Strona główna » Obyczajowe i romanse » Sukienka z mgieł

Sukienka z mgieł

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7779-128-8

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Sukienka z mgieł

Piwnica pod Liliowym Kapeluszem to miejsce niezwykłe. Podobnie jak i jej właścicielka – Weronika, która potrafi odpowiedzieć na pytanie, zanim rozmówca zdąży je zadać, przeczuwa, co się wydarzy, widzi więcej niż inni... I wie, że ludzie przychodzą do kawiarni niekoniecznie po to, żeby się napić dobrej kawy, a ich oczekiwania czasami mają niewiele wspólnego z tym, co figuruje w menu.

Czego więc szukają i co odnajdują w Piwnicy pod Liliowym Kapeluszem jej goście? Małomówny, który nie rozstaje się ze swoim laptopem, zasłaniająca rękawem siniak Krycha Karpieluk, autystyczna Kora i jej mama, Mateusz zamawiający zawsze kawę Monsooned Malabar, Ala o wyglądzie grzecznej dziewczynki i obgryzający paznokcie Andrzejek… I co może zmienić czasami z pozoru niewiele znaczące zdarzenie? Jakaś wizytówka, która wypadła z portfela, ludzik z kamyków, latte podana zamiast czarnej Monsooned Malabar albo kilka słów wypowiedzianych w odpowiednim momencie…

Ci, którzy czytali Poduszkę w różowe słonie, spotkają w Sukience z mgieł starych znajomych i dowiedzą się, co z Brazylijczykiem, z którym Weronikę połączyła nie tylko miłość do kawy, i czy udało się Ani, Hance i Łukaszowi.

Polecane książki

Wspomnienia rockowej młodości i artystycznego podziemia z czasów PRL, refleksje dotyczące przeczytanych książek, obejrzanych filmów i spektakli, rozważania o wierze i... wątpieniu. Ksiądz Andrzej Luter kieruje się zasadą, że najważniejszy jest człowiek, a dopiero w dalszej kolejności jego pogląd...
XIX-wieczny Londyn. Szesnastoletnia Lady Violet Adair przygotowuje się do debiutu w towarzystwie, zgodnie z nakazem ojca, choć najchętniej nie opuszczałaby swojego laboratorium. Gdy podczas balu dochodzi do morderstwa, Violet rozpoczyna śledztwo, które prowadzi ją do kostnicy, gdzie w zwłokach ofiar...
Trzytomowa monografia stanowi kompleksowe opracowanie kategorii wolności, jaką posługiwali się w doktrynach polityczno-prawnych przedstawiciele zachodniego kręgu cywilizacyjnego od czasów antycznych aż do współczesności. W prezentowanej publikacji omówiono koncepcje myślicieli starożytnych (Platona,...
Książka Zioła. Naturalne lekarstwa z pól i ogrodów zawiera charakterystykę 100 gatunków roślin leczniczych, informacje na temat ich właściwości, możliwości uprawy, sposobu zbioru, a także wykorzystania. Cennym uzupełnieniem są szczegółowe opisy wykonania leczniczych preparatów i sposób ich zasto...
W pracy zbrojarza-betoniarza wymagany jest dobry stan zdrowia i kondycja fizyczna ze względu na wiele zagrożeń dla zdrowia i życia pracowników czy osób postronnych. Przedstawiamy warunki pracy oraz zagrożenia na tym stanowisku....
Pierwsza od 2010 roku książka nagrodzonego Impac Prize autora powieści Nawet psy. Za powieść Zbiornik 13 Jon McGregor został nominowany do The Man Booker Prize 2017. Prezentowany tom to historia życia wielu osób w cieniu tragedii jednej rodziny. Środek zimy, pierwsze lata XXI wieku. Przebywa...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Joanna M. Chmielewska

Strony tytułowe

Strona redakcyjna

Copyright © 2012, Joanna M. Chmielewska

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach
przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz
wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych — również częściowe — tylko za
wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN: 978-83-7779-128-8

Projekt okładki: Maciej Sadowski

Opracowanie redakcyjne: Dorota Koman

Publikację elektroniczną przygotował

Dedykacja

Dorocie Aldonie

z podziękowaniem za
rogaliki,

przegadane noce

i to, co między słowami…

Treść

Weronikę wychowały koty.

Iris, Mores, Esmeralda, Barnaba, Diki… W jej domu
koty były zawsze.

Najwcześniejsze wspomnienie Weroniki to Iris — chuda,
czarna kotka zwinięta w kłębek na fotelu tuż obok łóżeczka, tak blisko, że
wystarczyło wysunąć rękę przez szczebelki, żeby dotknąć miękkiego futerka
i już nie tylko słyszeć, ale też poczuć palcami mruczenie, to mruczenie,
które sprawiało, że oczy zamykały się same, a Weronice wcale nie chciało
się ich otwierać, bo było jej tak dobrze…

Czasami Iris wskakiwała do łóżeczka i wtedy było
jeszcze lepiej. Zanurzona w ciepłą miękkość dziewczynka nie wiedziała już,
czy to mruczy Iris, czy też kotka jakimś cudownym sposobem nauczyła
mruczeć i ją. Na fali tego mruczenia Weronika unosiła się gdzieś w błogość
nieopisaną i nawet kiedy chciało jej się siku, nie ruszała się, żeby nie
spłoszyć Iris.

Kiedyś się przez to posikała. Zmoczyła łóżko. Tak
bardzo bała się, że mama będzie krzyczeć. Bo chociaż Weronika ciągle
jeszcze spała w dziecięcym łóżeczku, to przecież już od dawna chodziła bez
pieluchy. Mama nie gniewała się jednak wcale, tylko zbadała ją, tak jak
badała swoich pacjentów — dotykając czoła, sprawdzając, czy nie ma
gorączki, macając brzuch. Potem kazała nasikać do słoiczka i spytała, czy
nic ją nie boli, a Weronika żałowała, że nie, bo może gdyby coś bolało, to
mama siedziałaby z nią i wcale nie poszła do pracy.

„Może zbadają to siku w słoiczku i znajdą tam coś
takiego, że mama będzie musiała zostawić swoich pacjentów i pobędzie ze mną w domu” — myślała z nadzieją. I wyobrażała sobie,
że pójdzie z mamą na spacer, a potem mama poczyta jej książkę i wreszcie
nigdzie nie będzie się spieszyć.

Ale niestety nic nie znaleźli, mama powiedziała, że
Weronika jest całkiem zdrowa i poszła do pracy jak zwykle, a ona została z
panią Czesią czy z panią Kasią, a może to była pani Halinka, tego nie
pamiętała; bo te panie, które miały się nią opiekować, zmieniały się
bardzo często i właściwie wcale się nią nie zajmowały, tylko ciągle
malowały paznokcie albo oglądały telewizję i napominały, żeby nie
rozrzucała zabawek, bo potem trzeba je sprzątać. I żeby bawiła się ciszej,
bo telewizora nie słychać.

Opiekunki Weroniki ciągle się zmieniały. Iris była
zawsze.

Iris, która podobno kiedyś, gdy całkiem maleńka
Weronika zakwiliła, próbowała jej podsuwać swoje sutki do ssania; Iris,
która słysząc płacz Weroniki, szła po jej mamę i ciągnęła ją za spódnicę;
Iris, która nie spieszyła się do żadnych pacjentów, nigdy nie malowała
paznokci, nie oglądała telewizji i zawsze miała czas dla Weroniki — bawiła
się z nią w chowanego, goniła kłębek włóczki lub dmuchnięte przez
dziewczynkę piórko, oblizywała jej wysmarowane masłem palce i stłuczone
kolana.

Iris była zawsze… chociaż miała też swoje kocie
sekrety i czasami znikała z domu na kilka godzin. Weronika bała się wtedy,
że coś jej się stanie albo znajdzie sobie jakąś inną dziewczynkę do
kochania i już nigdy nie wróci.

Ale Iris wracała.

Wracała pachnąca tajemnicą, odrobinę obca — i chwilę
trwało, zanim oswoiły się ze sobą na nowo. Weronika zazdrościła jej tych
wypraw i czasami marzyła, że zmienia się w kota i biegają z Iris po lesie,
wskakują na drzewa, gonią motyle, tarzają się w trawie i rozmawiają po
kociemu. I nie ma już między nimi żadnych tajemnic, a Weronika nie musi
siedzieć z panią Czesią czy z panią Kasią albo z panią Irenką i czas do
powrotu mamy nie dłuży się już tak strasznie. I może wybiegać za furtkę
i chodzić gdzie chce, i nikt nie każe jej być cicho, żeby nie przeszkadzać
pacjentom, tym pacjentom, którzy przychodzą do gabinetu do mamy i taty,
kiedy rodzice wracają z pracy w szpitalu, i zabierają rodzicom czas. I już
zupełnie nie wystarcza go dla Weroniki. A nawet kiedy kolejka pacjentów
zniknie wreszcie spod drzwi, rodzice ciągle jeszcze o nich rozmawiają i
Weronika w ogóle nie ma szans, żeby cokolwiek powiedzieć. Potem mycie,
szybki buziak na dobranoc i do łóżka. Czasami udaje się zatrzymać mamę
albo tatę na dłużej, ale przeważnie mówią, że są zmęczeni i jutro rano
znowu muszą iść do pracy, i żeby Weronika poczekała na niedzielę. Weronika
czeka więc niecierpliwie na tę niedzielę, a potem okazuje się, że któreś z
rodziców ma dyżur i nie pojadą wszyscy razem do kina.

Gdyby mogła zmieniać się w kota, to tyle ciekawych
rzeczy by się działo, że może nie myślałaby bez przerwy, kiedy ci rodzice
wreszcie wrócą. I gdyby była kotem, to schowałaby się pod tą wielką szafą
w gabinecie i popatrzyłaby, co tata i mama robią tam tak długo z tymi
pacjentami.

„Ale to byłoby fajne” — myślała Weronika, a leżąca na
jej kolanach Iris mruczała coś po swojemu i dziewczynka nie miała pojęcia,
czy kotka zgadza się z nią, czy nie.

Iris…

To dla Iris Weronika nauczyła się mówić „r”, bo
denerwowała się, że nie może dobrze wymówić imienia kotki. Ćwiczyła
wytrwale, męcząc „czarną krowę w kropki bordo” czy też raczej „czalną
klowę w klopki boldo” wiele razy dziennie, a kiedy wreszcie wyszło jej to
„r”, pobiegła nie do mamy, nie do taty, tylko do Iris właśnie i wymawiała
jej imię z nabożeństwem, powtarzając:

— Iris, Iris, Iris, zobacz, już umiem.

A Iris najwidoczniej zrozumiała, ile to dla niej
znaczy, bo wskoczyła dziewczynce na kolana i mruczała tak pięknie, tak
pięknie jak jeszcze nigdy i siedziała jej na kolanach długo, bardzo długo,
a Weronika głaskała kotkę, szepcząc cichutko:

— Iris… Iris…

I siedziałyby tak jeszcze dłużej, gdyby mama nie
zawołała Weroniki na kolację. Miska Iris też była pełna, ale kotka nawet
do niej nie podeszła, tylko wyciągnęła się pod stołem, opierając łepek o
stopy dziewczynki, i dzięki temu Weronice było tylko trochę smutno, gdy
mama nie zauważyła, że powiedziała: „Chcę chleba z serem”. Powiedziała
„serem”, a nie „selem”, ale mama tego nie zauważyła. Tata też nie. Nie
zauważyli tego, chociaż w czasie tej kolacji jeszcze kilka razy prosiła o
ser. Jeden plasterek zjadła sama, a resztę ukradkiem wsunęła pod stół,
prosto do pyszczka kotki.

Oprócz Iris był jeszcze Mores, pręgowany kocur z
nadszarpniętym uchem, który przybłąkał się, kiedy Weronika dobrze już
wymawiała „r”, a jej dziecięce łóżeczko zastąpił śliczny pomarańczowy
tapczanik.

Weronika doskonale pamiętała ten dzień, kiedy rodzice
zabrali ją do sklepu meblowego i zobaczyła ten tapczanik stojący samotnie
w sklepowym kącie. I była pewna, że czeka tu właśnie na nią. Nie chciała
oglądać żadnego innego, chociaż tata mówił, że ten drugi, granatowy, byłby
praktyczniejszy, i że może w innym sklepie znajdą jeszcze lepszy, że
trzeba najpierw zobaczyć, a nie tak od razu kupować. Ale Weronika uparła
się i już! Uparła się, chociaż pragnęła, żeby ten dzień bardziej
świąteczny niż niedziela trwał jak najdłużej — ten dzień, kiedy rodzice
zostawili wreszcie pacjentów, mama trzymała Weronikę za rękę, a tata
pytał, pod którą ścianą w swoim pokoju chciałaby postawić nowy tapczanik.

Rozmawiali z nią!

Nareszcie z nią rozmawiali, chociaż nie miała
cukrzycy, zapalenia opon mózgowych, stanu przedzawałowego ani żadnej z
tych chorób, z którymi przychodzili pacjenci. Nie miała nawet gorączki ani
kaszlu, była zupełnie zdrowa, a rodzice i tak się nią interesowali.

Dlatego Weronika chciałaby chodzić po sklepach jak
najdłużej, byle tylko nie wracać do domu, bo tam na pewno czekała już
kolejka pacjentów, a tutaj rodzice byli tylko dla niej; chciałaby, żeby
ten czas trwał i trwał. Ale nie mogła przecież zostawić tapczanika w
kolorze pomarańczy, tapczanika, który czekał tu specjalnie na nią; nie
mogła go zostawić, bo jeśli nie kupią go teraz, to w następnym sklepie
rodzice mogą znaleźć jakiś inny i już nie będą słuchać Weroniki, wezmą
tamten i już.

A wtedy ten tapczanik, który czekał na nią, wyblakłby
z tęsknoty i już nie przypominałby pomarańczy, tylko spraną ścierkę, i
nawet jeśli ktoś by go kiedyś kupił (ale czy ktoś chciałby tapczanik w
kolorze spranej ścierki?), nawet jeśli znalazłby się ktoś taki, kto
zabrałby go do domu, to i tak tapczanik nigdy nie byłby szczęśliwy, bo
tęskniłby za Weroniką. A ona też myślałaby o nim i na żadnym innym nie
mogłaby spać spokojnie.

Wyrzekła się więc czasu świątecznego i wyszli wszyscy
razem ze sklepu z tapczanikiem, i nawet nie poszli już na lody, co też
było w planach, bo tapczanik nie mieścił się do ich samochodu, a pan mógł
im go zawieźć tylko teraz, więc pojechali do domu, gdzie pod drzwiami na
tatę czekał już pacjent, a potem przyszło jeszcze dwóch („Bo my nie
wiedzieliśmy, panie doktorze, że pan dzisiaj nie przyjmuje”) i tata
przyjął ich oczywiście, a Weronika, głaszcząc zapakowany tapczanik,
czekała, aż tata skończy.

Przyszedł wreszcie, rozpakował tapczanik i ustawił go
blisko okna — zgodnie z życzeniem Weroniki, która chciała, żeby stał gdzie
indziej niż jej dziecinne łóżeczko. A potem Weronika, mama i tata
sprawdzali, czy jest wygodny, i znowu było świątecznie i tak domowo jak
nigdy. Był wygodny, naprawdę wygodny, wszyscy tak uważali, nawet Albert —
miś, do którego przytulała się Weronika, kiedy nie było przy niej Iris —
Albert też wolał tapczanik niż stare łóżeczko. Tylko Iris nieufnie
obwąchała nowy nabytek, a potem wróciła na swój stary fotel.

Ale kiedy pościelono tapczanik, Weronika wyciągnęła
się na nim, a rodzice wyszli już z pokoju, Iris wskoczyła na poduszkę, a
dziewczynka wtuliła się w nią jak zawsze i wdychając zapach kotki
wymieszany z zapachem świeżej pościeli, nowego tapczanika i maminych
perfum, poczuła, że tak właśnie pachnie szczęście…

Ach, gdyby mogła zamknąć ten zapach w butelce, miałaby
magiczne lekarstwo na smutek!

Tak bardzo żałowała wtedy, że nie jest czarodziejką…

Pomarańczowy tapczanik wchłonął jednak chyba trochę
szczęścia i Weronika naprawdę bardzo go polubiła. Mores zresztą też. Po
powrocie ze swoich wielodniowych kocich wypraw wyciągał się na nim jak
długi, przymykał oczy i mruczał. Zachęcona tym mruczeniem Weronika czasami
siadała obok i próbowała go przytulić albo pogłaskać, ale wtedy
natychmiast przestawał mruczeć i poruszał nerwowo ogonem. O nie, nie
zamierzał tolerować żadnych pieszczot, kiedy nie miał na nie ochoty. Za to
kiedy miał, wskakiwał Weronice na kolana, a ona szczęśliwa, że została
wybrana, potrafiła siedzieć tak bardzo długo, głaszcząc go powoli,
miarowymi ruchami, tak jak lubił; i nawet kiedy cierpły jej nogi, nie
ruszała się, żeby nie spłoszyć kota. Mores łaskawie pozwalał na te
pieszczoty, a gdy już mu się znudziło, bez uprzedzenia zeskakiwał z kolan
i odchodził. Nigdy nie reagował na „kici, kici”, znikał na kilka dni,
wracał, kiedy mu się podobało, nierzadko ze skaleczoną łapą lub podrapanym
pyskiem.

Bo Mores był kotem walecznym. Gdy tylko się pojawił,
od razu nauczył okoliczne koty moresu (stąd jego imię). Od tej pory
omijały ich podwórko szerokim łukiem.

A Weronikę nauczył, że z kotem należy się liczyć.

O tak, Mores był zupełnie inny niż Iris. Pieszczoty z
Iris były codziennością, pieszczoty z Moresem — świętem.

Potem były w życiu Weroniki inne koty: kapryśna
Esmeralda, leniwy Barnaba, zaczepny Diki. Właściwie zawsze był w domu
jakiś kot, bo rodzice uważali, że obecność zwierząt dobrze wpływa na
dziecko.

Weronika, która nie chodziła do przedszkola
(przedszkole znajdowało się w przeciwnym kierunku niż szpital, poza tym
rodzice uważali, że przedszkole to wylęgarnia zarazków) i prawie nie miała
kontaktów z dziećmi (w sąsiedztwie dzieci nie było, a kuzyni, których
spotykała przy okazji rodzinnych uroczystości, mieli po kilkanaście lat),
myślała, że tak jest wszędzie; że wszyscy rodzice biegają z pracy do
gabinetu i że w domach innych dzieci też ciągle zmieniają się opiekunki, i
wtedy nagle zamiast pani Czesi zjawia się pani Halinka, a pani Czesia nie
przychodzi już nigdy, chociaż obiecała, że pokaże Weronice zdjęcie swojego
kota — Weronika tak bardzo chciała je zobaczyć, bo zupełnie nie mogła
sobie wyobrazić swojej opiekunki z tym kotem, że ona go głaszcze albo
trzyma na kolanach; wyobraźnia podsuwała jej tylko obraz pani Czesi
przepędzającej kota miotłą.

Weronika myślała, że wszystkie dzieci mają koty.

Była o tym święcie przekonana, toteż gdy w odpowiedzi
na pytanie: „Jak się nazywa twój kot? ” — zadane Agnieszce, rówieśniczce
poznanej przed chwilą na imieninach pani Teresy, znajomej rodziców —
usłyszała: „Ja nie mam kota”, po prostu nie mogła w to uwierzyć.

— Jak to? Nie masz kota, który się tobą opiekuje?

— Co?

— Naprawdę nie masz kota?

— Nie! Za to ty masz na pewno! W głowie! —
zdenerwowała się Agnieszka.

A potem wszystkie dzieci zaczęły się śmiać. Najpierw
Krzysiek, który ciągle wycierał nos w rękaw, po nim Agnieszka, Mariusz,
Ania, a w końcu i Małgosia.

Małgosia, o której Weronika pomyślała, że chciałaby
zaprosić ją do domu. I mogłyby razem bawić się w sklep albo w szpital, w
co tylko Małgosia by chciała. I pokazałaby jej swoje zabawki. A może nawet
opowiedziałaby jej bajkę o tęczowych ludziach. Bajkę, którą Weronika sama
wymyśliła. I nikomu jej jeszcze nie opowiadała. Ale Małgosi mogłaby
opowiedzieć. Tak myślała przedtem. Ale teraz, kiedy Małgosia śmiała się
razem z innymi, Weronika już nie chciała się z nią bawić. Wcale.

— Co się stało? — usiłowała dowiedzieć się od
dzieci pani Teresa, kiedy Weronika z płaczem przybiegła do mamy.

— Bo ona nie umie się bawić w ciepło-zimno —
usłyszała z drugiego pokoju Weronika.

— Nie wie nawet, co to jest głuchy telefon!

— W chińczyka też nie umie grać! I nie chodzi do
przedszkola!

— W nic nie umie się bawić! I ciągle coś gada o
kotach.

— Ona jest jakaś dziwna!

To wtedy Weronika po raz pierwszy usłyszała, że jest
dziwna. To słowo ukłuło ją jak drzazga i jak drzazga utkwiło gdzieś w
środku, nie pozwalając o sobie zapomnieć. Co z tego, że wreszcie poszła do
przedszkola, nauczyła się bawić w głuchy telefon i grać w chińczyka i w
warcaby, i w klasy, i w gumę?

Co z tego, kiedy to słowo ciągle wracało.

Prześladowało ją w przedszkolu i w szkole, wracało w
szeptach koleżanek, w rzucanych ukradkiem na Weronikę spojrzeniach, w
znaczących uśmieszkach. To dlatego nosiła długą grzywkę i zawsze
rozpuszczone włosy. Żeby się przed nim schować. To dlatego garbiła się i
uciekała wzrokiem. Żeby nie zwracać na siebie uwagi. Ale to nie pomagało.
Nie pomagało wcale. I Weronika wiedziała, że nie pomaga. Tylko że… nie
umiała inaczej. Bo nie umiała odróżnić, co dzieci uznają za normalne, a co
nie.

Czasami na przykład odpowiadała na pytanie, zanim
rozmówca zdążył je zadać, i nie widziała w tym nic nadzwyczajnego, bo
skoro wiedziała, o co chce ją zapytać, to po prostu odpowiadała i już.
Ludzie dziwili się, skąd ona może to wiedzieć, a Weronika dziwiła się, że
inni tego nie potrafią. W końcu — żeby nie wzbudzać sensacji — nauczyła
się czekać, aż pytanie padnie.

— Nie męcz ich. Przecież one też chcą żyć —
powiedziała kiedyś Darkowi z trzeciej „ce”. A powiedziała to spokojnie
tylko dlatego, że Darek jej się podobał, chociaż po tym, co zrobił,
podobał jej się jakby mniej.

— Kto? — spytał zdziwiony.

— Mrówki.

— Jakie… — I nie dokończył, bo już wiedział, o co
Weronice chodzi. Wracając z magazynku na boisko z piłką, po którą wysłał
go nauczyciel, odbijał ją o ziemię, celując w łażące po chodniku mrówki.
Tylko że… tylko że Weronika nie mogła tego widzieć! Nie mogła, bo była w
tym czasie na boisku po drugiej stronie szkoły. I nie mogła od nikogo o
tym słyszeć, bo po drodze Darek nikogo nie spotkał. I nikt go nie widział.
Nikt. Był tego pewien.

— Skąd wiesz? — spytał, patrząc na nią jakoś tak
inaczej.

— Wiem — odpowiedziała, nie wyjaśniając nic
więcej, a Darek od tej pory zaczął jej unikać.

Ale ona się tym specjalnie nie przejęła. Nie mogła już
lubić go jak dawniej, bo nadal deptał mrówki, chociaż nie robiły mu nic
złego, i zabijał pająki. Weronika zaś patrzyła pod nogi, żeby nie
skrzywdzić jakiegoś stworzonka, nigdy nie zrywała kwiatów, a kiedy czasem
zaczepiła o jakąś gałąź, głaskała ją przepraszająco. Starała się nie
chodzić po trawie i kochała las, który rósł w pobliżu domu. Nie był to
wielki las, ale Weronice wystarczał.

Tam miała swoją Malinową Polanę i Poziomkowe Pole,
Ziemię Ślimaków, gdzie trzeba było bardzo uważać, żeby nie wpaść na
winniczka, i Krainę Krasnoludków. Weronika nigdy nie spotkała żadnego
krasnoludka, ale przecież musiały tam mieszkać, bo to było miejsce wprost
dla nich stworzone — skupisko omszałych kamieni, a między nimi miniaturowe
korytarze, częściowo zarośnięte mchem maleńkie jaskinie, jakieś wykopane
pod kamieniami norki…

Godzinami potrafiła wypatrywać krasnoludków, siedząc
nieruchomo, żeby ich przypadkiem nie przestraszyć. Widywała dzięcioły,
zięby, kowaliki, wiewiórkę mieszkającą chyba gdzieś w pobliżu, bo bywała
tu często, ryjówkę wracającą zapewne z odwiedzin u krasnoludków, bo
wybiegła z norki pod kamieniem, jaszczurkę zwinkę wygrzewającą się na
trawie, nie mówiąc już o biedronkach, żuczkach, mrówkach, pająkach i
innych małych stworzonkach, których wszędzie było pełno. Ale krasnoludków
nie spotkała nigdy. Może nie miały do niej zaufania…

Weronika lubiła wszystkie miejsca w lesie, a
najbardziej kochała zagajnik pełen młodych brzóz, który nazwała Brzozowym
Królestwem. Niektóre z rosnących tam drzew nie dorównywały wzrostem
Weronice, zdarzały się wśród nich nawet zupełnie malutkie brzózki
dzidziusie, dopiero co wyrosłe z ziemi, inne zaś były od niej wyższe. A
największa ze wszystkich i najpiękniejsza była Królowa Brzoza.

Weronika kładła się pod nią i czytała książkę albo,
obserwując chmury na niebie, wymyślała różne historie lub też po prostu
zamykała oczy i leżała tak, wsłuchując się w odgłosy lasu. W takich
chwilach miała wrażenie, że jej ciało zakorzenia się w ziemi, a ona sama
staje się częścią jakiejś większej całości, jest po trosze i lasem, i
słońcem, i powietrzem, i kroplą rosy, nie przestając jednocześnie być
sobą… To było niezwykłe uczucie i Weronika chciała je zatrzymać, ale nie
potrafiła — niezwykła chwila mijała, a pozostawało tylko wspomnienie i
tęsknota.

Kiedy było jej źle, Weronika przytulała się do
szorstkiego pnia Królowej Brzozy i rozmawiała z nią. Właściwie mówiła
tylko Weronika, Królowa nie odzywała się wcale, ale dziewczynce to nie
przeszkadzało. Czasami nie mówiła nic, tylko płakała, a zdarzało się i
tak, że nie mogła płakać, chociaż chciała — bo może wtedy byłoby jej lżej
— ale łzy nie płynęły i tylko gdzieś w środku, w brzuchu albo w piersiach,
sama nie wiedziała gdzie, bolało ją tak strasznie, że aż trudno było
oddychać.

Tak czuła się wtedy, gdy przypadkiem usłyszała, jak
mama mówi do taty:

— Gdybyśmy nie mieli dziecka, to moglibyśmy tam
pojechać i oboje zrobilibyśmy doktorat.

Co to jest ten doktorat, Weronika nie wiedziała i nie
rozumiała, czemu rodzice nie mogą go robić w domu. Przecież ona mogłaby im
pomóc, gdyby jej tylko pokazali, jak to się robi. Chyba że to jest coś
takiego, czego dorośli nie chcą pokazywać dzieciom, coś jak filmy dla
dorosłych. Ale jeśli tak, to Weronika mogłaby przecież siedzieć w swoim
pokoju jak zawsze, a oni niech sobie robią ten swój doktorat. Wcale by im
nie przeszkadzała. Takie myśli przebiegały jej przez głowę i próbowała je
zatrzymać, żeby nie słyszeć tej najgłośniejszej, której zagłuszyć nie
mogła i która powracała ciągle echem: „Gdybyśmy nie mieli dziecka…”;
„Gdybyśmy nie mieli dziecka” — huczało w głowie Weroniki jak wyrzut i nie
mogła nie myśleć, że jest dla rodziców przeszkodą, że gdyby nie ona, to
mogliby zrobić sobie ten swój doktorat i mogliby siedzieć w szpitalu albo
w gabinecie cały czas, mogliby tam spać i wcale nie musieliby przychodzić
do domu, i nie musieliby myśleć o Weronice, i może wtedy… może wtedy
byliby naprawdę szczęśliwi.

Weronika chciała, żeby byli szczęśliwi, nawet jeśli to
ich szczęście wydawało się jej niezrozumiałe i nawet jeśli w ich szczęściu
nie było miejsca dla niej. I dlatego wrzuciła do plecaka ciepły sweter,
kurtkę, koc, kawałek chleba, latarkę, kilka książek — nawet nie patrzyła
jakich, bo słowa „Gdybyśmy nie mieli dziecka” nie pozwalały się skupić na
niczym. Ale bez książek nie umiała żyć, wzięła więc kilka z półki z
ulubionymi tytułami, zabrała jeszcze butelkę wody, szczoteczkę do zębów,
przy paście się zawahała (była tylko jedna tubka, jeśli ją zabierze, czym
mama i tata będą myć zęby?). „W ciągu jednego dnia może bakterie im zębów
nie zniszczą, zresztą, rodzice mają więcej pieniędzy, więc sobie jutro
kupią” — pomyślała, chowając pastę do plecaka razem ze świnką skarbonką, w
której dzwoniły jakieś drobniaki.

A potem wymknęła się z domu i pobiegła do Królowej
Brzozy, a słowa ciągle dudniły jej w głowie i gniotły ją gdzieś w środku,
gniotły tak mocno, że aż trudno było oddychać, i nie chciały wypłynąć
łzami, nie chciały, chociaż Weronika zaciskała powieki z całych sił, ale
to nic nie pomagało. Przywarła wtedy do Królowej z całych sił, aż kora
wbiła się jej w ręce i w skronie, ale to dobrze, bo wtedy tam w środku
bolało jakby trochę mniej. A potem zasnęła na kocu pod brzozą.

Obudziła ją Iris, która siedziała przy niej na brzegu
koca, a obok leżała nieżywa mysz, przyniesiona specjalnie dla Weroniki. Ta
mysz ją rozczuliła. To dzięki niej wróciła do domu. I dzięki Iris. I
dzięki Królowej Brzozie, która bezgłośnie szeptała, że przecież zawsze tu
będzie. I że Weronika może do niej przychodzić, kiedy tylko zechce.

*

Weronikę wychowały koty. I dlatego nie mogła spokojnie
leżeć w łóżku, kiedy tam, na dworze, jakiś nieszczęśliwy kot miauczał
przeraźliwie. Miauczał tak już od jakiegoś czasu, nie wiedziała jak długo,
bo kocia skarga niedawno ją obudziła. Zegar wskazywał drugą, zatem spała
zaledwie godzinę, a rano musiała wcześnie wstać, żeby załatwić jeszcze
kilka spraw przed otwarciem kawiarni. Miała nadzieję, że kot wreszcie
ucichnie, a ona z czystym sumieniem będzie mogła znowu zasnąć. Oczy
zamykały się jej same i raz za razem zapadała w niespokojny półsen, z
którego wyrywało ją kocie wołanie o pomoc.

Wreszcie Weronika nie mogła już tego znieść. Zwlekła
się z łóżka. Majowa noc była ciepła, a Weronice nie chciało się ubierać,
włożyła więc tylko kapcie, z szafki z rupieciami wygrzebała latarkę i,
starając się nie robić hałasu, wyszła przed blok.

Miauczenie przerywane chwilami ciszy dochodziło gdzieś
spod samochodów na parkingu, ale skąd dokładnie, tego nie potrafiła
określić.

— Kici, kici… — nawoływała — kici, kici… — Ale
kot zamilkł i wcale się nie pokazywał. Weronika nasłuchiwała jeszcze
chwilę, a skoro nic się nie działo, zawróciła w stronę domu.

I wtedy kot rozpłakał się znowu.

— Kici, kici… Kici, kici… — wołała Weronika,
chodząc z latarką po parkingu i zaglądając pod samochody, a kot to milkł,
to odzywał się znowu — za każdym razem z jakiegoś innego miejsca, tak
jakby bawił się z nią w chowanego. Po jakimś czasie miała już tego
serdecznie dość, ale przecież nie mogła tak zostawić bezradnego,
przestraszonego zwierzaka. Najprawdopodobniej był to mały kociak, który
zabłąkał się gdzieś pod samochodami i nie umiał stamtąd wyjść.

Weronika nie miała pojęcia, jak mu pomóc. Szła za
głosem raz w jedną, raz w drugą stronę, bezskutecznie nawołując i
wypatrując kota. Mogli się tak bawić w chowanego do rana albo jeszcze
dłużej, zanim nie odjadą samochody, o ile któryś z nich nie przejedzie
przerażonego kota albo o ile zwierzak wcześniej nie zwariuje ze strachu.
Nie, to nie miało najmniejszego sensu. Ale przecież nie mogła teraz ot tak
po prostu pójść sobie do domu i jakby nigdy nic położyć się do łóżka. A
najwidoczniej tylko ją postawiła na nogi kocia tragedia, bo w żadnym oknie
nie paliło się światło. No cóż, mogła liczyć tylko na siebie.

Zamknęła oczy i wzięła trzy głębokie oddechy.
Zmęczenie i zniecierpliwienie nie sprzyjały koncentracji. Odetchnęła
głęboko jeszcze kilka razy. Umysł stopniowo uspokajał się. Była gotowa.

Kot milczał jak zaklęty.

Weronika czekała. Czekała długo (a może tak jej się
tylko wydawało), aż wreszcie zaledwie kilka metrów od niej rozległo się
cichutkie miauknięcie. Podeszła w tę stronę i ukucnęła przy samochodzie,
spod którego dochodziło. Tym razem nie zapaliła latarki i nie odezwała
się. Wyciągnęła tylko rękę. Właściwie nie powinna być zaskoczona, ale
dotknięcie chłodnego, kociego nosa było tak niespodziewane, że gwałtownie
cofnęła dłoń. I nagle w ciszę wdarł się ostry, świdrujący dźwięk
samochodowego alarmu. Weronika aż podskoczyła, a kot zamilkł na dobre i
nie dawał znaku życia, chociaż przeraźliwy dźwięk przebrzmiał już dawno.

Weronikę bolały już nogi od kucania, więc usiadła po
turecku przy samochodzie i nadal czekała, obiecując sobie, że tym razem
nie da się zaskoczyć. Był blisko, wyczuwała to i wyczuwała też jego
wahanie. Nie wiedziała, czy kot odważy się spróbować raz jeszcze. Trwała
nieruchomo, próbując odzyskać jego zaufanie. Skoncentrowana na kocie,
zupełnie nie widziała, co się wokół dzieje. Nie usłyszała ani skrzypnięcia
drzwi od klatki schodowej, ani zbliżających się kroków. Dotarły do niej
dopiero słowa:

— A co pani robi przy moim samochodzie? — Męski
głos dochodził zza pleców Weroniki.

— Ciii… — szepnęła, nie odwracając się nawet. —
Bo się spłoszy. Mógłby pan się trochę odsunąć? Czekam na kota.

Powiedziała te słowa takim tonem, jakby czymś
najzwyczajniejszym na świecie było siedzenie w środku nocy w pozycji
joginki, pod latarnią, przed maską cudzego samochodu. I jeszcze do tego w
piżamie.

Filip posłuchał. Posłuchał, choć przecież powinien jej
zrobić awanturę, że go obudziła, i skłonić do zostawienia jego samochodu w
spokoju. Zaglądała właśnie pod maskę. Jeśli czegoś dotknie, znowu włączy
się alarm, więc powinien temu zapobiec, przepędzić tę dziewczynę i jak
najszybciej wrócić do łóżka, bo rano nie usłyszy budzika i jak zwykle się
spóźni. A tymczasem nie robił nic z tych rzeczy, tylko stał posłusznie w
odległości kilku kroków od niej i patrzył.

A był to widok tak surrealistyczny, że Filip
zastanawiał się, czy ta rozczochrana dziewczyna o pełnych piersiach
rysujących się pod piżamą w białe myszki (naprawdę widział całe stada
białych myszek na jej piżamie i niemożliwe, żeby widok ten był efektem
jednego piwa wypitego wczoraj wieczorem) istnieje, czy też jest jedynie
wytworem jego wyobraźni. Ale bez względu na to, czy była wariatką, która
uciekła z oddziału zamkniętego, czy też on ją wymyślił, biust miała
cudowny i o wiele bardziej emocjonujące było patrzenie na nią niż leżenie
w łóżku. No chyba, że w tym łóżku nie byłby sam…

Powoli zaczynało świtać, a ona ciągle siedziała w tej
samej pozycji. Filip też usiadł, bo ileż w końcu można stać. Chwilami oczy
mu się zamykały, balansował na granicy jawy i snu, szala przechylała się
raz w jedną, raz w drugą stronę, ale kiedy podnosił powieki, ciągle
widział nieznajomą siedzącą przed maską jego samochodu. Był ciekaw, jak to
się skończy, czy ona zniknie, czy też odejdzie nie wiadomo dokąd, a może
będzie tu siedzieć tak długo, aż ktoś zgłosi dziwne zachowanie wariatki i
przyjadą po nią z kaftanem bezpieczeństwa… I nagle poczuł, że wcale nie
chce, żeby ta dziewczyna zniknęła czy odeszła, a tym bardziej nie chce,
żeby ją zabrali, i że jeśli ona tak lubi siedzieć sobie przy jego
samochodzie, to niech sobie siedzi, jak długo chce. Żeby tylko mógł
czasami na nią popatrzeć…

Musiał chyba znowu przysnąć na chwilę, bo kiedy
otworzył oczy, dziewczyna klęczała, głaszcząc tulącego się do jej kolan,
pomiaukującego żałośnie kociaka. Wychudły i zabłocony, wyglądał jak
siedem nieszczęść.

— Już dobrze… nie bój się… już dobrze… —
szeptała, biorąc kota na ręce.

— Kot! — stwierdził Filip odkrywczo, bo jakoś nic
mądrzejszego nie przyszło mu do głowy.

— Właściwie to jeszcze kocie dziecko. Biedactwo
musiało się nieźle wystraszyć. To pana samochód, prawda? Przepraszam za
ten alarm. Ale sam pan widzi, nie mogłam go przecież tak zostawić.

— Pani tu mieszka? — spytał Filip z nadzieją i
zaraz zganił się w myślach za to pytanie. Skoro nie była wytworem jego
wyobraźni ani wariatką, to przecież nie biegała w piżamie po mieście. A
może i biegała? Któż to wie. Nie wyglądała na kogoś, kto szczególnie
przejmuje się konwenansami. Teraz na przykład było jej chyba wszystko
jedno, że biust ma prawie na wierzchu i że Filip, choć bardzo się stara,
nie może oderwać wzroku od jej dekoltu. Przejęta kotem, nie zwracała na
nic uwagi.

— Tak, tutaj. — Machnęła ręką, wskazując klatkę
numer pięć. — A tak w ogóle to mam na imię Weronika.

— Ja też — powiedział, a widząc jej zaskoczenie,
roześmiał się. — To znaczy nie, wcale nie mam na imię Weronika, tylko
Filip, ale też mieszkam pod piątką. Na czwartym piętrze.

Teraz ona się zaśmiała.

— Ja na pierwszym. No to się pewnie jeszcze
spotkamy, ale na razie muszę zająć się tym maleństwem. — Delikatnie
pogłaskała kociaka, a Filip poczuł, że też gotów byłby wypaćkać się błotem
i spędzić pół nocy pod samochodem, jeśli dzięki temu mógłby znaleźć się na miejscu tego kota…

*

— Dzięki, Karola, że mnie zastąpiłaś! — zawołała
Weronika, wbiegając do Piwnicy pod Liliowym Kapeluszem. — Wiesz, co
robiłam przez całą noc?

— Zapowiada się interesująco… — Karola zrobiła
znaczącą minę.

— To nic z tych rzeczy, o których myślisz —
roześmiała się Weronika, ostrożnie stawiając koło baru wiklinowy koszyk
przykryty kolorową chustką. — O, widzę, że się nie nudziłaś, trochę gości
już było. — Zabrała się za sprzątanie filiżanek i talerzyków
porozstawianych na pięciu złączonych stolikach.

— Zostaw, ja sprzątnę, dopiero co wyszły, nie
zdążyłam. Starsze kobitki, jakiś uniwersytet trzeciego wieku czy coś
takiego. Na wycieczkę przyjechały. Babeczki z ikrą, śmiały się cały czas.
Chciałabym mieć tyle energii w ich wieku. No i całkiem niezły obrót jak na
przedpołudnie. — Karolina machnęła banknotami wyjętymi z kasy. — Małomówny
też zaglądał i pytał, kiedy będziesz. Już robię ci kawę, szefowo, i
zamieniam się w słuch. A co tam masz w tym koszyku?

— Przyczynę mojej bezsenności. — Weronika lekko
zsunęła chustkę, odsłaniając zwiniętego w kłębek, śpiącego kotka.

— Ojej, jaki malutki!

— Znalazłam go dzisiaj w nocy pod samochodem.
Żebyś wiedziała, co ja z nim miałam! Chował się pod łóżkiem, wciskał w
różne kąty, w końcu zasnął mi na kolanach, ale miauczał, gdy tylko
próbowałam go przenieść. Skończyło się na tym, że spaliśmy razem, a ja
właściwie tylko drzemałam, bojąc się, że go przygniotę. Rano strasznie
bolała mnie głowa, mdliło mnie okropnie, myślałam, że zemdleję. Gdybyś nie
mogła otworzyć Piwnicy pod Liliowym Kapeluszem, nie wiem, co bym zrobiła.
Dzięki. — Weronika upiła łyk z podanej przez Karolę filiżanki. — Wyobraź
sobie, że nawet na kawę nie miałam ochoty.

— No to naprawdę musiało być z tobą kiepsko. A
jak jest teraz?

— OK. Wzięłam dwie tabletki i przeszło.

— No, to dobrze. Pokaż go jeszcze.

Weronika odsłoniła chustkę, domyślając się słusznie,
że chodzi o kota, a nie o ból głowy.

— Ale śliczny! I jaki fajny kolor! Jak węgiel
posypany cynamonem!

— Cynamon! Nie wiedziałam, jak go nazwać, ale to
jest dobre! Cynamon — to do niego pasuje.

— Albo Ancymon, jeśli coś zbroi — dopowiedziała
Karola i obie jednocześnie odwróciły się na dźwięk dzwoneczka przy
wejściu.

W drzwiach stała kobieta. Wysoka, płaska jak deska, w
trykotowej, niegdyś zapewne granatowej bluzce i znoszonych dżinsach —
wyglądała jak wykrzyknik na tle wypieszczonego wnętrza Piwnicy pod
Liliowym Kapeluszem; jak wyrzut sumienia przypominający Weronice, że poza
stworzoną przez nią enklawą jest inny świat. A teraz ten świat, o którym
wygodniej było nie pamiętać, przyjął postać kobiety próbującej
naciągniętym rękawem zasłonić pokaźny siniak na ręce. Kobiety, która
gdzieś po drodze straciła uśmiech i blask oczu.

I oto ta kobieta stała właśnie w progu Piwnicy pod
Liliowym Kapeluszem, niezdecydowanie skubiąc pasek zniszczonej torebki.
Wahała się. Wreszcie z ociąganiem zamknęła drzwi.

Jej ciche „dzień dobry” zabrzmiało jak „przepraszam,
że żyję”. Wniosła ze sobą zapach niepewności i gotowanej kapusty.

Weronika nie chciała jej spłoszyć. Po kilku miesiącach
prowadzenia kawiarni dobrze wiedziała, że ludzie przychodzą tu
niekoniecznie po to, żeby napić się dobrej kawy. I czasami ich oczekiwania
mają niewiele wspólnego z tym, co figuruje w menu.

Kobieta przez chwilę rozglądała się niepewnie, a potem
podeszła do baru.

— Poproszę herbatę. — Nie przestawała skubać
paska i nerwowo przygryzała wargi. — Najtańszą — dodała ciszej. — Czy za
cukier płaci się dodatkowo?

— Cukier jest wliczony w cenę. I cytryna też.

— To poproszę z cytryną. I z cukrem.

Wybrała stolik w kącie, niedaleko baru. Powiesiła
torebkę na oparciu krzesła, ale zaraz sięgnęła do niej, nerwowo
przerzuciła zawartość, nim znalazła portfel, zajrzała do środka i
uspokojona odwiesiła torebkę z powrotem. Czekając na herbatę, niespokojnie
bębniła palcami po zielonym kartonie zastępującym obrus, przekładała
kredki w glinianym pojemniczku i zerkała na kolaże zrobione z rysunków
gości, które zdobiły ściany kawiarni.

— Proszę. — Weronika postawiła na stoliku fikuśny
czajniczek, filiżankę i smakowicie pachnącą szarlotkę na ciepło z lodami i
cynamonem.

— Ale… — zaniepokoiła się kobieta — ja nie
zamawiałam ciasta.

— Szarlotka od firmy. Gratis.

— Jak to?

— Jest pani setną klientką w tym miesiącu —
wymyśliła szybko Weronika. — To taka nasza promocja.

— To znaczy, że mi się poszczęściło? Poszczęściło
mi się?! Naprawdę?! — powtórzyła z radosnym niedowierzaniem kobieta.

Krzątając się za barem i rozmawiając z Karoliną,
Weronika od czasu do czasu czuła na sobie wzrok jedynej w tej chwili
klientki, lecz gdy tylko ich spojrzenia spotkały się, tamta spuszczała
głowę. Lody topiły się, szarlotka stygła, a kobieta wodziła palcami po
obrzeżach filiżanki, jakby rozpoznając zapomniane kształty, gładziła jej
ścianki, pieściła uszko; zapamiętała się cała w tej czynności i nie
istniało już dla niej nic poza tą filiżanką. Potem powoli uniosła ją do
ust. Przymknęła oczy.

Weronika wcale nie dała jej najtańszej herbaty.
Zaparzyła jedną z najlepszych. Swoją ulubioną. I teraz patrzyła, jak
kobieta popija ją małymi łykami, a napięcie spływa z jej ciała, rysy
twarzy stopniowo miękną i łagodnieją… I nie przypomina już zesztywniałego
wykrzyknika, tylko kroplę atramentu — rozpływającą się kroplę, która kryje
w sobie mnóstwo możliwości…

Dźwięk dzwoneczka spłoszył magię. Bursztynowa strużka
spłynęła po ręce kobiety.

— O, jest już pani — ucieszył się Małomówny, widząc
Weronikę. — To ja sobie usiądę przy moim stoliku i poproszę to, co zwykle.

Wyciągnął z torby wysłużony laptop i zaraz rozległo
się miarowe stukanie w klawiaturę. Małomówny potrafił tak pisać i pisać
godzinami, klawisze milkły tylko na moment, kiedy sięgał po drinka albo
gdy szukał natchnienia, wodząc oczami za Weroniką. Kiedyś, gdy wypił
więcej alkoholu, a nie jednego drinka jak zwykle, wyznał jej, że pisze
powieść i że nigdzie indziej nie idzie mu tak dobrze, jak w Piwnicy pod
Liliowym Kapeluszem, i to tylko w obecności Weroniki. Na panią Karolinę
też lubi sobie popatrzeć, ale… Nie dokończył, spłonił się jak nastolatek i
wyszedł, zapomniawszy zapłacić. Uregulował rachunek przy najbliższej
okazji, przepraszając za zaniedbanie, i nigdy więcej do tematu nie wrócił.
Weronika kilka razy próbowała zagadywać go o powieść, ale ucinał rozmowę,
więc dała spokój.

Właściwie nic o nim nie wiedziała. Nie znała nawet
jego imienia… A przecież należał do stałych bywalców. Czasami przychodził
dzień w dzień, czasami nie było go kilka dni, ale gdy kiedyś nie zjawiał
się przez prawie miesiąc, pusty stolik, przy którym zazwyczaj siadywał,
jakoś szczególnie często przyciągał wzrok Weroniki. Niepokoiła się i różne
myśli przychodziły jej do głowy.

Lecz pewnego dnia Małomówny pojawił się znowu. Jak
zwykle w golfie i sztruksowej marynarce w stylu angielskiego profesora. Z
nieodłącznym laptopem. Tylko że tym razem zamiast drinka zamówił wodę.
Miał trochę podpuchnięte oczy i wolniejsze ruchy. Częściej przerywał
pisanie i zamyślał się, bezwiednie głaszcząc klawiaturę. A po jakimś
czasie wszystko wróciło do normy.

Weronika rozejrzała się po swoim królestwie. Kochała
to miejsce. Pokochała je od pierwszego wejrzenia, a nawet wcześniej. Od
momentu, kiedy dowiedziała się, że cioteczna babka, która widziała
Weronikę zaledwie kilka razy w życiu, zapisała jej tę piwnicę w
testamencie.

Z przeznaczeniem na kawiarnię.

Bo ciotka Zofia — dobrze zakonserwowana, elegancka
starsza pani, która własnych dzieci nie miała, a ciotecznym wnukom kazała
zwracać się do siebie „ciociu”, ponieważ, jak mawiała, setki jeszcze nie
ma, więc niby dlaczego niby miałyby mówić do niej „babciu” — ciotka Zofia,
która nosiła koronkowe bluzki i prawdziwe perły, ta właśnie ciotka Zofia
zapamiętała opowieść Weroniki o kawiarni, którą założy, kiedy będzie duża.
Weronika była wtedy jeszcze w podstawówce, ale ciotka rozmawiała z nią jak
z dorosłą. Zadawała mnóstwo pytań i uważnie słuchała jej odpowiedzi.

A na koniec powiedziała:

— Życzę ci, dziecko, żeby to się spełniło.

Powiedziała to jakoś tak inaczej. Z mocą. I pewnie
dlatego ilekroć w głowie Weroniki rodziły się wątpliwości, ilekroć
napotykała przeszkody, a wizja wymarzonej kawiarni znikała, tylekroć te
życzenia wracały.

Wracały, bawiąc się zbiegami okoliczności.

A to wypadały z albumu razem ze zdjęciem ciotki Zofii,
które zupełnie nie wiadomo jak tam zawędrowało (Weronika gotowa była
przysiąc, że go nigdy wcześniej nie widziała), a to stawały się echem słów
skierowanych wcale nie do Weroniki, ale do kogoś zupełnie innego, a to
spoglądały na nią spomiędzy wierszy artykułu o kobiecie, która postawiła
wszystko na jedną kartę, żeby założyć wydawnictwo.

I dlatego Weronika pokochała tę darowaną przez ciotkę
piwnicę bezwarunkowo, pokochała ją miłością dla innych niezrozumiałą, bo
podczas gdy inni zauważali betonowe góry i doliny na podłodze, wilgoć na
ścianach i smród stęchlizny, ona widziała wymarzoną kawiarnię. I wiedziała
już nawet, że nazwa Piwnica pod Liliowym Kapeluszem będzie doskonale do
niej pasowała. W wyobraźni ujrzała liliowy kapelusz ciotki Dory (drugiej
patronki marzeń Weroniki) nad barem, którego jeszcze nie było, i poczuła
aromat świeżo mielonej kawy.

I… dziwne, że inni tego nie widzieli: postać ciotki
Zofii była przecież taka wyraźna, oni tymczasem zachowywali się, jakby jej
wcale nie było. Nawet ten prawnik od testamentu, którego ciotka musnęła
przelotnie koronkowym rękawem, niczego nie dostrzegł. Weronika zaś już
dawno nauczyła się, że nie o wszystkim, co widzi, należy mówić, więc tylko
mrugnęła do ciotki porozumiewawczo, gdy nikt nie patrzył. A ciotka
szepnęła bezgłośnie na pożegnanie:

— Życzę ci, dziecko, żeby się udało.

I udało się. Udało się, choć nie od razu, bo przecież
najpierw Weronika musiała ukończyć studia, pojeździć po świecie, żeby
poznać tajniki kawy i zarobić pieniądze (ciotka Zofia trochę gotówki też
zostawiła, ale to było za mało). A gdy wiedziała już, jak zrobić doskonałe
cappuccino i latte, ile czasu powinno się parzyć espresso, żeby crema była
idealna, gdy już nauczyła się odróżniać niuanse smakowe różnych rodzajów
kawy, gdy zrobiła kurs baristy i popraktykowała w palarniach i
kawiarniach, gdy już wiedziała o kawie tyle, że mogła robić własne
eksperymenty, zabrała się za remont piwnicy. Sama zaprojektowała wystrój
wnętrza, osobiście doglądała robót i dopieszczała szczegóły.

I udało się. Piwnica pod Liliowym Kapeluszem miała
swój klimat. Nieraz zdarzało się, że ktoś, kto wpadł tu jedynie na szybką
kawę, urzeczony miejscem zostawał na dłużej. W kilka miesięcy kawiarnia
Weroniki zdobyła więc sobie całkiem pokaźne grono stałych klientów. A byli
to ludzie tak różni, że trudno znaleźć dla nich wspólny mianownik.