Strona główna » Literatura faktu, reportaże, biografie » Śmierć Hitlera. W tajnych aktach KGB

Śmierć Hitlera. W tajnych aktach KGB

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-8110-555-2

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Śmierć Hitlera. W tajnych aktach KGB

30 kwietnia 1945 roku Hitler popełnił samobójstwo w swoim berlińskim bunkrze. Zachodni alianci i Sowieci razem świętowali zwycięstwo. Taka w każdym razie jest wersja oficjalna. Istnieje jednak inna, bardziej skomplikowana, zagadkowa, niepokojąca. Wersja, której szczegóły pozostają ukryte, strzeżone pilnie przez archiwistów. Jean-Christophe Brisard i Lana Parshina uzyskali dostęp do poufnych dokumentów w rosyjskich archiwach dotyczących niezwykłych poszukiwań ciała Hitlera prowadzonych przez radzieckie służby specjalne. Były to miedzy innymi plany bunkra, przesłuchania świadków ostatnich dni Führera, a przede wszystkim ludzkie szczątki: odłamek czaszki z otworem po kuli i fragmenty szczęki. Czy tuż po kapitulacji Niemiec Sowietom udało się zidentyfikować zwłoki Hitlera, mimo że zostały spalone?

Polecane książki

Wypracowania - Mitologia „Najważniejsze zagadnienia”   Opisy wypracowań: Podział, funkcje i znaczenie mitów. Poniższe wypracowanie zawiera omówienie mitów greckich. W trakcie omawiania epoki antyku przywołuje się mitologię grecką, ponieważ jest szczeg&oa...
Książka stanowi pogłębioną naukową monografię problemu agresji realizowanej przez młodzież za pomocą nowych mediów (internetu i telefonów komórkowych). Zawiera wprowadzenie teoretyczne dotyczące nowych mediów,  funkcjonowania młodych ludzi w  ich świecie oraz aspektów związanych z tzw. kom...
Książka to zbiór świetnych anegdot o wybitnych postaciach światowych i polskich. Przyjęto w niej układ alfabetyczny w prezentowaniu bohaterów anegdot. Na końcu zamieszczono notki biograficzne o występujących w anegdotach postaciach....
Learning translation - Learning the Impossible? can be recommended as a textbook on translation, which may be used by teachers who can get their students practically involved in some activities in the classroom (suggested for group work or general discussion). It may also be used by students, re...
Czym jest risercz ziemkiewiczowski, bruzda dotykowa, ciamajdan i syndrom ocaleńca? Gdzie możemy spotkać KODomitę, paski grozy, kuca Korwina, czy szechterowców? O co chodzi z biegactwem, kredkami na asfalcie, puczem kanapkowym, maskirowką i przekładaniem wajchy? Dlaczego Bartoszewski ponoć wyszedł na...
  > KRÓTKIE WPROWADZENIE - książki, które zmieniają sposób myślenia! Humor to omówienie najważniejszych zagadnień dotyczących zjawiska, które niełatwo jednoznacznie zdefiniować. Czym jest humor? Dlaczego się śmiejemy? Czy rozbawienie jest emocją? Czy czarny humor jest etyczny? * Interdyscy...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Jean-Christophe Brisard, Lana Parshina

Tytuł oryginału:

LA MORT D’HITLER. Dans les dossiers secrets du KGB

« LA MORT D’HITLER » by Jean-Christophe BRISARD and Lana PARSHINA

Copyright © LIBRAIRIE ARTHÈME FAYARD 2018

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2018 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Marcin Słociński

Redakcja językowa i merytoryczna: Piotr Chojnacki

Korekta: Aneta Iwan, Hanna Antos

ISBN: 978-83-8110-555-2

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.postfactum.com.pl

facebook.com/PostFactumSoniaDraga

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

CZĘŚĆ IŚLEDZTWO (I)Moskwa, 6 kwietnia 2016 roku

Lana wyglądała na zdenerwowaną.

Jej kontakty w wyższych kręgach rosyjskiej administracji państwowej nie ukrywały, że mamy znikome szanse na osiągnięcie celu. Potwierdzono spotkanie o jedenastej, ale w Rosji niczego to jeszcze nie oznacza. Mroźne powietrze szczypało nas w policzki, gdy zbliżaliśmy się do siedziby Archiwum Państwowego Federacji Rosyjskiej. Gosudarstwiennyj Archiw Rossijskoj Fiedieracyi (GARF) mieści się w ścisłym centrum Moskwy. Ma ogromny zbiór materiałów archiwalnych – niemal 7 milionów dokumentów od początku XIX wieku do dziś. Są to głównie dokumenty pisane, ale także trochę fotografii oraz tajne akta. I właśnie z powodu takich tajnych akt musimy zmierzyć się ze srogim moskiewskim klimatem i równie srogą rosyjską biurokracją. Lana Parshina nie jest w Rosji osobą całkiem anonimową. Młoda dziennikarka, twórczyni filmów dokumentalnych, jest pół Rosjanką, pół Amerykanką, i bywa częstym gościem stacji telewizyjnych, dla których relacjonuje największe ze swych dotychczasowych osiągnięć: ostatni wywiad z Laną Peters. Lana Peters była staruszką bez grosza, zapomnianą przez wszystkich pensjonariuszką schroniska dla ubogich w zapadłej amerykańskiej mieścinie. Ukrywała się, nie chciała rozmawiać z dziennikarzami, a tym bardziej wspominać ojca, niejakiego Josifa Wissarionowicza Dżugaszwilego, zwanego Stalinem. Lana Peters nazywała się w rzeczywistości Swietłana Stalin i była ukochaną córką dyktatora. W środku zimnej wojny, w latach sześćdziesiątych, uciekła z kraju i wystąpiła do amerykańskiego wroga o udzielenie azylu politycznego. Odtąd stała się symbolem ludzi radzieckich gotowych na wszystko, żeby wyrwać się spod władzy terroru. Lana Parshina zdołała przekonać skrytą córkę wodza do udzielenia kilku filmowanych wywiadów. Działo się to w roku 2008. Ten sukces został w Rosji zauważony. Stalin od kilku lat znów stawał się w Moskwie modny. Lana Parshina, doskonale znając mechanizm działania skomplikowanej machiny państwowej i administracyjnej tego kraju, sądziła, że zdoła dotrzeć do tajnych akt i do dokumentów wrażliwych.

A jednak tego kwietniowego ranka 2016 roku wyczuwałem jej niepokój.

Byliśmy umówieni z dyrektorką GARF-u Larysą Aleksandrowną Rogową. Tylko ona mogła udzielić nam zgody na przejrzenie akt H jak Hitler.

Już przy wejściu do holu głównego GARF-u intruzom daje się odczuć, gdzie się znaleźli. Żołnierz z wąsami w stylu lat siedemdziesiątych, wzorujący się chyba na Freddiem Mercurym, zażądał okazania paszportów. „Kontrola!”, warknął, jakby chciał nam dać do zrozumienia, że nie jesteśmy tu mile widziani. Z Laną, która ma rosyjski dokument tożsamości, sprawa była prosta, ale mój francuski paszport to już problem. Żołnierz chyba nie radził sobie za dobrze z alfabetem łacińskim i nie potrafił przeczytać mojego nazwiska. Brisard zapisane cyrylicą to БРИЗАР. I właśnie takie nazwisko figurowało na liście osób uprawionych do wejścia tego dnia. Po długiej kontroli, dzięki bezcennej pomocy Lany, mogliśmy wreszcie wejść. Biuro dyrekcji generalnej archiwum? Tym pytaniem zirytowaliśmy wartownika. Zajmował się już kolejnym gościem, traktując go równie uprzejmie. „W głębi, za trzecim budynkiem po prawej”. Młoda kobieta, która udzieliła nam odpowiedzi, nie czekała na podziękowanie – odwróciła się na pięcie i wbiegła po słabo oświetlonych schodach. GARF przypomina radzieckie osiedle robotnicze. Zajmuje wiele budynków o ponurych fasadach, w czysto radzieckim stylu łączącym konstruktywizm z modernizmem. Wędrowaliśmy od budynku do budynku, starając się omijać rozległe połacie topniejącego śniegu, który zamieniał się w breję. „Dyrekcja generalna”, zauważyliśmy z daleka napis na dużej tabliczce nad dwuskrzydłowymi drzwiami. Dostęp do nich blokował czarny samochód. Zostało nam do pokonania około 20 metrów, kiedy z budynku szybko wyszła potężnie zbudowana kobieta. Wsiadła do auta. „To dyrektorka…”, szepnęła rozczarowana Lana, wiodąc wzrokiem za oddalającym się pojazdem.

Była 10.55, mogliśmy zapomnieć o umówionym na jedenastą spotkaniu.

Witamy w Rosji.

Dwie sekretarki dyrekcji GARF-u podzieliły się rolami – jedna była uprzejma, druga wręcz opryskliwa. „W jakiej sprawie?” Gdy nie rozumie się języka – a tak jest w moim przypadku – łatwo odczuć ostrość tych słów. Młodsza z kobiet (ale po co silić się na uprzejmość – po prostu mniej stara), nie odnosiła się więc do nas przyjaźnie. Lana nas przedstawiła, wyjaśniła, że jesteśmy dziennikarzami, że jest Rosjanką, a ja Francuzem. Przyszliśmy, ponieważ jesteśmy umówieni na spotkanie z dyrektorką, panią dyrektor, a następnie mamy obejrzeć pewien szczególny obiekt… „Nie zobaczycie się z nią!”, przerwała jej ta opryskliwa. „Wyszła. Nie ma jej”. Lana wyjaśniła, że już o tym wiemy, powiedziała o czarnym samochodzie i dyrektorce, która o nas zapomniała i ulotniła się, kiedy byliśmy niemal pod drzwiami. Opowiedziała o tym wszystkim, nie tracąc entuzjazmu. Zaczekać – czy to wchodzi w grę? „Skoro nie macie nic lepszego do roboty”, skwitowała sekretarka i opuściła pokój z plikiem dokumentów pod pachą, żeby dać nam do zrozumienia, że zajmujemy jej cenny czas. Nad jej biurkiem królował zegar z kukułką. Wskazywał 11.10. Druga sekretarka słuchała koleżanki, nie odzywając się ani słowem. Jej zażenowana mina zwróciła naszą uwagę. Lana podeszła do niej.

To spotkanie na Kremlu, u prezydenta. Nie było planowane. Rzecz jasna, że kiedy dzwoni Putin, a raczej ktoś z jego gabinetu, wszyscy natychmiast biegną. Sekretarka, ta miła, wyjaśniła nam to półsłówkami, zniżając głos. Ten głos brzmiał łagodnie i przyjaźnie, był jak miód na serce, mimo że nie takie informacje chcieliśmy usłyszeć. Kto wie, kiedy wróci dyrektorka?! Na pewno nie sekretarka. Czy to nagłe wezwanie ma coś wspólnego z nami? „Nie. Skąd taki pomysł?”

Minęła siedemnasta, kiedy okazało się, że cierpliwość popłaca. Na naszych oczach otwarto pudło ze sztywnej tektury. A w nim, troskliwie przechowywana, leżała w mniejszym pudełku…

– To ona? Naprawdę?

– Da!

– Tak, powiedziała, że tak.

– Dziękuję, Lano. I zostało tylko to?

– Da!

– Zrozumiałem, nie musi pani tłumaczyć, Lano.

Patrząc z bliska na pudełko, zauważyłem jego uderzające podobieństwo do tych na dyskietki komputerowe. I rzeczywiście, to było pudełko na dyskietki. Czaszka Hitlera przechowywana w pudełku na dyskietki! Ale bądźmy precyzyjni – to tylko fragment czaszki, o którym rosyjskie władze mówią, że należał do Hitlera. Trofeum Stalina! Jedna z najpilniej strzeżonych tajemnic Związku Radzieckiego, a następnie postkomunistycznej Rosji. A dla nas plon rocznego oczekiwania i śledztwa.

Żeby zrozumieć nasze odczucia w tamtej chwili, trzeba wyobrazić sobie tę scenę. Kwadratowy pokój, dość duży, by pomieścić dziesięć osób. Stół, również kwadratowy, z ciemnego politurowanego drewna. Na ścianie oprawione w czerwone ramki rysunki pod szkłem. „To oryginalne plakaty”, usłyszeliśmy. Pochodzą z czasów Rewolucji. Tej Rewolucji – wielkiej, tej, która dokonała się w Rosji, rewolucji Lenina z października lub listopada 1917 roku – zależnie od tego, czy posługujemy się kalendarzem juliańskim, czy gregoriańskim. Widnieją na nich dumni, ale głodni robotnicy. Ich silne ramiona dzierżą czerwony sztandar, niosąc go światu. Na ich drodze pojawił się kapitalista, dręczyciel ludu. A po czym poznać, że to kapitalista? Ubrany w drogi garnitur i cylinder, paraduje z wielkim brzuchem. Bije od niego poczucie wyższości, z jakim możni tego świata patrzą na słabszych. Na ostatnim plakacie mężczyzna w cylindrze nie prezentuje się już tak dumnie – leży na ziemi z głową rozbitą potężnym młotem robotnika.

Symbole, wciąż te symbole. Choćbyś był najpotężniejszy, skończysz obalony, z głową roztrzaskaną przez wytrwały rosyjski lud. Czy Hitler widział te plakaty? Na pewno nie.

A szkoda, bo i jego Rosjanie w końcu dopadli, i mają jego głowę. A dokładniej – kawałek czaszki.

Powróćmy jednak do opisu sceny.

Niewielki pokój, sala zebrań, w której wciąż unoszą się wyziewy rewolucji, mieści się na parterze GARF-u, tuż obok sekretariatu, gdzie cierpliwie czekaliśmy na powrót dyrektorki, Larysy Rogowej. Tęga kobieta po pięćdziesiątce robi na rozmówcach wrażenie nie tylko wyglądem fizycznym. Jej spokój i wrodzona charyzma wyróżniają ją spośród moskiewskich urzędników. Po powrocie z Kremla przeszła przez sekretariat i zniknęła w swoim gabinecie, nie zauważywszy nas. Lana i ja siedzieliśmy w dwóch jedynych fotelach w tym pokoju. Ogromna roślina, być może fikus, oddzielała je od reszty pomieszczenia, zawłaszczając znaczną część znikomej przestrzeni, jaką przeznaczono dla interesantów. Choćby była zamyślona, choćby się spieszyła, dyrektorka nie mogła nie dostrzec dwojga ludzi pod olbrzymim fikusem. To było o szesnastej. Oboje poderwaliśmy się z miejsc pełni nadziei. Zadzwonił telefon. „W pokoju obok? W sali narad? Za pół godziny…” Uprzejma sekretarka powtarzała polecenia, które wydano jej przez telefon. Lana spojrzała na mnie, uśmiechając się. Chodziło o nas.

Dyrektorka bez słowa usiadła przy dużym stole. Przy niej stała na baczność dwójka pracowników. Po jej prawicy – kobieta w na tyle zaawansowanym wieku, że od dawna mogłaby korzystać z zasłużonej emerytury, po lewicy – mężczyzna o wyglądzie zjawy, jakby żywcem wyjęty z powieści Brama Stokera. Kobieta to Dina Nikołajewna Nochotowicz, odpowiedzialna za zbiory specjalne. Mężczyzna nazywał się Nikołaj Igoriewicz Władimircew (prosił, by mówić do niego Nikołaj) i kierował wydziałem konserwacji dokumentów GARF-u.

Nikołaj delikatnie postawił przed dyrektorką duże pudło. Dina pomogła mu podnieść wieko. Potem cofnęli się i splótłszy ręce na plecach, obserwowali nas. Przybrali postawę, która miała być dla nas przestrogą – czuwali, w każdej chwili gotowi do interwencji. Larysa siedziała, ująwszy pudło w dłonie: tym gestem zarazem chroniła skarb i zapraszała nas, byśmy zajrzeli do środka.

A już traciliśmy nadzieję, że ta chwila nadejdzie. Jeszcze rano ten fragment czaszki zdawał się niedostępny. Po wielu miesiącach niekończących się negocjacji, po ponawianych prośbach przesyłanych w mailach, listach, wyrażanych telefonicznie i faksowanych (owszem, w Rosji faks jest wciąż w użyciu), a także przedstawianych w rozmowach z nieprzystępnymi urzędnikami, nareszcie mieliśmy przed sobą te ludzkie szczątki. Kawałek czaszki – oceniając na oko, mniej więcej jedna czwarta – jej tylna lewa część (dokładnie kość ciemieniowa i fragment potylicznej). Obiekt pożądania historyków i dziennikarzy z całego świata. Czy, jak utrzymują rosyjskie władze, to szczątki Hitlera, czy też, jak stwierdził niedawno amerykański uczony, czterdziestoletniej kobiety? Zadanie tego pytania w gmachu GARF-u oznaczałoby wtargnięcie na grunt polityki, podważenie oficjalnej wersji Kremla. Dla dyrektorki archiwum byłaby to obraza. Rzecz nie do przyjęcia.

Larysa Rogowaja kierowała GARF-em od zaledwie kilku dni. Zastąpiła na tym stanowisku, jakże politycznym, jakże trudnym w epoce Putina, dawnego dyrektora Siergieja Mironienkę. W naszej obecności ważyła każde wypowiadane słowo. Tylko ona udzielała odpowiedzi na nasze pytania, jej współpracownicy nie mieli prawa głosu. Bardzo lakoniczna, ograniczała się do dwóch, trzech słów, cedząc je przez zaciśnięte usta. Ta stojąca wysoko w hierarchii państwowej urzędniczka już żałowała, że przystała na naszą prośbę. Jednak, ściśle rzecz biorąc, na nic nie przystała. Polecenie, by pozwolić nam popatrzeć na ten kawałek czaszki, przyszło z góry. Ale z jak wysokiego szczebla? Trudno powiedzieć. Z Kremla? Z pewnością, tylko kto je wydał? Lana była przekonana, że decyzja zapadła w gabinecie prezydenta. Jak za czasów Związku Radzieckiego, archiwa państwowe to znów miejsce niemal tajne. 4 kwietnia 2016 roku Władimir Putin podpisał dekret, na mocy którego zarządzanie archiwami, publikacja materiałów, dostęp do nich i ich ujawnianie podlega bezpośrednio prezydentowi Federacji Rosyjskiej, czyli jemu samemu. To koniec otwartego dostępu do dokumentów historycznych, zapoczątkowanego za prezydentury Borysa Jelcyna. I pożegnanie z charyzmatycznym dyrektorem GARF-u, Siergiejem Mironienką, przyjacielem wielu zagranicznych historyków i zwolennikiem niemal swobodnego dostępu do setek tysięcy dokumentów historycznych przechowywanych w jego archiwum. „Mniej komentarzy, więcej dokumentów. Dokumenty muszą przemówić same”, lubił powtarzać przy każdej okazji kolegom, których dziwiła polityka otwarcia. Koniec z tym! Mironienkę odstawiono na boczny tor. A dwadzieścia cztery lata solidnej pracy i lojalnej służby w GARF-ie okazały się nie mieć żadnego znaczenia. Kreml zdegradował go jednym podpisem. Nie zwolniono go ani nie wysłano na emeryturę (w wieku sześćdziesięciu pięciu lat mógłby o nią wystąpić), nie przeniesiono w inne miejsce, ale zdegradowano. W ślad za niełaską przyszło więc upokorzenie, bo oczywiście nowa dyrektorka, nasza droga Larysa Rogowaja, była jego podwładną. Stalin zapewne postąpiłby tak samo.

Dekret Putina został wydany 4 kwietnia 2016 roku, a my stanęliśmy nad pudłem z fragmentem czaszki 6 kwietnia 2016 roku. Wrażenie, że Larysa Rogowaja wiele by dała, żeby nas przegnać, to nie objaw paranoi. Jej niechęć do nas była wręcz namacalna, bił od niej strach, że skończy tak jak Mironienko. Toteż kiedy poprosiliśmy o wyjęcie pudełka z kośćmi z kartonowego pudła, w małym pokoju gwałtownie wzrosło napięcie. Larysa popatrzyła na dwójkę swoich przybocznych. Zaczęła się krótka narada. Nikołaj pokręcił głową na znak dezaprobaty. Dina wyciągnęła z pudła kartkę, poprawiła okulary, w których wyglądała jak szczwana kuna, i pochyliła się nad Laną.

W tym samym momencie dyrektorka gestem dała Nikołajowi do zrozumienia, że nie zmieniła zdania. On jeszcze się wahał i przez chwilę milczał. Potem z wyraźną niechęcią zanurzył chude ręce w pudle i delikatnie wyjął z niego pudełko na dyskietki.

„Musicie podpisać się w rejestrze udostępniania. Podajcie datę, godzinę i dane osobowe”. Dina podsunęła nam formularz. Lana starannie go wypełniła. Pozwoliłem się jej wyręczyć i zacząłem oglądać kość. Nikołaj natychmiast zareagował. Stanął przede mną i cmokając z dezaprobatą, dał mi do zrozumienia, że łamię zasady. „Proszę najpierw wypełnić formularz”, powtórzyła dyrektorka. Lana przeprosiła za moje zachowanie. W końcu byłem Francuzem, cudzoziemcem… On nie rozumie – tak im tłumaczyła z pobłażliwym uśmiechem, jak zażenowana wybrykami niesfornego dziecka. Po co ta ostrożność, skąd ta nerwowość? Mironienko przeszedł przed otwartymi drzwiami salki. Poznałem go, pojawiał się w wielu reportażach, które oglądałem, gromadząc materiały na temat Hitlera. Był w korytarzu sam. Otyły, przygarbiony, podreptał dalej, nawet na nas nie spojrzawszy. Na pewno wiedział, co tu robimy. Do niedawna to on spotykał się z dziennikarzami. I doskonale znał ten fragment czaszki. Było już wpół do szóstej, wziął już ciężkie palto, na siwych włosach miał kaszkiet – zakończył pracę. Larysa nie. „Wszystko musi być zgodne z regułami. Czasy się zmieniają, musimy zachować ostrożność”, podkreśliła dyrektorka, kiedy Mironienko opuścił budynek. „Dostaliśmy zielone światło od administracji centralnej, możemy pokazać wam tę czaszkę, ale także musimy złożyć raport”. Powiedzieliśmy, że rozumiemy, że to normalne, oczywiście, nie ma żadnego problemu – to właśnie chciała usłyszeć od nas Rogowaja. Ta czaszka, a raczej to, co z niej zostało, stała się powodem sporu, polemiki między Rosją a… znaczną częścią świata. Czy to naprawdę kości Hitlera? Czy Rosja kłamie? Larysa spodziewała się najważniejszego pytania, tego o autentyzm szczątków. Jej odpowiedź była krótka: „Wiem!”. Dina i Nikołaj, jej zastępcy, również wiedzą. Ale my nie wiemy. „Skąd ta pewność?” Larysa bez zająknienia recytowała gotowe odpowiedzi, wcześniej wyuczone i powtarzane mechanicznie. Lata badań, analiz, próbek pobieranych przez KGB i radzieckich naukowców, najlepszych z najlepszych… Tak, to naprawdę czaszka Hitlera. „W każdym razie oficjalnie to jego czaszka”. Po raz pierwszy dyrektorka GARF-u zdystansowała się wobec wersji oficjalnej. Jej pewność wcale nie jest niezachwiana. „Oficjalnie”… to słowo nacechowane. Ta czaszka jest oficjalnie, ale nie naukowo, czaszką Hitlera.

Lana wypełniła formularze. Nikołaj, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, przesunął się, nie blokując mi już dostępu do stołu. Pudełko na dyskietki i czaszka są nasze. Pochylamy się nad plastikową pokrywką. Duża nalepka, na której widnieje marka dyskietek, przeszkadza nam w oglądaniu obiektu. Przechylamy się, żeby spojrzeć na niego pod kątem, ale to nic nie daje. Gestem pytam, czy istnieje możliwość otwarcia pudełka. Klucz, obrócić klucz? Gest zadziałał. Nikołaj wyciągnął z kieszeni kluczyk i otworzył zamek. Potem cofnął się i stanął tuż za nami. Ale nie podniósł pokrywki, toteż znów zacząłem gestykulować. Tym razem naśladowałem ruch unoszenia, odkrywania. Zrobiłem to dwukrotnie, powoli. Larysa opuściła powieki. Nikołaj, burcząc pod nosem, otworzył pudełko. Czaszka nareszcie naprawdę była przed nami.

A zatem to miałby być Hitler. Ten fragment kości złożony w ciasnym, banalnym pudełku na dyskietki z lat osiemdziesiątych. Cóż za ironia losu: człowiek, który chciał zmiażdżyć część Europy i zniewolić miliony istot ludzkich! Hitler, który obawiał się skończyć w szklanej gablocie w Moskwie, pokazywany przez wrogów jak zwyczajne trofeum. Tymczasem nie zyskał nawet oprawy stosownej do jego wpływu na współczesną historię – nie potraktowali go tu jak uosobienia czystego zła. Rosjanie zapakowali go do pudełka i zepchnęli w niepamięć archiwów, celowo czy nie, okazując mu takie względy jak szczątkom psa. A to, że tak trudno uzyskać dostęp do tych kości, nie wynika z obawy Rosjan, że mogłoby to doprowadzić do ich uszkodzenia, ale z przyczyn politycznych. Nikt już nie powinien badać tych szczątków i kwestionować ich autentyzmu. To czaszka Hitlera. Żadnych wątpliwości. Przynajmniej według Rosjan.

Fragment czaszki zachowany w zbiorach GARF-u i przypisywany przez Moskwę Hitlerowi.

Szczerze mówiąc, poczułem się rozczarowany. To miał być największy sekret rosyjskich archiwów – smętny kawałek kości zamknięty w pudełku po dyskietkach? Świadomość, że być może to jedyne ludzkie szczątki jednego z największych potworów, jakich nosiła ta ziemia, wzbudza niesmak. Ale trzeba wziąć się w garść. Skupić się na naszym śledztwie i nie zapominać, po co tu jesteśmy: żeby poznać tajemnicę ostatnich godzin Hitlera. Dlatego musimy zadać celne pytania. Gdzie znaleziono tę czaszkę? Kto ją znalazł? Kiedy? A przede wszystkim jak udowodnić, że to szczątki Hitlera. To chcemy osiągnąć. I najpierw musimy poddać kości analizie. „Analizy?”, zdziwiła się Larysa, usłyszawszy prowadzoną przez nas po angielsku rozmowę. „Tak, chodzi o testy… na przykład DNA. Musimy sprowadzić specjalistę, lekarza sądowego…”, wyjaśniła jej po rosyjsku Lana. Dyrektorka wysłuchała jej uprzejmie, nie przerywając. „Dzięki temu nie będzie już wątpliwości. Żadnych. Już nikt nie zakwestionuje autentyzmu tej czaszki. Albo to Hitler, albo nie. To chyba ważne?” Położyłoby to kres najbardziej nieprawdopodobnym pogłoskom na temat śmierci tyrana, jakie krążą. Hitler w Brazylii, Hitler w Japonii albo na biegunie południowym…

Berlin, maj 1945 roku

Niczym legendarny potwór albo przerażająca zjawa, Hitler stał się przedmiotem wielu fantazji. Od chwili zdobycia Berlina, 2 maja 1945 roku, raz po raz padało pytanie, czy zginął. A może uciekł? Według tych, którzy byli z nim w bunkrze, a przeżyli, 30 kwietnia 1945 roku popełnił samobójstwo. Potem jego zwłoki spalono, aby nikt ich nie mógł odnaleźć. To właśnie brak ciała sprawił, że narodziła się cała seria pogłosek o tym, że Hitler przeżył. 8 maja 1945 roku Leonid Leonow, ceniony przez władze radziecki autor, opublikował na łamach „Prawdy” pełen żaru tekst: „Żądamy materialnego dowodu, że kapral strateg nie przeistoczył się w wilkołaka. Że małe dzieci na całym świecie mogą spokojnie spać w kołyskach. Armia radziecka, podobnie jak nasi zachodni alianci, chce zobaczyć zwłoki Führera »naturalnych rozmiarów«”1. I tak nadano ton dyskusji. Dopóki nie będzie tego dowodu „naturalnych rozmiarów”, duch Hitlera będzie nękał umysły, a relacje potwierdzające, że go widziano, będą się mnożyły.

Niektóre z tych relacji opierają się na faktach. Jedna przypomina scenariusz filmu szpiegowskiego. Chodzi o losy U-530 – Unterseeboot, niemieckiego okrętu podwodnego. Mimo kapitulacji Trzeciej Rzeszy jednostka ta nie poddała się aliantom i 10 lipca 1945 roku dotarła do wybrzeży Argentyny. Być może na jej pokładzie ukryto pasażerów.

Na stanowisku dowodzenia U-530 znalazł się bardzo młody – być może za młody – oficer. Nazywał się Otto Wermuth i miał zaledwie dwadzieścia cztery lata. Ten prosty Oberleutnant zur See 10 stycznia 1945 oku awansował na dowódcę okrętu podwodnego. W ostatnim roku wojny Kriegsmarine (niemiecka marynarka wojenna) odczuwała – podobnie jak cała armia Rzeszy – dotkliwy brak doświadczonych oficerów. Oczywiście Otto Wermuth nie był kompletnym żółtodziobem, nie zdążył jednak dowieść swej wartości. Wstąpił do Kriegsmarine tuż po wybuchu wojny z Polską, Francją i Wielką Brytanią, we wrześniu 1939 roku. Miał wówczas dziewiętnaście lat i nie przypominał aryjskiego wojownika sławionego przez niemiecką propagandę. Otto Wermuth był raczej typem subtelnego studenta, chłopakiem o pociągłej twarzy, smukłej, wręcz chudej sylwetce i niemal dziecięcym spojrzeniu. Bardzo szybko skierowano go do służby na okrętach podwodnych. Po zakończeniu szkolenia we wrześniu 1941 roku wypłynął jako oficer na stanowisku obserwacyjnym. Kiedy w styczniu 1945 roku obejmował dowództwo na U-530, jednostce najnowszej generacji o bardzo dużym zasięgu, nie miał jeszcze żadnego doświadczenia jako dowódca. Powierzony mu okręt stanowił duże wyzwanie. Miał 76 metrów długości i mógł zabrać na pokład do pięćdziesięciu sześciu osób. Wyposażony w wyrzutnie torped i działo pokładowe, mógł także stawiać miny i był naprawdę groźną bronią. Ale młody dowódca nie zdążył tego udowodnić.

Skierowany w kwietniu 1945 roku w rejon amerykańskiego wybrzeża U-530 wystrzelił na południe od Long Island dziewięć torped do znajdujących się w rejonie Nowego Jorku okrętów alianckich. Żadna nie trafiła. Wermuth dowiedział się o kapitulacji Niemiec i otrzymał ze sztabu rozkaz, żeby się poddać. Nie chcąc tego uczynić, postanowił uciec do Argentyny. Panowała tam wtedy dyktatura wojskowa. Mimo że pod naciskiem Stanów Zjednoczonych argentyńskie władze 27 marca 1945 roku wypowiedziały Niemcom wojnę, wciąż podziwiały system nazistowski. Po dwóch miesiącach na morzu U-530 zakotwiczył 10 lipca 1945 roku w odległości 400 kilometrów na południe od Buenos Aires, w Mar del Plata. Wermuth poddał się wraz z załogą. Odtąd byli jeńcami wojennymi. Wieści o tym szybko się rozeszły, a w ślad za nimi pojawiły się pogłoski o obecności Adolfa Hitlera i jego żony Ewy Braun na pokładzie okrętu podwodnego. Profaszystowskie nastroje w Argentynie były silne, a w Patagonii mieszkała grupa Niemców, skupiona we wsiach w stylu bawarskim. Idealna sceneria, by wyobrazić sobie, że Hitler znalazł schronienie w Ameryce Łacińskiej.

Zaraz po zejściu na ląd Wermuth został przesłuchany przez przedstawicieli marynarki argentyńskiej i US Navy. Niemieckiego oficera podejrzewano o to, że zanim poddał się 10 lipca, przybijał do brzegu w pobliżu małych miast. Czy skorzystał z okazji, żeby wysadzić tam na ląd pasażerów albo pozostawić dokumenty? 14 lipca 1945 roku amerykański attaché morski w Buenos Aires wysłał do Waszyngtonu informację o przybyciu okrętu podwodnego, z którego miały zejść na ląd dwie niezidentyfikowane osoby.

Argentyńska prasa zainteresowała się rejsem U-530 i publikowała artykuły, których autorzy twierdzili, że Hitler żyje. W jednym z nich, reportażu pisma „Critica” z 18 lipca, przekonywano, że niemiecki dyktator znalazł schronienie na Antarktydzie, w strefie, gdzie temperatury są jeszcze znośne. Argentyński minister spraw zagranicznych Cesar Ameghino zmuszony był interweniować, by położyć kres tym pogłoskom. W dniu ukazania się artykułu oficjalnie zdementował przedstawioną w nim wersję wydarzeń. Niemiecki okręt podwodny nie wysadził Hitlera na terytorium Argentyny.

Jednak FBI podjęła śledztwo, by sprawdzić południowoamerykański trop, zwłaszcza że amerykański wywiad również otrzymywał zaskakujące raporty. Wyróżniał się wśród nich ten dotyczący Roberta Dillona, podrzędnego amerykańskiego aktora z Hollywood. 14 sierpnia 1945 roku skontaktował się on z FBI i poinformował, że spotkał się z Argentyńczykiem, który miał ponoć uczestniczyć w powitaniu Hitlera na argentyńskiej ziemi. To kolejna historia z okrętem podwodnym w roli głównej! Dillon podawał jednak więcej szczegółów. Führer miał zejść na ląd z dwiema kobietami, lekarzem i grupą pięćdziesięciu innych osób. Ukryli się w Andach Południowych. Hitler był chory na astmę, miał też wrzody. I zgolił wąsy. Amerykańskie służby specjalne zweryfikowały te doniesienia i przestały zajmować się „sensacjami” Dillona.

Tego rodzaju raporty przez długie lata gromadziły się na biurkach agentów FBI. Dotyczyły Hitlera, a także innych nazistów w Brazylii, Chile, Boliwii i oczywiście w Argentynie. Nie wszystkie były zmyślone. Nazistowscy zbrodniarze naprawdę przedostawali się na te tereny. Najbardziej znana była siatka przerzutu „Odessa”. Przez wiele lat umożliwiała oficjelom Trzeciej Rzeszy ucieczkę z Europy. Prawdą jest również, że Argentyna udzieliła azylu wielu zbrodniarzom wojennym. Najbardziej znani spośród nich to Josef Mengele (lekarz z obozu koncentracyjnego Auschwitz, odpowiedzialny za bestialskie eksperymenty medyczne prowadzone na więźniach), Adolf Eichmann (jeden z twórców „ostatecznego rozwiązania”) czy Klaus Barbie (dowódca Gestapo w Lyonie). Nigdy jednak nie natrafiono na ślad Adolfa Hitlera.

Dziesięć lat po kapitulacji nazistów, w lipcu 1955 roku, niemiecki wymiar sprawiedliwości postanowił raz na zawsze zakończyć sprawę Hitlera. Do przeprowadzenia śledztwa wyznaczono sąd w Berchtesgaden, małym, siedmiotysięcznym bawarskim mieście. Ten wybór miał charakter symboliczny: niemiecki dyktator bardzo lubił spędzać tam czas i odpoczywać. W okolicy wybudował swą prywatną rezydencję, Berghof. Dlatego tamtejszy sąd miał rozstrzygnąć o statusie Führera: żywy czy martwy. Moment został wybrany nieprzypadkowo – zbiegł się z powrotem nazistowskich jeńców z radzieckiej niewoli. Byli wśród nich świadkowie ostatnich godzin w bunkrze Führera, schronie przeciwlotniczym, gdzie dyktator dokonał żywota. Członkowie świty Hitlera zostali schwytani przez czerwonoarmistów i natychmiast przewiezieni do tajnych więzień w Związku Radzieckim. Zeznań tych ludzi nigdy nie ujawniono ani nie przekazano zachodnim aliantom, a tym bardziej niemieckiemu wymiarowi sprawiedliwości. Jednak w 1955 roku Moskwa zgodziła się uwolnić ostatnich nazistowskich zbrodniarzy wojennych, którzy gnili w radzieckich więzieniach. Ten gest polityczny miał swoją cenę – w zamian Niemcy Zachodnie zobowiązały się nawiązać stosunki dyplomatyczne i gospodarcze z ZSRR. Wysocy rangą dygnitarze Trzeciej Rzeszy byli tuż po powrocie do kraju przesłuchiwani przez tamtejszy wymiar sprawiedliwości. Na podstawie ich zeznań ustalono, że Adolf Hitler i jego żona Eva Braun zginęli śmiercią samobójczą 30 kwietnia 1945 roku.

25 października 1956 roku małżonkowie Hitler zostali oficjalnie uznani przez sąd w Berchtesgaden za zmarłych.

Odtąd o końcu władcy Trzeciej Rzeszy można już było pisać w podręcznikach historii na całym świecie. Poszukiwania przerwała także FBI. Przez poprzednią dekadę amerykańskie tajne służby prowadziły poszukiwania w najdalszych zakątkach świata. Waszyngton z pewną ulgą uznał za oczywiste samobójstwo Hitlera w berlińskim bunkrze. A jednak wciąż brakowało najważniejszego: ciała. W tamtych latach nie było żadnego materialnego dowodu śmierci Führera.

Dopóki nie pojawiła się czaszka.

Początek roku 2000. Związek Radziecki nie istnieje już od ośmiu lat. Zniknął dokładnie 25 grudnia 1991 roku. Na ruinach komunistycznego reżimu, który kulał już od lat, próbuje odbudować się nowa Rosja. Dawny status supermocarstwa odszedł w zapomnienie wraz z sierpem i młotem na sztandarach. Szokowa kuracja liberalna, prowadzona w zawrotnym tempie przez Jelcyna, zburzyła i tak już chwiejną równowagę społeczną i ekonomiczną kraju. Świat uwierzył, że czerwone zagrożenie ze swym ogromnym arsenałem nuklearnym zniknęło na dobre. A nowa Rosja w nikim już nie wzbudza strachu. Rosjanie czują się poniżeni.

W roku 2000 na Kremlu odradza się nadzieja. Stery państwa przejmuje nowy prezydent . Co prawda jest młody i trochę nieśmiały, ale odcina się od czasów Jelcyna. Jest poważny i powściągliwy. Nazywa się Władimir Putin i ma zaledwie czterdzieści siedem lat. Ten pułkownik KGB myśli tylko o jednym – by przywrócić pełny blask krajowi i znów umieścić go w centralnym punkcie geopolitycznej szachownicy świata. Zacznie od przypomnienia, że Rosja to potęga militarna. I że to ona wygrała wojnę z Hitlerem.

27 kwietnia 2000 roku, w przededniu pięćdziesiątej piątej rocznicy zwycięstwa nad nazistowskimi Niemcami, w Moskwie zorganizowano wielką wystawę materiałów z tajnych archiwów. Tytuł nie pozostawiał żadnych wątpliwości co do intencji prezydenta Rosji: „Agonia Trzeciej Rzeszy – kara”. Tych eksponatów świat jeszcze nie widział: odwiedzającym zaprezentowano łącznie sto trzydzieści nieudostępnionych dotąd obiektów. Historycy drugiej wojny światowej od półwiecza marzyli, by się z nimi zapoznać. Raporty radzieckich tajnych służb, opatrzone klauzulą „ściśle tajne”, zdjęcia, przedmioty… Wszystko, co pozwala rozwiać wątpliwości co do ostatnich chwil Hitlera spędzonych w berlińskim bunkrze. Dziennik Martina Bormanna, sekretarza i człowieka bliskiego Führerowi, także znalazł się na tej wystawie. „Sobota 28 kwietnia: nasza wspaniała Kancelaria legła w gruzach. Świat ledwie się trzyma. […] Niedziela 29 kwietnia: Berlin zamienił się w morze ognia. Hitler i Ewa Braun wzięli ślub”. Zdjęcia dzieci Goebbelsa, listy nazistowskich oficjeli, w tym reżimowego architekta i ministra uzbrojenia i amunicji Alberta Speera: „Hitler sypał się w oczach. Stał się kłębkiem nerwów i całkowicie przestał się kontrolować”. Ale to, co najważniejsze na tej wystawie, znajdowało się gdzie indziej. W specjalnej sali. Artykuł w dzienniku „Le Monde” opisywał tę scenę: „Pośrodku pomieszczenia obitego czerwonym welurem króluje w gablocie zwęglony fragment czaszki z dziurą po kuli”2.

Wystawa odniosła ogólnoświatowy sukces. Odwiedzili ją korespondenci wszystkich liczących się mediów zachodnich. Rosyjskim władzom udało się osiągnąć zamierzony cel. No, prawie. Bardzo szybko pojawiły się wątpliwości co do autentyczność czaszki. Pytania dziennikarzy wprawiły w zakłopotanie organizatorów, w tym dyrektora GARF-u, wspomnianego wcześniej Siergieja Mironienkę. Tego samego, którego zauważyliśmy w długich korytarzach archiwum państwowego. W 2000 roku ten mężczyzna nie przemykał pod ścianami – chodził z wysoko podniesioną głową. Władał rosyjskimi archiwami niczym car. Dziennikarze i historycy podlizywali mu się, przynosili wódkę i inne białe alkohole – coraz lepsze, byle zyskać jego przychylność. A przede wszystkim zezwolenie na dostęp do tego kawałka kości czaszki wydobytego z tajnych magazynów archiwum. Podczas wystawy nieufność gości z Zachodu postawiła Mironienkę w kłopotliwej sytuacji. Jak może twierdzić, że te ludzkie kości to naprawdę szczątki Hitlera? Dyrektor archiwów raz po raz słyszał takie uwagi. Choć powtarzał wszystkim, że nie ma wątpliwości co do autentyzmu fragmentu czaszki, czuł, że to może nie wystarczyć. Nawet Aleksiej Litwin, jeden z kustoszy wystawy w 2000 roku, musiał przyznać: „To prawda, że nie przeprowadziliśmy badań DNA, ale zeznania wszystkich świadków potwierdzają, że to szczątki Hitlera”3. Zeznania? Żadnych niepodważalnych analiz? W tym momencie Mironienko uświadomił sobie, jak poważne jest ryzyko utraty kontroli nad sytuacją i wywołania polemiki w sprawie zniknięcia Hitlera.

Zamiast cofnąć się o krok, on śmiało posuwa się dalej. Nowa ekspertyza? Przeprowadzona przez zagranicznych badaczy? Nie ma problemu! Dyrektor archiwów jest z siebie dumny. A jednak nie zdoła już zamknąć puszki Pandory, którą otworzył.

Rzecz jasna rosyjskie władze nigdy nie dopuściły do przeprowadzenia analiz. Ale propozycja Mironienki rozbudziła nadzieje i – bez względu na zezwolenia – czaszka stała się największą tajemnicą drugiej wojny światowej, jaka pozostała jeszcze do rozwikłania.

Larysa Rogowaja długo była zastępczynią Mironienki. Dziś ta świeżo upieczona dyrektorka GARF-u stosuje metody wypróbowane przez znakomitego poprzednika. Nigdy nie pozwala sobie na otwarte starcia z dziennikarzami. Stoimy we czworo nad dużym kwadratowym stołem: Lana, dwoje archiwistów – Dina i Nikołaj – oraz ja, wszyscy wpatrzeni w brunatne kości. Tylko Larysa wciąż siedzi w czarnym fotelu ze sztucznej skóry. Wygląda na nieco rozbawioną naszą fascynacją i tym pragnieniem, żeby zrobić kolejny krok. Spodziewała się, że będziemy chcieli przeprowadzić ekspertyzy. I tak jak przed szesnastu laty Mironienko, także zapewniła, że badanie tej czaszki jest możliwe. Dodała nawet, że pragnęłaby takich analiz. „Dla nas byłaby to duża szansa”, stwierdziła, po raz pierwszy podczas tego spotkania uśmiechając się do nas. „Tak, byłoby doskonale. Będziemy popierać wasze starania, możecie na nas liczyć”. Dina i Nikołaj zgodnie pokiwali głowami. „Dałoby nam to możliwość potwierdzenia prawdy. I położyłoby kres tej szkodliwej polemice. Tej, którą wywołał kilka lat temu ten tak zwany amerykański naukowiec”.

Grymas na twarzy Larysy miał pokryć jej głęboką odrazę do tego człowieka. Jej podwładni zesztywnieli, jakby ktoś wylał im wiadro lodowatej wody na głowę. Z trudem zdołali zachować pozory spokoju. Skąd to zakłopotanie? Czy dyrektorka GARF-u miała na myśli prace przeprowadzone przez zespół amerykańskich badaczy w 2009 roku? Wtedy była to głośna sprawa. Nick Bellantoni, profesor archeologii z uniwersytetu w Connecticut w Stanach Zjednoczonych, twierdził, że pobrał próbki z tej czaszki. Poddano je następnie analizom w pracowni genetyki na jego uczelni, a wyniki przedstawiono w filmie dokumentalnym, który emitowała amerykańska stacja History Channel. „Struktura kostna wydaje się bardzo delikatna”, opisywał amerykański archeolog. „Kości mężczyzn są znacznie mocniejsze, a spojenia łączące różne części czaszki wskazują na istotę ludzką poniżej czterdziestego roku życia”. Bellantoni zniszczył scenariusz rosyjskich władz. Na podstawie testu DNA twierdził też, że przechowywana w Moskwie czaszka należała do kobiety. I nie miała nic wspólnego z Hitlerem. Wątpliwości ożyły. Teorie spisku i ucieczki Führera współgrały z amerykańskimi rewelacjami.

Prasa na całym świecie pisała o odkryciach Bellantoniego. A informacje niezmiennie sprowadzały się do tego, że przez długie lata Rosjanie kłamali! Dla Moskwy był to ciężki afront – bolesny, upokarzający. Do dziś nie przełknęli tej gorzkiej pigułki. Zwłaszcza że dyrekcja GARF-u utrzymuje, że nigdy nie widziano tego amerykańskiego badacza w gmachu archiwum. I że nie ma żadnych śladów rzekomego pobierania próbek. Dina sięgnęła po formularz wypełniony przez Lanę. W kolumnie nad naszymi nazwiskami widnieje kilka innych. W ciągu dwudziestu lat zebrało ich się najwyżej dziesięć. Dina podała nam ten dowód prawdomówności Rosjan. „Wszystkie ekipy dziennikarzy i badaczy, którzy widzieli tę czaszkę, musiały podpisać ten dokument. Proszę sprawdzić, nie widnieje w nim nazwisko tego Amerykanina. Nie było go tu”. O dziwo, jego wizyta w gmachu GARF-u nie została odnotowana w rejestrze – w przeciwieństwie do naszej. Nick Bellantoni nie zaprzeczył tej administracyjnej osobliwości. Kiedy zapytaliśmy go o to w mailu, odpisał nam po prostu: „Wszystkie procedury związane z moją pracą w rosyjskich archiwach były załatwiane przez producentów stacji telewizyjnej History Channel. Nic więc dziwnego, że moje nazwisko nie figuruje na liście. Wizytę zarejestrowano albo na History Channel, albo na nazwisko któregoś z producentów”. Dyrektorka archiwum odrzuciła ten argument. Żeby ostatecznie wyjaśnić sprawę, przysłała nam formalną odpowiedź: „Informuję, że GARF nie zawierał ze stacją telewizyjną, panem Bellantonim ani nikim innym umowy obejmującej wykonanie badań DNA na podstawie wycinków czaszki Hitlera”. Czyżby amerykański archeolog działał bez zezwolenia? Według rosyjskich mediów tak właśnie musiało być. Sprawę uznano za skandal. Wokół archeologa z Connecticut rozpętała się quasi-ideologiczna dyskusja: Zachód kontra Wschód, blok kapitalistyczny kontra blok komunistyczny. W rosyjskiej telewizji państwowej NTV (związanej z rosyjskimi władzami) w roku 2010 wyemitowano program poświęcony w całości „sensacji” Bellantoniego. W obecności rosyjskich historyków drugiej wojny światowej oraz znanych ludzi w wieku dość zaawansowanym, by pamiętać wojnę, Amerykanin próbował wyciszyć emocje. Przede wszystkim zaś przekonać, że nie jest rabusiem archiwów. Najpierw zapewnił, że pracował z dochowaniem wszelkich zasad, legalnie. „Otrzymaliśmy oficjalne zezwolenie kierownictwa rosyjskich archiwów, z którymi zawarliśmy umowę, by przeprowadzić potrzebne prace”. Jak już wiemy, GARF podważa tę wersję.

Ale powróćmy do wywiadu Nicka Bellantoniego dla NTV. Prowadzący spytał go o analizy kości czaszki. „Zdecydował się pan podjąć te prace, żeby osobiście pobrać kilka próbek z czaszki…”

Bellantoni: „Nie, nie zrobiliśmy tego! […] Trzeba pamiętać, że praca na spalonych szczątkach nastręcza wielu trudności. Badanie tego materiału to dla genetyków prawdziwy koszmar. Z takiego materiału niezwykle trudno wyodrębnić markery, które pozwalają określić płeć. Mimo to udało nam się ustalić, że chromosomy, które wyodrębniliśmy, są kobiece. Być może była to Ewa Braun, ale nie jesteśmy tego pewni”.

W studio, wśród zaproszonych do udziału w programie, znalazła się starsza kobieta, która nie kryła oburzenia. Rimma Markowa, sławna aktorka, znana z radzieckich filmów, była uosobieniem nostalgii, wspomnieniem czasów stalinowskich. Choć liczyła już osiemdziesiąt pięć lat, miała mnóstwo energii: „Jak mógł pobrać te próbki? A teraz jeszcze oznajmia światu, że je ukradł! Za to, co zrobił, powinien trafić do więzienia!”.

Bellantoni: „Jestem tylko naukowcem, któremu zaproponowano zbadanie tej czaszki”.

Rimma Markowa: „Niech nam pan powie, kto panu dał te próbki? Pracownik archiwum czy przedstawiciele pańskiej stacji telewizyjnej?”.

Wciąż to samo pytanie. Bellantoni czuł się osaczony. Czy załamie się w programie na żywo?

Bellantoni: „Mieliśmy zezwolenie na przeprowadzenie badań i pobranie próbek. Tak ustalono w kontrakcie. Pragnę jeszcze raz podkreślić, że pracowałem nad tym projektem jako naukowiec. Jeżeli chcą państwo poznać więcej szczegółów, proszę zwrócić się z tym pytaniem do kierownictwa stacji [History Channel – przyp. aut.]”.

Minęło siedem lat. Teraz to my poprosiliśmy Nicka Bellantoniego, żeby wyjaśnił, jak zdobył te fragmenty czaszki. Nie kazał nam długo czekać na odpowiedź: „Nasza ekipa uzyskała zgodę na zabranie kilku drobnych odprysków kości, które się wykruszyły z czaszki. Nie uszkodziliśmy samej czaszki, nie pobieraliśmy z niej próbek […]. Nie przywiozłem tych odłamków do Stanów Zjednoczonych. Przekazali je nam producenci, już po powrocie na uniwersytet, gdzie mieliśmy prowadzić analizy. Przypuszczam, że ten materiał dostali od oficjeli. Możecie to sprawdzić w stacji History Channel”.

Tak też uczyniliśmy.

Joanna Forscher była producentem dokumentu Nicka Bellantoniego o czaszce Hitlera. Udzieliła nam ścisłej i jednoznacznej odpowiedzi: „Często zadawano mi to pytanie, niestety jednak nie mogę ujawnić szczegółów uzyskania przez nas dostępu do czaszki”. A zakończyła dość zagadkowym stwierdzeniem: „I tak zresztą nie dałoby się już odtworzyć okoliczności naszego dostępu”.

Mimo upływu siedmiu lat okoliczności te nadal pozostają tajemnicą. A pracownicy GARF-u od tamtej pory nie wyzbyli się głębokiego urazu.

Larysa zacisnęła zęby. Jej gniew nie był wymierzony w nas – obrzuciła Dinę i Nikołaja piorunującym spojrzeniem. Czyżby chodziło o korupcję? Zapłacono pracownikowi archiwum, aby na chwilę zostawił amerykańskich naukowców sam na sam z „trofeum” Stalina? „Nie wiemy, co się stało”, ucięła dyrektorka, wstając. „Z pewnością jednak wszystko to było nielegalne, a my kwestionujemy wyniki tych analiz”.

Obawialiśmy się, że nasze spotkanie może się przedwcześnie skończyć. Musieliśmy znaleźć sposób, żeby je przedłużyć, zyskać trochę czasu na przekonanie dyrektorki o naszych dobrych zamiarach. My też chcieliśmy przeprowadzić testy czaszki. Kto może wydać nam potrzebne zezwolenia? To zasadnicze pytanie, jedyne naprawdę ważne, Lana zadała w chwili, gdy Larysa wychodziła już z sali. Nie usłyszeliśmy odpowiedzi. Nie poddając się, Lana podążyła za nią korytarzem – nie zamierzała rezygnować. Doszły już do sekretariatu, jeszcze kilka metrów i dyrektorka znajdzie się w swoim gabinecie. Rosyjska grzeczność nie pozwoliłaby nam wejść tam bez zaproszenia. „Jak mamy to załatwić?”, powtarzała Lana jak najgrzeczniejszym tonem. „Czy decyduje o tym tylko pani? Gabinet Prezydenta…?” Zniecierpliwiona Larysa w końcu odwróciła głowę. „Na pewno nie ja”, rzuciła, by po chwili dodać: „Musicie zwrócić się z tym do biura śledczego! Mówimy już o śledztwie kryminalnym, badaniu zwłok, fragmentu zwłok. A to śledztwo może ponownie otworzyć tylko Ministerstwo Sprawiedliwości”. Szarość murów, które nas otaczały, nagle wydała mi się jeszcze bardziej przygnębiająca, ten szkaradny wykwit siedemdziesięciu lat komunizmu czekał, gotów nas zmiażdżyć. „Wiem, to może zabrać kilka miesięcy, ale poprę waszą prośbę”. Larysa czuła, że byliśmy bliscy załamania. Odniosłem wrażenie, że było jej niemal przykro. „Nie martwcie się”, dodała w końcu. Spasibo, spasibo, dziękowała jej Lana, dając mi znak, żebym się do niej przyłączył. Twarz dyrektorki znów się rozpogodziła. „A właśnie, kto miałby przeprowadzić analizy? Znajdźcie specjalistę bez zarzutu pod względem merytorycznym, nie Amerykanina. Tylko nie Amerykanina”.

Moskwa, październik 2016 roku

Wojna w Syrii, konflikt na Ukrainie i zajęcie Krymu, a także ewentualna ingerencja w wybory w Stanach Zjednoczonych… Tyle związanych z Rosją napięć, tyle powodów, żeby reżim Putina skupił się na własnych problemach, jeszcze bardziej utrudniając nam śledztwo w archiwach państwowych. „To nie jest dobry moment”, powtarzali nam w różnych strukturach rozbudowanej administracji rosyjskiej. W przyszłym miesiącu warunki będą lepsze… po wakacjach, najpierw letnich, potem tych z okazji Wszystkich Świętych… Tak minęło pół roku. Trzy kolejne pobyty w stolicy Iwana Groźnego, trzy podróże na trasie Paryż–Moskwa, z jakim skutkiem? Na próżno! Larisa nadal była dyrektorką GARF-u, ale nie odpowiadała już na nasze próby kontaktu. Jej sekretariat stał się barykadą między nią a nami i trzeba przyznać, że był zdumiewająco skuteczny. Lana, moja współpracowniczka, dorastała w tym kraju za czasów, kiedy nazywał się jeszcze Związek Radziecki. Rozumiała reakcje rosyjskich władz. „W oczach moich rodaków Zachód źle nam życzy, odtrąca nas”, tłumaczyła. „Nasze śledztwo w sprawie Hitlera nie jest sprawą obojętną. Ta historia z czaszką to w Rosji symbol naszych cierpień podczas drugiej wojny światowej, naszej walki i zwycięstwa. Odkąd pokazano tę czaszkę na wystawie, wciąż podważana jest jej autentyczność. Postępując w ten sposób, Zachód kradnie nam trochę chlubnej przeszłości Związku Radzieckiego”.

A kiedy tę autentyczność kwestionuje Amerykanin, którego zapleczem jest amerykański uniwersytet, a wszystko to emituje amerykańska telewizja, Rosjanie nie są w stanie uwierzyć, że to przypadek. To musi być próba zdestabilizowania sytuacji przez dawnych amerykańskich sojuszników. Choć zatem od maja 1945 roku minęło już ponad siedemdziesiąt lat, Waszyngton i Moskwa nadal spierają się o to, do kogo należy ostateczne zwycięstwo nad Hitlerem. To powoduje, że śledztwo w sprawie Hitlera jest w Rosji kwestią tak drażliwą. A przede wszystkim – tak skomplikowaną.

Human factor. Lana twardo się tego trzyma. Powtarza te dwa słowa głośno, niczym ochronną mantrę czy kabalistyczną formułę. „W moim kraju”, tłumaczy, „nie należy postępować racjonalnie, trzeba zdać się na instynkt i wykorzystywać słabostki rozmówców”. A zatem czynnik ludzki. Ponieważ nasze oficjalne podania i prośby nie przyniosły skutku, musimy postawić na bezczelność.

Zaułek Chołzunowa, elegancka dzielnica wtulona w zakole rzeki Moskwy. Siedziba Archiwum Państwowego Federacji Rosyjskiej.

Bywaliśmy w GARF-ie tak regularnie, że tygodniowy rozkład dyżurów strażników nie miał już przed nami żadnych tajemnic. Najbardziej lubiliśmy wtorki. Tego dnia kontrolę wejść prowadziła dość sympatyczna żołnierka, zupełnie inna niż ten srogi i ograniczony wąsacz z poniedziałku albo prostak z wielkim nochalem z piątków. Drobna i zawsze pogodna strażniczka z wtorku po prostu otwierała barierkę, pozwalając nam wejść bez problemów. W ten jesienny, mokry wtorek zachowywała się jak zwykle. Domyślała się powodu naszej wizyty. „Wciąż ten Hitler, tak?” Czy jest w GARF-ie jeszcze ktoś, kto o tym nie wie? „Do którego wydziału idziecie tym razem?”, zapytała, sprawdzając nasze nazwiska w rejestrze. „A, Dina, idziecie spotkać się z Diną Nikołajewną Nochotowicz? Sądzę, że wiecie, gdzie ją znaleźć… Prosto, ostatni budynek w końcu dziedzińca…” Lana dokończyła za nią: „…środkowe drzwi, czwarte piętro, pierwszy pokój na lewo”. Ton rozmowy był lekki, a jednak i Lana, i ja byliśmy wyjątkowo spięci, bo wiele oczekiwaliśmy po tej rozmowie.

Kiedy pół roku wcześniej oglądaliśmy czaszkę wraz z dyrektorką GARF-u, asystowała przełożonej wspólnie z kolegą, bladym Nikołajem. Dina była kobietą w nieokreślonym wieku. Czas łaskawie obszedł się z tą drobną, energiczną osobą. A może to mroczne sale rosyjskich archiwów państwowych mają taką magiczną moc? Są jak bańka, w której czas się zatrzymuje? Trudno wykluczyć. Już sam fakt, że do jej gabinetu trzeba było iść pieszo, po schodach, niejako przenosił nas w minione czasy radzieckiej utopii. Każde pokonane piętro cofało nas o dekadę. Im wyżej byliśmy, tym bardziej zniszczone i zaniedbane stawały się schody i ściany. Dotarłszy na czwarte piętro, cofnęliśmy się o czterdzieści lat. Znaleźliśmy się nagle w połowie lat siedemdziesiątych, w erze Breżniewa. Dokładnie w tych czasach, w których nadal żyła i miała zostać na zawsze szefowa działu zbiorów specjalnych GARF-u, Dina Nochotowicz.

Myśl o spotkaniu sam na sam z tą wysokiej rangi urzędniczką GARF-u nie od razu przyszła nam do głowy. Kiedy poznaliśmy ją w kwietniu, nie zrobiła na nas najlepszego wrażenia. Trzymająca się w cieniu, milkliwa, pasywna, a potem niemal wroga wobec nas, nie okazywała większego zainteresowania naszym śledztwem. Tak przynajmniej nam się wydawało. Jeszcze nie poznaliśmy jej sekretu. O wszystkim dowiedzieliśmy się dopiero niedawno, w przededniu tego październikowego spotkania. Wraz z Laną po raz kolejny przeglądaliśmy archiwalne dokumenty w siedzibie GARF-u. Młoda dokumentalistka dziwiła się, że tak często tam bywamy. Choć bardzo nieśmiała, w końcu odważyła się zapytać o powody naszych wizyt. Czaszka Hitlera, jego śmierć, dziennikarskie śledztwo… I oczekiwanie na analizę szczątków ludzkich. „Kości? Ale przecież to ona, Dina, je znalazła”. Czaszkę? Nasza żywa reakcja wystraszyła dokumentalistkę, ale nic sobie z tego nie robiliśmy. Musieliśmy dowiedzieć się jak najwięcej. Czyli to Dina znalazła czaszkę? Ale jak? Kiedy? Gdzie? „Zapytajcie ją o to…”, zareagowała nasza informatorka, broniąc się przed natrętami. „O proszę, jest tu, zapytajcie ją”. Szefowa zbiorów specjalnych, nasza nowa przyjaciółka Dina, właśnie kończyła pracę, którą zaczęła zbyt wcześnie, by o tej porze nie czuć zmęczenia. Podczas gdy stara archiwistka zamykała masywne drzwi pancerne – jedne z licznych drzwi na drodze do magazynów archiwum – Lana wdrożyła swą teorię human factor. Porażka. Dina była odporna. Czego jeszcze od niej chcieliśmy? Nie miała czasu. Ani ochoty. Lana sobie nie radziła, nie mogła znaleźć punktu zaczepienia, nie wiedziała, jak przebić się przez ten pancerz. A schlebianie pysze? To mogło zadziałać. „Przecież to nie w porządku, że nie wspominają o pani w tych wszystkich artykułach na temat czaszki Hitlera!”. Poprosiłem Lanę, żeby tłumaczyła mi rozmowę słowo w słowo. Doskonale się z tego wywiązywała. Kontynuowałem, nie dopuszczając Diny do słowa. „Właśnie się dowiedzieliśmy, że odnalezienie tej czaszki zawdzięczamy pani! Dokonała pani historycznego, fundamentalnego odkrycia. Świat powinien się o tym dowiedzieć”. Da, da. Dina raz po raz powtarzała da. Tak. Kiwała głową. Korytarz, w którym rozmawialiśmy, miał około dwóch metrów kwadratowych. Prowadził z trzech pomieszczeń do windy. Był przeciwieństwem miejsca sprzyjającego szczerym rozmowom. „A może miałaby pani ochotę na herbatę, moglibyśmy pójść do kawiarni albo restauracji i tam spokojnie porozmawiać?…” Niezręczność debiutanta, nieznajomość rosyjskiej kultury… Lara wyjaśniła mi później, na czym polegał mój błąd. Mężczyzna nie może zaprosić kobiety do kawiarni czy baru, nawet jeśli ta jest w wieku jego babki. Spotkanie w jej biurze, owszem, to możliwe. Jutro? „Dlaczego nie, jutro. Skoro wam zależy. Ale wątpię, żeby to was szczególnie zainteresowało”, krygowała się Dina, jakby była gimnazjalistką.

Gdyby rangę pracownika mierzyć wielkością jego gabinetu, Dina mogłaby aspirować do funkcji babci klozetowej, na pewno nie do stanowiska szefowej działu zbiorów specjalnych wielkiego archiwum państwowego całej Federacji Rosyjskiej. Jaki błąd musiała popełnić, żeby zesłano ją do tak niewygodnej klitki? Niski, z jednym oknem, tak małym, że dziecku trudno byłoby wysunąć przez nie głowę, pokoik mógł pomieścić najwyżej trzy osoby. Dla kolejnej zabrakłoby tu już powietrza. Wchodziło się do niego prosto ze schodów, bo mieścił się tam, gdzie na innych piętrach toalety. I stąd wzmianka o babci klozetowej.

Gruba na dziesięć centymetrów pajęczyna łagodnie kołysała się przed nami, nad politurowanym stołem. Dina siedziała i pracowała w półmroku. Nie przerwała na nasz widok. Jej barokowa fryzura zdawała się nie podlegać prawu grawitacji, mocno tkwiąc na głowie. Żaden kosmyk nie śmiał się z niej wymknąć. A może to peruka? Nawet nie odrywając oczu od papierów, Dina zwróciła się do Lany. Przypomniała jej, jak cenny jest jej czas. My zaś zapewniliśmy, że doskonale zdajemy sobie z tego sprawę i przepraszamy, że przeszkodziliśmy jej w wypełnianiu obowiązków… Lana nigdy nie cofała się przed pewną przesadą. Dina słuchała jej, ale już z pewnym znużeniem, i wreszcie zdecydowała się na nas spojrzeć. „Zapomniałam, że się umówiliśmy. Jak powiedziałam wczoraj, nie wiem, czy mogę wam w czymś pomóc, a mam jeszcze mnóstwo dokumentów do uporządkowania”. Przemiana rzucała się w oczy. To wzruszające. Dina wystroiła się jak na bal. Róż na policzkach, szminka na ustach. Różowa, chociaż może to odcień fiołkowy albo malinowy, w każdym razie – Dina się umalowała. Nie, nie zapomniała o tym spotkaniu. Czekała na nas. Po raz pierwszy od dawna Lana i ja mogliśmy się odprężyć. Zapowiadało się miłe spotkanie.

Sajgon