Informacja: Serwis ebooky.pl to serwis dla miłośników książek, nie ma tutaj możliwości pobrania ich w nie autoryzowany sposób, wyświetlamy jedynie porównywarkę cen. Nie każda pozycja jest dostępna do zakupienia, jeżeli znalazłeś błąd napisz na adres: kontakt@ebooky.pl. Dokładamy wszelkich starań, aby baza książek była aktualizowana.

Strona główna » Fantastyka i sci-fi » Syndrom Everetta. Tom 2. Cassandra

Syndrom Everetta. Tom 2. Cassandra

4.00 / 5.00

Nie widzisz powyżej porównywarki cenowej? To oznacza, że powyższa publikacja jest niedostępna do kupienia.

Znalazłeś błąd? Skontaktuj się nami.

* - klikając w reklamę zostaniesz przekierowany do zewnętrznej strony. Nie mamy wpływu jak działa i co wyświetla zewnętrzny serwis. Mogą pojawić się nieprzyzwoite lub denerwujące reklamy. Zalecamy korzystanie z markowego antywirusa i wtyczek blokujących niechciane treści. Kliknięcie reklamę nie umożliwia pobrania plików chronionych prawem autorskim.

Zgłoś naruszenie praw autorskich

Kilka słów o książce pt. “Syndrom Everetta. Tom 2. Cassandra

 

Międzygalaktyczna rozgrywka wchodzi w decydującą fazę. Wernic, ashtariański renegat na usługach obcej rasy, stara się zniszczyć ludzkość w świecie Alfa. Pomaga mu w tym inteligentna maszyna o nazwie Ulysses. Wydaje się, że już nic nie jest w stanie zapobiec wodorowej zagładzie. A jednak… Ziemię uratować może jeden niepozorny człowiek, mieszkaniec Nowosybirska, Hektor Werrow. Pracuje on nad napędem sferycznym, który pozwoliłby mieszkańcom planety ewakuować się w kosmos.

W alternatywnej rzeczywistości, gdzie doszło do katastrofy, działa zespół „Pięciu Merytorycznych”. Grupa Cassandra ma na celu zapewnienie bezpieczeństwa mieszkańcowi świata Alfa Hektorowi Werrowowi, by mógł on dokonać swego przełomowego odkrycia. Pomóc ma w tym zwerbowany przez Cassandrę bezdomny z Nowosybirska, były żołnierz specnazu, a także wilczyca Furia, symbiont z dalekiego kosmosu.

Tymczasem miliony lat świetlnych od Ziemi planeta Nemez chce odłączyć się od Federacji, co grozi międzyplanetarnym konfliktem.

Te z pozoru odległe światy mają ze sobą wiele wspólnego. Klucz do wszystkiego znajduje się na Ziemi. Akcja przenosi się od odległych przestrzeni, gdzie rozgrywają się kosmiczne bitwy, do podejrzanych lokali w Nowosybirsku. Alternatywne rzeczywistości mieszają się z sobą, wciąż się zmieniają za sprawą ingerencji Ulyssesa i Cassandry, nikt już nie wie, kto jest człowiekiem, kto przybyszem z kosmosu.

Wiadome jest jedno: stawką w tej pasjonującej grze jest przyszłość ludzkości.

Polecane książki

Legendarne dzieje Sandomierza były już tematem kilku opracowań, wśród których wymienić mogę "Legendy sandomierskie: podania, przypowieści, anegdoty i przysłowia Ziemi Sandomierskiej" Krzysztofa Seligi (Lublin 1974), "Legendy i opowieści sandomierskie" Andrzeja Sarwy (Sandomierz 2005). Kilka z nich o...
Harper żyje w przekonaniu, że miłość trwa krótko, pieniądze natomiast stanowią wartość trwałą. Wyrusza więc w Rejs dla singli, by oczarować Stuarta Bucka, bogatego wdowca, zostać jego drugą żoną i w odpowiednim czasie odziedziczyć niebotyczny majątek. Tymczasem jej  uwagę przykuwa niesam...
Donald Trump. Jak on to zrobił?? to efekt ponad trzydziestoletniego śledztwa dziennikarskiego, fascynujący obraz wpływów i metod działania kontrowersyjnego przedsiębiorcy i celebryty. Czego nauczył się od dziadka, nielegalnego imigranta z Niemiec, który wzbogacił się na budowaniu burdeli w czasach g...
Zresetowana to przełomowa, uhonorowana nagrodami trylogia autorstwa Teri Terry. Pamięć Kyli została wymazana, jej dane osobowe usunięte, wspomnienia stracone na zawsze. Dziewczyna jest Zresetowana. Władze twierdzą, że była terrorystką, dają jej jednak drugą szansę – pod warunkiem, że będzie gr...
Jack Strong wraca do pracy w policji po kilkumiesięcznej przerwie, gdy dochodził do siebie po wypadku samochodowym, w którym zginęła jego żona. Jego celem jest wsadzenie za kratki miejscowego przestępcy Willa Blinda, jednak szalenie ciężko zdobyć dowody obciążające go w jakiejkolwiek sprawie. St...
Książka jest jedyną, jak dotąd, w świecie antologią legend Mandżurów i innych ludów, związanych z historyczną Mandżurią. Autor, znany mandżurysta, wykonał ogromną pracę, gromadząc dziesiątki rozproszonych po różnych, zwykle trudno dostępnych źródłach tekstów, tłuma...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Jarosław Ruszkiewicz

Jarosław ‌Ruszkiewicz

SYNDROMEVERETTA

CASSANDRA

TOM ‌2

Warszawa 2018

Copyright © ‌by ‌Jarosław ‌Ruszkiewicz

All rights ‌reserved

Copyright ‌© ‌by Drageus ‌Publishing ‌House ‌Sp. z ‌o.o.,

Warszawa

Projekt ‌okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Tomasz ‌Olejniczak

Korekta: Agnieszka ‌Pawlikowska

Skład i łamanie: ‌Ewa ‌Jurecka

Opracowanie ‌wersji elektronicznej: ‌

Książka ani żadna jej ‌część ‌nie może być kopiowana ‌w urządzeniach ‌przetwarzania danych ‌ani w jakikolwiek inny ‌sposób reprodukowana czy ‌odczytywana w środkach publicznego ‌przekazu ‌bez pisemnej ‌zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest ‌dziełem fikcyjnym i stanowi produkt ‌wyobraźni Autora. Wszelkie ‌podobieństwo do prawdziwych ‌postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Drageus ‌Publishing House Sp. ‌z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 ‌Warszawa

e-mail: drageus@drageus.com

www.drageus.com

ISBN ePub: ‌978-83-65661-52-4

ISBN mobi: ‌978-83-65661-53-1

Czy klęski ‌chcesz i zagłady, czy w dal ‌pchniesz ‌okręty z miłosierdzia odarte, ‌by ‌ogień wojny ku ‌światom odległym poniosły?

1

Operacyjny ‌świat ‌równoległy Alfa

T ‌minus 72 godziny według ‌czasu ‌ziemskiego

Siódmy dzień, jedenasty ‌miesiąc 12 383 ‌roku Nowej Ery ‌według czasu planety głównej ‌Scusso w układzie Aredian, ‌godzina 5.00

Dalekie ‌peryferie przestrzeni wewnętrznych, ‌przy skrajnych Układach Chaosu ‌w Pierścieniu Treyeges

Trakt Głupców, ‌niestabilny obszar na szlaku ‌przemytniczym Duargów

Czterdzieści tysięcy ‌lat po ‌Wielkiej Wojnie według czasu ‌ziemskiego

Korsarska ‌fregata ‌średniego zasięgu TS ‌„Escuda”, w służbie Wolnej Planety ‌Alidor, wchodzącej ‌w skład ‌Przymierza Pogranicza, ‌ponownie zwolniła, ‌trzymając się poza ‌zasięgiem radarów nierozpoznanego ‌do końca konwoju.

Dowódca Quedr ‌Oalcs, potężnie ‌zbudowany, ‌brunatnoskóry Meyscan ‌z wąskimi ‌szparkami oczu o żółtych źrenicach, ruchem dłoni w serworękawicy odsunął od siebie holograficzną mapę sektora i ponurym wzrokiem spojrzał na heliańskiego kurdupla, Aste Cornusha, swojego pierwszego oficera, chwiejącego się na krótkich nogach ze wszczepionymi na stałe biosiłownikami egzowspomagania.

– Znów się naćpałeś – warknął, spoglądając na zielonkawe przebarwienia na jego pomarszczonej twarzy.

Od pięciu syderalnych dni szli tropem namierzonego konwoju, czekając na sygnał i szykując się do szturmu, a ta plamista zaraza w neuronarkotycznym transie ledwie trzymała pion. W końcu Quedr machnął ze wściekłością ręką i syknął:

– Zejdź mi z oczu.

Pierwszy był kanalią i renegatem, z dożywotnim wyrokiem kolonii karnej za dezercję, ale załoga bała się go jak ognia. Potrafił trzymać tę zbieraninę łotrów, zabijaków i awanturników w ryzach z sadystyczną bezwzględnością, a to było tutaj najważniejsze.

Teraz Aste wykrzywił bezwargie usta i wymamrotał coś szeptem o karze i przeznaczeniu, rzucając przy tym Quedrowi spode łba złe spojrzenie. Oalcs jednak przeciągnął tylko grubym paluchem po paskudnej bliźnie ciągnącej się przez całą twarz od oka do szerokiej szczęki i prychnął pogardliwie:

– Nookh… Pilnuj się.

Miał głęboko gdzieś, co o nim gadają, póki był pewien, że to jedynie czcza gadanina, a jeszcze głębiej miał to, co o nim myślą. Byleby słuchali.

Już od wyjścia z portu dziesięć syderalnych dni temu wiedział, że to nie będzie zwykłe polowanie na przemytników czy też szukających szczęścia handlarzy, a coś dużo bardziej śmierdzącego. Pierwszy Suweren Alidor, Trega Thaan, pchnął ich tym razem w stronę prawdziwego gówna, nawet nie racząc wyjaśnić, z czym będą mieli do czynienia. Tak więc Quedr spodziewał się najgorszego. To sprawiało, że chodził wściekły, nie mogąc sobie znaleźć miejsca.

Wyłączył wielofunkcyjny implant modułu komunikacyjnego do łączności z pokładowym komputerem. Potem spojrzał na sunący równo z nimi stary niszczyciel klasy Elegra TS „Cargun”, którego czarna sylwetka widoczna była teraz wyraźnie w słabym blasku czerwonego karła.

Wsparł się ramieniem o framugę, drugą ręką uderzył w bok autonomicznego pancerza i po chwili szwankujące systemy mechanicznych osłon nieco popuściły, pozwalając mu normalnie oddychać. Nie wymieniał go, bo takie jak ten były jedynie na wyposażeniu regularnych amineyskich jednostek szturmowych.

Spojrzał na pilota Hse Dea, wysokiego, chudego Tryderyjczyka, hazardzistę i ryzykanta nierozstającego się z krótką, dwdwurdzeniową spluwą o szerokim polu rażenia, wpatrzonego teraz w monitor z wyznaczonym szlakiem oraz ich aktualną pozycją. Wykorzystując przyciąganie mijanych planet, sunęli z niewielką prędkością przez złowrogi obszar Pierścienia, na który kładł się ciemnoniebieski blask widocznego daleko przed nimi Obłoku Aquarii. Niemal nie używali silników, dzięki czemu byli niewidoczni dla radarów holownika konwoju.

Niespodziewanie radar, zakodowany na odbiór sygnałów naturalnych, wyświetlił pośrodku mostka holograficzną mapę. Zaraz potem rozbłysły na niej narastające zakłócenia, rozciągające się przed nimi gęstą siecią silnych sygnałów, niesionych pulsującymi falami od strony skupisk rodzących się w mgławicach nowych gwiazd. W tym chaotycznym ruchu towarzyszyły im zwykle młode planety, a ich silne zagęszczenie stwarzało ciągłe niebezpieczeństwo kolizji z powstającymi spontanicznie rojami ogromnych meteorytów, których torów lotu nie dawało się w żaden sposób obliczyć. Pośród tego nieładu pojawił się impuls, jeden z wielu, a jednak został przez program zinterpretowany jako sygnał do ataku.

Quedr zakomenderował:

– Przygotować się.

Pierwszy oficer Aste Cornush wyszczerzył zęby.

– Na stanowiska, ospałe łajzy!

W półmroku rozjarzyły się kontrolki aktywujących się jeden po drugim systemów uzbrojenia i zewnętrznych osłon siłowych. Przez kadłub przetoczył się chrzęst żelastwa i poczuli wstrząsy lawet blokowanych na pozycjach bojowych. Po wszystkich pokładach rozszedł się zapach smarów zmieszanych z oliwą, nierozerwalnie związany z mechaniką, która chociaż brudna i śmierdząca, to prawie zawsze działała, a i łatwo ją było w razie awarii naprawić.

Po chwili sygnał powtórzył się. Dowódca usiadł w fotelu i rzucił głośno:

– Silniki marszowe jedna trzecia naprzód!

Miał nadzieję, że przestarzały i wielokrotnie łatany regenerowanymi częściami napęd pulsacyjny wytrzyma obciążenia gwałtownych manewrów, na jakie mogli być narażeni na tym szlaku. Ich awaria oznaczałaby automatycznie zanik osłon siłowych, które chroniły jednostkę nie tylko przed ostrzałem, ale i przed meteorytami.

Pilot Hse Dea położył sękatą dłoń na dźwigni akceleratora i pchnął ją, aż wiązania konstrukcji zatrzeszczały przeraźliwie. Na Tryderyjczyku zacisnęła się uprząż przeciążeniowa. Odwrócił się za siebie i jednym pociągnięciem zerwał plomby bezpieczeństwa, ograniczające manewry okrętu do tych niezagrażających załodze.

– Nie ma ryzyka, nie ma zabawy.

Gdy Cornush klapnął w fotelu z boku, przed nimi rozświetlił się szeroki, trójwymiarowy obraz przestrzeni z jaśniejącymi pomarańczowym blaskiem bliźniaczymi księżycami Gioanes w rogu po prawej. Krążyły one wokół ogromnej, rubinowej planety Tuany, otoczonej licznymi pierścieniami wirującego pyłu, który trąc o siebie, tworzył silne i nieregularne pole elektromagnetyczne. Zaraz potem wysoko ponad ich głowami, w ciemności rozjaśnianej bladą poświatą gwiazd, wynurzył się nagle skalisty meteor i poczuli szarpnięcie silników manewrowych, które pchnęły ich gwałtownie w dół. Reakcja komputera pokładowego sprawiła, że kolos tylko otarł się o pole siłowe „Escudy”, a towarzyszący im „Cargun” odbił gwałtownie w lewo i zaraz wrócił na swoje miejsce w szyku. Natychmiast w mieszance powietrza na obsadzonych pokładach przybyło tlenu i zagęszczającego creodu, pozwalającego lepiej znosić przeciążenia podczas niebezpiecznych manewrów. Holograficzny ekran pokrył się czerwoną siatką pól zakłóceń w przestrzeni przed nimi, wraz z widocznym coraz wyraźniej na ich tle konwojem, a zegar sprzężony z radarem dalekiego zasięgu pokazywał czas pozostający do opuszczenia niebezpiecznej strefy przez wrogie okręty przy zachowaniu obecnego kursu.

– Wyostrz obraz – rzucił Quedr.

System powiększył fragment, na który patrzyli, i nagle dostrzegli ostatnią jednostkę w zespole.

Cornush zapewne poderwałby się z fotela, gdyby nie trzymające go klamry bezpieczeństwa.

– Veryjczycy. To veryjski transport broni – wychrypiał.

Quedr poczuł, jak iglasta szczecina na jego potężnym karku nastroszyła się gwałtownie, i natychmiast zakomenderował:

– Spokój!

Przesunął dłoń za plecy, dotykając oberżniętej krótko rękojeści stokera. Nie bał się iść z nimi w bój, ale wiedział, że tylko strach powstrzymywał tę bandę przed poderżnięciem mu gardła. Nie mógł okazać słabości, bo to oznaczało wyrok.

Cornush uniósł głowę z wysuniętą do przodu szczęką, jakby węszył.

– Oni nie wysyłają konwojów bez eskorty – stwierdził.

Jego małe, świdrujące oczka zerkały co chwila na wskazania radarów.

Siedzący z przodu Hse Dea oderwał na moment wzrok od ekranu i odwracając się za siebie, rzucił:

– Idą Szlakiem Głupców do swojej bazy gdzieś w układach Degreena, na zewnętrznym skraju Pierścienia. To nie po drodze, więc musi im zależeć na zachowaniu tajemnicy. Jeśli dostrzegą, że tu jesteśmy, to nas wykończą, nie mamy żadnych szans.

Cornush szarpnął się nerwowo i pochylając kanciasty łeb w stronę pilota, powiedział:

– Zawracaj! Może nas jeszcze nie zwęszyli.

Quedr aż zgrzytnął zębami z wściekłości.

– Zamknąć ryje! To nie lista życzeń, ale propozycja nie do odrzucenia. Jeśli stchórzymy, nie będzie takiego miejsca w Galaktyce, gdzie byśmy się mogli ukryć przed siepaczami Tregi Thaana. Najpierw wyznaczy nagrodę, a potem osobiście nas wypatroszy.

Zasępiony, wbił wzrok w wolno sunący przed nimi konwój. Nigdy nie walczył o wzniosłe cele, a jedynie o zwykłe przetrwanie w tym parszywym i niebezpiecznym świecie. Wierzył w proste prawdy i wiedział, że celem każdej wojny jest zdobycie łupów, żadne gadanie tego nie zmieni.

Wskazał teraz na towarzyszący im niszczyciel „Cargun”.

– Nie uciekniemy – zawyrokował. – Nasi towarzysze rozwalą nas pierwsi. Po to tu są.

Okręt sam przechylił się o parę stopni w skręcie na lewą burtę i powoli zaczęli zanurzać się w cieniu nieoznaczonej na mapie planety. Quedr wiedział jednak, że to Arla, która w nieoficjalnych przekazach pełniła rolę latarni wskazującej drogę na szlaku. „Escuda” zanurkowała między dwa roje drobnych meteorów, a następnie wyrównała. Przez ekran przeszła silna fala zakłóceń, ale mimo to nadal mieli tuż przed sobą veryjski konwój i nadal nie widzieli żadnej reakcji z jego strony.

Meyscan ruchem dłoni skopiował tuż przed sobą przestrzenny obraz z kokpitu pilota i spojrzał na wskazania radaru. Komputer automatycznie przełączył na wizję i dowódca zobaczył przed sobą obraz w promieniach podczerwieni. Konwój znajdował się nieco poniżej ich pozycji. Wyraźnie widzieli masywny, szary holownik o trójkątnym przekroju kadłuba, z zacięciem samozłącza zachodzącym na ogromną, autonomiczną platformę ładunkową przystosowaną do samodzielnego lądowania, którą pchał bezpośrednio przed sobą. W jej powierzchni odbijała się granatowa poświata Obłoku Aquarii, pozwalająca dostrzec jednostkę na samym przedzie. Meyscan nie miał pojęcia, co było wewnątrz platformy, ale to, co zobaczył na czele transportu, sprawiło, że oczy niemal wyszły mu z orbit. Coś takiego widział tylko raz, w bazie szkoleniowej Unii Terrenisu, na orbicie księżyca Scaure, krążącego wokół planety Agmos. Mimo że było to ponad dziewięć cyklów temu, doskonale pamiętał, jakie zrobiło na nim wrażenie. Patrzył teraz na długi, wrzecionowaty kształt, spłaszczony po bokach i pokryty matowym, ledwie widocznym na tle czerni kosmosu pancerzem. W tylnej części burt zatopione były dwa ogromne koła, połączone masywnymi ramionami z płaskimi kręgami kiosków na grzbiecie i brzuchu jednostki. Oba przechodziły płynnie w płaskie belki, częściowo zanurzone w kadłubie, ciągnące się aż po tępo zakończony dziób. Okręt był ogromny, monumentalny i przypominał wykuty z jednej bryły czarny monolit, wzbudzający grozę samym swym wyglądem. Nie widać było najmniejszych śladów łączeń płyt pancerza, jakby w ogóle nie posiadał wnętrza.

Quedr Oalcs domyślił się, że żaden z podwładnych nie miał pojęcia, na co naprawdę patrzy. To było szczęściem w nieszczęściu, bo nikt z tej przesądnej bandy szumowin nie stanąłby wtedy do walki, choćby obiecano im w zamian zbawienie.

– Jeh kahra ho – zaklął dowódca.

Przez moment pomyślał o ciepłej planecie Herion i spokojnej zatoczce nad Morzem Wygnańców, z dala od szlaków handlowych, gdzie w tajemnicy przed Pierwszym Suwerenem zgromadził znaczną część łupów. Teraz wizja spokojnego życia zaczynała się coraz bardziej oddalać. Ponownie spojrzał na sunący poniżej zespół transportowy wraz z kolosem na jego przedzie.

Miał przed sobą autonomiczne działo orbitalne zbudowane przez Arnvallian jeszcze podczas Wielkiej Wojny, takie samo, jakie znajdowało się dawno temu na orbicie Scaure.

Tyle że tamto miało być jedyne.

Poprawił na twarzy moduł komunikacyjny i rozkazał:

– Przygotować dryfkotwy.

Mimo woli przypomniał sobie zasłyszane w kosmoportach Pogranicza legendy, w których straszyły pojawiające się znikąd okręty widma. Do tej pory miał gdzieś te zabobony, ale patrząc na gigantyczny orbiter Acheronty, widoczny teraz na holograficznym ekranie nowego radaru, zaczynał mieć wątpliwości.

– W co ty nas wpakowałeś, stary łotrze? – mruknął, myśląc o Pierwszym Suwerenie Alidor.

Potem wcisnął sensor nadawczy przy skroni i nadał krótko:

– „Escuda” do TS „Cargun”.

Po chwili usłyszał nieco zniekształcony głos kapitana Cahae:

– „Cargun”, mostek. Zgłaszam się.

– Zachodzimy od rufy. Osłaniajcie nas.

Następnie Quedr zwrócił się do pilota:

– Silniki hamujące.

Poczuł szarpnięcie w przód, a potem przeciążenie wgniotło go w oparcie fotela. Gdy wreszcie nieco zelżało, zwolnił zabezpieczenia, złapał za przedni uchwyt i podciągnął się do pozycji stojącej.

– Pilot, raport! – zawołał.

Widział, jak Hse Dea skanuje po raz kolejny kadłub holownika, platformę transportową i masywną arnvalliańską jednostkę.

– Nadal idą bez osłon – usłyszał jego głos.

Tak jak Quedr przypuszczał, wyłączyli prawie wszystko, aby się ukryć. Miał nadzieję, że ich systemy uzbrojenia są także nieczynne. Natychmiast połączył się z dolnym pokładem i rozkazał:

– Odpalić dryfkotwy.

Spod kadłuba ich okrętu oderwały się cztery płaskie półkule z silnymi elektromagnesami u dołu. Szybko dopadły do holownika i znalazłszy stalowe wręgi pod cienkim pancerzem, przylgnęły do jego powierzchni. Teraz po kolei sygnalizowały aktywację siły wstecznej, a konwój niemal natychmiast zaczął zwalniać.

Quedr wpatrywał się w holownik, czekając na reakcję. Dał im trochę czasu na zdziwienie nagłą utratą prędkości, a potem na rozważenie awaryjnego uruchomienia silników. Zaczynał się już niecierpliwić, gdy w głośniku swojego implantu usłyszał poprzez trzaski niewyraźne słowa, które komputer „Escudy” rozszyfrował, a translator mowy koślawo przetłumaczył:

– „Itryd” do …skorty …głoś się.

Nie było odpowiedzi i po chwili ponownie usłyszeli wezwanie:

– „Itry…” do es…rty …głoś się. Sytuacja …armowa.

Quedr zobaczył oślepiająco białe światło, inicjujące obwody pulsacyjne silników głównych holownika. Nie czekając dłużej, otworzył przed sobą holograficzny obraz z bojowych przedziałów dziobowych i warknął:

– Laweta zero-trzy. Ognia punktowym po zapalniczkach!

Przez pokłady przetoczył się przeraźliwy jęk amortyzatorów generatora kondensującego energię w polu elektromagnetycznym i dwa silne impulsy laserowe pomknęły w dół, po czym uderzyły w oba silniki.

Oalcs usłyszał w głośnikach wrzask działonowego, a potem ujrzał, jak pierwszy oficer zrywa się ze swojego miejsca.

– Siedź. – Przytrzymał go.

Potem pochylił się nad nim i łapiąc go za poharataną kryzę pancerza, powiedział:

– Posłuchaj: Thaan chce, żebym to ja poprowadził ten atak.

Przyciągnął go bliżej siebie i spoglądając z bliska w małe, wredne ślepia, warknął:

– Niestety, muszę przekazać ci dowodzenie. Wszyscy idziemy na dużym ryzyku. Trzymaj ciśnienie i niczego nie spieprz, bo inaczej osobiście powieszę cię na radarowym maszcie i wpuszczę ci w skafander scyzy. Gdy zaczną cię żywcem pożerać, będziesz marzył o zdjęciu hełmu w miłosiernej próżni.

Połączył się z dolnym pokładem.

– Dajcie nam osłonę – zażądał.

Wiedział, że załoga holownika wkrótce się ocknie. Zszedł pospiesznie z mostka i zwrócił się do Hse Dea:

– Miej oczy wszędzie. Gdzieś tu jest ich eskorta, która już się niepokoi.

Dotknął modułu komunikacyjnego.

– Oddziały abordażowe do kapsuł! – rozkazał.

Docisnął do karku oraz obojczyków masywną kryzę bojowego hełmu i narzucił na szerokie barki matowy termal, który natychmiast rozlał się po nim, szczelnie opinając całe ciało lekkim pancerzem. Już ze stalowych schodów ryknął:

– Do mnie, parszywe łotry!

Usłyszał, jak zbiegają po trapach na centralny pokład. Na dole przywarł plecami do płytkiej wnęki i docisnąwszy ramiona oraz nogi do serwozamków, zapiął na sobie egzoszkielet. Jednym spojrzeniem ocenił poziom mieszanki w płaskich zasobnikach rozmieszczonych pod wszystkimi osłonami i wskazania systemów podtrzymujących życie. Potem odepchnął się od ściany, sprawdził działanie siłowników i pancerzy, aż wreszcie szybkim ruchem wyszarpnął z uchwytu przy burcie ręczny miotacz śrutowy.

Minął kubryk i dotarł do hali, gdzie trwał już ruch przy trzech dużych kapsułach ratunkowych przerobionych na promy bojowe.

– Ruszać się, przeklęte darmozjady! Macie okazję zarobić nieco czerwonego złota Tregi Thaana!

Docisnął do kości czaszki interfejs synapsowy, łączący się bezpośrednio z prawą półkulą jego mózgu, po czym sprawdził łączność ze swoimi komparsami, nazywanymi bliźniakami. Natychmiast w głębi po prawej drgnęły dwa średniej wielkości synchroniczne automaty wsparcia bezpośredniego, a od ścian odbił się pogłos szczęku przeładowywanej i aktywowanej broni.

Już przy trapie Quedr zatrzymał się, stanął na szeroko rozstawionych nogach i spojrzał na kompanów sprawdzających rynsztunek, dopinających oporządzenie i przeładowujących broń. Gdy wszyscy ucichli i unieśli głowy, uderzył masywną pięścią w swój pancerz i ryknął na cały głos:

– Za Alidor!

Odpowiedział mu okrzyk towarzyszy broni:

– Za zwycięstwo!

Oalcs odwrócił się i wszedł do wnętrza promu. Gestem nakazał dwóm najemnikom, którzy mieli lecieć wraz z nim, by zajęli swoje miejsca. W końcu rozsiadł się w fotelu pilota i jednym szarpnięciem opuścił na ramiona stalowe klamry. Sześć bojowych automatów za jego plecami, po dwa na każdego członka załogi, poskładało masywne ramiona i przylgnęło korpusami do wklęsłych burt.

Moduł komunikacyjny pokazał mu wciąż zwalniający holownik. Pozostałe kapsuły wysłały już sygnały gotowości. Oalcs włączył zasilanie i pchnął dźwignię zamykającą wewnętrzne śluzy hali. Zawyły syreny ostrzegawcze, a pompy zaczęły wysysać z pomieszczenia powietrze. Gdy pozostała tylko próżnia, dowódca położył dłonie w opancerzonych rękawicach na sterach i zaraz potem prom ruszył w stronę uchylającej się z wolna bocznej furty. Powoli wydostali się na zewnątrz i nagle oślepiły ich smugi pomarańczowych ładunków, które uderzały tuż obok nich, w osłony termiczne „Escudy”, rykoszetując i odłupując kawałki wierzchnich pancerzy z kapsuł.

Quedr zanurkował i zaczął kręcić beczki. Pchnął dźwignię mocy, jednocześnie łącząc się poprzez implant ze swoją fregatą.

– Ognia! – ryknął.

Spod brzucha „Escudy” opuściła się laweta z ciężkim miotaczem plazmy. W tym samym momencie smugi żółtego, skondensowanego światła uderzyły w górny pancerz holownika, dziurawiąc go jak sito i błyskawicznie uciszając dwa z trzech stanowisk obronnych na jego powierzchni.

– Wstrzymać ogień! – rozkazał Quedr.

Poderwał ciężki prom. Nie mógł pozwolić, by holownik eksplodował, bo straciliby kontrolę nad konwojem i wszystko poszłoby na marne.

– Dwójka, bierzesz górę! – krzyknął. – Trójka z prawej burty! Trzymać kontakt i jazda!

Z całej siły szarpnął dźwignię zrzutu i w przestrzeń pomknęły trzy sondy zagłuszające, które po kilku chwilach przyssały się do burt holownika oraz transportowej platformy, uniemożliwiając ewentualne uaktywnienie systemów autodestrukcji. Potem Oalcs z dużą prędkością zatoczył szeroki łuk i wyhamowując gwałtownie tuż przed płaską częścią kadłuba, pociągnął na siebie stery. Prom zadarł dziób, dobił podwoziem do burty i natychmiast znieruchomiał. Dopychany do holownika własnym napędem, przez moment zawisł w tej pozycji, aż rozległ się zgrzyt rozsuwającego się na boki dolnego włazu. Automat spawalniczy zaczął wycinać dziurę w poszyciu, a hydrauliczne chwytaki docisnęły ich do burty i uszczelniły przejście.

Quedr uniósł stalowe klamry zabezpieczające go w fotelu i odpalił plecakowy sleter napędu grawitacyjnego. Rozległ się szum i dowódca poczuł, jak wzrasta przyciąganie.

– Do abordażu! Ruszać się! – wrzasnął.

Biegnąc do włazu, odbezpieczył blokady interfejsowe swoich komparsów. Odwrócił na sekundę głowę i dostrzegł, jak poruszyły się we wnęce towarowej, rozprostowując czarne ramiona. Niemal natychmiast poczuł częściową autonomię obu maszyn funkcjonujących na zasadzie sprzężenia zwrotnego. Działały teraz zgodnie z jego wolą, a także własnym bojowym programem, nie zajmując go przy tym detalami. Sam wyszarpnął z olstra przy udzie ręczny miotacz ciężkiego, radioaktywnego śrutu, podpiął go do mechanicznego dozownika samoutleniających ładunków miotających i ustawił pokrętło na średnią moc. Automatycznie w przeziernym wizjerze implantu pojawił mu się obraz z mikrokamery celownika sprzężonego z bieżącymi wyświetleniami dalmierza.

– Tylko broń ręczna – rzucił przez komunikator do pozostałych i przeszedł na tryb noktowizji.

Przylgnął do krawędzi włazu, pozwalając, by jego kompars wychynął na ułamek sekundy, rozświetlając laserowymi impulsami ciemność we wnętrzu holownika. Rozległ się głośny łoskot, a potem grzechotanie, jakby ktoś rozsypał metalowe kulki. W chwilę potem automat wspomagający ponownie wychylił się zza osłony włazu i stawiając zaporę z impulsów laserowych, wkroczył do środka. Drugi zatrzymał się w pół kroku, rozłożył szeroko uzbrojone ramiona, aby ubezpieczyć flanki. Po chwili strzały ucichły i ponownie słychać było tylko dźwięk grzechoczących kulek.

Synapsy implantu Quedra przekazały mu informację o likwidacji pierwszego zagrożenia i dopiero wtedy dowódca włączył kryzę hełmu. Płyty osłonowe z cichym chrzęstem otoczyły jego głowę, pozostawiając jedynie wąską szczelinę na wysokości oczu. Potem Oalcs przeładował miotacz i wszedł do środka, a moduł na prawym oku dostroił automatycznie jasność obrazu noktowizji, co pozwoliło Quedrowi dostrzec leżącą w plamie oleju kulę bojowej tekry. W jej korpusie ziała spora dziura, a mimo to maszyna próbowała co jakiś czas przeładować zablokowaną w uszkodzonym kadłubie broń.

Oalcs powoli podszedł do niej, wsadził lufę miotacza w wyrwę pancerza i pociągnął za spust. Następnie odepchnął tekrę od siebie nogą. Kula obronnego automatu odpłynęła w mrok, ciągnąc za sobą zwiotczałe odnóża.

Quedr odwrócił się w stronę przekraczającego próg, równie wielkiego jak on sam Meyscana, którego wołali Troan, i nakazał mu iść na rufę.

Potem spojrzał na drugiego, z wyrytą laserem na pancerzu ksywką Azhe Oa. Dał mu znak, by trzymał się tuż za nim.

– Strzelaj, żeby zabić.

Ustawił się tak, by mieć Azhe cały czas w rozszerzonym przez implant polu widzenia. Dawno temu jego pierwszy dowódca z Micany powiedział mu, że zaufanie zabija, i Quedr starał się pamiętać o tej zasadzie.

Ruszył przed siebie w zielonkawej ciemności, kierując się do widocznej w oddali uchylonej śluzy. Wyświetlany na przeziernym ekranie plan wskazywał, że prowadziła do następnego pomieszczenia, ale zanim Quedr się ruszył, usłyszał w głośnikach modułu wywołanie:

– Dwójka do pierwszego!

– Czego?

– Rozwaliliśmy jednego. To najemnik z Boarth.

Oalcs znał wojowników tej nacji i nie cenił ich zbyt wysoko. Mieli niskie, krępe ciała z nieproporcjonalnie małymi głowami. Małe otwory uszne sprawiały, że ledwie co słyszeli, ale za pomocą wrażliwej, czerwonawej skóry wyczuwali najmniejszy ruch powietrza.

– Powiedział coś?

– Nie zdążył, ale w nadajniku miał zapis łączności z czterema… To raczej tylko obsługa holownika. Z pewnością ani oni, ani Veryjczycy nie spodziewali się ataku na konwój.

Quedr poczuł pod stopami lekkie szarpnięcie, po czym komputer modułu komunikacyjnego przekazał mu mechanicznym głosem informację o całkowitym zatrzymaniu zespołu.

Wiedział, że musieli wyhamować do zera, by jak najdłużej pozostać dla tamtych niewiadomą w polu zakłóceń. Zastanawiał się, jak długo veryjska eskorta będzie czekać, zanim zdecyduje się to sprawdzić. Rozkazał komparsowi na szpicy, by się pospieszył. Sam ruszył jego śladem. Zaraz potem usłyszał przed sobą odgłosy strzałów z krótkiej broni energetycznej i dudnienie ciężkich kroków synchronicznych automatów wsparcia.

Nie zwalniając, Quedr przełączył na obraz z ich mikrokamer i zobaczył rozległą przestrzeń tonącej w ciemności hali platformy transportowej, spod której stropu zwisały kołyszące się łańcuchy.

Usłyszał krótki przekaz:

– Aktywowane generatory mieszanki tlenowej. Atmosfera w normie.

Quedr przez moment się zawahał, a później rzucił:

– Pełna osłona. Nie rozszczelniać hełmów.

Wolał nie ryzykować, nie mając pewności, jak rozwinie się sytuacja na zewnątrz.

Przeszedł przez otwartą szeroko śluzę, oceniając, że powierzchnia ładunkowa platformy jest zapełniona metalowymi skrzyniami oraz częściami okrętów. W głębi, pomiędzy ciężkimi lawetami dział, używanymi silnikami i generatorami osłon siłowych, zauważył przemykających w mroku krępych Boarthów, którzy wycofywali się wspomagani przez kuliste tekry na giętkich, owadzich odnóżach. Atak musiał ich zupełnie zaskoczyć, bo byli jedynie w lekkich pancerzach osobistych i mieli przy sobie tylko ręczną broń defensywną. W powietrzu unosiła się śmierdząca woń wydzielana przez ich gruczoły skórne, służąca na ich bagiennej planecie do odstraszania owadów i otępiania większych stworzeń.

W jednej chwili Quedr zrozumiał, co zamierzają.

– Dwójka i trójka! Zablokować przejście frontowe na początku platformy! – rozkazał.

Dał znak Azhe, by ruszał z lewej, a potem dodał:

– Nie dopuścić ich do okrętu na przedzie zespołu! Powtarzam, nie mogą wejść do jednostki na przedzie!

Znowu rozległy się strzały, tym razem rozbrzmiewały dużo bliżej. W pewnym momencie Oalcs wyczuł, że jego kompars został trafiony – zerknął w lewo i zobaczył, jak potężny automat odrzuciło do tyłu. Jego opancerzony korpus wgniotła do wewnątrz potworna siła. Tymczasem kolejny pocisk z ładunkiem sonicznym rozerwał się na pół, generując zmiatającą wszystko na swej drodze falę dźwiękową w kształcie rozprężającego się pierścienia.

Oalcs w ostatniej chwili cofnął się za masywną wręgę tuż przy zewnętrznej śluzie. Czuł, jak wyrywane ze ścian kawałki konstrukcji holownika z impetem rykoszetują we wszystkie strony. Kiedy się uspokoiło, otworzył oczy i zaczął przeglądać obrazy z dostępnych kamer trzech pozostałych w sektorze komparsów. Zwiększył moc ładunków w swojej broni, miotającej radioaktywny śrut.

W końcu skojarzył zaczajonego Boartha i pustą, metalową skrzynię, którą minął wcześniej. Zrozumiał, że przedtem musiał być w niej ciężki automat szturmowy, którego soniczny ładunek energetyczny właśnie rozwalił jednego z dwóch jego komparsów. Zobaczył na obrazie z kamer Meyscana Azhe Oa zachodzącego z boku najemnika, który krył się za złomem kilkunastu pancernych płyt.

– Masz go na wprost!

Chwilę później rozległ się odgłos cofających się raz po raz rdzeni luf, kompensujących maksymalną moc ładunków gazowych akceleratora. Mrok rozjaśniły krótkie błyski, zmuszając noktowizor do przyciemnienia obrazu. Zaraz potem Quedr usłyszał dudnienie ciężkich kroków biegnących maszyn. Ustawił minimalne wyprzedzenie pozostałego mu bliźniaka i zmniejszając obciążenie o połowę, skoczył wraz z nim do przodu. Przez moment widział jego masywny grzbiet, mając świadomość, że częściowo autonomiczna część bojowego programu komparsa na bieżąco analizuje ich wspólną sytuację. W chwilę potem synchron wykonał w powietrzu niemal pełne salto, w ostatniej fazie podpierając się na moment środkową parą ramion, po czym odpalił pociski termiczne z obu luf. Odległość była tak mała, że oślepiający błysk i huk zlały się w jedno. Gdy zwalisty Boarth zaczął się wreszcie wychylać zza osłon, Quedr z impetem pchnął kopniakiem tarasujący mu przejście masywny agregat. Uderzenie wzmocnione serwosiłownikami zerwało mocowania, sprawiając, że ciężka maszyna uderzyła z hukiem w stertę osłonowych płyt, a on sam znalazł się tuż za plecami zaskoczonego najemnika. Uniósł gotowy do strzału karabin szturmowy, wycelował i nacisnął spust. Boarth wylądował na środku hali, podziurawiony jak sito.

– Rozpieprzyłeś mi komparsa, bagienny mule – wysyczał cicho Quedr. Przeładował miotacz i zwrócił się do swoich: – Nie bierzemy jeńców.

Starł z pancerza brunatną posokę i bez słowa ruszył przed siebie ciężkim, kołyszącym krokiem, wsłuchany w sygnały czujników ruchu. Nie miał dla wrogów ani szacunku, ani litości. Nie miewał też moralnych dylematów. Nigdy.

Dotarł do otwartej zewnętrznej śluzy równocześnie z Azhe i synchronami.

– Na czarne słońca Seregezu. Weszli do środka – powiedział.

Po chwili usłyszał za sobą Troana wracającego ze swoimi bliźniakami z rufowej części holownika.

– Z tyłu czysto – poinformował go Troan.

Quedr bez słowa puścił przed sobą synchrona i ruszył ostrożnie, ukryty za jego masywnym korpusem. Gdy tylko minął drugie wrota, znalazł się w czymś, co przypominało długi, ciemny korytarz, rozjaśniany jedynie słabą poświatą niebieskich punktów błyszczących tuż nad podłogą i łączących się gdzieś daleko w jedną linię. Były wpuszczone w krawędzie masywnych, czarnych szaf tworzących wysokie ściany, których końca Oalcs nie był w stanie dostrzec mimo błękitnego światła i podkręconego noktowizora. Od ich metalowych płyt odbijał się dudniący odgłos kroków idących po zewnętrznej pięciu bojowych maszyn synchronicznych, które płynnymi ruchami uzbrojonych ramion cały czas skanowały przestrzeń wokół. Chwilę potem usłyszeli mechaniczny jazgot lekkiej broni laserowej niosący się echem po pokładach, a w słuchawkach rozpoznał skrzeczący głos Yrne Oe, dowódcy drugiego zespołu:

– Uciekają górą w stronę rufy.

Oalcs spojrzał w mrok ponad ich głowami, gdzie pod wysokim stropem, wzmocnionym solidnymi wręgami, ciągnęły się korytarze górnych pokładów.

Dostrzegł ruch po lewej, przylgnął plecami do ściany, a potem przyklęknął.

– Ilu? – zapytał.

– Już tylko dwóch.

Quedr dostrzegł u samej góry czerwonawe błyski i usłyszał odgłos broni laserowej. Uniósł broń, ale komparsy były szybsze. Błyskawicznie wyprostowały ramiona uzbrojone w lekkie lugary i przeciągnęły długimi seriami wzdłuż zabezpieczających barier. Mimo że skondensowane ładunki błękitnej energii powinny te bariery z łatwością rozbić, to pozostawiły jedynie okopcone ślady na płytach.

Obawiając się, że najemnicy będą próbowali dostać się do przedziałów silnikowych, Quedr wskazał na tył jednostki i wyłączył napęd grawitacyjny sletera, który przyciskał go do podłoża.

Zaraz potem rzucił krótko:

– Azhe, za mną! Troan, osłaniaj nas.

Szybkim ruchem podkręcił moc zasilanego z plecaka egzowspomagania i odepchnął się mocno od podłogi. Jednak gdy tylko znalazł się ponad górną powierzchnią metalowych szaf, włączył ponownie napęd sferyczny i przylgnął ciężkimi buciorami do płaskiego metalu. Nie dostrzegł zagrożenia, więc zmniejszył swój ciężar o połowę i wspiął się na górny pokład. Szybko przeskoczył przez osmolone bariery i znalazł się na kratownicy prowadzącej na rufę orbitera. W słuchawkach modułu usłyszał podniesiony głos dowódcy towarzyszącego im niszczyciela, kapitana Cahae:

– Quedr! Veryjczycy! Słyszysz mnie? Quedr! Mamy na radarze veryjską eskortę.

Oalcs znieruchomiał w pół kroku, spojrzał w stronę nadbiegającego od przodu drugiego zespołu. Zatrzymał ich uniesieniem ręki. Potem poczekał, aż dołączy do niego Troan, i zapytał przez mikrofon:

– Ilu?

– Trzy krążowniki. Najprawdopodobniej klasy Jinde. Wzywają nas do poddania.

– Pokaż.

Dowódca poczuł, jak jeden z przeziernych ekranów implantu nasuwa mu się na oko, i po chwili poprzez zakłócenia pola zobaczył trzy okręty lecące w luźnym szyku. Czarne, trójkątne kadłuby z masywnymi nadbudówkami na rufach wyglądały groźnie nawet z daleka.

– Czekaj.

Spodziewał się dużych sił, ale nie czegoś takiego. Zaniepokoiły go też wydawane na mostku „Carguna” rozkazy: przygotowywano osłony rufowe niszczyciela. Kiedy się rusza do walki, nie przekierowuje się raczej całej mocy generatorów na tył okrętu. Nie ufał dowódcy przydzielonej mu przez suwerena jednostki – obawiał się zdrady.

– Odległość?

– Będziemy w zasięgu ich ognia za jedną godzinę syderalną. Cały czas próbują przejąć zdalną kontrolę nad swoim holownikiem. Nie wiedzą, że zostały w nim tylko systemy manewrowe. Ale mogliby je odpalić, gdyby nie zakłócenia. Jeśli z nich wyjdziemy, to…

Quedr skrzywił się, przez głowę przemknęła mu niezwykła myśl. Z początku wydawała się niedorzeczna, powoli jednak zaczynała wyglądać na jedyne sensowne wytłumaczenie.

– Koniec przekazu – uciął.

Potem klepnął w naramienny pancerz dowódcę drugiego zespołu, Yrne Oe, i rzucił ostro:

– Bierz swoich i ruszaj za Boarthami.

Odwrócił się do Troana i Azhe.

– Myślę, że tamci chcą nas stąd odciągnąć. Musimy poszukać centrum dowodzenia, kokpitu, czegoś, skąd można tym kierować.

Myślał teraz o Veryjczykach, o ich mrocznej przeszłości. Wiadomo było o nich niewiele: mówiono, że uciekli przed prześladowaniami i wojną (choć nikt nie wiedział, przed kim i skąd), a ich okręty dorównywały siłą nawet tym budowanym przez najlepsze stocznie Unii Terrenisu. Dlatego niedorzecznością byłoby sądzić, że Trega Thaan, planując to wszystko, nie przewidział, jak uprowadzić im sprzed nosa opanowany już konwój. Był łajdakiem, ale nie głupcem.

Moduł komunikacyjny pokazał mu lokalizację trzeciego zespołu na przedzie środkowego pokładu.

– Zawracać! – zawołał przez komunikator. – Sprawdzić niższe pokłady. Szukamy sterowni.

Potem spojrzał w dół i dodał:

– Ostrożnie. Mogą jej strzec automaty albo Boarthowie. Ci, których jeszcze nie widzieliście. Pilnować tyłów!

Zwiększył przyciąganie w sleterze. Biegli, mijając kolejne podobne do siebie mroczne pomieszczenia ze stropami poprzecinanymi starlarowymi tregrami, a dudniące echo niosło się wzdłuż wszystkich pokładów. Gdy dotarli do rozwidlenia, Quedr wskazał Azhe Oa korytarz prowadzący w lewo, a sam, wraz z Troanem i komparsami, skręcił w prawy. Po kilkudziesięciu krokach minęli kolejną śluzę i weszli do czegoś, co przypominało pustą zbrojownię z wolnymi uchwytami na lekką broń i sprzęt osobisty. Gdy dochodzili do następnego zwężenia, czujniki w jego kryzie wskazały ruch po lewej, ale zaraz zmieniły kolor z czerwonego na zielony: zza narożnika wysunął się automat prowadzony przez Azhe.

Quedr zatrzymał się, odczekał chwilę, aż uspokoi mu się tętno. Nakazał młodemu Meyscanowi, by ten ruszył przed nim.

– Uważaj. Zbliżamy się do dziobu – ostrzegł.

Niespodziewanie gdzieś z góry błysnął strzał i Quedr poczuł, jak prawa osłona pancerza na wysokości ramienia wbija mu się w ciało. Znalazł się na podłodze, daleko z tyłu. Ale gdy otworzył oczy, zobaczył całą feerię błysków. To jego synchron stał tuż przed nim, zasłaniając go stalowym cielskiem i plując skondensowaną energią ze wszystkich czterech rdzeni. Nieco dalej na wprost leżał nieruchomo Azhe Oa z rozłupanym na wylot pancerzem, a jego komparsy stały nieruchomo i grzały w kierunku ostatniej zapamiętanej przez Meyscana pozycji wroga. Najemnicy musieli być gdzieś wysoko ponad platformą, której wcześniej nie zauważyli. W końcu wirujące tuleje stojanów na grzbietach synchronów przestały się jarzyć błękitem i oba naraz zamilkły w oczekiwaniu na przekierowanie.

Quedr potrząsnął głową i – nieco już bardziej przytomny – dostrzegł z przodu dwa bliźniaki Troana, które niczym pająki wspinały się po wręgach, prując krótkimi seriami w coś, co poruszało się w głębokiej ciemności. Zaraz potem przez balustradę przeleciał bezwładny Boarth, a po nim dwie kuliste tekry z działającym jeszcze przyciąganiem.

Strzały ucichły i Oalcs spojrzał na stojącego pod ścianą Troana, który w końcu puścił spusty i wpatrywał się teraz w leżącego nieruchomo Azhe.

Quedr odpalił poprzez implant skan swojego pancerza, aby sprawdzić własne obrażenia. Osłony wytrzymały trzy bezpośrednie trafienia z automatu szturmowego, ale wewnątrz barku coś musiało pęknąć, bo prawa ręka zwisała mu zupełnie bezwładnie. Wyraził zgodę na leczenie i medyczny program modułu wstrzyknął mu zestaw regeneracyjny z uśmierzającą ból dawką nitry. Po chwili mógł już jako tako poruszać palcami. Zaciskając zęby, powoli uniósł się z podłogi. Odetchnął głęboko parę razy.

– Jazda. Mamy mało czasu.

Kiedy zrobił pierwszy krok, poczuł ból promieniujący od biodra do stopy. Spojrzał w dół i zobaczył wgnieciony w udo płaski siłownik egzokombinezonu. Oparł się ostrożnie o metalową ścianę i poprzez implant przesterował rozłożenie sił, skupiając większość na lewej, sprawnej ręce. Potem sięgnął na prawo i odgiął metal na zewnątrz. Wrócił do poprzednich ustawień i odciążył ciało poprzez zmniejszenie nacisku sił plecakowego sletera. Wreszcie ruszył do przodu, a kompars podążył za nim. Z początku maszyna wiernie naśladowała jego kulejący krok, jednakże system szybko wyeliminował ten element z programu.

Mijając dwa pozostałe po Azhe bliźniaki, Quedr wysłał sygnał przekierowujący. Automaty natychmiast dostroiły swoją częstotliwość do synaps jego mózgu, uruchomiły zapasowe generatory energii i ruszyły za nim.

Czuł się już nieco lepiej. Sprawdził siłowniki egzokombinezonu, zrobił kilka odważniejszych kroków, schylił się po leżący na podłodze miotacz. Z trudem podniósł go lewą ręką i wsunął do olstra po prawej, a później ruszył przed siebie. Miał świadomość, że dotarli już na sam przód jednostki, i po chwili w ciemności przed sobą zobaczył śluzę dużo węższą od poprzednich. Oparł się plecami o ścianę i przez moment próbował sięgnąć lewą ręką po miotacz na prawym biodrze, ale w końcu dał sobie spokój. Nakazał Troanowi, by się zatrzymał, po czym puścił przodem wszystkie trzy automaty.

Mieli mało czasu, więc odczekał tylko chwilę, a potem – mimo braku sygnałów zapewniających o bezpieczeństwie – wszedł do środka, przystanął i rozejrzał się dookoła. Byli w sterowni na mostku.

Wszystkie trzy komparsy również znieruchomiały. Troan stał w przejściu z przygotowanym do strzału automatem. Nagle błękitne punkciki nad podłogą zmieniły kolor na biały, rozświetlając bardziej podłużne pomieszczenie. Quedr rozejrzał się po surowym wnętrzu kabiny. Jej ściany wyłożone były szarymi płytami. U dołu, tuż nad podłogą, widział okrągłe podwyższenie z krawędzią rozbłyskującą słabym błękitem. Ponad nim unosił się w powietrzu krąg, przypominający coś w rodzaju szerokiej poręczy z płytkimi, nieregularnymi zagłębieniami, skąd wydobywało się łagodne, różnobarwne światło. W głębi, na samym przedzie, skryte niemal zupełnie we wnęce pokładu, widoczne były oparcia dwóch masywnych foteli.

I właśnie zza jednego z tych foteli wynurzył się nagle potężny Boarth.

Dowódca zdążył zarejestrować jego chrzęstne grzebienie w kolorze krwi, zanim powietrze rozdarł bojowy okrzyk najemnika. Boarth uniósł karabin akumulacyjny. Bliźniacze automaty nie zareagowały, czekając na aktywność prowadzącego. Quedr chciał sięgnąć po broń, ale jego ręka odmówiła posłuszeństwa. Zdał sobie nagle sprawę, że za chwilę zginie z łap tego najemnego śmierdziela. Wbił tylko wzrok w małą, czerwonawą twarz Boartha, czekając na decydujący strzał. Ale ten nie nastąpił, mimo że najemnik pociągnął kilka razy za sensoryczny spust. Oalcs zrozumiał, że w sterowni musiał zadziałać rodzaj elektromagnetycznego trału blokującego broń energetyczną. Boarth też to chyba pojął, bo zaprzestał prób, tylko ryknął wściekle i machając bronią niczym maczugą, ruszył wprost na Quedra.

Ten błyskawicznie sięgnął sprawną ręką do olstra na plecach, wyjął krótki obrzyn stokera, wymierzył w szeroki tors przeciwnika i nacisnął spust. Zobaczył, jak potężny ładunek odrzuca Boartha do tyłu i przerzuca ponad oparciami foteli. To był sygnał dla komparsów, które w jednej chwili dopadły rannego i wywlekły go na zewnątrz. Widział jeszcze, jak ich ofiara próbuje się bronić, a później rozległy się strzały i zapadła cisza.

Odwrócił się w stronę Troana, stojącego w przejściu z bronią gotową do strzału.

– Pilnuj wejścia! – rzucił krótko.

Potem postawił stopę na drgającej błękitnym światłem krawędzi platformy i chwytając się zawieszonej w powietrzu poręczy, stanął na podwyższeniu. Niemal natychmiast rozległo się ciche buczenie, a wokół rozjarzyło się tysiące jasnych punkcików, tworząc świetlistą czaszę, która po chwili zmieniła się w otaczające go z każdej strony migające obrazy. Wśród nich niespodziewanie rozpoznał pustą zbrojownię i korytarze z szafami przypominającymi transformatory. Zaraz potem usłyszał w myślach stanowczy rozkaz:

– Blokada dostępu. Podaj hasło.

Zrobił gwałtownie krok w tył, wyczuwając groźbę aktywacji systemu bezpieczeństwa okrętu. Moduł zasygnalizował mu połączenie z jego okrętem. Poprzez zakłócenia usłyszał głos Cornusha:

– Jest kłopot, kapitanie. Wchodzimy w zasięg skutecznego ognia veryjskich krążowników.

Quedr zaklął.

– A z dobrych wiadomości – kontynuował Cornush, w jego głosie pobrzmiewała ironia – to „Cargun” zajmuje właśnie pozycję do skoku w podprzestrzeń. Ten szubrawiec Cahae chce nas wystawić do wiatru.

– Masz kontakt z Alidor?

Pierwszy nie odpowiedział, jakby go nie usłyszał. Zamiast tego powiedział:

– Stanąłbym do walki sam.

– No to na co czekasz?

– Rozważam sens.

– Połącz mnie, łachudro, z Alidor…

Nie dokończył, bo nagle stracił poczucie przestrzeni, jego wzrok przeniknął masywny pancerz okrętu i dowódca znalazł się jakby w szklanej bańce zawieszonej w kosmicznej próżni. Wokół siebie widział tylko gwiazdy. Zatrzymał spojrzenie na jednym z jaśniejących punktów, niemal natychmiast obok pojawiło się oznaczenie AN 12115 i nazwa „Consors” wraz z symbolem układu SE CERN H7. Patrzył, jak pozostałe punkty przybierają znajome kształty konstelacji i układów, z dokładnością co do najmniejszego księżyca. Obok wyświetlały się nazwy obiektów. W pewnym momencie dostrzegł coś dziwnego: ciemniejszy punkt przesuwający się na tle Mgławicy Calespo. Zaraz potem obraz powiększył się i jego oczom ukazała się sylwetka „Escudy”, długa i wąska, z osmalonymi pancerzami i wysoko osadzonym mostkiem.

Patrzył, jak okręt manewruje, schodząc coraz niżej i niżej. Nagle od strony rufy fregaty dał się zauważyć ruch. Quedr skupił na nim wzrok i obraz wyostrzył się jeszcze bardziej. Dowódca zobaczył opuszczaną właśnie tylną lawetę z działem plazmowym. Wymierzone było ono w kierunku trzech okrętów sunących majestatycznie od strony Sustery, najjaśniejszej gwiazdy sektora. Jednostki te rozbłysły w jego głowie pod postacią veryjskich krążowników. W ich czarnych pancerzach odbijał się słaby blask Obłoku Aquarii. Quedr zrozumiał, że „Escuda” próbuje ukryć się za konwojem. Nieco z tyłu zauważył kolejny punkt i przypomniał sobie o towarzyszącym im niszczycielu „Cargun”. Według Cornusha powinien się on właśnie szykować do skoku, lecz nagle obraz się powiększył i Quedr ujrzał, jak lawety boczne „Carguna” wyrzucają w przestrzeń ładunki ognistej energii. Jedna smuga minęła cel, a trzy kolejne uderzenia eksplodowały na osłonach siłowych okrętów Jinde. Veryjskie jednostki rozluźniły szyk, zajmując pozycje do ataku.

W słuchawce Quedra rozległ się krótki pisk, a potem rozbrzmiał głos pierwszego:

– Próba nawiązania kontaktu z Alidor.

Quedr dotknął sensora modułu i odblokował domyślne połączenia komunikacyjne.

– Aste, namierz to połączenie – nakazał. Nabrał powietrza i niemal krzyknął: – Cornush, zrób to, jeśli ci życie miłe.

Tymczasem po jego lewej stronie wynurzyły się już veryjskie okręty, jaśniejące oślepiającym blaskiem eksplozji. Zaraz potem runął na nich grad świetlistych ładunków.

Zuchwały atak na konwój musiał rozwścieczyć Veryjczyków do białości, ale rozciągające wokół pole zakłóceń nie pozwalało im na precyzyjne namierzanie celów, tak więc nie byli w stanie wykorzystać kolosalnej przewagi. Mogli jedynie prowadzić rozproszony ostrzał z dział średniej mocy, ufając, że nie trafią we własny konwój. No i próbować podejść bliżej.

Nagle lawina ognia ustała.

Quedr dostrzegł, że z otwartych luków jednego z krążowników po lewej wystrzeliwują jakieś płaskie obiekty. Dziwny system, w którym wciąż się znajdował, rozpoznał je jako bezzałogowe storhy. Maszyny rozdzielały się i nabierały prędkości, kierując się wprost na nich.

– Quedr do „Escudy”! Odpal automatyczny program manewrowy! Daj osłony mechaniczne i wypuść ruchome pola siłowe!

Nie doczekał się odpowiedzi.

Mógł jedynie bezradnie się przyglądać, jak trzy storhy, które nadleciały od strony rufy „Escudy”, zaczynają nakłuwać laserowymi igłami jej energetyczne osłony, próbując wyszukać w nich słabe punkty. Wydawało się, że już wszystko stracone, jednak w chwilę potem fregata zdołała wykonać błyskawiczny zwrot na prawą burtę z jednoczesnym przesunięciem pancernych osłon mechanicznych, co oznaczało, że Cornush w ostatnim momencie zdążył odpalić synchronizację systemów manewrowych z obronnymi. Zaraz potem zablokowana dotąd górna laweta plunęła ogniem w kierunku bezzałogowych maszyn.

Quedr pomyślał teraz o szczelności konwojowanych jednostek.

– Dwójka i trójka, meldować!

Zaraz potem usłyszał:

– Drugi, jednostka czołowa. Bez strat.

W chwilę później odezwał się następny:

– Trzeci na platformie. Bez strat. Sygnalizacja rozszczelnienia. Wycofuję swoich do holownika.

Transport nadal pozbawiony był głównego napędu i zasilania, więc nie działały osłony energetyczne ani systemy naprawcze. Quedr zrozumiał, że powinien opuścić rejon zakłóceń, jeśli zamierza ponownie nawiązać kontakt z Alidor.

W końcu wyświetlił w implancie ekran sterowania i jednym ruchem zwolnił blokady napędów sferycznych dryfkotw. Poczuł drgnięcie pokładu pod stopami i konwój ruszył zaprogramowanym wcześniej kursem.

Nadal trwał zmasowany atak storh, ale ich ładunki energetyczne średniej mocy, efektywne w walce z małymi automatami, w większości odbijały się od dobrze stawianych, silnych osłon energetycznych. W dodatku skuteczny ostrzał systemów obronnych obu okrętów dziesiątkował bezzałogowe maszyny.

W pewnym momencie Quedr dostrzegł po lewej ledwie widoczne, szare punkty. Najpierw pomyślał, że to trzy storhy, które odłączyły się od grupy uderzeniowej, jednak gdy część kulistego obrazu powiększyła się, zrozumiał, że się pomylił. To nie były drony, tylko płaskie barki desantowe, gładkie od spodu, a od góry wzmocnione kratownicą wręg.

Przez ułamek sekundy poczuł strach, a twarda niczym kolce szczecina zjeżyła mu się na grzbiecie i karku. Sprawdził częstotliwość implantu, po czym ponownie rzucił przez kanał wewnętrzny:

– Dwójka i trójka.

Po chwili poprzez serię wyładowań doszła go odpowiedź:

– Drugi. Zgłaszam się.

– Trzeci.

Połączenie zostało przerwane, a w słuchawce usłyszał niewyraźny głos pilota z „Escudy”:

– Chwila, mamy problem.

– Mów.

– Trzy storhy idą prosto na holownik! To niemożliwe! Atakują konwój!

Oalcs nie słuchał dalej.

– To desant! Reszta jest tylko zasłoną!

Spojrzał na „Carguna”, który starał się uwolnić od ruchliwych dronów. Poprzez moduł Quedr słyszał wycie syren i odgłosy eksplozji. Silniki reagowały na sygnały komputera i zmuszone były teraz do operowania w granicznych zakresach obciążeń, dokonując gwałtownych zwrotów, przyspieszeń i hamowań.

Niespodziewanie górna wyrzutnia niszczyciela w kształcie półkuli obróciła się w stronę rufy i po chwili błysnął bezgłośny wystrzał. Elektromagnetyczny impuls przemknął błękitną falą ponad konwojem i zniknął w ciemności. Zaraz potem trzy storhy, wirując coraz szybciej wokół własnych osi, oddaliły się w przestrzeń.

Quedr wywołał „Carguna” i krzyknął:

– Cahae, powtórz to z drugiej.

– To ostatni ładunek zakłócający – odpowiedział tamten.

W tym samym momencie „Escuda” odpaliła pojedynczą salwę z działa plazmowego osadzonego na zablokowanej do niedawna lawecie. Skoncentrowany ładunek ognia trafił w płaską część barki, która usiłowała przylgnąć do burty holownika. Skumulowana energia rozerwała ją na strzępy.

Chwilę potem Oalcs usłyszał głos Cornusha:

– Uff, musiało boleć.

Zaraz jednak w tle dało się słyszeć beznamiętne słowa komputera pokładowego, który odnotował:

– Nie wykryto siły żywej.

Quedr nie zdążył się nawet skrzywić, a już do skośnej burty holownika przylgnął drugi prom.

– Trójka! – krzyknął. – Lewa burta! Będą ją pruć! Tuż obok wieży!

Nie dokończył, bo jedna z wieżyczek holownika nagle się obróciła i pojedyncza salwa z ciężkich laserów rozpruła górną część kapsuły niczym blaszaną puszkę. Z wnętrza natychmiast wysypało się kilka ciężkich automatów szturmowych. Szybowały bezradnie w przestrzeń, podczas gdy w głośniku słychać było bojowe okrzyki Breo Agiego z rasy Troudów. Ten ponury banita musiał jakimś cudem naprawić uszkodzone przez ich własny ostrzał działo holownika.

Quedr przyjął go do załogi, bo nie było broni, na której Troud by się nie znał. Ale wolał trzymać go z daleka od siebie. Wiedział, że podwładny został skazany na banicję z powodu zdrady – był nieobliczalny i nie uznawał żadnych zasad. Uśmiechał się tylko podczas zabijania.

Teraz jednak Quedr był pod wrażeniem.

– Dobra robota – podsumował krótko.

Nie było czasu na więcej pochwał, bo dobiegł go odgłos ciętych burt. Inna kapsuła pakowała się właśnie do wnętrza platformy transportowej.

– Są prawie w środku, Breo! Ruszaj z bliźniakami naprzód. Wesprzyjcie drugi zespół.

Wprowadził poprawki do programu manewrowego dryfkotw. W chwilę potem poczuł, jak zaczynają zmieniać kurs. Konwój pozostał jedyną osłoną chroniącą ich przed Veryjczykami. Tyle że znajdowali się coraz bliżej wroga i coraz trudniej było się przed nim ukryć.

Usłyszał w słuchawce implantu trzaski i po chwili rozpoznał głos Cornusha:

– Nie wychodź z pola, kapitanie! Nie wychodź z pola! Pociski samonaprowadzające! Użyją ich!

Quedr sam zdawał sobie sprawę, że bez głowic zakłócających nie mają żadnych szans, ale na krótkim dystansie, w konfrontacji z bronią energetyczną Veryjczyków nie mieli ich również. Dopóki krążowniki były daleko, pozostawał im minimalny czas na skuteczne uniki. Teraz, osaczeni z trzech stron, mogli tylko próbować uciekać.

Quedr wybrał w okularze obraz mostka „Escudy” i krzyknął:

– Wymieć z pokładów cały złom! Już!

– Może przejdziemy! – odpowiedział Cornush.

W świadomości Quedra pojawił się odgłos otwieranych veryjskich luków.

– Odpalaj! – ryknął.

Zobaczył w okularze, jak pierwszy oficer „Escudy” zwalnia blokady i strumienie gazu technicznego wypychają w próżnię zbędny ładunek. Ale najbliższy krążownik zdążył już wypuścić w kierunku fregaty dwie torpedy. Dwie kule oślepiającej bieli zlały się w jedną, dowódca poczuł wstrząs i zobaczył „Escudę” otoczoną rojem oddalających się od niej odłamków. Eksplozje zmiotły mechaniczne osłony zbliżeniowe, zerwały dwie czasze anten, wyrwały górną lawetę wraz z działem i uszkodziły mostek. Przez moment Quedr słyszał w tle przeciągły ryk alarmowych syren, a potem dotarł do niego chrapliwy głos pilota:

– Sekcja dziobowa! Ręczny ciąg korekcyjny! Odpalić prawy, sto osiemdziesiąt w osi…

Zrozumiał, że starają się wyrównać gwałtowny przechył na prawą burtę. Dobiegł go spokojny głos ich komputera pokładowego:

– Dekompresja sekcji trzeciej i piątej. Śluzy styczne zamknięte w trybie alarmowym, agregat osłon siłowych sprawny w trzydziestu procentach. Zerwany górny terminal bojowy. Kapsuła ratunkowa w drodze. Odpalony dublujący system manewrowy.

– Thaan, a niech cię! – warknął Quedr.

Nadal nie mógł uwierzyć, że suweren wysłał ich tak zupełnie bez sensu na całkowite zatracenie.

Tym razem w słuchawce usłyszał odgłos strzałów dochodzących gdzieś z głębi platformy i domyślił się, że zespół drugi dotarł do veryjskich ciężkich automatów, które wdarły się do środka. Przez moment mignęły mu w okularze modułu obrazy z kamer komparsów, rozświetlane krótkimi seriami laserowych salw, a potem usłyszał śmiech Breo Agiego. Jego oddział wsparł drugi zespół i teraz docierały do dowódcy jednostajne odgłosy broni szturmowej, przeplatające się z wizgiem samopowtarzalnych zamków.

Słyszał też głosy:

– Z lewej! Wykończ go!

– Załatwiony!

– Uważaj! Jest następny!

Pojawił się sygnał połączenia z „Escudą”, więc błyskawicznie wyciszył odgłosy walki.

Zaraz potem usłyszał:

– Mamy kontakt.

Zakłócenia sprawiały, że moduł z trudem wyłapywał i przekładał impulsy, ale Quedr rozpoznał głos Cornusha:

– Jest rozkaz tylko dla ciebie, kapitanie.

– Mów.

– Nasz suweren, Trega Thaan, przesyła ci wiadomość.

– Dawaj!

– Raczej krótką.

„Czas, który nam pozostał, też jest raczej krótki” – pomyślał ponuro Quedr.

– Coś jeszcze?

To było tylko jedno słowo.

– Fatum – powiedział Cornush.

– Fatum… – powtórzył głucho kapitan.

W używanym na wielu planetach języku latium słowo oznaczało los.

Niemal w tej samej chwili Quedr poczuł ogarniający go spokój, a w jego głowie rozbrzmiał wyraźny przekaz:

– Hasło przyjęte.

Wprawdzie nadal nie mógł oderwać wzroku od oddalającej się, uszkodzonej „Escudy”, ale teraz jego umysł jakby uwolnił się od niepotrzebnych emocji, a wszystkie zmysły się wyostrzyły. Zaczął myśleć chłodno i racjonalnie, więc postanowił czym prędzej nawiązać kontakt z Cornushem. Nie zdążył jednak nawet otworzyć ust, ponieważ w jego głowie pojawiła się mentalna informacja:

– Torpeda podprzestrzenna bliskiego zasięgu. Osłony siłowe.

Reszta umknęła jego świadomości, bo nagle pod manewrującym w pobliżu „Cargunem” eksplodowała biała kula antymaterii. Jasny błysk pojawił się na moment, a później jakby zapadł się w sobie i zniknął. Ciężki niszczyciel zadrżał, a rozerwane od spodu systemy szczelinowych pancerzy mechanicznych i fragmenty aktywnych osłon zbliżeniowych z impetem pomknęły w stronę arnvalliańskiego okrętu. Quedr odruchowo zrobił krok w tył, patrząc, jak niektóre z poszarpanych fragmentów ześlizgują się po aktywowanej dopiero co zewnętrznej warstwie pola energetycznego, a pozostałe uderzają o burty platformy transportowej i holownika.

Przez moment zawahał się, nie mając pewności, czy dobrze zrozumiał podprogowy przekaz, bo o podprzestrzennych pociskach kierowanych słyszał dotąd jedynie w legendach. Gdyby jednak naprawdę istniały, to odpalone spoza zasięgu radarów, byłyby niemal niewykrywalne i mogłyby dosięgnąć każdego okrętu.

Zespołem mocno szarpnęło i kapitan odruchowo złapał się sprawną ręką za zawieszoną w powietrzu poręcz. Jednocześnie to coś, co zaglądało w jego myśli, jakby się ocknęło i z ogromną wyrazistością powtórzyło:

– Torpeda podprzestrzenna z systemem zbliżeniowym. Głowica kumulacyjna o punktowym polu rażenia. Zagrożenie pośrednie.

Okręt zaczynał stawać się coraz bardziej wyczuwalny, jakby z każdą sekundą nawiązywał z nim jakiś rodzaj duchowej jedności, i Quedr przyjął ten przekaz niczym prawdę objawioną. Jednocześnie uświadomił sobie, że czymś niezwykłym jest użycie przez Veryjczyków tak wyjątkowej broni właśnie teraz, kiedy ryzykowali nie tylko małą skuteczność trafienia w polu zakłóceń, ale i namierzenie przez Federację.

Nagle ze zdziwieniem odebrał sygnały dochodzące z całkowicie sprawnych silników i wiedział już, że okręt się budzi. Podobne odczucia dotarły do niego od strony szronowych pancerzy i generatorów osłon siłowych. Jego świadomość odebrała słowa:

– Aktualizacja danych taktycznych.

Miał już pewność, że to coś czyta w myślach, i nagle otaczająca go przestrzeń wyostrzyła się jeszcze bardziej, a gdzieś w środku głowy pojawiła się wiadomość:

– Imperialny okręt Arnvallii „Aranea”.

Nastąpiła chwila przerwy, a potem dotarła do niego kolejna:

– System dowodzenia Monstro aktywny.

Rozejrzał się na boki, wyraźnie wyczuwając otaczającą go niematerialną strukturę, coś w rodzaju żywego organizmu. Usiłował odnaleźć w danych modułu nazwę systemu, którego od tysięcy lat bezskutecznie poszukiwała Federacja. W końcu implant tuż przed okiem wyświetlił mu na przeziernym ekranie nazwę. Nagle zdał sobie sprawę, że jego umysł dotknął… zabójcy. Doskonałej, morderczej maszyny z zamkniętym pod szronowymi pancerzami inteligentnym systemem biotechnologicznym, jednoczącym w sobie porażającą sprawność i siłę.

Stojąc w zupełnym bezruchu, starał się przypomnieć sobie, od jak dawna mordował i grabił, a potem dzielił się łupami z Alidor. To tutaj było czymś, czego nie dało się przeliczyć na złoto. To mógł być wyrok na wszystkich, którzy poznali prawdę o veryjskim transporcie.

Jeśli tak, to właściwie był już martwy.

Pomyślał o rozległych kontaktach Tregi Thaana i przyszło mu do głowy, że hasło aktywujące pomost bojowy „Aranei” mógł mu przekazać jedynie ktoś z rasy dawnych sojuszników Arnvallian, do dziś zamieszkujących jedną z planet pogranicza Ashtar. Od nich też mogła pochodzić wiedza o terminie i trasie konwoju, a być może też niezwykłe radary pozwalające bezbłędnie poruszać się wewnątrz anomalii Pierścienia.

Quedr jednym dotknięciem zrzucił zapis z modułu na zewnętrzny nośnik, wprowadzając przy tym bieżącą aktualizację danych. Uznał, że tylko kopia przesłana w bezpieczne miejsce może powstrzymać Thaana przed zgładzeniem jego i całej załogi „Escudy”. Potem rozejrzał się nerwowo po wnętrzu kuli i właśnie wtedy ciemność nad nimi ponownie przecięły żółte smugi silnych ładunków plazmy. Przemknęły w ciszy nad holownikiem, a potem z impetem wbiły się w pozbawioną osłon energetycznych lewą burtę „Carguna”. Pojawił się oślepiający rozbłysk stonowany natychmiast przez holograficzny obraz otaczającej go kuli, po czym odłamki pancerza i fragmenty agregatów siłowych rozprysły się z ogromną prędkością na wszystkie strony. Tym razem fala energii, która dotarła do nich, była silniejsza i pokład pod stopami Oalcsa zakołysał się mocniej, mimo amortyzacji stabilizatorów.

Odruchowo przytrzymał się sprawną dłonią poręczy z podświetlanymi zagłębieniami i nagle jego ciało poczuło coś, co do tej pory było jedynie mglistymi przebłyskami świadomości. Zaledwie jednak zaczął pojmować ogrom całości, zdezorientowany cofnął rękę, a zaraz potem w swoich myślach zobaczył, jak pozostałe dwa veryjskie krążowniki otwierają wyrzutnie bojowe.

Zrozumiał, że za moment rozniosą ich na strzępy.

„To koniec” – przemknęło mu przez głowę.

Wszystkie trzy zajmowały powoli pozycje bojowe, nie obawiając się już o swój konwój.

Quedr spojrzał na uszkodzony kadłub alidoriańskiego niszczyciela, próbującego wyrównać kurs tylko jednym sprawnym silnikiem. Widział w powiększeniu wibracje zewnętrznych osłon, a w implancie słyszał trzeszczenie wiązań. Ale mimo tych problemów jedna górna i dwie rufowe lawety nadal raz po raz cofały się i wracały na pozycje, wstrząsane eksplozjami ładunków wysyłanych w stronę veryjskich krążowników. Choć wiele z nich trafiało, veryjskie osłony wydawały się niezniszczalne.

I nagle ponad najbliższym jinde rozbłysła błękitna kula, w której zniknął na chwilę dziób okrętu. Potem prawy sektor krążownika przecięła sieć białych błyskawic. Część agregatów siłowych wyraźnie padła i jednostka wykonała lekki zwrot, ustawiając się do nich lewą stroną. Krążownik ponownie podjął ostrzał, a przy tym zwiększył prędkość, jakby chciał ich staranować.

Quedr znowu pomyślał o obronie i wreszcie zrozumiał, co mu umknęło. Położył dłoń na poręczy i natychmiast w głowie pojawiły się słowa Monstro:

– Lawety górna i dolna aktywne.

Teraz już nie czuł pojedynczych elementów złożonego mechanizmu, lecz był jego integralną częścią. Ze zdumieniem zauważył, że wzrasta jego agresja.

Wsłuchany w swoje odczucia, coraz bardziej uświadamiał sobie, że to nie jakiś tam gniew czy nawet wściekłość, ale nieposkromiona żądza mordu i zniszczenia.

To coś, co uzyskało dostęp do jego myśli, stymulowało teraz do walki ośrodki odpowiadające w mózgu za przetrwanie. Zaskoczony, spostrzegł na poręczy swoją drugą rękę. Już nie była bezwładna, bez trudu uniósł ją do twarzy i powoli poruszył palcami. Miał pełnię władzy nad okrętem, jakby stanowił on przedłużenie jego własnego ciała. Bez wysiłku zwolnił blokujące sworznie i wysunął z łoża górną i dolną lawetę. Gdzieś spoza holograficznej kuli dobiegł go stłumiony chrzęst metalu i głuchy jęk wiązań, niosący się ponurym echem przez piętra niemal zupełnie pustych pokładów. Wreszcie obrócił ramiona w kierunku widocznych na holograficznej kuli veryjskich krążowników. Spojrzał w bok i dostrzegł, jak na tle gwiezdnego pyłu pojawiają się monumentalne korpusy energetycznych dział ze spłaszczonymi u wylotu rdzeniami. Nakierował je na rosnące w oczach wrogie jednostki.

Powoli i precyzyjnie wyhamował obracające się lawety. Teraz przesuwały się one powoli za celem. Wsłuchał się w dochodzące gdzieś z głębi kadłuba niskie pomruki dziesiątek milczących dotąd transformatorów. Oto olbrzym budził się do życia. Quedr wyczuwał, jak ten gigantyczny system akumulacyjny wprawia starlarową konstrukcję w drżenie, przebiegające wzdłuż podłużnic i wręg.

Kapitan spojrzał w górę i przybliżył obraz poszczególnych jinde.

Potem Monstro bezgłośnie przekazał:

– Systemy nawigacyjne sprawne.

W jednej chwili Oalcs zdał sobie sprawę, że zna swoją dokładną pozycję wśród roju otaczających gwiazd, jakby jego mózg obejmował całą okoliczną przestrzeń. Zaraz potem zaczęły coraz wyraźniej docierać do niego kolejne dane z listy przedstartowej „Aranei”:

– Zespolone systemy obronne w gotowości. Osłony siłowe tryb awaryjny, niepełny. Sekcje bojowe tryb autonomiczny. Systemy antykolizyjne aktywne. Grodzie…

Odciął świadomość od napływu bieżących danych, w przekonaniu, że ta wiedza i tak w nim zostaje, następnie skupił się na inicjacji energii jonowej. Natychmiast poczuł w sobie narastającą siłę z czasowymi ograniczeniami, a w myślach usłyszał:

– Silniki główne, odległość skrajnie kolizyjna. Automatyczna blokada bezpieczeństwa. Procedura alarmowa uruchomienia napędu sferycznego w toku, silniki manewrowe tryb awaryjny.

Zaraz potem pokład pod stopami zadrżał, a on usłyszał myśl:

– Gotowość bojowa.

Pod wpływem mentalnego impulsu uniósł wzrok i dostrzegł, jak wrogie krążowniki gwałtownie zwalniają, a radar Cuspis, stanowiący integralną część przejrzystej kuli, sygnalizuje pospieszne zamykanie luków bojowych w veryjskich jednostkach. Wszystkie trzy krążowniki zaczęły wykonywać ostre zwroty, przesuwając osłony siłowe wzdłuż miejsc najbardziej narażonych na ostrzał. Dla nich aktywacja systemów obronnych okrętu musiała być czymś więcej niż zaskoczeniem.

Była wstrząsem.

– Wiedza jest zwycięstwem – mruknął Quedr sam do siebie.

Było jasne, że nie zamierzają atakować arnvalliańskiej „Aranei”. Nadal mieli nadzieję na jej odzyskanie, ale z pewnością nie wycofaliby się teraz, gdyby nie stanowiła ona znacznej wartości bojowej. Jej siła musiała być ogromna, skoro trzy potężne krążowniki Jinde odstąpiły od dwóch dużo słabszych jednostek alidoriańskich, które normalnie byłyby dla nich łatwą zdobyczą. Zastanawiające jednak, że mimo wszystko Veryjczycy nie szykowali się do ucieczki w podprzestrzeń.

Jakby cały czas na coś czekali.

Quedr pomyślał o nazwie radaru, która za każdym razem, gdy zmieniał perspektywę obrazu, pojawiała się w tle jego myśli. To było niczym delikatna sugestia albo przypomnienie. Kiedy jednak powtórzył w myślach słowo „Cuspis”, część kuli, którą miał przed oczami, zgasła i zrobiła się zupełnie czarna. Potem pojawiła się mentalna wiadomość:

– Podprzestrzeń w zasięgu…

Quedr natychmiast wrócił do poprzedniego stanu, przypominając sobie, że pospiesznie zamontowane na ich okrętach radary umożliwiające funkcjonowanie w silnych zakłóceniach pola elektromagnetycznego nazywały się tak samo.

Jego wzrok przyciągnęło coś, czego nie był w stanie zidentyfikować. Monstro powiększył i przybliżył obraz. Kapitan ze zdziwieniem dostrzegł samotną storhę pędzącą z dołu w kierunku „Aranei” i w tej samej chwili system obronny okrętu otworzył w przedniej prawej burcie luk torpedowy, nie stawiając jednak zapory z dolnych osłon energetycznych. Ułamek sekundy później jego umysł przeszył krótki, przenikliwy dźwięk, a potężny pocisk zamienił bezzałogowego drona w kulę ognia otoczoną obłokiem metalicznego pyłu.

Przez moment Quedr wyczuł coś, czego jednak Monstro do końca nie sprecyzował, a jednocześnie zastanowiło go, czemu system nie użył ładunku energii z gotowych do otwarcia ognia dolnych gniazd obronnych. Nie znalazłszy odpowiedzi, zmrużył oczy i rzucił krótko przez moduł:

– „Escuda” dla „Aranei”. Zgłoś się.

Po chwili usłyszał głos Cornusha:

– Pierwszy na pomoście.

– Wprowadzić nowy kurs dla dryfkotw. Lecimy do domu.

– A co z Veryjczykami?

– Nie odważą się pójść za nami w głąb Pierścienia, aż na Alidor. Na pewno nie teraz.

Czując rozłożone ramiona obu lawet, skupił się na górnej i powoli obrócił ją ponad pokładem, po czym opuścił, aż zagłębiła się w dopasowane łoże i znieruchomiała. Szczęknęły potężne rygle blokujące działo i kapitan usłyszał odgłos rozruchu czterech zewnętrznych napędów grawitacyjnych przytwierdzonych do kadłuba holownika. Dotarło do jego zmysłów, że ruszyli. Zaczął powoli obniżać dolną lawetę, gdy nagle Cuspis się uaktywnił, ukazując ruch pod nimi. Przez głowę Quedra przemknęła myśl o ataku z podprzestrzeni i odruchowo spojrzał pod nogi, poprzez przejrzystą powierzchnię kuli, nie dostrzegł jednak nic prócz srebrnego pyłu gwiazd.

Nagle rozległ się nerwowy głos Cornusha:

– „Escuda” do zespołu! Coś jest pod wami! Coś wielkiego!

Quedr nie zdążył odpowiedzieć, bo obraz na dole zafalował, jakby po powierzchni kuli rozlała się woda. Jednocześnie w głowie usłyszał słowa Monstro:

– Custos Vorago. Minimalna bezpieczna odległość.

I wtedy poczuł ten ogarniający wszystkie zmysły, przerażający strach. Zobaczył, jak gęstniejąca coraz bardziej materia powoli przybiera kształt kuli. Wokół niej przez moment krążyły dwie mniejsze, a potem oślepił go błysk. Zdał sobie sprawę, iż jest to błysk antymaterii otwierającej niewielkie przejście w podprzestrzeń. Wszystko znikło. Strach również.

Mimo połączenia z Monstro nie miał pojęcia, czym było to coś, co odczuł w tak przerażający sposób. Zdał sobie jednak sprawę, że tylko dzięki obecności na mostku „Aranei” nie postradał zmysłów. Czyżby legenda mówiła prawdę?

Na kulistym obrazie zobaczył zastygłe w bezruchu ponure sylwetki veryjskich krążowników. Biła z nich niema groźba, jakby chciały przekazać mu, że to jeszcze nie koniec.

Wyglądało na to, że całkowitym przypadkiem znalazł sobie potężnego wroga. Właściwie to najpotężniejszego z możliwych. I chociaż nie wiedział, gdzie Custos Vorago został wysłany, to ze zdziwieniem uświadomił sobie, że zna kurs, który w podprzestrzeni określił Cuspis. Ale nawet i bez tego był pewien, że wie za dużo, a jeszcze więcej się domyśla. Wydawało się jasne, czemu konwoju strzegły aż trzy potężne krążowniki Jinde i dlaczego, ryzykując namierzenie przez stacje nasłuchowe Federacji, zdecydowały się odpalić podprzestrzenną torpedę. Potem przypomniał sobie dziwny impuls, który kojarzył do tej pory z wystrzeleniem pocisku w stronę atakującej ich samotnej storhy. Zaczynał rozumieć, że tak naprawdę bezzałogowy dron wcale ich nie atakował, a jinde nie uciekły w podprzestrzeń nie tylko ze względu na chęć utrzymania swego położenia w tajemnicy przed Zjednoczonymi. Po prostu chciały mieć pewność, iż sygnał wysłany przez bezzałogową maszynę dotrze do adresata. Że dotrze do… zjawy.

Stał teraz bezradny, wpatrzony w gwiazdy, zastanawiając się nad sposobem przesłania w bezpieczne miejsce wiedzy zawartej w swoim module.

Tylko tak mógł uratować skórę, bo chociaż nie miał pewności, czym mogło być to coś, co przed chwilą widział, to zaczynał podejrzewać, że było ono prawdziwym ładunkiem veryjskiego konwoju.

2

Operacyjny świat równoległy Alfa, Ziemia

T minus 2 godziny

24 grudnia 2002, godzina 14.35 czasu lokalnego

Północny Kaukaz, rosyjska przestrzeń powietrzna

Samolot dozoru radiolokacyjnego dalekiego zasięgu Berijew A-50 obrał kurs na północ, w kierunku Nazran i dalej na Siewiernyj.

– Front burzowy jest za szeroki – powiedział pierwszy pilot, kapitan Jewgienij Aurow. – Nie ominiemy go.

– Sprawdzę, co w operacyjnym – odparł siedzący po prawej lejtnant Siergiej Anikin.

Podniósł się z fotela i odpiął przewód interkomu. Potem minął siedzącego z boku nawigatora Aloszę Jakuszyna i ruszył do tyłu, ku wąskim schodom prowadzącym na górny pokład.

Patrolowali granicę z Czeczenią, odkąd w 1991 roku Gruzja uzyskała niepodległość. To właśnie tędy prowadziły szlaki bojowników przemycających broń.

Gdy Siergiej znalazł się na górze, Władimir Jasimow, jeden z czterech inżynierów siedzących za pulpitem z ekranami, odwrócił się w jego stronę.

– Co jest?

Anikin pochylił się nad pulsującym w półmroku okrągłym monitorem i dotknięciem palca skierował antenę testowanego radaru na północ.

– Idzie na nas śnieżna burza – rzucił krótko, po czym wskazał nierówną linię frontu.

Tamten zmarszczył czoło.

– Dość szeroka. A dołem?

– Nie da rady. Czołga się po samym dnie jak ośmiornica. Nie zaryzykuję przejścia między górami.

– Więc?

Porucznik odwrócił się i klepnął w ramię siedzącego z boku Kiryłowa, wpatrzonego w ekrany, a następnie spojrzał wymownie na pasy przy fotelach.

– Zapnijcie się wszyscy. – Ruchem głowy wskazał na pozostałą dwójkę. – Wracam do kabiny.

Kiedy był na schodach, poczuł szarpnięcie. Maszyna gwałtownie przechyliła się na lewe skrzydło. Wiązania kadłuba jęknęły przeraźliwie i dziób samolotu ostro zanurkował.

Anikin, przytrzymując się rękami uchwytów bezpieczeństwa, pospiesznie ruszył w stronę kokpitu. Gdy wreszcie zajął miejsce w prawym fotelu, Aurow rzucił mu krótkie spojrzenie i poinformował:

– Zaczęło się. Przechodzę na ręczne sterowanie.

Za oknami zrobiło się ciemno jak w nocy, śnieg z impetem uderzył o szyby. Szare chmury kłębiły się dookoła niczym w kotle czarownic, a przez wszystkie pokłady samolotu niosło się głuche dudnienie wiatru nacierającego coraz gwałtowniej na kadłub maszyny.

Obaj mocniej zacisnęli dłonie na wolantach. W chwilę potem berijew bez ostrzeżenia przechylił się w lewo, jakby pod skrzydłem zabrakło powietrza, i runęli w dół. Byli wprawdzie na siedmiu tysiącach metrów, ale szczyty gór pod nimi sięgały pięciu, więc nie mieli zbyt dużo zapasu.

– Pełna moc – nakazał Aurow.

Jednocześnie pchnęli dźwignie czterech przepustnic do przodu, ani na moment nie puszczając skręconych do oporu w prawo wolantów. Przez kilkanaście długich sekund spadali bezwładnie, obracając się coraz bardziej na skrzydło, aż wreszcie znowu poczuli opór na lotkach i maszyna powoli zaczęła podnosić się z przechyłu. Wysokościomierz pokazywał niecałe sześć tysięcy metrów nad poziomem morza i musieli natychmiast nabrać wysokości. Gdzieś pod nimi sterczały ostre górskie szczyty. Słyszeli narastający ryk silników i samolot z wysiłkiem zaczął się wznosić. Niestety, u góry wcale nie było lepiej. Dopiero gdy znaleźli się na ponad ośmiu tysiącach, zapanował względny spokój i gwałtowne wstrząsy na moment ustały. W minutę potem w słuchawkach usłyszeli głos operatora z górnego pokładu:

– Ten przechył…

Jasimow urwał, jakby się zastanawiał nad tym, co chciał powiedzieć.

– Wystąpiła przypadkowa zmiana sektora przeszukiwania – dokończył.

Aurow dotknął dłonią kostek laryngofonu przy szyi i rzucił głośno:

– Powiesz, co jest grane?

– Przy obrocie główna antena zarejestrowała obraz przestrzeni nad nami. Mieliśmy przez kilkanaście sekund na dwóch ekranach jedynie widok księżyca.

– No? – ponaglił go kapitan.

W głośnikach słychać było, jak inżynier nabiera powietrza.

– I czegoś jeszcze.

Dowódca zacisnął mocniej dłonie na wolancie.

– Mów jaśniej – warknął.

– Był błysk i coś jak spadająca gwiazda. Później to zniknęło za tarczą księżyca i już się nie pojawiło.

Chwilę później dodał:

– Fiodor widział to samo.

– Na żarty wam się w Wigilię zebrało? – spytał groźnie Anikin.

Tym razem cisza trwała nieco dłużej.

– To coś hamowało tuż przed – usłyszeli wreszcie. – Mamy to zarejestrowane.

Siergiej zerknął w stronę dowódcy i poczuł na plecach dziwne mrowienie. Chwilę potem samolotem znowu szarpnęło i w kabinie rozległ się sygnał ostrzegający przed przeciągnięciem. Półmrok w kabinie rozjaśniły pulsujące, pomarańczowe światła. Jednocześnie pchnęli wolanty. Prędkość stopniowo zaczęła wzrastać, przy pięciuset trzydziestu kilometrach na godzinę zdołali wyrównać. Ponownie zaczęli się wznosić i kilka minut później w słuchawkach usłyszeli zaniepokojony głos operatora:

– Mam zakłócenia w systemie szyfrowania. Ktoś włamuje się do naszych baz danych.

Aurow odwrócił się za siebie i spojrzał w ciemność dolnego pokładu, gdzie głośno pracowały serwery komputerów.

– Na pokładzie? – zapytał.

U góry zapadła na chwilę cisza.

– Nie wiem – odparł Jasimow nerwowo. – Dane przechodzą przez satelity. Może to stamtąd.

– Czy burza może mieć coś…

– Wątpię. Teraz wyświetlają się jakieś kody. To…

Zawahał się.

– Cholera, rozpracowują nasze systemy identyfikacji.

Anikin dostrzegł nerwowe spojrzenie pierwszego pilota, a po chwili usłyszał jego słowa:

– Co z platformą przeciwzakłóceniową?

W głośnikach rozległ się szczęk przełączników, a potem przenikliwy pisk automatów.

– Szmelc – jęknął operator.

Przez twarz kapitana przemknął nerwowy grymas.

– Połącz się z dowództwem – warknął. – Zamelduj o próbie infiltracji.

Wszyscy zdali sobie sprawę, że dzieje się coś niedobrego.

– Zrozumiałem – rzucił krótko Jasimow, ale zaraz znowu usłyszeli w słuchawkach jego głos: – Nie da rady. Chyba zupełnie straciliśmy łączność.

– A co działa? – spytał Aurow, nie kryjąc irytacji.

W słuchawkach przez chwilę słyszał stukanie przełączników i szum aparatury, a potem Jasimow odpowiedział:

– Stacja radarowa, system obróbki danych, system rejestracji i telemetrii.

– Co straciliśmy?

– Padła transmisja sygnałów, identyfikacja IFF, szyfrowanie, łącza danych z myśliwcami i wielopasmowa radiostacja. Moment… mam na radarze przesunięcie sektora A-11.

Chwila zawahania i ponownie usłyszeli jego głos:

– Chyba wrócił… nie, coś skopiowało obraz samolotu. Naszego samolotu.

Kilka sekund przerwy.

– Cholera, teraz widoczni jesteśmy trzydzieści jeden kilometrów od naszej prawdziwej pozycji, kurs sto dwadzieścia, wysokość dziewięć trzysta. To nasze wirtualne odbicie.

– Jesteś pewny?

– Sto procent. Przesunął się i tak został. Gdybym tego nie widział, uznałbym, że pojawił się znikąd. Czekajcie, mam sygnał ze stacji naziemnej we Władykaukazie. Namierzyli intruza w naszej przestrzeni powietrznej. To duża maszyna i jest gdzieś nad nami.

Aurow odruchowo pochylił się nad sterami, rozglądając się dookoła.

– To stamtąd mamy te zakłócenia? – zapytał.

Jasimow przez chwilę milczał, jakby nasłuchiwał.

– Nie wiem. Na razie ustalają współrzędne. Z trzysta dziewięćdziesiątej trzeciej bazy lotniczej w Korienowsku poderwali dyżurną parę migów 29.

– Co z łącznością? – spytał Aurow.

Odpowiedź z górnego pokładu przyszła od razu:

– Nadal nic. Słyszę tylko rozmowę pilotów myśliwców. Mają już namiar, ale tamten nie odpowiada na wezwania.

Dowódca tylko pokiwał głową i mruknął:

– To skurwysyn.

Na kilka sekund zapadła cisza, a potem usłyszeli niewyraźne słowa:

– To niemożliwe… To jakaś pomyłka…

Anikin odwrócił się i ryknął na cały głos:

– Co się dzieje, do cholery?

Najpierw usłyszeli coś, co przypominało stuknięcie o podłogę, a później ciche słowa:

– Podają nasze współrzędne.

Sekunda ciszy.

– Oni biorą nas za tamtych.

Kapitan spojrzał w stronę nawigatora, ale ten tylko wzruszył bezsilnie ramionami i przyciskając laryngofon mocniej do szyi, zapytał:

– Kto wysyła te namiary?

Usłyszeli przyśpieszony oddech Jasimowa.

– My.

Aurow pochylił się nad sterami.

– Co ty, kurwa, pierdolisz? Sami siebie wystawiamy na odstrzał?

Przestawił łączność na częstotliwość alarmową, wcisnął przycisk nadawania i krzyknął:

– Wstrzymać atak! Powtarzam, wstrzymać atak! Namierzacie swoich!

Ale odpowiedziała mu cisza.

Piloci spojrzeli tylko na siebie, po czym gwałtownie odepchnęli wolanty i maszyna runęła w dół. Wysokościomierz zaczął wirować coraz szybciej. Zbliżali się do poziomu górskich szczytów, a autonomiczny wielofunkcyjny radar N-010 pokazywał coraz wyraźniej ukształtowanie terenu pod nimi. Za oknami ciemne chmury umykały do tyłu, a wokół było czarno, jakby zapadła noc.

Kapitan sięgnął do pulpitu i włączył reflektory do lądowania. Jasne smugi światła przecięły mrok, ale niewiele to pomogło.

W tym momencie usłyszeli głos jednego z operatorów:

– Dwa migi weszły w zasięg naszej stacji radiolokacyjnej. Namierzają nas.

Anikin, kręcąc głową, warknął:

– Rakiety nie odpalą. Identyfikacja swój – obcy nie pozwoli.