Strona główna » Styl życia » Tajlandia. Pojechałam po miłość

Tajlandia. Pojechałam po miłość

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7859-262-4

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Tajlandia. Pojechałam po miłość

Wyruszając w podróż dookoła świata wydaje nam się, że jest ona spełnieniem naszych marzeń, zwłaszcza, gdy pragniemy dotykać tego świata z najbliższą naszemu sercu osobą.

Rzeczywistość weryfikuje zarówno nasze marzenia, jak i poddaje próbom uczucia.

Historia opowiedziana w tej powieści jest konfrontacją poezji naszych wyobrażeń z prozą dnia codziennego - jednak podaną nam w niezwykle piękny sposób - jak w kalejdoskopie oglądamy kolorowe światy, poznajemy niezwykłych ludzi, bywamy w miejscach, które znamy jedynie z telewizyjnych relacji.

Barwność i różnorodność tych opowieści przekazana plastycznym językiem - wręcz malowana obrazami - sprawia, że odbywamy tę podróż razem z Autorką, która doprawiła całość swoimi emocjami, co z kolei sprawia, że powieść zostawia w nas ślad - a my mamy wrażenie, że odciskamy ślad swoich stóp w opisanej Tajlandii.

Bo to nie tylko podróż po dalekich zakątkach Ziemi, ale przede wszystkim podróż po zakątkach serc - dwojga serc, które spotykają się, zaczynają bić w tym samym rytmie by w końcu...

Ale o tym dowiecie się Państwo sami, gdy otwierając pierwszą stronę książki otworzycie drzwi do innego świata, w którym czeka na Was to, co najlepsze.

Czas podarowany tej książce nie będzie czasem straconym.



Monika M Sawicka

Joanna Morea

muzyk, wokalistka, flecistka, saksofonistka, autorka tekstów, kompozytorka, aranżerka, absolwentka Królewskiego Konserwatorium w Brukseli na wydziale jazzu i muzyki rozrywkowej.

Podróżniczka. Zwiedziła ponad sześćdziesiąt krajów na niemal wszystkich kontynentach, jak również odbyła dwuletnią podróż dookoła świata czego efektem jest pierwsza książka autorki „Bezdroża, lodowce i rum” (2011)

Zarówno muzyka jak i zwiedzanie świata są jej wielką fascynacją. Muzyką dzieli się ze sceny zaś podglądaniem świata i ludzie w opowieściach i książkach.

Polecane książki

  "Powieść pod różą" - książka odnaleziona w archiwum. Nieocenione źródło wiedzy o środowisku przedwojennej lewicy warszawskiej i samej Warszawie tamtych lat. Zwyczajny dzień 1952 roku. Do domu Boguszewskiej i Kornackiego przychodzi tajemniczy mężczyzna i przedstawia się jako Ryś Wietrakowski - ten ...
W wyniku zmian w zakresie umów zlecenia, które wejdą w życie od 1 stycznia 2017 r. zostanie wprowadzona minimalna stawka godzinowa dla osób wykonujących pracę na podstawie określonych umów zlecenia oraz umów o świadczenie usług, do których stosuje się przepisy o zleceniu. Będzie ona corocznie walory...
Megan wie, czego chce od życia i zamierza to zdobyć bez względu na to, co powiedzą jej rodzice.Eliot dawno już zrezygnował ze wszystkich swoich planów na przyszłość i wtedy pojawia się Megan z propozycją, która zmieni jego życiowe plany na zawsze. Razem wyruszają w podróż, aby uciec z rodzinnego mia...
Orzecznictwo Aplikanta – Kodeks postępowania administracyjnego, zawiera tezy orzeczeń do poszczególnych (wybranych) artykułów tego Kodeksu. W niniejszym zbiorze znajdziesz tezy najważniejszych orzeczeń Sądu Najwyższego, NSA, WSA, sądów apelacyjnych oraz sądów okręgowych. Pełną treść orzeczenia wraz ...
Publikacja opisuje zasady korzystania z urlopów związanych z rodzicielstwem lub adopcją, a także zasady ich rozliczania oraz ustalania wysokości zasiłku macierzyńskiego za okres tych urlopów. Ponadto Czytelnik może się dowiedzieć, kiedy i jaka umowa ulega przedłużeniu do dnia porodu, a także...
Publikacja stanowi efekt wieloletnich badań prowadzonych przez Autorkę  na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego. Z analizy zawartej w książce wynika, że Procykliczność działalności bankowej jest zjawiskiem złożonym i zróżnicowanym. Wyjaśnienia tego zjawiska dostarczać może teoria zawodnoś...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Joanna Morea

Tajlandia. Pojechałam po miłość

Iwona Porożyńska

© Copyright by

Joanna Morea & e-bookowo

Projekt okładki:

Jacek Brodowski

ISBN e-book 978-83-7859-262-4

ISBN druk 978-83-7859-263-1

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2013

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

Patronat medialny:

Część IRozdział 1

Siedzę na zatłoczonym lotnisku Heathrow w Londynie. Terminal 3.Tłumy ludzi kręcą się jakby zupełnie bez celu. Panuje tu straszliwy rozgardiasz. Jestem zmęczona. Na sekundy tracę świadomość. Momentami zastanawiam się, gdzie ja właściwie jestem. Otaczają mnie całe rodziny Hindusów, Sikhów, Muzułmanów i niewielu Europejczyków. Trochę się gubię. Równie dobrze mogłabym być teraz na lotnisku w Indiach.

Samolot, którym przyleciałam z Warszawy, wylądował o czasie. Trochę trzęsło przy podchodzeniu na pas lotniska. Jest środek zimy, opóźnienia są normą. Zresztą tego roku zima jest wyjątkowo ostra i śnieżna.

Nieco ociężale podnoszę się z ławki. Czeka mnie jeszcze trzy godziny oczekiwania na samolot do Bangkoku. Lecę, wykorzystując voucher z anulowanego kilka miesięcy temu biletu na przelot do Sydney. Okazuje się właśnie, że samolot, którym będę niebawem podróżowała, leci właśnie do Sydney, a w Bangkoku ma tylko międzylądowanie. Co za ironia!

Ale czym jest ta mała ironia z moją burzą w pobudzonej właśnie kawą głowie. Po co właściwie tam lecę? Owszem, kiedy nadarzyła się ta możliwość, bardzo się ucieszyłam. Podróżowanie płynie w moich żyłach, uwielbiam to robić. Ale to nie najlepszy moment mojego życia na taką wycieczkę, do tego samotną. Tak, zdecydowałam się wyruszyć sama. Pomyślałam, że potrzebuję oddechu, potrzebuję oczyścić umysł i złapać dystans do wszystkiego, co dzieje się właśnie w moim życiu. A co się dzieje?

Ktoś trąca mnie lekko, kiedy spacerując po korytarzach lotniska, pociągam kolejny łyk kawy.

– Sorry! Bardzo przepraszam! – przerażony około 30 letni mężczyzna powtarza co chwila, spoglądając na niewielką plamę, jaka powstawała właśnie na mojej bluzie. Plama latte błyskawicznie wsiąknęła, przybierając strzępiaste wzorki.

– Nic się nie stało, naprawdę! – uspokajam go.

– Nie wiem, jak ja to zrobiłem!… Przepraszam!

– Żaden problem.

– A twoje kawa? – pyta. – Może kupię ci następną?

– Nie, nie trzeba, dziękuję.

– A… dokąd lecisz, jeśli można?

– Do Tajlandii… zabiorę zatem trochę brytyjskiej kawy na swojej bluzie – żartując, wskazuję swoją plamę.

– A ja do Singapuru, a dalej do Nowej Zelandii.

– Super.

– Tak, chociaż teraz żałuję, że też nie lecę do Tajlandii – mówiąc, uśmiecha się nieśmiało.

Zastanawiam się, czy potrącił mnie niechcący czy z rozmysłem.

– Nie teraz, to kiedy indziej tam polecisz – odpowiadam.

– Tak, masz rację.

Mężczyzna chce jeszcze coś powiedzieć, ale ja zupełnie nie mam ochoty na pogawędki. Wymyślam na poczekaniu jakiś powód, żeby zakończyć tę rozmowę.

– Przepraszam cię, ale powinnam wykorzystać jeszcze Europę i zadzwonić do kilku znajomych.

– Oczywiście… tak… przepraszam, że cię zatrzymuję.

Mężczyzna znika po chwili, a ja cóż, zagłębiam się w rozmyślaniu o swoim przedziwnie układającym się życiu.

Moje małżeństwo nie przetrwało próby. Rozpada się po 10 latach wspólnej historii.

Potem przechodzę chwilowe załamania, później rozwód, który w odcinkach trwa do dzisiaj. Boję się nowych związków i ich unikam, jednocześnie tęsknie za tym, czego nie miałam w małżeństwie, za ciepłem i męskim wsparciem, za partnerem, za normalnością i za tym najważniejszym, za miłością.

Mniej więcej rok po rozstaniu powoli wychodzę ze skorupy i dostrzegam mężczyzn. W międzyczasie wracam do pozostawionej po ślubie kariery zawodowej i tu zderzenie z polską, brutalną rzeczywistością… brak kontaktów, brak wsparcia, brak szans na cokolwiek.

Pierwszy krótki flirt, bardziej fascynacja – nieudany. W życiu zawodowym… no cóż, próbuję, czego się da, ale nie za wszelką cenę. Kolejny flirt – brak zaangażowania z mojej strony, ale miłość z jego. Niestety to doprowadza mnie do jeszcze większego załamania i frustracji. I wreszcie przydarza mi się pierwszy romans – nieudany i dość głęboko przeżyty. Za namową koleżanek zaczynam krótką zabawę w sieci zakończoną rozczarowaniem i jeszcze głębszą frustracją. A zawodowo? Jakieś bardzo pozorne i nic nie znaczące ruchy. Ale tu staram się nie poddawać i dużo pracuję.

Kolejny flirt oparty na wspólnym biznesie – wielkie nadzieje (rozbudza on), wchodzę w to z rozsądku. Niestety to całkowita porażka, która jest najświeższą (sprzed tygodnia) i której skutki jeszcze odczuwam. Na całe szczęście nie byłam zaangażowana, ale niestety to jeszcze bardziej pogłębiło i tak już dalece zaawansowane poczucie porażki.

A teraz właśnie czekam na samolot do Bangkoku. Lecę tam i nie wiem, po co to robię. Ok, ta podróż ma być lekiem na moją frustrację. Chcę się odbudować, odnaleźć i wzmocnić. Żadnych facetów!!!! Po co wybrałam Tajlandię, przecież byłam tam już kilka razy?

Tajlandia to taki kraj, w którym czuje się oddech wolności. Nie mam na myśli rozwiązłości i wolności seksualnej, owszem ten kraj to mekka nocnego życia i wszelakich wolnych związków. I każdy, kto choć raz odwiedził to miejsce, dobrze to wie. Dla mnie jednak, dla samotnie podróżującej kobiety, żaden inny kraj azjatycki nie wydaje się tak bezpiecznym i tak łatwym do podróżowania jak Tajlandia. A jeśli chcę na chwil parę uwolnić się od przeszłości, przemyśleć wszystko od nowa w ciszy i spokoju, to właśnie tu tę ciszę oraz wolność umysłu mogę znaleźć i jej doświadczyć. Tajlandia do lat czterdziestych ubiegłego wieku nazywała się Syjamem, co oznacza ciemny lub brązowy, po czym stała się Tajlandią. Słowo Thai oznacza wolność. Thai to też grupa etniczna zamieszkująca centralną część kraju, ale dla mnie idea wolności zawarta w słowie Thai emanuje pewną magiczną potęgą. Dla mnie, podróżniczki czy też turystki z Europy, obserwatorki, która nie przekracza zastanych tu prawideł społecznych, nie przenika głębiej w istniejące tu podziały, jest w tym słowie pewna spójność, która do mnie przemawia. Moja wolność w kraju wolności.

Uwielbiam też tajską kuchnię. To bogactwo smaków i aromatu. Moja ulubiona trawa cytrynowa w zupach czy w owocach morza i sosy oparte na mleku kokosowym. Ja zwyczajnie tęsknie za smakami. Noszę je gdzieś w świadomości i w ustach, a kiedy tylko pomyślę nawet o najbardziej popularnym, ulicznym Pad Thai, zaraz dosłownie ślinka mi cieknie.

Ujmująca jest życzliwość Tajów, uśmiech oraz spokój, jaki z nich emanuje. Ich niemal wiecznie uśmiechnięte twarze to idiom, to cecha charakterystyczna. Nie bierze się to tylko z wyznawanej religii, 95% populacji to Buddyści, ale z uwarunkowań kulturowych, z azjatyckich zwyczajów. Tajlandia nazywana jest często krajem uśmiechu. Ludzie uśmiechają się większość dnia i nie tylko ze względu na słońce. Uśmiech jest narzędziem naprawczym, kartą przetargową, lekarstwem na każdą okazję. Jest także usprawiedliwieniem dla gaf, nietaktów i niewiedzy. Uśmiechem się przeprasza, dziękuje, a także unika konfliktów. Tajowie wolą się uśmiechać niż żałować, że powiedzą coś za wiele czy też zrobią coś niepotrzebnego. Oni, podobnie jak inni Azjaci, nie odpowiadają nigdy negatywnie. Słowo NIE dla nich właściwie nie istnieje. Nawet jeśli mają skłamać, niczego nie zanegują i nie odmówią. Wtedy właśnie z pomocą przychodzi uśmiech, który osłodzi każde kłamstewko, do którego można się dopuścić, aby tylko nie doprowadzić do powiedzenia słowa NIE, a tym samym nie utracić twarzy.

Jednak tak naprawdę poza niezwykłym bogactwem kulturowym i obyczajowym tego kraju tym razem przywiodło mnie tu coś innego. Zafascynowała mnie jedna z wysp na Morzu Andamańskim. Nie wiem, skąd ją wytrzasnęłam, bo nie z żadnego przewodnika. Pewnie natknęłam się na informację o niej, eksplorując strony internetowe. Teraz nawet nie pamiętam, co mnie w niej tak urzekło, ale skoro już czekam na ten samolot do Bangkoku, to właściwie w jednym celu. Chcę dotrzeć właśnie na tę wyspę.

Wyciągam z torby przewodnik, książkę o Tajlandii, żeby skończyć to użalanie się nad samą sobą i zająć się czymś ważniejszym na tę chwilę. Zapisałam gdzieś w kalendarzu nazwę wyspy, odszukam ją teraz i opracuję plan dojazdu. Przed opuszczeniem Polski niestety nie miałam na to czasu. Cały zamysł tej podróży był równie zaskakujący jak wybór kierunku. Tempo przygotowań zaś błyskawiczne. Zawsze najtrudniejsza jest organizacja całego organizmu, jakim jest dom i dziecko. Wszystko i wszystkich trzeba zostawić ze stuprocentowymi wytycznymi i przygotować plany awaryjne na nieprzewidziane wydarzenia. I to właśnie starałam się zrobić w ciągu bardzo krótkiego czasu, dosłownie kilku dni.

Byłam w Tajlandii już kilkakrotnie, toteż mogłam sobie pozwolić na pełną improwizację. Nastawiłam się na odwiedzenie wysp, dlatego intensywne i przyśpieszone przejrzenie stron i kilku forów internetowych dało mi szybki wgląd w temat i pozwoliło natychmiast wskoczyć w psychologię podróżnika. Bardzo sprawnie potrafię przeistoczyć się z kobiety, powiedzmy „damy”, w traperkę. Uznałam, że ten mój krótki, kilkunastodniowy wyjazd nie wymaga wnikliwego przygotowania trasy.

Teraz zaczynam kartkować strony przewodnika. O jest! Odnajduję na mapie wyspę Ko Rang1. „Super” myślę sobie. Zaraz, zaraz… ta sama nazwa, ale nie to wybrzeże, tamta wyspa nie leży w zatoce Tajskiej. Zastanawiam się czy nie pomyliłam czegoś w nazwie wyspy. Zmieniam rozdział na ten, gdzie podane są informację o Andamańskim wybrzeżu. Jest! Ale niestety tylko wzmianka. Nie wiadomo, jak się na nią dostać i czy w ogóle turyści tam docierają. Pamiętam tylko, że wyspa znajduje się blisko granicy z Myanmar, ta wzmiankowana tutaj w przewodniku również, a zatem musi to być ta właściwa. To już coś, jakaś pierwsza informacja. Czyli czeka mnie mała przygoda. A to brzmi już ekscytująco.

Spoglądam na zegar na ścianie. Jeszcze godzina. Odszukuję na tablicy informacyjnej numer wyjścia do odprawy i podążam w tym kierunku. Już z daleka dostrzegam Anglika, który dopiero co zrobił mi plamę z kawy na bluzie. Uśmiecha się do mnie. Wydaje się być bardzo miły, ale czuję, że mam uczulenie na facetów. Nie mam ochoty na flirty, te urokliwe uśmieszki, wyczuwania, oceniania, na tę całą wstępną gierkę, żeby to ocenić możliwości ewentualnego poderwania. Jestem tym zmęczona.

Odwzajemniam się jednak nieśmiałym uśmiechem. Mężczyzna zabawnie spogląda, czy przypadkiem nie trzymam w ręku żadnego napoju i nie dochodząc zbyt blisko, zagaduje.

– Wciąż czekamy?

– Tak, ja już niedługo.

– To szczęśliwej podróży!

– Wzajemnie.

Chyba wyczuł moje niezbyt chętne do pogaduszek nastawienie. To miłe z jego strony. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że przecież wie, dokąd lecę i dobrze wie, że mój samolot odlatuje dopiero za godzinę. Tak jak i ja dobrze wiem, że on będzie czekał jeszcze trochę dłużej. Oj, chyba trochę przesadzam z tą alienacją. A może nawet jestem niemiła. On wygląda na zwykłego trapera, a nie podrywacza. Oglądam się za siebie. Stoi nieopodal przy jednym ze sklepów wolnocłowych. Spogląda niepewnie w moją stronę. Reaguję nieznacznie na niego. Trzyma w ręku czekoladę, jakby przymierzał się do jej kupowania. Wskazuje mi ją, jakby chciał zapytać, czy mam na nią ochotę. Odruchowo kiwam głową, że tak. Uwielbiam czekoladę. „Co ja robię?” – pomyślałam. No właśnie, co ja robię, przecież nie mogę zdziczeć. Poza tym za chwilę nasze drogi się rozejdą. I ruszam w jego stronę.

– Czy mam ci doradzić w wyborze czekolady? – pytam żartobliwie.

– A jaką lubisz najbardziej?

– No ja… z rodzynkami.

– A ja chyba tę z nadzieniem. Poczekasz? Zapłacę tylko.

– Jasne.

On podchodzi do kasy, a ja w tym czasie do perfum. Jak zwykle. To najprzyjemniejszy etap oczekiwań na lotnisku, czyli wypróbowywanie wszystkich zapachów. Ukradkiem wylewam na siebie kilka. Już jest mi znacznie lepiej. Wyszukiwanie nowych perfum zawsze poprawia mi nastrój.

– A, tutaj jesteś?

– Wiesz, jestem mimo wszystko normalną kobietą – wyjaśniam, odstawiając na miejsce kolejną sprawdzaną przeze mnie buteleczkę perfum.

– Mimo wszystko? – spogląda zdziwiony.

– Wiesz, bo…

– Nie ma problemu, nic nie wyjaśniaj. Proszę, to dla ciebie. W Azji przypomnisz sobie z utęsknieniem trochę europejskich czekoladowych klimatów – i podaje mi czekoladę z rodzynkami.

Siadamy na wolnych ławkach i przegadujemy cały czas, aż do mojego odlotu. Anglik odprowadza mnie do mojego punktu odpraw i żegnając się, mówi:

– Masz trochę za dużo smutku w oczach. Nie wycofuj się ze świata. Zwyczajnie żyj, bo najgorsze jest uczucie utraconych chwil. A to my je tracimy na własne życzenie, z własnego wyboru. To nie dzieje się przez coś zewnętrznego, nie tracimy szans przez złą koniunkturę, przez kogoś innego, bo nam przeszkodził, przez nieodpowiednie momenty, brak szczęścia, zły układ planet, czy przez inne czynniki zewnętrzne. Tracimy szanse przez samych siebie, bo się z różnych powodów wycofujemy. Nie rób tego. Napełnij swoje oczy radością.

Patrzę na niego i stoję nieruchoma. Jestem zaskoczona tak mocno, że nie wiem, co powinnam teraz zrobić, co powiedzieć.

– Ale skąd…

– Zobacz, już prawie nie ma ludzi do odprawy. Zaraz odleci twój samolot.

– O rany! Słuchaj… dziękuję, bardzo ci dziękuję.

Ściskamy mocno swoje dłonie na pożegnanie.

Jako jedna z ostatnich pasażerek siadam w swoim fotelu. Niestety nie mam miejsca przy oknie, ale jest ciemna noc i jest mi wszystko jedno. Samolot startuje, a ja wciąż jestem pod wrażeniem słów Anglika. Nawet nie wiem, jak ma na imię!

Lot do Bangkoku jest bardzo spokojny. Moimi sąsiadami jest dwoje starszych ludzi. To małżeństwo. Australijczycy. Są dla siebie bardzo uprzejmi. Przesypiam większość czasu, budząc się tylko na posiłki. Nawet nie przeszkadza mi płacz dzieci jednej z pasażerek.

Lądujemy o czasie. Rozgrzane powietrze przenika każdą szparą do klimatyzowanego lotniska. Zrzucam z siebie wszystkie bluzy. Zostaję tylko w podkoszulce i spodniach. A mimo to ledwie mogę wytrzymać. Nawet nie myślę teraz, co będzie, kiedy stąd wyjdę na zewnątrz. Wymieniam na lotnisku pieniądze i zastanawiam się, co robić dalej.

Jeszcze z domu zarezerwowałam przez Internet pokój w jednym z niedrogich hoteli w pobliżu serca turystycznej części wielkiego, wielomilionowego Bangkoku, czyli w pobliżu Khao San Road, ale nie dostałam żadnej odpowiedzi, więc właściwie nie mam żadnej rezerwacji. Jestem przyjemnie bezdomna. Zwykle nie rezerwuję hoteli wcześniej tylko szukam na miejscu, ale tym razem, kiedy jestem sama i przylatuję późnym popołudniem, chciałam mieć pewność, że nie będę szukała godzinami taniego pokoju. Teraz jednak właściwie nie mam większego wyboru. Jest dość późno. Tutaj wcześnie robi się ciemno. Jestem zmęczona, a do tego organizm musi się zaaklimatyzować i przyzwyczaić szybko do wysokiej temperatury powietrza, wilgotności oraz zmiany czasu. Już głowa daje mi pierwsze oznaki tych zmian.

Zaraz po odprawie opuszczam lotnisko. Na zewnątrz panują warunki jak w parowej łaźni, z której nie ma wyjścia. Szukam przystanku, skąd odjeżdżają pośpieszne, miejskie autobusy. Siedzi tu już grupa turystów takich jak ja, z plecakami. Zrzucam swój, który trochę mi już ciąży na plecach i podchodzę do niedużego, otwartego kiosku. Trochę leniwie obsługują mnie trzy rozgadane między sobą Tajki.

Po około 10 minutach podjeżdża klimatyzowany autobus. Siadam przy oknie. Słońce chyli się ku zachodowi. Pierwsze pomarańczowe smugi światła otulają szklane ściany wieżowców i tonące w bujnej roślinności ogrodów tajskie domy. Czuję się, jakbym wracała na stare śmieci. Wszystko jest mi takie znajome, mimo, że nie rozpoznaję ani dzielnic, ani ulic. Blask zachodzącego słońca przywołuje wspomnienia. Ale i zapach gorącej wilgoci zmieszany z urbanistycznymi oparami rysuje przede mną obrazy z niedalekiej przeszłości. Wszystkie moje zmysły uczestniczą w tym intensywnym powrocie do historii. Prawie nie zatrzymując się nigdzie indziej po drodze, przez około czterdzieści minut autobus wiezie nas prosto do mekki turystycznej, jedynej w swoim rodzaju na całym świecie, do Banglamphu i jej najsławniejszej Khao San Road2.

Ulica Khao San była w przeszłości miejscem, gdzie odbywał się największy ryżowy targ w Bangkoku i przyciągała tylko mieszkańców miasta. Ponieważ usytuowana jest w pobliżu Wielkiego Pałacu Królewskiego, szybko stała się wygodnym punktem, gdzie zatrzymywali się turyści. W ciągu ostatnich dwudziestu lat powstało tu mnóstwo hoteli i guesthousów3, tak że dziś Khao San jest mekką dla przyjeżdżających tu backpackerów. Nie ma podobnego, tak barwnego, zaskakującego i nieprzewidywalnego miejsca w całej Azji.

Rozdział 2

Niebo jest już zupełnie czarne, kiedy wysiadam z autobusu. Jednak tutaj na dole kolorowe światła klubów, restauracji, hoteli, guesthousów, przeogromne ilości sklepików i budek na kółkach oświetlają każdy zakamarek każdej z uliczek.

„To gdzie teraz?” – myślę. Tłumy turystów i miejscowych cisną się, zagarniając każdy fragment ulicy. Z trudem przeciskam się z plecakiem przez masy spacerowiczów i gąszcz porozstawianych budek, gdzie kwitnie uliczny handel. Wyciągam z podręcznej torby jakiś awaryjnie zabrany ze sobą, tak na wszelki wypadek, spis hoteli. Próbuję ustalić, gdzie się właściwie teraz znajduję. Rozglądam się uważnie. Nagle, pośród wielu szyldów reklamujących hotele i guesthousy, dostrzegam New Jolly, ten, w którym rezerwowałam pokój. Ruszam w jego kierunku, chociaż nie mam żadnej pewności, czy znajdę tam wolny pokój. Słodki zapach kokosów tajskiej kuchni dociera do moich nozdrzy. Uwielbiam to. Czuję głód, ale i lekki zawrót głowy. Zauważam grubo namalowaną strzałkę wskazującą drogę. Muszę skręcić w boczną, wąską uliczkę. Idę tam. Zgiełk ulicy trochę cichnie, ale wciąż jest tłoczno. Jeden za drugim mijam centra tajskiego masażu. Tajki zapraszają do środka na Tai Massage. Mój plecak im w tym nie przeszkadza. Wchodzę jeszcze głębiej w następną zaciemnioną, boczną uliczkę, która nagle rozwidla się. Zastanawiam się przez chwilę, którą podążać dalej. Jedna odnoga jest ślepa, ciemna i opustoszała. Nie zapuszczam się tam. Wybieram drugą. Po chwili widzę New Jolly Hotel. Wchodzę do środka. Znajduje się tu duża, tajska restauracja. Z boku dostrzegam drzwi. To przejście do recepcji.

„Nareszcie” – myślę i wchodzę. Za drewnianym kontuarem pracuje średniego wieku Tajka. Właśnie kogoś melduje. Dookoła stoi kilkoro podobnych do mnie backpackerów4.

– Niestety hotel jest pełen – spokojnie odpowiada, zapisując dane z paszportów. – Możecie spróbować za jakieś dwie godziny, bo czekamy na nowych gości z Europy, jak nie przyjadą, to może któryś pokój będzie wolny.

Zastanawiam się przez chwilę, czy w ogóle pytać o moją rezerwację sprzed kilku dni, ale jeśli tego nie zrobię, to na pewno nie znajdę tu miejsca, bo go teraz nie ma.

– Przepraszam, kilka dni temu rezerwowałam u was pokój, ale nie dostałam żadnej odpowiedzi.

– Na dzisiaj?

– Tak, jedynka na nazwisko Starska.

– Julia Starska?

– Tak dokładnie.

– Jest i czeka.

– A skąd wiedzieliście, że przyjadę, nie mając potwierdzenia?

– Nie wiedzieliśmy, ale wiemy, kiedy ląduje samolot z Anglii, przecież wypełniałaś to przez Internet?

– No tak…

– Gdybyś nie pojawiła się jeszcze przez około 2 godziny, nie byłoby problemu, bo tu ciągle ktoś szuka pokoju.

– To jednak dobrze, że was znalazłam.

– Pokój z łazienką i fanem5 400 bahtów za noc, zgadza się?

– Tak.

– Zostajesz dwie noce czy dłużej?

– Raczej dwie.

– Gdybyś chciała przedłużyć, to zostaw wiadomość w recepcji do 12 w południe. Wymeldowanie o 12.00. Zapłacić możesz teraz lub rano. Poproszę twój paszport. To twoje klucze. Pokój jest na czwartym piętrze. Schody na górę są tam.

– A nie ma windy przypadkiem?

– Przykro mi, niestety nie.

– Ok, no problem.

Z trudnością otwieram pokój, a potem z prawdziwą przyjemnością zrzucam z siebie na ziemię plecak. Włączam wiatrak na najwyższe obroty, a potem sama padam na łóżko. Zrywam się po chwili. Odkrywam, że okiennice się nie zamykają, a okna wychodzą na balkon. Bardzo łatwo jest tutaj wejść. Mam ze sobą kłódkę. Wyciągam ją z plecaka i kombinuję, jakby ją tu założyć, żeby nikt tu nie wszedł ani z sąsiadującego pokoju, ani z dachu. Mój pokój jest bowiem na ostatnim piętrze. Udaje mi się wreszcie znaleźć najlepszy wariant. Okno będzie chwilowo nie do otworzenia. Ale na zewnątrz i tak jest zbyt gorąco nawet nocą.

Znowu poczułam głód. Biorę szybki, cudowny, wspaniały, ale jak orzeźwiający zimny prysznic i schodzę na dół. Kobieta z recepcji uspakaja mnie, kiedy odkrywam swoje obawy w związku z okiennicami.– Mamy monitoring i na każdym korytarzu oraz z zewnątrz są kamery – oświadcza. Potem tłumaczy mi, jak najprostszą drogą dojść do Khao San Road.

Jak cudownie wplątać się w ten szukający wszędzie wrażeń tłum. Niewiele się tu zmieniło. No, może przybyło trochę nowych lokali, a inne pozmieniały nazwy, ale atmosfera wiecznie trwającej tu imprezy panuje nadal, a do tego nie tylko na głównej ulicy, ale również na tych pobocznych, gdzie jeszcze kilka lat temu panowały spokój i cisza. Uśmiechające się Tajki wszędzie sprzedają patthai przygotowywane na gorąco na przenośnych kuchniach. Oczywiście jest też moje ulubione i tak wytęsknione Rothi, czyli kręcone w powietrzu tajskie naleśniki. Najlepsze są te z bananem lub jajkiem albo z ananasem. Do tego dopiero co wyciśnięty sok z tutejszych owoców albo świeży, zielony kokos. Jak ja się tutaj dobrze czuję. Gorąca noc, znajome kąty, wspaniałe jedzenie. Dookoła urocze zaczepki tubylców – hello! Albo zdecydowane podrywy turystów, ale na nie niestety nie mam ochoty. Wciągam głęboko powietrze, oddech tak upragnionej wolności. Szkoda, że nie ma tu ze mną mojej córeczki…

Zmęczenie dopada mnie natychmiast po nasyceniu głodu. Wracam do hotelu i od razu kładę się spać. Zasypiam bardzo szybko i niestety równie szybko się budzę. Zmiana czasu daje o sobie znać. Jest pierwsza w nocy czasu lokalnego, kiedy spoglądam na zegarek. W Polsce zaczyna się zimowy poranek.

Wiatrak rozbija gorące powietrze. Leżę nago, lekko okryta cienkim prześcieradłem. Wciąż słychać muzykę na Khao San. Tam tętni życie. Dobrze, że hotel, w którym zamieszkałam, nie znajduje się przy samej Khao San Road. Tu jest jednak odrobinę spokojniej. Długo się kręcę i rozmyślam, zanim udaje mi się zasnąć nad ranem.

Rozdział 3

Budzę się w gorące, wczesne popołudnie. Wiatrak wciąż wiruje tuż nad moim nagim ciałem. Na szczęście zamknięte wczoraj okiennice nie przepuszczają gorących promieni słonecznych. Jestem trochę ociężała. Orzeźwienia szukam w niedużej łazience w strumieniach zimnej wody spod prysznica. Pomaga na chwilę. Ubieram się i wychodzę. W obszernej knajpce przy hotelu zjadam tajskie śniadanie. Warzywa w łagodnym kokosowym sosie z ryżem. Nie biorę jeszcze pikantnych potraw, mój żołądek bowiem potrzebuje krótkiej aklimatyzacji. Nie mam najmniejszej ochoty na tzw. kontynentalne, czyli zeuropeizowane jedzenie. Nie tutaj w Tajlandii. Zbyt smaczna jest dla mnie lokalna kuchnia.

Rozglądam się dookoła. Siedzę w rozległym, szeroko otwartym z dwóch stron pomieszczeniu. W wielu miejscach kręcą się wiatraki. Jest najgorętszy moment dnia, bo godzina około trzynastej i nie ma tu wielu klientów. Ci, co siedzą, to w większości turyści i kilku Tajów. Niektórzy wyglądają na długodystansowców podróżniczych. Jest wśród nich biała kobieta z rudymi opadającymi na ramiona dredami wraz z małym, śpiącym w wózeczku dzieckiem. Płacę 100 bahtów i wychodzę.

Hotel usytuowany jest przy wąskiej, bocznej uliczce. W dzień otwarte są tu małe biura podróży, pełno sklepików z biżuterią, rękodziełem, studia tatuażu, piercingu i oczywiście wszechobecne masaże.

Wychodzę poza turystyczny rewir w poszukiwaniu typowo tajskiego sklepu sieciowego. Chcę kupić kilka drobiazgów. Nóż, którego zapomniałam, sznurek do bielizny, mydło, zeszyt do notatek itd. Najważniejsze jednak zadanie na dzisiaj to znalezienie przejazdu do mojej wymyślonej, wyszukanej nie wiadomo gdzie, wyspy Ko Rang.

Wchodzę do małego, niepozornego biura podróży. Przed wejściem zdejmuję klapki. Wiem, że właściciele to docenią. Chcę w ten sposób okazać im szacunek i pokazać, że nie są mi obce tutejsze zwyczaje. Poza tym ze względu na moją bladą, nieopaloną jeszcze skórę wyglądam trochę jak „świeżynka” turystyczna, a taką nie jestem i lepiej, żeby za taką mnie nie brali. Nie jestem, co prawda, w Indiach, gdzie niewiedza może się źle skończyć, ale w każdym kraju dobrze jest być zorientowanym w temacie. Pomieszczenie jest klimatyzowane, chętnie więc dopytam tu o więcej szczegółów.

– Chcesz dostać się do Ko Rang?

– Tak, właśnie tam.

– Nie ma problemu. Codziennie odjeżdżają tam autobusy. To niedaleko.

– Niedaleko? – dziwię się. – Wydawało mi się, że to kawał drogi z Bangkoku?

– Nie, to bardzo popularne miejsce.

– Zaraz, ale mi nie chodzi o Ko Rang w zatoce, tylko na Morzu Andamańskim.

– Na Morzu Andamańskim?

– Tak.

Niewysoki Taj zdziwił się, chociaż jego przeuroczy uśmiech dziecka nie zniknął z twarzy. Jego zaskoczenie trochę mnie zbiło z tropu. Bierze mapę i zaczyna szukać. Podchodzę do niego i wskazuję niewielką kropkę położoną niedaleko granicy z Birmą.

– Chcesz jechać tam? – teraz na jego twarzy maluje się dużo większe zdziwienie.

– Tak.

– A w ile osób tam?

– Jedna, tylko ja.

– Chcesz jechać tam sama?

– A dlaczego nie?

– Bo jeszcze nie spotkałem nikogo, kto by się tam wybierał.

– I właśnie dlatego chcę tam jechać.

– Ale tak zupełnie sama? Nie znam tej wyspy i nawet nie wiem, czy można się tam zatrzymać.

– Dowiem się, jak dotrę na miejsce.

Popatrzył na mnie wzrokiem pełnym troski.

– Zaraz się zapytam, jak tam dotrzeć i wszystko ci powiem. Wszystko będziesz wiedziała.

Chwyta telefon komórkowy i swoim śpiewnym, niezrozumiałym dla mnie językiem zaczyna zdobywać informacje, a ja w tym czasie uważnie studiuję mapę. „Co mnie tam czeka?” – myślę sobie. „Co ja takiego wymyśliłam? Przecież dużo łatwiej byłoby pojechać w jakieś masowo odwiedzane miejsce”. Zaczynają ogarniać mnie wątpliwości. Jednocześnie natrętna chęć wyruszenia w nieznane nie pozwala mi się wycofać z moich przedziwnych pomysłów.

W końcu uśmiechnięty Taj podaje mi nazwę miasta, gdzie powinnam się udać. A stamtąd powinnam złapać łódź na wyspę. Ranong. To teraz mój nowy kierunek. Miasto położone na zachodnim wybrzeżu, kilkaset kilometrów na południe od Bangkoku.

Ustalamy cenę i opuszczam przemiłego, uśmiechniętego Taja, obiecując, że jak jest rzeczywiście najtańszy, to do niego wrócę.

W gorące południe Khao San Road jest najmniej zatłoczone.

Kręcę się po uliczkach dochodzących do głównej Khao San. Kupuję pokrojonego, świeżego, gotowego do jedzenie ananasa. Co chwila zamawiam w napotkanych budkach jakiś koktajl owocowy. Jest styczeń i bardzo, bardzo gorąco. Trochę boję się kupować koktajle z lodem. Choć z drugiej strony to Tajlandia i raczej nie powinnam mieć większych obaw, ale to też zmiana wody. Wolę być ostrożna.

Nagle słyszę za sobą polskie słowa. Odwracam się. Dwoje młodych Polaków idzie prawie krok w krok za mną.

– Dzień dobry – uśmiecham się do nich.

– O, dzień… dobry, ale miło. Jesteś pierwszą Polką, którą spotykamy.

– Wy dla mnie też, ale ja jestem dopiero od wczoraj.

– My już drugi tydzień. Jutro wracamy do domu.

– Sami jesteście?

– Nie, ze znajomymi, a ty?

– Sama.

– Zupełnie sama?

– Tak.

– I co, nie boisz się?

– A czego tu się bać? Zresztą przyleciałam wczoraj wieczorem i przyznam, że jeszcze nie zdążyłam nawet nacieszyć się tą swoją samotnością.

– To może nie chcesz z nami…

– Nie, nie – zaśmiałam się. – Gdybym nie chciała z wami pogaworzyć, to bym się nie ujawniała.

I tak spędzamy kilka godzin wspólnie. Opowiadają mi, gdzie byli, jak im się tu podoba i takie tam różne ciekawostki ostatnich chwil. Polecają mi swój hotel, znacznie tańszy od mojego, toteż odprowadzam ich, żeby może zarezerwować pokój na ostatnią noc przed odlotem. Poznaję tu niezwykle przystojnego Francuza, który najlepiej zabrałby mnie ze sobą do Kambodży.

W końcu wracam do moich poszukiwań transportowych i bardzo szybko przekonuję się, że w pierwszym biurze podróży dostałam najlepszą ofertę. Znajomy Taj dostrzega mnie już z daleka. Szczęśliwy wychodzi mi naprzeciw i natychmiast sprzedaje bilet na jutrzejszy przejazd do Ranong, do miasta, o którym nic nie wiem, do jakiegoś punkciku na mapie, który poza wyobrażeniem, jest dla mnie jedną wielką niewiadomą.

Patrzę na bilet, który trzymam w ręku, zastanawiając się jednocześnie, co mnie tam u licha gna? Po co ja właściwie tam jadę? Czy ja zwariowałam? Szukam przygody? No cóż, za późno! Nie zwrócę biletu. Klamka zapadła. Czy się boję? Nie. Czuję zupełny spokój.

Jest dziewiętnasta lokalnego czasu. Czuję niewielki głód. W jednej z bocznych, zacisznych uliczek napotykam hinduską knajpkę. Siadam przy pustym stoliku na zewnątrz. Jest bardzo ciepły wieczór. Przyjemny zapach curry i chapati wprawia mnie w dobry nastrój. Zamawiam Thali, typowo indyjską potrawę złożoną z soczewicy, z przyprawionych na różne smaki, ale zawsze pikantnych warzyw, ryżu oraz świeżego jogurtu. Lubię te niezwykłe doznania, kiedy znajome smaki przenoszą mnie w mojej wyobraźni do innych miejsc na ziemi. W jednej sekundzie, po pierwszym kęsie czuję się, jakbym nagle znalazła się w Indiach. Dzisiejszy wieczór jest tak ciepły, jak wiele innych przeżytych tam przeze mnie, więc skojarzenia pojawiają się natychmiast.

Wyjmuję z plecaka nowo kupiony tajski zeszyt i zaczynam sporządzać notatki z dzisiejszego dnia. Dopiero teraz odkrywam, że w zeszycie należy pisać jakby do góry nogami i od tyłu. Dostosowuję go do swoich potrzeb piśmienniczych i popijając świeży jogurt, notuję: Na podróżniczym portalu znalazłam ogłoszenie o Polakach wzajemnie odszukujących się w Bangkoku. Ktoś podał nazwę hotelu, dzień i godzinę spotkania. Ten dzień to właśnie dzisiaj. Zamierzam tam pójść i poznać tych ludzi…

Godzinę później wchodzę do niewielkiego, położonego prawie przy samej Khao San Road, hotelu. Na niewielkim patio stoją pojedyncze stoliki. Stąd wchodzi się bezpośrednio do niepozornej recepcji. Nie ma nikogo, dlatego czekam przez chwilę. Wreszcie pojawia się okrągła Tajka. Leniwie podchodzi do mnie.

– Szukam mieszkających tu Polaków.

– Poland?

– Tak.

Zastanawia się, po czym wskazuje mi numer pokoju.

– Nie ma ich teraz – oznajmia i jakby nigdy nic odchodzi, niknąc w ciemnym pomieszczeniu.

Ja też odchodzę i w tym momencie wpadam wprost na rozgadaną parę Polaków. Natychmiast nawiązujemy rozmowę. Umawiamy się na wspólne, nocne podbijanie dzielnicy. Okazuje się, że pozostawili wiadomość dla jednego mężczyzny, który umawiał się z nimi przez Internet na wspólne podróżowanie i do dziś się nie odnalazł. Za to pojawiłam się ja, toteż zaraz rozpoczęły się spekulacje na temat dołączenia mojej osoby do ich grupy, tym bardziej że ich czwórka to trzech mężczyzn i kobieta.

– Kochani, muszę wam odmówić, ale uwierzcie, robię to z bolącym sercem, bo już mi się podobacie.

– I ty nam również.

– I to bardzo – dodaje jeden z dwóch nowo przybyłych panów w średnim wieku.

– Rozpieszczacie mnie i pewnie wiele tracę, ale macie już jedną królewnę do rozpieszczania, a poza tym ja już byłam w Kambodży i w Angkor i…

– To może innym razem? – przerywa Olga. – Wyglądasz na osobę z doświadczeniem podróżniczym i pewnie wygodnie by się z tobą podróżowało. Na przykład Afryka!

– Z wielką przyjemnością.

– Ale widzę mały problem, dziewczyno – kontynuuje Olga. – Jesteś trochę za ładna na Afrykę, no i te twoje niebieskie oczy. Nie! – przygląda mi się. – Do ciebie potrzebny jest bodyguard.

– Nie przesadzaj! – bronię się.

– Dziewczyny, zgłaszam się na waszego bodyguarda! – pokrzykuje jeden z mężczyzn.

– A ja, to co! – dołącza drugi.

– Ok, bodyguardzi, wyruszamy na Bangkok by night? – zarządza Olga. Widać, że ona tu szefuje.

– Jasne, ale Julka z nami.

– No pewnie. Jak mogłabym sobie odmówić takiej przyjemności – potwierdzam.

– To dajcie mi pięć minut i idziemy – rozkazuje Olga.

I tak się też dzieje. Całą rozbawioną piątką opuszczamy niewielkie patio i wychodzimy wprost na już rozgrywający się nocny spektakl na sławnej Khao San Road. Niezwykłe, ale właśnie zdałam sobie sprawę, że byłam tu już kilka razy, ale nigdy nie włóczyłam się po dzielnicy nocą. Mój były mąż nie miał zwykle na to ochoty, a może nie chciał, bo był ze mną… Musiałam przyjechać tu sama, a na pewno bez niego, żeby przeżyć to niezwykłe doznanie.

Ulica Khao San nocą jest niezwykle barwna. Tłumy ludzi dosłownie kręcą się w tę i z powrotem. Wieczorem i nocą temperatura jest najprzyjemniejsza na spacery. Restauracje, puby, kluby, bary różnej maści otwarte są do ostatniego klienta. Handel cichnie nieco wcześniej, ale i tak trwa długo w nocy.

Przechodzimy obok miejsca, gdzie można zrobić sobie Fish Massage. To wielkie akwaria z rybkami, które obgryzają obumierający naskórek ze stóp. Jeden z mężczyzn, wyższy i potężniejszy, około czterdziestki, o imieniu Romek, zaprasza mnie na tę przyjemność. Olga ze swoim partnerem, jak się domyślam, nie mają na „rybkowy” masaż ochoty. Odchodzą, a my z Romkiem zdejmujemy buty i zanurzamy stopy w szklanym akwarium. Natychmiast otaczają nas dziesiątki niedużych rybek. Podskubują tak, jakby łaskotały. Niezła zabawa.

Drugi mężczyzna, kolega Romka, szczupły i niewysoki blondyn o imieniu Stefan, czeka na nas, paląc papierosa i obserwując pojawiające się coraz liczniej prostytutki.

Prostytucja w Tajlandii ma nieco inne oblicze niż w innych krajach. Przede wszystkim jest na nią przyzwolenie społeczne, choć jest całkowicie nielegalna. Nawet lokalna policja nie reaguje na bezpretensjonalne „panienki” kręcące się w swoich czy też nie swoich rewirach, ale zawsze pomiędzy turystami. Wygląda na to, że tutejsze władze świetnie rozumieją potrzeby swoich obywateli, mając przy tym swój profit. Powszechnie przecież wiadomo, że dobry seks serwis to zwiększona turystyka, a wraz z nią dobrze prosperujące wszystkie inne usługi.

Tajskie kobiety mają różne powody, które sprawiają, że stają się prostytutkami. Znana prawda o biednych wiejskich dziewczynach, które w ten sposób zarabiają na utrzymanie dużej rodziny i często pozostawionych swoich dzieci jest jak najbardziej aktualna. Zarobki w obszarze usług seksualnych przewyższają wielokrotnie często kilkunastokrotnie średnie zarobki w innych branżach. Jest to też zawód najprostszy do przyuczenia. Niewiele kobiet z tzw. niższej kasty stać jest na studia wyższe. Prostytucja to także wspaniały sposób na zmianę statusu społecznego. Jeśli obcokrajowy klient wynajmie sobie dziewczynę na dłuższy pobyt, na przykład na dwa tygodnie i przebywając z nią przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, niechcący się zakocha, a potem na fali uniesienia wywiezie dziewczynę do Niemiec czy Szwecji i się z nią ożeni, wtedy poziom życia takiej prostytutki zmienia się diametralnie. Jest to gigantyczny skok i awans społeczny, o którym nigdy nie mogłaby zamarzyć w swoim kraju. Warto zaryzykować, bowiem skorzysta wtedy nie tylko sama sexy girl, ale także jej rodzina. Zresztą seks biznes ma w Tajlandii swoją w pełni zaakceptowaną historię. Przybył wraz z amerykańskimi wojskami w czasie wojny wietnamskiej i stał się stylem życia, bowiem Tajowie korzystają z usług seksualnych tak, jakby korzystali z każdej innej usługi. Swoją drogą, cóż mają robić zdradzane przez mężów wciąż młode, aczkolwiek już nie „szesnastki”, Tajki? W jedną noc mogą zarobić więcej niż w cały miesiąc. Podobno rodziny pracujących w seks biznesie dziewcząt przechwalają się między sobą ilością obsłużonych przez ich córki klientów. Oczywiście zwykle więcej mają te atrakcyjniejsze córy. Zatem żadna praca nie hańbi.

Widziałam i widzę do dzisiaj mnóstwo mieszanych par na ulicach Bangkoku i nie tylko. Najczęściej starsi panowie biorą sobie nadzwyczaj młode dziewczęta. Czasem są to dosłownie dziewczynki. Owszem, Tajki wyglądają jak wiecznie niedojrzałe nastolatki, ale może też jeszcze inny aspekt jest tu kluczem do tego zjawiska. Otóż ponoć prostytucja jest tutaj nielegalna, ale od osiemnastego roku życia, wobec tego, jeśli lokalne przyzwolenie na seks zaczyna się w wieku piętnastu lat, odpowiedź jest prosta. Przecież tu z piętnastką można!

Nasza sesja z rybkami trwa całe piętnaście minut. Bawimy się przy tym jak para starych, dobrych znajomych. Dołączamy w końcu do Stefana, który wygląda na dobrego łowcę przygód. Zaraz też odnajdują się Olga i jej przyjaciel.

– Pójdźmy na masaż stóp – bardziej zarządza niż proponuje Olga.

– Ja jestem za – zgodnie odpowiadam.

– Nie za dużo tych masaży jak na jeden wieczór? – śmieje się ironicznie Stefan. – Tu rybki, tu Tajowie, a na końcu może ja? – zwraca się do mnie.

– Ty wyciągaj te swoje panienki z ulicy, a porządne, polskie kobiety zostaw mnie. To nie twoja półka – natychmiast wtrąca Romek.

Zauważam, że panowie, choć znają się od niedawna, już ze sobą z lekka rywalizują. A to dopiero początek ich wyprawy, która ma potrwać kilka tygodni. Już jestem ciekawa, jak im się wszystko rozwinie…

W jednej z bocznych, ale już bardzo turystycznych uliczek, co kilkadziesiąt metrów porozstawiane są fotele przypominające bardziej leżanki. Można tu skorzystać z ulicznego masażu stóp, nóg, czy karku, natomiast w środku pomieszczenia z masażu całego ciała.

– Julia, chodź tutaj, tu jest mistrz. Ten facet robi najlepszy masaż stóp – wyjaśnia mi Olga. – Znika całe zmęczenie. Poczujesz się jak nowo narodzona.

– Ona ma rację – dorzuca jej partner.

– Za 100 bahtów to byłby gwałt na sobie nie skorzystać z takiej usługi, przecież to 10 złotych polskich, bajka!!! – przekonuje dalej Olga.

Całą piątką rozsiadamy się w fotelach i poddajemy cudownemu, relaksującemu masażowi. Mnie oddano tego najlepszego, owego mistrza. Mężczyzna, uśmiechając się, wykonuje niezwykle sprawne ruchy, które wprawiają mnie w najwyższej jakości relaks, mimo że masując najdrobniejszy fragment moich stóp, robi to na granicy bólu. Potem jeszcze łydki, uda, a ostatnie minuty to kark i głowa. Olga wypowiedziała święte słowa. Wstaję i czuję się tak, jakbym odpoczywała tu cały dzień i narodziła się na nowo.

– To co, czas na drinka? – budzi nas Olga.

Prawie gęsiego podążamy za „szefową” i jej partnerem. O tej porze spacerują tu tłumy. Muzyka sączy się z każdego otwartego na ulicę pubu. Wszystkie stoliki są w większości knajp zajęte. Przy obleganych tłumnie barach pojawiają się tutejsze prostytutki. To „przysmak” dla Stefana.

– Chodźcie z powrotem na Khao San! – prosi.

– Poczekaj, może wcześniej na jakieś piwko?

Olga