Strona główna » Kryminał » Trupa

Trupa

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-272-3859-7

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Trupa

Gdyby przenieść się w czasie o tysiące lat wstecz, nawet Europa mogłaby się wydać pięknym kontynentem. Czyste rzeki, lasy pełne dzikich zwierząt i proste, zgodne z naturą życie nielicznych ludzkich grup. Zgodne z naturą, czyli pełne przemocy i naturalnej selekcji.

Kiedy przed żyjącym przeszłością archeologiem, Markiem Brodzkim pojawia się zagadka kryminalna z krwi i kości, przypadkowy detektyw stosuje metody dochodzenia do prawdy, których używa w swojej pracy. Czy uda mu się zdemaskować mordercę, chociaż nie ma pewności, czy morderstwo w ogóle się wydarzyło? Czy wiedza o łupaniu krzemieni ma jakiekolwiek praktyczne zastosowanie? Co sowiecka maszyna śledcza „Feliks” może mieć wspólnego z Doliną Królów, alpejska mumia z rozwojem kryminalistyki, a Homer z ropą naftową?

W poszukiwaniu odpowiedzi, Brodzkiemu towarzyszy paru innych ekscentryków - nieformalnych członków tytułowej trupy. A trupy się ścielą...

Polecane książki

W książce zamieszczono komentarz do wybranych przepisów Prawa o postępowaniu przed sądami administracyjnymi, mających istotne znaczenie na etapie sporządzania skargi do WSA oraz skargi kasacyjnej do NSA. Uwzględnione zostały także te przepisy, które dotyczą wniosków dodatkowych, fakultatywnie zamies...
„Zabójczy mróz” to drugi tom bestsellerowej serii o Armandzie Gamache’u, pełnym uroku i niezwykle błyskotliwym pięćdziesięcioletnim szefie wydziału zabójstw Sûreté du Québec.  Podobnie jak poprzednio, Armand Gamache zostaje oddelegowan...
Bibuła", napisana w latach przynależności Piłsudskiego do PPS, stanowi pasjonujący opis funkcjonowania konspiracyjnych wydawnictw. Podczas lektury tego barwnego dzieła poznajemy tajniki redagowania i powielania zakazanych druków, zorganizowaną siatkę konspiracyjnych redakcji i kolporterów oraz ich m...
Wierność bywa względna. Niewierność nie zawsze jest bezwzględna. Rutę i Jakuba rozpacz związała mocną nicią. Ich wspólne życie jest pełne przemilczeń i zakazanych tematów. Mają dwóch synów, dobre stanowiska, przyjaciół, polsko brzmiące nazwisko. Krystynie i Januszowi miłość się przytrafiła....
  Nowy, literacki przekład Księgi Psalmów opracowany przez Ewangeliczny Instytut Biblijny. Wydanie pierwsze, opublikowane w roku 2012. Cechy publikacji: · Współczesny język, pozbawiony archaizmów oraz niezrozumiałych terminów teologicznych, · Ponad 600 przypisów zawierających uwagi translatorskie or...
Michalina Grzesiak, autorka bestsellerowej książki na podstawie bloga "Krystyno, nie denerwuj matki" powraca z nową książką!To nie jest przewodnik, który poprowadzi was przez gąszcz rodzicielskich wyzwań. Z tej książki niczego się nie nauczycie. Nie znajdziecie tu żadnego tutorialu, który odwiedzie ...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Tomasz Borkowski

Krew na śniegu

ISBN 978-83-272-3859-7

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Krew na śniegu

„Jest młod­szy ode mnie. Ten Na­jed. Więk­szy. Kie­dy zo­sta­nie wo­dzem, nie­szczę­ścia spad­ną na lud Jasz­czu­rek.

Zwo­ła­li na­ra­dę w Dłu­gim Domu. Przy­szło jego sze­ściu sy­nów. Każ­dy miał swo­ich sy­nów. Każ­dy miał przy­ja­ciół. Każ­dy miał łuk, szty­let i sie­kie­rę. Wie­lu mia­ło włócz­nie. Ogień pło­nął. Za­rżnę­li świ­nie i owce. Za­tłu­kli kil­ka tłu­stych psów. Piwo się lało. Gęby były czer­wo­ne. Ję­zy­ki meł­ły. Wy­mie­nia­li ko­ra­li­ki i musz­le. Śmia­li się do dziew­czyn.

Mój ku­zyn, Laku, za­wsze mnie wspie­rał. Te­raz sie­dział ci­cho. On jest mą­dry. Wie­dzia­łem, że to ko­niec.

Nie masz dzie­ci, a te­raz nie masz na­wet żony, po­wie­dział Na­jed. Mie­dzi jest co­raz mniej. Stra­ci­łeś moc. Mu­sisz odejść.

Sie­dzie­li ko­łem. Sta­li. Krzy­cze­li. Pod­nio­słem rękę. Za­mil­kli. Jesz­cze mnie słu­cha­li.

Mie­dzi jest peł­no, tyl­ko trze­ba ją zna­leźć, wiem gdzie, po­wie­dzia­łem.

Za­py­taj­my Sta­re­go, po­wie­dzie­li.

Rano po­szli­śmy do ja­ski­ni. Le­że­li tam pod ka­mie­nia­mi nasi świę­ci lu­dzie, któ­rych zjadł wcze­śniej Sza­ra Ska­ła. Moja ko­bie­ta też tam była. My­śla­łem, że rzu­cą się na mnie po dro­dze, ale jesz­cze mia­łem sie­kie­rę. Do­szli­śmy do ja­ski­ni. Sta­ry sie­dział i cze­kał. On wie­dział. Za­pa­lił zio­ła, za­py­tał przod­ków. Mu­sisz odejść, po­wie­dział.

Wzią­łem nie­wie­le. Tro­chę chle­ba, broń, ple­cak i psa. Do­bry pies. To jego któ­raś wio­sna. Brą­zo­wy. Do­brze wę­szy. Jasz­czur­ki je­dzą psy, ale tego nie.

Wy­ru­szy­łem o świ­cie. Dzień dro­gi od wsi, w do­li­nie był mój sza­łas. Mia­łem tam kil­ka rze­czy do po­lo­wa­nia i do cho­dze­nia z owca­mi. Mały sza­łas, ale do­brze zbu­do­wa­ny i do­brze ukry­ty w le­sie.

Wie­czo­rem przy­wią­za­łem psa do drze­wa. Sze­dłem da­lej aż za­pa­dła noc. Zna­la­złem sza­łas i po­ło­ży­łem się w środ­ku. Po­le­ża­łem. Po­tem się ci­cho wy­czoł­ga­łem i scho­wa­łem w krza­kach. Łuk i strza­ły mia­łem go­to­we. Księ­życ wscho­dził. Sowy i wil­ki za­czę­ły łowy.

Zna­łem ich. Chcie­li mieć pew­ność, że nig­dy nie wró­cę. Chcie­li mie­dzia­nej sie­kie­ry.

Oni też mnie zna­li. Wie­dzie­li, gdzie mam sza­łas.

Naj­pierw zo­ba­czy­łem dwóch, a po­tem jesz­cze jed­ne­go. Skra­da­li się wśród drzew. Za­czę­li dźgać sza­łas włócz­nia­mi. Wte­dy strze­li­łem raz i dru­gi. Dwaj do­sta­li i upa­dli. Trze­ci po­żył jesz­cze chwi­lę. Ale jemu też po­sła­łem strza­łę i owi­nął się wo­kół pnia. Ję­czał. Strze­li­łem jesz­cze raz i prze­stał.

Prze­sie­dzia­łem w swo­jej kry­jów­ce resz­tę nocy. Rano obej­rza­łem pa­dli­nę. Je­den do­stał w szy­ję, dru­gi w oko, trze­ci w brzuch. A po­tem w ple­cy, kie­dy le­żał. Rosa i krew po­kry­wa­ły ich ubra­nia. Po­zna­łem ich, cho­ciaż po­ma­lo­wa­li twa­rze. To byli sy­no­wie Na­je­da. Do­brze.

Za­bra­łem moje rze­czy i po­sze­dłem od­wią­zać psa. Nie zna­la­zły go wil­ki.

Po­szli­śmy. Nie pierw­szy raz by­łem w dro­dze. Nie­raz całe lato. A i zimą by­wa­ło. Ale te­raz mia­ło już tak być. Jak sta­ry wilk.

Szli­śmy gó­ra­mi kil­ka dni. Za­bi­łem ko­zio­roż­ca, zła­pa­łem pta­ki w sieć. Tro­chę bo­lał mnie brzuch i noga. Nie zna­la­złem mie­dzia­nych ka­mie­ni. Rano ze­szli­śmy w do­li­nę nad je­zio­ro pod la­sem. Las był do­bry. Pach­niał. Czu­łem mło­de zwie­rzę­ta. Na owo­ce za wcze­śnie. Ale cie­pło.

Pies po­biegł. Coś wy­wę­szył. Dłu­go nic. Po­tem usły­sza­łem jego sko­wyt. Wy­cią­gną­łem szty­let. Krót­ki, ale wy­pró­bo­wa­ny. Ostry krze­mień.

Z lasu wy­szli lu­dzie. Obcy. Czte­rech męż­czyzn i chło­piec. Po­wie­dzie­li złe rze­czy. Po­wie­dzie­li, że to ich las. Chcie­li, że­bym im od­dał sie­kie­rę. Ich były z ka­mie­nia.

Nie mo­głem im od­dać sie­kie­ry. To moja sie­kie­ra. Bo­lał mnie brzuch. Nie chcia­łem z nimi ga­dać. Za­bi­łem męż­czyzn. Chło­piec uciekł. Je­den prze­ciął mi rękę. Już nie je­stem taki szyb­ki. Krew leci. Było go­rzej. Z niedź­wie­dziem. Kie­dyś. Ale te­raz to ja no­szę z nie­go czap­kę.

Nie mie­li nic, co chcę. Nic nie bra­łem. Tyl­ko bia­ły ta­li­zman na rze­mie­niu. Szko­da psa.

Te­raz idą za mną. Bra­cia tam­tych. Chło­piec po­wie­dział.

Już słoń­ce się robi czer­wo­ne, śnieg się robi czer­wo­ny. Wy­szli­śmy daw­no z lasu. Idę pod górę. Ja mam ra­kie­ty śnież­ne. Oni nie. Idę szyb­ko po śnie­gu. Oni idą po­wo­li. Spusz­czam ka­mie­nie. Oni wrzesz­czą. Ale idą. Mu­szą. Mu­szą się ze­mścić.

Sia­dam. Jem chleb i mię­so. Za­raz bę­dzie noc.

Idę da­lej. Śnie­gu co­raz wię­cej…”

– Osiem­dzie­siąt trzy, dwa­dzie­ścia pięć.

– Nie­zła afe­ra! Wy­obraź­nię to ty masz. Tro­chę acz­kol­wiek, kuch­nia, krót­kie, moż­na by rzec…

Dłoń trzy­ma­ją­ca wy­druk spo­wi­ta była w czar­ną rę­ka­wicz­kę bez pal­ców. Resz­tę po­sta­ci okry­wa­ła ogrom­na, zie­lo­na kurt­ka z kap­tu­rem. Gdzieś w jego głę­bi mu­sia­ła się znaj­do­wać ludz­ka gło­wa, bo z kap­tu­ra wy­do­by­wa­ły się kłę­by pary i mowa.

– Po­tem do­sta­je strza­łę w ple­cy. Słoń­ce za­cho­dzi. Znaj­du­ją go do­pie­ro al­pi­ni­ści parę ty­się­cy lat póź­niej.

– Dzie­więć­dzie­siąt je­den, trzy­na­ście.

– Pięć ty­się­cy trzy­sta lat póź­niej znaj­du­je go Hel­mut Si­mon i Ery­ka – spro­sto­wał Ma­rek Brodz­ki. – Ale ogól­nie co po­wiesz, Igor?

Stał na­prze­ciw po­sta­ci zwa­nej Igo­rem i drżał. Było plus je­den, a on miał na so­bie tyl­ko nie­bie­ski swe­ter, czar­ne spodnie w kant i brą­zo­we mo­ka­sy­ny. Był szczu­płym blon­dy­nem o uro­dzie prze­ma­wia­ją­cej do człon­kiń to­wa­rzystw ró­żań­co­wych. Wpadł tyl­ko na chwi­lę.

– I mał­żon­ka jego, Ery­ka – przy­tak­nął Igor. – Krót­kie, ale po­ciesz­ne. A za­sto­so­wa­nie do­le­gli­wo­ści żo­łąd­ko­wych bar­dzo no­wa­tor­skie… Hm… Nie chcia­ło mi się z nimi ga­dać – do­dał kpią­co gro­bo­wym gło­sem. – Bo­lał mnie brzuch, bo to zła ko­bie­ta była…

– Osiem, sie­dem­na­ście.

Brodz­ki za­mru­gał nie­pew­nie.

– Miał pa­so­ży­ty. Ni­cie­nie…

– Jezu – wes­tchnął Igor – za­raz idę na śnia­da­nie…

Pod­wi­nął rę­kaw kurt­ki i spoj­rzał na ze­ga­rek.

– Słu­chaj­cie – po­wie­dział do dwóch po­dob­nych do nie­go po­sta­ci okry­tych wiel­ką ilo­ścią tka­nin – za trzy mi­nu­ty koń­czy­my. Je­śli nie zdą­ży­cie, ja was tu za­my­kam i idę…

Na pod­ło­dze z zie­lo­ne­go li­no­leum le­ża­ły ka­wał­ki roz­bi­te­go, gli­nia­ne­go garn­ka. Po­mię­dzy sko­ru­pa­mi roz­cią­gnię­ta była ta­śma mier­ni­cza. Jed­na po­stać mie­rzy­ła, dru­ga ry­so­wa­ła au­to­ma­tycz­nym ołów­kiem na de­sce z przy­kle­jo­nym do niej pa­pie­rem mi­li­me­tro­wym.

– Metr dwa­dzie­ścia dwa, osiem­dzie­siąt je­den – ode­zwa­ła się mie­rzą­ca po­stać mę­skim i za­ra­zem ludz­kim gło­sem.

– Ale mam dla cie­bie jed­ną przy­krą wia­do­mość – po­wie­dział Igor.

Ma­rek Brodz­ki za­drżał zno­wu.

– No? Co?

– To je­zio­ro, o któ­rym pi­szesz. To jest sztucz­ne je­zio­ro. Za­po­ro­we. Jesz­cze go wte­dy nie było. Stru­mień był.

– Do pio­ru­na!

– Sie­dem­dzie­siąt trzy, pięć­dzie­siąt czte­ry.

– Resz­ta dla mnie może być. Zre­zy­gnuj z opcji je­zior­nej i do­pisz tro­chę. Cho­ciaż i tak my­ślę, że Fi­lar tego nie kupi.

– Dwa­na­ście, dwa­dzie­ścia trzy.

– Ka­zał na­pi­sać po swo­je­mu…

– Po swo­je­mu, ale nie po two­je­mu – ro­ze­śmia­ło się to coś we­wnątrz kap­tu­ra, bu­cha­jąc parą jak lo­ko­mo­ty­wa. – I tak skoń­czy się na tym, że ci po­dyk­tu­je…

– Osiem­na­ście, trzy­na­ście.

– Do­bra – po­wie­dział Igor. – Chodź­my na słoń­ce.

Je­den z oku­ta­nych po­dał mu ry­su­nek.

– Bar­dzo do­brze, Mi­rek – po­chwa­lił Igor. – Pa­mię­taj­cie żeby ju­tro wziąć kre­my, ka­pe­lu­sze i ciem­ne oku­la­ry. Spo­ty­ka­my się punkt ósma. So­la­rium „U Ma­ry­li”. Uli­ca Sien­kie­wi­cza.

– Do wi­dze­nia – po­wie­dzie­li spo­wi­ci mę­skim chó­rem, otwo­rzy­li bla­sza­ne drzwi i wy­szli.

Igor zga­sił świa­tło i na­ci­snął kil­ka gu­zi­ków na pa­ne­lu ste­ro­wa­nia.

Po dru­giej stro­nie cięż­kich drzwi znaj­do­wał się ja­sny ko­ry­tarz z wie­lo­ma ostro­łu­ko­wy­mi okna­mi. Tem­pe­ra­tu­ra wy­no­si­ła ze dwa­dzie­ścia stop­ni po­wy­żej zera. Kil­ka mło­dych osób sie­dzia­ło na pa­ra­pe­tach i prze­glą­da­ło książ­ki lub roz­ma­wia­ło. Za okna­mi wi­dać było zie­lo­ny traw­nik i kwit­ną­ce drze­wa. Koń­czył się maj.

Bu­dy­nek Szko­ły An­tro­po­lo­gii Sto­so­wa­nej (SAS) miał trzy pię­tra, su­te­re­ny, kil­ka po­zio­mów stry­chu i tyle za­ka­mar­ków, że było zu­peł­nie praw­do­po­dob­ne, że w nie­któ­rych wciąż ukry­wa się We­rwolf. Bu­dow­la rzu­ca­ła przed­wo­jen­ny, brzyd­ki, neo­go­tyc­ki i wiel­ki cień na duży, lecz za­wsze za mały, par­king wy­peł­nio­ny te­raz sa­mo­cho­da­mi aż po da­le­ki płot. Bu­dy­nek w kształ­cie roz­wle­czo­nej li­te­ry U flan­ko­wał tyl­ny dzie­dzi­niec z fon­tan­ną, prze­cho­dzą­cy nie­zau­wa­żal­nie w sta­ry park.

– Uma­wiasz się z chło­pa­ka­mi w so­la­rium? – za­py­tał Brodz­ki.

Szli ko­ry­ta­rzem.

– Ćwi­czy­my wa­run­ki pu­styn­ne. Nie wia­do­mo, gdzie czło­wie­ka rzu­ci los… – od­parł Igor zdej­mu­jąc kurt­kę.

Oka­za­ło się, że wie­le go tam w niej nie było. Był znacz­nie wyż­szy od Brodz­kie­go, ale chu­dy i ży­la­sty. No­sił krót­ką, ru­da­wą bro­dę i wy­glą­dał tro­chę jak nie­bie­sko­oki Chry­stus ze śre­dnio­wiecz­ne­go kru­cy­fik­su. Albo jak Ötzi po pierw­szej re­kon­struk­cji. Miał na so­bie ko­szu­lę, dżin­sy i wiel­gach­ne buty, któ­rych naj­wy­raź­niej nie chcia­ło mu się te­raz zmie­niać.

– Szko­ła ma tyl­ko krio­ko­mo­rę – cią­gnął – więc mo­że­my szko­lić mło­dzież do wa­run­ków zi­mo­wych. I tak nie jest to peł­na sy­mu­la­cja, bo nie ma wia­tru. Ale drę­czę dy­rek­to­ra i obie­cał, że kupi nam taką dużą dmu­cha­wę. To do­pie­ro pa­pie­ry będą chło­pa­kom la­tać! – ro­ze­śmiał się. – Głod­ny je­stem.

W ba­rze na par­te­rze było ciem­na­wo i pu­sta­wo. Po­tęż­ne ko­lum­ny wspie­ra­ły po­tęż­ne łuki skle­pien­ne. A po­tęż­ne okna za­sło­nię­te były do po­ło­wy po­tęż­ny­mi ża­lu­zja­mi. Bu­fe­to­wa naj­wy­raź­niej lu­bi­ła mrok. Być może w peł­nym dzien­nym świe­tle czar jej po­traw był­by prysł. Nie wni­ka­jąc, za­mó­wi­li, za­pła­ci­li i po­bra­li.

Paru stu­den­tów dys­ku­to­wa­ło o me­ta­lur­gii nie­że­la­znej w ciem­nym ką­cie za ko­lum­ną. Pan Ju­rek Gędź­ba, sta­ry bi­blio­te­karz w wy­jąt­ko­wo pa­skud­nym zie­lo­nym swe­ter­ku, pił sa­mot­nie kawę przy sto­li­ku koło okna i za­ma­chał do nich przy­jaź­nie to­mem „Ilia­dy”.

– I jak tam idzie garn­car­stwo? – za­py­tał Brodz­kie­go.

Na­wet kie­dy sie­dział, Gędź­ba spra­wiał wra­że­nie wy­so­kie­go. I nie było to myl­ne wra­że­nie. Jego dłu­ga gło­wa zwień­czo­na była si­wym, sztyw­nym je­żem. Jego twarz po­kry­wa­ły zmarszcz­ki i siwe wąsy.

– Ro­bię po­stę­py. To jest trud­ne.

– Może też kie­dyś spró­bu­ję? – roz­ma­rzył się bi­blio­te­karz.

We­tknął ły­żecz­kę jako za­kład­kę do książ­ki i odło­żył ją na stół. To był zły znak.

– Wy­star­czy tro­chę gli­ny i cier­pli­wość – po­wie­dział Brodz­ki, czu­jąc ło­kieć Igo­ra pod że­brem.

– To jest gdzieś w gó­rach, praw­da?

– Parę ki­lo­me­trów za Kłodz­kiem…

– Jak pan wszedł w po­sia­da­nie tej po­sia­dło­ści?

– To tyl­ko bud­ka w le­sie. Po ojcu.

– Mu­si­my coś ob­ga­dać – wtrą­cił się Igor.

Gędź­ba po­ki­wał gło­wą. Wy­ko­rzy­sta­li oka­zję i zo­sta­wi­li go w spo­ko­ju. Było to roz­sąd­ne po­su­nię­cie, bo nie­któ­rzy na­zy­wa­li bi­blio­te­ka­rza „Ględź­ba”, a inni po pro­stu „pier­do­ła”.

Ma­rek i Igor zna­leź­li sto­lik pod ścia­ną moż­li­wie naj­da­lej od wy­bit­ne­go an­tro­po­lo­ga, dok­to­ra Ma­zur­ka, któ­ry sie­dział sam koło drzwi i czy­tał ga­ze­tę. Ist­nia­ły ni­kłe szan­se, że ich nie za­uwa­żył. Miał so­ko­li wzrok. Za­wsze wi­dział wszyst­ko. I do tego, co wi­dział do­da­wał ko­men­ta­rze. Był na­ukow­cem.

Brodz­ki cią­gle dy­go­tał z zim­na. Parę ły­ków her­ba­ty z cy­try­ną po­mo­gło i po chwi­li po­czuł się le­piej. Igor jadł ka­nap­kę z se­rem i po­mi­do­rem.

W kie­sze­ni Brodz­kie­go mi­kro­sko­pij­ny Cho­pin roz­po­czął swój re­ci­tal. Ma­rek wy­jął ko­mór­kę i spoj­rzał na wy­świe­tlacz.

– Chy­ba się prze­ja­dę – po­wie­dział.

Na­ci­snął gu­zik i przy­ło­żył te­le­fon do ucha.

– Tu Noga – usły­szał. – Nie­bo­ra­ki się za­czę­ły.

W tle sły­chać było war­kot cięż­kich ma­szyn.

– Będę za pół­to­rej go­dzi­ny – po­wie­dział Brodz­ki. – Dużo?

– Je­den na ra­zie. Ale sam pan mó­wił…

– Dzię­ki.

Noga się wy­łą­czył.

– Nie chcesz się prze­je­chać do Wi­chro­wa?

– Co tam ko­pią? – za­py­tał Igor.

– Ka­na­li­za­cja przy ko­ście­le. Kie­row­nik mówi, że są szkie­le­ty…

– Mogę się prze­je­chać…

– Dzień do­bry, pa­no­wie.

Dok­tor Ma­zu­rek – star­szy, wy­so­ki pan w ciem­nym gar­ni­tu­rze i ze zło­żo­ną ga­ze­tą w ręce – stał koło ich sto­li­ka. Z jego pta­siej twa­rzy bił, jak zwy­kle, bez­gra­nicz­ny smu­tek, któ­ry znaj­do­wał swo­ją sub­li­ma­cję w spon­ta­nicz­nej zło­śli­wo­ści.

– Czy ja sły­sza­łem sło­wo „szkie­let”? – za­py­tał.

– Tak – po­wie­dział Igor.

– Gdy­by­ście mie­li coś na­praw­dę in­te­re­su­ją­ce­go, to wie­cie, gdzie mnie szu­kać. Już pan na­pi­sał? – za­py­tał Brodz­kie­go. – Pro­fe­sor Fi­lar się o pana do­py­tu­je.

– Ju­tro przy­nio­sę. Mu­szę tro­chę po­pra­wić.

– Su­ge­ro­wał­bym dzi­siaj – po­wie­dział Ma­zu­rek ze smut­nym, zło­śli­wym uśmie­chem. – A wła­ści­wie na­tych­miast.

Od­wró­cił się i wy­szedł.

– Za­su­waj – po­wie­dział Igor. – Po­cze­kam przy sa­mo­cho­dzie.

IIGabinet grozy

Drzwi mu­sia­ły być uchy­lo­ne, bo Brodz­ki na­wet ich nie do­tknął, a otwo­rzy­ły się, kie­dy tyl­ko się do nich zbli­żył.

– Niech pan wcho­dzi szyb­ko, bo prze­ciąg – roz­legł się ze środ­ka ci­chy głos pro­fe­so­ra.

Ma­rek nie od razu zo­ba­czył prze­ło­żo­ne­go. Po­miesz­cze­nie wy­peł­nia­ły do su­fi­tu pro­ste re­ga­ły z książ­ka­mi. Okno za­sło­nię­te było ciem­ną ro­le­tą. Biur­ko wci­śnię­te zo­sta­ło przez ja­kichś wy­bit­nych osił­ków po­mię­dzy re­ga­ły, dwa fo­te­le i krze­sło. Sto­ją­ca na biur­ku lam­pa wraz z ekra­nem kom­pu­te­ra wy­do­by­wa­ły sine re­flek­sy na ły­si­nie pro­fe­so­ra. Stał on z za­dar­tą w górę gło­wą na ni­skiej dra­bin­ce i bez­sku­tecz­nie usi­ło­wał we­pchnąć ja­kiś tom po­mię­dzy inne na naj­wyż­szej pół­ce.

Fi­lar miał na so­bie swój ulu­bio­ny kom­ple­cik sa­fa­ri, zło­żo­ny ze spodni i blu­zy ko­lo­ru kha­ki. Na szyi miał pstro­ka­tą apasz­kę. Hełm tro­pi­kal­ny do­brze by do tego stro­ju pa­so­wał, ale uczo­ny w ostat­nim mo­men­cie się opa­mię­tał i za­kła­dał go tyl­ko w upal­ne dni w te­re­nie. Był pra­wie zu­peł­nie łysy, tyl­ko za usza­mi ster­cza­ły mu ja­kieś siwe kęp­ki. Nie no­sił oku­la­rów. Zresz­tą w jego mrocz­nym ga­bi­ne­cie bar­dziej przy­dat­ny był­by nok­to­wi­zor.

– Po­mo­gę – za­pro­po­no­wał Brodz­ki.

Pro­fe­sor nie był wy­so­ki. Na­po­le­on też nie był, ale przez pe­wien okres swej ka­rie­ry mógł pra­wie każ­de­go skró­cić.

– Niech pan sia­da – od­parł Fi­lar. – Ja tu mam swo­je sztucz­ki: naj­pierw trze­ba wy­cią­gnąć Hen­sla, po­tem prze­su­nąć Ko­strzew­skie­go, lek­ko wy­giąć Pe­schec­ka, stuk­nąć w pół­kę od dołu i wej­dzie.

Ma­rek usiadł w fo­te­lu, a Fi­lar krok po kro­ku wy­ko­nał to, co za­po­wie­dział.

Tym­cza­sem na biur­ku przed Mar­kiem roz­ta­cza­ła się mar­twa na­tu­ra zło­żo­na ze ster­ty ksią­żek, po­piel­nicz­ki z dwo­ma pe­ta­mi, ludz­kiej czasz­ki i pu­stej szklan­ki. Obok le­żał szty­let kul­tu­ry unie­tyc­kiej z epo­ki brą­zu oraz kil­ka szkla­nych pa­cior­ków o śród­ziem­no­mor­skiej pro­we­nien­cji.

Ga­bi­net pro­fe­so­ra był do­syć szek­spi­row­ski. Czasz­ka i szty­let ko­ja­rzy­ły się z „Ham­le­tem”, sam pro­fe­sor z „Kup­cem We­nec­kim”, ciem­ność zaś z „Otel­lem”. Ma­rek był w ga­bi­ne­cie swo­je­go sze­fa nie raz, ale za­wsze sta­rał się go jak naj­szyb­ciej opu­ścić. Zwy­kle się uda­wa­ło. Pro­fe­sor był la­ko­nicz­ny. Zwłasz­cza w ob­cych ję­zy­kach, któ­rych znał wie­le, ale żad­ne­go na­praw­dę po­rząd­nie.

– No – wy­sa­pał w koń­cu Fi­lar

Zszedł z dra­bi­ny i usiadł w fo­te­lu na­prze­ciw Mar­ka. Ten po­dał pro­fe­so­ro­wi wy­druk ar­ty­ku­łu o Öt­zim. Fi­lar przy­su­nął so­bie lam­pę i za­czął czy­tać.

Brodz­ki po­czuł się nie­swo­jo. My­ślał, że po pro­stu zo­sta­wi tekst i się ulot­ni. Sie­dział nie­spo­koj­nie. Roz­glą­dał się po ga­bi­ne­cie. Książ­ki mia­ły wy­tar­te grzbie­ty. Nie­któ­re zo­sta­ły wy­dru­ko­wa­ne jesz­cze w dzie­więt­na­stym wie­ku. Kil­ka ty­tu­łów wy­da­ło mu się zna­jo­mych. Po chwi­li uświa­do­mił so­bie, że pró­bo­wał je kie­dyś wy­po­ży­czyć w in­sty­tu­to­wej bi­blio­te­ce, ale Gędź­ba nie mógł ich nig­dzie zna­leźć.

Fi­lar z epo­ką ka­mie­nia na twa­rzy prze­glą­dał kart­ki ma­szy­no­pi­su. W koń­cu odło­żył dzie­ło na biur­ko i spoj­rzał na Mar­ka. Tym ra­zem miał na twa­rzy kul­tu­rę wcze­sno­wan­dal­ską.

– No cóż… – po­wie­dział. – Nie­zu­peł­nie o to mi cho­dzi­ło.

– Ale…

Fi­lar uci­szył go ru­chem dło­ni god­nym per­skie­go sa­tra­py.

– A wła­ści­wie zu­peł­nie nie o to mi cho­dzi­ło. To mło­dzież bę­dzie czy­tać… Lu­dzie, dla któ­rych to bę­dzie pierw­sze spo­tka­nie z ar­che­olo­gią nie­rzad­ko. To nie może tak być. Pan się po­sta­rał. Ale pań­skie sta­ra­nia były da­rem­ne. Pan so­bie wy­obra­ził tam­tą mi­nio­ną sy­tu­ację. Tyl­ko że my po­trze­bu­je­my nie wi­zji, lecz fak­tów. Poza tym za krót­kie.

– Ale czy aby…

Brodz­ki usi­ło­wał wy­ra­zić swo­je wąt­pli­wo­ści co do wi­zjo­ner­skich zdol­no­ści czy­tel­ni­ków, spo­tka­ło go jed­nak ko­lej­ne ma­ło­azja­tyc­kie mach­nię­cie pro­fe­sor­skiej dło­ni, któ­ra – trze­ba przy­znać – nie była ude­ko­ro­wa­na pier­ście­nia­mi i ety­kie­ta w In­sty­tu­cie nie wy­ma­ga­ła na ra­zie aby ją ca­ło­wać.

– A za­tem, aby pana już nie za­trzy­my­wać, pa­nie Mar­ku. Ma pan prze­cież ten nad­zór i ta uro­czy­stość dziś wie­czo­rem jesz­cze… Tak. Wo­bec tego pro­szę na­pi­sać na ju­tro nowy tekst. Na dwu­na­stą. I pro­szę mnie zno­wu nie roz­cza­ro­wać. Dzię­ku­ję. Aha. Jesz­cze te wy­kry­wa­cze. Już pan je prze­te­sto­wał?

– Jesz­cze nie – bąk­nął Brodz­ki.

– Cóż… – wes­tchnął pro­fe­sor.

Było to ni­cze­go do­bre­go nie wró­żą­ce „cóż”.

– Pan za­czy­na w po­nie­dzia­łek duże, sze­ro­ko­płasz­czy­zno­we wy­ko­pa­li­ska. Chciał­bym, żeby pan wy­ko­nał jak naj­le­piej swo­je za­da­nie. A bez grun­tow­nej zna­jo­mo­ści po­wie­rzo­ne­go panu sprzę­tu, to się nie sta­nie.

– Ja…

– Ar­ty­kuł – prze­rwał mu Fi­lar – wy­kry­wa­cze me­ta­lu i dzi­siej­szy wie­czór. To są pań­skie prio­ry­te­ty. Do wi­dze­nia.

Brodz­ki wstał.

– Bo pan oczy­wi­ście pa­mię­ta, że to dzi­siaj – do­rzu­cił Fi­lar.

– Oczy­wi­ście. Na­tu­ral­nie. Jak naj­bar­dziej. Do wi­dze­nia.

IIIDo trupa

– Nie ku­pił – po­in­for­mo­wał Ma­rek Igo­ra, kie­dy wsia­da­li do brud­no­bia­łe­go Polo na par­kin­gu.

– Quod erat de­mon­stran­dum – od­parł Igor wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi. – A co to za pi­smo jest tak ge­ne­ral­nie?

– Eee, nie pa­mię­tam do­kład­nie. „Mło­do­cia­ny Od­kryw­ca” czy „Nie­let­ni Eks­plo­ra­tor”? Albo może „Prysz­cza­ty Ra­buś”? Mu­szę na­pi­sać nowe. Na ju­tro. Nie wy­da­je ci się, że on jest tro­chę nie­nor­mal­ny?

– Fi­lar? Zu­peł­nie prze­cięt­nie wal­nię­ty pro­fe­sor.

– Wi­dzia­łem go kie­dyś jak ga­dał do drzwi.

– I co im po­wie­dział? – za­py­tał Igor.

– Pi­the­can­tro­pus erec­tus. I chi­cho­tał przy tym jak świr.

– A drzwi co na to?

– O kur­de, Igor. Ty kie­dyś sam bę­dziesz ga­dał do drzwi po ła­ci­nie.

– Może być go­rzej.

– A jesz­cze Fi­lar po­wie­dział, że coś jest dzi­siaj – przy­po­mniał so­bie Brodz­ki. – Coś waż­ne­go.

– No to wi­docz­nie dzi­siaj – od­parł Igor, gra­mo­ląc się do ma­łe­go obiek­tyw­nie, a dla nie­go zwłasz­cza, sa­mo­cho­du i prze­su­wa­jąc mak­sy­mal­nie do tyłu fo­tel pa­sa­że­ra.

– Tak. Ale co?

– Za­dzwo­nię do Zbyń­ka Ma­lic­kie­go.

Kon­ser­wa­tor za­byt­ków Zby­niek za­wsze wszyst­ko wie­dział, bo się in­te­re­so­wał. Poza tym opa­ry ace­to­nu i in­nych che­mi­ka­liów z jego la­bo­ra­to­rium spra­wia­ły, że był za­wsze uśmiech­nię­ty i wszy­scy go lu­bi­li i wszyst­ko mu mó­wi­li. Pro­blem po­le­gał na tym, że Zby­niek nie wszyst­ko pa­mię­tał. Ale to co pa­mię­tał, prze­waż­nie wy­star­cza­ło.

Była dru­ga po po­łu­dniu i już za­czy­na­ły się kor­ki. Te­le­fon do Zbyń­ka po­zwo­lił im miło w nich spę­dzić czas. Tak­że więk­szość go­dzin­nej jaz­dy do Wi­chro­wa zo­sta­ła nie­mal w ca­ło­ści umi­lo­na przez Zbyń­ko­we opo­wie­ści. Cho­ciaż na py­ta­nie „Co to jest dzi­siaj?” od­po­wie­dział do­pie­ro, kie­dy byli na ro­gat­kach Mi­li­cza, czy­li ja­kieś osiem ki­lo­me­trów od celu.

– Nie­myt dzi­siaj wra­ca! – wy­krzyk­nął Igor. – Ale zle­cia­ło! Sala imie­nia Her­ber­ta Wel­l­sa, dru­gie pię­tro. Osiem­na­sta. Obec­ność obo­wiąz­ko­wa. Dzię­ki, Zby­niek.