Strona główna » Literatura faktu, reportaże, biografie » W nieznane… czyli niespodziewana podróż ze Lwowa na Syberię

W nieznane… czyli niespodziewana podróż ze Lwowa na Syberię

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-944548-0-7

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “W nieznane… czyli niespodziewana podróż ze Lwowa na Syberię

Kiedy w kwietniową noc 1941 roku jedenastoletni Roman, zbudzony prze funkcjonariuszy NKWD, pakował z bratem i mamą najpotrzebniejsze rzeczy, nie zastanawiał się, co go czeka. A czekała go niemal pięcioletnia podróż, która wiodła z rodzinnej willi przy ulicy Własna Strzecha we Lwowie przez Ural do Nowosybirska i Tomska i dalej – Obem, do Sosnowski, później przez Kargasok, Suzun, Moskwę, wreszcie Lwów do – polskich już – Przemyśla i Sanoka. Gdy się zatrzymali w tej podróży – czasem na kilka dni, czasem na kilka lat – chłonął nowe wrażenia: syberyjskie krajobrazy i przyrodę, tajgę, ludzi – niby innych, a jak podobnych, ich mądrość, obyczaje, opowieści. A oczy miał szeroko otwarte… Dlatego ta książka jest tak ciekawa.


Te ciekawe i wzruszające wspomnienia to inny obraz miejsc zesłania niż znamy z większości relacji osób , które wywieziono na Syberię po 17 września 1939 roku. Inny, bo widziany oczami inteligentnego kresowego chłopca, któremu w tej dramatycznej podróży na wschód nie towarzyszyły ani przepojone goryczą refleksje natury historycznej czy politycznej, ani koszmarna niepewność jutra. Obaj z młodszym bratem szybko uczyli się dorosłości i odpowiedzialności.
Ta książka to opowieść o ludziach oraz zdarzeniach – tych małych i tych wielkich – dzięki którym zdołali przetrwać i… wrócić do Kraju.

Prof. dr hab. Barbara Stefaniak

Polecane książki

Doskonała książeczka dla dzieci. Rymowane wierszyki o zwierzątkach, bardzo atrakcyjna szata graficzna....
Chloe ma wszystko – urodę, tytuł miss, pieniądze i narzeczonego. Jednak w dniu ślubu opuszcza ukochanego. Zakłada swój biznes – azyl dla porzuconych psiaków. Pomaga jej w tym Lucas, przystojny weterynarz. Gdy ich przyjaźń znaczy coś więcej, okazuje się, że Lucas został porz...
Jojo jest inny i za wszelką cenę stara się to ukryć, jednak dar telestezji wcale mu tego nie ułatwia. Chłopak miewa okropne i bolesne wizje, problem z odróżnieniem własnych koszmarów od rzeczywistości. A może nic ich od siebie nie odróżnia? W międzyczasie na drodze Jojo stają Naznaczeni, którzy twie...
Bohaterem książki jest piętnastoletni Will, wychowanek sierocińca. Jego ojciec poniósł bohaterską śmierć w trakcie ostatniego starcia ze złym baronem Morgarathem. Syn chciałby kontynuować rodzinną tradycję. Może niekoniecznie dać się zabić, ale zostać rycerzem.Honor! Chwała! Odwaga! Problem w tym, ż...
Mała Dorrit jest jedną z najpopularniejszych powieści angielskiego pisarza Charlesa Dickensa, autora Opowieści wigilijnej. Opowiada o osobliwych losach Małej Dorrit i jej skomplikowanej, pełnej przygód miłości do szlachetnego Artura Clennama. Mała Dorrit dorasta wraz ze swoim rodzeństwem w londy...
Aby prowadzić swoją firmę z sukcesem, należy w odpowiedni sposób balansować swoim przychodem oraz wydatkami. Jednym z instrumentów, którymi można się posłużyć, są koszty uzyskania przychodów. Jak należy z nich korzystać w branży transportowej?...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Roman Łuczkiewicz

Spis treści:

Strona redakcyjna

Przerwany sen

Pożegnanie ze Lwowem

Bezpłatna podróż w nieznane

Mydło do bani

Statkiem na falach Obu

Do końca waszego burżuazyjnego życia

Pierwszy prawdziwy zarobek

Czeremchowe lądowanie

Pierwszy raz w tajdze

Wędkowanie bez wędki

Moja frapująca ciąża

Kontakty ze światem

Walka z owadami

Powiększenie rodziny

Samopoczucie

Pimy

Radosna wiadomość

Najważniejszy rytm

Lód w lecie

Zarobek

Rana

Płynie kino

Przygotowanie opału

Nowy duch

Jak to się zaczęło

Uratowane życie w gułagu

Znachorka

Mleko w worku

Nieoczekiwany gość

Bolesna Wigilia 1941 roku

W szkole — ręczna korekta historii

Zimowe dni powszednie

Boże Narodzenie

Codzienna nuda, perspektywy i marzenia

Szkoła podstawowa w Sosnowce

Oznaki zapowiedzianej pomocy

Perspektywy przeprowadzki

Orzechy

Kargasok

Wania Kuzniecow

Lawina różnych zdarzeń

Kolejna przeprowadzka

Znowu przeprowadzka

Wyprawa

Grom z jasnego nieba

Początek wielkiej podróży

Kołpaszewo

Nowosybirsk

Cięcie

Złowieszczy komunikat

Co robić dalej?

Suzun

Bania

Szkoła

Barinow

Polityczny zwrot?

Rynek i sklepy

Mongołki

Inne spotkanie

Rewelacje dotyczące obchodów święta rewolucji

Kolejne święta i nowy 1944 rok

Nowi ludzie

Wyprawa do lasu

Suzuński szpital

Pogrzeby

Uprawa roli

Wypadek

Otwarcie

Geograficzny skandał

Szczere wyznania

Wizyta

Nowe spojrzenia, wymiana poglądów

Wikt

Aresztowanie

Pracowita niedziela

Szczęście?

Trembowla

Szkoła, szkoła

Wizyta zootechnika

Urodziny

Bolszoj skandał

Pogodny czerwiec 1944 roku

Wykopki

Rozłąkowe perspektywy

Niecodzienne zdarzenia

Niepokojące nowiny

Kolejny rok szkolny, niestety nadal w Suzunie

Przekleństwa i nieprzyzwoite wyrazy

Mroźny styczeń 1945 roku

Zięć

Oblepicha

List od pani Grabowskiej z Kazachstanu

Dziwni goście

Święto Czerwonej Armii

Szkolne przygotowania

Transkrypcja

Wiosna

Święto

Koniec roku szkolnego 1944/1945

Niespodziewana letnia burza

Ostatnie lato na Syberii

Dzidziuś

Nareszcie!

Zdrajca

Znowu szkoła?

Pierwszy w życiu list

Ostatni etap pobytu w Suzunie

Na trasie długiej podróży

Moskwa — Lwów

Polsko-ukraińskie rozmówki lwowskie

Spotkanie z Rodziną

POSŁOWIE

O autorze

Roman Łuczkiewicz

W nieznane…

czyli
niespodziewana podróż ze Lwowa na Syberię

Projekt okładki

Michał Bobrowski

Redakcja i korekta

Katarzyna Olędzka

Konwersja

© Copyright for text & illustrations by Roman
Łuczkiewicz © Copyright for this edition of e-book by Roman Łuczkiewicz
All rights reserved.

Wydanie I drukowane: Wydawnictwo Prodoks, Nowy Sącz
2007

ISBN 978-83-920515-4-1

Wydanie I elektroniczne, Warszawa 2016

ISBN 978-83-944548-0-7

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i
kopiowanie całości lub części e-booka zabronione bez pisemnej zgody
autora. Rozpowszechnianie e-booka za pośrednictwem serwisu wydawniczego
Rozpisani.pl.

Oferujemy szeroki zakres usług wydawniczych dla
książek drukowanych i e-booków, w tym rozpowszechnianie ich do czytelników na całym
świecie.

Kontakt:

www.rozpisani.pl

info@rozpisani.pl

W hołdzie Mamie

Przerwany sen

Była wtedy wiosenna, ciepła noc. Kończył się właśnie
kwiecień 1941 roku. Piękny, kochany, umęczony bezczelnym najazdem
sowieckim, trzystadwudziestotysięczny wówczas Lwów spał, a wraz z nim — w
jednopiętrowej willi numer dziewiętnaście, przy uroczej ulicy Własna
Strzecha — my, to znaczy nasza Mama, licząca wówczas trzydzieści sześć
lat, mój młodszy o dwa lata brat Jurek i ja — niespełna jedenastolatek.
Nasza czteroipółletnia siostrzyczka Bożenka trzy dni wcześniej została
zabrana do miejskiego szpitala zakaźnego — była chora na szkarlatynę. Nasz
ojciec Jan, cztardziestojednoletni prokurent Banku Polskiego we Lwowie, 10
września 1939 roku, na polecenie władz polskich, został wraz z kilkoma
innymi urzędnikami oddelegowany samochodem ciężarowym, ze skarbcem
lwowskiego oddziału Banku Polskiego, przez Zaleszczyki i Rumunię do
Francji.

W mieszkaniu tej nocy przebywał też z nami o cztery
lata ode mnie starszy cioteczny brat Kazik Bogacz, którego matka Zofia
Bogaczowa, żona pułkownika WP, niecały rok wcześniej została aresztowana
przez NKWD[1], podczas próby przekraczania granicy na rzece San i
wywieziona za to do ciężkiego łagru w miejscowości Jaja, na Syberii.
Jeszcze trzy miesiące wcześniej mieszkały u nas także dwie młodsze ode
mnie, kilkuletnie stryjeczne siostrzyczki Basia i Krysia Łuczkiewiczówny.
Ich mama Danuta zginęła we wrześniu 1939 roku, podczas niemieckiego
bombardowania Lwowa, a ich ojciec Zygmunt — brat mego ojca, inżynier
geodeta, związany z polskim ruchem oporu, członek Związku Walki Zbrojnej —
został aresztowany w naszym mieszkaniu 2 kwietnia 1940 roku. Przybył
wówczas późnym wieczorem, aby zobaczyć się ze swoimi córeczkami, niestety
po raz ostatni w życiu. 7 lutego 1941 roku został bowiem rozstrzelany
przez oprawców NKWD w lwowskim więzieniu przy ulicy Łęckiego[2]. Zaraz po
jego aresztowaniu obie dziewczynki, w trosce o ich bezpieczeństwo, zostały
zabrane przez nasze trzy samotne ciotki nauczycielki mieszkające w
odległej dzielnicy Lwowa, przy ulicy Hołówki.

Nagle, wśród ciszy nocnej, dały się słyszeć silne
odgłosy przypominające walenie wielkim młotem w pustą drewnianą skrzynię.

Niestety nie był to sen, lecz prozaiczna
rzeczywistość. Przed drzwiami naszego mieszkania stało czterech
umundurowanych i uzbrojonych funkcjonariuszy NKWD.

[1]Narodnyj Komissariat Wnutrennich Dieł (Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych) — odpowiednik ministerstwa spraw wewnętrznych.

[2] Fakt ten opisany został w książce Ewy Kotarskiej „Proces Czternastu”, Oficyna
Wydawnicza Volumen, 1998 rok, Warszawa.

Ubrani byli w wojskowe płaszcze, których dolna krawędź
była po prostu ucięta i nawet niezaobrębiona. Na głowie mieli czapki z
czerwoną, szmacianą gwiazdą i charakterystycznym, też szmacianym,
szpikulcem. Obuci byli w wielkie buty z cholewami w formie harmonijki,
które okropnie śmierdziały dziegciem. Był z nimi też wkradający się pilnie
w łaski nowej sowieckiej władzy miejscowy cywil — dotychczasowy pracownik
lwowskiej straży pożarnej, mąż ekspedientki z pobliskiego sklepu
spożywczego spółdzielni „Jedność”.

Zamiast użyć czynnego dzwonka, przybysze — z „taktem i
subtelnością” właściwymi funkcjonariuszom radzieckich służb specjalnych —
waląc przy pomocy kolb karabinowych w cienkie, drewniane drzwi wejściowe,
usiłowali dać sygnał akustyczny o bezwzględnej żądzy wkroczenia do naszego
mieszkania. Kiedy już weszli, zamiast powiedzieć „dzień dobry”, a
właściwie ze względu na porę — „dobra noc”, zaczęli wrzeszczeć, oczywiście
w języku Puszkina, Tołstoja i Dostojewskiego, że mamy tylko piętnaście
minut na spakowanie się i przejście do stojącego przed domem otwartego
samochodu ciężarowego marki ZIS, który był koloru zielonego. Sami, z
postawionymi nadal na sztorc bagnetami, przystąpili do rewizji polegającej
na szukaniu czegoś — może broni, aparatu fotograficznego lub radiowego
oraz nie wiadomo czego jeszcze. Zauważyliśmy z bratem, że wkładali do
swoich kieszeni, co się dało z napotkanych, małych przedmiotów.

Autor (po lewej) wraz z siostrą Bożenką i bratem
Jurkiem — Lwów 1939 r.

W pewnym momencie, w czasie przeprowadzanej rewizji, z
pomieszczenia klozetu dał się słyszeć ryk triumfu. Jeden z mundurowych
informował, że znalazł to, czego właśnie szukają! Mama w pierwszej chwili
nie zrozumiała o co chodzi, bo nie wiedziała wówczas, co oznacza
wykrzykiwane słowo
wzrywczatka, czyli materiał wybuchowy. Dopiero
śmiech mojego brata ciotecznego i będącego w ekipie enkawudzistów
miejscowego strażaka wyjaśnił sprawę — z pudełka, rozpakowywanego na
polecenie przez wystraszonego, młodego enkawudzistę, sypał się nie
dynamit, lecz niewinny, biały proszek do prania firmy Radion. Na
granatowym, tekturowym opakowaniu był bowiem umieszczony, w dolnym lewym
rogu, wizerunek wschodzącego, złocistego słońca i strzelających zeń
promieni. Stąd naiwne skojarzenie z materiałem wybuchowym.

Dla mnie i mego brata całe to nocne zajście byłoby
zapewne zapowiedzią jakiejś nowej przygody, tym bardziej że nie
wiedzieliśmy, po co i dokąd mamy się udać, gdyby nie to, że nasza Mama
bardzo płakała i coś rozpaczliwie usiłowała tłumaczyć naszym
niezapowiedzianym intruzom o swojej malutkiej córeczce. Oni bezczelnie
uśmiechali się i zapewniali, że po pierwsze, imię naszego Ojca, Jan
Mieczysław Zbigniew Władimirowicz (syn Włodzimierza), i imię naszego
stryja (zamordowanego przez NKWD), Zygmunt Stanisław Józef Władimirowicz —
to „nie ma znaczenia, eto wsio rawno”, że najważniejsze jest nazwisko i imię ojca. A po drugie, że
„wasza córeczka tu, we Lwowie, w szpitalu zakaźnym, będzie miała na pewno
znacznie lepiej niż wy na nowym miejscu zakwaterowania, zresztą całkiem
niedaleko od Lwowa”.

Wobec tego, że Mama zajęta była bezskuteczną perswazją
swoich racji naszym pozbawionym jakichkolwiek ludzkich uczuć i zdolności
rozumowania nocnym intruzom, my z bratem sami zabraliśmy się do pakowania
naszych… zabawek, strojów i obuwia, których używalismy w czasie
przedwojennych wakacji i wycieczek szkolnych. Biedna Mama, zupełnie
załamana, nieustannie szlochając, przekonała się ostatecznie, że nie ma
szans na jakikolwiek kontakt umysłowy z przybyszami na temat pozostawionej
w szpitalu Bożenki. Była w pełni świadoma, że chodzi o wywózkę na Syberię.
Na natarczywe zapytania enkawudzisty jeszcze raz stanowczo powtórzyła, że
nie wie, gdzie i u kogo znajdują się obie malutkie córki stryja Zygmunta,
a następnie pospiesznie rozłożyła na podłodze kapy z łóżek, koce i
prześcieradła, wrzucając na nie to, co uznawała za najpotrzebniejsze.
Przede wszystkim jako kobieta i matka, a więc osoba nadzwyczaj praktyczna,
nawet w tak tragicznej sytuacji wyjęła z podstawy maszynę do szycia (tak
zwaną główkę) firmy Rast & Gasser. Wrzucała też na podłogę pościel,
wcześniej jak zwykle wyprasowaną i równo ułożoną w stosiki w szafie,
komplet małoformatowej trylogii Henryka Sienkiewicza, budzik firmy Jaz, a
z kuchni wzięła naczynia kuchenne, pudełko świec i paczkę świeczek
choinkowych oraz inne przedmioty rozmieszczone w mieszkaniu, składającym
się z czterech pokojów, łazienki, kuchni i spiżarki. Wszystkie te rzeczy,
stanowiące maleńki fragment całego stanu posiadania moich Rodziców, trzeba
było w ciągu zaledwie piętnastu minut bezładnie zgromadzić na rozłożonych
kapach.

Do podróżnego, brezentowego worka, używanego na
wakacyjne wyprawy, powędrowały znajdujące się w spiżarni skromne artykuły
spożywcze, gromadzone od początku wojny na tak zwaną czarną godzinę. Tam
też trafiły podstawowe naczynia kuchenne, czajnik, prymus (spirytusowa
maszynka do gotowania), komplet emaliowanych menażek, sztućce, kilka
torebek polskich, wojskowych sucharów i parę paczek wojskowej, sprasowanej
kawy zbożowej w kostkach, która dzięki błyszczącym w niej ziarnkom cukru,
na długo zastępowała nam w kolejowej podróży… cukierki.

Przyglądając się stojącym z wypchanymi kieszeniami
enkawudzistom, poczułem do nich po raz pierwszy chyba w swoim krótkim
życiu nieznaną mi wcześniej prawdziwą nienawiść. Bynajmniej nie z pobudek
politycznych czy narodowościowych. Byłem na to chyba za młody.
Nienawidziłem ich za to, że doprowadzili moją kochaną Mamę, mój największy
Autorytet, najwyższą Władzę i Obrończynię, do tak poniżającej sytuacji, że
zupełnie bezsilna i bezbronna musiała ich, obcych, bezdusznych,
antypatycznych i bezczelnych prosić i błagać. Że spowodowali jej płacz,
którego nigdy wcześniej zupełnie nie znałem.

Wreszcie, że deptali brutalnie śmierdzącymi buciorami
posadzkę naszego schludnego mieszkania i grzebali we wszystkich szafach
oraz szufladach. Nie żal mi było skradzionego na moich oczach zegarka na
rękę, który dostałem na imieniny od wujka (wuj zginął później w
radzieckich kopalniach Karagandy), ani kompletu kostek domina z czekolady
powleczonych złotą cynfolią, cudnego wiecznego pióra oraz ślicznego
piórnika, który był moim skarbem. Żal mi było Mamy. Od prawie roku była
bardzo wyczerpana i niewyspana. Zarabiała jako chałupniczka, szyjąc na
maszynie przeważnie nocami białe, płócienne, stójkowe kołnierzyki do
sowieckich mundurów oficerskich (wielce dociekliwych i zawsze czujnych
lustratorów przeszłości łaskawie uprzedzam, że nie była to forma wsparcia
Armii Czerwonej ani nawet próba kolaboracji z radzieckim okupantem, lecz
była to walka o przeżycie!).

Mama usiadła, przytuliła mocno mnie z bratem i
powiedziała szeptem:

— Zapamiętajcie chłopcy to miejsce, bo nie wiem, czy
kiedykolwiek w życiu tu powrócimy.

Bardzo szlochała. Objęła wzrokiem leżące na podłodze
tobołki i ruszyliśmy do wyjścia. Na szczęście obecny był Kazik, nasz brat
cioteczny, który pomógł nam znieść bagaż.

Pożegnanie ze Lwowem

Po chwili zrozpaczona i zapłakana Mama, pozostawiając
nasze kochane, przytulne mieszkanie, a w nim swego siostrzeńca, ulokowała
się wraz ze mną i moim bratem na tobołach, obok innych lwowskich rodzin, w
skrzyni wielkiej, wojskowej ciężarówki. Ruszyliśmy na bocznicę lwowskiego
dworca kolejowego, gdzie ze znaną tylko w Rosji „galanterią”, przy pomocy
kolb karabinowych i ciągle zatkniętych na karabiny bagnetów, byliśmy
kierowani do stojących na bocznicy bydlęcych poollmanów.

Jak rok wcześniej w czasie takich wywózek, na bocznicy
kolejowej zgromadziło się wiele osób, które przybyły pożegnać swoich
krewnych, sąsiadów, bliskich i znajomych. Okazało się, że przy naszym
wagonie zebrała się szczególnie liczna grupa kobiet, które dowiedziały
się, że wywożą na Syberię matkę malutkiej córeczki zabranej wcześniej do
szpitala zakaźnego.

Wiele kobiet, nawet zupełnie obcych, szczerze
współczuło i spontanicznie zgłaszało Mamie gotowość zaopiekowania się
dzieckiem zaraz po opuszczeniu szpitala. Jak opowiadała mi później Mama,
miała wówczas nawet miejsce swego rodzaju rywalizacja między deklarującymi
serdecznie troskliwą opiekę paniami. Wreszcie przybycie na bocznicę
kolejową Jadwigi Bielańskiej, kuzynki Mamy, rozstrzygnęło ostatecznie
sprawę dalszych, względnie bezpiecznych losów mojej siostrzyczki.

Na bocznicy kolejowej nasz skład, złożony z
kilkudziesięciu wagonów, czekał do późnych godzin popołudniowych na sygnał
odjazdu. Drzwi wagonów były zamknięte od zewnątrz śrubami i pilnujący nas
enkawudziści nie pozwalali zbliżać się do nich osobom żegnającym nas. Na
zawsze utkwił mi w pamięci taki obrazek: odprowadzający wiedzieli, że
przywiezieni byliśmy w nocy, między drugą a czwartą rano. Byliśmy bez
jedzenia i picia. W tej sytuacji panie z przyniesionych wiktuałów, których
nie wolno było podać, bo drzwi były zaśrubowane, zaczęły wyjmować lub
naprędce przygotowywać kanapki i rzucać je do otwartych okienek bydlęcych
wagonów. My, to znaczy chłopcy, siedzieliśmy wewnątrz przy okienkach i
usiłowaliśmy łapać te kanapki. To, co spadało na ziemię było momentalnie
rozdeptywane przez ideologicznie wyszkolonych i karnych funkcjonariuszy
radzieckiego NKWD. Byliśmy naprawdę głodni i mieliśmy przedziwne odczucia,
widząc kanapki z mięsem, jajkami, pasztetem i kawałkami kiszonych ogórków
rozdeptywane butami sołdatów, w czapkach ze szpicem i szmacianą czerwoną
gwiazdą. Nasz brat cioteczny próbował trafić w okienko, rzucając
niby-zabawkę, ale z przywiązanym cienkim sznurkiem, aby za jego pomocą
dało się wciągnąć paczkę z jedzeniem. Udało się w końcu i w momencie
nieuwagi sołdata wciągnęliśmy sporą torebkę z jedzeniem.

Dopiero wieczorem, tuż przed odjazdem, żołdacy
roznosili wodę do picia — jedno wiadro na wagon. Wiadro trzeba było za
chwilę zwrócić.

Wagony różniły się od typowo bydlęcych tym, że
posiadały nary, to znaczy grube, nieheblowane deski, które były umocowane
poziomo nad podłogą, w połowie wysokości wagonu. Zwiększało to prawie
dwukrotnie powierzchnię użytkową bydlęco-ludzkiego pojazdu, przeznaczonego
według standardów radzieckich dla cztardziestu — szęśćdziesięciu dusz.
W środkowej części wagonu umieszczona była parasza. Była to
lejkowato zwinięta rura, wykonana z blachy i węższą częścią wyprowadzona
skośnie w dół na zewnątrz wagonu, przez owalny otwór w jego bocznej
ścianie, natomiast szerszą częścią połączona była z kwadratem
nieheblowanej deski, umocowanej poziomo przy ścianie, z wyciętym okrągłym
otworem. Nieosłonięta niczym całość stanowiła radziecką odmianę WC (water closet), z tym że był to raczej DC (dry closet), czyli
suchy klozet, bowiem ekskrementy były usuwane jedynie siłą grawitacji lub
spłukiwane uryną kolejnych użytkowników. Wody nie było.

Bezpłatna podróż w nieznane

Podróż stanowiła dla każdego z wywożonych oddzielny,
tragiczny fragment życiorysu. Wszyscy stłoczeni w wagonie, nieznający się
wcześniej
passażyrowie, w ciągu całej piętnastodniowej
podróży dopiero powoli uzmysławiali sobie wspólną, tragiczną i zupełnie
nieznaną sytuację, w jakiej nieoczekiwanie znaleźli się nie z własnej winy
i woli.

Nie mieliśmy żadnych wiarygodnych informacji o celu i
czasie podróży. Panujący wśród dorosłych strach o to, co nas czeka,
pogarszał nastroje grozy i rozpaczy. Stąd też w ciągu dnia, a zwłaszcza
podczas ciemnych wieczorów, przy zapalonej świeczce, podejmowano często
wspólne odmawianie modlitw i śpiewanie przeważnie religijnych pieśni.
Pamiętam, że śpiewaliśmy też, ku pokrzepieniu ducha, wiele piosenek
harcerskich, żołnierskich i szkolnych.

W naszym wagonie na sześćdziesiąt trzy osoby
przypadało tylko dziewięciu mężczyzn i to w podeszłym wieku. Jak wynika z
późniejszych opowiadań mojej Mamy, w naszym wagonie były cztery kobiety
ciężarne, jeden samotny mężczyzna, bardzo sympatyczny adiunkt Politechniki
Lwowskiej, który chorował na astmę (był bez żadnych leków!), pozostali
panowie to emeryci z żonami. Razem z nami w wagonie było czternaścioro
dzieci, w tym dwa niemowlaki, a reszta w wieku przedszkolnym i szkolnym.

Ci, którzy byli ulokowani na górnym poziomie wagonu,
mieli lepszy dostęp do powietrza przez dwa wąskie, poziome okienka z obu
stron wagonu i okazję oglądania wschodnich terenów Polski, a później, po
przekroczeniu dawnej granicy polsko-sowieckiej, podziwiania rozległych
krajobrazów ogromnego, „wspaniałego” kraju rad i „malowniczych” fragmentów
mijanych miast. Różnica była ogromna. Bez informacji i śladów znaków
granicznych można było się łatwo zorientować, że wjechaliśmy niestety w
zupełnie inny, obcy nam wówczas, jeszcze wrogi, szary i smutny świat. U
nich wojna jeszcze się nie zaczęła. Niektórzy wiedzieli tylko z gazety
„Prawda”, że wielki Związek Radziecki „przygarnął litościwie” (nikogo o
nic nie pytając) zachodnią Ukrainę i zachodnią Białoruś, a także Litwę,
Łotwę i Estonię.

Te ponure na ogół obserwacje przejeżdżanych terenów
kontrastowały z wrażeniami, jakie sprawiała, zwłaszcza o poranku, budząca
się wiosna. Zarówno przeważnie liściaste lasy, jak i soczysta, ukwiecona
zieleń łąk i krzewów sprawiały wrażenie obfitości i bogactwa przyrody. Jak
się okazało, mijaliśmy niezbyt skażone jeszcze przemysłowymi
zanieczyszczeniami rozległe tereny słynnych ukraińskich czarnoziemów.

Kontaktowanie się na postojach z passażyrami z innych wagonów było surowo zabronione na całej
europejskiej trasie podróży. Piętnastoletni Zbyszek z naszego wagonu,
który podczas pobierania wody na stacji, próbował złamać ten zakaz i
dowiedzieć się, co słychać w innych wagonach, został nazwany burżujskim podonkiem, czyli burżuazyjnym łajdakiem, i dotkliwie skopany butem
konwojenta-enkawudzisty.

Dopiero po minięciu Uralu zakaz ten nieco złagodzono.
Na stacjach kolejowych, na których przypadały dłuższe postoje, bywaliśmy
wypuszczani w oddzielnych grupach z poszczególnych wagonów, zazwyczaj dwa
razy dziennie, i traktowani przez gospodarzy napojem w postaci gorącej
wody, nazywanej tu melancholijnie kipiatok. Był to
płyn tym różniący się od polskiego wrzątku, że miał charakterystyczny, na
wszystkich stacjach jednakowy, zapach oraz smak przerdzewiałych blach i
żelaznych rur, a także czegoś, co zapachowo jest niepowtarzalne i kojarzy
się tylko z ogromnym Związkiem Radzieckim. Jedno było pewne — woda była
bez bakterii, żadna zapewne nie przeżyłaby temperatury i rdzawego smaku.
Gościnność oficjalnych gospodarzy na postojach rozciągała się jeszcze na
dostęp do źródła zimnej wody, przy którym na wolnym powietrzu kobiety
usiłowały dokonać ablucji, uprać bieliznę i pieluchy oraz zabrać do
garnków trochę wody zmieszanej z wrzątkiem do mycia małych dzieci. Raz
dziennie przydzielano kawałki jasnego, czerstwego chleba obficie
spryskiwanego karbolem. Na niektórych stacjach można było pobrać łapszę,
czyli pływający w wodzie biały, jałowy makaron z dodatkiem soli. Na kilku
stacjach brzemienne i karmiące matki oraz niemowlaki dostały gorące i
przeważnie przypalone mleko, którego — wychowane w burżuaznej Polsze —
nie chciały pić.

W miarę upływu czasu naszej podróży koleją i
wyczerpywania się zabranych z domów skromnych zapasów spożywczych łapsza
zyskiwała na smaku. Mijane obiekty miejscowej architektury, powszechna
bieda oglądanych z zewnątrz ponurych miejscowości, przeważnie smutne
twarze oraz odmienne od naszych szare ubiory widzianych ludzi też
stopniowo przestawały napawać grozą i stawały się dla nas coraz bardziej —
o zgrozo! — normalne.

Zbliżając się do Uralu, udawało się czasem dokonywać
drobnego, przeważnie wymiennego, handlu na stacjach kolejowych. Niektórzy
tubylcy pamiętali, że przed ponad rokiem tą samą transsyberyjską
magistralą w tym samym kierunku przejeżdżali nasi ziomkowie, a także
Estończycy, Łotysze, Litwini i Mołdawianie, i też byli głodni. Ponadto
często byli zmarznięci, bo wywożono ich w zimie w nieogrzewanych,
identycznych bydlęcych wagonach, i też chcieli zdobyć żywność. Stąd cztery
wielkie, jędrne, zeszłoroczne główki kapusty, które trafiły do naszego
wagonu, wymienione za jakąś damską bluzkę czy jedwabne majtki, zostały
natychmiast zjedzone na surowo przez dzieci i dorosłych, jak najlepszy
rajski owoc o cudownym, ozdrowieńczym smaku. Nigdy chyba nie zapomnę tego
smaku. Do dziś bardzo lubię surową kapustę. Konwojenci jakby obniżyli
nieco czujność i przymykali oko na kontakty z innymi wagonami. Jak
dowiedzieliśmy się później, przyczynił się do tego zegarek ręczny marki
Omega, którego
passażyrowie jednego z wagonów zdążyli zdjąć z
ręki zmarłego właśnie samotnego staruszka, zabranego przez konwojentów do bolnicy, czyli szpitala. Zegarek ten został podarowany komendantowi
konwojentów w zamian za zezwolenie na zakupy żywności na stacjach
kolejowych.

Po przejechaniu pociągu przez wąwóz albo kanion,
wykuty w poprzek biegnącego z północy na południe pasma Uralu, a więc już
w Azji, coraz częściej w nocy na postojach dawały się słyszeć z
poszczególnych wagonów spazmatyczne płacze kobiet, którym przyszło na
zawsze żegnać kogoś najbliższego, zmarłego podczas podróży. Oficjalna
wersja enkawudzistów była niezmiennie ta sama: czełowiek zabolieł
(zachorował), trzeba więc było czełowieka zabrać
na „leczenie” do
bolnicy, czyli miejscowego szpitala.
Pasażerowie odpowiedniego wagonu byli najczęściej naocznymi świadkami
zgonu i wiedzieli, że
czełowiek od kilku godzin był zimny, to znaczy
nie żył.

Niezależnie od tych tragicznych zdarzeń w wielu
wagonach miały miejsce liczne przypadki zasłabnięć, zachorowań, załamań
psychicznych i innych przypadłości wymagających w normalnych warunkach
pomocy lekarskiej. Tej jednak nie było. Samo oficjalne ubieganie się o nią
byłoby jednak wielce ryzykowne, bo zagrożone ewentualnością przymusowego
pozostania w miejscowym szpitalu i oddzielenia od transportu rodaków może
na zawsze. Te obawy odnosiły się szczególnie do małych dzieci, które
narażone były na brutalną rozłąkę z matkami. A przecież przejeżdżaliśmy
przez kraj niedotknięty jeszcze wówczas wojną.

W pewnym momencie pociąg zatrzymał się w pobliżu
okazałego obelisku, upamiętniającego przekraczanie kiedyś przez któregoś z
carskich książąt granicy między Europą a Azją. Pamiętam, że rosyjski
wąsaty kolejarz, który długim młotkiem opukiwał koła naszych wagonów,
uśmiechnął się do nas wesoło, ale i szyderczo, przy szeroko rozsuniętych
wówczas drzwiach wagonu, i raptem powiedział, wskazując w kierunku
zachodnim:


W zadi była Evropa, zdieś Urał, wot tam Azja, a wy — polskaja, panskaja,
prokliataja burżuazja! — I spokojnie się
oddalił.

Po przekroczeniu pasma Uralu szybko zmieniały się
widziane przez nas krajobrazy. Spotykane wcześniej ogromne, otwarte
przestrzenie stepów i wielkie obszary kołchozowych pól uprawnych albo
ugorów zaczęły stopniowo zastępować coraz większe połacie lasów iglastych.
Nie wiedzieliśmy, czy to już tajga, ale coraz mniej było jednak drzew
liściastych, z wyjątkiem strojnych brzóz, które występowały licznie,
zwłaszcza na leśnych polanach przecinanych linią kolejową.

Spotykani na stacjach Rosjanie informowali nas, że „skoro budiet nastojaszczaja
Sibir’”. Powoli zbliżał się kres naszej
kolejowej podróży. Enkawudziści poinformowali nas, że wkrótce „budiem was wygrużat’”, czyli „będziemy was wyładowywać”.

Zapowiedź przybycia do Nowosybirska — stolicy obłasti, czyli siedziby wielkiego województwa i właściwie stolicy
całej Zachodniej Syberii, przyniosła nowe emocje i obawy.

Okazało się jednak, że wysadzono nas w Tomsku. Dużym
mieście założonym w XVII wieku. Okolice Tomska stanowiły w XVIII i XIX
wieku, ze względu na znajdujące się w pobliżu dawne kopalnie złota z
carskich czasów, wielki ośrodek przemysłowy i górniczy, jedno z dawnych,
licznych miejsc przeważnie dożywotniego pobytu skazanych i zsyłanych tu z
całego rosyjskiego imperium.

Kiedy kazano nam w Tomsku wyjść z wagonów, tubylcy
patrzyli na nas jak na ludzi rzeczywiście z innej części świata. Była to
przede wszystkim uzasadniona ciekawość tych, którzy tam, na Syberii,
często od urodzenia nie mieli okazji widzieć zwykłego obcokrajowca z
Europy, zwłaszcza kobiet i dzieci w ich normalnym, jeszcze europejskim, a
nie sowieckim ubraniu, uczesaniu, z zupełnie innym wyrazem twarzy. Brak w
owych czasach telewizji, a nawet zupełny brak dostępu do zachodnich filmów
i prasy zagranicznej, powodował, że dla wielu byliśmy naprawdę przybyszami
z innego, kapitalistycznego, a więc wrogiego (bo tak byli od dziecka
wychowywani), i egzotycznego świata. Nasz pan inżynier, chorujący na
astmę, zwrócił uwagę, że ci nieszczęśnicy, którzy byli tu zsyłani z Europy
za cara, w tym Polacy z podzaborowej Polski, byli pędzeni przeważnie
piechotą, a więc ich stan fizyczny i żałosny wygląd nie wzbudzały
zainteresowania tubylców, bo wtedy już niewiele różnili się od
miejscowych. W spojrzeniach obserwujących nas dorosłych Rosjan można było
dostrzec raczej pierwiastki współczucia niż wrogość czy nienawiść, czasem
był to rodzaj swoistej
Schadenfreude. No bo skoro ktoś już tutaj
trafił i jest pod opieką niezawodnych bagnetów NKWD, to czego mu
zazdrościć czy za co nienawidzić, chyba tylko można mieć satysfakcję, że
oto ktoś inny również zasmakuje rozkoszy życia w tym przeklętym regionie,
od zawsze skazanym na zesłanych. W niektórych oczach rozżarzała się pewnie
czasem miła nadzieja na ewentualną możliwość dyskretnego przeniesienia
praw własności w odniesieniu do elementów odzieży, wielkich tobołów i
innego drobnego bagażu.

Mydło do bani

Pierwszy kontakt z miejscowym obiektem użyteczności
publicznej to była wizyta w miejskiej, tomskiej łaźni i odwszalni.
Podzielono nas na kilkanaście grup i kazano wszystkie wyniesione z pociągu
bagaże, toboły i walizki złożyć do odpowiedniego pokoju, oznaczonego jakąś
literą rosyjskiego alfabetu. Nam przypadły drzwi oznaczone rosyjską literą
„Ż”. Potem pokoje z naszym dobytkiem zamknięto na dwie duże
kłódki.

Jako chłopcy w wieku jedenastu i dziewięciu lat, wraz
z bratem i innymi młodzieńcami w wieku do piętnastu lat, oddzieleni od
dorosłych mężczyzn — skierowani byliśmy razem ze wszystkimi kobietami do
wielkiej, tak zwanej żeńskiej sali, która przypominała ogromną, bardzo
obskurną, szarą poczekalnię dworcową, tyle że nikomu nie dane było tu
czekać na cokolwiek poza tym, co nastąpiło. Padła nagle komenda: „Wszyscy
rozbierać się do naga!”. Nie było pobłażania dla żadnych majteczek,
najskromniejszych fig czy staniczków, a nawet ręczników. Grube i
opryskliwe rosyjskie baby miały właśnie swoje półgodziny władzy nad
tłumem. Kontrola była bezwzględna i arogancka. Znaleźć się nagle i
niespodziewanie wśród kilkuset naraz gołych osób płci żeńskiej, w wieku od
kilku do kilkudziesięciu lat, w tym parunastu kobiet w zaawansowanej
ciąży, to temat, który nie tylko na bardzo wielu chłopcach i dziewczętach,
ale nawet na dorosłych kobietach wywiera wrażenie na długie lata życia.
Jedna z pań zapytała:

— A co z dziećmi, z chłopcami, którzy są tu z
nami?

Na to inna pani odpowiedziała rezolutnie:

— No, trzeba im chyba wyjaśnić, że tak mniej
więcej wyglądał właśnie raj na obrazach dawnych mistrzów malarzy.

To lakoniczne stwierdzenie utkwiło mi głęboko w
pamięci. Okazało się jednak, że przybyszom z dalekiej Polszi
nie oszczędzono dalszych emocji. Przewidujący i zawsze ideowo czujni
gospodarze zadbali bowiem o to, aby domniemywane, jeszcze do niedawna
kapitalistyczne i burżuazyjne polskie wszy, które w przekonaniu tubylców
zostały wyhodowane z wielkopańskich gnid w szlacheckich zamkach i
burżuazyjnych pałacach, nie skaziły, uchowaj Boże, wrażym, zagranicznym
robactwem niepokalanej ideologicznie socjalistycznej społeczności Syberii.
Kazano absolutnie wszystkie zdjęte z siebie rzeczy: odzież, bieliznę,
chusty, szaliki, pończochy, damskie torebki, kosmetyczki i tym podobne
rzeczy zawiesić na metalowych hakach przytwierdzonych do długich
łańcuchów, które zwisały z konstrukcji zawieszonej u sufitu nad naszymi
głowami.

Kiedy wszystko było gotowe, osoby całkowicie nagie
powędrowały do właściwej łaźni, aby u wejścia otrzymać na rękę coś, co
miało konsystencję mazi, kolor ludzkiego kału i ostry zapach. Było to
mydło do bani. Bania to po rosyjsku łaźnia parowa. Nikt oczywiście nikogo
nie pytał o stan zdrowia, wielkość ciśnienia tętniczego i tym podobne.
Natomiast podwieszona na hakach i następnie podniesiona do góry odzież
powędrowała po chwili, wraz z ukrytymi w niej zegarkami, okularami i
broszkami, po specjalnych szynach do tajemniczej odwszalni. Jak się
okazało post factum była to komora o temperaturze wewnętrznej około 120-150oC. Dzieci
pytały wtedy swoje mamy, co to właściwie znaczy WSZY? Jedna z dziewczynek
zapytała:

— Mamo, dlaczego ta pani z siwymi włosami ma
takie zmraszczki na brzuchu?

Usłyszałem, że jej mama odpowiedziała:

— Nie mówi się zmraszczki, tylko
zmarszczki. Nietrudno sobie wyobrazić, jak wyglądały poszczególne części
garderoby: jedwabne i fildekosowe pończoszki, apaszki, grzebienie,
skórzane torebki i paski, gumki w bieliźnie, gorsety oraz inne drobiazgi
po dwudziestominutowej wizycie w gorącej komorze Tomskiej Państwowej
Odwszalni, przez dziesięciolecia doświadczonej i zahartowanej w okrutnej,
ale przeważnie zwycięskiej (w samej łaźni) walce z rodzimymi radzieckimi
wszami i gnidami. Dzieci z rozbawieniem obserwowały, jak zrozpaczone
właścicielki z trudem i zgrozą rozpoznawały to, co jeszcze przed chwilą
było stanikiem, gorsetem czy jedwabną halką lub delikatną pończochą. Na
rozpaczliwe skargi kierowane do bezczelnego personelu łaźni, padała
zwięzła i logiczna odpowiedź: „Wot Poliaczki,
zdawałoby się
kulturnyj narod, a nie wiedzą nawet, jak się
należy zachować w normalnej, miejskiej, państwowej łaźni i odwszalni. Kak wy tam żyli u siebia bez
bani?”.

Po łaźni było przejście do specjalnego pomieszczenia
ze znakiem „Ż”, gdzie zostały zamknięte nasze toboły, walizki i bagaże.
Pamiętam, że powszechne obawy okazały się płonne, bo naprawdę nic nikomu
nie zginęło z zamkniętej komory. Następnie skierowano nas do drugiego
budynku, do
stołowej, czyli stołówki, gdzie poczęstowano
nas zupą o dźwięcznej nazwie szczi, czyli przaśnym kapuśniakiem w wydaniu
rosyjskim. Na drugie danie dostaliśmy kaszę (rodzaj jęczmiennego pęczaku)
z dwoma wodnistymi kartoflami. Wszyscy byli bardzo głodni, jedliśmy więc
łapczywie i nikt nie zastanawiał się nad smakiem tego, co było serwowane z
niewyobrażalnie olbrzymich kotłów. Potem wymytych, odwszonych i
nakarmionych skierowano nas na punkt rozdzielczy do gławnego dispetczera, czyli dyspozytora. Jedni byli kierowani znowu do pociągów,
inni na przystań rzeczną. Dystrybucja odbywała się tutaj nie według zasad
logicznych, politycznych czy socjalnych, lecz według kanonów
arytmetycznych: dwieście pięćdziesiąt dusz żywych,
dorosłych i dzieci na północ, dwieście pięćdziesiąt dusz
na południe i dwieście trzydzieści pięć dusz na wschód. Jak
więc dyskretnie zdążył przed rozstaniem z nami dowiedzieć się pan inżynier
chory na astmę, z całego transportu ubyło na zawsze około dwanaście dusz,
które nie wytrzymały nerwowo lub fizycznie deportacji i trudów
dwutygodniowej podróży.

Statkiem na falach Obu

My trafiliśmy do pociągu, który wreszcie dowiózł nas
po wielu godzinach do Nowosybirska. Tam skierowano nas do portu rzecznego.
Naszą grupę — na statek parowy o melodyjnej nazwie „Dzierżynskij Feliks
Edmundowicz”, który kursował po bardzo długiej, syberyjskiej rzece o
niezwykle krótkiej nazwie Ob. Kiedy parowiec, obracając kołami łopatkowymi
po obu stronach kadłuba, wreszcie ruszył, nie trudno było dociec, że
płyniemy na północ, bo kurs był z prądem. Na pytania: „Dokąd płyniemy”,
kierowane do marynarzy przez nasze panie, padała niezmiennie ta sama
odpowiedź:

— Sami nie wiemy, a gdybyśmy nawet wiedzieli, to byśmy
i tak nie powiedzieli, bo nie lzia, czyli nie
wolno.

Kiedy z portu w Nowosybirsku wypłynęliśmy na pełne
wody rzeki Ob, zrobiło to na wszystkich ogromne wrażenie. W sierpniu 1939
roku podczas pobytu z Tatą w Warszawie widziałem po raz pierwszy w życiu
Wisłę, największą wówczas polską rzekę. To, co zobaczyliśmy z pokładu
„Dzierżyńskiego”, to było jakieś wielkie podłużne morze, którego brzegi
były bardzo odległe. Wielu z nas, dorosłych i dzieci ze Lwowa, płynęło
statkiem po raz pierwszy. W przeciwieństwie do jadącego pociągu na statku
panowała względna cisza. Dał się słyszeć jedynie rytmiczny odgłos maszyny
parowej. Tu nie było już bagnetów na karabinach, nie było mundurowych
enkawudzistów. Z Rosjan była tylko kilkuosobowa załoga statku i jeden
cywil w skórzanym, brązowym płaszczu, który miał podciągnięte, wysoko
ponad nadgarstki, rękawy płaszcza i na lewej ręce duży zegarek koloru
złotego. Nasz pan inżynier ocenił, że to tombak. Nie wiedzieliśmy wtedy,
co to oznacza, ale pamiętam, że wówczas wielu chłopców chciałoby mieć taki
tombak na swojej ręce.

Załoga odnosiła się do nas obojętnie, ale nie wrogo.
Wyczuwało się, że dla nich tacy passażyrowie to nie
pierwszyzna. Pokazali, gdzie na pokładzie mamy się rozlokować do spania,
gdzie są tualiety i zapowiedzieli, że wieczorem dostaniemy jedzenie i picie.
Kiedy drugiego dnia podróży zapytałem po rosyjsku kapitana statku, czy
mogę z braciszkiem i jeszcze jednym kolegą zobaczyć motorownię, zamiast
odpowiedzi zapytał, skąd znam tak dobrze rosyjski. Odpowiedziałem dumnie,
że w Polsce nawet małe dzieci uczą się poza polskim różnych języków, w tym
też rosyjskiego, i że na przykład znałem wtedy też dość biegle, jak na
dziecko, ukraiński. W lwowskiej klasie miałem kolegów, którzy znali
francuski, niemiecki i jidysz. W tej informacji pominąłem fakt, że
rosyjskiego uczyłem się przez prawie dwa lata w szkole powszechnej z woli
i nakazu sowieckiego okupanta.

Znajomość została zawarta i po chwili sam kapitan
oprowadzał nas trzech po maszynowni, informując co do czego służy i jak
się nazywa. Powiedział, że ma synka w moim wieku, który mieszka ze swoją
mamą w Nowosybirsku. Kiedy go zapytałem, dokąd płyniemy, odpowiedział mi,
że tam dokąd płyniemy, zapewne nie dopłyniemy. Pamiętam,
że wymienił nazwę Bieriozowo, nic jeszcze wtedy o tym sławnym z carskich
czasów punkcie zsyłki nie wiedziałem. Dziwna to była odpowiedź, ale
okazało się, że była trafna. Płynęliśmy bowiem w dół rzeki Ob w maju,
kiedy wskutek nagłych w tym roku roztopów na południu wystąpiła powódź i
rzeka od pewnego miejsca stała się nieżeglowna. Już trzeciego dnia podróży
wpłynęliśmy na zalane tereny. Widok był niesamowity. Widać było w oddali
drewniane domki zatopione po dach. Na dachach siedzieli ludzie i machając
rozpaczliwie rękami, bezskutecznie błagali o pomoc. Na kilku drewnianych
domach płonęły ogniska, zapewne do przygotowania strawy i ogrzania się.
Nasz parowiec jednak dzielnie z nurtem rzeki pruł na północ. Kiedy moja
Mama i jeszcze jedna pani zwróciły się do załogi o udzielenie pomocy tym
biednym powodzianom, padła zwięzła odpowiedź: „Im pomocy nie potrzeba,
rzeka im sama pomoże… kiedy opadnie”. Płynęliśmy coraz wolniej, bo jak
wynikało z rozmów kapitana z Tombakiem (tak nazwaliśmy tego z zegarkiem)
nie było widać żadnych znaków żeglugowych, co mogło narazić statek na
uszkodzenie, a w najlepszym przypadku wylądowanie na mieliźnie, z której
nie miałby kto nas ściągnąć. Na parowcu nie było radia do nawigacji, bo
się zepsuło. Po trzech dniach żeglugi po rozlanym Obie Tombak otrzymał telegrammu z łódki, która podpłynęła do statku. Zaraz potem ustalili
obaj, że nazajutrz nasz rejs zostanie zakończony. Moja znajomość języka
rosyjskiego okazała się o tyle przydatna, że mogłem poinformować
wszystkich Polaków na statku o tym, co usłyszałem o naszych dalszych
losach na najbliższe godziny. Kiedy zapytałem kapitana, czy to dobrze, że
już kończymy rejs — odpowiedział:

— Dzięki powodzi, macie szczęście, bo im dalej, tym
klimat bardziej surowy. Tam daleko na północy jeszcze rzeka Ob skuta jest
lodem i stąd zator kry, który spowodował powódź.

Pobyt na statku był mniej dokuczliwy niż podróż
pociągiem. Byliśmy właściwie sami swoi i już zżyci we wspólnej biedzie,
choć wcześniej zupełnie się nie znaliśmy. Dwa razy dziennie dostawaliśmy
coś do jedzenia. Wody do picia i mycia było pod dostatkiem. Była
oczywiście niepewność jutra. Co czeka nas na syberyjskim lądzie? Jak
opowiadała mi później Mama, to co zobaczyliśmy już podczas podróży
wskazywało, że — według jej oceny — wśród Rosjan tu zamieszkałych jest
wielu ludzi bardzo, ale to bardzo biednych i żyjących prymitywnie.

Kapitan poinformował mnie nieoficjalnie, jak się
wyraził „po starej znajomości”, że po zejściu ze statku nie nastąpi
jeszcze koniec naszej podróży. W porcie docelowym będziemy podzieleni na
cztery równe, mniejsze grupy i skierowani do barek rzecznych, którymi
popłyniemy do MP, to znaczy do miejsca przeznaczenia. Moja „rewelacja”
dotarła wkrótce do wszystkich passażyrów i
zaczęły się wstępne podziały na grupy. Nazajutrz, wcześnie rano, Tombak
ogłosił, że za trzy godziny cumujemy i kazał podzielić się na cztery równe
grupy. Był zdumiony, kiedy już po paru minutach dostał, napisane w języku
rosyjskim przez jednego ze starszych panów, dokładne i czytelne cztery
listy z imionami i nazwiskami wszystkich polskich passażyrów. W
porcie Kargasok po kilkugodzinnym postoju dwie barki były przygotowane.
Kazali się do nich ładować grupie numer jeden i dwa. Pozostali mieli
czekać na przystani na powrót obu barek. My trafiliśmy do drugiej barki.

Do końca waszego burżuazyjnego życia

Tego samego dnia wieczorem dobiliśmy do brzegu we wsi
Sosnowka, położonej nad mniejszą rzeką, będącą dopływem Obu. Po
przewiezieniu płaskimi furmankami, zwanymi tutaj tielegami, zakwaterowano
nas wszystkich na noc w małej, drewnianej, czteroklasowej szkole. Już na
barce nie było Tombaka. W szkole pojawił się przewodniczący kołchozu,
czyli predsiedatiel. Był to około pięćdziesięcioletni, grubawy i gburowaty
mężczyzna.

— Pozdrawiamy was w Sosnowce. Tu będziecie pracować w
kołchozie, ale jeszcze nie jutro. Jutro będzie dniem posielenia, to znaczy zakwaterowania. Przyjdą tu nasi kołchoźnicy i
zabiorą was do swoich domów. Tam będziecie mieszkać. — Potem zawrócił i
dopowiedział: — Do końca waszego burżuazyjnego życia.

To była nasza pierwsza noc na docelowym lądzie stałym,
na syberyjskiej ziemi. Pamiętam, że ostatnie słowa predsedatiela zrobiły bardzo złe wrażenie na wszystkich naszych. Mama
długo płakała. Zmęczenie i zupełny brak światła elektrycznego w Sosnowce
spowodowały, że wszyscy zalegli pokotem na podłodze i niektórzy szybko
usnęli.

Następny ranek był słoneczny. To budziło jakąś
nadzieję. Kiedy wstaliśmy, okazało się, że Sosnowka jest w miarę ładną,
drewnianą wioską. Wiele miejscowych kobiet i kilku starych mężczyzn
przyszło pod szkołę po kwartirantów, czyli
swoich lokatorów. Dowiedzieliśmy się rychło, że za każdego lokatora
dopiszą im odpowiednią ilość trudodni, to znaczy
dniówek obrachunkowych w kołchozowych rozliczeniach rocznych. Nas, to
znaczy Mamę, brata i mnie, panią Marię Rzucidłową z córką Ireną i synem
Zbyszkiem oraz panią Janinę Heppe zabrali starsi ludzie o nazwisku
Kuźmienko, którzy mieszkali w solidnej, drewnianej chacie, tak zwanym
bliźniaku. Jedną stronę bliźniaka zajmowali wraz z synową i trzyletnim,
bardzo sympatycznym wnuczkiem, a drugą, o dwóch pokoikach i kuchni,
przeznaczono dla naszych dwóch lwowskich rodzin i pani Heppe z Przeworska,
która była w wieku mojej Mamy.

Pierwsze dni, pierwsze wrażenia i refleksje. Okazało
się już po krótkiej znajomości, że oni nam właściwie… szczerze
współczują. Dziadek Kuźmienko otwarcie opowiedział nam, że niespełna
dwadzieścia lat wcześniej zesłano ich tutaj z terenów wschodniej Ukrainy,
kiedy trwał tam proces brutalnego rozkułaczania zamożnych rolników, którzy
znali się na solidnym rolnictwie, ale nie byli entuzjastami
kolektywizacji. Wyznał szczerze, że powinniśmy dziękować Bogu za to, że
potraktowali nas, polskich burżujów, dużo łagodniej niż ich wtedy, kiedy
zostali przywiezieni do tajgi. Nie było tu wówczas żadnych wsi ani
zabudowań. Był las. Mróz. Sosny, świerki, brzozy i cedry. Szałasy klecono
niemal gołymi rękami, a potem ziemianki i tak powoli, stopniowo powstawała Sosnowka. Powiedział, że we wsi prawie wszyscy to
swojacy, przeważnie o ukraińsko brzmiących nazwiskach. Tylko na predsedatiela trzeba uważać, bo to łobuz i fałszywiec. Bogaty biednym nie
pomoże. Nie trzeba było długo czekać, aby się o tym przekonać. Kiedy Mama
pierwszy raz wybrała się na zakupy, poszła do predsedatiela, aby
kupić mleko, bo wiadomo było, że miał dwie własne krowy i żadnego dziecka
na utrzymaniu. Jego żona kategorycznie odmówiła. Natomiast mieszkająca w
pobliżu wdowa Niura Pawłowa, matka sześciorga małych dzieci, sama
zadeklarowała gotowość dostarczania codziennie pół litra mleka za
minimalną opłatą.

W miarę poznawania wioski wiele zjawisk zaskakiwało.
Przede wszystkim w całej wiosce nie było elektryczności, nie było także w
chatach zamków ani kłódek. Drewniane skoble w drzwiach były jedynie
zatykane zwykłymi kołkami (też drewnianymi), głównie w obawie przed
zwierzętami albo bardzo małymi dziećmi. Na zdziwione zapytanie jednej z
Polek, dlaczego brak zamków i kłódek, padła równie zdziwiona odpowiedź:

— A któżby tu co miał zabrać, przecież tu sami swoi i
nie ma co zabierać.

W każdym obejściu, na zewnętrznej ścianie domu, obok
drzwi wejściowych, zauważyliśmy blaszane, półcylindryczne naczynia, o
pojemności od dwóch i pół do trzech i pół litra, z uchylną pokrywką od
góry i z pionowym trzpieniem, umocowanym w poziomym dnie. Okazało się, że
są to po prostu
rukomojniki. Są niezwykle powszechne w całej
Rosji, ale też ogromnie praktyczne. Do przymocowanego na stałe
„rękomyjnika” wlewa się przez otwór od góry wodę do pełna i korzysta się
wielokrotnie w ten sposób, że podkładając dłonie pod zakończony stożkowo
trzpień, naciska się go lekko od spodu, powodując wypływ wody w ilości
niezbędnej do umycia lub spłukania rąk. W ziemi poniżej przeważnie jest
dołek albo rowek odpływowy. Całe urządzenie wykonane jest z mosiądzu,
miedzianej lub ocynkowanej blachy. Na zimę nie trzeba go zdejmować,
wystarczy tylko spuścić wodę. Zauważyliśmy, że żaden mieszkaniec Sosnowki
nie usiadł nigdy do posiłku, jeśli nie spłukał rąk pod „rękomyjnikiem”.

Kiedy już zaczęliśmy mieszkać w domu Kuźmienków, do
naszego mieszkania zaczęły od rana przychodzić tamtejsze dzieci z
sąsiednich domów. Siadały, czworo lub pięcioro, na progu i patrzyły. Tylko
patrzyły. Nie było żadnego proszenia o coś, o jedzenie lub jakieś
drobiazgi. Dzieci jedynie obserwowały, jak rozmawiamy, poruszamy się,
jemy. Jak posługujemy się naszymi przedmiotami codziennego użytku,
metalowymi sztućcami, jak zmywamy naczynia, ścielimy posłania, klękamy do
odmawianej głośno porannej i wieczornej modlitwy. Ta swoista asysta nie
przeszkadzała nam, zwłaszcza że podyktowana była wyłącznie autentyczną
ciekawością. Po kilku tygodniach Kolia, trzyletni wnuczek Kuźmienków,
który najczęściej i najdłużej w ciągu dnia u nas przebywał, zaczął pewnego
dnia, ni stąd ni zowąd, odmawiać razem z nami płynnie po polsku „Zdrowaś
Mario” i „Ojcze Nasz”.

Któregoś dnia padał deszcz i wyszliśmy z domu z
przywiezionym z Polski parasolem naszego Taty. Otwieranie parasola
wywołało u obserwujących nas dzieci zdziwienie, a nawet przestrach — z
cienkiego czarnego patyka robiło się raptem coś wielkiego, czarnego i
okrągłego. Z kolei później wielokrotnie mieliśmy okazję zdumiewać się tym,
co dla nich było tak naturalne i proste, jak dla nas… zwykły parasol.

Wszyscy dorośli Polacy, wśród nich nasza Mama, w
trzecim dniu pobytu w Sosnowce zostali zatrudnieni w miejscowym kołchozie.
Najpierw przy sadzeniu kapusty, potem w lesie przy zdzieraniu płatów kory
brzozowej, a następnie przy karczowaniu lasu. Ta bardzo ciężka praca
polegała na ręcznym odkopywaniu pni wraz z korzeniami, odcinaniu ich
ręczną piłą lub siekierą oraz usuwaniu, bez żadnych maszyn, tych
pozostałości wysokich sosen, które zostały ścięte wcześniej przez drwali
na obszarze dawnego lasu. Było to przygotowywanie pola pod kołchozową
uprawę kapusty w następnym roku. Istotnym utrudnieniem dla tych kobiet z
miasta była nie tylko szczególnie ciężka praca fizyczna, do której
zupełnie nie były przygotowane, ale też konieczność pokonywania codziennie
piechotą odległości około siedmiu kilometrów w jedną stronę oraz
przepływania łodzią rzeki w obie strony. Jedyną osobą nadzorującą ze
strony kołchozu był około trzydziestoletni, zezowaty, miejscowy
brygadzista. Był on wymagający, ale też na swój sposób wyrozumiały.
Tłumaczył, że podpisze miejscowym i polskim kobietom odpowiednią ilość
dniówek obrachunkowych w książkach kołchozowych, ale tylko wtedy, kiedy
będzie dobrze przygotowana odpowiednia ilość pola. Brak dniówek oznaczało
brak przydziału na zimę ziemniaków, mąki, kapusty i brukwi z kołchozowych
magazynów.

Po kilku dniach pracy przy karczowaniu pojawiły się u
naszych kobiet rany i pęcherze na delikatnych przecież dłoniach, a także
dało o sobie znać potworne zmęczenie.

Szczególnym uzupełnieniem udręki były komary i meszki,
które teraz, późną wiosną, kąsały jak wściekłe. Meszki są to malusieńkie
muszki, które żywią się wyłącznie krwią dwu- lub czworonożnych ssaków.
Występują na Syberii masowo, w zasadzie dwa razy w roku, przez okres od
czterech do sześciu tygodni, na wiosnę i jesienią. Szczególnym miejscem
żerowania są okolice w pobliżu otwartych zbiorników wodnych, rzek, jezior
i stawów. Brygadzista uprzedził pracujące kobiety, że w przypadku ataku
gęstej chmary meszek trzeba się odpowiednio ratować. W tym celu polecił
przygotowanie w polu, w pobliżu miejsca pracy, tlącego się ogniska, przy
którym należy zgromadzić dużą ilość suszu roślinnego (trawy, liści,
gałęzi, łodyg roślin). W razie inwazji chmary muszek wszyscy powinni
podbiec do ogniska i spalać susz. Wyjaśnił, że w tym niebezpiecznym
okresie agresja meszek może doprowadzić nawet do zgonów. Wśród Polek
szczególnie ucierpiała pani Brandstedterowa ze Lwowa. Pokąsana przez meszki, kiedy dotarła do
Sosnowki, nie była rozpoznana przez własnych dwóch synków. Opieka ze
strony wiejskiego medpunktu sprowadzała się do smarowania ukąszeń jakąś
cieczą, udzielenia zwolnienia i orzeczenia, że za dwa dni będzie zdolna do
pracy.

Dopiero wówczas niektóre starsze polskie kobiety były
skierowane do innych prac w kołchozie. Mama, jako młodsza, pracowała
nadal. Wstawała o piątej rano i wracała do domu o zmroku, a więc o siódmej
lub ósmej wieczorem, bardzo zmęczona. Często wtedy przypominałem sobie,
jak to we Lwowie sowiecka nauczycielka tłumaczyła nam w szkole, że jedną z
podstawowych różnic między złowrogim kapitalizmem i naszym socjalizmem
jest wyzysk, który polega między innymi na tym, że kapitaliści każą
robotnikom pracować po dziesięć i dwanaście godzin, a w socjalizmie praca
ponad osiem godzin jest ustawowo zabroniona i surowo karana.

Pan Szajger wytłumaczył, że tych meszek jest na
świecie około sześćset odmian, niektóre z nich występują też nawet w
Polsce i nazywają się „meszkami” i „mustykami”. Są niebezpieczne, bo ich
ślina jest silnie toksyczna i dlatego czasem nawet niebezpieczna dla
życia.

My, jako dzieci w wieku szkolnym, w Sosnowce
zostaliśmy skierowani do szkoły rosyjskiej. Ze względu na język przyjęto
zasadę, że każde polskie dziecko wstępuje we wrześniu do klasy o rok
niższej od tej, do której uczęszczało w Polsce. Tylko wobec mnie, ze
względu na zauważoną dobrą znajomość rosyjskiego, nie zastosowano tej
reguły i od razu zostałem skierowany do czwartej klasy, tak jak wszyscy
starsi ode mnie, bo wyższej klasy w Sosnowce nie było. Ustalono też, że
wobec bliskiego końca roku szkolnego 1941/1942 wszystkie polskie dzieci
będą na razie uczęszczać nadal do tych klas, które rozpoczną we wrześniu.
Nie będą przepytywane, mają tylko być obecne, patrzeć, słuchać i priwykat’, czyli się przyzwyczajać. Po szkole małymi dziećmi
pracujących Polek opiekowały się panie będące w ciąży i dwie panie w
podeszłym wieku. Opieka obejmowała też pomoc w przygotowywaniu posiłków.
Dzięki naszej Mamie, już po krótkim czasie wraz z moim bratem Jurkiem
nauczyliśmy się sami sprawnie ugotować to, co było do zjedzenia dla
siebie, Mamy i pani Heppe. Dużo więcej kłopotów sprawiało zdobycie czegoś
do jedzenia. Początkowo stosunkowo dobry i smaczny chleb był dostępny w
miejscowym sklepie Selpo (rodzaj naszej gminnej spółdzielni) za pieniądze
i bez ograniczeń ilościowych. Można też było kupić żółty cukier (rodzaj
melasy), cukierki, kaszę jaglaną, herbatę, marmoladę i mąkę. Ten komfort
trwał niestety bardzo krótko, bo tylko miesiąc, do czerwca 1941 roku. Z
chwilą wybuchu wojny sowiecko-hitlerowskiej praktycznie ustała sprzedaż
nieracjonowana. Najpierw nastąpił okres wyczekiwania — przywiozą lub nie
przywiozą. Częściej wcale nie przywozili. Wkrótce jednak wprowadzono
kartki na chleb, cukier i kaszę. Dwieście gramów chleba dla pracującego i
sto gramów na
iżdiwieńca, czyli pozostającego na utrzymaniu.
Stopniowo jakość pieczywa zaczęła się pogarszać. W miarę coraz częściej
wypisywanych państwowych haseł-nakazów „Wszystko dla frontu, wszystko dla
zwycięstwa” z aprowizacją stawało się coraz gorzej. Doszło do tego, że po
chleb pieczony z prosa trzeba było chodzić z woreczkiem, bo rozsypywał się
w czasie sprzedaży. Jedliśmy ten chleb tylko przy użyciu łyżeczki.

W lecie zdobywanie żywności było oczywiście
łatwiejsze. Po zakończeniu lekcji w szkole zaczęliśmy odwiedzać pobliski
las i poznawać jego syberyjskie bogactwa. Przede wszystkim jagody.
Najwcześniej pojawiły się dzikie truskawki — lesnaja kłubnika.
Ich smak był wspaniały. Zdaniem także naszych dorosłych osób były
nieporównywalne smakowo i zapachowo do znanych nam odmian ogrodowych.
Niestety, wobec zupełnego braku w sklepie cukru nadawały się przede
wszystkim do spożycia na surowo. Podobnie jak grzyby syrojeszki, które były smaczne i — zdaniem miejscowych kolegów —
całkowicie bezpieczne do jedzenia na surowo. Z jagód były również leśne,
dzikie poziomki, niezbyt duże, ale słodkie i nadzwyczaj aromatyczne,
pachnące subtelnymi zapachami różnych owoców. Pewnego dnia znaleźliśmy w
lesie kępę dzikiego czosnku. W smaku i zapachu bardzo przypominał nasz
polski czosnek, ale był łagodniejszy. Według zapewnień dziadka Kuźmienki
ten czosnek z syberyjskich lasów jest bardzo zdrowy, szczególnie
przeciwdziała
cyndze, czyli szkorbutowi (wypadanie zębów),
powszechnemu wśród zesłańców zamkniętych w obozach. Kiedy wracaliśmy do
domu obładowani jagodami, czosnkiem i grzybami, byliśmy naprawdę dumni z
naszych dokonań. Pomagali nam w tym szkolni, miejscowi koledzy. Byli nam
przyjaźni, a my im. Wowka i Sasza z mojej klasy, obaj lnianozłoci
blondyni, jeden starszy ode mnie o rok, a drugi — rówieśnik, często w
czasie leśnych wędrówek pytali mnie o szereg szczegółów z mojego
codziennego życia w Polsce. Mimo że jak na swój wiek byli bardzo oczytani,
albo może właśnie dlatego, zamęczali mnie najróżniejszymi pytaniami. Na
przykład pytali: Jak był urządzony nasz dom, nasze mieszkanie? Jakie
miałem zabawki? Jak wyglądała klasa w szkole? Czy naprawdę w polskich
szkołach chłopcy uczą się osobno, a dziewczynki osobno? Jak się zapala
gaz, żeby uniknąć eksplozji? Czy prąd elektryczny jest bezpieczny? Jak
mieszkałem na pierwszym piętrze, to gdzie chodziłem „na stronę”? Kiedy
wyjaśniłem, że ubikacja była wewnątrz w mieszkaniu, to musiałem potem
tłumaczyć, co to jest i jak działa spłuczka klozetowa i kanalizacja.
Pytali ponadto, czy w Polsce można było swobodnie, bez przepustki, jechać
z jednego dużego miasta do drugiego? Czy węglem kamiennym rzeczywiście
można palić w piecu w zwykłym mieszkaniu? Czy węgiel kamienny (oni znali
tylko węgiel drzewny) jest naprawdę twardy jak kamień? Kiedyś zadali mi
pytanie, czy to prawda, że u nas są prywatne sklepy? A jeżeli tak, to
gdzie ci kapitaliści kradną towar, żeby go potem sprzedawać kupującym?
Przyznam, że jako chłopcu, imponowało mi trochę to udzielanie, czasem
trudnych dla mnie, odpowiedzi na takie pytania, ale z drugiej strony
przekonałem się wkrótce, że i ja mogę się od nich wiele dowiedzieć i
nauczyć. Oni zdawali sobie sprawę, że pochodzimy z innego świata, gdzie
czymś normalnie było w domu radio, światło elektryczne i gaz, a także
ciepła i zimna woda. Szybko jednak przekonaliśmy się, że jako rówieśnicy,
mamy znacznie więcej wspólnego niżby to wynikało z różnic narodowości,
urodzenia w innych częściach świata i odmiennej sytuacji
społeczno-politycznej.

W szkole my, jako polscy chłopcy, właściwie nie
mieliśmy żadnych problemów, ani z kolegami, ani z nauczycielkami.
Miejscowi chłopcy z mojej klasy, początkowo trochę nieufni, szybko
wchłonęli nas, czwórkę Polaków, i nie było między nami żadnych bójek,
kuksańców ani innych zgrzytów czy złośliwości. Pamiętam jeden drobny
przypadek z… nauczycielką arytmetyki. Pewnego dnia, w czasie lekcji,
nauczycielka ostrzyła ołówek, kiedy spadł jej ze stołu składany nożyk,
rodzaj tak zwanego kozika. Jako nowy uczeń, siedziałem w pierwszej ławce,
więc zerwałem się z miejsca, podbiegłem, schyliłem się na podłogę i
chwyciłem kozik za ostrze, aby podać go nauczycielce. Ona jednak również
nachyliła się gwałtownie, położyła rękę na mojej i powiedziała:


Oddaj malczik, eto moj nożik.

Oczywiście oddałem. Potem obojgu nam było chyba trochę
głupio. Zbliżał się koniec roku szkolnego. Jako nowi, nie mieliśmy nic
zadane do domu, więc po lekcjach koncentrowaliśmy się na zdobywaniu
produktów spożywczych.

Pierwszy prawdziwy zarobek

Tym razem zupełnie nieoczekiwanie udało mi się
uczciwie i legalnie zarobić półkilową osełkę prawdziwego, świeżego masła.
Jeden z kolegów zaproponował mi pracę w tak zwanych zielonych żniwach.
Chodziło o ścinanie gałązek brzozowych, używanych powszechnie w baniach,
czyli w łaźniach parowych, jako wieników. Są to
miotełki z gałązek brzozowych wraz z listkami. Byłem specjalnie pouczony,
jakie gałązki i jak należy je ścinać. Jak i czym je związywać oraz jaką
powinny mieć grubość. Pamiętam, że uchwyt miotełki miał mieć pięć
centymetrów średnicy, aby łatwo można było ją uchwycić i trzymać spoconą,
mokrą ręką. Takie miotełki przygotowuje się późną wiosną, kiedy świeże
łodygi i listki są jeszcze młode, ale już silne. Miotełki używane są do
lekkiego biczowania rozgrzanego ciała w łaźni parowej. Dziadek Kuźmienko
powiedział mi, że takie biczowanie ma, dzięki namoczonym listkom
brzozowym, leczniczy wpływ na odporność ludzkiej skóry na liszaje,
odmrożenia i inne kłopoty dermatologiczne. Na Ukrainie używa się też
dębowych miotełek, ale na Syberii liściaste drzewa to tylko brzozy, olsze,
wierzby i topole. Z nich wszystkich tylko brzoza ma najwięcej cennego
garbnika i składników leczniczych. Zapasy miotełek suszy się i odpowiednio
przechowuje, przeważnie na strychach, w niezbędnej ilości, aby wystarczyły
aż do następnej wiosny. Bezpośrednio przed użyciem suszone miotełki moczy
się w ciepłej wodzie, aby nie kruszyły się i zbyt nie drapały skóry. Babka
kolegi zajmowała się właśnie przygotowywaniem tych miotełek na potrzeby
własne i na późniejsze odsprzedanie ich tym sąsiadom, którym zabraknie.
Takim sposobem za popołudniową, uczciwą i wydajną pracę, mając niecałe
jedenaście lat, w ciągu trzech dni zarobiłem bardzo potrzebne nam masło.

Czeremchowe lądowanie

Pewnego dnia mnie i Jurka miejscowi koledzy zabrali na
„lądowanie”. Nie bardzo wiedzieliśmy, o co chodzi, ale poszliśmy chętnie.
Okazało się, że niedaleko Sosnowki, w pobliżu rzeczki, rośnie naturalna
aleja czeremchowa. Były to wysokie krzewiaste drzewa, osiągające wysokość
od trzech do czterech metrów. Obsypane były pachnącymi, białymi kwiatkami
zebranymi w gronka. Kola powiedział, że latem obrodzą smacznymi owocami z
pestką. No dobrze, pytamy z Jurkiem:

— Ale gdzie to lądowanie?

— A zaraz będziemy lądować, tylko najpierw trzeba
się wdrapać jak można najwyżej.

Otóż, jak wspomniałem, czeremcha niema jednego grubego
pnia i konarów, lecz liczne (do kilkunastu albo nawet kilkudziesięciu z
jednego korzenia), długie, elastyczne łodygi-gałęzie, o grubości
chłopięcego ramienia. I właśnie na taką gałąź trzeba było się wspiąć o
własnych siłach jak można najwyżej, ale tak żeby nie złamać gałęzi. Kola
nam to zademonstrował. Wdrapał się na około trzy i pół metra, po czym
powoli rozhuśtał gałąź objętą nogami na zewnątrz, aż w pewnym momencie
zaczęła się uginać do ziemi. Wtedy opuszczony na dół Kola energicznie
odbił się nogami od ziemi. Gałąź powoli wyprostowała się do pionu i znowu
opadła z Kolą po przeciwnej stronie i tak na przemian. Ogromnie nam się to
spodobało. Kiedy tak się wspinaliśmy, zacząłem się trochę obawiać o Jurka,
ale dzięki temu że był on z nas najlżejszy, po paru minutach śmigał
najlepiej z całej naszej piątki. Oczywiście każdy „lądował” z osobnego
krzewu. Bawiliśmy się tak chyba ze dwie godziny. Żadna gałąź nie złamała
się i nikt z nas nie podrapał się.

Pierwszy raz w tajdze

Kiedyś w letnią, pogodną sobotę Sasza zaprosił mnie na
pieszą wędrówkę z jego dziadkiem, który chciał udać się do tajgi (z
nocowaniem) do swego brata, pracującego z brygadą lesorubów (drwali)
przy wyrębie przecinek. Dziadek zgodził się na mój udział, ale pod
warunkiem uzyskania zgody mojej Mamy. Oczywiście pierwsze podejście było
niepomyślne. Mama zdecydowanie odmówiła. Dopiero przekonujące poparcie ze
strony Kuźmienki i jego zapewnienie, że zarówno dziadek-przewodnik, jak i
dziadek-drwal to ludzie poważni i godni zaufania swojacy, zresztą też
zesłańcy z Ukrainy, spowodowało, że Mama zgodziła się na moją eskapadę do
lasu. Zwłaszcza, że dziadek Saszy miał ze sobą tulską dwururkę, bo był
doświadczonym myśliwym. Wspierający moją wyprawę dziadek Kuźmienko przy
Mamie i Jurku udzielił mi przestrogi, żeby będąc w lesie, nigdy nie
zbliżać się do napotkanego padłego zwierzęcia. Obecnie przy ciepłej
pogodzie znajdują się tam zazwyczaj roje różnych owadów, które atakując
znajdującego się w pobliżu człowieka, mogą przenieść z padliny zarazki
bardzo niebezpiecznej choroby, zwanej tutaj sibirskaja jazwa
(wrzody syberyjskie). Są to nadzwyczaj trudno gojące się rany, które
wyczerpują organizm ludzki i często kończą się nawet zejściem śmiertelnym.

Był to mój pierwszy wypad do głębokiego lasu, do
prawdziwej tajgi. Po drodze wielokrotnie zatrzymywaliśmy się, a to na
kępie smakowitych borówek, a to znów w gęstwinie malin, które chłonąc
łapczywie promienie słoneczne, szybko nabierały słodkiego smaku i
cudownego aromatu. W innym miejscu trafiliśmy na polanę grzybów jadalnych,
których nazwy nie pamiętam, ale wiem, że nazywano je syrojeszki, czyli surowojadki. Było ich dużo. Zebraliśmy je do
wielkiego plecaka, który na swoich plecach niósł dziadek. Plecak był
oryginalny, bo wykonany… z kory brzozowej. Bez użycia nici, drutu albo
innych metalowych części. Nazywał się kuzow, a więc tak samo, jak skrzynia
ciężarowego samochodu. Okazało się, że nadaje się nawet do przenoszenia
wody. Był szczelny i lekki. Szelki tego plecaka były również wykonane z
dwóch albo trzech warstw kory brzozowej. Dziadek opowiadał, że takie
plecaki są bardzo trwałe i wykonuje się je na wiosnę, kiedy dostatecznie
gruba kora większych drzew brzozowych jest odpowiednio elastyczna. Są albo
szyte młodymi gałązkami brzozowymi lub wąskimi paskami tejże kory
brzozowej, albo szczelne klejone… sokiem, a właściwie płynną, rzadką
żywicą brzozową. Ta żywica na wiosnę jest bardzo smaczna, trochę słodka i
chętnie używana, zwłaszcza przez dzieci, jako zdrowy i orzeźwiający napój.
Okazało się, że uformowany w kształt spłaszczonej rury plecak z
odpowiednio wykonanym dnem po wymoczeniu w żywicy brzozowej jest przez
chwilę „wypiekany” w gorącym wnętrzu pieca piekarskiego, nasadzony na
specjalną formę wykonaną z drewna. Tam żywica brzozowa, z jakimś dodatkiem
innej żywicy, nabiera właściwości skutecznie, trwale i szczelnie
klejących. Oczywiście plecak ma też pokrywę. Jest bardzo lekki, wygodny i
praktyczny w użyciu.

W czasie dalszej wędrówki trafiliśmy na rozległą
polanę, na której źdźbła trawy wyłaniały się z powierzchni wody. Ten
podmokły teren sprawił, że gwałtownie zaatakowały nas chmary komarów i
maleńkich, szczególnie wrednych meszek. Dziadek był na to przygotowany.
Wyjął z plecaka buteleczkę skipidara, czyli
terpentyny — produkowanej tu w lesie sposobem rzemieślniczym przez
leśników smolarzy. Następnie z tegoż plecaka wydostał spory kawałek siatki
rybackiej o drobnych oczkach. Podzielił ją na trzy części i zmoczył
obficie terpentyną. Z ułamanych gałązek wykonał trzy kółka o średnicy
trochę większej od ludzkiej głowy. Rozpostarte siatki przymocował trawą do
ułożonych na nich kółek i te położył na naszych głowach. Głowy i szyje pod
takimi baldachimami były skutecznie chronione przed atakami
rozwścieczonych owadów.

Kiedy pod wieczór dotarliśmy do szałasów lesorubów, ci czekali już na nas. Przystąpili do rozpalenia
przygotowanego już wcześniej ogniska. Okazało się, że w pobliżu
przepływała spora rzeka, którą spławiane były bale ściętego i ociosanego z
gałęzi drewna. Na kolację przygotowano oczywiście zupę rybną, czyli uchę.
Pamiętam, że była bardzo smaczna. Nie tylko dlatego, że byliśmy naprawdę
głodni, ale dzięki licznym wonnym dodatkom pochodzącym wprost z tajgi.
Była tam więc i dzika cebula, i jakieś zioła oraz korzenie leśnych roślin,
na których gospodarz znał się doskonale. W czasie rybnej kolacji, podczas
której po zupie podane były ryby pieczone na ognisku w glinie, drwale
pytali z zaciekawieniem o różne nowiny. Mną nie interesowali się
specjalnie. Byłem z tego zadowolony, bo dawało mi to okazję do
przyglądania się im i wsłuchiwania w rozmowę. Dziadek wyjaśnił krótko, że
jestem od
piereseleńców, czyli przesiedlonych z Polski.

Dziadek, jak się zorientowałem, niewiele miał do
opowiadania, bo w Sosnowce nie było radia, a jedyna okręgowa gazeta
nowosybirska docierała pocztą rzadko i z opóźnieniem. Opowiadał więc o
miejscowych zdarzeniach i plotkach. Szybko przekonałem się, że drwale nie
obawiali się wiadomości o nowym poborze do armii, bo ze względu na swój
zawód mieli liczne trwałe i widoczne kontuzje. Jeden z nich nie miał
czterech palców u lewej ręki. Inny miał uszkodzony bark. Najmłodszy z nich
był pozbawiony ucha, które kiedyś obciął konar zwalanego drzewa cedrowego.
Potem przyszedł czas na muzykę. Była więc gitara i bałałajka. Grano liczne
rosyjskie i ukraińskie melodie, które niczym niezakłócane, rozbrzmiewały
wśród leśnej ciszy. Byłem oczarowany melodiami, dowcipnymi czastuszkami i
solowymi występami starego drwala. W przerwie tej muzycznej uczty
odezwałem się po rosyjsku i powiedziałem, że z wujkiem Griszą to jesteśmy
właściwie krewni. Grisza to był ten drwal pozbawiony ucha. W Rosji jest
przyjęte, że wobec braku formy zwracania się per pan albo pani dzieci
zwracają się do mężczyzn per diadia, czyli
wujek, a do kobiet per
tiotia, czyli ciocia. Moje oświadczenie o
pokrewieństwie z diadią Griszą wywołało nie lada zdziwienie. Otóż wyjaśniłem, że
ojciec mojej Mamy, a więc mój dziadek, nosi nazwisko Bezucha. Wszyscy
zaczęli się śmiać i zapytali, czy to prawda i czy oznacza to samo, co po
rosyjsku. Potem dziadek-drwal wstał i powiedział do Griszy:

— Uszka wprawdzie nie masz, ale rodzinę masz w Ewropie, gratuluję ci, chłopcze.

Spaliśmy pokotem w leśnym szałasie. Przed szałasem
przez całą noc paliło się ognisko, aby odstraszyć ewentualnych
niepożądanych czworonogów. Nazajutrz przy pożegnaniu dostaliśmy od drwali
po kilkanaście sztuk posolonych i wysuszonych na słońcu ryb, zwanych
wobła. Grisza uściskał mnie i przekazał pozdrowienia dla rodziny. W drodze
powrotnej spotkaliśmy trzech myśliwych na koniach, którzy polowali na
borsuki i białe wiewiórki, zwane tam biełki. Te
syberyjskie wiewiórki są nieco większe od europejskich, znanych u nas z
parków i lasów, mają znacznie obfitsze futro o pięknym śnieżnobiałym
kolorze. Myśliwi mówili, że w zimie trudno je dostrzec na śniegu.
Pogawędzili chwilę z dziadkiem, wypalili samoskręty z machorki zawijane w
gazetę, i pojechali dalej. Zaraz potem zatrzymali się i podziwiali
olbrzymią sosnę cedrową. My natomiast trafiliśmy na skarpę leśnych,
dzikich truskawek i uzbieraliśmy ich sporo, jako cenne trofeum z wyprawy.
Wycieczka sprawiła mi nie tylko przyjemność, ale wywarła na mnie też
wielkie wrażenie. Zobaczyłem, chyba po raz pierwszy w życiu, jak żyją i
pracują, a także jak się odżywiają i śpiewają, w lesie zwyczajni, rosyjscy
ludzie pracy. Bez bagnetów na karabinach, bez wojskowych mundurów oraz bez
poczucia jakiejś bliżej nieokreślonej i nieograniczonej władzy. Zaskoczyło
mnie też, że nie pili wódki ani samogonu, czyli bimbru.

Kiedy wróciłem do domu i opowiadałem o wyprawie, Mama
zwróciła mi uwagę, że może sprawiłem przykrość Griszy. Ale w końcu uznała,
że nie było to żartowanie z cudzego nieszczęścia, tylko zwrócenie uwagi na
swego rodzaju autentyczny zbieg okoliczności.

Wędkowanie bez wędki

W szkole skończyły się zajęcia. Mieliśmy więc z bratem
więcej czasu na zdobywanie różnymi sposobami pożywienia. Koledzy ze szkoły
pokazali nam, jak łowi się ryby na pieremiot, czyli na
przerzutkę. Polegało to na tym, że do wbitego na brzegu w ziemię kołka
przywiązywało się sznurek długości kilkunastu albo kilkudziesięciu metrów,
zależnie od szerokości rzeki. Do sznurka wcześniej należało przywiązać, w
odstępie co trzydzieści centymetrów, ćwierćmetrowe przypony, czyli odcinki
splecionego włosia z końskiego ogona z umocowanymi na końcu haczykami
wędkarskimi. Na drugim końcu sznurka mocowało się cegłę, najlepiej
wytoczoną w kształcie dysku z otworem w środku. W odległości około metra
od cegły mocowało się pływak z suchej kory sosnowej. Po założeniu robaków
lub małych, żywych rybek na haczyki, należało wprawnym, zamaszystym rzutem
ceglany dysk umieścić w wodzie, jak najdalej od brzegu rzeki. Wspomniany
pływak powodował, że haczyki nie spoczywały na dnie rzeki, lecz unosiły
się około pół metra nad nim. Już po kilku minutach, chwytając w palce
napięty sznurek w pobliżu kołka, wyczuwało się wyraźne szarpnięcia
pojedynczych ryb. Oznaczało to, że należy jeszcze cierpliwie czekać.
Dopiero wyraźnie odczuwalne drżenie sznurka wskazywało, że wiele ryb już
chwyciło i można przystąpić do energicznego wyciągania przerzutki. Czasami
po godzinie takich połowów mieliśmy ponad pół wiaderka ryb różnej
wielkości, co stanowiło zadowalający połów na śniadanie dla całej rodziny.
Z czasem nasze skromne umiejętności życzliwie poprawiali i uzupełniali
starsi wędkarze, którzy mówili nam, w jakiej porze dnia i roku jest
najlepsze branie i przy jakiej pogodzie. Kiedy i na które haczyki oraz jak
należy nakładać nie robaki, ale żywce, to znaczy małe, żywe rybki.

Moja frapująca ciąża

Wobec tego, że miejscowy sklep, zwany tam Selpo,
rodzaj naszej dawnej rodzimej Gminnej Spółdzielni (GS), coraz częściej
świecił pustkami, jeszcze boleśniej dokuczał nam brak niektórych
podstawowych składników pożywienia.

Był słoneczny wtorek, kiedy przyszedł do mnie szkolny
kolega Dima, czyli Dimitrij, i powiedział, że jest bardzo głodny. Nie
miałem czym go poczęstować i zgodnie z prawdą powiedziałem, że ja też
jestem głodny. Wtedy Dima zaproponował, żebyśmy poszli zabawić się w bieriemiankę, czyli w ciążę. Propozycja była zaskakująca i szokująca. Nie
miałem zielonego pojęcia, o co chodzi i jak się to właściwie robi, w końcu
miałem dopiero jedenaście lat. Dima stwierdził stanowczo, że idziemy tylko
we dwóch, bez mojego młodszego brata i bez jego młodszej siostry Kati. Nie
ukrywam, że przeleciała mi przez głowę myśl o jakiejś bliżej
nieokreślonej, dotychczas nieznanej i nieuświadomionej inicjacji. On
ocenił, że moja koszula nie nadaje się do „ciąży”. Poszedł więc do siebie
do domu i po chwili przyniósł, żeby mi pożyczyć, swoją drugą rosyjską
rubachę, czyli koszulę ze stojącym kołnierzykiem, przepasywaną mocno na
biodrach przepaską. Przebrałem się, ale nadal w strachu — nie wiedziałem
bowiem, co to będzie. Wtedy Dima powiedział: „Paszli!”.
Poszedłem w ślad za nim na drugi koniec wioski, gdzie stał ambar,