Strona główna » Obyczajowe i romanse » Ślady krwi

Ślady krwi

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7595-619-1

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Ślady krwi

"Ślady krwi"  to niemal sensacyjnie rozwijająca się opowieść o czterech kolejnych pokoleniach rodziny, której koleje poznajemy podczas odzyskiwania i odkłamywania pamięci przez głównego bohatera. Powieść nie została napisana dla prostego pokrzepieniu serc. Ale chociaż odkryta prawda boli jeszcze mocniej daje w zamian szansę na jednostkowe i wspólnotowe ocalenie.
Napisana z rozmachem powieść Jana Polkowskiego to niezwykła próba rozmowy z Polakami o ich współczesnej kondycji za pomocą sięgnięcia po ważne składniki narodowej tożsamości – zmagania z niemieckim i rosyjskim totalitaryzmem, doświadczenie absurdalnej rzeczywistości PRL, walka o niepodległość, dramat kolaboracji, pamięć Kresów, dylematy wiary w Boga, ale i bogata tradycja kulturowa – jak choćby opisy Wołynia odsyłające do Pana Tadeusza – to wszystko składa się na wielką, polifonicznie opowiedzianą przygodę polskiego losu. Mimo pesymizmu i wiernego obcowania z polską klęską autor daleki jest od stereotypowego rozmiłowywania się w martyrologii. Pozostaje ironicznym i niezależnym obserwatorem. W tym leży siła Śladów krwi.


Czytelnicy, którzy poszukują w literaturze poważnej próby zmierzenia się z polskością na serio, a dla  których styl, piękno języka i ciągłość kultury nie są obojętne, na pewno się nie zawiodą!

Polecane książki

Historia fantasy o zmaganiach wspólnego państwa ludzi i wampirów z asyryjskim imperium żywych trupów, nieuchronnym zmierzchu ludzkiej rasy oraz zaskakująco współczesnym przesłaniu… Najnowsza powieść Konrada T. Lewandowskiego powstała wskutek podniesienia ręki na jedno z klasycznych dzieł literatury ...
„Nić Ariadny” Lidii Tasarz to powieść z gatunku thriller, sensacja. Jak to jest, kiedy pewnego dnia budzisz się na szpitalnym łóżku i nie wiesz, kim jesteś? Nie pamiętasz nic, nawet swojego imienia? Wszystko dookoła ciebie jest obce i nieznane, nawet Twoja własna twarz. Nie wie...
Dlaczego tak bardzo się różnimy? Dlaczego w inny sposób przyswajamy informacje, inaczej odpoczywamy, inaczej podejmujemy decyzje i inaczej organizujemy swoje życie? „Czy wiesz, kim jesteś?” pozwoli Ci lepiej zrozumieć siebie oraz innych ludzi. Zawarty w książce Test ID16 pomoże Ci określić Twój typ ...
Aleo, nastolatka o rubinowych włosach, jakich na próżno szukać w całym królestwie Adonu, wiedzie całkiem zwyczajne życie. Osierocona w dzieciństwie, na co dzień mieszka u wuja, pomagając mu w prowadzeniu domu. Los jednak szykuje dla niej przyszłość pełną niespodzianek i wyzwań. Pewnego dnia dzie...
Poradnik do gry The Forest zawiera szczegółowy opis trybu dla pojedynczego gracza. W poradniku zawarte zostały informacje na temat typów przeciwników, radzenia sobie z każdym z nich, a także informacje dotyczące walki w zwarciu i na dystans, wykorzystując dostępne w grze przedmioty. Oprócz tego, opi...
„Usadowiwszy się na jednym z dwóch leżaków ustawionych w cieniu palm, Riva wsparła się na poduszkach i zamyśliła się. – Marzysz o raju, Rivo? Otworzyła gwałtownie oczy, czując, jak przyspiesza jej tętno. Damiano szedł w jej stronę po piasku. Miał bose stopy, lekkie lniane spodnie i rozpiętą koszulę,...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Jan Polkowski

Strony tytułowe

Strona redakcyjna

Redaktor

Maria Wolańczyk

Konsultacja rusycystyczna

Małgorzata Wójcik

Korekta

Barbara Turnau, Dariusz Godoś

Projekt okładki

Witold Siemaszkiewicz

Zdjęcie autora na skrzydełku okładki

Mateusz Adamczyk

Łamanie

Edycja

© Copyright by Jan Polkowski

© Copyright by Wydawnictwo M, Kraków 2013

ISBN 978-83-7595-561-3

Wydawnictwo M

ul. Kanonicza 11, 31-002 Kraków

tel. 12-431-25-50; fax 12-431-25-75

e-mail:mwydawnictwo@mwydawnictwo.pl

www.mwydawnictwo.pl

www.ksiegarniakatolicka.pl

Publikację elektroniczną przygotował

Motto

Dokąd wiodła nas droga —

Ku Narodzinom czy Śmierci?

Thomas S. Eliot

Kanada

Kanada

początek XXI wieku

W

blaknącym blasku miejskiego zmierzchu siwiejący
mężczyzna tkwił nieruchomo w sfatygowanym fotelu. Drzemał, marzył lub nie
żył. Kurz kłębił się nad jego głową w plamie fioletowego światła, które
docierało do pokoju z pulsującego nerwowo neonu pralni chemicznej,
mieszczącej się na parterze, po drugiej stronie ulicy.

Był początek XXI wieku. Henryk Harsynowicz mieszkał w
Kanadzie, w jednej z mniej zamożnych dzielnic Toronto. Żył samotnie i
skrycie, choć już nie uciekał przed nikim i przed nikim się nie ukrywał.
Można by powiedzieć, że jedynym powodem jego ukrywania się, zresztą
trudnego do zauważenia przez kogoś postronnego, było to, iż wciąż istniał.
Jego egzystencja, prosta, przeźroczysta i nieprzenikniona dla jawnych czy
tajnych obserwatorów, trwała obok miasta, które również wydawało się go
nie zauważać. Tym jałowiej, bez wysiłku i walki nikł i bezwiednie się
rozpływał w niejasnym porządku lub chwiejnym chaosie, nie zostawiając po
sobie żadnych szczególnych znaków, ulotnych śladów czy sumiennego
testamentu. Jeśli istniał gdzieś poza własnym ciałem i jednym lub dwoma
miejscami w Warszawie, mógł to być uważny wzrok i wyćwiczona pamięć
sklepikarza, Węgra pochodzącego z Timiszoary, który na dwa lata przed
upadkiem Ceauşescu zbiegł z ambasady rumuńskiej w Londynie. Wybrał
wolność w zbyt chłodnym pokoju bez okien, obserwując z napięciem dwa
miniaturowe męskie portrety, odbite w ciemnych okularach przesłuchującego
go funkcjonariusza Centralnej Agencji Wywiadowczej. Mężczyzna ów nigdy nie
nosił ciemnych okularów i lubił obserwować poruszającego się po sklepie
Henryka, który za każdym razem przemierzał identyczną, szesnastominutową
marszrutę. Na wstępie pakował do koszyka żurek i chrzan, na końcu zaś
kaszę gryczaną i kiełbasę wiejską.

Z mieszkańcami Toronto Harsynowicz nie nawiązał
kontaktów, które nawet nieostrożnie uogólniając, można by określić jako
serdeczne lub bliskie. Mimo że był dzikusem ze Wschodu, patrzył na Toronto
jak na tymczasowy obóz Indian lub niepiśmiennych włóczęgów, w każdym razie
barbarzyńców, choć doceniał fakt, że rozbite ciasno namioty były dość
wysokie i z materiału w niezłym gatunku. Z coraz mniejszym zaangażowaniem
grał rolę biednego krewnego dopuszczonego z łaski do posiłków na końcu
stołu, a jednocześnie wielmożnego szlachcica wplatającego łacińskie
sentencje w rozmowy z miejscowymi, dość prymitywnymi dorobkiewiczami. Był
przecież wychowankiem starych miast, zasobnych w daty koronacji królów,
ingresów arcybiskupów, głodujących oblężeń, rzezi ludności, bombardowań
szpitali i dziecięcych ochronek, pożarów bibliotek i gotyckich kościołów,
w których pokotem spali półżywi z przerażenia uchodźcy. Miał więc prawo
czuć lekką pogardę wobec wczoraj wzniesionych osad, których obywatele
nigdy nie musieli w ich obronie podpalać własnych domów, gmachów
publicznych i mostów dojazdowych. Nie znali również uczucia towarzyszącego
odnalezieniu martwego dowódcy obrony, który zanim palnął sobie w łeb,
zdążył wywiesić przez okno skrwawioną białą szmatę.

W warszawskim mieszkaniu na ulicy Chmielnej, w
solidnym sejfie ukrytym za miernym akwarelowym widoczkiem, spoczywało
zdjęcie o wymiarach pocztówki. Przedstawiało mężczyznę, który wyglądał, jakby od dawna miał pięćdziesiąt parę lat i
nieustannie, mozolnie, jednak bez wyraźnego sukcesu, zbliżał się do
sześćdziesiątki. Wzrostu był prawdopodobnie średniego, nawet wysokiego, a
jego pociągłą, trochę nieforemną twarz trzymały w jednym kawałku wydatne
szczęki ocienione smugą gęstego zarostu i duże oczy o jasnoniebieskim
odcieniu. Czoło, wysokie z racji utraty włosów, dodawało jego twarzy rysu
intelektualnego roztargnienia. Ważył pewnie około dziewięćdziesięciu
kilogramów, co sugerował ciężki kształt sylwetki, a zwłaszcza zaokrąglona
linia brzucha.

Henryk Harsynowicz z całą pewnością żył. Poruszył się,
chociaż jeszcze nie otworzył oczu. Po chwili wstał, podszedł do okna i
lekko je uchylił, nie poświęcając jednak specjalnej uwagi nieruchomej
ulicy, upstrzonej walającymi się śmieciami. Szybko i bez oporu wdarł się
do pokoju niski, monotonny brum miasta. Harsynowicz włączył elektryczny
czajnik, wrzucił do kubka saszetkę zielonej herbaty i z westchnieniem
wrócił na fotel. Prawą szczupłą dłoń, pokrytą bladymi, brązowymi plamkami,
położył na książce pozostawionej na postrzępionym oparciu.

Od wielu lat żył bezpiecznie wewnątrz powtarzanego
codziennie rytuału. Pozostawał mu wierny, ale traktował go niedbale, jak
porzucony, bezużyteczny plan lub wygasłą, na wpół zapomnianą miłość,
wypraną ze smaku pożądania i zaborczej melancholii. Był owładnięty
przekonaniem, że zmiana przyzwyczajeń równałaby się ryzykownemu skokowi w
niezgłębioną ciemność, poza ramy rzeczywistości i przeznaczenia. Każda
zmiana kojarzyła mu się z tchórzliwą, nieodpowiedzialną ucieczką z
irracjonalnie realnego świata. Taki rewolucyjny radykalizm mógł grozić
nieobliczalnymi skutkami, których na wszelki wypadek nie próbował nawet
sobie wyobrażać.

Broń Boże nie wyglądał na człowieka nieszczęśliwego.
Wyglądał raczej na człowieka, który żyje w dobrowolnej separacji z samym
sobą i skrupulatnie przestrzega sądowego zakazu zbliżania się do własnych
pospolitych, odpychających problemów.

Henryk postawił herbatę na podłodze. Cierpki, wytrawny
zapach otarł się o skórę jego twarzy i spierzchnięte usta. Otworzył
książkę i przez chwilę szukał miejsca, gdzie skończył czytać. W tle
milczał pokój umeblowany tandetą z lat siedemdziesiątych. On sam wzbogacił
wystrój tylko o trzy pudełka po bananach wypełnione książkami.

Patrząc z boku, miało się wrażenie, że jego życie,
mimo pewnych cech tymczasowości, toczyło się spokojnie, bez gwałtownych
zwrotów, przyśpieszeń i zapaści. Dni opadały i rozsypywały się bez oporu i
emocji. Starannie unikał sporów i ostrych dyskusji, więc nie było okazji,
żeby się na kogoś obrazić lub z kimś pokłócić, co dawniej przytrafiało mu
się nieustannie. Dawniej, to znaczy wtedy, kiedy wierzył w siebie,
niesprawiedliwość, przypadek i w to, że ludzie nie są, bo nie potrafią być
wolni, a już z pewnością nie są i nie powinni być równi.

Z ulicy dobiegł ostry dźwięk klaksonu i wymieszał się
z krzykiem przerażenia lub ostrzeżenia, kobiety lub dziecka. Niemal
równocześnie ocknął się wiatr. Otworzył szerzej uchylone okno i do pokoju
wpadł stukot toczącej się po chodniku puszki po piwie. Henryk poprawił
okulary, odwrócił stronę i czytał.

Mimo zanurzenia w powodzi bezpiecznej rutyny i lichej
stabilizacji dochodziło w jego życiu do niewielkich incydentów. Jeden z
nich spowodowała Jenny Hastings, kobieta mieszkająca na parterze,
wyglądająca na wyzwoloną ze złudzeń młodości, ale niewolną od namiętności
do błędów, które cechują wiek dojrzały. Była właścicielką, a być może
opiekunką kamienicy. W pewnym momencie zaczęła zdradzać żywe
zainteresowanie sąsiadem. Lubiła różowy lakier do paznokci, zamszowe buty
i czarne, długie spódnice, pod którymi ukrywała, jak domniemywał Henryk,
zbyt grube lub krzywe nogi. Henryk używał w stosunku do niej polskiego
określenia — dozorczyni, chcąc w ten prymitywny sposób obniżyć jej
atrakcyjność. Zdawał sobie sprawę, że jako samotny lokator, którego w
dodatku nikt nie odwiedzał, nadaje się idealnie na ofiarę skromnego
polowania, bez hałasu nagonki, skowytu psów gończych i mordowania post
factum zbędnych świadków.

Zrządzeniem losu, wychodząc z domu lub wracając z
pracy, wpadał na zawsze ciepło uśmiechniętą sąsiadkę, która w słodki i
zarazem energiczny sposób przekazywała mu jakieś nieważne wiadomości albo
usiłowała zatrzymać ostentacyjnie idiotycznymi pytaniami. Gdy ten prosty
komunikat został zignorowany, zastosowała strategię próśb o męską pomoc,
zdaniem Henryka, niczym nieróżniących się od szantażu lub fizycznej
przemocy. Wreszcie zaciągnęła go do siebie. Przy podawaniu herbaty
wytrwale i obficie prezentowała dekolt i co tam jeszcze mogła. Wystąpiła
wyjątkowo w krótszej spódnicy i jej nogi okazały się zaskakująco zgrabne.
Robiła wrażenie całkowicie przekonanej, że argumenty o charakterze
podstawowym powinny szybko przeważyć szalę zwycięstwa na jej stronę.

— Posłuchaj — podjęła Jenny, zaskoczona i urażona
wytrwałą obojętnością Henryka. — Może mógłbyś u mnie jadać? Jeden posiłek
dziennie. Ja i tak gotuję dla siebie. Gotować dla jednej czy dwóch osób,
różnica żadna. Zwrócisz mi za produkty, rzecz pozostanie bez zobowiązań.
Samotne posiłki spożywane w milczeniu wyraźnie mi szkodzą. Myślę, że
szkodzą każdemu. Tobie nie?

Propozycja była tragicznie atrakcyjna. Ale im bardziej
biwakujący od lat Henryk miał ochotę na dwudaniowy obiad i im wyraźniej
widział oczyma duszy jej biust wyzwolony ze stanika, delikatny, ale
niepozbawiony słodkiego ciężaru, tym bardziej miał wrażenie, że jest
przykuwany kajdankami do kaloryfera i chłostany bezlitośnie pejczem pytań
o rodziców, dzieciństwo, szkołę średnią i pierwszą miłość.

— Wspaniała propozycja. — Patrzył nieuważnie na
mgiełkę włosów wokół jej różowego ucha, kolczyka i refleksu światła
muskającego niebieski kamień, z pewnością sztuczny. Po chwili przeniósł
wzrok z rozświetlonej jak plaża małżowiny na okno przysłonięte gęstą
firaną.

— Naprawdę wspaniała propozycja — powiedział i
zamknął oczy. — Przyjąłbym ją oczywiście — kontynuował po chwili pełnej
rosnącego napięcia, podczas której ona resztką sił powstrzymała chęć
położenia mu dłoni na ramieniu. — Byłbym szczęśliwy, gdybym mógł ją
przyjąć. Wiele bym dał za domowy obiad. Same słowa są swojskie i smaczne,
a przy tym takie spokojne i słodko oswojone. — Otworzył oczy i zaangażował
się uczuciowo w oglądanie czubków swoich butów.

— To co? Zgoda? Kiedy zaczynamy, od jutra?
Powiedz mi, co lubisz. Albo zrób listę. — Jenny wpadła we wdzięczną
euforię i nieprawdopodobnie wolno założyła nogę na nogę. Nie udało jej się
jednak skupić uwagi gościa na swoich udach opiętych czerwonym koronkowym
zakończeniem czarnych, samonośnych pończoch firmy Transparenze. A
kosztowały, bądź co bądź, kilkadziesiąt dolarów.

— Tak, to byłoby naprawdę wspaniałe. — Henryk
przeniósł wzrok na swoją prawą dłoń, jakby zauważył ją po raz pierwszy i
był dotąd przekonany, że ma tylko lewą. Odmowę, wyrażoną miękko, w chórze
z żalami i westchnieniami, uzasadnił zmiennymi porami dyżurów w radio,
których reżimowi musi się poddać, czy tego chce, czy nie.

— Wiesz, kapitalizm daje wolność kapitalistom.
Ja, jako robotnik najemny, jestem rzeczą, własnością wyzyskiwaczy. Używają
mnie z konieczności i ze wstrętem, ale bezwzględnie. Wysysają wszystko,
nawet myśli, na które dopiero czekam. Jestem więc niewolnikiem całą gębą.
Tak pieści mnie życie, moja duszko.

Kompletna klęska i słowo „duszka” doprowadziły Jenny
do nerwowego śmiechu. Gdy mężczyzna wyszedł, jej śmiech przeszedł w
nieartykułowaną, żałosną pretensję do losu i Boga, który z niezrozumiałych
powodów toleruje istnienie długich pokoleń idiotów w spodniach.

Po incydencie, mimo że Henryk przebiegle unikał
rozkwitłej po brzegi Irlandki, jej żeńskie walory i barokowe spojrzenia
zielonkawych oczu doganiały go niekiedy. Zwłaszcza gdy dopadał go głód i
wikłał się w wyimaginowane zapachy ugotowanych przez sąsiadkę potraw:
zrazów wołowych zwijanych ze słoniną i kiszonym ogórkiem, podanych z kaszą
i buraczkami na ciepło, żurku, ostrokwaśnego kapuśniaku, pieczeni
cielęcej z dużą ilością cebuli, uduszonej na delikatny jasnobrązowy kolor.
Cóż, musiałaby przecież gotować według przepisów polskiej kuchni.

Pociągnął łyk cierpkiej herbaty. Była jeszcze gorąca.
Lubił jej szorstkie, przyjazne ocieranie się o przełyk i mocne, pełne
utajonej energii lądowanie w żołądku. Irytację, z jaką śledził
skomplikowane stosunki Myszkina z siostrami Jepanczyn, mógł tonować tylko
dobrze zaparzoną, gorzką herbatą. Wypił drugi, dłuższy łyk i zagłębił się
w opis niejasnych uczuć Agłai i księcia. Zaskoczyło go stwierdzenie
najmłodszej z sióstr, że kierowanie się samą tylko prawdą jest niesłuszne. Zgodził się entuzjastycznie z tym
poglądem, by za chwilę odrzucić go jako obłudny i ukrywający swój cynizm
pod pozorami realizmu lub współczucia. Nie od dzisiaj z niezrozumiałych
powodów męczyło go inne zdanie: Bóg wie, co żyje we mnie zamiast mnie. Za każdym razem gdy je spotykał, powodowało w nim
zamieszanie, niepokój i chybotanie lustra, jakby ktoś stał z drugiej
strony jego twarzy i śmiał się histerycznie bez powodu.

Zaskakujące było to, że życie Henryka Harsynowicza,
które ktoś bez zbędnej dyplomacji mógłby określić jako bezbarwne i
monotonne, jemu samemu wydawało się całkiem znośne. Aromat i sens, którym
próbował się delektować, trudno było jednak dostrzec z zewnątrz. Bo jak
dostrzec sens w bezkonfliktowym, ale przecież bezsensownie niepokojącym i
bezwzględnie upokarzającym przepływie czasu przez starzejące się ciało. W
oczywistej przemianie obejmujących je opiekuńczo pór roku, nocy i dni.
Albo w nocnych przelotach dzikich gęsi w tę i z powrotem, na północ lub
południe, z szumem skrzydeł zagłuszanym przez ludzki sen i nieludzką
śmierć.

Henryk Harsynowicz żył, gęsi wędrowały za wietrznym
wahadłem śniegu, ludzie śnili, że umieją latać, drzewa rzucały coraz
szerszy i dłuższy cień, chmura esemesów opuszczała błyszczące w słońcu
samoloty linii American Airlines i United Airlines, gdy zbliżały się do
wieżowców World Trade Center. Hutu zarzynali maczetami Tutsi. Dzieci
jednych paliły wioski drugich. Krowy pracowicie przeżuwały i wydzielały
niezliczone ilości niszczącego metanu. Prawdopodobnie zdechł Ozon,
cocker-spaniel, mieszkający obok Henryka w sąsiedniej kamienicy. Hindusi
palili chrześcijańskie kościoły, a wraz z nimi pewną liczbę wiernych.
Niestrudzony Darwin stwarzał nowe, nieznane dotąd owady, bakterie i
wirusy. Chińczycy cierpliwie, bez pośpiechu niszczyli Tybet i zwiększali
swój udział w globalnych instytucjach finansowych. Chodorkowski strzelał
szybko i miliardy przepływały na jego konta w rajach podatkowych.
Przestawał ćwiczyć, rozleniwiał się, wspominał mimochodem w niezbyt ważnej
angielskiej gazecie, że Rosja potrzebuje nowoczesnej sieci dróg, a może i
demokracji. Nazajutrz federalna oprycznina zabierała mu księstwo i bawiła
się jego głową jak młody terier piłką do tenisa.

Żadne z wymienionych ani jakiekolwiek inne wydarzenie
nie wdarło się, mimo zaciekłych prób, w wewnętrzne i zewnętrzne życie
Henryka. Jego własne, jak mu się wydawało, prywatne sekundy, minuty,
godziny, dni, miesiące i lata nasycone były słodkim przemijaniem, może
zbyt słodkim, czasem aż mdlącym, ale te chwile nie potrzebowały libretta,
publiczności i braw. Mimo że zbliżał się do sześćdziesiątki, nie uciekał
przed śmiercią. Nie bełkotał przerażony w jej niewidocznym cieniu, a
najdrobniejsze ułamki życia oddawały mu siebie bez pretensji, nie żądając
niczego w zamian. Cieszyło go, że nie posiada własnego planu, a czy jest
jakiś inny plan i co zawiera, nie chciał odgadywać. Nie chciał wdawać się
w dyskusję z Bogiem. Sporadyczne myśli o klęsce w stosunkach ze światem
wprawdzie go nie omijały, ale były spokojne jak lipcowy wieczór wypełniony
ciepłem oddawanym przez rozgrzaną ziemię, murmurandem zamkniętych książek
lub cierpliwą lekturą jednej z nich, gryzieniem orzeszków ziemnych,
kołowaniem upartego skrzydła ciemności wokół lampy lub analizą
tajemniczych informacji na opakowaniu płatków śniadaniowych. Zresztą czy
mógł zwyciężyć? I co to miałoby oznaczać? Dla niego? Dla innych ludzi? Dla
świata? O co miałby się kłócić?

Starzał się. Krew wybierała okrężne, coraz bardziej
skomplikowane drogi do celu. Zasypiał z prawą ręką pod głową, lewą
położywszy równo wzdłuż ciała na grubym wełnianym kocu. Do łóżka kładł się
z nadzieją, że tej nocy, we śnie, jak za dawnych lat, będzie mógł znowu
zwycięsko latać w ciemnym powietrzu nad Warszawą, lekko poruszając szeroko
rozpostartymi rękami. Latanie śniło mu się od czasów chłopięcych.
Przestało, kiedy dobijał do czterdziestki. Mniej więcej w tym czasie kiedy został sam.

*

Czy można wierzyć, że w życiu Henryka Harsynowicza nie
było nic poza mizantropią i w końcu dość pospolitą umiejętnością
zadowalania się czymś tak nikłym jak istnienie?

Regularnie, jedenaście razy w tygodniu opuszczał
mieszkanie. Codziennie szedł do pracy w miejscowym polonijnym radio. Zwykł
mówić o nim „radio polonijno-asymilacyjne”, żeby podkreślić ironiczny
dystans i kontrolę nad własnymi wyborami. Trzy razy w tygodniu udawał się
na zakupy do nieodległego sklepu, dwie przecznice dalej. Prowadził go
mężczyzna z budzącą dreszcz blizną na twarzy, biegnącą ciemną linią od
szczęki do kąta oka, choć wyglądała, jakby przecinała sinym cięciem życie,
przed którym uciekał. Henryk, na powitanie, uśmiechał się z pełnym
pobłażania przekonaniem, że właściciel jest zbyt ponury, by mógł być
dobrym sprzedawcą. Wysoki, zwalisty mężczyzna o ciemnej karnacji patrzył
na niego z niezmiennym zdziwieniem. Czasem odwzajemniał uśmiech krótkim,
bezradnym skrzywieniem warg. Henryk lubił jego eksterytorialny sklep, a
dodatkowo sprawiało mu przyjemność przypuszczenie, że właściciel ceni go
jako stałego klienta. W radio spotykał się z dwoma facetami, do których
dawno stracił zaufanie i serdecznie ich nie cierpiał. W kościele rzadki
tłum nie był żadnym punktem odniesienia dla jego samotności, nikt go tam
nie witał ani nie oczekiwał. Podczas zakupów czuł, że jest u siebie, gra
ważną rolę i ktoś go docenia.

W niedzielę wychodził do kościoła. Od pewnego czasu
nie mógł się zdecydować, którą mszę wybrać, a gdy się wreszcie zdecydował
i wykaraskał, nie zawsze docierał na czas. Przyczyną spóźnień mogło być
zamiłowanie do obserwacji robaczkowego ruchu przechodniów i odgadywania
tajemnic ich ukrytego życia. Był pedantem, nie było więc mowy, żeby wszedł
do kościoła podczas trwającego nabożeństwa. Przez chwilę słuchał
dochodzących zza niedomkniętych drzwi dźwięków organów, szemrzących słów
kapłana, stłumionego chóru wiernych, dzwonków przed podniesieniem i
odchodził. Z powodu związanych z mszą perturbacji miewał do siebie
pretensje i od czasu do czasu wymyślał sobie od bezbożników. Robił to
jednak coraz rzadziej i z coraz mniejszym zaangażowaniem.

W stosunku do miejsc, w których mieszkał, używał
określenia „dom”, ale, prawdę mówiąc, robił to tylko po to, żeby nie
komplikować sytuacji. Użycie słowa „dom” działało jak słaby środek
nasenny. Zasnąć nie było można, ale krążące rozdrażnienie rozmywało się,
odpływało na bezpieczną odległość.

Większość wolnego czasu poświęcał na czytanie.
Korzystał wyłącznie ze swojego niewielkiego zbioru książek, raptem około
czterdziestu tytułów. Wśród nich były Lalka Prusa, Przedwiośnie i
Popioły Żeromskiego, Ikar i Wyspa
Szczepańskiego,
Szkice piórkiem Bobkowskiego, parę tomów Józefa
Mackiewicza. Miał też opowiadania Iwaszkiewicza, Nowakowskiego i
Herlinga-Grudzińskiego. Sporą część biblioteczki tworzyła literatura
rosyjska, francuska, niemiecka i czeska, między innymi Obsługiwałem angielskiego króla,
Mistrz i Małgorzata, Pani Bovary i Moskwa-Pietuszki.

Nowej książki Harsynowicz nie kupił od dwudziestu lat,
nie tylko ze względu na szczupłość funduszy, ale przede wszystkim z powodu
braku zaufania do współczesnych autorów, którzy jego zdaniem wyróżniali
się czymś więcej niż tylko brakiem osobowości i niechlujstwem językowym.
Wyraźnie drażniły go dość solidne dowody, że ci niekiedy zdolni ludzie nie
czytali niczego poza własnymi utworami. On sam czytał więc wciąż te same
stare teksty, zmieniając jedynie ich kolejność, i z czasem zrósł się z
nimi jak zwielokrotniony syjamski brat.

Najtrudniej było mu wyzwalać się z hipnotycznych
rozdziałów i zagadkowych zdań Idioty
Dostojewskiego, gasić lustro Buddenbrooków i
zachowywać dystans do niemal boskiego stylu Flauberta.
Przyjacielsko-rodzinne zaangażowanie Henryka w perypetie arystokraty
epileptyka wzmacniała domieszka namiętności, której nie rozumiał, i
podziwu, który go wytrącał z równowagi. Ten emocjonalny związek powodował
niejednokrotnie złudzenie, że książę siedzi w następnym wagonie metra i
czeka, by do niego podszedł. Mimo tłoku miejsce obok księcia było zawsze
wolne. Jednak Henryk nigdy nie zdecydował się podejść — z lęku, przez
szacunek czy z powodu braku pomysłu na dialog godny Dostojewskiego. Był
pewien, że Myszkin mógłby mu opowiedzieć wiele nieznanych innym
czytelnikom historii, na przykład o swoim zagadkowym dzieciństwie,
spodziewał się, że książę mógłby bez trudu zrozumieć jego błogą samotność
i rozsądnie oddalony od rozpaczy, sierocy spokój. Mogliby zbliżyć się do
siebie w prawdziwie braterski sposób i być sobie wierni. Rosyjski boży
pomyleniec i on, rosyjski zdrajca i polski wygnaniec.

Wydawało mu się, że widzi, jak stoją razem na leśnej
polanie. Na dłoni Lwa Nikołajewicza, osłoniętej grubą rękawicą, siedzi
sokół wędrowny, z kapturem na łebku. Mają obaj z Myszkinem nie więcej niż
po czternaście lat. Henryk zdejmuje drapieżnikowi skórzany kaptur, a Lowa
podrzuca sokoła do góry. Ptak najpierw zatacza kręgi, tuż nad nimi, nisko,
prawie dotykając głów. Słychać szum piór i świst rozcinanego kryształowego
powietrza. Potem nabiera wysokości i jak pocisk mknie na wschód.

Niemal zawsze, gdy po lekturze odkładał książkę,
zastanawiał się, dlaczego dotąd nie docenił wątku czy postaci, które tym
razem poruszyły go tak mocno. Wyrzucał sobie bezmyślną lekturę, byle jakie
skupienie i oszustwa wzmacniane dziurawym wykształceniem. W chwilach
lepszego humoru aranżował przypadkowe spotkania ulubionych bohaterów. Nie
przejmował się zbytnio, że żyli w różnych epokach, mówili różnymi językami
i stali po różnych stronach skomplikowanych ludzkich frontów. Ze
szczególną pasją badał i rozwijał przypadki postaci zepchniętych w odmęty
mętnego tła, stłamszonych przez autora w epizodach bez znaczenia lub zgoła
zatajonych przed czytelnikiem. Używał konspiracyjnego pseudonimu „wierny
czytelnik”, więc ciążył na nim moralny obowiązek wspomagania niepełnych
bohaterów, uzupełniania ich linii życia, doceniania zasług lub opowiadania
o bolesnych kształtach klęsk. Ci biedacy często istnieli zaledwie przez
wieczność pojedynczego zdania, wspomagali ludzkość w jednym akapicie, co
najwyżej w krótkim rozdziale, a przecież byli wypełnieni fascynującymi
doświadczeniami i tajemnicami. Zresztą pozostali mieszkańcy powieści nie
byli gorsi, nawet ci, którzy właściwie istnieli na własną rękę, bez
solidnego wsparcia fabuły.

W początkowej fazie projektowanie dodatkowych
epizodów, a nawet sporych fragmentów życiorysów, wyglądało atrakcyjnie,
wzbogacało rysunek postaci i przyśpieszało obroty młyńskiego koła intryg.
Jednak gdy Henryk kończył pracowite układanie sekretnych zdań, z
niezmiennym zaskoczeniem odkrywał, że jego szczodry akt twórczy sprowadzał
się do namiętnego poszukiwania rzewnego spokoju i łzawo-emerytalnego
zakończenia w staropanieńskim stylu.

W złe dni kłócił się zajadle z bohaterami budzącymi
jego niespokojne wątpliwości. Jak szlachetka-warchoł spierał się
uporczywie o miedzę i jeden snopek, jak czupurny hreczkosiej handryczył
się, namawiał do zmiany nieodwołalnych decyzji, usiłował manipulować nie
tylko czasem przyszłym, ale i przeszłym dokonanym. Zaklinał Miasojedowa,
żeby przeszedł na emeryturę, rzucił kochankę i wyjechał z żoną na
prowincję, najlepiej gdzieś na południe, na Krym lub do Odessy. Błagał, by
zaczął żyć dyskretnie, niezauważalnie, nie dając najmniejszych powodów do
zagoszczenia choćby w zdaniu wtrąconym mdłej powieści dla dziewcząt.
Namawiał, by nie zdradzał się ze swym istnieniem przed nikim. Za żadne
skarby nie godził się na ryzyko zagrania drugoplanowej roli nobliwego
profesora matematyki lub sklepowego subiekta w obyczajowej humoresce z
końca XIX wieku. Henryk obawiał się, że bez względu na fabułę, styl,
poziom korekty i jakość papieru jakiejś lichej książczyny ludożerczy
Trzeci Rzym wywlecze go z jej stron, by obmyć swą imperialną pychę w jego
krwi i poniżeniu. Gdyby Miasojedow zachował się ostrożniej, mógłby
spokojnie smakować życie jak oliwkę w zimnym martini, napawać się
nieśmiertelną łagodnością czarnomorskich fal, z melancholią opłakiwać
śmierć kwiatów, celebrować cud narodzin owoców i przechadzać się po raju
utkanym ze słów na tyle błahych, że nikt nie musi ich wypowiadać.

W takich sytuacjach Henryk, owszem, odczuwał obawę, że
staje się jałowym ambasadorem tchórzostwa, sojusznikiem małostkowego
przetrwania, sabotażystą i kułakiem literatury, ale przecież nie mógł
wyrwać sobie wnętrzności i nafaszerować się innym „ja”.

Kiedy doszło do zerwania stosunków z jednym z
bohaterów, postanowił interweniować u autora. Tak się składało, że wszyscy
pisarze, których regularnie czytywał, już nie żyli, niektórzy nawet od
dość dawna. Pisanie listów do Dostojewskiego, Czechowa, Iwaszkiewicza czy
Hrabala traktował jako projekt, który musi w przyszłości doprecyzować. Nie
chciał, rzecz jasna, uchodzić za wariata, więc nikomu nie wspomniał o
swoich interwencyjno-literackich spekulacjach. Tak czy inaczej, Henryk
Harsynowicz, dotąd unikający pisania, miał zgromadzony w pudełku po
półbutach niewielki stosik listów. Pozostawały niewysłane. Znał wprawdzie
adresy na przykład Flauberta, Bobkowskiego, Lwa Tołstoja czy
Iwaszkiewicza, ale nie orientował się, jakiej wartości znaczki powinien
nalepić na listy do Gwatemali, Rosji czy Francji.

Książki, z których bohaterami zerwał stosunki, czytał
oczywiście nadal, ignorując najzwyczajniej w świecie te postaci, które nie
poddawały się jego zabiegom modernizacyjnym.

Nieco inaczej było z Biblią. Posiadał wydanie
pallotynów z lat siedemdziesiątych XX wieku oprawne w granatowe płótno.
Tekst poznał późno, dopiero po przekroczeniu trzydziestki. Wcześniej miał
z Pismem Świętym jedynie pobieżny kontakt na pierwszym roku studiów. Nowy
sens lekturze nadał przełomowy dla niego rok 1980. Jednak mimo że od tego
czasu sięgał po Biblię dość często, nie potrafił nawiązać z jej bohaterami
tak intensywnych kontaktów jak z księciem Myszkinem, którego kochał,
podpułkownikiem Miasojedowem, któremu usiłował pomóc, czy Wokulskim,
który niezmiennie wyprowadzał go z równowagi. Przeszkoda nie tkwiła w
języku czy egzotycznych realiach. Uroczysta liturgia biblijnych fraz koiła
jego niecierpliwość, niszczyła czas i usuwała granice ludzkiej
przestrzeni. Jednak pozostawał trudny do nazwania dystans i w rezultacie
coś nieokreślonego powstrzymywało go przed wejściem do budynku, gdzie
apostołowie jedli ostatnią wieczerzę. Nie znajdował mocnego uzasadnienia,
by tam wtargnąć z jakąkolwiek korektą sytuacji czy propozycją zmiany
biografii któregoś z uczniów. W części przeżytej czy przyszłej. Wahał się
także w innych wypadkach. Na przykład nie mógł się zdecydować, by
towarzyszyć świętemu Piotrowi w sporze z tłumem, gdy Jezus, zdradzony
przez Iskariotę, został pojmany. Później, owszem, zastygał na chwilę
wciśnięty w tłum Żydów krzyczących: Chcemy Barabasza, ukrzyżuj go! I:
Krew jego na nas i na dzieci nasze! Jednak sam
milczał z niejasnych powodów. Milczał, bo był przyzwyczajony do
kanonicznego brzmienia tekstu, czy obawiał się kompromitacji? W grę
wchodził szacunek dla autorów obdarzonych tytułami świętych? Płytki,
bezrefleksyjny, obrzędowy katolicyzm, zupełny brak wiedzy teologicznej?
Może bał się bezmyślnie, jak stara dewotka, zakładając, że Boga, jego
działania i zaniechania należy akceptować, wielbić, ale w żadnym wypadku
nie należy ich rozważać, a tym bardziej zgłaszać wątpliwości czy
poprawiać.

Skoro nie miał odwagi, by się spotkać z Chrystusem w
trakcie jego działalności, w czasie trwania opowieści, pomyślał, że mógłby
spróbować napisać list z jądra swojego czasu. Po wahaniach doszedł jednak
do wniosku, że jeśli zdobyłby się na odwagę, by do kogoś napisać, to
raczej do któregoś ze świętych, na przykład świętego Pawła, jak on
nawróconego poganina. Łatwiej jest w końcu pisać do człowieka, który
dotknął dna i ust Boga, niż do samego Chrystusa, jednostronnie dobrego,
którego słabość także była nadludzka. Mógłby napisać Pawłowi coś w rodzaju
odpowiedzi, komentarza albo uzupełnień i przypisów do jego listów. Był w
końcu jednym z adresatów jego listów, jeśli nie jednym z Koryntian lub
Tesaloniczan, to z pewnością ich bliższym czy dalszym krewnym. Mógłby
doradzać świętemu, który trwającą dwa tysiące lat pielgrzymkę stada
ludzkiego znał w większości pośrednio lub obserwował z pewnego oddalenia.
A przecież nadal ją komentował. Apostoł mógł coś słyszeć o Lutrze, ale cóż
wie o teologii wyzwolenia, wyświęcaniu kobiet, pułapce bizantynizmu,
małżeństwach homoseksualnych, o stojącym w wielu kościołach złotym cielcu
próżności czy tchórzostwa małostkowego samozadowolenia?

Stosik listów rósł, ale nie było wśród nich nawet
kartki pocztowej zaadresowanej do świętego Pawła. Kiedy Henryk wracał do
lektury Pisma, świat Betlejem, Galilei i Samarii zamykał się w
monumentalnych, hieratycznych scenach i zastygał w bezruchu jak
nieziemskie, niedostępne piękno obrazów Botticellego.

Na przełomie wieków Henryk doszedł do wniosku, że
jeśli świat ma dalej istnieć, to warto właściwie zrozumieć jego
doświadczenia, skorygować używane w fundamentalnych dyskusjach argumenty,
a także przeanalizować plan dalszej wędrówki. Być może uda się podsunąć
nowe ślady, po których splątany świat mógłby kluczyć, poszukując sensu.
Ludzkość z pewnością zasługiwała na coś więcej niż stare wersje fabuł i
zamknięte, cokolwiek zużyte losy bohaterów. Większość znanych mu postaci,
po tylu latach szamotaniny, ciągle nie potrafiła się wyzwolić z
anachronicznych pomysłów starych pisarzy. Alternatywą była banalna nicość.

Zaczął jednak ostrożniej, od drobnych wprawek na
poziomie faktograficznym i stylistycznym. Zaplanował korekty mniej ważnych
pozycji ze swojego kanonu lektur. Lalkę z oderwanego
od realiów melodramatu przekształcał w powieść pełną drobiazgowego
realizmu. Uwzględnił atmosferę i prawidła prymitywnej rusyfikacji, bicia
dzieci i podrostków za używanie języka polskiego, opisywał przeszywający
mózg zgrzyt podków kozackich patroli o brudny bruk warszawskich ulic i
trotuarów, samobójcze poniżenie w stosunkach z przekupnymi zachłannymi
czynownikami, hołotą pośledniego sortu, zesłaną do Polski, by się szybko
spasła i obłowiła, duchotę rodzinnych narad, podczas których rozważano
wydanie obywatelskiej córki za moskwicina, żeby reszta familii mogła się
przy tym pożywić, a przynajmniej przetrwać. Musiał ze wstrętem wnikać w
źródła aprobaty dla zaprzaństwa i donosicielstwa, zwłaszcza tych, którym
nie przetrącono karku knutem, ale łaską pańskiego stołu. Docierał do
fundamentu duchowego upadku Królestwa — peryferii skośnookiego,
barbarzyńskiego imperium, gdzie jada się surową koninę i w ramach dyskusji
wyłupia przyjaciołom oczy. Kończył, słysząc dyskretny terkot dwukonnych
kibitek, głodnych wron lecących nocą na syberyjski, czarny żer.
Zastanawiał się, jak uniknąć zarzutu o prymitywne, publicystyczne ujęcie
tematu, gdy odrzucał kłamstwa carskiej cenzury, które bezczelnie chroniły
odrażającą propagandę robiącą z Polaków masochistycznych samobójców,
zarażających Europę gangreną marzycielstwa i syfilisem wolności.

Po poprawkach to miała być zupełnie inna książka, a
najwspanialsze w polszczyźnie wcielenie pisarskiego samookaleczenia i
samoograniczenia zbliżyłoby się do twardej rzeczywistości i przestało
odgrywać swoją kastracyjną rolę. Korekta Lalki była jednak
zadaniem trzeciorzędnym, wręcz technicznym, bez znaczenia dla losów
ludzkości. Przeszedł więc energicznym krokiem do właściwego zadania —
obmyślania zmian w Nowym Testamencie.

Na początek zastanawiał się nad wariantem, w którym
Chrystus mógłby uniknąć krzyża. Myślał boleśnie nad sensem i celem takiej
operacji. Nad skutkami zranienia lub, rzecz ujmując inaczej, uzdrowienia
Pisma. Jak mógłby się zachować ocalony Chrystus? Prosiłby Ojca o inny plan
historii świata i własnego posłannictwa? Błagał o inny scenariusz snu
ludzkości, ofiary i zbawienia, czy w zapomnieniu chylił się ku starości?
Wraz ze Słowem niedołężniał i obumierał, wyrabiając coraz bardziej koślawe
zydle i stoły? Henryk był oszołomiony, myśląc, że wszystko zależy od
niego, od autora, kawałka papieru, pióra i czarnego atramentu. Los Boga
również? A jeśli sam autor jest stwórcą? Jeśli to święty język daje i
zabiera absolutną wszechmoc? Albo jeśli to Bóg prowadzi rękę piszącego?
Zapisuje jedyną prawdę, która jest początkiem życia, szczegółowym planem
historii? Więc jeśli Jezus zostałby ocalony tu, na ziemi, co jeszcze
potoczyłoby się inaczej?

Doprawdy nie wiedział, skąd przywlokły się do niego te
pytania. Brakowało mu sił, by na nie odpowiedzieć, by je odpędzić, a nawet
zapamiętać. Słowo było blisko, ale on je opuścił. Nie potrafił powstrzymać
inwazji bezsennego chaosu. Dusił go dym myśli i jego czaszka zamieniała
się w zgliszcza. Wybrał milczenie. Zmusił do milczenia innych? Czuł, że
wszyscy: Chrystus, świat i on sam, tracą szansę. W każdym razie w tym
czasie, w tym obrocie życia. Razem, z osobna czy przeciw sobie. Chcąc nie
chcąc, pozostał przy swoim wypróbowanym losie. Inni, w tej sytuacji,
również nie mieli wyjścia.

W życiu Henryka Harsynowicza było jednak coś, co
wykraczało poza samowystarczalny obieg myśli, snów i spekulacji. Nasz
bohater, od ćwierćwiecza, wybierał się w powrotną podróż do rodzinnego
kraju. Ktoś słabo zorientowany, cudzoziemiec czy ktoś urodzony niedawno,
przez pomyłkę mógłby zapytać, dlaczego z Polski wyjechał, skoro od
dłuższego czasu usiłuje do niej wrócić. Może zresztą, chcąc sprawić
przyjemność Harsynowiczowi, wypadałoby powiedzieć, że nie tyle zamierza
wrócić, ile jest w trakcie powrotu. Dlaczego jednak jego powrót rozkładał
się na taki szmat czasu i dotąd nie znalazł szczęśliwego finału w Europie
Środkowej? Dlaczego nie wrócił do miejsca, gdzie tak trudno ugrzęznąć w
pokoleniowej rutynie i obrastać w tłuszcz dóbr ruchomych i nieruchomych, w
gnuśną nudę przebywania w tych samych co przodkowie miejscowościach,
zapładniania kobiet, całowania się w tych samych domach wypełnionych
zbieranymi przez pokolenia książkami, portretami i zdjęciami zjazdów
rodzinnych?

Rozterki dotyczące powrotu do ojczyzny przygniotły go
podwójnym ciężarem na przełomie lat osiemdziesiątych i
dziewięćdziesiątych, gdy Peerel dokonał żywota. Jako emigrant polityczny
nie mógł udawać, że te wydarzenia go nie dotyczą. Próbował w nowej
sytuacji, z niezłym skutkiem, nienawidzić starego, komunistycznego reżimu
jeszcze intensywniej. Jeszcze bardziej bezwzględnie i bezwarunkowo.
Sądził, że wszystkie możliwe argumenty zobowiązują go do ostatecznej
nienawiści, bez prawa do apelacji, ułaskawienia i choćby przyszłej
możliwości wybaczenia. Przy różnych okazjach słuchał opowieści osób, które
po załamaniu się komunizmu odwiedziły Polskę, prowadziły tam interesy lub
w inny sposób zaczerpnęły wiadomości z kraju. Słuchał i starał się
zrozumieć.

Jeden mówił, że cały naród, władza razem z opozycją
wywalczyły demokrację i serce mu rośnie, gdy widzi powstające na łóżkach
polowych zręby przyszłych potęg handlowych. Inny, że wyprowadzeni w pole
prostaczkowie usiłują sprzedać z gazet rozłożonych na chodnikach badziewie
i szajs, żeby zapłacić zaległe rachunki za prąd, ale zanim doniosą forsę
na pocztę, ona traci połowę wartości. Jeden, że pieniądz ma wreszcie
realną wartość, inny, że posiada go wyłącznie komunistyczna nomenklatura.
Jeden, że świat otwiera się przed Polską, więc Polska też musi otwierać
serce, rynek, system bankowy, podatkowy i energetyczny przed światowym
kapitałem. Inny, że trzeba popierać polski kapitał, ów, że kapitał nie zna
narodowości. Jeden, że peerelowski kosmonauta zszedł z kosmosu komitetu
centralnego i szuka grobów swojej rodziny wymordowanej na Kresach. Inny,
że cieszy się wprawdzie z upadku dyktatury proletariatu, ale jeszcze
bardziej z załamania nieformalnej dyktatury Kościoła, a jeszcze inny, że
trwają rządy ajatollahów z nadania sklerotycznego staruszka z Rzymu.
Jeden, że ksenofobia, antysemityzm i ciemnota biją w Polsce światowe
rekordy, inny, że otwarci Polacy nie boją się klechów i biskupów, są teraz
obywatelami świata, pracują w Londynie, odpoczywają w Egipcie, a inwestują
w Tokio. Henryk deliberował nad tym w roztargnieniu i bez jasnej
konkluzji.

Jego życie w Kanadzie przed 1989 rokiem i później aż
tak bardzo się od siebie nie różniło i może właśnie dlatego tak łatwo
myliła mu się Polska dawna i nowa. Ta komunistyczna, którą znał, i ta
demokratyczna i niepodległa, o której nie wiedział prawie nic, a jeśli
już, to z drugiej, a nawet trzeciej ręki.

Poza tym w mocy pozostawała teza jego autorstwa, że w
1983 roku absolutnie z Polski nie chciał wyjeżdżać i choć został
wypchnięty, wyrzucony jak trup za burtę, to jego serce nie przeskoczyło
biało-czerwonego szlabanu. Jednym słowem stosunki z Polską Henryka
Harsynowicza, a zwłaszcza sprawa powrotu do ojczyzny, były nielogicznie
skomplikowane i jawnie niejasne.

Ucieczka

Ucieczka

początek lat osiemdziesiątych XX wieku

N

a początku lat osiemdziesiątych wypadki potoczyły się
tak: na wiosnę 1982 roku, podczas widzenia w więzieniu, w Białołęce (łąki
w snach rzeczywiście były tam zaskakująco białe, pełne niedotykalnego,
miłosnego śniegu), jego żona Halina z córeczką Karoliną na ręku zadała mu
pytanie.

— Henryk, pomyśl, co nas czeka, jak wyjdziesz? Co
będziesz robił? Jak w ogóle będziemy żyć?

Wyglądała jak Troskliwa Madonna, ale w tym, co mówiła,
nie było ani krzty dobrej nowiny. W sali widzeń falował ukrop gwaru. Tak
gęsty, jak rozwodniony był czas oczekiwania na widzenie. Gwar podrywał
się, kipiał, ale spadał poobijany na paździerzowe stoły i popielatą
podłogę z PCV. Niezmiennie po wewnętrznej stronie krat. Klawisz dyżurujący
w rogu sali szklanym wzrokiem obserwował rodzinną, smutno-piknikową
celebrację kolejnej historycznej klęski. Skromne toasty wznoszono domowym
winem porzeczkowym, przemyconym pod postacią kompotu truskawkowego. Z oczu
apolitycznego strażnika nie można było odczytać żadnych emocji,
najmniejszych śladów potępienia lub aprobaty. W jego tęczówkach majaczyło
jedynie słabe odbicie tabeli II ligi piłki nożnej i wzniesionego z
pustaków jednorodzinnego domu, który ze względu na geopolityczne
okoliczności pozostawał w stanie surowym zamkniętym.

Jarzeniowe światło rozrzedzało powietrze o smaku
mokrego popiołu i dodawało scenom odwiedzin nieco szpitalnej, ostatecznej
atmosfery. Rodziny beznadziejnie wpatrywały się w uwięzionych, szukając w
ich oczach i rwanych opowieściach zastrzyku znieczulającej morfiny. Za jej
pomocą chciały uciec choćby na godzinę od gorzkiego ciężaru upokarzającego
absurdu, do którego musiały wrócić z przewidywalnej, zasobnej w sens, oazy
więzienia. Odwiedzający kłamali heroicznie, żeby wesprzeć więźniów, i sami
pochylali pokornie głowy, łapczywie czekając na zasłużone pocieszenie.
Obie strony, obolałymi opuszkami palców, wymacywały na sobie blizny
heroicznych kłamstw i pakowały je troskliwie do plastikowych reklamówek
razem ze śmieciami i grypsami. Nikogo nie urządzały małe kłamstewka.
Więzienie było fabryką snów potężnych, szerokoekranowych, ogarniających
spory kawał globu. Ciemnooki Namiestnik, zrośnięty z Gławnym Szpionom
Czesławem K. jak Marks z Engelsem, rewolucja październikowa z listopadem
lub demokracja z socjalizmem, odpływał do odległego, realnego świata.
Internowani, rodziny i koniec końców autystyczni klawisze splatali się w
sennym, pełnym zapomnienia tańcu, upodabniając się bezbłędnie do Błędnego koła Jacka Malczewskiego. Nawet jeśli nie wszyscy uczestnicy
orientowali się szczegółowo w nurcie symbolizmu malarstwa Młodej Polski.

Czasem zapłakało dziecko, któremu piłeczka do
ping-ponga wpadła za kratę przełączki. Musiało rozpaczliwie długo czekać,
aż zasapany strażnik, z pedofilsko-anielskim uśmiechem na spuchniętych
wargach, zwróci jej chińską wolność. Przebudzeni, oderwani od siebie
bohaterowie Malczewskiego paplali o błahych sprawach, a nabytą na czarnym
rynku kiełbasę, wyprodukowany przez teściową smalec ze skwarkami,
szarlotkę, sernik, papierosy, kawę, zrobione w Hucie Warszawa grzałki,
siłę wytrwania, alkohol i miód wymieniali na znaczki i koperty poczty
internowanych, listy nazwisk nowych pensjonariuszy i instrukcje lub
informacje, o których z góry było wiadomo, że są spóźnione, niezrozumiałe
lub bezużyteczne. Żony przekazywały niewielkie sumy, żeby mężczyźni mogli
na wypiskę kupić herbatę Madras, wąsami z drutu podpiąć do prądu żyletki,
ugotować czaju i przed snem oglądać wiszący tuż nad głowami nieuchwytny
łuk bliskiego nieba i poczuć w sobie rozpalony lód gadatliwych gwiazd.

Internowani potrzebni byli Ciemnookiemu Namiestnikowi
(znanemu także pod pseudonimami Generał, Wolski lub Hodowca Wron)
usiłującemu wyżebrać od Leonida Iljicza Breżniewa jeden z jego czterech
tytułów Bohatera Związku Sowieckiego. Potrzebni byli Reaganowi walczącemu
z diabłem i Lechowi Wałęsie negocjującemu w Arłamowie z oficerami SB przy
dość lichym koniaczku. Byli także niezbędni szumowinom awansującym w
powiatach o dwa szczeble za jednym zamachem, szumowinom wojewódzkim
przeskakującym ekspresowo po trzy szczeble w aparacie wojewódzkim i
szumowinom centralnym robiącym oszałamiające kariery w stolicy, która
tamtej zimy ogrzewana była systemem koksowników zorganizowanym
perfekcyjnie przez genialne szumowiny, które Moskwa awansowała wysoko i
błyskawicznie, aczkolwiek nie do samej Moskwy. Wreszcie, na koniec,
potrzebni byli domniemanym kochankom niektórych z ich własnych żon. Ale
potrzebni byli wyłącznie w więziennym zaciszu.

Henryk znajdował się już na wolności, kiedy wspomniany
Leonid Iljicz Breżniew, czuły ojciec wszechsłowiańskiej rodziny, porzucił
z żalem swoją doktrynę i przeprowadził się do skromnego mauzoleum.
Niestety zabrał ze sobą wszystkie tytuły Bohatera ZSRR. Warszawski
Ciemnooki Namiestnik był tym antyproletariackim egoizmem niezmiernie
zdołowany, więc wieczorami cichutko popłakiwał w poduszkę. Owszem, miał
dwa całkiem fajne Ordery Lenina, które przyznawano za wzmacnianie
obronności ZSRR. Jeden otrzymał za wizytę przyjaźni w Czechosłowacji w
sierpniu 1968 roku, drugi za uratowanie pokoju w Polsce i na świecie 13
grudnia roku pamiętnego. Jednak Ciemnooki (znany gdzieniegdzie pod ksywką
Premier, Politruk, Ślepowron, Rusek lub Minister Obrony) nie mógł znieść
świadomości, że tytuł Bohatera ZSRR miał aktualnie w Polsce Ludowej tylko
ten żałosny pajac Hermaszewski, objeżdżający z pogadankami za marne
honoraria szkoły podstawowe, nawet w największych zadupiach. Zrozpaczony
Ciemnooki mazał się w przerwach obrad Sztabu pewnej Agencji Towarzyskiej.
Od jego łez rozmakały sztabowe mapy i w rezultacie coraz gorzej widoczny
był teatr działań przyszłej, zwycięskiej dla socjalizmu trzeciej wojny
światowej. Wojna ta dzięki osobistym staraniom Ciemnookiego miała się
odbyć na terenie Polski. On sam panicznie bał się, że szans na najwyższe
wyróżnienie pozbawi go trucicielski zamach dokonany przez wroga klasowego.
W rezultacie pełny pluton wojska musiał testować jego poranną owsiankę,
zanim roztrzęsiony strateg odważył się wyskrobać z garnka bezpieczne
resztki. Żołnierski honor nie pozwalał jednak Ciemnookiemu zrezygnować z
walki o zaszczytny tytuł. Prawdopodobnie w tym celu do Andropowa,
troskliwego ojca wszystkich proletariuszy, wysyłał regularnie, jako swoje,
ręcznie przepisane wiersze polskich poetek i poetów. Korzystał, rzecz
jasna, z obfitego zasobu wierszy nieco starszych, bardziej postępowych,
wyzwolonych z martwej, reakcyjno-katolickiej tradycji, pisanych na ogół
przez wspaniałą plejadę naszych wieszczów stylem Majakowskiego. Jednak i
ten przebiegły ruch nie przyniósł upragnionego rezultatu. Poczciwe
biedaczysko, Jurij Władimirowicz, sam nie miał tytułu Bohatera ZSRR, a
ponadto, czego Gławnyj Szpion Czesław K. nie uwzględnił w swoim
niechlujnym raporcie, sowiecki gensek miał całkiem odmienny gust
estetyczny. Od dawna wszyscy miłośnicy literatury wiedzieli, z wyjątkiem
nierozgarniętych oficerów wywiadu PRL, że awansowany na szczyt szczytów
szef KGB jest poetą dyskretnym, stonowanym, hołdującym stylowi
klasycznemu. W samotne podmoskownyje wieczera pisał na Kremlu równą
cyrylicą nieskazitelnie powściągliwe sonety, głównie na tematy
przyrodnicze i moralne. W takiej sytuacji nie można się było dziwić, że
spontanicznie gardził poetami, by tak rzec, nowoczesnymi typu Ciemnookiego
(znanego również pod pseudonimami Generał, Order Lenina lub, w niektórych
bardziej świadomych zagrożeń elitarnych środowiskach, Tolerancja Stalina).

Z niezrozumiałych powodów widzenie w zakładzie karnym
trwało w nieskończoność. Nad białołęcką łąką, jak wieniec weselny, wisiał
domowy zapach zup wydobywający się smakowitymi falami z otwartych słoików.
Sufit i jarzeniowe lampy oblepiały obficie obżarte, tłuste muchy: mucha
domowa (Musca domestica), zgniłówka pokojowa (Fannia canicularis) i bolimuszka kleparka (Stomoxys calcitrans). Rosnący budżet Ministerstwa Spraw Wewnętrznych miał
niewątpliwie dobroczynny wpływ na dobrobyt i życie wewnętrzne tych
ciekawych owadów. Dzięki otwartym i liberalnym poglądom kierownictwa
(unikano wtedy określenia „lewicowe”) muchy korzystały w więzieniach z
niemal nieograniczonej wolności i prawie oficjalnie podjadały kapuśniak,
pomidorową, grzybową z łazankami, flaki, żurek z jajkiem, barszcz
ukraiński z fasolką jaś i, dzięki wsparciu Solidarności Wiejskiej,
drobiowy lub wołowy rosół z domowym makaronem.

Halina przywiozła czysty czerwony barszcz ugotowany na
wywarze z grzybów. Znając gust męża, starała się dodać swoim pytaniom
odrobinę umiarkowanego dramatyzmu. Henryk tymczasem wprowadzał się w stan
radosno-płaczliwego wzruszenia, bawiąc się z córeczką w warzyła sroczka kaszkę, warzyła, ogonek sobie sparzyła. Głos miał jeszcze
ochrypły. Zdarł go podczas obchodów kolejnej miesięcznicy wprowadzenia
stanu wojennego. Siedzący obok Adam Gil wyręczył Henryka i opowiedział
ostatnie wydarzenia.

— Mówie wam, o północy więzień aż się, kurde, trząsł
od śpiewu. Ja przepraszam. Prawie dwustu chłopa. Zaczeli my od Pieśni konfederatów barskich.

Nigdy z królami nie będziem
w aliansach,

Nigdy przed mocą nie
ugniemy szyi,

Bo u Chrystusa my na
ordynansach,

Słudzy Maryi!

Więc choć się spęka świat i
zadrży słońce,

Chociaż się chmury i morza
nasrożą;

Choćby na smokach wojska
latające,

Nas nie zatrwożą.

Więc nie wpadniemy w żadną
wilczą jamę,

Nie uklękniemy przed
mocarzy władzą,

Wiedząc, że nawet grobowce
nas same

Bogu oddadzą.

Ze skowronkami wstaliśmy do
pracy

I spać pójdziemy o
wieczornej zorzy,

Ale w grobowcach my jeszcze
żołdacy

I hufiec Boży.

Bo kto zaufał Chrystusowi
Panu

I szedł na święte kraju
werbowanie;

Ten de profundis z ciemnego
kurhanu

Na trąbę wstanie.

Bóg jest ucieczką i obroną
naszą!

Póki On z nami, całe piekła
pękną!

Ani ogniste smoki nas
ustraszą,

Ani ulękną.

Nie złamie nas głód i żaden
frasunek,

Ani zhołdują żadne świata
hołdy:

Bo na Chrystusa my poszli
werbunek:

Na Jego żołdy.

Potem Pierwsza Brygada, Mury Kaczmarskiego i Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród. Najpotężniej my ryczeli aż się rozpadnie w proch i pył sowiecka zawierucha. W Erefenie mogliby się ucieszyć, że
my zmienili
niemiecka na sowiecka, ale coś
czuję, że w Enerde raczej by się, kurde, zmartwili. No ale nie słyszeli,
ich strata. Zaraz na początku klawisze zrobili alarm. Przez głośniki gnoje
straszyli, że jak nie będzie ciszy i spokoju, to odbiorą nam
korespondencję, wypiski, spacery, wyjścia do świetlicy, widzenia,
przeniesą do innych cel, wsadzą do karceru i wywiezą do innych więzień. Na
koniec do puli dołożyli prokuraturę, że niby oskarżać nas będą w sądzie.
Nie mogli wymyślić na poczekaniu czegoś lepszego niż wyrok trzech lat
odsiadki za to, że my niby zrobili bunt w Ośrodku Odosobnienia. Ale
zapomnieli, francowate pachołki, że my już są w więzieniu, bez wyroku i
bez terminu, to jak my się mieli bać, że nas wsadzą? No i w dodatku to nie
był bunt, tylko akademia. A jeszcze Witek z Bodkiem, co wykombinowali te
obchody, napisali w grypsie, że jeśli ludzie, co są w jednym miejscu, nie
umią zaśpiewać razem paru piosenek, to się oznacza, że ich naród
wykitował. To my wskrzesili naród i nikt nie pękał. Nawet jak klawisze
sprowadzili do więzienia atandę do tłumienia buntów. Pałkarze szli
korytarzem, tupali buciorami i walili w drzwi cel długimi pałami. Pyski
mieli zamknięte. Bo nie mieli, złamasy kutane, nic do powiedzenia, no i
nie znali słów naszych piosenek. Co, mieli śpiewać Międzynarodówkę? Wyklęty powstań, ludu ziemi, powstańcie, których dręczy głód? Albo Przed ciosem niechaj tyran drży? Trochę słabo
im to pasowało. Najwyżej mogło się im spodobać: I z własnej woli sam się zbaw! Że niby Boga nie ma. Ale dalej? Znowu by leciało od dupy
strony. No to tylko tłukli się, tupali, ale my ich zagłuszali. Krzyczeli
my „gestapo, gestapo”, walili michami, że uszy pękały. I potem koniec już
był, bo słów tych piosenek za mało się zna, co nie, Heniek?

Henryk zgodził się, a przestraszona Halina położyła
mężowi dłoń na głowie, przeczesała palcami włosy i przyciągnęła jego twarz
do swojej. Bliżej niż na odległość krótkiego oddechu.

— Niedługo wyjdziesz, wszyscy wyjdziecie. I co
wtedy? My razem damy sobie radę, ale dlaczego naszą biedną małą mamy
skazywać na psi los?

Mówiła szeptem. Zwilżyła wargi, powoli przeciągając po
nich językiem. Patrzyła mu w oczy.

— O co ci…? Nawet o tym nie myśl, kobieto!

Henryk cofnął się i odsunął słoik z resztką barszczu,
mimo że był niewiarygodnie, wolnościowo pyszny, a Halina usiłowała
przytrzymać jego głowę i pocałować go w usta.

Widzenie dobiegało końca. Gwar puchł. Zaduch tężał.
Spasione do mdłości muchy zasypiały na posterunkach. Zachodzące słońce
niebezpiecznie zapalało czerwony kurz na kratach i brudnych szybach.
Zdania były coraz krótsze, gubiły orzeczenia i podmioty, a w ich miejsce
wciskały się przekleństwa. Obie strony pragnęły, żeby kurtyna już opadła.
Po szarej olejnej lamperii ściekała skroplona wilgoć. Krople zatrzymywały
się, zbierały siły i po chwili brnęły dalej aż do popielatej spągi z
linoleum. Słońce zmieniało kolor na ciemniejszy, podobny do niedopitego
barszczu. Napełniało się słodszym, bardziej gęstym smakiem ognia, seksu i
snu. Puste korytarze więzienia lśniły w ciszy. Czekały wiernie na swoją
intymną, nocną kolej.

— Chcesz, żebym siedział w pierdlu z opinią tchórza?
Daj spokój, żonko. Wystarczy, że bezpieka uprzykrza mi życie.

Halina odsunęła się. Nastrój, który usiłowała
zbudować, nie przekroczył jej skóry. Ona liczyła na amnestię dla swoich
nielegalnych marzeń, zagłuszanych intensywnie przez lęk jak Wolna Europa
przez liberałów z Biura Politycznego. Twardogłowy mąż krótkowzrocznie
odmówił dialogu społecznego i tym samym nierozsądnie zepchnął ją do
radykalnego podziemia.

Dobrze wiedziała, o czym mówi jej mąż. Teść, Józef
Harsynowicz, opowiedział jej, jak zakończyła się próba wyciągnięcia syna
z internowania i sprowadzenia do domu, nie, broń Boże, wypchnięcia na
emigrację. W trakcie rozmowy Henryka z wysokim oficerem, który specjalnie
przyjechał do Białołęki, doszło do awantury. Internowany, upokorzony
wstawiennictwem ojca i treścią propozycji, skoczył na niego z pięściami, a
odepchnięty przez zaskoczonego, dystyngowanego mężczyznę, usiłował rzucić
weń krzesłem. Krzesło na szczęście było mocno przyśrubowane do podłogi.
Krzyczał przy tym rzeczy, które, jak zaznaczył ów oficer, mogły wystarczyć
do posadzenia Henryka na co najmniej trzy lata. Z zawieszeniem lub bez.
To by zależało od potrzeb scenariusza operacyjnego.

— Co za głupek z twojego męża. Nie będę ci opowiadał,
Halinko, ile mnie kosztowało, nie licząc butelki najdroższego koniaku,
żeby pułkownika udobruchać.

W tym, co powiedział teść, więcej było próżnej chęci
imponowania synowej niż utyskiwania na kłopotliwego syna. Henryk w ogóle
go nie zaskoczył amatorską organizacją więziennej awantury. Halina z
satysfakcją zauważyła starania teścia, ale Józef Harsynowicz nie posunął
się dalej. Nie próbował flirtować ze słomianą wdową. Halina była trochę
rozczarowana, bo teść zawsze robił na niej dwuznaczne wrażenie. Po paru
miesiącach samotności nawet odrobina męsko-damskiej atmosfery poprawiłaby
jej nastrój. Pożegnała się szybko, muskając ustami policzek teścia.

Ponownie próbowała rozmawiać z mężem na temat
emigracji jesienią 1982 roku, wkrótce po zwolnieniu Henryka z Białołęki.
Henryk okopał się w domu. Milczał, dzierżąc w ręku atrapę granatu, która
służyła mu za przycisk do papieru. Jako etatowy pracownik Solidarności,
obecnie nielegalnego związku zawodowego, dostawał legalnym przekazem
pocztowym legalną pensję, w ramach nielegalnych działań władz. Za pensję
uwolniony Henryk kupował u Haliny krótkoterminową, półlegalną wolność i
korzystał z niej, zamykając się w swoim pokoju, łudząco podobnym do
więzienia, rozdrażniony, bez powodu skłonny do gwałtownej agresji i
całkowitej utraty wolności. W sklepach zresztą i tak nic nie można było
kupić, a Henryk nienawidził kolejek, kartek na mięso, buty i cukier i
ekspedientek, które świetnie prosperowały w byle jak skleconym
nieszczelnym piekle, w którym tylko upokorzenie drugiej świeżości
oferowane było poza systemem kartkowym. Żył zamknięty w karcerze, w którym
nie było ani zegara, ani jutra. Kręcił się wokół własnej osi, coraz
szybciej i szybciej. Zawroty głowy powodowały, że nie był w stanie znaleźć
właściwego miejsca, w którym mógłby się zatrzymać i zastanowić, co ma
dalej począć. Likwidator zdelegalizowanego, a zdaniem najwyższych
władz partyjnych i państwowych całkowicie nieistniejącego, NSZZ
„Solidarność” zwolnił go z pracy w wyżej wymienionym związku z powodu
niestawiania się w pracy. Władze nie były w stanie wskazać mu miejsca
wykonywania pracy, ponieważ je wcześniej zlikwidowały, więc Henryk
faktycznie nie pojawiał się w miejscu pracy, które zdaniem władz
generalnie nie istniało z mocy prawa stanu wojennego, które to prawo było
niekonstytucyjne, a więc nie istniało. Mimo to istniejąca nielegalnie
podziemna Solidarność nie zamierzała Henryka zwalniać. Nie mogła jednak
wprowadzić swojego braku chęci w życie, bo była poszukiwana przez organy i
gdyby się ujawniła, by legalnie przedłużyć z Henrykiem umowę o pracę,
zostałaby natychmiast aresztowana, sprawiedliwie osądzona i osadzona w
Białołęce z wysokim wyrokiem na karku lub wywieziona za granicę bez prawa
powrotu. Sprawa była przegrana. Z piedestału internowanego Henryk spadł w
szambo zabiegania o przetrwanie.

Z racji nudów i nieudolnie ukrywanego pragnienia
prześlizgnięcia się do podręczników historii dla klas czwartych szkół
średnich ogólnokształcących i techników, próbował nawiązać kontakt ze
znajomymi z Regionu Mazowsze. Jedni, szczęśliwcy, jeszcze siedzieli w
obozach i więzieniach, drudzy udawali, że nie istnieją, więc tak czy
inaczej nie mógł nikogo odnaleźć. Byli i tacy, których wyłuskał z tłumu,
ale ci na ogół wymawiali się od spotkania pod byle pretekstem. Wyglądało
to tak, jakby Henryk brzydko pachniał. Lęk o prawdziwą przyczynę
zachowania działaczy męczył go bardziej niż nieróbstwo i sflaczały czas.
Zmarnowane godziny gniły mu w żyłach.

Halina wyczuwała, że coś złego dzieje się w
pęczniejącej głowie Henryka. Była zmęczona. Nie miała siły kusić, uwodzić,
grać, by zdobyć poparcie męża. Zaczęła się więc nieustannie skarżyć,
naciskać, żalić, nudzić, nękać, jojczyć, psioczyć, kwękać, utyskiwać,
popłakiwać, labidzić, gderać, sarkać, pojękiwać, szemrać, wyrzekać,
stękać, biadolić, chlipać i zawodzić. Nieustająco mówiła o wyjeździe.
Nigdy nie użyła słowa „emigracja”. Gdy wracała do domu, zmiażdżona
nieuchwytnym, drwiącym oporem miasta, rozdrażniona własną bezbronną
bezsiłą, siadała tak, żeby ją widział, i cicho płakała. Henryk trwał w
biernym oporze za pomocą wpiętego w sweter opornika. Najpierw trwał
heroicznie, straceńczo i z patosem, mając za plecami Okopy Świętej Trójcy
i telewizor.

— Tu w sklepach jest tylko ocet i zielony groszek
marki Pudliszki. A tam, w pełnym sklepie, kim będziesz, Halinko? Bo kim
ja będę, dobrze wiem. Nikim. Pogardzanym lub, w najlepszym wypadku, od
niechcenia wyśmiewanym nikim. Rozpuszczonym w ciepłej wódce bohaterem
chwilowej litości. Obsikiwanym przez psy pomnikiem szlachetnego
współczucia, udzielanego mi przez posiwiałych lewaków i niezbyt zamożne
stare panny, których nikt nigdy nie chciał przelecieć. Ja też nie chcę.
Mogę tam być tylko odpadkiem nienadającym się do recyclingu. Gnijącą
gwiazdą wysypisk.

Potem działał jak w czeskim ruchu oporu. Chrząkał
ironicznie, uśmiechał się prześmiewczo, nieoficjalnie, z ukrycia.

Jednak brakowało mu twardego punktu zaczepienia,
tajemnicy, spisku, sprzysiężenia lub wzoru bomby wodorowej, który mógłby
mu pomóc w społecznym wywyższeniu, a przede wszystkim w utrzymaniu
strategicznej przewagi nad Haliną. Wieczorami kusząca wydawała się
perspektywa męczeństwa. Nocą oplątywały go zapalniki marzeń o partyzantce
miejskiej. W głębi zapętlonej jaźni oczekiwał jednak, by sprawy ułożyły
się same, bez negocjacji, udziału we władzy czy opozycji, zgniłego czy
bezkompromisowego kompromisu. Marzył, żeby wyjazd okazał się niemożliwy.
Sama, nawet z ducha konstruktywna i uwzględniająca realia geopolityczne,
dyskusja na temat emigracji powinna być niemożliwa. Chciał być dla Haliny
niedostępnym Bogiem, do którego przychodziłaby się modlić, błagać i
składać hojne dary, by zapomniał, że kiedyś wspominała, przez pomyłkę, o
wyjeździe z Polski. Na koniec musiałaby zrobić absolutnie elegancki
striptiz.

Na codzienny, praktyczny opór nie znajdował jednak
wystarczającej siły. Zaczął ćwiczyć pompki i jednocześnie poszukiwał
zajęcia, którego by się nie wstydził, albo, jak lubił deklarować,
jakiejkolwiek przyzwoitej pracy. Nic nie znalazł i ten fakt na krótko
poprawił mu samopoczucie. Prześladują mnie, pieprzone komuchy, myślał.
Pracy jednak nie szukał. W paru przypadkowych rozmowach zagadnął
znajomych, czy nie słyszeli o czymś ciekawym, jakimś wolnym miejscu. Jak
pytał, tak mu odpowiadano.

W rezultacie rodzinę utrzymywał jego ojciec, a on
chudł, bo demonstracyjnie na obiad jadał tylko zupy, chyba że było tylko
jedno danie. Henryk na własne potrzeby nie wydawał pieniędzy, więc nie
odczuwał ich braku. Nie palił, nie pił, kupował miesięczny bilet na
komunikację miejską, wychodził z domu i jeździł tramwajami. Skonany
jestem, jęczał wieczorem. Czynsz, prąd, gaz, żywność i tak dalej, na
wszystko znajdowały się pieniądze. Nie pytał, ile Halina dostaje od
starego. Ubranka i odżywki dla Karoliny Halina przynosiła z Prymasowskiego
Komitetu Pomocy. Henryk nie zaszedł tam ani razu. Zdechnę, a nie pójdę,
obiecywał sobie.

Halina tymczasem osaczała go, wzmacniała nacisk.

— Skoro tutaj jesteśmy żebrakami, to wyjedźmy. Czy
gdzieś może być gorzej?

Henryk oficjalnie nie skapitulował, ale wypuścił z
dłoni miecz i pastorał. Brzydził się myślą, że żona, jeśli tak zdecyduje,
wywiezie go za granicę, ale przyzwyczajał się do niej, w głęboko
strzeżonej przed samym sobą tajemnicy. Ćwiczył się w pogardzie dla siebie
wywożonego za granicę jak tobół z brudnymi gaciami. Wprawdzie będzie
pogrążony w smutku, cierpiący ponad miarę, ale, na Boga, porzuci odzyskaną
ojczyznę. To fakt, był ofiarą cynicznej geopolityki, nadgorliwych
zdrajców, sowieckiej imperialnej buty, nihilistów ze Służby
Bezpieczeństwa, ojca, barbarzyństwa, ludzkiej małości.

Halina sprawdziła stan jego duchowego konta którymś ze
swoich kobiecych zmysłów, dotąd niezbadanych przez medycynę. Dała mu
papiery do podpisania, spakowała walizkę i wsadziła do taksówki jadącej na
Okęcie.

Rzecz miała miejsce kilka dni po nawiązaniu przez
Henryka kontaktów z podziemiem. Nagle stał się częścią małej, radykalnej
inicjatywy. Struna się napięła i zadźwięczała czysto. Pojawiły się
pieniądze, częściowo z działalności wydawniczej, częściowo z pomocy
płynącej od amerykańskich związków zawodowych AFL-CIO i trockistów
francuskich. Wczepił się w rewolucję z dziecięcym entuzjazmem, zachłysnął
się konspiracją i ostrą, bezkompromisową atmosferą grupki dużo młodszych
od niego wariatów, których główną cechą było patologiczne zaburzenie oceny
ryzyka. A jednak metaliczna, obezwładniająca cisza połknęła gładko jego
serce i sprawy poszły trybem ustalonym przez Halinę.

Henryk patrzył przez okno samolotu na odpływające
poszatkowane ulicami kwartały osiedli i pasy szarych drzew mętniejące za
rzadkimi obłokami. Wisła stała na mrozie nieporuszona, miejscami
zamarznięta, biało-niebieska. Gdzieniegdzie żywa, bura woda, o odcieniu
zaatakowanego przez rdzę żelaza, przeciskała się przez rozdętą aortę
Mazowsza. Henryk wpijał się wzrokiem w krajobraz tracący szybko kolory i
szczegóły. Chciał je rozdrapać? Do krwi? Pożegnać — przepełniony
uniesieniem przeprosin i domniemanego przebaczenia?

Wpatrywał się w krzątaninę niewidocznych ludzi.
Wydawało mu się, że został wśród nich, że razem śpią, jedzą, piją kawę,
kochają się, szukają okularów, kłócą. Chciał się ukryć między ich zwykłymi
sprawami. Wytężał wzrok, aż rozbolały go oczy. Zamknął je dopiero, gdy
rzekę i miasto przykryła zimna piana białych chmur.

Emigracja

Emigracja

lata osiemdziesiąte XX wieku i później

W

Kanadzie nie zmienił swojej strategii wobec Haliny i
wobec siebie. Halina, szczęśliwa, ale przygnieciona decyzją, którą sama
musiała dźwigać, marzyła o wytchnieniu i pragnęła za wszelką cenę ten obcy
kraj zwalić na głowę męża, upchnąć mu go w kieszeniach lub za pazuchą. On
jednak stał sztywno z opuszczonymi rękami, dziurawymi kieszeniami i nadal
oczekiwał współczucia. Domagał się go w ilościach eksportowych, większych
niż w warunkach krajowych. Nie zamierzał zrezygnować z roli zepchniętej w
przepaść ofiary, którą zmusza do życia fanatyczna organizacja jego żony i
córki. Od pierwszego dnia pobytu w Kanadzie pragnął być wyłącznie
prześladowanym uchodźcą, któremu nie udało się uciec zbyt daleko, który
cierpi i zginie lada dzień w niewyjaśnionych okolicznościach. Opuszczony i
torturowany jak Rambo w Wietnamie. Ale mimo wszystko wolny, do końca, aż
po sprawiedliwy sąd i wieczną nagrodę czekającą w zaświatach na
sprawiedliwych.

Wtedy musiał na to wpaść. Znalazł wyjście. Uciekł w
stan nieustającego powrotu. Czy powrót, który stał się stałym stanem jego
ducha, miał imitować spokój przebywania we właściwym miejscu na ziemi, w
domowych pieleszach, lub wprawiać w podniecenie obecnością na
patriotycznym froncie? Nie można przecież wykluczyć, że po jakimś czasie
zakłócała jego czysty stan i pchała do rozmyślań o powrocie tląca się
podskórnie, obrzydliwie pospolita nostalgia. Czy tylko z jej powodu żył w
Kanadzie z dnia na dzień, jakby przyjechał na parodniową wycieczkę, żeby
wymienić krem Nivea na dżinsy, bursztyny na wideo, a kryształy na dolary?

Na podstawie obserwacji jego nieskomplikowanego życia
nie sposób precyzyjnie odpowiedzieć, co pchało go tak natrętnie, a przy
tym w taki rozlazły, mdły sposób do powrotu. Chociaż uczciwiej będzie
powiedzieć: do żałosnych, oszukańczych, skleconych byle jak planów
powrotu. Do jawnie kłamliwych przyrzeczeń, że jutro od rana zacznie
konsekwentnie realizować żelazny plan wyjazdu.

Zresztą może wydać się komuś zabawny, choć
równocześnie żenujący, fakt, że Henryk myślał o powrocie do Polski od
absurdalnej, nierzeczywistej chwili, gdy w Warszawie, na początku 1983
roku, wsiadał do samolotu z żoną i córką, mając w kieszeni paszport w
jedną stronę. Nie myślał wtedy: wrócę natychmiast, gdy sczeźnie komunizm.
Po prostu wyobrażał sobie, że już wraca, że to podróż w odwrotnym
kierunku. Unieważniał z góry wszystko, co się miało wydarzyć w jego życiu
i w życiu innych ludzi przez nie wiedzieć jaki czas. Przez tę niebyłą
część życia, której nie chciał przeżyć.

Chociaż trzeba przyznać, że to groteskowe oszustwo
zaczęło swój żywot jeszcze wcześniej. Pierwsze myśli o powrocie do Polski
przyszły Henrykowi do głowy już wtedy, gdy dziobaty i przedwcześnie
wyłysiały funkcjonariusz peerelowskiej Służby Bezpieczeństwa wręczył mu
dokumenty i w imieniu najwyższych władz partyjnych i państwowych Polskiej
Rzeczypospolitej Ludowej, nieszczędzących wysiłków, by zabezpieczyć
leninowską rację stanu i rekordową produkcję kwasu siarkowego, wyrecytował
uroczystą formułę: a teraz wypierdalać!

Komunikat wypowiedziany był wprawdzie tonem
egzystencjalnie obojętnym, lecz jednocześnie solidnie, z technicznym
chłodem, bez niejasnych ozdobników w brzmieniu i dwuznacznych kontekstów w
treści. Bez ujawniania zbędnych emocji, typowych dla pobożnych maturzystek
z mniejszych ośrodków pozbawionych przemysłu ciężkiego. Bez ornamentu
sentymentalnych półnutek i zajeżdżającego szowinistycznym smrodkiem
patriotycznego patosu. Za to z racjonalnym profesjonalizmem państwowca,
wyrozumiałą cierpliwością urzędnika wierzącego w niewzruszony fundament
prawa i misję państwowych instytucji. Z sumiennością obywatela,
przedkładającego lojalność wobec światowej rodziny socjalistycznych państw
nad lekkomyślny egoizm i pozbawiony perspektyw nacjonalistyczny
partykularyzm. Henryk niespodziewanie, w tym właśnie kulminacyjnym,
newralgicznym momencie stosunków władza-obywatel, poczuł wstyd. Chyba bez
związku z urzędowym wystąpieniem oficera Wydziału I Departamentu IX
Ministerstwa Spraw Wewnętrznych PRL. Poczuł czczy, słony wstyd przed samym
sobą i łomot nieskończonej samotności w suchym sercu.

Wydawało mu się zresztą, że jakieś pulsujące,
bezbronne serce leży na biurku między nim a funkcjonariuszem, tak
zmęczonym obroną polskiej drogi do socjalizmu, jakby to była niepodległość
NRD. W leżącym na biurku organie rozpoznawał swoje serce wyrwane mu przez
żonę, polski los i ojca. Gdy przyjrzał się uważniej, dostrzegł, że było to
również serce wielu innych patriotów, syberyjskich rutyniarzy i bywalców
ciężkich więzień. Zastanawiał się przez chwilę, jak to jest możliwe, że
dzieli serce z umarłymi. Przebywając w jednym z niezliczonych pokoi Pałacu
Mostowskich, był przekonany, że paradoksalnie urzeczywistnia swoją
samotność, dzięki wspólnemu sercu, z wszystkimi bezbronnymi męczennikami.
Gdy wychodził z Biura Paszportowego Komendy Wojewódzkiej Milicji
Obywatelskiej, wydało mu się, że długa, wielogłowa gąsienica oczekująca w
kolejce po paszport powiewa dziesiątkami bielszych niż śnieg chustek do
nosa.

Podczas spotkania Henryka z oficerem ich oczy nie
spotkały się nawet na skrawek sekundy, wyrzucony do kosza razem z torebką
po kanapce i podartym doniesieniem kapusia-idioty.

Henryk z innych powodów nie patrzył w oczy Kazimierza
W. Patrzył nieco wyżej, na nierówną łysinę ubranego w nieświeży garnitur
mężczyzny, ale nie widział nic. Zmysły miał wyłączone. Myślał intensywnie
o swoim przyszłym życiu. Zaczął planować powrót.

Powrót do ojczyzny

Powrót do ojczyzny

25-26 września

S

urowe, pocięte jeszcze nocnymi przymrozkami
przedwiośnie, pociągnięte cierpkim lukrem młodego słońca, przesuwało się
nad północną częścią Ameryki, gdy Henryk Harsynowicz, urodzony, jak
sądził, w 1949 roku w Warszawie, syn, jak sądził, Józefa Harsynowicza i
Tamary z domu Nosenko, wszedł do Konsulatu RP w Toronto. Solidna willa i
rozłożone za jej plecami jezioro emanowały atmosferą rzeczowej fachowości
i stojącego za nimi sprawnego państwa. Nie zaszedł tam pierwszy raz. Żeby
sobie udowodnić szczerość zamiaru powrotu do Polski, a i zapewne poprawić
sobie niezmiennie melancholijny nastrój, odwiedzał był konsulat już wiele
razy.

Zastępca konsula, który zazwyczaj przyjmował
interesantów, połowę życia był dziennikarzyną w koncernie prasowym
należącym do Komitetu Centralnego partii komunistycznej. Przynależność do
klanu czwartej władzy, która w tym wypadku była niewielką częścią
pierwszej, spowodowała, że głowę nosił bardzo wysoko i musiał chodzić na
wyczucie. Jego ryzykowne życie zmieniły odkryte niespodziewanie zdolności
dyplomatyczne.

Henryk stanął w drzwiach i poruszył bezgłośnie ustami,
mówiąc „dzień dobry” wyłącznie do siebie i swojej miłości własnej. Trochę
spode łba, starając się nie rozglądać zbyt ostentacyjnie, szacował właśnie
okiem stan ludnościowy poczekalni, gdy niespodziewanie na horyzoncie
pojawiła się mucha.

Zjawiła się bez zapowiedzi, znienacka, znikąd. Była
agresywna, udekorowana przez ekologów licznymi medalami, pewna siebie i
napchana bezczelnością jak psim gównem. Jej operacja przeprowadzona
błyskawicznie i profesjonalnie, niczym wprowadzenie stanu wojennego gdzieś
we wschodniej Europie, prawdopodobnie z powodu zamieszek etnicznych,
antysemityzmu czy dla ratowania zagrożonej gospodarki, wprowadziła Henryka
w stan paniki. W mgnieniu oka rozdmuchała tlący się w nim od dzieciństwa
ogień nienawiści do wszystkich owadów: much, komarów, kołatków, korników,
kleszczy, karaczanów, karaluchów, pcheł, pluskiew, spuszczeli, ślepców,
meszek, os, szerszeni i całego latającego plugastwa. Podstępna agresorka
nie wypowiedziała wojny. Była ogromna, czarno-złoto-zielonkawa, gnojowa,
jak mówią fachowcy. Warkocąc niczym helikopter, zbliżyła się w ułamku
sekundy i zawadziła o niego, a właściwie walnęła z rozmachem oślizgłym,
ciężkim skrzydłem. Poruszała się szybko. Oddalając się, w ciągu sekundy
zmalała do mikroskopijnych rozmiarów i zniknęła z pola widzenia. Nastał
wyczekiwany przez społeczeństwa pokój i rozbrojenie, w myśl idei better
red than dead. Pokój trwał kilka sekund, bowiem za rogiem mucha musiała
zawrócić. Słyszał narastający ryk jej silników, łopot skrzydeł, szept
sterów i jęk rozcinanego bezlitośnie powietrza. Szarżowała prosto na
niego. Już po pierwszym ataku był sparaliżowany z wściekłości. Teraz pycha
białego człowieka spowodowała, że błyskawicznie, acz dyskretnie, machnął
ręką, usiłując ją złapać. Ojciec nauczył go w dzieciństwie łapać muchy w
lekko zwiniętą dłoń i zabijać energicznym rzutem o podłogę. Chwycić w
garść helikopter, a potem cisnąć nim z całej siły o podłogę, słyszeć
trzask pękającego żelastwa, wybuch zbiorników z paliwem, poczuć w
rozchylonych nozdrzach swąd płonącej benzyny, gumy i plastiku. Zatrzymać w
pamięci wrzask przerażonych widzów przysłoniętych kłębami czarnego dymu.
Zakręciło mu się w głowie. Zaatakował o ułamek sekundy za wcześnie i
usłyszał znowu ohydne, przypominające nagłe wybicie ze snu, rzężenie jej
skrzydeł. A potem kosmate, obrzydliwe, brutalne uderzenie w twarz. Jakże
nienawidził insektów chodzących po padlinie, pijących szczynę, oblepionych
milionami bakterii i wirusów. Skulił się ze wstrętu, szybko wybiegł z
konsulatu i biegł jeszcze kilkaset metrów. Na więcej nie miał siły.

*