Strona główna » Poradniki » Przyszłość zatrzymana. Ciągle jeszcze masz wybór!

Przyszłość zatrzymana. Ciągle jeszcze masz wybór!

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-63428-90-7

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Przyszłość zatrzymana. Ciągle jeszcze masz wybór!

Przyszłość zatrzymana – to przestroga dla wszystkich, że może tej przyszłości już nie być, jeśli nie podejmiemy świadomych działań, zarówno indywidualnych, jak i zbiorowych w kierunku ograniczania zagrożeń siebie i środowiska. Mimo tej mało optymistycznej prognozy, wynikającej z przytoczonych danych, mamy jeszcze stale wybór, którego musimy dokonać świadomie, aby nie tylko przetrwać, ale z każdym rokiem poprawiać jakość życia własnego i w skali globu.

Czy jesteśmy gotowi, aby podjąć się tego zadania?

Polecane książki

Sukces diety rozdzielnej - bo tak na pewno można nazwać stopień jej popularności i efekty wynikające z jej stosowania - polega na tym, że tak naprawdę nie jest to dieta rezygnacji. Nie trzeba rezygnować całkowicie z jakiegokolwiek elementu dotychczasowego sposobu żywienia, a właśnie taka konieczność...
Aneta Łastik - pieśniarka, pedagog, kobieta niezwykła, z zacięciem społecznikowskim w najlepszym tego słowa znaczeniu. Opracowała własną metodę pracy z ludźmi, którzy maja kłopoty z własnym głosem. Wie, jak rozszyfrować ukryte emocje, które głos blokują. Wie też, bo do tego doszła przez doświadczeni...
Za kształtowanie wszystkich nawyków odpowiada większy wzrost dopaminy w naszym mózgu. Ten neuroprzekaźnik może również pomóc nam w przyjemny sposób zerwać ze złymi przyzwyczajeniami i pozwolić na stopniowe tworzenie ich zdrowych odpowiedników. W książce znajdziesz sposoby na pokonanie zachcianek umy...
Zapoznaj się z publikacją – zawiera konkretne sytuacje i wskazówki postępowania dla dyrektora i pracowników kadrowych. Kiedy trzeba udzielić zwolnienia od pracy, na jaki czas i na jakich zasadach?...
Bella Haverton jest spadkobierczynią olbrzymiego majątku. Dopóki nie skończy dwudziestu pięciu lat lub nie wyjdzie za mąż, jej opiekunem prawnym jest Edoardo Silvieri. Bella nigdy go nie lubiła. Teraz przyjeżdża do rodzinnej posiadłości, by prosić Edoarda o pozwolenie na ślub. Nie wie, że...
Jeden z najwszechstronniejszych twórców XX wieku. Książka z przedmową Bertranda Russella i ilustracjami Franciszki Themerson. Życie termitów w porównaniu z ludzkim wydaje się nieskomplikowane. Ale gdyby tak odwrócić perspektywę? Bohaterowie powieści Stefana Themersona to termity prowadzące badania n...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Ewa Białek

Ewa ‌Danuta Białek

Przyszłość zatrzymana

Ciągle ‌jeszcze masz wybór!

Copyright ‌by: ‌Ewa Danuta Białek

Wszelkie ‌prawa ‌zastrzeżone

Instytut Psychosyntezy®

Żadna część tej ‌książki nie może ‌być w ‌żaden ‌sposób ‌użytkowana,

przetwarzana, kopiowana ‌bez ‌pisemnej ‌zgody Autorki.

Redakcja: Sylwia ‌Wrzosek

Okładka ‌i przygotowanie do ‌druku: Barbara ‌Zając

Zdjęcie ‌na okładce: ‌Ewa Białek

ISBN 978-83-63428-90-7

Wydanie ‌pierwsze

Warszawa 2018

Konwersja do ‌epub i ‌mobi  A3M Agencja Internetowa

Nie możemy rozwiązać naszych ‌problemów

tym ‌samym sposobem myślenia,

którego użyliśmy, ‌aby je stworzyć.

Albert ‌Einstein

KILKA ‌SŁÓW O KSIĄŻCE

Omal ‌cztery lata temu wydałam ‌książkę p.t. Wellness. Zdrowie ‌od-Nowa. W jej treści ‌pokazałam jak ważne jest ‌nie tyle zdrowie fizyczne, ‌co całościowy dobrostan, ‌obejmujący wszystkie przestrzenie i ‌poziomy funkcjonowania ‌człowieka. Wszelkie jego zaburzenia ‌powinny ‌być rozpatrywane z ‌wielu ‌punktów widzenia, ‌a ‌więc integralnie. Bez świadomości, że jesteśmy czymś więcej niż ciałem, nie jesteśmy w stanie ani wyzdrowieć, ani tym bardziej żyć w dobrostanie (wellness, well-being). Naszym zadaniem więc jest wprowadzanie do edukacji na wszystkich jej szczeblach zintegrowanej edukacji do zdrowia. To pozwoli nam także na wytworzenie zdrowych nawyków i przekonań (zamiast tych powielanych pokoleniowo) oraz na realizację siebie, swoich pasji w zgodzie ze sobą, w harmonii ze swoimi talentami i wewnętrznym dobrostanem. A to pozwoli zachować zdrowie na długie lata.

W międzyczasie, jako odzew na pytania i reakcje czytelników powróciłam do tematyki chorób, aby pokazać przyczyny ich powstawania i odnieść się do negatywnych pokoleniowych przekazów, które jesteśmy w stanie zarówno „odwołać”, ale niestety także „umocować” w pamięci komórkowej ciała. Ta pamięć ciała, przekazywana jako jego energetyka czy informacja pokoleniowa, nie pozwoli nam, bowiem żyć w harmonii ze sobą, ze swoim własnym programem, z którym przyszliśmy na świat, aby go zrealizować. Temu zagadnieniu były poświęcone dwie z ostatnio wydanych książek p.t. Lustra na pokolenia oraz Choroby z autoimmunoagresji – a umysł-ciało-dusza. Co mają wspólnego?

Tuż po tej ostatniej książce, będącej już w trakcie łamania do druku, zaczęły napływać do mnie informacje w postaci zarówno artykułów pojawiających się na łamach obecnej prasy, jak i książek innych autorów, dotyczących oddziaływania środowiska na zdrowie, podobnie jak i następnego pokolenia. Od kilku już lat sama borykałam się z tym problemem, a szczególnie z różnego rodzaju wrażliwością na substancje zawarte w pożywieniu. Zauważyłam, że nie tylko zaczyna mi szkodzić mięso, wędliny, ale także zwykłe pieczywo. Odwiedziłam wiele piekarni i z każdej kupowałam różne gatunki chleba, aby przekonać się, który z nich nie uczula. Okazało się, że uczulała większość z nich, podobnie jak i zakwas, a także drożdże. Zaczęłam sama piec chleb, aby rozwiązać ten problemem. Dzięki temu dowiedziałam się, że nie uczula mnie jedynie orkisz i stare odmiany mąki.

Zauważyłam także, że podobnie jest z serami i to zarówno białymi, jak i żółtymi. Wszystkie te produkty wywołały różnego rodzaju drobne, swędzące lub zmieniające się w rumień krostki na ciele. Dotyczyło to także składu bielizny i tego wszystkiego, co nosiłam blisko ciała, np. skarpetek czy rajstop. Okazało się, że jestem wrażliwa nie tylko na sztuczne tkaniny typu poliester, ale także na zwykłą bawełnę, gdyż, jak się okazało, zawiera domieszki, a także jest zszywana syntetycznymi nićmi. Wszystko to zaczęło wywoływać wyraźne, uporczywe swędzenie, niepozwalające trzymać tego długo na ciele. Były to zarówno szwy, jak i całe przestrzenie tkanin. Zmieniałam, więc proszki do prania na delikatne (dziecięce), aż wreszcie na zwykłe płyny typu Jeleń. A do tego odkryłam uczulenie na piankę poliuretanową, którą wypełniony był materac, na którym spałam. Wymieniłam go na nowy, który okazał się jeszcze bardziej uczulającym, powodującym omalże pieczenie skóry ciała na całej jego powierzchni.

Jakby tego było mało, dostrzegłam już lata wcześniej, że nie mogę, pracując przy komputerze, używać routerów, i to różnych ich rodzajów. W poprzednim mieszkaniu oddaliłam się od routera, co najmniej o 10 m, ale i to nie pomagało, mimo że miałam kabel Ethernet, który podobno „nie sieje”. Ale w moim przypadku to nie skutkowało. W nowym mieszkaniu miałam zwykły modem, który przy okazji zmiany sprzedawcy uległ także wymianie na jakiś nowy model routera. Ten „siał” nawet do sypialni, co nie pozwalało spać, stwarzając wrażenie, jakbym była w polu „rażenia” prądem. Udało mi się omal cudem zmienić umowę i rodzaj połączenia z Internetem na starszy typ modemu, który mniej uczulał. Ale i to nie uwolniło mnie od odczuwania promieniowania na ramionach, przedramionach, a nawet bokach tułowia, a często także pojawiania się wyjątkowo swędzącej wysypki, którą udawało mi się łagodzić pudrami dla dzieci czy olejami roślinnymi na skórę. Zwykle uspakaja się to przez noc do następnego dnia, aby potem ruszyć z nową siłą.

Od pewnego czasu zauważyłam także, że to dokuczliwe oddziaływanie przenosi się na gardło i układ oddechowy, nasilając drażnienie śluzówki, a przy długim siedzeniu przy laptopie – także problemy z oddychaniem – typu braku powietrza – jakby zmniejszała się przestrzeń na oddech. To zaczęło mobilizować mnie do ograniczenia długości pracy przy komputerze, a przede wszystkim ilości odwiedzanych stron internetowych, bo wtedy głównie, gdy laptop jest podłączony do Internetu, wzrasta intensywność jego szkodliwego dla mnie oddziaływania. Niemniej samo pisanie, (które jest przecież rodzajem mojej stałej pracy) wywołuje skutki w postaci intensywnego swędzenia oczu i wysychania oczu („zespół suchego oka”), a to jest sygnałem, że działa niekorzystnie na organizm i należy je ograniczyć do minimum.

W taki oto sposób to życie i warunki uczyły mnie, jak reagować na tego rodzaju oddziaływania i szukać sposobów, aby im zapobiegać, lub przynajmniej zmniejszać ich skutki.

Tematyka, którą poruszę w tej książce zawsze więc mnie „dotykała”. Dotyczyła, bowiem niezmiennie przyczyn chorób cywilizacyjnych, rozumianych coraz szerzej z poziomu fizycznego wymiaru człowieka, choć odnoszących się do głębi jego istnienia, sensu życia, realizacji siebie, jak i etycznego wymiaru aktywności dla innych.

Mimo poświęcenia uwagi w ostatnich kilku moich książkach sferom emocjonalnym i duchowym człowieka i ich wpływowi na jakość pokoleniowego przekazu, tematyka, która pojawiła się w zakresie mojego obecnego zainteresowania dotyczyła tym razem powrotu do sfery horyzontalnej – a więc fizycznego zdrowia człowieka. Była ona związana z tym, co odnosiło się do mnie w tym momencie życia, a mianowicie wyjątkowego nasilenia wrażliwości na różnego rodzaju substancje znajdujące się w najbliższym otoczeniu. To zmusiło mnie wręcz do zajęcia się tym tematem głębiej, gdyż sama zaczęłam czuć się źle we własnej skórze, tym bardziej przez towarzyszące mi objawy jej drażnienia, podobnie jak oddziaływania na śluzówkę gardła i nosa. Choć mówi się powszechnie, że np. dzieci wyrastają z uczuleń, w praktyce życia okazało się, że my, dorośli właśnie w nie wrastamy, i mimo upływu lat i w miarę sprawnego układu odpornościowego, akurat on zaczyna odmawiać posłuszeństwa.

Akurat w tym samym czasie administracja wystosowała zapytanie do właścicieli mieszkań o zgodę na postawienie masztu telefonii komórkowej akurat na moim budynku – dwa piętra nade mną. Ponieważ zwykle ludzie nie mają czasu, więc sprawa sama by się „sprawiła”, a ja miałabym wkrótce kolejne wyzwanie zdrowotne. W ciągu zaledwie kilku dni całą swoją uwagę zmobilizowałam do udostępnienia materiałów, którymi dysponowałam na 6 klatkach schodowych i omalże 300 mieszkańcom (licząc 3 okoliczne budynki).

Reakcja nie dała na siebie długo czekać, a decyzja została podjęta przez aklamację. Był to dla mnie kolejny sygnał, że „coś jest na czasie”, a ludzie potrzebują wiedzieć więcej i mieć informację w jednym miejscu.

Jak więc widać, sprawa dotyczy wielu składowych otoczenia, w którym żyjemy, ale także innych substancji, w tym leków. Co kilka omal dni mam okazję czytać w wiadomościach Onetu, że kolejna seria lub wszystkie serie danego leku właśnie zostały wycofane z aptek, bo coś zadziało się w ich produkcji lub jakiś ich składnik ma działanie, którego nie przewidziano. Znam to sama z autopsji, gdy wiele z preparatów, zapisywanych zresztą na receptę, wywołało we mnie reakcje alergiczne na przestrzeni wielu lat życia, a więc od dawna „dmucham na zimne”.

Co chwila także środki masowego przekazu informują opinię publiczną zarówno o mechanicznym smogu, unoszącym się w powietrzu wielkich miast, ale także o smogu elektromagnetycznym. Ten ostatni zaczęto intensywnie badać np. w Krakowie, przy okazji stałego zagrożenia smogiem obecnym w powietrzu tego miasta. I tu otworzyła się Puszka Pandory, z której wypłynęły bardzo zróżnicowane tematy, dotyczące tego, w jakim środowisku żyjemy naprawdę, czym nie tylko oddychamy, ale co jemy, czego używamy w codziennym życiu i to zarówno odżywiając się, jak i stosując, jako codzienne środki higieny.

Dotyczy to także mebli, farb, którymi pomalowano mieszkanie, wreszcie urządzeń w nim obecnych, w tym różnego rodzaju nowinek technologicznych. Wiele domów ma na swoich dachach lub w niedalekiej odległości maszty telefonii komórkowej. Niestety nie znamy ich długofalowego oddziaływania na nasze samopoczucie, a szczególnie powstawania chorób, z którymi coraz częściej się borykamy. Tymczasem ilość tych problemów systematycznie narasta przez lata.

Tak, więc zgodnie z przysłowiem „uderz w stół, nożyce się odezwą”, dotknięcie zaledwie jednego tematu oddziaływania smogu na organizm otworzyło lawinę problemów, które wymagają poruszenia, a więc uświadamiania opinii publicznej, w jakim środowisku żyjemy i jak możemy zabezpieczać zarówno siebie, jak i przyszłe pokolenia przed konsekwencjami tych oddziaływań.

Każdy z tematów jest wyjątkowo ważny, a wiele z nich, opisywanych już wielokrotnie na przestrzeni ostatnich omalże 50 lat, wraca do nas ponownie. Jest to o tyle istotne, że statystyki pokazują, że mimo olbrzymiego postępu w medycynie, dotyczącego zarówno aparatury do diagnostyki, jak i nowych leków, liczba chorych na różne choroby cywilizacyjne rośnie w zatrważającym tempie, a o niektórych dolegliwościach mówi się, że są one epidemiczne. Warto, więc poświęcić temu baczną uwagę, a szczególnie obecności środków chemicznych w naszym życiu – zarówno w produktach, których używamy na co dzień w domu, którymi się otaczamy, jak też odżywiamy, czy wreszcie leczymy przy ich użyciu. Podobnie dotyczy to jakości powietrza, którym oddychamy, oraz wody, którą pijemy.

Informacje, które do mnie dotarły tuż przed podjęciem tego tematu omalże powaliły mnie na przysłowiowe „łopatki”. Mimo znajomości tych zagadnień od wielu lat w sferze żywienia, leków, kosmetyków, ekologii i zrównoważonego rozwoju, nie uświadamiałam sobie ogromu problemów zdrowia, których one dotyczą. Doświadczając przez lata konsekwencji używania czy spożywania wyżej wspomnianych produktów w jakości mojego zdrowia (alergie), zrozumiałam, że nie brałam pod uwagę jeszcze poważniejszych konsekwencji dla życia i przeżycia człowieka na planecie. Wszystkie te następstwa dotyczą także tego, co opisywałam w ostatniej mojej książce – wymiaru duchowego i etycznej odpowiedzialności każdego człowieka za swoje życie.

Zagadnienia przywołane w tej książce mają szerszą i głębszą perspektywę – ponieważ dotyczą odpowiedzialności za stan świata, jak i zaniechanie i ignorancję społeczną, która może doprowadzić do dramatycznych skutków – zagłady człowieka i planety.

Postanowiłam odpowiedzieć na to „wołanie duszy” po raz kolejny, tym razem w szerszej skali, przypominając powoli zapominane już książki sprzed lat, ale i obecnie publikowane artykuły, traktujące o zagrożeniach zdrowia i życia w skali zarówno mikro, jak i makro. Te książki wywarły kiedyś, w czasach, w których się pojawiły, ogromny wpływ społeczny, niemniej nie porwały ludzi do indywidualnych zrywów dla „dobra” swojego i świata. Niektóre środowiska rozpoczęły nagonkę na autorów, którzy podważali osiągnięcia nauki czy przemysłu lub stosowane technologie, opisujących dramatyczne ich skutki; inne – dostrzegły w zawartych w książkach opisach ignorancję twórców technologii czy badań, którzy nie mieli świadomości katastrofalnych skutków działania różnych produktów czy substancji nie tylko na wiele pokoleń ludzkich, ale i istnienie całej flory i fauny. Kilka lat później tego rodzaju tematyka zeszła na dalszy plan, ponieważ wielość technologii i chemizacja środowiska „rozmieniła je na drobne”.

A tymczasem każda ze stosowanych substancji wymaga indywidualnego podejścia do jej oddziaływania na jakość życia na planecie, podobnie jak funkcjonowania mózgu i inteligencji, która ma służyć dobru świata, a nie jego zagładzie. Każda bowiem z nich stanowi broń obosieczną i o każdej powinna być informowana opinia społeczna, gdyż stosowanie jej dotyczy życia ludzi jako jednostek oraz przeżycia całej populacji.

Tymi zagadnieniami powinny być zainteresowane przede wszystkim rządy, które decydują o tym, co dostaje się do atmosfery, wody, gleby, co konsumuje człowiek i jaka jest jakość zdrowia kolejnego pokolenia, które się rodzi. Nie wystarczy stwarzać programy finansowania reprodukcji społeczeństwa. Trzeba przede wszystkim mieć świadomość środowiska, w którym wzrasta każdy obywatel, a przede wszystkim, z którego się rodzi. Wchodzimy wiec w zakres zdrowia reprodukcyjnego, chorób genetycznie uwarunkowanych, jakości żywności, wody, gleby oraz psychologicznych oddziaływań, na które ma wpływ także, jakość tegoż środowiska. Tutaj docieramy do zasięgu świadomości społecznej rządzących, którzy będąc reprezentantami społeczeństwa są zobligowani do tego, aby mieć wiedzę, ale i wizję, do czego prowadzi rozwój, a szczególnie niekontrolowany rozwój technologiczny.

Obecnie mamy do czynienia z przygotowywaniem ustawy o GMO i wchodzeniem na rynek kolejnych firm, zainteresowanych chemizacją otoczenia. Jaka jest społeczna świadomość? Czy presja lobby interesów stoi nad etyczną odpowiedzialnością za dramatyczne skutki dla obecnego i kolejnych pokoleń? Co na to rząd, społeczeństwo? Czy widzi problem, czy odkłada go na inne czasy, dla kolejnych pokoleń do rozwiązania?A czy one przeżyją?A może nie będą zdawać sobie sprawy, że niosą genetyczne uwarunkowania już z poprzednich pokoleń, myśląc, że tak musi być i nic nie da się zmienić?

Musimy mieć świadomość, że może już nie być kolejnych pokoleń, albo przez ignorancję ludzie sami sobie zaplanują zagładę, po czym będą ją stopniowo „nieświadomie” realizować. Jest ona obecnie zapoczątkowana i trwa już kilka pokoleń. Można ją „odczytywać” w zarówno z coraz liczniejszych danych na temat obecności skażenia w otoczeniu, jak i w chorobach cywilizacyjnych już ujawniających się u płodów, noworodków, niemowląt i nastolatków, ale szczególnie u dorosłych. Ci ostatni mają już często „odczytane” diagnozy, ale i zastosowano wobec nich próby leczenia, bywa, że dodatkową chemią. Czy znamy skutki wielorakich oddziaływań? Czy wyrażamy zgodę – jako społeczeństwo – na import nasion genetycznie modyfikowanych oraz pasz dla zwierząt o tych właściwościach?

Żywność roślinna i zwierzęca już obecnie zagraża zdrowiu społeczeństwa. Powinniśmy być świadomi, że zdrowie i życie jest największym bogactwem każdego z nas i musimy wziąć za nie indywidualną i zbiorową odpowiedzialność.

Właśnie o tym jest ta książka – o społecznej świadomości, ale i o wyzwaniach dla medycyny „jutra”, która będzie konfrontowana z coraz to nowymi chorobami cywilizacyjnymi „o nieznanej etiologii”, niemniej już opisanymi chociażby w przywoływanych przeze mnie książkach czy artykułach.

Książka jest także o refleksji i etycznej odpowiedzialności wszystkich, w tym również rolników, ale i producentów żywności, kosmetyków, mebli, środków czystości i wielu innych osób. Warto, aby każdy z nich zadał sobie ważne pytanie: Czy są oni gotowi za cenę pieniądza narazić życie swoje, kolejnych pokoleń, społeczeństwa, ale i przeżycia całej planety, wpuszczając do środowiska substancje, które zaburzają równowagę hormonalną ludzi, ale i równowagę biologiczną flory i fauny? Warto także, aby stawiać sobie kolejne pytania dotyczące przyszłości swojej, swoich następców, np.: Czy może zaistnieć jakaś perspektywa na przyszłość w totalnym zagrożeniu siebie i świata? A może warto zacząć drogę odwrotu już teraz, dla szukania rozwiązań na przeżycie w kolejnych pokoleniach?

PRZEDMOWA

Czy jest możliwy świat, w którym człowiek żyłby w symbiozie z otaczającym go środowiskiem, zamiast je niszczyć? Czy jest możliwym czyste powietrze, które pozwalałoby oddychać pełną piersią, a rośliny nieskażone chemią przetwarzałyby dwutlenek węgla na tlen niezbędny człowiekowi do istnienia? Czy jest nadal realne, aby ptaki w swojej różnorodności gatunków budziły ludzi swoim śpiewem i poranną aktywnością, motywując człowieka do tego samego?

Czy są jeszcze możliwe czyste oceany i morza oraz rzeki, gdzie człowiek mógłby skorzystać z kąpieli bez narażenia zdrowia i życia na chemiczne zanieczyszczenia i związane z nimi zatrucie organizmu i alergie? Czy mogą jeszcze zaistnieć czyste wody powierzchniowe dla zasiedlających je ryb i innych organizmów żywych; szumiące potoki krystalicznie przejrzystej wody, której człowiek spragniony mógłby zaczerpnąć, aby orzeźwić ciało?

Czy są możliwe czyste lasy porastające ziemię, pola obsiane zbożami, przeznaczonymi na zdrową mąkę i chleb, który by nie uczulał? Czy mogą jeszcze istnieć łąki porośnięte bujnym kwieciem, gdzie dorośli i dzieci mogliby bawić się i odpoczywać w niedzielne popołudnia? Czy wszystko to może powrócić, bo przecież istniało jeszcze 60 – 70 lat temu?

Co człowiek zrobił światu, naturze i sobie? Jaką przyszłość zgotował sobie i kolejnym pokoleniom, które spłodził? Czy przewidział konsekwencje swojego postępowania, wynalazków, które stworzył, technologicznych udogodnień, które ułatwić mu miały życie? Czy wreszcie ziemia, powietrze i wody świata należą do człowieka – są jego osobistą własnością i on może z nimi robić co zechce, nie licząc się z konsekwencjami swoich poczynań?

Czy człowiek nie przewidział rezultatów, które zgotuje sobie i swoim potomnym, ale także „wrogom” – tym, których nie lubi, nie rozumie, pragnie zniszczyć? Czy nie pojmuje, że to, co robi innym, nawet z ukrycia, na przykład wylewając gnojówkę i ścieki do rzeki – zatruje jego ziemię i wodę – obracając się przeciwko niemu samemu i jego następcom?

Po co to robisz człowieku? Dlaczego niszczysz spuściznę po swoich przodkach? Czy czynisz to dla ulotnego złudzenia bogactwa, zysku, zaspokojenia żądzy swojej chęci panowania nad innymi ludźmi i światem? Czy w swojej pysze wszechwiedzy i władzy masz prawo niszczyć innych ludzi, florę i faunę?

Czy nie rozumiesz, że sam szykujesz sobie zagładę – jeśli nie dziś to jutro? Czy kolejne pokolenia przeżyją, a może już ich nie będzie, bo – podobnie jak u ryb i ssaków – poprzez bezmyślne rozsiewanie chemii niszczysz systematycznie zdolności reprodukcyjne własne i swoich dzieci? Do czego chcesz doprowadzić? Po co to robisz?

A wreszcie – czy jest jeszcze droga odwrotu? Na ile znamy własne organizmy i ich zdolności detoksykacyjne i regenerujące? Czy w ogóle znamy siebie i to, co dzieje się zarówno w naszych głowach, jak i całym ciele? Czy nie igramy z ogniem, bawiąc się niczym dzieci wynalazkami drugiego człowieka, który powiedział nam, że to, co zrobił przyniesie nam radość i szczęście? Czy wiemy, co to tak naprawdę jest szczęście? Czy rozumiemy siebie, wiemy, kim jesteśmy i po co jesteśmy tu na ziemi? Czy dla przyjemności, kosztem innych i eksploatowania świata? Co zrobiliśmy z Ziemią – czy naprawdę właściwie odczytaliśmy religijne przesłanie i uczyniliśmy sobie ziemię „poddaną” – zamiast „oddaną” w opiekę, troskę, rewerencję, stając się jej kustoszem dla kolejnych pokoleń?

Co zostawisz człowieku po sobie – czy „tylko potop”? Czy ciebie nie interesują twoje wnuki, prawnuki – jaka będzie ich jakość życia, gdy już teraz zbierasz na sobie „żniwa”, które zasiałeś? Nie możesz przecież zignorować „jakości” genów, które przekazałeś! Jakiej one są jakości? Czy nie jest to może „toksom” – konglomerat toksyn, które na niewidzialnych poziomach przekazały informację kolejnemu twojemu pokoleniu, a ono – bez świadomości – przekaże następnemu?

Czy jest jeszcze przyszłość dla następnych pokoleń? Co im zostawisz w „spadku” – czy tylko zniszczone lasy, zatrute powietrze i wody, w których dogorywają żyjące tam jeszcze organizmy – a może już tylko mutanty? Czy rozumiesz, co to wróży dla ciebie, drugiego człowieka – jeśli ty i on jesteście częścią tej samej przyrody?

Filozof Hans Jonas napisał w jednej ze swoich książek, że jeśli mamy przetrwać, musimy sobie zdać sprawę z ogromu swojej odpowiedzialności za planetę, za inne gatunki, wreszcie za nas samych i los przyszłych pokoleń. Musimy wziąć odpowiedzialność za zło, które uczyniliśmy i uświadomić sobie, co jeszcze możemy uczynić złego lub dobrego. A wódz Indian Seattle już w 1885 roku przekazał takie przesłanie:

„Ziemia nie należy do człowieka, to człowiek należy do Ziemi. Cokolwiek przydarzy się Ziemi, przydarzy się człowiekowi. Człowiek nie utkał pajęczyny życia; jest nitką w tej pajęczynie; niszcząc pajęczynę życia, niszczy samego siebie”.

Każdy jest przecież odpowiedzialny – swoim postępowaniem – za przyszłość swoją, innych i świata, aby samemu móc przetrwać.

1. CO JEST CZYM? – CZYLI PRZEDSTAWIANIE

Rozpocznę przedstawianie substancji chemicznych, z którymi mamy do czynienia w otoczeniu od pestycydów, a więc produktów stosowanych w rolnictwie, ogrodnictwie, leśnictwie i sadownictwie. Obecnie są one wytwarzane głównie syntetycznie i służą do niszczenia różnego rodzaju zakażeń i pasożytów roślin, jak również do regulacji ich wzrostu, usuwania chwastów oraz ochrony upraw roślinnych przed szkodnikami.

W podręcznikach akademickich można znaleźć informacje (jakich nie było jeszcze kilkadziesiąt lat temu), że wadą tych związków chemicznych jest wysoka toksyczność i długi czas degradacji, jak też niszczenie organizmów pożytecznych, ponadto bioakumulacja w środowisku, a tym samym w tkankach roślin i zwierząt. Może to prowadzić do różnego rodzaju chorób czy mutacji. Musimy to wiedzieć wszyscy, a nie tylko studenci, którzy uczą się o tym do egzaminów, a potem zapominają i pracują np. w przemyśle, wytwarzając je. To jest przecież zarówno o nich, o przyszłej jakości życia ich samych, ich dzieci, rodzin i kolejnych pokoleń, ale także o nas wszystkich i jakości naszego życia teraz i za kilka czy kilkanaście lat!

Tego rodzaju substancje chemiczne objęte zostały klasyfikacją toksykologiczną w zależności od szkodliwości dawek substancji podawanych w mg/kg masy ciała (m.c.) zwierzęcia doświadczalnego (głównie szczura). Jest to średnia ilość danej substancji potrzebna do zabicia 50% populacji zwierząt doświadczalnych (LD50). Jeżeli LD50 jest poniżej 25 mg/kg m.c. – to jest to tzw. I klasa – określana, jako trucizna; gdy do 200 mg/kg m.c. – to jest to II klasa trucizn; – do 2000 mg/kg m.c. – to III klasa lub substancje szkodliwe; a powyżej 2000 mg/kg m.c. – jest to IV klasa, a więc substancje praktycznie nieszkodliwe.

Ze względu na zwalczane organizmy pestycydy zostały podzielone na: insektycydy – niszczące owady; herbicydy – usuwające chwasty (w tej grupie znajdują się regulatory wzrostu roślin); fungicydy – hamujące rozwój grzybów oraz fumiganty – czyli gazy służące do niszczenia organizmów zbędnych, zarówno w glebach, ziarnie, jak i pomieszczeniach gospodarczych.

W toksyczności danego preparatu ważna jest jego budowa chemiczna. Wyróżnia się, więc np. związki nieorganiczne – są to głównie fungicydy; związki organiczne, a wśród nichnp. insektycydy chloroorganiczne; fosforoorganiczne, karbaminianowe i pochodne mocznika oraz herbicydy pochodne kwasu fenoksyoctowego; triazynowe; chloroacetanilidy oraz fosfoniany (glifosat).

Szerokiej opinii publicznej jest znana grupa insektycydów chloroorganicznych, których wspólną cechą jest dobra rozpuszczalność w tłuszczach, a to niestety warunkuje ich działanie na układ nerwowy. Ta cecha dotyczy zarówno zwierząt jak i człowieka – a więc gromadzenia się ich w tkance tłuszczowej i innych lipofilnych tkankach (w tym układu nerwowego, wątrobie, nerkach, piersiach). Depozyty tego rodzaju początkowo powstają szybko, a następnie osiągają stały poziom, na którym się utrzymują przez długi czas. Czyni to je odpornymi na detoksykację i prowadzi do kumulacji w organizmie.

` Trwałość tych substancji dotyczy także samego środowiska (więc gleby). I tu istnieją pewne podziały (rozpad 75-100%) i obejmują one: substancje bardzo trwałe (okres rozpadu jest nieznany, ale szacowany na powyżej 20 – 30 lat); trwałe (2–5 lat); umiarkowanie trwałe (1–18 miesięcy) oraz nietrwałe (1–12 tygodni).

Zużycie pestycydów na świecie osiąga około 2 300 000 ton substancji aktywnych rocznie, a w samej Polsce około 22 500 ton i dotyczy to głównie herbicydów i fungicydów.

Stwierdzono, że spośród znanych 12 trwałych zanieczyszczeń środowiska, aż 9 stanowią pestycydy chloroorganiczne, a wśród nich aldryna, dieldryna, endryna, chlordan, DDT, heptachlor, heksachlorobenzen, mirex i toksafen. Charakteryzuje je brak selektywności działania oraz zdolność do gromadzenia się w tkankach zwierząt.

Wpływ DDT na zdrowie człowieka, popularnie znanego jako Azotoks, pierwszego pestycydu wprowadzonego z tej grupy, jest stale poddawany w wątpliwość, mimo że oficjalnie został wycofany w 1977 roku. Wykazano bowiem jego oddziaływanie na rozrodczość i możliwy wpływ teratogenny (wczesne porody, zaburzenia płodności, nieprawidłowy rozwój płodu). Obserwowano również zaburzenia wydzielania hormonów u zwierząt i działanie rakotwórcze u zwierząt laboratoryjnych już przy umiarkowanych dawkach (0,26-85 mg/kg), a wśród nich: nowotwory wątroby, trzustki, piersi, białaczki. Trwałość DDT w organizmie człowieka ocenia się na 6-10 lat.

Stosunkowo największe negatywne wpływy DDT i jego pochodnych na rozrodczość zaobserwowano u dużych ptaków drapieżnych. Ponadto zauważono zaburzenia gospodarki wapniowej (głównie przez metabolit DDE), prowadzące do osłabienia trwałości skorup jaj. Po latach stwierdzono, że skorupy jaj niektórych gatunków ptaków są znacznie cieńsze niż przed wprowadzeniem DDT.

Wykazano, że mechanizm toksycznego działania insektycydów chloroorganicznych polega na uszkadzaniu struktur błony komórkowej i wiązaniu się do receptorów tkanki nerwowej oraz narządów miąższowych (zwłaszcza wątroby). Przez swoje powinowactwo do tkanki nerwowej związki chloroorganiczne powodują naruszenie transmisji bodźców nerwowych, jak też enzymów biorących udział w tych procesach. Badacze wykazali, że niektóre związki z tej grupy (np. DDT czy heptachlor) są inhibitorami enzymów cyklu oddechowego, co prowadzi do niedotlenienia tkanki mózgowej i objawów zatrucia. Tymczasem cyklodieny (np. dieldryna) naruszają przemiany aminokwasów, a to wywołuje gromadzenie się amoniaku w tkance mózgowej i występowanie drgawek.

Ze względu na swoja trwałość w środowisku i zdolność kumulacji w organizmie człowieka i zwierząt, do chwili obecnej związki chloroorganiczne wykrywa się w mięsie zwierząt, mimo ograniczenia stosowania tych preparatów, a nawet całkowitego zakazu ich produkcji i stosowania (np. DDT). Oprócz działania rakotwórczego, dotyczącego wątroby, naukowcy wiążą je z nowotworami hormonozależnymi np. powodują one wzrost poziomu estrogenu. Wykazano związek podwyższonego poziomu estrogenu z rakiem piersi. Związki te działają także teratogennie na płód, powodując różnego rodzaju jego deformacje.

DDT był stosowany od początku lat 40-tych do lat 60. XX wieku. Mimo upływu tak wielu lat od tego okresu, ze względu na wysoką toksyczność oraz zakaz jego stosowania w rolnictwie, nadal wykonuje się badania jego pozostałości w żywności oraz rybach morskich i hodowlanych, znajdujących się na polskim rynku. Z grupy pestycydów chloroorganicznych największy problem stanowią jednak nadal metabolity DDT oraz stereoizomery heksachlorocykloheksanu (alfa, beta, gamma i delta-HCH), jak również heptachlor, aldryna i dieldryna. Te ostatnie związki przestano produkować w Polsce do 1975 roku, a heksachlorobenzen (w postaci kwintocenu) do 1986 r. Gotowe preparaty pestycydowe zawierające aldrynę, dieldrynę i endrynę były jednak importowane i dopuszczone do obrotu handlowego jako środki ochrony roślin do 1978 r. Najdłużej stosowanym preparatem był lasochron, zawierający DDT.

Oprócz gleby, roślin i zwierząt jednym z wyjątkowo ważnych problemów środowiskowych jest zanieczyszczenie zbiorników wodnych. Stanowi ono, bowiem potencjalne zagrożenie bezpośredniego szkodliwego oddziaływania na zasoby biologiczne i pośrednio na zdrowie człowieka. Wśród zanieczyszczeń chemicznych w wodzie znajdują się polichlorowane bifenyle (PCB), pestycydy chloroorganiczne, wielopierścieniowe węglowodory aromatyczne (WWA), jak również metale ciężkie, pochodzące np. z przemysłu, rolnictwa, miast, składowisk odpadów lub opadów atmosferycznych.

Pestycydy chloroorganiczne, wykorzystywane przez kilkadziesiąt lat w rolnictwie, spowodowały wiele niekorzystnych skutków w środowisku, o czym pisali np. tacy badacze jak Prof. A. Ramamoorthy i jego grupa. Mimo, że wiele spośród nich zostało wycofanych z produkcji i użycia w wielu krajach, to jednak są one nadal produkowane i eksportowane do krajów rozwijających się. Wysoka prężność par tych substancji powoduje, że łatwo ulatniają się one do atmosfery z gleb, wód powierzchniowych i składowisk odpadów w tych krajach i trafiają z opadami atmosferycznymi powtórnie do gleb strefy umiarkowanej, co wykazano np. w pracach wyżej wymienionych autorów oraz na terenie Polski Dr M. Grynkiewicz i in., opublikowanych w 2003 r.

Z powyższych powodów decydenci, od których zależy zarówno produkcja jak i sprzedaż tego rodzaju substancji, biorą na siebie ogromną odpowiedzialność za stan zdrowia populacji ludzi, jak też flory i fauny i zagrożenie dla całej planety. I tutaj docieramy do etycznego aspektu życia i stanu świata w skali także wieczności. O tym sam każdy decyduje we własnym sumieniu.

Badania powietrza atmosferycznego nad Europą wykazały, że najwyższe stężenia chlorooganicznych związków występują nad obszarami byłej ich produkcji lub dużego ich zużycia oraz nad terenami zurbanizowanymi. Na przykład zawartość polichlorowanych bifenyli PCB (ang. PCBs – Polychlorinated Biphenyls)  czy innych chloroorganicznych pestycydów we współczesnych osadach mórz dochodzi nawet do kilkuset ppm (Kannan i in., 1997). Podobnie, w osadach Morza Bałtyckiego stwierdzono stężenie PCB w zakresie 10-1380 mikrogram/kg.

Chociaż w dalszej części książki będę wracać do różnych rodzajów omawianych tu związków chemicznych, niemniej informacje zgromadzone w tym miejscu pochodzą z danych polskich badaczy i ich odniesień do zagranicznych źródeł. Dalej będę opierać się o same zagraniczne doniesienia.

Polichlorowane bifenyle (PCB), jako związki bardzo trwałe, niepalne i lipofilne miały szerokie zastosowanie przemysłowe już od lat trzydziestych ubiegłego wieku. Były one wykorzystywane do kondensatorów i transformatorów wysokiego napięcia, jako dodatki do farb i lakierów, plastyfikatory do tworzyw sztucznych, wypełniacze w środkach ochrony roślin, a także, jako substancje do powlekania powierzchni, czy środki do impregnacji drewna oraz w produkcji papieru. Po wykryciu rakotwórczych, teratogennych i immunosupresyjnych właściwości polichlorowanych bifenyli i ich bioakumulacji, ich produkcja została wstrzymana w 1977 r., ale pozostają one w użyciu w istniejących nadal urządzeniach i produktach. Do środowiska są one uwalniane także podczas spalania węgla, czy unieszkodliwiania odpadów szpitalnych.

Jednak najistotniejszy problem dotyczy tego, że obecnie źródłem związków chloroorganicznych w osadach wodnych są odpływy z pól uprawnych i sadów, gdzie przez lata stosowano te pestycydy w produkcji rolniczej (np. DDT nawet 10 mikrogram/kg), oraz depozyty atmosferyczne. Do środowiska wód powierzchniowych chloroorganiczne pestycydy trafiają również wraz ze ściekami komunalnymi, z ferm hodowlanych, czy produktów farmaceutycznych i kosmetyków (np. szamponów). Można je znaleźć np. w wyniku wycieków smarów z pojazdów i maszyn, z uszkodzonych wymienników ciepła i transformatorów czy odcieków ze składowisk odpadów, w których zdeponowano niewykorzystane chloroorganiczne pestycydy.

Badania naukowe przeprowadzone w polskich wodach wykazały, że do osadów najbardziej zanieczyszczonych pestycydami chlororganicznymi należą osady pobrane z Wisły – w Oświęcimiu i w Tyńcu, Brdy – w Bydgoszczy, Bystrzycy – w Spiczynie, Przemszy – w Chełmku, Ślęży – we Wrocławiu, Jeziorki – w Konstancinie-Jeziornej, Białej – w Kaniowie i Bugu – w Kryłowie.

Uzyskane wyniki wskazują na powszechne zanieczyszczenie osadów rzek w Polsce, a środkami chemicznymi, wywołującymi je są lindan oraz DDT i jego metabolity. Stwierdzono je w omalże 50% badanych próbek. Najwyższą zawartością PCB charakteryzowały się osady pobrane z Odry, które zanieczyszczone są w takim stopniu, że mogą stanowić zagrożenie dla organizmów wodnych.

Tymczasem oficjalne badania rządowe pozostałości pestycydów chloroorganicznych w glebach pobranych w 2015 r. z użytków rolnych w Polsce nie wykazały przekroczenia dopuszczalnych stężeń (Dz.U. 2016, poz. 1395) dla α-HCH, β-HCH, γ-HCH, aldryny, dieldryny i endryny. Przekroczenia dopuszczalnych wartości stwierdzono zaledwie w 14 próbkach dla DDT/DDD/DDE, co stanowiło 6% całego zbioru danych. Zakres zawartości tych związków powyżej dopuszczalnego limitu wahał się w granicach 0,13-0,48 mg/kg. Komu więc wierzyć? A ponadto, co znaczy dopuszczalny limit – kogo on dotyczy, na przestrzeni jak długiego czasu? Jak jest liczony i kiedy ustanowiony, jeśli od czasu wydania ustawy mijają kolejne lata narażenia na te substancje, a nawet najmniejsza ich ilość kumuluje się w ciele, dając nieznane przecież skutki, gdyż dotychczas nigdy nie obserwowane na populacji ludzkiej?

We wcześniejszych latach Państwowy Zakład Higieny badał skład i zmiany sezonowe stężenia pestycydów chloroorganicznych (DDT, HCH, CHL i HCB) oraz chlorobifenyli (PCB) w niefiltrowanej wodzie wiślanej z okolic Gdańska. Próbki wody pobierano comiesięcznie w okresie od sierpnia 1991 do lipca 1992. W trakcie 12-miesięcznego okresu badania całkowite ładunki DDT, HCB, HCH, CHL i PCB transportowane wodą Wisły do Zatoki Gdańskiej oceniono odpowiednio na 10,54, 0,73, 1377, 0,38 i 5,02 kg.

Warto zastanowić się, co znaczą te dane i jaki mają wpływ na zdrowie człowieka w skali tylu lat od ich wykazania? Jeśli zanieczyszczone są wody nawet po filtrowaniu, mikro-ilości tych związków (działając niczym dawki w homeopatii) mają wpływ na zdrowie człowieka. Czy te dane można odrzucić, jako nic nie znaczące?

Kumulacja to coś więcej niż dodawanie – gdyż, jak wiadomo, to nie tylko suma części, a nieustanna stymulacja procesów biochemicznych „dawkami przypominającymi” i nakazywanie organizmowi być stale w czujności, przy okazji zmieniając metabolizm i osłabiając układ odpornościowy. Dochodzi do tego wyczerpanie nadnerczy, gdyż taka jest konsekwencja nieustannego narażenia na wewnętrzny stres oksydacyjny (o czym piszę w książce Choroby z autoimmunoagresji – a ciało-umysł-dusza).

Badano także pozostałości jednego z chlorowcopochodnych – HCH w glebach rolniczych w Polsce. Badania te wskazały, że stężenia tego pestycydu są większe niż w Irlandii, a mniejsze niż na Słowacji. Uważa się, że chlordan jest równomiernie rozprzestrzeniony w glebach w Polsce. Został on najprawdopodobniej naniesiony na tereny kraju z masami powietrza atmosferycznego spoza jego granic, choć obecnie nie jest już używany.

Badania wykonane na terenach byłej bazy wojsk radzieckich pod Świnoujściem wykazały, że gleby miejskie mają około 10krotnie wyższe stężenia polichlorowanych bifenyli, a gleby rolnicze i leśne około 100krotnie podwyższone stężenie. Wskazuje to jednoznacznie, że bazy wojskowe były (i może nadal są) jednym ze źródeł zanieczyszczenia środowiska chlorobifenylami.

2. HISTORIA JEDNEGO ŻYCIA, KTÓRE ZROBIŁO RÓŻNICĘ

We współczesnych czasach spotyka się coraz więcej osób, dla których ważny jest stan świata Przeżywają one dramat przyrody, podobnie jak ludzkie tragedie i chcą coś zrobić, aby je zażegnać. Wynika to przede wszystkim z tego, że z jednej strony są to osoby wyjątkowo wrażliwe na innych ludzi i stan świata, a z drugiej, dostęp do Internetu stwarza nam wszystkim możliwości kontaktu z całym światem, a stąd z tego rodzaju postawami społecznego zaangażowania. Dzięki temu jest szansa, abyśmy inspirowali się do podjęcia podobnej aktywności dla innych, sami jednocześnie pomagając sobie żyć mądrzej.

Jakieś 50-60 lat temu tego rodzaju informacja docierała do nas rzadko. Gazety zwykle zajmowały się wydarzeniami politycznymi lub sensacjami albo opisywały sentymentalne historie miłosne. Zagrożeniami dotyczącymi całego świata były raczej konkretne konflikty zbrojne, a nie coś, co działo się na „niewidzialnych” poziomach i mogło narażać zwykłych ludzi. Ze względu na rodzaj wykonywanej pracy, ludzie byli poddawani badaniom lekarskim dotyczącym szkodliwych substancji, przy produkcji których pracowali, choć one nie zawsze wywoływały natychmiastowe skutki.

Nikomu nie przychodziło do głowy, aby badać okoliczną ludność, w miejscach, gdzie wybudowano reaktory atomowe, fabryki chemicznych substancji dla rolnictwa czy przemysłu farmaceutycznego (chociażby antybiotyki, których opary roznosiły się na osiedla przez lata, nasycając powietrze, glebę i mury powstających tam bujnie nowych blokowisk. Nikt nie pomyślał także, że te substancje mogą zagrażać zwykłym ludziom, pracującym na polu czy w ogrodzie, mieszkańcom osiedli, a szczególnie dzieciom czy starszym osobom, które przez cały dzień oddychały unoszącymi się w powietrzu oparami chemikaliów.

Musiały minąć całe lata, aby zaczęto kojarzyć substancje chemiczne w płodach rolnych czy owocach z ich konsumentami, zjadającymi produkty, które nimi potraktowano. Każdy wierzył, że wszystko jest bezpieczne i nie ma zagrożeń ani dla środowiska (flory i fauny), a tym bardziej dla dorosłego czy dziecka.

Tymczasem zdarzali się ludzie, którzy dzięki swojej wyobraźni, ale także intuicji widzieli w perspektywie katastrofę dla świata i starali się temu zapobiec, chociażby poprzez swoje książki, publiczne wypowiedzi czy tylko krótkie artykuły. Taką osobą była w latach 60-tych XX w. Rachel Carson. Jej książka „Silent Spring” – Milcząca wiosna została po raz pierwszy opublikowana w trzech fragmentach przez czasopismo The New Yorker w czerwcu 1962 roku, a dwa miesiące później ukazała się drukiem, choć „dojrzewała” wcześniej przez całe lata. Zanim do tego doszło, przyjrzyjmy się całej drodze życiowej autorki, która ośmieliła się wyjść przed szereg, dostrzegając to, co powinno być zauważalne lata wcześniej, gdy cały czas produkowano i użytkowano chemiczne substancje, zagrażające środowisku i ludziom.

Już od wczesnego dzieciństwa, mieszkając na wsi w Pensylwanii, niedaleko Pittsburgha, Rachel Carson obserwowała dzikie zwierzęta, ptaki i rośliny, jak też interesowała się historią ziemi, morza oraz rozwijających się form życia. W okresie, gdy była nastolatką, rewolucja przemysłowa zmieniła okolice Pittsburgha w zagłębie żelaza i stali, a jej małą wioskę w brudne nieużytki z zatrutym powietrzem i wodą. To doświadczenie sprawiło, że Carson zwątpiła w lepsze życie dzięki chemicznym substancjom i technologiom.

Już od czasu, gdy uczęszczała do liceum, Rachel Carson miała poczucie osobistej misji. Zdecydowała się na karierę w nauce, choć była świadoma, że w czasach jej młodości kobiety miały niewielkie możliwości. Gdy skończyła zoologię, pracowała początkowo jako asystentka w szkole zdrowia publicznego, gdzie uczyła się także genetyki eksperymentalnej, jak również pisała artykuły. Gdy jednak możliwości publikowania w nauce skurczyły się, zaczęła wydawać je w lokalnej prasie.

Pragnienie zrozumienia morza doprowadziło do napisania jej pierwszej książki Under the Sea-Wind. Od samego początku Carson była świadoma całości życia na Ziemi, podobnie jak wzajemnych współzależności między poszczególnymi systemami, zanim jeszcze ta perspektywa pojawiła się w nauce.

W latach 1936-49 Carson pisała artykuły o zatruwaniu ostryg przez przemysłowe odpływy; jednocześnie zwracając uwagę decydentów na potrzeby zmiany w regulacji ścieków, wpływających do rzek. W 1949 roku była redaktorem naczelnym agencji Fish and Wildlife Service. W tym okresie napisała serię prac o systemie ochrony dzikiej przyrody w Stanach Zjednoczonych oraz brała udział w konferencjach naukowych i technologicznych.

Kolejne dziesięć lat zajęło jej syntezowanie najnowszych badań dotyczących oceanografii, co zwieńczone zostało kolejną książką The Edge of the Sea. Książka zdobyła wiele nagród, w tym za literaturę faktu, a Carson została wybrana do amerykańskiej Akademii Sztuki i Literatury, co uczyniło ją liderem pisarzy naukowych w Ameryce.

Rachel Carson miała głęboką potrzebę interpretacji świata przyrody i wyjaśniania złożoności nauki, a przede wszystkim miłość do natury. Dzięki temu głębokiemu uwrażliwieniu na przyrodę stała się jej obrończynią.

W publicznych wypowiedziach Carson zawsze wybrzmiewała troska o przyszłość planety, ale także krytyka bezmyślnej wiary w technologie i ich przemysłowe zastosowanie. Uważała, że człowiek, wierząc bezkrytycznie bezgranicznej własnej mocy, staje się zaślepiony eksperymentami, które tworzy, a które tymczasem wymykają się spod jego kontroli, prowadząc do zniszczenia siebie i świata. Jej zdaniem poczucie moralności i odpowiedzialności za stan indywidualnego zdrowia i jakości świata zostało zgubione w trakcie szybkiego postępu technologii.

Już w 1945 r. Rachel Carson była gotowa z prezentacją zebranych dowodów, dotyczących szkód wyrządzonych środowisku w wyniku stosowania DDT i innych pestycydów. Uważała, że chemikalia te w długoterminowej perspektywie są potencjalnie szkodliwe dla zdrowia całej fauny i flory, ale także człowieka, a używanie ich jest aktem ludzkiej pychy, ignorancji i chciwości. Nie omieszkała wyartykułować to jako globalnego eksperymentu na ludzkości o nieznanych skutkach zarówno dla populacji, jak i całej planety. Domagała się wprowadzenia ocen bezpieczeństwa i korzyści używanych środków chemicznych. Uważała za swój moralny obowiązek mówić o tym, co przez lata przemilczano.

Można by powiedzieć, że Rachel Carson zwiastowała coś, co „wisiało w powietrzu” i miało się prędzej czy później ujawnić. Właśnie w zaledwie kilka lat później opinię publiczną zbulwersowały artykuły i zdjęcia prasowe, dotyczące oddziaływania substancji chemicznej, tym razem podawanej w leku o nazwie Talidomid, który okazał się w działaniu zbliżonym do opisanych przez Carson pestycydów. O nim napiszę w innej części książki.

Wydanie książki Milcząca wiosna spotkało się z diametralnie rozbieżnymi opiniami – i to zarówno oburzeniem, jak i pozytywną oceną – i znalazło licznych entuzjastów w walce o zdrową jakość życia w przyszłości. Podobne opinie spotkały książkę w Polsce wiele lat później, a niektóre z nich można by nazwać histerycznymi. Obwiniano w nich Rachel Carson o całe zło świata, a szczególnie o to, że ośmieliła się wystąpić przeciw przemysłowi i nauce, które, jej zdaniem, nie zauważyły zagrożeń w długoletniej perspektywie konsekwencji ich używania i bioakumulacji w organizmach. Jeden nawet z naukowców odsądził ją pośmiertnie od czci i wiary, a przecież, aby zobaczyć jakiś problem, trzeba wyjść z jego centrum i spojrzeć z innej, neutralnej przestrzeni, a nie być częścią problemu, który prezentuje.

Wydaje się wręcz dziwnym, że jeśli ktoś pisze kilkadziesiąt lat po wydaniu książki o szkodach, które spowodowała jej autorka, przestrzegająca przed szkodliwymi skutkami substancji chemicznych, a w międzyczasie ukazuje się setki prac naukowych potwierdzających te ostrzeżenia autorki, to ta osoba wykazuje się do granic posuniętą ignorancją i nieodpowiedzialnością, mieniąc się przy tym naukowcem o najwyższym statusie. Nie wiadomo ponadto, na co taka osoba liczy: czy na uwierzenie opinii publicznej w jej jedynie słuszny głos, słyszalny wśród masy przeciwnych opinii o szkodliwych skutkach; czy może uważa, że dobitność tej oceny zwiększy przywołany jej tytuł naukowy, w odróżnieniu od braku podobnego u Rachel Carson? Wyliczając przy okazji „kłamliwe” (tak je nazywając) potwierdzenia sprzecznych stanowisk nauki czy ekologów, odnośnie groźnych skutków chemikaliów, przeważy szalę swoim autorytarnym stanowiskiem i dobitnymi argumentami, nie pozostawiając suchej nitki ani na nieżyjącej dawno autorce krytykowanej książki, ani tym bardziej tych, którzy ośmielili się myśleć inaczej?

W międzyczasie ukazała się kolejna książka (tłumaczona zresztą na język polski), o której napiszę w następnym rozdziale, oparta na badaniach naukowców z różnych dziedzin, poszerzająca to, co opisała Rachel Colborn o szkodliwości wielu chemicznych substancji o inne, może jeszcze bardziej ważne dowody i to nie tylko działające na obecne, ale i kolejne pokolenia.