnej sekcji CIA nazwanej Wydziałem Operacji Specjalnych, będącej bezpośrednim następcą OSS.

W porannej wideokonferencji zastępcy dyrektora O’Hary wziął udział szef SAD David Slater, czarnoskóry mężczyzna o szczęce jak ze stali, były żołnierz zwiadu piechoty morskiej z dwudziestoletnim stażem służby wojskowej. Obaj patrzyli na Moore’a, który łączył się za pomocą tabletu, siedząc w lokalu agencji w Saidpur Village.

– Przykro mi, że nie mogliśmy wczoraj pomówić – zaczął Slater. – Leciałem samolotem do CONUS.

– Nic nie szkodzi, dziękuję, że pan do nas dołączył.

O’Hara pozdrowił Moore’a, życząc mu dobrego dnia.

– Z całym szacunkiem, ale nie ma w nim absolutnie nic dobrego.

– Rozumiemy, co pan czuje – odparł O’Hara. – Straciliśmy wspaniałych agentów i wiele lat pracy wywiadowczej.

Moore skrzywił się i przygryzł język.

– Co udało się panu ustalić?

– Z gruzów wydobyto ciała Harris i Stone’a, w każdym razie to, co z nich zostało. Gallaghera, który przebywał w domu Chodaja, wciąż nie ma. Muszą go trzymać w piwnicy albo w głębokiej jaskini, bo nie ma sygnału z nadajnika umieszczonego na ramieniu. Ten, którego pan pochwycił, z pewnością był dobrze wyszkolony, ale trzeba go uznać za płotkę.

Moore z odrazą pokręcił głową.

– Uważa pan, że Chodajowi założono podsłuch?

– To niewykluczone – odparł Slater.

– Ja też tak pomyślałem. Punkt kontrolny w holu był dekoracją, tamci musieli go obstawić. Wykrywacz nie mógł niczego pokazać, nawet jeśli pułkownik miał na sobie pluskwę. Chodaj wszedł więc, a system nie zareagował. Może go nastraszyli, zagrozili, że jeśli nas nie zdradzi, pozabijają jego rodzinę. W końcu i tak to zrobili.

– Całkiem sensowna hipoteza – zauważył O’Hara.

Moore parsknął.

– Ale tak się nie stało.

– Co pan wie? – spytał Slater.

– Ochrona hotelu jest w większości profesjonalna. Sądzę, że wykorzystali personel sprzątający, by dostarczyć ładunki do pokoi sąsiadujących z naszym.

– Chwileczkę. Jak dostarczyli bomby do hotelu? Przecież nie wtargali ich głównym wejściem.

Moore pokręcił głową.

– Dostali się do sąsiedniego budynku, w którym mieści się centrum techniczne. Tam krył się snajper. Słabsza, mniej liczna ochrona, może łatwiej było ich przekupić. Ładunki przeciągnięto po linie z jednego dachu na drugi.

– Chyba pan żartuje – odezwał się O’Hara.

– Ani trochę. Wspiąłem się na dach i zobaczyłem miejsce, w którym przeciągnęli linę. Później wszedłem do Marriotta i znalazłem na dachu te same ślady. Za parę minut prześlę e-mailem zdjęcia.

– To tak proste, że aż żałosne – rzekł cicho O’Hara.

– Może na tym polegał nasz błąd. Szukaliśmy czegoś wyrafinowanego, a tamci używali patyków i kamieni. Gdyby naprawdę ryzykowali, rzucaliby bomby z jednego budynku na drugi… – Moore znów pokręcił głową.

– Rozumiem, że w sąsiednich pokojach zarejestrowali się goście, którzy nigdy z nich nie skorzystali – domyślił się O’Hara.

– Właśnie. Ktoś wewnątrz postarał się, żeby w papierach wyglądały na zajęte, podczas gdy cały czas stały puste. Policjanci powinni namierzyć tego gnoja, który wystawił naszych. Powiedziałem Ranie, żeby się rozejrzał.

– To dobrze – odparł O’Hara – ale chcemy pana teraz stamtąd zabrać.

Moore zaczerpnął powietrza i zamknął oczy.

– Wiem, uważacie, że sprawa sypnęła się z mojej winy. Zaniedbanie środków bezpieczeństwa… Ale nic na to nie wskazywało, sprawdziłem wszystko, dosłownie wszystko… Pozwólcie mi doprowadzić rzecz do końca. Proszę.

Chciał dodać, że chce to zrobić dla tych, którzy zginęli, a także dla siebie, lecz nie zdołał tego wypowiedzieć.

– Jest pan potrzebny tutaj.

Moore szybko otworzył oczy.

– To znaczy w Stanach?

– Wczoraj po południu kilku oficerów z batalionu Chodaja zostało sfotografowanych z pewnym człowiekiem – odezwał się Slater. – Ustalono, że jest to Tito Llamas, znany żołnierz kartelu Juárez. Było z nimi dwóch niezidentyfikowanych mężczyzn, przypuszczalnie talibów. Za chwilę dostanie pan te zdjęcia.

– A zatem skorumpowani oficerowie armii pakistańskiej spotykają się z przedstawicielem meksykańskiego kartelu narkotykowego i talibami – podsumował Moore. – Diabelska trójca, nie ma co.

Slater skinął głową.

– Max, znasz wielu graczy ze Środkowego Wschodu, masz wiedzę, której potrzebujemy. Chcemy, żebyś stanął na czele nowej grupy specjalnej, którą formujemy.

Zdezorientowany Moore zmarszczył czoło.

– Czy to jest coś w rodzaju awansu? Po tym, co się stało? Za dwa tygodnie…

– Długo rozważaliśmy tę sprawę i za każdym razem widzieliśmy twoje nazwisko na czele listy. I nadal tak jest – oznajmił Slater.

Moore wciąż kręcił głową.

– Myślałem, że ci dwaj na korytarzu hotelu są agentami ISI, że strzegą dostępu na piąte piętro. A oni pilnowali, żeby bomby wybuchły…

– Zgadza się – potwierdził O’Hara.

Mężczyzna nachylił się w stronę kamery.

– Musimy wybadać, jak bardzo meksykańskie kartele narkotykowe spoufaliły się z afgańskimi i pakistańskimi przemytnikami. Jeśli możesz to uznać za pociechę, nadal będziesz pracował nad tą samą sprawą, tylko z innej strony.

Moore przez chwilę trawił te nowe informacje.

– Jaką rolę odgrywają w tym Meksykanie, poza tym że są pośrednikami i klientami?

O’Hara oparł się na krześle.

– Oto jest pytanie, które nas nurtuje.

Slater odchrząknął i zajrzał do notatek.

– Twoje główne zadanie będzie polegało na tym, by dowiedzieć się, czy powiązania między talibami i Meksykanami mają jedynie prowadzić do rozszerzenia rynku opium, czy też chodzi o coś poważniejszego. Na przykład czy talibowie rekrutują współpracowników w Meksyku po to, by stworzyć nową bazę operacyjną z łatwym dostępem do terytorium USA.

– Wspomniał pan o grupie specjalnej. Czy w jej skład mają wejść także inne agencje?

Slater się uśmiechnął.

– Mogę ci wyrecytować cały alfabet: CIA, FBI, ATF, CBP, parę pomniejszych agencji, a także te o zasięgu lokalnym.

Moore aż się wzdrygnął, uświadomiwszy sobie ogrom zamierzonego przedsięwzięcia.

– Panowie, jestem wdzięczny za to, że złożyliście mi tę propozycję.

– To nie jest propozycja – zauważył O’Hara.

– Rozumiem. Dajcie mi wobec tego parę dni, chcę zobaczyć, co uda się ustalić w sprawie zabójców Chodaja i ewentualnie zebrać trochę informacji o Gallagherze. Tylko o to proszę.

– Wysłaliśmy już na miejsce inny zespół – oznajmił Slater.

– Świetnie. Ale pozwólcie mi na jeszcze jedno podejście.

O’Hara się skrzywił.

– Wszyscy zawiedliśmy przy tej akcji, nie tylko ty.

– Oni zabili pułkownika i wymordowali jego rodzinę. To był zacny człowiek, spełniał swój obowiązek. Jesteśmy to winni jemu i jego bratankowi. Nie mogę tak po prostu zostawić tej sprawy.

O’Hara przemielił te słowa w głowie i uniósł brwi.

– Dwa dni.

2Manewr

Dżungla na północny zachód od Bogoty, stolicy Kolumbii

Juan Ramon Ballesteros zaklął przez zęby i przesuwając ręką po pękatym piwnym brzuchu, sięgnął po telefon komórkowy schowany w kieszeni workowatych szortów. Jego biała koszulka bez rękawów przesiąkła potem, a w ustach trzymał niezapalone cygaro, które także zwilgotniało. Lato było potwornie gorące, w powietrzu panowała wszechogarniająca wilgoć; marsz przypominał przeciskanie się między bochnami ciepłego chleba.

Ballesteros miał zaledwie czterdzieści lat, lecz ciężkie brzemię zajmowanego stanowiska wyżłobiło głębokie zmarszczki wokół jego oczu, a brodzie i kędzierzawym włosom przydało odcień szarości stali, z której wytwarza się broń. Chodził przygarbiony od chronicznego bólu w plecach, dotkliwego jak dźgnięcie maczetą.

Jednak dolegliwości cielesne stanowiły najmniejsze z jego zmartwień. Całą uwagę Juana pochłaniali czterej młodzi mężczyźni z ranami postrzałowymi głowy.

Leżeli przez większość nocy na poszyciu dżungli, ich pobladłe ciała lśniły od porannej rosy. Muchy, brzęcząc, siadały na ich policzkach, powiekach, wlatywały do otwartych ust. Nastąpiło już stężenie pośmiertne, kiszki się opróżniły. Odór był nie do zniesienia; Ballesteros musiał odwrócić głowę i przełknąć wzbierającą żółć.

Przybyli tam, by założyć kolejne ruchome laboratorium do produkcji kokainy. Daleko było mu do szczytów nowoczesnej techniki i wymogów higieny, składało się z paru domowej roboty namiotów, pod którymi na gołej ziemi suszyły się stosy liści koki. W jednym wytwarzano benzynę, kwas siarkowy oraz inne chemikalia potrzebne do wyprodukowania co najmniej tysiąca kilogramów pasty na tydzień.

Wytwórcy koki stosowali nieco odmienne receptury; ludzie Ballesterosa potrzebowali tysiąca kilogramów liści, by uzyskać kilogram pasty. W czasie takich wypraw demonstrowali, jak zrobić jedną dziesiątą tej ilości. Odpalali maszyny do mielenia chwastów, przerabiali sto kilo liści, a następnie dodawali szesnaście kilo soli morskiej i osiem kilo wapna. Mieszali je, depcząc intensywnie, aż uzyskali czarną, podobną do błota maź, którą wlewali do wielkiej beczki. Dodawali dwadzieścia litrów benzyny i zostawiali wszystko na blisko cztery godziny.

Wówczas zajmowali się drugą beczką, w której suszyła się już papka. Płyn odlewali do wiadra, papkę i liście wyrzucali. Cenny półprodukt uzyskany z liści koki miał wówczas postać zawiesiny rozpuszczonej w benzynie.

Teraz należało dolać osiem litrów wody i osiem łyżeczek kwasu siarkowego. Płyn przez kilka minut mieszano, a następnie przelewano, pozostawiając osad na dnie. Dodawano nadmanganianu sodowego oraz sody kaustycznej w dawkach, które nie były ściśle określone; chodziło o to, by zalać osad. Płyn przybierał mlecznobiałą barwę, pasta krzepła na dnie naczynia. Resztkę płynu filtrowano przez szmatę, a pastę zostawiano, by wyschła na słońcu i zrobiła się jasnobrązowa.

Wytworzenie kilograma pasty kosztowało Ballesterosa około tysiąca dolarów amerykańskich. Po przerobieniu jej na proszek kokainowy i przetransportowaniu do Meksyku cena rosła do dziesięciu tysięcy za kilo. Sprzedany w Stanach Zjednoczonych gangom ulicznym proszek osiągał cenę trzydziestu tysięcy dolarów. Ci dodawali do niego różne składniki, zmniejszając czystość narkotyku, by podnieść zysk z działki. Gangsterzy sprzedawali produkt na gramy. Wartość kilograma narkotyku w ulicznym obrocie mogła wynieść sto siedemdziesiąt pięć tysięcy dolarów, a nawet więcej.

Pewien kupiec spytał kiedyś ironicznie: „Dlaczego to robisz?”. Czyżby producent nie rozumiał, że nastolatek z Los Angeles zmarł niedawno po przedawkowaniu tej substancji? Czyżby nie wiedział, że niszczy rodziny i niesie śmierć ludziom we wszystkich zakątkach świata?

On zaś nigdy się nad tym nie zastanawiał i uważał się za rolnika z dziada pradziada, którego przodkowie od pokoleń pracowali na plantacjach kawy. Wychował się w Bogocie, a później wyjechał studiować na Florydzie. Powróciwszy w rodzinne strony z dyplomem wyższej uczelni, chciał założyć firmę nastawioną na organiczną uprawę bananów, lecz przedsięwzięcie zakończyło się całkowitym fiaskiem. Któryś ze znajomych po fachu przedstawił go paru handlarzom narkotyków, a reszta, jak powiadają, jest historią. Dla niego była to kwestia przetrwania. Po długiej dwudziestoletniej karierze producenta i handlarza narkotyków Ballesteros zbierał plony swojego ryzykownego biznesu. Jego rodzina mieszkała obecnie wśród białych Europejczyków na bogatym północnym przedmieściu miasta, synowie z powodzeniem uczyli się w liceum, a żonie niczego nie brakowało, być może poza tym, że chciała spędzać więcej czasu z mężem. Przez większą część tygodnia był zajęty prowadzeniem „firmy”, lecz wracał do domu na rodzinne spotkania, mszę w kościele i mecze piłki nożnej, na które chodził wraz z synami. W rzeczywistości mieszkał w domu w dżungli, ćwierć kilometra od laboratorium, i jak dotąd utrzymywał doskonałe stosunki z FARC. Rewolucyjne Siły Zbrojne Kolumbii były organizacją paramilitarną, która pomagała mu w dystrybucji i eksporcie towaru. Miał nadzieję, że jego ludzie nie zginęli z rąk bojowników FARC. Między nim a pułkownikiem Diosem pojawiło się pewne napięcie, którego źródłem były zwyczajne nieporozumienia w kwestii ceny. A teraz okazało się, że robotnicy Ballesterosa zostali w czasie snu zabici z wytłumionej broni.

Dwoma naciśnięciami klawiatury wybrał numer Dantego Corralesa, który był jego kontaktem w Meksyku, i czekał, aż młokos odbierze telefon.

– Dzwonisz do mnie, tylko kiedy jest kłopot – odezwał się Corrales. – Ale lepiej, żeby go nie było.

– Dios – oznajmił Ballesteros.

– Okay. Wolałbym, żebyś więcej nie zawracał mi głowy.

– Zaczekaj, nie jestem pewien, że to Dios, ale możliwe…

Chłopak zdążył już przerwać połączenie.

Ballesteros spotkał Corralesa tylko raz, przed dwoma laty, gdy członkowie kartelu Juárez przybyli, aby z bliska przyjrzeć się jego działalności, a także zaoferować ochronę i robotników, dzięki którym mógłby zwiększyć produkcję. Corrales okazał się młodym arogantem, przedstawicielem nowego pokolenia handlarzy narkotyków niemającego poczucia ciągłości historii i szacunku dla poprzedników. Tych młodych sicarios bardziej zaprzątała władza, dbałość o swój wizerunek i strach, który budzili w zwykłych ludziach niż zarabianie pieniędzy. W swojej fantazji byli gwiazdami Hollywood, chcieli być podobni do Ala Pacino. Ballesteros nie przepadał za nimi, lecz musiał przyjąć pomoc kartelu, gdy rząd zacieśnił kontrolę jego działalności. Stali się głównymi odbiorcami jego towaru.

Przed tygodniem odbył pełną napięcia rozmowę telefoniczną z Corralesem; w jej trakcie dowiedział się, że sam szef kartelu niebawem zawita do kraju i że w związku z tym nie powinien spóźnić się z następną dostawą. Zaklął, wbiegł do domu i wysłał dwóch ludzi do laboratorium, by zabrali ciała.

Pod dom zajechały cztery ciężarówki z przyczepami wyściełanymi brezentem. Grupa robotników zaczęła ładować na ciężarówkę skrzynki z bananami i kokainą.

Ballesteros maskował wściekłość z powodu śmierci swoich ludzi, pokrzykując na robotników i popędzając ich do pracy.

Statek czekał już przy nabrzeżu w Buenaventura.

***

Droga była wyboista, pasażerowie podskakiwali na fotelach w rozgrzanych kabinach. W żadnej z ciężarówek nie działała klimatyzacja i zdaniem Ballesterosa tak było lepiej. Nie chciał, by jego robotnicy poczuli się zbyt komfortowo. Musieli zachować czujność. Ballesteros lustrował wzrokiem każdy mijany samochód i każdego pieszego na drodze.

Ładunek był duży, siedem ton, a firma padła ofiarą ataku morderców, toteż Ballesteros obawiał się drugiego uderzenia i postanowił osobiście dopilnować transportu aż do drugiego lub trzeciego punktu wymiany.

Załoga trzydziestometrowego kutra do połowu krewetek przycumowanego w porcie wyległa na nabrzeże, gdy ciężarówki dotarły do portu. Zaczęto ładować towar z przyczep na statek, korzystając z dźwigu o napędzie spalinowym i sieci z bomem. Skrzynie z bananami błyskawicznie wędrowały z nabrzeża do ładowni kutra.

W niewielkiej odległości stało dwóch partyzantów FARC i obserwowało operację. Jeden z nich skinął głową Ballesterosowi, który ku zaskoczeniu załogi szybkim krokiem wszedł po trapie na pokład. Oznajmił marynarzom, że płynie z nimi. Jak daleko zamierza płynąć? Tak daleko, jak będzie trzeba.

***

Wzięli kurs na zachód i pokonali około dwustu pięćdziesięciu mil, zbliżając się do Isla de Malpelo, niewielkiej wysepki ze wspaniałymi skarpami i efektownymi formacjami skalnymi, które połyskiwały w blasku słońca. Mieli tam pozostać aż do zmroku, markując połów krewetek; towarzyszyła im ławica żarłaczy jedwabistych. Ballesteros przeważnie milczał, wciąż nękały go obrazy zabitych podczas snu robotników.

Wreszcie w pobliżu lewej burty kutra wyłonił się ciemny kształt podobny do wieloryba lub ogromnego żarłacza. Gdy podpłynął bliżej, mężczyźni na pokładzie kutra zaczęli do siebie pokrzykiwać i szykować liny. Cień wynurzał się z wody upstrzony granatowymi, szarymi i czarnymi plamami. Przebił powierzchnię, biała piana spłynęła po bokach…

Łódź podwodna przesunęła się obok burty kutra.

– Tym razem wybiorę się z wami na przejażdżkę! – zawołał Ballesteros do kapitana, który wyjrzał z włazu.

Jednostka o napędzie spalinowo-elektrycznym miała trzydzieści jeden metrów długości i prawie trzy metry wysokości od stępki do pokładu. Zbudowana z włókna szklanego mogła dzięki dwóm śrubom ciąć wodę z prędkością przekraczającą dwadzieścia węzłów na godzinę, nawet gdy wiozła na pokładzie dziesięć ton kokainy. Miała trzymetrowy stożkowy kiosk z peryskopem i potrafiła się zanurzyć na głębokość niemal dwudziestu metrów. Była nadzwyczajnym osiągnięciem techniki i stanowiła dowód kreatywności i uporu tych, którzy kierowali operacją. Rzecz jasna należała do kartelu Juárez i kosztowała ponad cztery miliony dolarów. Zbudowano ją w suchym doku, pieczołowicie zamaskowanym pod trzywarstwowymi koronami drzew kolumbijskiej dżungli.

Dwie zostały namierzone i skonfiskowane przez wojsko, zanim je zwodowano, lecz kartel miał pieniędzy w bród i zbudował kolejne. Ta była jedną z czterech, które pozostawały w ciągłym użyciu.

Ballesteros pamiętał czasy, gdy musieli korzystać z powolnych łodzi rybackich i żaglówek; czasem ośmielali się sięgać po kutry do transportu cygar. Poczynili olbrzymie postępy w dziedzinie finansowania i kamuflażu. Używane kiedyś łodzie ze zdolnością do częściowego zanurzenia można było wykryć z powietrza, lecz tej to nie groziło. Ktoś pomógł mu przejść na pokład łodzi; jeden z marynarzy ustąpi mu miejsca, a sam wsiądzie na kuter. W odległości stu mil od wybrzeża Meksyku spotkają się z innym kutrem, przeładują towar i wrócą do Kolumbii. Ballesteros nie zaśnie, jeśli nie będzie wiedział, że ładunek dotarł do celu. Wszedł do ciasnej, lecz klimatyzowanej kabiny łodzi, a jego ludzie rozpoczęli przeładunek.

Granica z Meksykiem

Hrabstwo Brewster w stanie Teksas

Dwa dni później

Funkcjonariuszka amerykańskiej straży granicznej Susan Salinas zaparkowała terenowy samochód obok niewielkiego rowu tak, by nie był widoczny z pustyni rozciągającej się aż po zakrzywiony horyzont z łańcuchem górskim. Słońce zaszło przed dwiema godzinami; wraz z partnerem Richardem Austinem położyli się na brzuchach, szykując się do obserwacji granicy przez noktowizory. Pustynia wyglądała jak falująca plama pulsującej zieleni. Dostali cynk od miejscowego ranczera, który zauważył ciężarówkę mknącą przez dolinę w stronę jego posiadłości. Samochód uruchomił zdalny elektroniczny czujnik umieszczony tam przez CBP, Służbę do spraw Cła i Ochrony Granic.

– Może znów jakieś dzieciaki dorwały się do terenówki i szaleją – rzekł Austin, wzdychając głęboko i spoglądając ku południowemu wschodowi.