Informacja: Serwis ebooky.pl to serwis dla miłośników książek, nie ma tutaj możliwości pobrania ich w nie autoryzowany sposób, wyświetlamy jedynie porównywarkę cen. Nie każda pozycja jest dostępna do zakupienia, jeżeli znalazłeś błąd napisz na adres: kontakt@ebooky.pl. Dokładamy wszelkich starań, aby baza książek była aktualizowana.

Strona główna » Literatura faktu, reportaże, biografie » Raúl. Sekrety legendy

Raúl. Sekrety legendy

5.00 / 5.00

Nie widzisz powyżej porównywarki cenowej? To oznacza, że powyższa publikacja jest niedostępna do kupienia.

Znalazłeś błąd? Skontaktuj się nami.

* - klikając w reklamę zostaniesz przekierowany do zewnętrznej strony. Nie mamy wpływu jak działa i co wyświetla zewnętrzny serwis. Mogą pojawić się nieprzyzwoite lub denerwujące reklamy. Zalecamy korzystanie z markowego antywirusa i wtyczek blokujących niechciane treści. Kliknięcie reklamę nie umożliwia pobrania plików chronionych prawem autorskim.

Zgłoś naruszenie praw autorskich

Kilka słów o książce pt. “Raúl. Sekrety legendy

Tylko ambicję stawiał nad wierność Królewskim.

To była może najtrudniejsza decyzja w jego życiu. Mógł zostać i cieszyć się statusem legendy. Kochał Madryt, a Madryt kochał obłędną miłością jego. Ale jeszcze bardziej kochał rywalizację i możliwość gry. Ta ambicja zaprowadziła go na sam szczyt, to jej w pierwszej kolejności musiał pozostać wierny.

20 lat temu w barwach Królewskich zadebiutował wychowanek rozwiązanej drużyny młodzieżowej Atlético Madryt. Jeden z najbardziej przebiegłych napastników w historii piłki nożnej przez 16 sezonów zaaplikował rywalom Realu 323 bramki…

Przejmująca historia życia i kariery ikony klubu z Madrytu i reprezentacji Hiszpanii. Wspomnienia Raúla, jego rodziny, a także tych, którzy mieli zaszczyt go spotkać na swojej drodze – Vicente del Bosque, Fabio Capello, Rafaela Beníteza, Emilio Butragueño, Fernando Hierro, Zinédine’a Zidane’a, Ronaldo, Ikera Casillasa, Roberto Carlosa, Luísa Figo, Sergio Ramosa, Davida Beckhama i wielu innych.

Mój stosunek do ligi hiszpańskiej nigdy się nie zmieni. W sporej mierze właśnie dzięki Raúlowi.
Rafał Wolski,
komentator ligi hiszpańskiej w NC+

Dla niektórych symbol Realu Madryt, dla innych uosobienie wartości, jakimi powinien kierować się każdy sportowiec – bez względu na klubowe barwy i uprawianą dyscyplinę.
Anita Kobylińska, Radio Gdańsk

Kiedyś, gdy mówiło się „Real Madryt”, myślało się „Raúl González” – Raúl Madryt. To książka o żywej legendzie, może największym piłkarzu Królewskich w historii.
Mateusz Wojtylak, RealMadryt.pl

Polecane książki

Krew, śmierć, łzy i mordercza pogoń zdeterminowanego w rozpaczy człowieka. Kiedy nad osadą Jaszy budzi się kolejny letni dzień, wydaje się, że nic nie może zakłócić ciszy poranka. Młody mężczyzna kieruje wzrok ku ożywającej po nocnym uśpieniu puszczy i ściska w dłoni łuk. Za chwilę wejdzie pomięd...
„Spragniony byłem świata, jaki jej się przytrafił…”Kiedy się ma do czynienia z twórcą takim, jak Jarosław Wojciechowski, człowiek nigdy nie wie, gdzie go słowa artysty zaprowadzą. Czytanie jego utworów to, jak sam lubi mówić, „jazda na maksa”. Dokąd więc teraz Jarek nas zabrał?Fabuła utworu jest nie...
Wydawałoby się, że o Jadwidze Andegaweńskiej wszystko wiadomo... Król-królowa, zmarła młodo, uznana za świętą, jej marmurowy sarkofag zna każdy, choćby z ilustracji albo fotografii. Ale ciekawe, jak ją widzieli najbliżsi: matka, siostra, poślubiony w dzieciństwie Wilhelm Habsburg, ...
W pewnych przypadkach pracodawca jest zobowiązany na podstawie przepisów o bezpieczeństwie i higienie pracy do zapewnienia pracownikowi, oprócz okularów, również soczewek kontaktowych.Zakres refundacji soczewek kontaktowych należy uregulować w przepisach płacowych obowiązujących u danego pracodawcy....
Kasia Konfederak — O sobie mogę napisać tyle, że jestem poetką, psychoterapeutką i tworzę biżuterię ze srebra. Oraz to, że kocham jazdę na snowboardzie i przestrzeń. Jednak kiedy zapytałam zaangażowaną emocjonalnie w wydanie tego tomiku bliską mi osobę, co by tu napisała, odpowiedziała mi tak: "...
Przekraczając nasze ograniczenia, sięgając poza granice ludzkiego świata, poznaliśmy coś z jego prawdziwego piękna. W najgorszych chwilach udręki wydawało mi się, że odkryłem głębokie znaczenie istnienia, którego dotychczas nie byłem świadomy. Zrozumiałem, że lepiej być lojalnym niż silnym. Na ciele...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Ulises Sánchez-Flor

Maríi Dolores Prous,

mojej matce

„Ferrari”

Fernando Hierro

Kiedy Raúl przyszedł do pierwszej drużyny, wiedzieliśmy, że strzelał mnóstwo goli w zespołach juniorskich i że rozegrał zaledwie jeden mecz w Segunda División u Rafy Beníteza, a także że Jorge Valdano chciał obejrzeć go z bliska w spotkaniach towarzyskich. Jedno miało miejsce w Oviedo, drugie w Karlsruhe. Szczególną uwagę zwracały umiejętności i wiara w siebie tego 17-letniego chłopca. Uwagę wszystkich. To prawda, że był dość słabej konstrukcji fizycznej, ale to dlatego, że wciąż się rozwijał. Ambicję, osobowość i umiejętności posiadał jednak nadzwyczajne.

Jorge Valdano pracował z wieloma wychowankami nad aspektami technicznymi i zdarzyło mu się kilku chłopców, którzy przyszli, żeby trenować z pierwszą drużyną. Wszystkich witaliśmy z otwartymi ramionami. Raúlowi było jednak wszystko jedno, kogo ma naprzeciwko. Nie zapomnę, jak na treningach graliśmy w dziadka. Nigdy nie chciał wejść do środka, opierał się. Typowa reakcja urodzonego zwycięzcy. Mówiłem mu: „Chłopcze, wejdź do środka. Tutaj, jeśli masz co do tego jakieś wątpliwości, są chłopcy, którzy muszą to zrobić. Tak było zawsze”. A on odpowiadał: „Nie, ja nie wchodzę. Jest mi wszystko jedno, ja nie wchodzę”. I musieliśmy brać innych.

Tak, był urodzonym zwycięzcą. Natychmiast zdałem sobie sprawę, że to bardzo ambitny chłopak. Ambitni są wszyscy, którzy trafiają do pierwszej drużyny, jednak Raúla cechował ten wyjątkowy głód wygrywania i rywalizowania. Powtarzam: posiadał ogromny głód i ponadprzeciętne umiejętności jak na swój wiek. Kiedy zdarzały się sytuacje, w których człowiek musi odczuwać presję, on był zupełnie spokojny. Już od pierwszych chwil spędzonych w naszej drużynie obdarzaliśmy go wielką sympatią. My, ci najstarsi, mieliśmy wspólny stół, przy którym siadali Fernando Redondo, Chendo, Cañizares, Alkorta i ja. Później doszedł jeszcze Morientes. Raúl lubił siadać z nami, z najstarszymi. Przebywał z nami praktycznie przez cały dzień. Nie wstydził się. Był zuchwały – w najlepszym znaczeniu tego słowa – na placu gry, a także kiedy przebywał w naszym towarzystwie. Odnosił się do nas z dużym szacunkiem, choć miał także skłonność do kłótni i lubił prowokować. Był taki z powodu swego charakteru zwycięzcy i tej niebywałej żądzy rywalizacji. Między innymi właśnie to pozwala mu wciąż grać w wieku 36 lat. Nadal sobie nie odpuszcza. Pojechałem do Kataru, żeby zobaczyć, jak trenuje i pracuje. Do gry podchodził z takim samym zapałem jak wtedy, gdy miał 20 lat. Było tak, powtarzam raz jeszcze, gdyż jest urodzonym zwycięzcą, ma potrzebę rywalizowania i obdarzony jest wspaniałym charakterem. Dlatego nazwałem go „Ferrari”.

Raúl es fútbol

Nie miał jeszcze dziesięciu lat, gdy zaczął czarować na boisku. W kategoriach młodzieżowych potrafił zdobyć tyle bramek, że po zakończonym meczu niejednokrotnie sam nie był w stanie ich zliczyć. Jednak świat usłyszał o Raúlu dopiero w 1994 roku. Jako 17-letni chłopiec zdobył wówczas zaufanie Jorge Valdano i szturmem wywalczył sobie miejsce w pierwszym składzie drużyny, będącej szczytem dziecięcych marzeń.

To on przypieczętował rewolucję w jedenastce ówczesnego Realu Madryt, z którego powoli odchodziły takie legendy jak Martín Vázquez, Míchel czy Emilio Butragueño. Ten ostatni, zmuszony do oddania Raúlowi swojego miejsca na boisku, odstąpił przyszłej ikonie Królewskich również mityczny numer. Raúl przejął siódemkę od Buitre, ten od Juanito, który z kolei odebrał ją od Amancio Amaro. Po byłym kapitanie otrzymał ją Cristiano Ronaldo, równie świadomy tego, jakie znaczenie ma ona w historii największego klubu w historii piłki nożnej.

O Raúlu napisano już chyba wszystko, ale pewne jest to, że chwalebnych wersów powstanie jeszcze wiele. Dlaczego? Bezzasadne byłoby szukanie przyczyny w jego medialności, która de facto nie istnieje i której sam nigdy nie chciał. Nie ma mowy także o wyjątkowym talencie – nie on jeden rozegrał setki spotkań, strzelając w każdym sezonie kilkadziesiąt goli. Najistotniejsze zalety Raúla są zupełnie inne. To dwa słowa, które moim zdaniem definiują go w sposób optymalny i wyróżniają spośród wielu innych: pokora i skromność. To dzięki tym cechom – z jednej strony oddalonym od kwestii czysto sportowych, a z drugiej zaś rzadkim w dzisiejszym futbolu – zaszedł tak daleko.

Fernando Hierro, noszący opaskę kapitana bezpośrednio przed Raúlem, powiedział kiedyś o swoim następcy: „Nigdy nie zdobył Złotej Piłki, bo nie poświęcił ani sekundy na to, by sprzedać swój wizerunek. Jego nastawienie było wyjątkowe: trenować, dobrze się przygotowywać, spędzać czas z fizjoterapeutą, gdy czuł się źle. Jestem przekonany, że najbardziej zostanie doceniony wówczas, gdy całkowicie zakończy swoją karierę – kiedy zabraknie go na boisku. Dopiero wtedy niektórzy ludzie zdadzą sobie sprawę, że był to zawodnik fenomenalny, że we wszystkim był lepszy od innych”.

Po raz pierwszy znaczna część madridismo zrozumiała sens tych słów, gdy 27 lipca 2010 roku – w nie do końca jasnych wówczas okolicznościach – Raúl opuszczał szeregi Realu Madryt. Kibice już wtedy wiedzieli: nastąpił koniec pewnej epoki. Odchodził zawodnik, dzięki któremu wielu z nas, także ja, doceniło piękno piłki nożnej, zdefiniowało swój klub. Raúl es fútbol, Raúl es Real, Raúl Madrid – to tylko niektóre z określeń, które przez lata padały w odniesieniu do jego osoby. Biel w nazwisku i biel w sercu. Taki był, jest i będzie, bo choć zdaniem wielu został źle potraktowany przez klub, to nawet w dniu odejścia zapewniał: „Odchodzę, ale to nie jest finalne pożegnanie. Mówię tylko: »Do zobaczenia«. Gdziekolwiek trafię, wciąż będę kibicował Realowi Madryt”.

W osobowości Raúla najbardziej uderza mnie transformacja, jaką przechodzi w momencie, gdy jego stopa dotyka piłkarskiej murawy. Prywatnie jest człowiekiem ciepłym, stale uśmiechniętym, momentami sprawiającym nawet wrażenie, że za tym uśmiechem kryje się pewna doza nieśmiałości. Jest rodzinny, serdeczny, największe znaczenie mają dla niego bliscy oraz spędzany z nimi czas. Gdy przebywa w towarzystwie żony i dzieci, skupiają one na sobie całą jego uwagę. I jeśli idealną parą hip-hopu jest Beyoncé i Jay-Z, to w świecie piłki nożnej musi to być Mamen i Raúl. Kiedy jednak były kapitan Królewskich pojawia się na boisku, jego wizerunek ulega zmianie. Wyraz twarzy Raúla zaczyna porażać powagą, a zmarszczone brwi zdają się wyraźnie ostrzegać przeciwnika: żarty się skończyły.

Jego stuprocentowe zaangażowanie w sport objawia się w jeszcze jednym, na pozór nieistotnym detalu. Wielu trenerów i kolegów z boiska zwróciło uwagę na to, że gdy rozpoczynał się trening, Raúl zawsze pojawiał się na murawie jako pierwszy. Nieważne, czy był to jedynie lekki rozruch po odbytym dzień wcześniej meczu, czy też ostatnia sesja przygotowawcza przed spotkaniem o wielką stawkę. „Wzór dla młodszych i niedościgniony ideał dla starszych”, którym stał się na długo przed tym, zanim został kapitanem i punktem odniesienia w szatni Królewskich. To pozostało Raúlowi do dzisiaj. Tak było w Realu Madryt, w Schalke, a także w Ad-Dausze, kiedy miałam to szczęście i mogłam z trybuny obejrzeć jeden z treningów Al Sadd. Wtedy również Raúl pojawił się na boisku jako pierwszy.

W tym roku oboje obchodzimy swój mały (właściwie w przypadku Raúla duży) jubileusz. 29 października 1994 roku Raúl oficjalnie zadebiutował w pierwszej drużynie Realu Madryt. Od tego momentu mija dokładnie 20 lat. Właśnie wtedy, gdy już od pierwszej minuty pojawił się na boisku stadionu La Romareda w meczu z Saragossą, dokonała się symboliczna wymiana pokoleń. Dotychczasowa gwiazda, Emilio Butragueño, ustępował miejsca przyszłemu wieloletniemu kapitanowi drużyny.

Ja z kolei obchodzę jubileusz dziesięciolecia. 24 sierpnia 2004 roku zasiliłam szeregi redakcji RealMadryt.pl – miejsca fantastycznego, wypełnionego ludźmi z pasją, którzy tworząc największy polski serwis poświęcony zagranicznemu klubowi, spełniają się nie tylko dziennikarsko, ale i jako kibice. To na jego łamach systematycznie pogłębiałam swoje raulismo, a redakcyjni koledzy szybko zorientowali się, że gdy w hiszpańskich mediach pojawiała się informacja o Raúlu, należało zostawić ją do zredagowania właśnie mnie.

Każdy pasjonat futbolu obejrzał kiedyś swój pierwszy mecz. Ja tego pierwszego nie pamiętam, ale pamiętam ten, po którym wiedziałam, że moja fascynacja piłką nie jest chwilowa. 19 lutego 2003 roku, druga faza grupowa Ligi Mistrzów i gol Raúla na 1:1 w meczu z Borussią Dortmund. Dwie minuty przed końcem pierwszej połowy, atakowany przez dwóch obrońców, strzelił wyrównującego gola… leżąc. Piłka trafiła do siatki, przelatując pomiędzy nogami Jensa Lehmanna. Magia.

Od tamtej pory Raúl czarował na boisku przez kolejne 11 lat, a ja miałam szczęście widzieć go na żywo w każdym z domów, jakie stworzyła mu piłka nożna: w Madrycie, w Gelsenkirchen i w Katarze. I wciąż, niezmiennie, spotykam się z pytaniem: „Dlaczego akurat ten niemedialny, skromny Raúl? Gdzie i dlaczego się to wszystko zaczęło?”.

Był rok 2001. Miałam wówczas 15 lat i już wtedy wielkie zamiłowanie do pisania. Poza zainteresowaniem mediami miałam też ulubiony kraj – Hiszpanię, do której chętnie podróżowałam palcem po mapie, w międzyczasie ucząc się języka i starając zrozumieć teksty piosenek ówczesnego idola nie tylko hiszpańskich nastolatek, Enrique. Ten zaś swego czasu odwiedził Polskę i wziął udział w słuchanej przeze mnie RMF-owskiej liście przebojów „Hop-Bęc”. Przywołać daty programu pewnie nie byłabym w stanie, gdyby nie fakt, że kaseta magnetofonowa z zarejestrowanym 20 października 2001 roku wywiadem całkiem niedawno odnalazła się wśród domowych zakamarków. To w nim Iglesias, zapytany o najlepszego zawodnika reprezentacji Hiszpanii w kontekście zbliżających się mistrzostw świata w Korei i Japonii, po chwili zastanowienia wykrzykuje: „Raúl!”. „No dobrze, to dalej, jak tam było z tą Shakirą?”, zdawała się wówczas mówić moja znudzona fragmentem dotyczącym piłki mina. Nie wiedziałam, że niedługo później ten właśnie fragment wywróci do góry nogami całe moje życie. Enrique, jego muzyka i lista „Hop-Bęc” poszły w zapomnienie, a ich miejsce zajęła piłka nożna, Real Madryt i… Raúl. Idol przez wielkie „I”.

Historii tej nie chciałam opowiedzieć nawet samemu Raúlowi, kiedy podczas naszego ostatniego spotkania w marcu tego roku zostałam zapytana w obecności jego żony, rodziców i mało skupionych na rozmowie przy stole dzieci, gdzie właściwie były „tego wszystkiego” początki. Zdradziłam ją dopiero żonie Raúla, gdy po miło spędzonym czasie w restauracji na ostatnim piętrze hotelu The Torch w Ad-Dausze cała rodzina czekała na przyjazd ich samochodu. Urocza Mamen nie mogła uwierzyć w serię zbiegów okoliczności, które spowodowały, że właśnie odbywamy ową rozmowę, i stwierdziła, że niesamowite jest to, jak ta historia się zaczęła, a jak kończy – spełnieniem mojego odwiecznego marzenia, które przez lata pozostawało takie samo: móc połączyć moje dwie pasje, dziennikarstwo oraz życiowe raulismo, i przeprowadzić z Raúlem wywiad.

Powyższe słowa dedykuję dwójce wspaniałych, na co dzień zarażających ogromnym optymizmem osób – Patrycji i Wojtkowi Ignatiukom. To dzięki ich rzadko już dziś spotykanej bezinteresowności spełniłam w marcu swoje największe marzenie. Dzięki Wam niemożliwe stało się możliwe, za co będę Wam wdzięczna tak długo, jak długo Raúl pozostanie moim idolem – na zawsze! Dziękuję również mojej mamie, która bez zadawania zbędnych pytań wsiadła ze mną do samolotu i poleciała na drugi koniec świata, by być obok mnie, kiedy to marzenie się spełniało – chyba w najpiękniejszych możliwych okolicznościach.

„Anita mówi, że nie ma już marzeń”, powiedział Raúl, gdy wróciliśmy do stolika po nagraniu długiej, 25-minutowej rozmowy. Właściwie skłamałam. Od dawna marzyłam również o tym, aby polscy kibice mogli przeczytać biografię piłkarza, którego tak często określa się mianem kwintesencji madridismo. I dziś to marzenie również się spełnia.

Anita Kobylińska

RealMadryt.pl

Epoka Raúla

Gdy 29 października 1994 roku ówczesny trener Realu Madryt, Argentyńczyk Jorge Valdano, w pierwszym składzie wyjazdowego spotkania z Realem Saragossa wystawił młodziutkiego zawodnika prosto z drużyny rezerw, mało kto wiedział, że właśnie rozpoczyna się nowa epoka – „epoka Raúla”. Historia w tym przypadku zatoczyła koło. Wieloletni kapitan Królewskich swoje ostatnie spotkanie ligowe w białej koszulce również zagrał bowiem na stadionie La Romareda. Po 16 sezonach panowanie El Siete w Madrycie dobiegło końca. Skończył się pewien okres w historii klubu.

Skromny chłopak z Madrytu trafił do klubu z Concha Espina dzięki zrządzeniu losu. Jesús Gil y Gil, ekscentryczny właściciel Atlético, zdecydował się na jeden z wielu swoich niekonwencjonalnych ruchów i zlikwidował sekcje młodzieżowe. Epoka Raúla w Realu to czas, w którym klub wrócił na europejski tron i przez kilka lat był w ścisłej europejskiej czołówce, czego zwieńczeniem były kolejne zwycięstwa w Lidze Mistrzów w 1998, 2000 i 2002 roku. Oczywiście trudno stwierdzić, czy bez Hiszpana klub również wygrałby tak dużo. To gdybanie, którego osobiście nie lubię uprawiać. Uważam, że trzeba zawsze patrzeć przede wszystkim na sferę faktów. A te bronią byłego kapitana i jego wielkich osiągnięć. El Siete był bez wątpienia kluczowym zawodnikiem na przełomie wieków: tytuły ligowe, Puchary Europy, wyróżnienia indywidualne, pobicie klubowych rekordów strzeleckich należących do Alfredo Di Stéfano. Na jego legendę złożyło się jednak o wiele więcej czynników. Sprowadzanie tego wspaniałego piłkarza do rzędu statystyk i zdobytych trofeów nie tłumaczyłoby jego fenomenu i nie wyjaśniałoby, dlaczego tak bardzo kochali go kibice.

Owszem, Raúl z pewnością był piłkarzem niezwykle utalentowanym, ale możliwe, że nie aż tak jak najwięksi: Di Stéfano, Pelé, Maradona czy Zidane. Nie tylko jednak piłkarskie umiejętności zadecydowały o tym, że większość kibiców wymienia go jednym tchem z najlepszymi w historii tego klubu, bo przecież nawet w okresie słabszej gry publika na Bernabéu zawsze darzyła kapitana wielkim szacunkiem. By zostać legendą danego klubu, trzeba prezentować sobą coś więcej niż tylko wybitną postawę na boisku. Oczywiście kibice kochali go za te wszystkie wspaniałe i niezapomniane bramki, choćby tę z paryskiego finału Ligi Mistrzów przeciwko Valencii, zdobytą po 70-metrowym rajdzie przez boisko. Kochali go jednak także za jego niebywałą ambicję i pasję, która powodowała, że liczyło się tylko zwyciężanie. Podczas całej kariery nigdy nie otrzymał czerwonej kartki, a do boiskowych rywali zawsze odnosił się z szacunkiem. Był wzorem profesjonalisty, który nigdy nie odpuszczał, ani na treningach, ani w spotkaniach, bez względu na ich rangę. Jako kapitan zawsze stawał murem za swoimi kolegami z drużyny, nie wywołując konfliktów mogących rozsadzić zespół od środka. Doceniano w końcu to, że poza boiskiem był normalnym, skromnym, rodzinnym człowiekiem, stroniącym od skandali. Stanowił prawdziwy wzór do naśladowania dla wszystkich młodych zawodników. No i był chłopakiem z Madrytu, ukształtowanym w drużynach młodzieżowych klubu, piłkarzem, który jednoczył w sobie to wszystko, czym jest słynneseñorío, będące swoistym kodeksem postępowania Realu Madryt.

Dla mnie osobiście był to piłkarz szczególny, bo przecież wiążą się z nim wspomnienia z okresu, gdy sam zapałałem miłością do Realu. Ten okres, przełom XX i XXI wieku, ukształtował mnie jako kibica. Nigdy nie zapomnę dwóch wielkich występów Raúla w ramach rozgrywek Ligi Mistrzów, w których gwiazda Hiszpana zawsze błyszczała najjaśniej – obu przeciwko Manchesterowi United. Pierwszym był rewanżowy ćwierćfinał na Old Trafford w 2000 roku. Real nie przystępował do tego spotkania jako faworyt. To drużyna sir Alexa Fergusona broniła tytułu sprzed roku, do tego z Hiszpanii wywiozła korzystny rezultat. Mimo to Królewscy dali prawdziwy popis futbolu, strzelili trzy bramki, na co United odpowiedzieli tylko dwoma golami. Dwie bramki dla drużyny z Madrytu zdobył oczywiście El Siete: jedną po kapitalnym uderzeniu z linii pola karnego, przy kolejnej dostawił nogę, by wykończyć magiczną akcję Fernando Redondo. Drugie spotkanie to ćwierćfinałowe starcie w 2003 roku. Pierwszy mecz rywalizacji ponownie odbył się na Estadio Santiago Bernabéu. Królewscy odnieśli wtedy spektakularne zwycięstwo, w mojej ocenie był to najlepszy mecz Realu, jaki obejrzałem. Drużyna w pełni panowała nad spotkaniem, stworzyła sobie wiele sytuacji i ponownie wbiła Anglikom trzy bramki. I znów dwa trafienia zanotował Raúl. Pierwsze to pokaz sprytu i techniki, zgubienie kryjącego go Ferdinanda i precyzyjne uderzenie przy słupku. Drugie to piękne uderzenie z dystansu, wobec którego Barthez był po prostu bezradny.

Czy Raúl to piłkarz spełniony? Na pewno tak ambitnemu zawodnikowibrakuje sukcesów z reprezentacją. Nie osiągnął ich z różnych względów, sam Raúl zresztą dołożył swoją cegiełkę do przedłużenia pasma nieszczęść La Furia Roja. W 2000 roku to właśnie on posłał piłkę ponad poprzeczką w doliczonym czasie gry ćwierćfinałowego starcia z Francją. Ale czy brak sukcesów z kadrą może rzutować na ogół osiągnięć? Di Stéfano, na przykład, nigdy nawet nie zagrał na mundialu. Dla samego El Siete pewnie najbardziej bolesne było to, że akurat po tym, jak Luis Aragonés przestał powoływać go do kadry, ta w końcu zrzuciła z siebie łatkę wiecznych przegranych i wkroczyła w złotą erę zwieńczoną dwoma tytułami mistrzów Europy i mistrzostwem świata wywalczonym na boiskach w RPA. El Capitán może też zapewne żałować, że pomimo tak długiego okresu w Madrycie nie udało mu się sięgnąć z drużyną po Puchar Króla, po który sięgnęła ekipa dowodzona przez José Mourinho w pierwszym sezonie po odejściu kapitana z klubu. Jeśli zaś chodzi o wyróżnienia indywidualne, to pomimo wielu zdobytych nagród pewnym niedosytem jest rozstrzygnięcie plebiscytu Złotej Piłki magazynu „France Football” z 2001 roku, w którym Raúl uplasował się na drugim miejscu, przegrywając w głosowaniu dziennikarzy z Michaelem Owenem.

Raúl nie zakończył kariery piłkarskiej w Madrycie. Taka też jest specyfika klubu, w którym wymaga się ciągłego bycia na szczycie. Powoduje to, że piłkarze, którzy bronią jego barw, muszą być na najwyższym poziomie, chcąc grać w pierwszym składzie. Cały czas przychodzą więc nowi, głodni sukcesów zawodnicy, konkurencja jest olbrzymia. Trzeba jednak uczciwie oddać, że nikt go z klubu nie wypchnął, Raúl podjął świadomą decyzję o odejściu, zapewne trudną, co sam podkreślał (zwłaszcza w odniesieniu do faktu, że z Madrytem związał się José Mourinho). Poszedł więc drogą innych legend, które zdając sobie sprawę, że nie są w stanie już grać tyle, ile by chciały, odchodziły z Madrytu w celu czerpania radości z ostatnich lat piłkarskiej kariery. Przeniósł się do Schalke, gdzie zaliczył bardzo udane dwa sezony, by na sam koniec zasmakować egzotycznego Kataru. Na szczęście białą koszulkę założył raz jeszcze. Zagrał po raz ostatni przed madrycką publiką podczas ubiegłorocznego spotkania o Trofeo Bernabéu. El Siete, któremu Cristiano Ronaldo na to spotkanie odstąpił mityczną koszulkę z siódemką, żegnało wypełnione po brzegi Santiago Bernabéu, z królem Juanem Carlosem I na czele. Czyż można zorganizować bardziej królewskie pożegnanie? Zresztą Hiszpan nie opuścił klubu na zawsze, po prostu odszedł na jakiś czas, by któregoś dnia powrócić w nowej roli. O tym, że Raúl jest blisko klubu, świadczy choćby jego obecność podczas tegorocznego finału Ligi Mistrzów, podczas którego sięgnięto po obsesyjnie wręcz pożądaną w Madrycie La Décimę. To, że wieloletni kapitan klubu któregoś dnia wróci do Madrytu, by dalej budować swoją legendę, jest pewne, tym bardziej że jak zapewniał Florentino Pérez, drzwi dla niego są otwarte. Pozostaje tylko pytanie, kiedy i w jakim charakterze to nastąpi, ale na to wszyscy musimy jeszcze trochę poczekać. Wcześniej warto jednak poznać jego niezwykłą historię, która zaprowadziła go na piłkarski szczyt.

Łukasz Gąsiorek

prezes polskiej Peñi Realu Madryt

Águila Blanca

Wprowadzenie15 lat razem

„Wsiadaj do samochodu, jedziemy”. To pierwsze słowa Raúla, jakie zapamiętałem, kiedy umówiliśmy się po zajęciach w ośrodku treningowym przy Paseo de La Castellana, żeby zrobić reportaż. Kiedy pojawił się na parkingu, wybuchło istne szaleństwo wśród kibiców i łowców autografów, którzy tłoczyli się przy bramie w oczekiwaniu na nowego idola. Przypuszczam, że było tam około 100 osób. Głośno skandowały jego imię, a z ich twarzy można było wyczytać, że są skłonne do wszystkiego, byle tylko osiągnąć swój cel: dotknąć go, zrobić sobie z nim zdjęcie i zdobyć autograf.

W mgnieniu oka wsiadłem do niebieskiego volkswagena golfa. Raúl ruszył, pracownik parkingu otworzył bramę, a ludzka masa rzuciła się w stronę auta. Zostaliśmy dosłownie oblepieni, a ja byłem przerażony. Raúl się zatrzymał, próbował opuścić szybę, żeby złożyć podpisy najwytrwalszym kibicom, a samochód zaczął się chybotać. Czuć było uderzenia w blachę od strony bagażnika, po bokach, na dachu, a nawet z przodu. To zrobiło na mnie wrażenie. Przeżyłem coś, czego nie sposób zapomnieć. A przecież Raúl doświadczał tego każdego dnia po treningu. Kibice, podobnie jak robili to w przypadku innych piłkarzy, przychodzili, żeby zobaczyć i dotknąć żywą legendę.

W planach miałem sfotografowanie Raúla na pobliskiej stacji benzynowej, jak trzyma węża dystrybucyjnego. Zdjęcie miało obrazować chłopca, który napełnił energią przebudowany Real Madryt, który zostawiał za sobą epokę „Piątki Sępa” i który zdobył właśnie mistrzowski tytuł z Jorge Valdano na ławce trenerskiej. Trwał sezon 1995/96, pierwszy, w którym zajmowałem się Realem Madryt. Ta scena wywarła na mnie duże wrażenie.

Marzyłem, żeby zostać redaktorem w zespole, który tworzył elitarną sekcję w dzienniku „Marca”, odpowiedzialną za wszelkie informacje dotyczące klubu, w tamtym czasie zarządzanego przez Ramóna Mendozę. W wieku zaledwie 23 lat znalazłem się we właściwym i tak pożądanym miejscu. Manuel Saucedo, Amalio Moratalla i Alejandro Sopeña, moi szefowie, dostrzegli, że byłem zbyt niespokojny na redakcyjnych korytarzach, postanowili więc dać mi szansę i pozwolili wyjść w teren. Począwszy od tego momentu, nie istniało nic, co mogłoby mnie powstrzymać przed chęcią zawojowania świata, przed moim powołaniem: przekazywaniem czytelnikom tego, co widzę, słyszę, czuję i zdobywam za pośrednictwem wywiadów, reportaży i informacji. Powtarzam: nic nie mogło mnie powstrzymać. Byłem nerwowym chłopcem, upartym i nieświadomym zagrożeń. Nie dostrzegałem niebezpieczeństwa, nie odczuwałem strachu ani presji. Potrzebowałem tylko wyzwań, które wystawiłyby na próbę moją dziennikarską pasję.

Z takim podejściem rozpocząłem przygodę z ogromnym i złożonym światem, w którym funkcjonuje Real Madryt, a także zawarłem znajomość z młodziutkim Raúlem (miał wtedy 18 lat). Od tamtego czasu śledziłem jego piłkarskie poczynania podczas następnych 15 sezonów, a zarazem w trakcie tych dziesięciu lat, kiedy należał do reprezentacji Hiszpanii. Wkręciłem się w życie i w pracę bohatera tej książki i mogę powiedzieć, że jestem w stanie opowiedzieć historię, którą bezpośrednio i pośrednio przeżyłem razem z nim. Znam go, chyba można tak powiedzieć, od podszewki. Chociaż nie rozmawiałem z nim codziennie podczas tych 15 lat, byłem obecny na większości jego treningów i meczów, analizowałem jego gesty, spojrzenia, słowa, jego relacje z kolegami, trenerami, prezydentami, selekcjonerami, jego charakter i zachowanie. Mogłem przeprowadzać z nim wywiady. Posiadam wystarczający obraz Raúla jako człowieka i jako piłkarza. To, czego mi brakowało albo pozostało mi do poznania, dała mi niniejsza książka, dzięki której miałem możliwość zagłębienia się w jego dzieciństwo, w jego obiecujące początki jako zawodnika San Cristóbal de Los Ángeles, Atlético Madryt i Realu Madryt, jak również późniejsze lata gry w Niemczech i w Katarze. Żeby zaś moja relacja była kompletna i wiarygodna, chciałem, żeby w powstaniu tej książki swój udział mieli też współpracownicy Raúla: jego koledzy, trenerzy i prezydenci z poszczególnych klubów. A także jego reprezentant i przyjaciel Ginés Carvajal, postać kluczowa dla rozwoju jego kariery.

Konkluzja jest taka, że poznałem autentycznego Raúla, który stworzył samego siebie. Chłopca z ubogiej dzielnicy, pasjonata futbolu, który żył skromnie i odniósł sukces dzięki formule łatwej do wyjaśnienia, lecz trudnej do wdrożenia. Na jego legendę złożyły się bowiem zapał do pracy, chęć przezwyciężania trudności, nonkonformizm, nieznający granic wysiłek i mentalność zwycięzcy. Co znaczy stworzyć samego siebie? To dogłębnie studiować własne ograniczenia i zalety. Sprawić, aby te pierwsze miały jak najmniejszy wpływ na formę sportową, zaś te drugie szlifować i doprowadzić do perfekcji. Ten, kto sądzi, że zna siebie na wylot, może popaść w samozadowolenie i ryzykuje, że pozostanie na średnim poziomie albo stanie się przewidywalny. Raúl od dziecka nieustannie szukał swoich zalet.

Talent Raúla tkwi w solidności i cechującej go od najmłodszych lat dojrzałości. Obie te cechy odróżniają zawodników dobrych od bardzo dobrych w jakiejkolwiek dyscyplinie sportu. Za sprawą chęci zdobywania wiedzy, poświęceń i samodyscypliny, jakie cechowały go od dzieciństwa, a także wielu złożonych okoliczności, zrobił ze swoich umiejętności maksymalny użytek. Na boisku zawsze wyróżniał się stylem, który łączył w sobie rywalizację, walkę, inteligencję, intuicję i odpowiedzialność. Odniósłszy zwycięstwo, Raúl pozostawał skromny. W obliczu porażki pozostawał krytyczny wobec siebie. Nigdy przy tym nie tracił radości z gry, przeżywał ją do samego końca, niczym dziecko – to właśnie pozwoliło mu zachować wewnętrzne światło. To uczyniło go długowiecznym.

Złoty chłopak z San Cristóbal de los Ángeles

– Pedro, gdzie jest chłopiec?

– Nie słyszysz uderzeń, Marisa? Toż ciągle tłucze… Nie sposób nawet uciąć sobie drzemki. Każdego dnia to samo, jestem zmęczony. Godzina sjesty jest święta i powinien przestać. Powiedz mu to…

– Raúl, zostaw piłkę. Przestań już hałasować, to nie jest czas na grę, a już na pewno nie na uderzanie o ścianę. Zniszczysz ją… Przestań, proszę! Nie zdajesz sobie sprawy, że o tej porze możesz przeszkadzać ojcu i sąsiadom?

– Dooobrze, dooobrze, idę do ogrodzenia… Ale przy ścianie jest lepiej, w ten sposób trenuję prawą nogę. No dooobrze, dooobrze, idę do ogrodzenia…

– Dlaczego nie wejdziesz do domu i nie poczekasz, aż ojciec zaprowadzi cię na trening? Zmęczysz się, a poza tym jeszcze się pobrudzisz! Nie widzisz, że padało przez cały ranek i wszędzie pełno błota?! Wejdź, proszę, i zaczekaj, aż ojciec cię zaprowadzi.

– Mamo, w domu się nudzę, chcę grać w piłkę. W ten sposób na trening dotrę już rozgrzany. Nie lubię sjesty. Lubię futbol.

Po długich namowach i w obliczu nadchodzącej ulewy Marisie udało się przekonać cherlawego Raúla – wtedy 11-letniego – by wreszcie wszedł do domu. Chłopiec usiadł na sofie, nie wypuszczając z rąk brudnej i mokrej piłki, a matka postawiła przed nim na stole tacę ze szklanką mleka i pączkami.

Raúl jadł w pośpiechu. A raczej pochłaniał. Zostawił piłkę pod małym stolikiem i położył się na sofie. Gdy Marisa wróciła z kuchni, odetchnęła, widząc, że jej syn się poddał. Przez kilka sekund stała przed nim nieruchomo, patrząc z czułością, i powoli się uspokajała. Raúl odpoczywał, a cały dom wreszcie mógł odetchnąć. Dwoje starszego rodzeństwa – Pedro i Marisa – zajmowało się swoimi sprawami, przyzwyczajone już do nadaktywności najmłodszego brata. Oboje na dźwięk uderzeń piłki byli już uodpornieni.

O 18.00 do drzwi zadzwoniła sąsiadka. Pedro wraz z synem przygotowywali się, żeby pójść na trening, otworzyła więc Marisa:

– Co słychać, Mari Carmen?

– Marisa, zbieramy podpisy dla Stowarzyszenia Sąsiadów San Cristóbal de los Ángeles. To, co zawsze. W urzędach nas ignorują. Trzeba znów upomnieć się o nasze prawa. Długo walczyliśmy o to, żeby wyplenić narkotyki z dzielnicy, żeby wyrzucić dilerów i sprawić, by kolonia Marconi, jak i cały dystrykt Villaverde, stała się bezpieczna… Poza tym brakuje nam mostu, niektóre miejsca są praktycznie nieprzejezdne, wciąż przecież mamy gliniane drogi… Musimy zrobić wszystko, by nasze skargi dotarły do polityków.

– Zgadzam się – odparła Marisa.

Tymczasem Pedro wychodził z domu ze swoim synem, by udać się na boisko San Cristóbal de los Ángeles.

Raúl szedł, wpychając niebieską koszulkę w białe spodenki. Wydawało się, że jest o trzy numery za duża, ale on nie miał z tym problemu. Podobnie rzecz miała się z niebieskimi getrami, dokładnie ściśniętymi sznurkiem. Teraz jednak liczyło się tylko to, że szedł ubrany jak piłkarz. Był to dla niego najlepszy moment w ciągu całego dnia.

– Tato, myślisz, że będzie trening? Boisko pewnie zamieniło się w kałużę, ale mnie i tak jest wszystko jedno. Będę grał bez względu na to, w jakim będzie stanie.

– Na pewno, synu. Przejadą samochodem z grabiami i momentalnie usuną wodę.

– Samochodem? – zdziwił się Raúl.

– Tak. Renault, który ma człowiek odpowiedzialny za utrzymanie boiska. Do tylnego zderzaka przyczepia kilka drewnianych pali i jakby były to grabie, przejeżdża po całym boisku, zbierając wodę. Niesamowite! A jednak działa. Poza tym dzisiaj nie zanosi się już na deszcz. Myśl o tym, jak będziesz grał. Ciekawe, ile goli dziś strzelisz, co? W niedzielę byłeś świetny. Mówiłem ci, że kiedy bramkarz wyjdzie ci naprzeciwko, ty robisz mu aguanís.

– Aguanís? – zdziwił się Raúl.

– Tak. To jak zwód toreadora. Zamachać muletą i zacząć zabijać. Czekasz, aż bramkarz wyjdzie, dryblujesz go prawą nogą i zabijasz lewą.

– Dobrze, tato.

Gonzálezowie, ojciec i syn, docierają do szatni Sancris. Raúl, który nie lubi tracić czasu, ma już na sobie uniform i tylko zawiązuje sznurówki. Wita się z kolegami z drużyny i jako pierwszy wychodzi na ziemiste boisko, odbijając piłkę lewą nogą. Schyla się i dwoma palcami dotyka podłoża, z daleka patrzy na trenera i podnosi kciuk. Potwierdza, że boisko nadaje się do gry. To niemal cud po takiej ulewie. Mecz się odbędzie i to jest dla niego najważniejsze.

Za ogrodzeniem i metalowymi tablicami z reklamami znajdują się ojcowie, kibice i znajome twarze z dzielnicy. Ale nie wszyscy są stałymi bywalcami. Za ławkami rezerwowych spaceruje aż czterech nieznajomych mężczyzn. Przechadzają się, z nikim nie rozmawiają, przypominają wręcz detektywów. Nie pierwszy to raz, gdy widać ich przy boisku Sancris. Kiedy rozpoczyna się mecz, bacznie obserwują i sporządzają notatki.

Atmosfera jest piknikowa. Publiczność bawi się doskonale podczas spotkania toczącego się w rytmie przyprawiającym o zawroty głowy. Sancris nie ma litości dla rywala, a mały Raúl – którego datę urodzenia trzeba było sfałszować, by wyglądał na starszego i w ten sposób mógł grać w tej kategorii wiekowej – strzela osiem goli. Ten malec to żywe srebro. Zachowuje się, jakby właśnie wypuszczono z klatki tygrysa. Nie przestaje biegać, upadać, prosić o piłkę, krzyczeć, oddawać strzałów, zdobywać bramek…

Za plecami Pedro, niewiele ponad dwa metry dalej, czają się „detektywi”, którzy tylko czekają, by móc z nim porozmawiać. Zanim skończyło się spotkanie, obecni byli przy nim już wszyscy czterej. Jednego z nich González senior znał już z poprzednich meczów. Nazywa się Emilio Mauri i zostawił mu wizytówkę z herbem Atlético Madryt. Obiecał, że spotka się z nim na Calderón. Inny to Paco. Na jego wizytówce widnieje herb Realu Madryt. Paco de Gracia, skaut klubu z Chamartín. Jest też przedstawiciel Rayo Vallecano… Cóż, chłopiec strzelający gole jak na zawołanie od dawna jest obserwowany przez łowców talentów.

– Dobrze, chłopcze, dobrze. Pewnie jesteś wykończony? Przez błoto buty ważyły dziś znacznie więcej. Ale byłeś genialny. Ostatnich minut nie śledziłem zbyt uważnie, bo kilka osób namawiało mnie, żebyś przyszedł na próbę do ich klubów. Są z Atlético, Realu Madryt i Rayo… Nie wiem, zobaczymy, co powiedzą. Jednemu już obiecałem, że pójdziemy na Calderón. Tam mamy najbliżej – Pedro opowiada o tym synowi z całkowitą swobodą, jakby mówił o pogodzie.

– Tato, z kim gramy w przyszłym tygodniu? – pyta Raúl, nie zwracając uwagi na te rewelacje.

Docierają do domu. Zapada zmierzch, a Marisa z niecierpliwością czeka na syna, by odrobił lekcje, wykąpał się, zjadł kolację i odpoczął. Pedro opowiada żonie i dwójce pozostałych dzieci, czego chłopiec dokonał podczas meczu. Dla nich to nic nowego. Opowieści o liczbie goli, które strzelił, i o tym, ile biegał, to dla rodziny González Blanco chleb powszedni. Ojciec informuje także swoich bliskich o zainteresowaniu łowców talentów. Marisa i dzieci z uwagą i zdumieniem przyglądają się wizytówkom, szczególnie jednej: tej, na której widnieje nazwa Real Madryt.

– Dobra, najważniejsza jest nauka – mówi w końcu Marisa. – Raúl, zabieraj się do lekcji, bo masz dziś dużo zadane! Na dzisiaj już wystarczy futbolu. No dalej, kochanie, jesteś w szóstej klasie i zostało ci już niewiele, żeby skończyć.

– Mamo, ja najbardziej lubię matematykę.

Wyczerpujący dzień dobiega końca. W domu Gonzálezów Blanco wszyscy odpoczywają… Nawet piłka.

Cztery dni później ojciec i syn udają się na Vicente Calderón. W jednym z gabinetów czeka na nich Víctor Parra, szef skautów Atlético Madryt, a także Francisco de Paula, trener drużyny juniorskiejrojiblancos. Raúl wchodzi