Strona główna » Nauka i nowe technologie » Upadek imperium. Nauka dla współczesnej Rosji

Upadek imperium. Nauka dla współczesnej Rosji

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-64486-44-9

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Upadek imperium. Nauka dla współczesnej Rosji

 

 

Jegor Gajdar, przedwcześnie zmarły w 2009 r. były premier Rosji, był jednym z autorów programu radykalnych reform gospodarczych, jakie przeprowadzono w tym kraju na początku lat dziewięćdziesiątych, a także cenionym w świecie nauki ekonomistą. Książka Upadek imperium wydana w Rosji w 2006 r. stała się tam bestsellerem. Autor kreśli w niej szerokie tło historyczne, docieka przyczyn upadku imperiów wcześniejszych niż ZSRS, analizuje źródła niestabilności reżimów autorytarnych oraz zagrożenia związane z oparciem gospodarki na eksporcie surowców.

Szczegółowo i wiarygodnie – jako świadek i uczestnik wydarzeń – opisuje sytuację gospodarczą ZSRS na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych oraz nieefektywną politykę, która doprowadziła do jego rozpadu. W ten sposób rozprawia się z mitem potężnego Związku Sowieckiego, który do dziś pokutuje w Rosji, jako element, coraz głośniejszej, proimperialnej propagandy.

Polecane książki

TYLKO JEDNA BARIERA STOI MIĘDZY TOBĄ, A SUKCESEM. Nie jest nią doświadczenie. Nie jest nią talent. Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się, dlaczego inni ludzie szybko robią karierę, podczas gdy twoja utknęła w martwym punkcie? Dlaczego nikt nie zachwyca się twoimi wspaniałymi pomysłami? Czy nie wygląda...
  Gdy Susanna Nelson skończyła osiemnaście lat, rodzice wysłali ją do Paryża. Musiała rozstać się ze swym chłopcem i nigdy więcej go nie zobaczyła. Wtedy też widziała ostatni raz brata, który wkrótce zginął w wypadku samochodowym. W wieku pięćdziesięciu lat Susanna zaczyna żałować dawnych wyborów, z...
Egocentryczny i wyalienowany Bruno Werner dorasta w świecie, który nazywa papierowym labiryntem. Po śmierci rodziców postanawia napisać swoją pierwszą powieść. W tym czasie natrafia na poruszającą książkę niejakiego Daremo Inaia. Poszukiwania autora widmo nie przynoszą efektów. Bruno Werner jednakże...
Młyny sprawiedliwości mielą powoli – prawdopodobnie każdy zna to powiedzenie dotyczące sposobu działania prawa. Szczególnie ciekawe jest w nim jednak nie to, co przysłowie wprost stwierdza, ale co milcząco zakłada. Przyjmuje ono, że sprawiedliwość można porównać do młyna wykonującego kołowy, zdałoby...
Kiedy w tajemniczych okolicznościach znika dwóch młodych mężczyzn, miejscowa społeczność jest zaniepokojona. Niedługo później w opuszczonym hangarze z czasów drugiej wojny światowej zostaje odkryta plama krwi, a należącą do jednego z zaginionych przyczepę ktoś podpala – nie wróży to niczego dobrego....
Apelacje cywilne skierowane są do praktyków, w tym przede wszystkim aplikantów radcowskich i adwokackich, ale także studentów studiów prawniczych i osób, które chciałyby zgłębić wiedzę w zakresie problematyki związanej z apelacją w procesie cywilnym. Składa się z trzech części. Część pierwsza to pra...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Jegor Gajdar

Tytuł oryginału: ГИБЕЛЬ ИМПЕРИИ. УРОКИ ДЛЯ СОВРЕМЕННОЙ РОССИИKonsultacja merytoryczna: EWA FISCHERRedakcja tekstu: BOŻENA KUĆMIEROWSKAKorekta: MAŁGORZATA KRYSTYNIAKProjekt okładki: PIOTR PERZYNA, ALC MarketingRedakcja techniczna: Dorota DołęgowskaFotografie pochodzą ze zbiorów Rosyjskiego Państwowego Archiwum Historii Społeczno-Politycznej (RGASPI)© Copyright by Jegor Gajdar, 2006
© Copyright by Yegor Gaidar Charity Foundation, 2015
© Copyright for the Polish translation by Henryk Chłystowski, 2015
Książka wydana we współpracy z Fundacją Jegora GajdaraFragmenty książki były wcześniej publikowane w pracy Nikity Pietrowa Psy Stalina, wydanej w 2012 r. przez oficynę Demart S.A.ISBN 978-83-64486-44-9Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia
ul. Jasna 14/16a, 00-041 Warszawa
tel. + 48 22 295 00 30, fax + 48 22 295 00 31
e-mail:cprdip@cprdip.plwww.cprdip.plKonwersja:eLitera s.c.

Przedmowa do wydania polskiego

Rozpad radzieckiego imperium w latach 1989–1991 był jednym z kilku najważniejszych zjawisk XX wieku, a z całą pewnością był najważniejszą pozytywną przemianą po II wojnie światowej dla każdego, dla kogo ustrój państwa powinien respektować podstawowe wolności jednostki. Już z tego powodu książka Gajdara zasługuje na uwagę jak najszerszego grona czytelników zainteresowanych współczesnym światem. Na dodatek, jej autor był wybitną postacią schyłkowych lat Związku Radzieckiego, i jeszcze bardziej – jelcynowskiej Rosji. Jegor Gajdar był ekonomistą, który w wieku 35 lat stał się u boku Borysa Jelcyna, pierwszego prezydenta Rosji, reformatorem tego kraju, zmierzającego wówczas do demokracji, rządów prawa, i do kapitalizmu. Jako naukowiec Gajdar zajmował się problemami rozwoju gospodarki. Cieszył się on wielkim uznaniem – często starszych – kolegów, którzy podobnie jak on, wychodzili poza sowiecką ortodoksję, zwłaszcza w latach rządów Gorbaczowa. Był też znany w reformatorskich kręgach władzy. Te czynniki zapewne zadecydowały, że Borys Jelcyn powierzył mu w 1991 roku stanowisko premiera Rosji i związaną z nim wielką misję radykalnych reform gospodarki. Miałem okazję spotkać się z Jelcynem i Gajdarem w trakcie mojej wizyty w Moskwie w grudniu 1991 roku, na kilkanaście dni przed startem ich programu, co nastąpiło z początkiem 1992 roku.

Nie ma tu miejsca na opis i ocenę programu Gajdara[1]. Najkrócej mówiąc, był on zasadniczo podobny do radykalnej stabilizacji i transformacji polskiej gospodarki w latach 1990–1991, ale jego autorzy mieli mniej czasu na realizację, musieli borykać się z większą liczbą problemów (choćby związanych z rozpadem ZSRR) i działali w trudniejszych warunkach politycznych niż ich odpowiednicy w Polsce. Nic więc dziwnego, że osiągnęli gorsze rezultaty. Jednakże pchnęli oni Rosję ku gospodarce rynkowej, dokonując szeroko zakrojonej liberalizacji, włącznie ze społecznie niepopularną, ale niezbędną liberalizacją cen. A mimo to reformatorski blok kierowany przez Jegora Gajdara odniósł duży sukces w wyborach w końcu 1993 roku, stając się największą partią w rosyjskiej Dumie. Dopiero później, gdy Gajdar już nie miał wpływu na politykę gospodarczą, przyszły lata negatywnej propagandy wobec rynkowych reform i ich głównego autora – szefa ekipy gospodarczych reformatorów, czyli samego Gajdara i w rezultacie zaczęły przeważać skrajnie niesprawiedliwe oceny: Gajdara zaczęto oskarżać o problemy, które powstały wcześniej, za czasów Gorbaczowa, np. wielkie fortuny tzw. oligarchów wtedy miały swoje początki, bo podobnie jak w Polsce za czasów rządu Mieczysława Rakowskiego zliberalizowano tworzenie prywatnych firm, zachowując jednak dominujący i niezliberalizowany blok firm państwowych. Nowi przedsiębiorcy o odpowiednich powiązaniach mogli szybko się dorobić, kupując tanio u tych drugich i sprzedając drogo na wygłodzonym rynku (w Polsce zapobiegła temu masowa liberalizacja w 1990 roku i rozpoczęta wtedy prywatyzacja gospodarki). Gajdara zaczęto też obwiniać o problemy powstałe po jego odejściu z polityki i sprzeczne z jego polityką, a szczególnie o wywołanie głębokiego kryzysu budżetowego i w rezultacie – gospodarczego w 1998 roku. Wreszcie, Jelcyn, Gajdar i inni reformatorzy byli w Rosji oskarżani o doprowadzenie do rozpadu ZSRR, malowanego przez ich krytyków jako kraj potęgi i gospodarczego sukcesu.

Ta ostatnia uwaga prowadzi mnie do niniejszej książki, która pokazuje, jak wybitnym intelektualistą był Jegor Gajdar. Jest ona świadectwem jego rozległej wiedzy ekonomicznej i historycznej. Autor omawia rozpad wcześniejszych niż ZSRR imperiów, dzieląc je na zamorskie (np. imperia angielskie i francuskie) oraz terytorialnie zintegrowane (np. Austro-Węgry, imperialne Niemcy, carska Rosja). Przedstawia on też tragiczny rozpad Jugosławii, na którego tle pokojowa dezintegracja ZSRR sprawia wrażenie cudu. W książce znajdujemy też analizę przyczyn niestabilności reżimów autorytarnych oraz wyjaśnienie ryzyka, jakie wiąże się z dużą zależnością gospodarki od produkcji i eksportu surowców.

Na szczególne zainteresowanie zasługują jednak rozdziały poświęcone sytuacji gospodarczej ZSRR w latach 80., a zwłaszcza w ich końcówce, gdy następował rozpad Związku Radzieckiego. Mówi w nich nie tylko Gajdar – intelektualista, ale i Gajdar – świadek i uczestnik przełomowych wydarzeń historycznych. Autor pokazuje nie tylko nieefektywność socjalistycznej gospodarki, ale i – w przypadku ZSRR – jego rosnące uzależnienie od importu żywności, potrzebnej wskutek rozpaczliwej niewydolności radzieckiego rolnictwa skolektywizowanego na przełomie lat 20. i 30. To zbrodnicze dzieło Stalina przyczyniło się do upadku Związku Radzieckiego kilkadziesiąt lat później – pokazuje Gajdar. W jego książce znajdziemy też wnikliwą analizę polityki gospodarczej w latach rządów Gorbaczowa. Autor wyjaśnia, jak wzmacniała ona napięcia rozsadzające ZSRR. W ten sposób demaskuje mit o potężnym i zasobnym Związku Radzieckim zburzonym przez reformatorów epoki Jelcyna.

A ten mit – jak podkreśla Gajdar – przybiera w Rosji na sile i jest częścią również potężniejącej proimperialnej propagandy. Autor jest bardzo zaniepokojony tym zjawiskiem. Nie darmo podtytuł niniejszej książki brzmi: „nauka dla współczesnej Rosji”. Gajdar nie waha się wskazywać na podobieństwa między tendencjami, które obserwuje w swoim kraju, a rewanżyzmem narastającym w Republice Weimarskiej po I wojnie światowej, po upadku imperialnych Niemiec.

Jako świadek i twórca historii, Gajdar opisuje grozę sytuacji gospodarczej ZSRR w latach 1990–1991, procesy jego rozpadu, ich formalno-prawną kulminację: podpisanie w grudniu 1991 roku przez prezydentów Rosji, Ukrainy i Białorusi porozumienia białowieskiego rozwiązującego Związek Radziecki. Gajdar odegrał ważną rolę w tym przełomowym wydarzeniu.

Niniejszą książkę wydano w Rosji w 2006 roku. Stała się ona tam bestselerem. Gajdar napisał ją w czasach Putina, gdy nie piastował już stanowisk rządowych. Z Putinem też w swojej książce polemizuje.

Jegor Gajdar zmarł w 2009 roku w wieku zaledwie 53 lat. Wydarzenia, które nastąpiły po jego śmierci, zwłaszcza agresywne ruchy putinowskiej Rosji wobec Ukrainy, dodatkowo wzmacniają przesłanie jego książki.

Gorąco zachęcam do jej przeczytania. To wybitne dzieło wybitnego Rosjanina. Takiego, który rozumiał, że radzieckie imperium ciemiężyło samych Rosjan, a nie tylko inne narody. I takiego, który działał na rzecz lepszego ustroju w Rosji.

Leszek Balcerowicz

Warszawa, 31 lipca 2015 r.

Wprowadzenie

Brak nam sił na Imperium! – i nie ma potrzeby,niechaj spadnie ono z naszych barków,bo miażdży nas, wysysa i przyspiesza nasz upadek.

Aleksander Sołżenicyn, Jak powinniśmy urządzić Rosję

Jeśli wypadło urodzić się w Imperium,lepiej żyć nad morzem na głuchej prowincji.

Josif Brodski, Listy do rzymskiego przyjaciela

Postimperialna nostalgia, która przenika rosyjską świadomość, nie jest niczym nowym. Podobne rzeczy zdarzały się już w historii, i to niejednokrotnie. Związek Sowiecki nie jest pierwszym imperium, które rozpadło się w XX wieku, lecz ostatnim. Spośród tworów państwowych określających się na początku XX wieku mianem imperiów pod koniec stulecia nie zachował się ani jeden. Nasz kraj, według wielu podstawowych kryteriów, nie przypominał tradycyjnych imperiów kolonialnych z ich terytoriami zamorskimi. Spór na temat tego, czy był on imperium, potrwa jeszcze długo. Będą pojawiały się opracowania dowodzące swoistości Rosji jako imperium, przedstawiające naród rosyjski i za carów, i za reżimu komunistycznego jako ekonomicznego donatora w stosunku do innych narodów naszego państwa. Będzie się przytaczać przykłady działaczy państwowych nierosyjskiego pochodzenia – poczynając od księcia Bagrationa, a na Josifie Dżugaszwilim kończąc. Możliwe, że właśnie owa specyfika pomogła imperium rosyjskiemu przetrwać dłużej niż innym, które rozpadły się całe dziesięciolecia wcześniej.

Elita okresu carskiego traktowała jednak swój kraj jako imperium. Tak też go nazywała. Przywódcy imperium sowieckiego nie wyrażali się w ten sposób, ale rozszerzyli je daleko poza oficjalne granice państwa pod nazwą Związek Socjalistycznych Republik Sowieckich[1]. Dzisiejsi zwolennicy odbudowy imperium odwołują się do spuścizny, która idzie od carskiej Rosji przez okres sowiecki do czasów współczesnych.

Przykładów odwoływania się we współczesnej Rosji do postimperialnych tęsknot nie da się zliczyć. Przytoczmy tylko niektóre. Bliski Kremlowi technolog polityczny Stanisław Biełkowski: „W latach 2004–2008 powinny zostać położone podwaliny narodu rosyjskiego. Nasz naród ma jedno przeznaczenie – imperialne”[2]. Pisarz Aleksandr Prochanow: „Oto dlaczego dawne wielkie imperia przewyższają wielkie republiki. Niosły one w sobie zamysł zjednoczonej ludzkości, która zdolna jest usłyszeć i ucieleśnić zamysł Boga. Oto dlaczego dzisiejsza liberalna, odrażająca Rosja jest gorsza, bardziej zwyrodniała niż wielki Związek Sowiecki, który był imperium i został przez nas bezmyślnie utracony”[3]. Geopolityk Aleksandr Dugin: „Naród odbierał państwo sowieckie jako budowę «Nowego Imperium», «królestwa Światłości», «przybytku ducha», nie zaś jako tworzenie najbardziej racjonalnego systemu administrowania i zarządzania całościowymi jednostkami”[4]. Prezentowanie upadku Związku Sowieckiego jako rozpadu ostatniego dwudziestowiecznego światowego imperium jest w literaturze poświęconej temu okresowi powszechne[5]. Prezydent Rosji, Władimir Putin, w orędziu do Zgromadzenia Federalnego (25 kwietnia 2005 roku) nazwał rozpad Związku Sowieckiego największą katastrofą geopolityczną stulecia.

Imperia odeszły w przeszłość, ale ich badanie jest obecnie modne. Podobnie zdarzało się w historii. Było to związane z ostrymi konfliktami etnicznymi, do których dochodzi w postimperialnych okresach[6]. Literatura poświęcona upadkowi imperiów jest obszerna. Wystarczy przywołać tutaj pracę Monteskiusza Considérations sur les causes de la grandeur des Romains et de leur decadence (wyd. pol. Rozważania o przyczynach wielkości Rzymian i o ich upadku) alboThe History of the Decline and Fall of the Roman Empire (wyd. pol. Zmierzch Cesarstwa Rzymskiego i Upadek Cesarstwa Rzymskiego na Zachodzie) Edwarda Gibbona, by zrozumieć, że zainteresowanie zagładą imperiów i syndromem postimperialnym nie jest rzeczą nową. Wielka powieść, w której widać ślady postimperialnej nostalgii, ukazała się w Hiszpanii na początku XVII wieku – to Don Kichot Cervantesa.

Słabym pocieszeniem jest to, że przed tobą na tę samą chorobę cierpiało wielu, jednak dotyczyło to innych i było dawno. To, co dzieje się z nami, jest dzisiejszą rzeczywistością.

Kiedy Piotr I przyjął tytuł Imperatora Wszechrosji, deklarował jedynie, że Rosja jest wielkim europejskim mocarstwem. Słowa „wielkość” i „imperium” były w tamtych czasach synonimami. Jeśli weźmiemy pod uwagę, jak często używa się dzisiaj w politycznych sporach terminu „imperium”, trudno zrozumieć, dlaczego nie ma powszechnie przyjętej, odpowiadającej współczesnemu kontekstowi jego definicji. Słownik Władimira Dala określa imperium jako państwo, którego panujący nosi tytuł imperatora, najwyższego nieograniczonego władcy[7]. Według słownika Siergieja Ożegowa, imperium to państwo monarchiczne na czele z imperatorem[8]. Słownik akademicki języka rosyjskiego podaje dwa określenia imperium: państwo monarchiczne na czele z imperatorem albo duże imperialistyczne mocarstwo kolonialne[9]. Nietrudno spostrzec, że wszystkie owe określenia niewiele mają wspólnego z sensem, jaki nadaje się słowu „imperium” we współczesnej Rosji. Treść terminu ulegała historycznym transformacjom, stała się plastyczna. Pozwolę sobie podać własną definicję owego pojęcia, bliską dzisiejszemu kontekstowi. W naszej pracy terminem „imperium” określa się potężną, wieloetniczną formację państwową, w której cała władza skoncentrowana jest w metropolii, a instytucje demokratyczne (jeśli istnieją) lub przynajmniej prawa wyborcze nie obejmują całego kontrolowanego przez nią terytorium.

W XX wieku wyraźnie ujawniły się różnice w problemach, na jakie napotykają dwa typy imperiów: zamorskie[10] (Wielka Brytania, Holandia, Portugalia itd.) i zintegrowane terytorialnie (Austro-Węgry, Rosja itd.). W tych ostatnich morze nie oddziela kolonii od metropolii. Wspólnoty etniczne, które dominują w metropolii i na terytoriach wasalnych, żyją obok siebie i ściśle współdziałają.

Jak dowiodła historia, a zwłaszcza doświadczenia drugiej połowy XX wieku, imperia po pewnym czasie się rozpadają. Utożsamianie wielkości państwa z imperialnością jest pogodzeniem się z utratą statusu mocarstwa i niełatwym zadaniem dla świadomości narodowej dawnej metropolii. Nadużywanie syndromu postimperialnego to efektywny sposób, żeby uzyskać wpływy polityczne. Koncepcja imperium jako potężnego państwa, które dominuje nad innymi narodami, jest produktem równie łatwo sprzedawalnym, jak coca-cola czy pampersy. Żeby go rozreklamować, nie jest konieczny żaden wysiłek intelektualny.

Problemem kraju, który doświadcza syndromu postimperialnego, jest łatwość rozpalania tęsknoty za utraconym imperium. Apele o odbudowanie go są praktycznie nie do zrealizowania. Nietrudno powiedzieć: „odbudowa imperium jest dobra dla narodu”. Tego rodzaju hasła natychmiast zyskują poklask, rzecz jednak w tym, że nie jest to możliwe.

Bezprecedensowym przypadkiem było odtworzenie w latach 1917–1921 Imperium Rosyjskiego w nowych komunistycznych, niemal nierozpoznawalnych formach. To wyjątek, cała rzecz tutaj właśnie w innych formach, które zmuszają do umieszczenia słowa „odtworzenie” w cudzysłowie. Związek Sowiecki powstał w rezultacie bratobójczej wojny domowej, nieznanego w historii terroru i śmierci milionów ludzi. W przytłaczającej większości przypadków odrodzenie imperiów nie jest możliwe z powodu okoliczności uwarunkowanych długookresowymi tendencjami rozwoju społeczno-ekonomicznego.

W owej sprzeczności tkwi przyczyna wielu błędów, popełnianych przez dawne metropolie w stosunku do kontrolowanych wcześniej terytoriów. Decyzja Wielkiej Brytanii i Francji o interwencji w Egipcie w celu przywrócenia kontroli nad Kanałem Sueskim (1956) przypomina to, co pod koniec 2003 roku próbowały zrobić na Ukrainie władze rosyjskie[11].

Kształtowanie się imperiów to produkt fundamentalnych zmian w życiu społeczeństw. Powstają one i upadają pod wpływem zdarzeń historycznych. Marzenia o powrocie do innej epoki są iluzoryczne, a tego rodzaju próby prowadzą do klęsk. Doświadczenie rosyjskich niepowodzeń w latach 2003–2004 w Gruzji, Adżarii, Abchazji, na Ukrainie i w Mołdawii to kontynuacja „kolekcji błędów”, jakie na długo przedtem popełniali inni. Jednak przyjęcie do świadomości postimperialnej tego faktu jest trudne. Łatwiej uwierzyć, że zwyciężyli nas nie Gruzini czy Ukraińcy, lecz stojący za nimi „światowy spisek”. Jeśli decyzje podejmuje się w ramach owego paradygmatu, można, obraziwszy się na wszystkich, popełniać jeden błąd po drugim.

Tęsknota za imperiami zintegrowanymi terytorialnie jest mocniejsza, dłuższa i głębsza niż za zamorskimi. Trzem milionom Niemców sudeckich (w Austro-Węgrzech przedstawicieli narodu panującego) niełatwo było zaadaptować się do sytuacji mniejszości narodowej w nowym państwie czechosłowackim. Ich położenie i związana z tym retoryka to jeden z ważniejszych tematów propagandy hitlerowskiej przed zajęciem Czechosłowacji. W czasie rozpadu imperiów zintegrowanych terytorialnie (Austro-Węgry, Niemcy, Rosja, Turcja, Związek Sowiecki) problemy zbliżone do tych, z jakimi zetknęli się sudeccy Niemcy, stają się powszechne. Bez tej świadomości trudno zrozumieć przyczyny wojny Serbów z Chorwatami i tragedię bośniacką.

Zmierzch imperium – stopniowy, rozciągnięty na lata proces, kiedy i elity, i społeczeństwo uświadamiają sobie beznadziejność i bezsens prób utrzymania go – społeczeństwo metropolii przeżywa łatwiej niż niespodziewany rozpad[12].

Charakterystycznym przykładem jest koniec imperium niemieckiego. Do jesieni 1918 roku władze niemieckie przekonywały naród, że zwycięstwo jest bliskie. Kiedy w październiku i listopadzie załamanie niemieckiej machiny wojennej stało się oczywiste, a kapitulacja nieuchronna, społeczeństwo nie było na to przygotowane. Stąd łatwość tworzenia mitu o „Niemczech, które nigdy nie zostały pokonane na polu walki” i o „wrogach, którzy zadali nożem cios w plecy”. Mówiono wprost lub czyniono aluzje do socjalistów. O upadek imperium oskarżano żydowskich rewolucjonistów i zdrajców opłacanych przez Moskwę, która pod koniec wojny organizowała w Niemczech strajki. To właśnie oni, w mniemaniu autorów owej wersji, zmusili kajzera do zrzeczenia się tronu[13]. W połowie lat 20. tę frazeologię wykorzystają dawni dowódcy niemieckiej armii, ci sami, którzy we wrześniu i w październiku 1918 roku meldowali władzom cywilnym, że kontynuowanie wojny nie jest możliwe i że należy zawrzeć pokój za wszelką cenę.

Wielu Niemców szybko zapomniało, jak w ostatnim roku wojny nienawidzili monarchii, jakie uczucia towarzyszyły im w październiku 1918 roku, kiedy stało się jasne, że kajzer i dowództwo armii oszukiwali naród. Nie wiedzieli, że to generał Erich Ludendorff w październiku 1918 roku zażądał od nowego kanclerza Niemiec, Maximiliana von Badena, zawarcia rozejmu w celu uniknięcia katastrofy wojskowej na froncie zachodnim. Monarchia Hohenzollernów nie upadłaby tak szybko w listopadzie 1918 roku, gdyby społeczeństwo niemieckie nie było przekonane, że stary reżim zbankrutował.

Tego rodzaju fakty szybko zacierają się w historycznej pamięci. Społeczeństwo nie chce o nich pamiętać. Kogo interesuje, co naprawdę się wydarzyło? Świadomość społeczną, zranioną klęską wojenną, nietrudno oczarować mitami. Hitler mówił, że porażki z sierpnia 1918 roku były niczym w porównaniu ze zwycięstwami, jakie wcześniej odniosła niemiecka armia, i że nie one spowodowały kapitulację. Wedle jego słów, przyczyną klęski była działalność tych, którzy przez dziesięciolecia pracowali nad zniszczeniem praw i żywotnych sił moralnych i politycznych narodu niemieckiego[14].

Przypominają się wersy Puszkina: „Ach, oszukać mnie nietrudno, sam oszukiwać się jestem rad”. Badacze historii Republiki Weimarskiej uważają, że jej liderzy nie byli gotowi upublicznić materiałów na temat odpowiedzialności władz niemieckich za wybuch I wojny światowej – stało się to jednym z ważniejszych czynników, które doprowadziły republikę do upadku[15]. Mit o niewinnych, niepokonanych, zdradzonych i poniżonych Niemczech był orężem, które przywódcy republiki dali do rąk ludziom niewierzącym w wartości demokratyczne.

Szybkość i niespodziewany charakter, z jakimi upadają niezłomne, zdawałoby się, imperia, rodzi poczucie nierealności tego, co się dzieje. Irrealizm bliski jest irracjonalizmowi, który pozwala wyobrazić sobie każdy cud[16]. Nietrudno przekonać społeczeństwo, że państwo, które tak nieoczekiwanie się rozpadło, można równie szybko odbudować. To iluzja, przy czym iluzja niebezpieczna. Ceną za nią stały się rzeki krwi, przelane w czasie II wojny światowej.

Związek Sowiecki był imperium zintegrowanym terytorialnie, jednym ze światowych supermocarstw. Tuż przed jego rozpadem w latach 1988–1991 prawie nikt nie był w stanie w taką możliwość uwierzyć. Po krachu ZSRS poza granicami Rosji zostało ponad 20 milionów Rosjan. Elity większości państw, w których nagle się znaleźli, nie były wystarczająco wrażliwe i rozsądne, żeby we właściwy sposób rozwiązać problemy tych ludzi – mniejszości narodowej w kraju, który dotychczas uważali za własny. Wzmocniło to syndrom postimperialny w metropolii, co stało się jednym z najtrudniejszych problemów współczesnej Rosji[17].

To choroba. Rosja przechodzi jej niebezpieczne stadium. Nie należy poddawać się magii liczb, ale to, że upadek imperium niemieckiego dzieliło od dojścia Hitlera do władzy mniej więcej 15 lat – tyle, ile dzieli krach Związku Sowieckiego od Rosji lat 2006–2007 – zmusza do zastanowienia.

Igor Jakowienko słusznie odnotowuje: „Rozpad imperialnego państwa nie został odreagowany, nie został w sposób adekwatny przetrawiony w świadomości społecznej. W Rosji nie znalazła się odpowiedzialna siła polityczna, która odważyłaby się powiedzieć, że z punktu widzenia celów zachowania i odrodzenia narodu rosyjskiego rozpad Związku Sowieckiego był największym sukcesem ostatniego półwiecza. Ujawniły się wpływowe siły polityczne, które do swoich celów zaczęły podtrzymywać i wykorzystywać nastroje nostalgiczne. Wyjątkowa nieprzydatność owych manipulacji polega na tym, że nostalgiczne ciągoty imperialne wykorzystują ludzie politycznie trzeźwi, wyraźnie świadomi niemożności i katastrofalności jakichkolwiek form restauracji”[18].

Medycynie znany jest przypadek, kiedy człowiekowi nie mija wrażenie bólu w amputowanej nodze. To samo dotyczy świadomości postimperialnej. Utrata Związku Sowieckiego to rzeczywistość. Rzeczywistość i ból społeczny, spowodowany rozdzieleniem rodzin, poniewierką rodaków za granicą, nostalgicznymi wspomnieniami o dawnej wielkości, zmniejszeniem powierzchni ojczystego kraju, którego granice straciły znane zarysy. Nietrudno eksploatować ów ból w polityce. Wystarczy rzucić kilka haseł typu: „zadano nam cios nożem w plecy”, „wszystkiemu winni są obcoplemieńcy, którzy rozgrabili nasze bogactwa”, „odbierzemy im teraz, co nasze, i będzie nam dobrze” – i sprawa załatwiona. Tych haseł nie trzeba wymyślać, wystarczy przeczytać podręcznik poświęcony propagandzie nazistowskiej. Sukces zapewniony.

Tę polityczną broń jądrową wykorzystuje się rzadko. Ci, którzy jej używają, kończą zwykle tragicznie. W Rosji, niestety, w ostatnich latach okazało się, że puszka Pandory jest otwarta. W modę weszło odwoływanie się do postimperialnych tęsknot, do nacjonalizmu, ksenofobii, utartego antyamerykanizmu, a nawet do nie całkiem utartego antyeuropeizmu – i tylko patrzeć, jak stanie się ono normą. Ważne, żeby zrozumieć, na ile jest to niebezpieczne dla kraju i dla świata.

Postimperialna nostalgia jest chorobą uleczalną. Doświadczenie Francji, której strata imperium nie przyszła łatwo, wskazuje, że trzeba było kilku lat dynamicznego wzrostu gospodarczego, żeby niebezpieczna dla kraju histeria, która omal nie rozsadziła ustroju demokratycznego, zamieniła się w miękką, romantyczną nostalgię za utraconą wielkością. Jednak w tamtych latach o zachowanie demokracji wypadło walczyć. W historii zdarzają się momenty, kiedy szczególną rolę odgrywają jednostki. Tego, co na początku lat 60. zrobił Charles de Gaulle, zapobiegając dojściu do władzy radykalnych nacjonalistów, nie sposób przecenić. W Niemczech w latach 1920–1930 rozwój wydarzeń poszedł w inną stronę.

Edward Gibbon, wnikliwy badacz upadku Cesarstwa Rzymskiego, który analizował wydarzenia z długiej perspektywy historycznej, nie zdecydował się określić jednoznacznie jego przyczyn. Kiedy dystans historyczny jest krótszy, zadanie staje się jeszcze trudniejsze. Jednakże problemy wiążące się z upadkiem imperium sowieckiego są zbyt ważne dla dzisiejszej Rosji i dla świata, żeby ich analizę można było zostawić historykom przyszłych stuleci.

Moje życie tak się ułożyło, że mam pewną przewagę w porównaniu z innymi badaczami rozpadu imperiów. Byłem bezpośrednim uczestnikiem wydarzeń, jednym z autorów porozumień białowieskich, które przypieczętowały fakt upadku ostatniego imperium XX wieku – Związku Sowieckiego. Niniejsza książka to nie wspomnienia, lecz próba analizy tego, co wiąże się z dezintegracją imperiów, problemów, jakie wówczas powstają.

Porozumień białowieskich nie należy przeceniać. Nadały one formę prawną podziałowi, który już się dokonał. Państwa, które nie kontrolują własnych granic, systemów monetarnego, podatkowego i sądowego, które nie mogą zażegnać konfliktów etnicznych (a w takim właśnie stanie znajdował się Związek Sowiecki po wydarzeniach sierpniowych 1991 roku), nie istnieją.

Jak wskazuje doświadczenie Jugosławii, proces podziału może być krwawy. Porozumienia białowieskie z grudnia 1991 roku nie uśmierzyły bólu po rozpadzie zintegrowanego terytorialnie imperium, ale pomogły uniknąć krwawego konfliktu i katastrofy jądrowej. W ich rezultacie już w maju 1992 roku przeważająca część najbardziej niebezpiecznej (ze względu na procedury podejmowania decyzji o jej zastosowaniu) taktycznej broni jądrowej, która wcześniej znajdowała się w innych republikach, została skoncentrowana w Rosji[19].

Powtórzę: o tym, jak w praktyce przebiega rozpad imperium i z jakimi problemami muszą radzić sobie władze metropolii, wiem lepiej niż wielu innych. Mimo wszystko nie zabrałbym się jednak do niniejszej pracy, gdybym nie widział, jak niebezpieczna politycznie jest eksploatacja syndromu postimperialnego we współczesnej Rosji, gdybym nie wiedział o oczywistych, rzucających się w oczy analogiach między retoryką ludzi, którzy wykorzystują nostalgię postimperialną w naszym kraju a standardami propagandy narodowych socjalistów w ostatnich latach istnienia weimarskich Niemiec.

Często przeprowadza się porównanie Rosji z Republiką Weimarską. Sam należę do tych, którzy podnosili tę analogię w rosyjskich dyskusjach politycznych na początku lat 90. Nie wszyscy jednak rozumieją, jak dalece owe porównania są znaczące. Niewielu pamięta, że cesarska symbolika państwowa została w Niemczech przywrócona w 8 lat po upadku imperium – w 1926 roku[20], w Rosji zaś po 9 latach – w 2000 roku. Nie więcej jest też tych, którzy wiedzą, że najważniejszym hasłem ekonomicznym nazistów była obietnica zwrócenia oszczędności, które niemiecka klasa średnia utraciła z powodu hiperinflacji w latach 1922–1923[21].

Roli demagogii ekonomicznej nazistów w ich dojściu do władzy w 1933 roku nie można nie doceniać. Antysemityzm, radykalny nacjonalizm i ksenofobia zawsze były obecne w myśleniu liderów Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników, ale do 1937 roku z haseł tego rodzaju korzystali ostrożnie[22]. Odwoływanie się do poczucia własności Niemców, którzy stracili oszczędności, było orężem politycznie efektywnym. Dzisiaj zaś ci, którzy obiecują zwrócić wkłady, które straciły wartość z powodu katastrofy finansowej Związku Sowieckiego, powtarzają dosłownie goebbelsowską retorykę z początku lat 30.

Naziści po dojściu do władzy nie zwrócili wkładów oszczędnościowych. Doprowadzili kraj do wojny i do jeszcze jednej katastrofy finansowej, za którą musiał później odpowiadać ojciec niemieckiej reformy ekonomicznej, minister finansów RFN Ludwig Erhard, który w 1948 roku odmroził ceny.

W warunkach rosyjskich pora rozkwitu syndromu postimperialnego i związanego z nim radykalnego nacjonalizmu przypadła, wbrew oczekiwaniom autora tych słów, nie na bezpośredni okres po rozpadzie Związku Sowieckiego, lecz na czas późniejszy. Ja i moi koledzy, którzy wprowadzaliśmy w Rosji reformy, wiedzieliśmy, że przejście do gospodarki rynkowej i adaptacja do nowej sytuacji na świecie nie przebiegną łatwo. Sądziliśmy jednak, że (jak to było, na przykład, we Francji) przezwyciężenie transformacyjnej recesji, początek wzrostu gospodarczego, zwiększenie realnych dochodów ludności pozwolą zastąpić nieziszczalne marzenia o przywróceniu imperium prozaiczną troską o własny dobrobyt. Myliliśmy się.

Jak uczy doświadczenie, w czasie głębokiego kryzysu ekonomicznego, kiedy nie wiadomo, czy wystarczy pieniędzy, żeby utrzymać rodzinę do następnej wypłaty, czy w ogóle ona nastąpi i czy jutro nie stracisz pracy, większości społeczeństwa imperialna wielkość jest obojętna. I przeciwnie, w czasach, kiedy zaczyna wzrastać dobrobyt, kiedy pojawia się pewność, że w tym roku zarobki będą wyższe niż w poprzednim, a bezrobocie, jeśli nie mieszkasz w zacofanym regionie, nie dotknie cię, kiedy życie ponownie nabiera cech stabilności, można, przyszedłszy do domu, obejrzeć wraz z rodziną sowiecki film, w którym nasi agenci są lepsi od ich szpiegów, my zawsze zwyciężamy, a życie na ekranie jest niezmącone, i można pogadać o tym, jak to wrogowie zniszczyli wielkie mocarstwo i jak wszystkim jeszcze pokażemy, kto jest najważniejszy[23].

Odwoływanie się do imperialnych symboli wielkości to potężny instrument sterowania procesem politycznym. Im bardziej oficjalna rosyjska propaganda próbuje przedstawić Wielką Wojnę Ojczyźnianą [II wojna światowa – przyp. red.] jako łańcuch wydarzeń, prowadzących do z góry założonego i zorganizowanego przez wodza Zwycięstwa, tym szybciej zaciera się pamięć o stalinowskich represjach, zapomina się o niemałej roli w rozpętaniu wojny samego Stalina, który doprowadził do paktu Ribbentrop–Mołotow. Udział pozytywnych ocen Stalina wzrósł od 1998 do 2003 roku z 19% do 53%. Na pytanie: „Czy głosowałbyś na Stalina, gdyby żył i kandydował na stanowisko prezydenta Rosji?” 26–27% mieszkańców Rosji odpowiedziało: „Tak, głosowałbym”[24]. Mowa o człowieku, który zgładził większą liczbę naszych rodaków niż ktokolwiek inny w wielowiekowej, niełatwej historii Rosji. Sądzę, że już choćby to wystarczy, żeby zrozumieć skalę zagrożeń związanych z syndromem postimperialnym w naszym kraju.

Próby ponownego uczynienia z Rosji imperium oznaczają zakwestionowanie jej istnienia. Ruch w tym kierunku jest bardzo ryzykowny. Właśnie dlatego warto jest zrozumieć, czym były imperia, które ukształtowały się na przestrzeni ostatnich wieków, dlaczego się rozpadły, jakie były najważniejsze problemy związane z ich demontażem. W pierwszych rozdziałach niniejszej pracy dokonano analizy na podstawie światowych doświadczeń, w kolejnych – badając proces upadku ostatniego imperium XX wieku, Związku Sowieckiego.

Mechanizm demontażu imperiów to zjawisko specyficzne, na które nakładał się cały kompleks problemów politycznych i ekonomicznych w metropolii i w dawnych koloniach. W Związku Sowieckim kryzys postępował, mając w tle osłabienie legitymizmu politycznego reżimu totalitarnego i spadek cen ropy naftowej, od których na początku lat 80. zależały stan budżetu, ocena rynku konsumpcyjnego i bilans płatniczy. Rozdziały, poświęcone analizie przyczyn niestabilności reżimów autorytarnych i totalitarnych oraz problemom państw, których gospodarka zależy w dużym stopniu od koniunktury na rynku surowców mineralnych, są, w moim mniemaniu, ważne dla zrozumienia kontekstu wydarzeń w Związku Sowieckim od początku lat 80. do połowy lat 90. XX wieku.

Fakt, że Związek Sowiecki był państwem wieloetnicznym, w którym Rosjanie stanowili jedynie połowę mieszkańców, wywarł istotny wpływ na przebieg wydarzeń związanych z jego upadkiem. Ważniejsze jest jednak coś innego – to społeczeństwo, w którym imperium, tzn. władza, dominowało w organizacji codziennego życia. Przekonanie i władz, i społeczeństwa, że państwo może zastosować nieograniczoną przemoc w celu stłumienia przejawów niezadowolenia, było absolutne. Tego rodzaju organizacja państwa, wydająca się powierzchownemu obserwatorowi trwała, okazuje się krucha właśnie dlatego, że nie włącza elastycznych mechanizmów adaptacji, które pozwalałyby przystosować się do zmieniających się realiów współczesnego świata. Prezentacja, na przykładzie losu Związku Sowieckiego, związanego z tym ryzyka to podstawowy wątek w przedstawionej czytelnikom książce.

Niechęć władz Republiki Weimarskiej do ujawnienia prawdy o początku I wojny światowej była jednym z ważniejszych czynników, które doprowadziły do jej upadku. Prawda o przyczynach i mechanizmach rozpadu Związku Sowieckiego nie została, według mnie, w sposób całościowy przedstawiona. W ostatnim czasie dostęp do dokumentów archiwalnych, które mogłyby rzucić światło na narastanie kryzysu sowieckiej gospodarki, został ponownie ograniczony. Niemniej jednak materiały odtajnione na początku lat 90. pozwalają zorientować się, co naprawdę nam się przydarzyło. Legenda o kwitnącym, potężnym mocarstwie doprowadzonym do zguby przez obcych wrogów to mit niebezpieczny dla przyszłości kraju. Spróbuję w niniejszej pracy pokazać, jak bardzo taki obraz wydarzeń jest odległy od rzeczywistości. Nie powinno się powtarzać błędu, popełnionego przez niemieckich socjaldemokratów w latach 20. W świecie z bronią jądrową cena podobnych błędów jest zbyt wysoka.

W rosyjskiej opinii społecznej dominuje dzisiaj następujący obraz świata: 1. dwadzieścia lat temu istniało stabilne, rozwijające się potężne państwo – Związek Sowiecki; 2. dziwni ludzie (możliwe, że agenci obcych wywiadów) zaczęli je reformować politycznie i ekonomicznie; 3. rezultaty owych reform okazały się katastrofalne; 4. w latach 1999–2000 do władzy doszli ludzie zatroskani stanem interesów państwowych; 5. od tego momentu życie zaczęło się układać. Jest to mit równie daleki od prawdy, jak legenda o niepokonanych, zdradzonych Niemczech, popularna w niemieckim społeczeństwie w latach 20. i 30.

Zadaniem autora niniejszej książki jest pokazanie, że ów obraz świata nie odpowiada rzeczywistości. Wiara w niego jest niebezpieczna dla kraju i dla świata. Jest to, niestety, przypadek, kiedy mit wzmacnia zdrowy rozsądek. Wyjaśnienie w XV wieku Europejczykowi, że Ziemia obraca się wokół Słońca, a nie Słońce wokół Ziemi, nie było zadaniem łatwym. Wystarczyło, że wyszedł z domu i mógł przekonać się o czymś przeciwnym. Żeby zwątpił w to, co widzi, potrzebował ważkich argumentów.

Kiedy próbuje się kwestionować rzeczy zgodne ze zdrowym rozsądkiem, nie należy ograniczać liczby przytaczanych dowodów. Zadaniem naszej pracy jest pokazanie, że sowiecki system polityczno-ekonomiczny był ze swojej natury niestabilny wewnętrznie, że kwestią czasu było tylko, kiedy i jak upadnie. Autor jest pewien trafności wyrażonej tezy, jest ona jednak trudna do przyjęcia. Z tego powodu trzeba było wykorzystać wiele materiałów archiwalnych przedstawiających rozwój wydarzeń w Związku Sowieckim w latach 1985–1991. Niektórym czytelnikom może wydać się, że liczba cytatów z sowieckiej korespondencji międzyresortowej jest zbyt duża, wychodzę jednak z założenia, że mamy do czynienia z przypadkiem, kiedy mniejszym grzechem jest nadmiar świadectw dokumentalnych niż ich niedostatek. Cytaty z materiałów dokumentalnych czytelnik może przecież pominąć.

Pragnę podziękować N. Bażowowi, J. Bobylewowi, L. Gozmanowi, N. Gławackiej, E. Worobjewowi, W. Wojnowiczowi, W. Kudrowowi, L. Łopatnikowowi, W. Makowowi, A. Maksimowowi, A. Mołdawskiemu, B. Sarnowowi, S. Sienielnikowowi, J. Sierowowi, W. Cymbałowi, W. Jaroszence, J. Jasinowi za to, że podjęli się przeczytania i skomentowania rękopisu lub poszczególnych jego rozdziałów, udzielili cennych rad. Dziękuję O. Ługowojowi, W. Daszkiejewowi, I. Mazajewowi za nieocenioną pomoc w zbieraniu i analizie historycznych danych statystycznych. Dziękuję J. Mozgowej, N. Zajcewej, T. Lebiediewej, L. Mozgowej, J. Bondariewej, M. Krisań i A. Kolesnikowej za pomoc w technicznej pracy nad książką. Praca ta, podobnie jak poprzednie, nie zostałaby napisana bez pomocy mojej najdroższej żony, Marii Strugackiej.

Oczywiście, za możliwe nieścisłości i błędy odpowiedzialność ponosi autor.

Rozdział I

Wielkość i upadek imperiów

Na bagnecie można się oprzeć,ale usiąść na nim nie sposób.

Talleyrand

W I wieku p.n.e. degradacja systemu powszechnego obowiązku wojskowego wolnych rolników i kształtowanie się armii zawodowej podkopały instytucje republikańskie starożytnego Rzymu, otworzyły drogę ustrojowi, w którym władcą staje się ten, kogo gotowe jest zaakceptować wojsko. Uformowany ustrój państwowy zaczęto nazywać imperium (po łacinie imperium oznacza ‘władzę’). Ponieważ władza Rzymu rozciągała się w tamtych czasach na większą część znanego wówczas świata, słowo to zyskało też inne znaczenie: termin „imperium” zaczął oznaczać stworzone dzięki podbojom państwo wieloetniczne. Po upadku Cesarstwa Rzymskiego pozostały w spuściźnie prawa i tradycje, które wywierały wpływ na to, co działo się na terenach geograficznie bliskich metropolii, wchodzących wcześniej w jego skład. Zaważyło to na całej dalszej historii Europy.

1. Nowoczesny rozwój ekonomiczny a epoka imperiów

Idea imperium – potężnego, autorytarnego, wieloetnicznego państwa, łączącego, podobnie jak wspólnota chrześcijańska, liczne narody – to część dziedzictwa, które średniowiecznej Europie zostawił antyk. James Bryce, jeden ze znanych badaczy Świętego Cesarstwa Rzymskiego, pisał: „Umierająca starożytność przekazała w testamencie następnym wiekom dwie idee: ideę ogólnoświatowej monarchii i ideę ogólnoświatowej religii”[1]. Aforystyczne sformułowania zwykle upraszczają rzeczywistość – podobnie tutaj. Wpływ dziedzictwa antycznych instytucji i prawa rzymskiego był o wiele bardziej znaczący dla rozwoju Europy niż idea ogólnoświatowej monarchii, jednak związek idei imperialnych z rzymską tradycją jest niewątpliwy.

Tytuł cesarza próbowało nadawać sobie wielu władców, ale w ciągu wieków, które nastąpiły po upadku Cesarstwa Rzymskiego, tylko Bizancjum traktowane było przez inne państwa europejskie jako spadkobierca rzymskiej tradycji imperatorskiej[2]. Odnosiło się to zarówno do wschodniej, jak i zachodniej części imperium rzymskiego. Władcy Bizancjum uważali, że jedynie tymczasowo stracili kontrolę nad częścią imperium. Kiedy w 800 roku koronowano Karola Wielkiego na cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego, poważnym problemem było dla niego to, czy uznają ów akt władze bizantyjskie[3].

Stopniowe słabnięcie Bizancjum sprawiało, że roszczenia do tytułu cesarskiego, obejmującego cały obszar postrzymski, były coraz mniej przekonujące. Po zajęciu Konstantynopola przez Turków pytanie, kto jest posiadaczem owych praw, ponownie stało się aktualne. Roszczenia w duchu czasów (koniec XV – początek XVI stuleci) do roli Moskwy jako Trzeciego Rzymu zgłosiły władze rosyjskie. Rosja była jednak zbyt odległa od centrum rozwoju, żeby potraktowano ją w Europie poważnie. Ulegające licznym transformacjom od IX do XIV wieku, pod wieloma względami efemeryczne Święte Cesarstwo Rzymskie wciąż traktowane było przez europejskie dwory jako jedyne państwo, które ma prawo nosić taką nazwę. Sama idea imperium jest jednak żywa i ciągle wywiera wpływ na wydarzenia w Europie.

Filip II Habsburg czasami nazywał siebie cesarzem Indii. W polemice politycznej końca XVI wieku można odczytać ideę imperialnego przeznaczenia Hiszpanii i jej świętej misji rządzenia Europą. Kastylijska elita końca XV wieku patrzy na Cesarstwo Rzymskie jako na model do naśladowania, na siebie zaś jako na spadkobierców Rzymian. Mieli być wybrańcami, na których spoczęła Boża misja odbudowy światowego imperium[4]. Bez tego kontekstu trudno zrozumieć, dlaczego hiszpańscy królowie tracili tyle zasobów ludzkich i finansowych w wojnach XVI i XVII wieku o rozszerzenie swojego panowania.

W XV i XVI wieku rozwój ekonomiczny i militarny Europy oraz jej przewaga wojskowa nad innymi regionami stają się niekwestionowane. Rozpoczyna się ekspansja Europy na inne kontynenty. Najważniejszym bodźcem była nadzieja uzupełnienia zasobów cennych kruszców – środków, które pozwoliłyby na finansowanie wojen. Ameryka stała się dla Hiszpanii cenna dopiero od momentu, kiedy powstała możliwość eksploatacji i wywozu kruszców.

Właśnie wtedy zaczynają kształtować się europejskie imperia. Jest to okres merkantylnej polityki handlowej. Państwa ograniczają import wyrobów przetworzonych, stymulują zaś eksport własnych produktów. Panowanie nad koloniami rozszerza kontrolowaną strefę celną. Podbite kraje nie mogą kontrolować dostaw towarów z metropolii. Metropolia ma w stosunku do kolonii swobodę wprowadzania ograniczeń handlowych. Poszerzanie terytoriów kolonialnych dokonuje się w wyniku ostrej walki między imperiami o podział zdobyczy i równocześnie z silną konkurencją między kompaniami handlowymi, które prowadzą tam interesy.

W połowie XIX wieku Chiny, Japonia i Imperium Osmańskie nie były formalnie częściami europejskich kolonii, jednak po zawarciu traktatu brytyjsko-tureckiego z 5 stycznia 1809 roku, po wojnach opiumowych w Chinach w latach 1840–1842 i po wizycie amerykańskiej eskadry komandora Matthew Perry’ego w 1853 roku w Japonii, także tym krajom została narzucona polityka niskich ceł importowych[5].

Nawet apologeci imperiów przyznają, że w tamtej epoce wykorzystywanie w podbitych koloniach przymusu administracyjnego było elementem polityki mającej na celu przemysłowy rozwój metropolii. W 1813 roku indyjski przemysł włókienniczy, w tym jedwabniczy, mógłby sprzedawać z zyskiem na brytyjskim rynku swoje produkty po cenach 50–60% niższych niż ceny tych samych towarów wyprodukowanych w Anglii. Jednak opłaty celne (70–80% ceny) albo bezpośredni zakaz importu indyjskich towarów czyniły to niemożliwym. Indie były ojczyzną przemysłu włókienniczego, który rozwijał się tam w ciągu 6 tysięcy lat. Zatrudnione w nim były miliony ludzi. Po kolonizacji pracę straciły setki tysięcy osób, których rodziny zajmowały się tkactwem od wielu pokoleń. Takie miasta jak Dakka i Mushirabad – wcześniej ośrodki przemysłu włókienniczego – dotknął kryzys. Sir Trevelyan podał w raporcie dla komisji parlamentarnej, że liczba ludności Dakki spadła ze 150 do 30–40 tysięcy. Od 1814 do 1835 roku eksport brytyjskich tkanin do Indii wzrósł od 1 do 51 milionów jardów rocznie. W tych samych latach eksport tkanin indyjskich do Anglii zmniejszył się około czterokrotnie. Do 1844 roku spadł jeszcze pięciokrotnie[6].

Początek nowoczesnego rozwoju ekonomicznego na przełomie XVIII i XIX stuleci zwiększa gwałtownie dystans między Europą a resztą świata (z wyjątkiem kolonii emigranckich – Stanów Zjednoczonych, Kanady, Australii itd.) w zakresie możliwości gospodarczych, finansowych i wojskowych. Klęska Rosji, największego we wschodniej Europie mocarstwa o charakterze rolniczym, w wojnie krymskiej wyraźnie tego dowiodła.

Świat połowy XIX wieku jest bezlitosny, nie ma w nim miejsca na sentymenty. Działa rzymska reguła: „Biada zwyciężonym”. W owym czasie stosunku mocarstw kolonialnych do podbitych narodów żadną miarą nie da się nazwać łagodnym. Żeby to udowodnić, niekoniecznie trzeba odwoływać się do katastrofalnego spadku liczby ludności Ameryki po hiszpańskich podbojach czy wyniszczenia północnoamerykańskich Indian. Wystarczy przypomnieć obowiązujący w liberalnym imperium brytyjskim zakaz zajmowania stanowisk w służbie państwowej przez przedstawicieli narodów Indii.

Historia powstania i upadku europejskich imperiów to część składowa procesu związanego z bezprecedensowym przyśpieszeniem rozwoju ekonomicznego i zmian społeczno-gospodarczych, które w zachodniej Europie zaczęły się na przełomie XVIII i XIX stuleci. Dzięki temu otwarła się droga do gospodarczej, finansowej i wojskowej ekspansji metropolii, do powiększenia kontrolowanych przez nie terytoriów. Jednocześnie zwiększyło się ryzyko, że w zmieniającym się świecie podstawy ekonomicznej i politycznej potęgi tego czy innego mocarstwa mogą ulec zachwianiu.

W połowie XIX wieku najbogatsze państwa europejskie, przede wszystkim Wielka Brytania, miały możliwość stosowania siły w miejscach odległych o tysiące kilometrów od ich własnych granic. To podstawa kształtowania się polityki imperialnej. William Gladstone, premier Wielkiej Brytanii i lider Partii Liberalnej, pisał: „Świadomość wielkości imperialnej jest przyrodzone każdemu Anglikowi. To część naszego dziedzictwa, które pojawia się na świecie razem z nami i umiera dopiero po naszej śmierci”[7].

W 1914 roku Wielka Brytania kontrolowała terytoria, które zamieszkiwała mniej więcej jedna czwarta ludności świata[8]. Jej imperium, za którym stała wieloletnia tradycja, wydawało się współczesnym niewzruszone. Jednak przesłanki upadku światowego porządku z końca XIX wieku pojawiły się już wtedy. Nowoczesny rozwój ekonomiczny i związane z nim ogólnoświatowe zmiany układu siły gospodarczej państw sprawiły, że stał się on nieuchronny.

Kraje zacofane, które rozpoczęły udział w procesie nowoczesnego rozwoju ekonomicznego później niż Anglia, mogą wykorzystać to, co Alexander Gerschenkron nazywał „zaletami zapóźnionego rozwoju”[9]. Często mają większą liczbę mieszkańców niż kraje rozwinięte, a w miarę postępu na drodze industrializacji zdolne są zmobilizować zasoby finansowe i ludzkie, które pozwalają na utworzenie potężnych sił zbrojnych. Wyrazistym przykładem jest tutaj gospodarczy, finansowy i wojskowy rozwój Niemiec i Japonii końca XIX i początku XX wieku.

W pracy Dołgoje wriemia autor zwracał uwagę, że od liderów nowoczesnego wzrostu ekonomicznego[10], najbardziej rozwiniętych państw świata, Rosję na przestrzeni ostatnich 150 lat dzieli dystans mniej więcej półwiekowy, dwóch pokoleń[11]. Kiedy omawia się dzisiejsze problemy Rosji, warto pamiętać, że epoka zmierzchu światowych imperiów zaczęła się około pół wieku temu.

Wszystkie kraje, które na początku XX wieku nazywały siebie imperiami, na różne sposoby – dobrowolnie albo pod przymusem – wyzbyły się kolonii, darując im wolność. Trudno to wyjaśnić przypadkowym zbiegiem okoliczności. Dla Rosji owe doświadczenia są ważne. Jeśli wyciągnie się z nich wnioski, pozwolą uniknąć błędów, które prowadzą do politycznych porażek.

Na początku XX wieku sprzeczność między ścisłym nadzorem nad koloniami, które powstały w epoce dziewiętnastowiecznej brytyjskiej hegemonii finansowej, wojskowej i morskiej, a rosnącą potęgą ekonomiczną i wojskową tych państw, które przy podziale świata pominięto, stała się ważnym czynnikiem polityki międzynarodowej. Uregulowanie owego problemu drogą pokojową nie było łatwe. Rozwiązanie siłowe oznaczało kolejne krwawe wojny, co też stało się rzeczywistością w latach 1914–1945[12].

2. Kryzys i demontaż imperiów zamorskich

Imperia XIX i XX stuleci to produkt rozwoju Europy, nowoczesnego wzrostu ekonomicznego, który na całe dziesięciolecia ustanowił na świecie asymetrię sił finansowych, gospodarczych i wojskowych. Owe układy trudno było jednak przekształcać, przystosowywać do zmieniających się realiów, do innych wyobrażeń o racjonalnym ustroju politycznym, do innego sposobu organizacji sił zbrojnych, do nowych form stosowania przemocy.

W ciągu XX wieku świat się zmienił. Dominująca ideologia, w której czymś oczywistym było „brzemię białego człowieka”, ustąpiła obrazowi świata, gdzie podział narodów na panów i niewolników był już nie do przyjęcia. Formy stosunków między metropolią a koloniami, naturalne w XIX wieku, w połowie XX nie przystawały do rzeczywistości. W intelektualnej atmosferze lat 1940–1960 wytłumaczenie, dlaczego Wielka Brytania powinna rządzić Indiami i innymi koloniami, nie było możliwe.

Z biegiem czasu zmieniały się opinie na temat tego, co wolno robić metropolii w celu zachowania władzy nad koloniami. Okrutny świat początku XIX wieku nie znał litości dla słabych. W XX stuleciu zmieniające się realia społeczno-polityczne dyktują nowe reguły postępowania. Kiedy na początku lat 50. Brytyjczycy zastosowali na Malajach brutalne sposoby walki z powstańcami – branie zakładników, niszczenie zasiewów w zbuntowanych wsiach – praktyki te potępiono w parlamencie, nazywając je zbrodniczymi. Co było wolno na początku XIX wieku, w połowie XX stało się nie do przyjęcia.

Spośród imperiów zintegrowanych terytorialnie I wojnę światową przeżyło – w zmienionej formie – tylko rosyjskie. Po II wojnie światowej rozpoczyna się proces rozpadu kolonialnych imperiów brytyjskiego, francuskiego, holenderskiego, belgijskiego i portugalskiego. Na początek lat 90. przypada rozpad ostatniego imperium zintegrowanego terytorialnie, Związku Sowieckiego, a też Jugosławii – państwa, które nie było imperium we właściwym sensie tego słowa, ale napotkało podobne problemy, prowadzące do rozpadu.

Kryzys w latach 1914–1945 radykalnie zmienił świat. Mit niezwyciężonych Europejczyków, zakorzeniony w świadomości społecznej końca XIX i początku XX wieku, został naruszony w czasie wojny rosyjsko-japońskiej 1904–1905[13], ostatecznie zaś zdyskredytowany upadkiem europejskich imperiów kolonialnych w Azji Południowo-Wschodniej w czasie II wojny światowej. Europejczycy nie mogli już mieć nadziei, że podbite narody będą uznawać boskie prawo zdobywców do rządzenia nimi[14].

Z końcem lat 40. i początkiem 50. słowa „imperium” i „imperializm” zaczęły wychodzić z użycia. Premier Wielkiej Brytanii, Clement Richard Attlee, mówił w 1947 roku: „Jeśli w obecnym czasie istnieje gdziekolwiek imperializm, który rozumiem jako podporządkowanie jednych narodów politycznemu i ekonomicznemu panowaniu innych, to takiego imperializmu w Brytyjskiej Wspólnocie Narodów zdecydowanie nie ma”[15].

Charakterystyczną cechą imperiów są ograniczenia powszechnego prawa wyborczego[16]. Adam Smith pisał o celowości przyznania praw wyborczych koloniom północnoamerykańskim, ale brytyjscy politycy nie potraktowali tego tematu poważnie. Wiadomo powszechnie, że jedno z ważniejszych haseł amerykańskiej rewolucji brzmiało: „Nie ma opodatkowania bez przedstawicielstwa”.

W węgierskiej części Austro-Węgier spośród prawie 11 milionów obywateli, którzy osiągnęli wiek 21 lat, prawo głosu miało jedynie 1,2 miliona. Zagadnie, czy prawa wyborcze mogą uzyskać zmobilizowani w czasie I wojny światowej żołnierze frontowi innej narodowości niż węgierska, stało się przedmiotem ostrej dyskusji politycznej. Premier Węgier, hrabia Tisza, kategorycznie odrzucił taką możliwość. Próby federalizacji Austro-Węgier, mające na celu ratowanie monarchii, napotkały zdecydowany opór węgierskiej elity politycznej, która nie godziła się na jakiekolwiek ustępstwa na rzecz narodów słowiańskich[17].

Doświadczenia światowe wskazują, że imperium i swobody polityczne, zwłaszcza rzeczywiste prawa wyborcze dla wszystkich poddanych, są nie do pogodzenia[18].

Na początku lat 50. Francja odmawiała uznania zasady równych praw wyborczych dla europejskiej i rdzennej ludności Algierii, której terytorium traktowała jako jeden ze swoich departamentów. Reguła dwóch kolegiów wyborczych oznaczała, że głos Europejczyka równał się ośmiu głosom muzułmanów. W latach 1954–1958 pozycja władz francuskich ulega zmianie. Uświadamiają sobie wreszcie, że bez wprowadzenia powszechnego prawa wyborczego utrzymanie Algierii nie będzie możliwe. W tym momencie jednak już tylko całkowita niezależność urządzała liderów ruchu wyzwoleńczego.

Ograniczenie praw wyborczych ludności kolonii zgodne było z realiami stuleci XVI–XVII, kiedy zaczynały kształtować się europejskie imperia, i ze światem stuleci XVIII–XIX, kiedy pojawiły się przesłanki nowoczesnego wzrostu ekonomicznego. Stanęło to jednak w sprzeczności z wyobrażeniami o racjonalnym ustroju państwowym, charakterystycznymi dla drugiej połowy XX wieku. W tym czasie świat nabrał przekonania, że organa władzy, które nie powstały w wyniku powszechnych wyborów i równoprawnej konkurencji sił politycznych nie mają prawnego umocowania. I metropolie, które usiłowały zachować kolonie, i elity kolonii były tego świadome. W celu zachowania imperium pozostaje tylko jeden środek – przemoc. To konieczne, żeby narody w koloniach przyjęły zastany reżim jako pewnik, jako coś, z czym się nie dyskutuje. Imperia zetknęły się jednak z problemem, który sformułował Talleyrand: „Na bagnecie można się oprzeć, ale usiąść na nim nie sposób”.

W drugiej połowie XX wieku w retoryce politycznej i argumentacji za zachowaniem kolonii akcent kładzie się głównie nie na wygodę dla metropolii, lecz na korzyści dla samych kolonii płynące z utrzymania imperiów, na to, że metropolia pomaga im tworzyć system prawny i rozwijać infrastrukturę.

Zmienia się też kontekst finansowy funkcjonowania kolonii. Do końca I wojny światowej panuje powszechne przekonanie, że kolonie powinny same zapewniać sobie finansowanie, opłacać funkcjonowanie kolonialnej administracji. Owa tradycja odchodzi w przeszłość pod wpływem zmieniającej się w krajach zamożnych atmosfery intelektualnej już w latach 20. XX wieku. Powstaje paradygmat, w którego ramach metropolie powinny przeznaczać środki finansowe na przyspieszenie rozwoju ekonomicznego kolonii[19]. Władze, które chciały udowodnić, że imperium jest korzystne dla poddanych, zmuszone były na kontrolowanych terytoriach coraz więcej inwestować w projekty infrastrukturalne i w programy socjalne[20]. Działo się to na koszt podatników metropolii, którzy odnosili się do owych praktyk z dużą rezerwą. Za imperium trzeba było płacić – im dłużej ono trwało, tym więcej. W społeczeństwie narasta przekonanie, że rozwiązanie wielu problemów trzeba odłożyć z powodu pomocy dla kolonii. W połowie XX wieku i elity, i społeczeństwa zdają sobie sprawę, że imperia są zbyt kosztowne, żeby można było je utrzymać.

Od momentu, kiedy elity polityczne metropolii i kolonii przestają wierzyć w trwałość ukształtowanych układów, los imperiów jest przesądzony. Pozostają tylko pytania, w jakich formach i w jakich terminach zostaną one zdemontowane.

Po II wojnie światowej ważnym czynnikiem demontażu systemu kolonialnego stała się konfrontacja Związku Sowieckiego i jego satelitów z NATO, na czele ze Stanami Zjednoczonymi. Związek Sowiecki, sam będąc swoistym imperium, miał powody do finansowego, politycznego i wojskowego wspierania ruchów narodowych, skierowanych przeciwko tradycyjnym imperiom mocarstw europejskich. Stany Zjednoczone, lider paktu wojskowego wymierzonego w Związek Sowiecki, często zachowywały się w stosunku do krajów Ameryki Łacińskiej podobnie jak mocarstwa europejskie w stosunku do swoich kolonii, nigdy jednak nie ogłaszały się imperium i nie wysyłały swoich przedstawicieli, żeby rządzili podległymi państwami.

Z różnych powodów tradycyjne imperia nie podobały się i w Stanach Zjednoczonych, i w Związku Sowieckim. W każdym razie ani jedni, ani drudzy nie byli gotowi ich wspierać. Zdarzało się, że sprzyjali bezpośrednio ich demontażowi. Już choćby to sprawiało, że utrzymanie imperiów nie było możliwe[21]. W 1956 roku w czasie kryzysu sueskiego władze brytyjskie i francuskie uznały, że mogą wtargnąć do Egiptu i przywrócić kontrolę nad kanałem własnymi siłami, bez konsultacji z Amerykanami i ze Związkiem Sowieckim. Przeliczyli się. Musieli wycofać się i pogodzić z tym, że kanał pozostanie pod kontrolą władz egipskich.

W powojennym świecie toczył się proces przypominający to, co wielokrotnie obserwowaliśmy w historii: szybkie upowszechnienie się techniki wojskowej bogatych państw u sąsiadów i u potencjalnych przeciwników. W drugiej połowie XX wieku decydujące staje się powszechne opanowanie taktyki prowadzenia wojny partyzanckiej. Żeby sprostać temu wyzwaniu, metropolia zmuszona jest uruchomić ogromne zasoby ludzkie i finansowe.

W XVI wieku – z oczywistą przewagą Europy w technice wojskowej – wystarczyło wysłanie kilku setek konkwistadorów, żeby podbić Amerykę. W drugiej połowie XX wieku wysłanie do Algierii 400 tysięcy francuskich żołnierzy okazało się niewystarczające, żeby stłumić opór 20 tysięcy powstańców, którzy mieli wsparcie mieszkańców kraju.

W 1971 roku wydatki obronne Portugalii, które stanowiły 43% budżetu, okazały się przekraczać możliwości tego kraju. W latach 1961–1974 wyemigrowało 110 tysięcy młodych Portugalczyków, żeby uniknąć powołania do wojska. Dekret z 1967 roku wydłużył termin obowiązkowej służby wojskowej do czterech lat. Ponieważ szkoły wojskowe nie były w stanie wyszkolić wystarczającej liczby oficerów, władze portugalskie zmuszone były do masowego powoływania i mianowania młodszymi oficerami absolwentów uczelni cywilnych. I to właśnie oni stali się zalążkiem ruchu, który doprowadził do obalenia reżimu autorytarnego i wycofania się z wojen kolonialnych[22].

Wietnam nigdy nie był kolonią Stanów Zjednoczonych. Ameryka została wciągnięta w wojnę wietnamską w wyniku upadku francuskiego imperium kolonialnego i „zimnej wojny”. Od początku udziału USA w wojnie wietnamskiej było oczywiste, że w celu zapewnienia sobie efektywnej kontroli nad obszarem działań konieczne jest użycie sił przewyższających mniej więcej dziesięciokrotnie siły partyzanckie. Cena społeczno-ekonomiczna i polityczna zachowania kolonii okazała się zbyt wysoka.

Tożsamość narodowa to jeden z najsilniejszych instrumentów mobilizacji politycznej w społeczeństwach, które nie miały tradycji demokratycznych. Konstantin Leontjew zdawał sobie doskonale sprawę, że poczucie solidarności narodowej jest zagrożeniem dla imperium: „Idea narodowości (…) w tej postaci, jaką ma ona w XIX wieku, jest ideą (…), która ma w sobie dużą siłę niszczycielską i nic twórczego”[23].

Odwoływanie się do konfliktu białych wyzyskiwaczy i rdzennych mieszkańców kolonii, uciskanych i krzywdzonych, było skutecznym orężem politycznym. Kiedy rozwiał się mit niezwyciężonych Europejczyków, przeciwko porządkom kolonialnym zaczęto stosować szeroko różne formy walki zbrojnej. Ci, którzy ich używali, mogli liczyć na finansowe i wojskowe wsparcie bloku sowieckiego. Niezależne państwa, które już powstały, zabezpieczały tyły partyzantom krajów, które wciąż pozostawały koloniami europejskich mocarstw.

Po II wojnie światowej nieuchronność upadku imperiów kolonialnych stała się oczywista. Istotne było tylko, która z metropolii uświadomi to sobie szybciej, potrafi uczynić proces dekolonizacji jak najmniej bolesnym i najłatwiejszym.

Elity brytyjskie, w odróżnieniu od francuskich, nie przeżyły kapitulacji 1940 roku. Kraj, który z II wojny światowej wyszedł jako jedno ze zwycięskich mocarstw, był dość dobrze przygotowany do kryzysu związanego z procesem demontażu imperium. W 1945 roku Wielka Brytania, jako jedno z trzech światowych mocarstw, z armią liczącą około 4,5 miliona żołnierzy, władała terytoriami rozrzuconymi na wielu kontynentach. Do końca 1961 roku z owego imperium nie zostało prawie nic. Władze brytyjskie, w odróżnieniu od rosyjskich, nie uważają tego jednak za geopolityczną katastrofę. W większości prac, poświęconych rozpadowi imperiów kolonialnych, przykład Wielkiej Brytanii, która potrafiła zrozumieć świat drugiej połowy XX wieku, uznaje się za wzór do naśladowania[24].

Przyjęta w 1909 roku przez brytyjski parlament ustawa Indian Councils nie wniosła radykalnych zmian do organizacji zarządzania imperium, ale była ważnym krokiem na drodze do uzyskania przez Indie niezależnej państwowości[25]. Decyzję o niepodległości Indii podjęto w czasie II wojny światowej. W tym momencie historia imperium brytyjskiego właściwie się zakończyła. Dalsze wydarzenia to już tylko przeciągające się postscriptum, chociaż jeszcze na początku lat 50. odwoływanie się do tęsknoty za imperium było mocnym politycznym atutem, w każdym razie wśród stronników partii konserwatywnej, którzy utożsamiali się z imperialną wielkością. Dyskusje o tradycjach przeszłości, o znaczeniu imperium dla Wielkiej Brytanii, o niemożności rezygnacji z niego, o „zdradzieckiej polityce” labourzystów, gotowych je zlikwidować to w tamtym czasie ważna część propagandy politycznej konserwatystów. Ideologiczną bazą owej polityki było oświadczenie Churchilla z 10 listopada 1942 roku: „Zamierzamy utrzymać to, co jest naszą własnością… Zostałem premierem Jego Wysokości nie po to, żeby przewodzić likwidacji imperium brytyjskiego”[26]. Podobne myśli wypowiadał niejednokrotnie też po powrocie do rządu w 1951 roku.

Tematy związane z koniecznością zachowania imperium, szkodliwością działań ludzi, którzy gotowi byli je demontować, odwoływanie się do postimperialnych tęsknot i do antyamerykanizmu, były najważniejsze w oficjalnej polityce Partii Konserwatywnej na początku i w połowie lat 50.[27] Wielu brytyjskich polityków tych czasów uważało Stany Zjednoczone – nie Związek Sowiecki – za głównego wroga ich kraju. W 1951 roku wyjaśnienie wyborcom Partii Konserwatywnej, która właśnie wygrała wybory, że dni imperium są policzone, nie było możliwe.

Czas wszystko weryfikuje. Porażka kampanii sueskiej w 1956 roku i wysiłki, które okazały się konieczne w celu utrzymania kontroli na Cyprze w 1958 roku, uświadamiają dobitnie brytyjskiemu społeczeństwu, że marzenia o zachowaniu imperium są mrzonkami.

Od 1959 roku rząd konserwatystów, zapewniający kilka lat przedtem o wierności idei imperialnej, zaczyna forsowny demontaż imperium. Iain Macleod, który w tym czasie kierował Ministerstwem Kolonii Wielkiej Brytanii, tak charakteryzuje zaistniałą sytuację: „Mówi się, że od kiedy zostałem sekretarzem do spraw kolonii, ruchy ukierunkowane na niezależność nabrały przyspieszenia. Zgadzam się z tym. Wydaje mi się, że przyjęcie jakiejkolwiek innej polityki doprowadziłoby do straszliwego rozlewu krwi w Afryce”[28].

Po likwidacji imperium Wielka Brytania borykała się z trudną, trwającą całe dziesięciolecia wojną terrorystyczną w Irlandii Północnej. Paralele z Rosją, która w 1991 roku zrezygnowała z drugiego co do wielkości imperium, a przy tym zetknęła się z trudnym do rozwiązania problemem czeczeńskim, są oczywiste. Likwidacja imperium nigdzie nie przebiegała bezboleśnie.

Uporządkowany, zaplanowany demontaż imperiów, zgodny ze strategicznymi zamiarami rządu metropolii, nie był regułą, lecz wyjątkiem[29]. Najczęstsze były sytuacje, kiedy metropolie, niegotowe do wysyłania wojska w celu obrony imperialnych posiadłości, popadały w kryzys polityczny i nie potrafiły wypracować polityki pokojowej przebudowy stosunków z dawnymi koloniami. Charakterystyczny jest tutaj przykład Portugalii, gdzie po rewolucji z 25 kwietnia 1974 roku skierowana do kolonii armia utraciła wszelką ochotę do walki, żołnierze i młodsi oficerowie myśleli tylko o jak najszybszym powrocie do domu. W tej sytuacji okazało się, że długie i skomplikowane negocjacje na temat procedur przekazania władzy przekraczają możliwości władz[30].

We Francji z powodu trudnej spuścizny, związanej z klęską w 1940 roku, proces adaptacji społeczeństwa do nowej rzeczywistości przebiegał wolniej niż w Wielkiej Brytanii, a tęsknota za imperium była silniejsza. Francuskie elity polityczne były przekonane, że tylko imperium pozwoli krajowi zachować status wielkiego mocarstwa i wpływy na świecie[31]. Liczba poległych w walce, była większa niż w innych europejskich metropoliach. Rezultat – demontaż imperium – nie uległ zmianie.

Ze zmierzchem europejskich imperiów związany był kryzys systemu powszechnego obowiązku służby wojskowej[32]. Pod koniec lat 40. i na początku 50. największe wysiłki w celu zachowania kolonii podjęła Francja – wydała na to najwięcej pieniędzy i straciła najwięcej ludzi. Od 1945 do 1954 roku w Indochinach zginęły 92 tysiące żołnierzy i oficerów korpusu ekspedycyjnego, 140 tysięcy zostało rannych, a 30 tysięcy dostało się do niewoli. Wojna zakończyła się klęską. Niemniej jednak rząd francuski nie wysłał do Indochin ani jednego poborowego z Francji. Było to politycznie niemożliwe. Francuskie rodziny były kategorycznie przeciwne temu, żeby ich synowie ginęli w Indochinach.

Po kapitulacji sił francuskich pod Dien Bien Phu, kiedy do niewoli wzięto 10 tysięcy żołnierzy i oficerów, większość dowódców wojskowych odpowiedzialnością za klęskę obciążyła polityków cywilnych, którzy nie byli gotowi wesprzeć wysiłków armii i w ten sposób zadali jej cios w plecy. Klęska w Azji Południowo-Wschodniej, uwarunkowana między innymi rezygnacją z wysłania tam żołnierzy z poboru, była bardzo ważnym czynnikiem mobilizującym zwolenników niepodległości w innych francuskich koloniach, przede w wszystkim w Algierii.

Jeden z historycznych paradoksów polega na tym, że premier Francji, który zakończył wojnę w Indochinach, zawierając w 1954 roku układ z Ho Chi Minhem, i człowiek, który na dużą skalę rozpoczął koncentrację sił francuskich w Algierii, to ta sama osoba – Pierre Mendès France. W czasie debaty parlamentarnej 12 listopada 1954 roku powiedział: „Niechaj nikt nie oczekuje od nas jakiegokolwiek kompromisu, nie pójdziemy na kompromis, kiedy problem dotyczy spokoju wewnętrznego i integralności republiki. Departamenty Algierii – część republiki – są Francją od bardzo długiego czasu. Żaden rozdział między Algierią a podstawowym terytorium francuskim nie jest możliwy. Nigdy Francja, nigdy jakikolwiek parlament czy jakikolwiek rząd nie odstąpi od owej fundamentalnej zasady”[33]. Minister spraw wewnętrznych, w przyszłości prezydent Francji, François Mitterand, był równie kategoryczny. Powiedział: „Algieria to Francja”[34].

Liczebność algierskich powstańców była mniejsza niż partyzantów w Wietnamie. Algieria była geograficznie bliższa Francji i mieszkało tam ponad milion francuskich kolonistów, których lobby było bardzo wpływowe. W kraju znajdowały się znaczne zasoby ropy naftowej i gazu ziemnego.

W maju 1955 roku rząd francuski zdecydował się na krok, na który nie odważyły się gabinety odpowiadające za przebieg wojny w Indochinach – wezwał pod broń 8 tysięcy rezerwistów i ujawnił plany przedłużenia służby wojskowej 100 tysięcy żołnierzy z poboru. W sierpniu tego samego roku ograniczono odroczenia służby. W 1955 roku liczebność francuskich wojsk w Algierii zwiększyła się ponad dwukrotnie – z 75 tysięcy w styczniu do 180 tysięcy w grudniu. Jesienią 1956 roku jedną trzecią francuskiej armii skoncentrowano w Afryce Północnej. Pod koniec tego roku znajdowało się tam 400 tysięcy francuskich żołnierzy.

Większość młodych ludzi, którzy zostali wezwani do wojska na podstawie dekretu z 22 sierpnia 1952 roku, miała więcej niż 23 lata, wielu z nich było żonatych, mieli dzieci, zaczynali zawodowe kariery. W 1914 roku, kiedy we Francji na masową skalę wzywano do wojska ludzi w średnim wieku, przebiegło to w sposób zorganizowany, bez społecznego sprzeciwu. Było zrozumiałe, że ojczyzna znalazła się w niebezpieczeństwie. W połowie lat 50. wojna w Algierii odbierana była przez świat i przez francuskie społeczeństwo jako kolonialna, niesprawiedliwa. Armii z poboru nigdy nie kierowano do prowadzenia wojen, kiedy w metropolii panował pokój. We wrześniu 1955 roku wśród wysyłanych do Algierii poborowych wybuchły zamieszki. W Vincennes, Nantes i Marsylii dochodzi do masowych protestów.

Żołnierze z poboru z reguły nie uczestniczyli w aktywnych działaniach bojowych. Prowadzili je żołnierze zawodowi i Legia Cudzoziemska. Podstawowym zadaniem kontyngentu z poboru była ochrona farm francuskich kolonistów. Niemniej jednak od czasu wysłania do Algierii żołnierzy z poboru zmienia się we Francji opinia społeczna na temat wojny. Mieszkańcy demokratycznego kraju, nawet ci, którzy doświadczają tęsknoty za minioną wielkością, nie chcą wysyłać swoich dzieci do walki o zachowanie upadającego imperium. W latach 1960–1961, według badań socjologicznych, 2/3 Francuzów opowiadało się za niepodległością Algierii. W referendum z 8 stycznia 1961 roku 75,2% obywateli głosowało za tym, żeby w kwestii sposobów doprowadzenia do niej dać władzom wolną rękę[35].

Prawdę mówiąc, ani Francja w latach 1960–1961, ani Portugalia w latach 1973–1974, które w celu zachowania imperium skierowały do kolonii duże kontyngenty żołnierzy z poboru, nie zetknęły się bezpośrednio z groźbą wojskowej klęski. Nie groziło im nic takiego, jak w 1954 roku w Dien Bien Phu. Decyzja o demontażu imperium miała inne przyczyny. Chodziło o wewnątrzpolityczne następstwa długiej, kosztownej i krwawej wojny, której cele były dla społeczeństwa coraz mniej zrozumiałe. W drugiej połowie XX wieku imperia stają się przeżytkiem. Nowoczesne społeczeństwo nie widzi konieczności umierania albo wysyłania na wojnę dzieci w celu zachowania atrybutów minionej wielkości.

Nawet we Francji z jej utrwalonymi tradycjami demokratycznymi decyzja o likwidacji imperium, poparta głosami 2/3 wyborców, nie przyszła łatwo. Mniejszość, w której aktywną rolą odegrali przesiedleńcy z kolonii i zawodowi żołnierze, którzy brali udział w wojnach i uważali, że władze cywilne ich zdradziły, stworzyła w latach 1958–1962 poważne zagrożenie dla stabilności francuskich instytucji demokratycznych. Kiedy w 1958 roku radykalni nacjonaliści przejęli kontrolę nad Korsyką, na pytanie, czy władze francuskie nie zamierzają przywrócić porządku, wykorzystując siłę, jeden z przedstawicieli Ministerstwa Obrony odpowiedział: „Jaką siłę?”. Niedwuznacznie dawał do zrozumienia, że władze cywilne nie mają żadnych sił zbrojnych do zdławienia buntu[36].

O tym, że Francja, która przeżyła upadek imperium, zachowała w metropolii instytucje demokratyczne, zadecydowało kilka czynników: wysoki stopień rozwoju, co sprawia, że reżim autorytarny, który ignoruje wolę większości obywateli, wygląda anachronicznie; plany integracji europejskiej, w których realizacji Francja brała czynny udział; autorytet i wola generała de Gaulle’a, który okazał się zdolny do likwidacji imperium i zachowania kontroli nad resortami siłowymi.

W latach 1960–1962, w okresie gorących sporów na temat przerwania wojny i przyznania Algierii niepodległości, wielu obserwatorów sądziło, że likwidacja imperium doprowadzi we Francji do niepokojów i długotrwałej niestabilności. Prognozy się nie sprawdziły. Postępujący dynamicznie rozwój gospodarczy i integracja europejska zniwelowały potencjalnie niebezpieczny syndrom postimperialny. We Francji, podobnie jak w dzisiejszej Rosji, szczyt syndromu postimperialnego przypadł na lata, kiedy rósł dobrobyt. Jej doświadczenie wskazuje jednak, że choroba ta wraz z upływem lat jest uleczalna.

3. Problemy likwidacji imperiów zintegrowanych terytorialnie

W państwach rolniczych, które nie zawsze były homogeniczne etnicznie, wielość narodów zwykle nie miała zasadniczego znaczenia. Najważniejszy był podział na uprzywilejowaną mniejszość, dysponującą narzędziami przemocy, władzy państwowej i religii, i chłopską mniejszość. Monarchia habsburska połowy XVI wieku, oprócz Kastylii i Austrii, obejmowała tak różniące się między sobą części, jak Węgry, Czechy, Słowenię, Słowację, Chorwację, Niderlandy i Burgundię, nie mówiąc już o hiszpańskich koloniach w Ameryce. Etniczna różnorodność Rosji, która ogłosiła się imperium na początku XVIII wieku, raczej nie wymaga komentarzy. Z powodu różnic językowych trudno określić, czy Turcy osmańscy nazywali swoje państwo imperium, w każdym razie nazywali je tak niejednokrotnie współcześni im Europejczycy.

Niektóre monarchie feudalne prowadziły konsekwentnie politykę narodowej unifikacji. We wczesnym średniowieczu Anglia i Francja były krajami zróżnicowanymi etnicznie. Potrzebowały kilku stuleci, żeby stworzyć jednolitą tożsamość narodową. Jeśli jednak w Anglii i we Francji było to możliwe, w imperium austro-węgierskim, gdzie poddani należeli do całkowicie różnych grup językowych, takiej strategii nie dało się zrealizować[37].

Początek nowoczesnego wzrostu ekonomicznego i związane z nim radykalne zmiany wpływają na życie społeczeństw. Nowa struktura zatrudnienia i rosnący poziom wykształcenia stają się oczywistością. Następuje rozchwianie podstaw legitymizacji tradycyjnych ustrojów politycznych. Na tym tle z najbardziej skomplikowanymi problemami mają do czynienia wieloetniczne, zintegrowane terytorialnie imperia.

Ducha wzrastającej na początku XIX wieku świadomości narodowej dobrze wyraził Johann Gottfried Herder, który pisał: „Opatrzność rozdzieliła ludzi – lasami i górami, morzami i pustyniami, rzekami i strefami klimatycznymi, ale przede wszystkim rozdzieliła ich językami, skłonnościami, charakterami (…). Naturalnym środowiskiem, w którym kształtują się ludzie jest rodzina, więc najbardziej naturalnym państwem jest takie, które zamieszkuje jeden naród z jednym właściwym mu charakterem narodowym. (…) A zatem, wydaje się, że nic nie jest bardziej sprzeczne z samymi celami rządzenia niż naturalny rozwój państwa, chaotyczne mieszanie się różnych ludzkich ras i plemion pod jednym berłem. (…) Takie królestwa (…) są jak symbole monarchii w wizji proroka: głowa lwa, ogon smoka, skrzydła orła, łapy niedźwiedzia”[38]. Wzrost świadomości narodowej i żądania federalizacji według przynależności narodowej bardzo komplikowały sytuację imperiów zintegrowanych terytorialnie.

Imperium zamorskie, stworzone za pomocą kanonierek, można porzucić. Pozostają problemy z przesiedleńcami, których należy repatriować, ale dotyczą one tylko niewielkiej grupy ludności. Jednym z najpoważniejszych problemów, wiążących się z likwidacją imperiów zamorskich, był los miliona francuskich przesiedleńców z Algierii. Mimo wszystko jednak dotyczyło to mniej więcej 2% ludności Francji.

W czasie likwidacji imperium portugalskiego w połowie lat 90. XX wieku liczba repatriantów osiągnęła maksymalny dla imperiów zamorskich poziom – mniej więcej 10% całej ludności kraju[39]. Problem ten nie okazał się jednak niebezpieczny dla młodej portugalskiej demokracji, nie przeszkodził jej stabilizacji.

W wieloetnicznych imperiach zintegrowanych terytorialnie problemy, jakie pojawiają się w trakcie ich dezintegracji z rozsiedleniem grup narodowych, rysują się ostrzej. Widać to wyraźnie w doświadczeniach imperiów, które upadły po I wojnie światowej: rosyjskiego, niemieckiego, austro-węgierskiego, osmańskiego.

Imperialne rządy dały broń do rąk milionom chłopów, bynajmniej nie zawsze lojalnych względem władz i wysłały na całe lata do okopów, nie przekonując ich do konieczności wojny – to czyniło utrzymanie imperiów zadaniem niezwykle trudnym. Klęska, upadek starego porządku i dezintegracja terytorialna były procesami ściśle ze sobą powiązanymi.

Obraz anarchii, jaką rodzi upadek imperiów zintegrowanych terytorialnie, dobrze znamy z książek i filmów poświęconych wojnie domowej w Rosji. Nie jest to jednak specyfika wyłącznie rosyjska. Oto, jak opisuje rzeczywistość upadku imperium austro-węgierskiego jeden ze współczesnych: „Zielone kompanie (bandy dezerterów) zamieniły się w bandy rabusiów. Brali szturmem i rabowali wioski, zamki i stacje kolejowe. Niszczyli tory. Zatrzymywali składy pociągów, żeby je ograbić. Policja i siły zbrojne przyłączały się do rabusiów albo brakowało im możliwości, by ich zwalczać. Odzyskiwana wolność jawiła się w dymie spalonych domów i wiosek”[40].

W oświadczeniu Rady Państwa Austro-Węgier bardzo ważnym argumentem za kapitulacją był fakt, że armia jest wieloetniczna, a jej oddziały, poza austriackimi i węgierskimi, nie są gotowe walczyć o imperium.

Doświadczenia likwidacji imperiów po I wojnie światowej ważne są dla zrozumienia problemów, z jakimi świat zetknął się pod koniec XX wieku. Po upadku reżimu autorytarnego powstaje polityczna i społeczna próżnia. Policjant dawnego ustroju zniknął, nowego jeszcze nie ma. Ci, którzy chcieliby objąć władzę, nie mają za sobą tradycji zapewniającej legitymizację, nie istnieją powszechnie przyjęte reguły gry politycznej. Powstaje sytuacja charakterystyczna dla wielkich rewolucji: słaby rząd, niezdolny do egzekwowania podatków i wypłacania pieniędzy pracownikom budżetowym, do zapewnienia porządku, do realizowania zobowiązań kontraktowych[41].

W takich warunkach wykorzystywanie najbardziej pierwotnych instynktów społecznych jest najpewniejszą drogą do sukcesu politycznego. Zaapelujesz do narodowej wielkości, powiesz o niesprawiedliwości względem własnego narodu, który zajął stosowne miejsce w historii, zgłosisz wobec sąsiadów roszczenia terytorialne – i sukces polityczny masz zapewniony[42]. Przy słabości tradycji demokratycznych i partii politycznych radykalny nacjonalizm (odwoływanie się do narodowej identyfikacji, do narodowych krzywd, poszukiwanie wrogów etnicznych, którzy wszystkiemu są winni) jest niezawodnym orężem w walce o władzę. Klasycznym przykładem wykorzystywania podobnego instrumentarium politycznego przez liderów elit narodowych imperium są Austro-Węgry w 1918 roku. Nawet tuż przed rozpadem imperium kręgi pangermańskie w Austrii kategorycznie sprzeciwiały się przekształceniu go w federację. Wyrażająca ich poglądy wpływowa gazeta „Neue Freie Presse” na kilka dni przed upadkiem reżimu pisała: „Niemcy w Austrii nigdy nie pozwolą rozebrać państwa jak karczocha”[43].

Polski poeta Adam Mickiewicz kilkadziesiąt lat przed upadkiem imperium austro-węgierskiego pisał, że ma ono 34 miliony mieszkańców, w tym tylko 6 milionów Niemców, którzy pozostałe 28 milionów utrzymują w poddaństwie. W 1830 roku austriacki poeta Franz Grillparzer zauważył, że jeśli świat zostanie nagle wystawiony na trudną próbę, jedynie Austria rozpadnie się z tego powodu na kawałki. Elity austro-węgierskie, które zdawały sobie sprawę z kruchości imperium, próbowały utrzymać je, rozniecając wrogość między kontrolowanymi narodami, tworzyły sytuację, w której Węgrzy nienawidzili Czechów, Czesi Niemców, Włosi jednych i drugich. Kiedy upadek imperium okazał się nieunikniony, w nowo powstałych krajach problemy narodowe były z powodu owej wrogości trudne do rozwiązania[44].

Próby elit w metropoliach, żeby w wielonarodowych imperiach końca XIX – początku XX wieku podstawą państwowości uczynić identyfikację narodową, prowadziły do radykalizacji nastrojów antyimperialnych wśród mniejszości etnicznych. Wybitny rosyjski demograf, profesor Anatolij Wiszniewski, pisze: „Ukraiński separatyzm w jego sporze z bardziej umiarkowanym federalizmem miał tego samego potężnego sprzymierzeńca, co wszystkie inne rosyjskie separatyzmy – imperialny wielkomocarstwowy centralizm. Jego sztywna, nieuznająca żadnych ustępstw, unitarystyczna pozycja nieustannie powodowała w odpowiedzi usztywnianie się ukraińskich żądań nacjonalistycznych. Ukraiński nacjonalizm podsycał poczucie gorszego położenia nowej ukraińskiej elity i w ogóle wszystkich warstw ukraińskiej ludności na ogólnoimperialnej scenie ekonomicznej i politycznej. Kiedy rosyjscy patrioci, uznali Ukraińców za część narodu rosyjskiego, nie chcąc niczego słyszeć o ukraińskim języku, podpisywali się pod postanowieniem, żeby owo poczucie «gorszości», drugorzędności utrwalić na zawsze”[45].

Jednym z najważniejszych motywów węgierskiej agitacji politycznej w 1918 roku było przekonanie, że nie wolno dopuścić do utraty przez Węgrów statusu narodu uprzywilejowanego w Austro-Węgrzech. Głównym zaś tematem agitacji chorwackiej była niezgoda na węgierskie dominację i roszczenia terytorialne. Dla austriackich Niemców najważniejszym w tym czasie problemem były losy tej części Czechosłowacji, która zasiedlona była przez Niemców sudeckich, dla Czechów zaś zachowanie terytorialnej integralności.