Strona główna » Poradniki » W pogoni za wielką rybą. Medytacja. Świadomość. Kreatywność

W pogoni za wielką rybą. Medytacja. Świadomość. Kreatywność

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-65170-92-7

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “W pogoni za wielką rybą. Medytacja. Świadomość. Kreatywność

Reżyser filmowy David Lynch dzieli się refleksjami na temat kreatywności, medytacji i rozwijania w sobie procesu twórczego.

W swojej książce słynny reżyser opowiada o tym, jak rodzą się pomysły i w jaki sposób zabrać się do ich realizacji. Wszystkie rozmyślania Lynch opiera na przykładach własnych doświadczeń jako artysty – skąd biorą się jego wizje, które najbardziej do niego przemawiają, a w końcu jak kreatywną myśl przełożyć na czyny.

W pogoni za wielką rybą to nie tylko wspaniała gratka dla fanów Davida Lyncha i jego twórczości, ale również wyjątkowa książka dla każdego, kto chciałby obudzić w sobie kreatywność i chęć do działania.

Polecane książki

Esej o aktorach i teatrze francuskim został zredagowany przez Humboldta na podstawie zapisków, które młody uczony prowadził regularnie w Paryżu od grudnia 1797 do sierpnia 1799, i które zostały wydane drukiem dopiero w XX wieku. Duża część obserwacji, notowanych w celu wykorzystania ich w przysz...
Autentyczne, wstrząsające i dramatyczne losy młodego człowieka walczącego o wolność Polski, który trafia, jak wielu innych Żołnierzy Wyklętych do celi śmierci w stalinowskim więzieniu. Cudem ocalony od śmierci, ratuje również swoje świadectwo życia: pamiętnik walki i wiersze więzienne. Książka wydan...
Milioner Rafael Sanguardo podczas pokazu mody poznaje modelkę Celeste Philips. Czuje, że jest ona absolutnie wyjątkowa. Chce ją bliżej poznać, lecz Celeste ma powody, dla których nie umawia się z nikim na randki. Rafael jest gotowy na wszystko, by ją zdobyć. Wyjazd za Celeste na Hawaje będzie...
30 czerwca 2018 r. wprowadzono nowy mechanizm udzielania przedsiębiorcom wsparcia w podejmowaniu nowych inwestycji na terytorium Polski. Nowe zasady wprowadziła ustawa z 10 maja 2018 r. o wspieraniu nowych inwestycji (Dz. U. z 2018 r. poz. 1162). Co ważne, nowe regulacje niejako uzupełniły przepisy ...
Połowa rodzących się dziś na Zachodzie dzieci będzie żyć ponad 105 lat. Ich rodzice i dziadkowie także dożyją sędziwego wieku. Czy zastanawialiście się kiedyś nad tym, co zrobić z tak długim życiem? Autorzy książki 100-letnie życie Lynda Gratton i Andrew Scott zrobili to za Was. Po pierwsze, ich zda...
Ona jest jego busolą. On jest jej stroną świata. Od lat się kochają i patrzą w tym samym kierunku – ostatnio w stronę Pałacu Elizejskiego. Już tam są... Macronowie wierzą w swoją dobrą gwiazdę. Są fascynujący, podobnie jak dzielące ich dwadzieścia cztery lata, które intrygują. Jak historia ich m...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa David Lynch

Z dedykacją dla jego świątobliwości
Maharishiego Yogi

WSTĘP

Pomysły są jak ryby.

Jeżeli chcecie łowić płotki, możecie brodzić w płytkiej wodzie. Jeśli jednak zapragniecie upolować grubą rybę, musicie wejść głębiej. Na głębokich wodach ryby są bardziej dorodne i szlachetniejsze. Większe i bardziej abstrakcyjne. A także piękniejsze.

Szukam określonego, istotnego dla mnie typu ryb – takiego, który da się przełożyć na język kina. W głębokiej wodzie znaleźć można różne ich rodzaje. Są tam ryby odpowiednie dla biznesu i dla sportu. Ryby na każdą okazję.

Wszystko, co ma znaczenie, bierze się właśnie z głębin. Współcześni fizycy nazywają ten wymiar jednolitym polem. Im bardziej rozszerza się nasza świadomość, tym bardziej zbliżamy się do tego źródła i tym większe ryby możemy złowić.

Trzydziestotrzyletnie osobiste doświadczenie z programem medytacji transcendentalnej wywarło bardzo istotny wpływ na moje filmy, obrazy oraz wszystkie aspekty mojego życia. Dzięki niej mogłem zanurkować głębiej i poszukiwać grubych ryb. W swojej książce chciałbym się podzielić z wami doświadczeniami z tej przygody.

PIERWSZE NURKOWANIE

Ten, którego szczęście pochodzi z jego wnętrza, którego radość płynie z wnętrza, którego światłość bierze się z wewnątrz, ten jogin, będący jednością z brahmanem, zyskuje wieczną wolność w boskiej świadomośc*.

– Bhagawadgita

Usłyszawszy po raz pierwszy o medytacji, nie zainteresowałem się nią w najmniejszym nawet stopniu. Ten temat w ogóle mnie nie pociągał. Uważałem, że to strata czasu.

Zaintrygowało mnie jednak zdanie: „Prawdziwe szczęście bierze się z wnętrza”. Na początku sądziłem, że to trochę pokrętne, ponieważ nie wiadomo, gdzie szukać tego „wnętrza” ani jak się do niego dostać. Ale zdanie to miało w sobie jakąś prawdę. Pomyślałem, że być może sposobem na dotarcie do wnętrza jest medytacja. Przyjrzałem się zagadnieniom związanym z medytacją, zadałem kilka związanych z nią pytań i zacząłem badać różne jej rodzaje. Wówczas zadzwoniła do mnie moja siostra i oznajmiła, że od sześciu miesięcy ćwiczy medytację transcendentalną. Wyczułem w jej głosie coś niezwykłego – jakąś zmianę i pewien rodzaj szczęścia. Pomyślałem, że tego właśnie pragnę.

I tak w lipcu 1973 roku udałem się do ośrodka medytacji transcendentalnej w Los Angeles, gdzie poznałem instruktorkę, która przypadła mi do gustu. Wyglądała jak Doris Day. To ona nauczyła mnie techniki medytacji. Zademonstrowała mi mantrę, czyli kombinację dźwięku, wibracji i myśli. Jest to bardzo specyficzny typ medytacji, gdyż medytując, nie skupiamy się na znaczeniu samej mantry.

Instruktorka zaprowadziła mnie do niewielkiego pokoju, w którym miałem odbyć swoją pierwszą sesję medytacyjną. Usiadłem, zamknąłem oczy, rozpocząłem mantrę i nagle poczułem się tak, jakbym stał w windzie, w której ktoś odciął wszystkie podtrzymujące ją liny. Bum! Znalazłem się w stanie czystego błogostanu. Po prostu w nim trwałem. Usłyszałem głos instruktorki: „Czas już wracać, minęło dwadzieścia minut”, ja zaś zapytałem z niedowierzaniem: „MINĘŁO DWADZIEŚCIA MINUT?”. Uciszyła mnie, gdyż poza mną medytowały tam jeszcze inne osoby. Doznane uczucie wydawało mi się znajome, a jednocześnie tak świeże i silne. Po zajęciach oświadczyłem jej, że słowo „niepowtarzalny” powinno być zarezerwowane wyłącznie dla tego doświadczenia.

Wpadamy do oceanu czystej świadomości, czystej wiedzy. Ale czujemy się jak w domu – to wciąż my. Natychmiast pojawia się poczucie szczęścia – nie chodzi mi tu o narkotyczne otępienie, lecz o skoncentrowane przeżycie piękna.

Od trzydziestu trzech lat nigdy nie opuściłem żadnej medytacji. Medytuję dwadzieścia minut rano i tyle samo po południu. Później zajmuję się swoimi codziennymi sprawami. Odkryłem, że dzięki temu czerpię więcej przyjemności z tego, co robię. Mam wyostrzony zmysł intuicji. Odczuwam więcej radości i mniej negatywnych emocji.

* Przekład własny – przyp. tłum.

KRĘPUJĄCY GUMOWY KOSTIUM KLOWNA

Łatwiej byłoby zwinąć całe niebo do postaci niewielkiej szmatki, niż osiągnąć prawdziwe szczęście bez uprzedniego poznania samego siebie.

– Upaniszady

Na początku mojej przygody z medytacją dręczyły mnie obawy i niepokój. Czułem w sobie przygnębienie i gniew.

Zdarzało mi się wyładowywać ten gniew na swojej pierwszej żonie. Po upływie dwóch tygodni medytowania żona podeszła do mnie i zapytała: „Co się dzieje?”. Przez chwilę milczałem, a w końcu zacząłem się dopytywać, co ma na myśli. Odparła: „Gdzie się podział twój gniew?”. Nawet nie zdałem sobie sprawy z tego, że już go nie ma.

Ów gniew oraz przygnębienie można porównać do krępującego, gumowego, negatywnie oddziałującego kostiumu klowna. Duszę się w nim, a guma, z której jest wykonany, cuchnie. Wraz z rozpoczęciem medytacji i zanurzania się w głąb siebie kostium zaczyna się rozpuszczać. Razem z gniewem znika też cały ten odór, w końcu uświadamiamy sobie, jak bardzo był odrażający. Pozbywszy się tego balastu, nareszcie możemy się cieszyć wolnością.

Gniew, przygnębienie i smutek to ciekawe elementy jakiejś opowiadanej historii, ale dla artystów, a zwłaszcza dla filmowców, są niczym trucizna. Działają jak imadło ograniczające kreatywność. Jeżeli tkwimy w tym imadle, to zaczynamy mieć kłopoty nawet ze wstaniem z łóżka, a co dopiero z doświadczaniem nurtu kreatywności i nowych idei. Jeżeli chcemy tworzyć, musimy mieć czysty umysł. Pomysły trzeba łowić niczym ryby.

POCZĄTKI

Na początku byłem po prostu zwykłym chłopcem dorastającym w północno-zachodniej części USA. Mój ojciec – naukowiec zatrudniony w Departamencie Rolnictwa – zajmował się drzewami. W związku z tym sporo czasu spędzałem w lasach. Dla dziecka las to magiczne miejsce. Dotychczas mieszkałem w małych miasteczkach. Cały mój świat mieścił się w obrębie jednej, góra dwóch przecznic. Moje życie rozgrywało się wewnątrz tego obszaru. Marzenia i przyjaciele – wszystko to istniało w tym małym światku. Dla mnie był on jednak czymś olbrzymim i pełnym magii. Miałem dużo czasu, by marzyć i przebywać z przyjaciółmi.

Lubiłem malować i rysować. Wydawało mi się, że gdy dorosnę, nie będę mógł dłużej tego robić, bo wtedy będę zmuszony zająć się czymś poważnym. Będąc uczniem dziewiątej klasy, musiałem wraz z rodziną przeprowadzić się do miasta Alexandria w stanie Wirginia. Pewnej nocy na podwórku przed domem mojej dziewczyny poznałem faceta, który nazywał się Toby Keeler. W czasie rozmowy powiedział, że jego ojciec jest malarzem. Pomyślałem, że być może maluje on mieszkania, ale po chwili zrozumiałem, że jest jednak artystą.

Ta rozmowa odmieniła moje życie. Interesowałem się co prawda nauką, ale nagle uświadomiłem sobie, że chcę być malarzem. Zapragnąłem wieść życie artysty.

ŻYCIE ARTYSTY

W liceum przeczytałem książkę Roberta Henriego The Art Spirit, w której pojawił się obraz życia nastawionego na sztukę. Dla mnie oznaczało to poświęcenie się malarstwu – całkowite oddanie się tej pasji i traktowanie wszystkiego innego jako rzeczy drugorzędnych.

Wierzyłem, że to jedyny sposób, by dotrzeć naprawdę głęboko i odkryć coś nowego. Tak więc wszystko, co odwracało moją uwagę od ścieżki wiodącej ku nowym odkryciom, nie było dla mnie częścią tej ścieżki. Życie poświęcone sztuce to wolność. Sądzę, że oznacza to w pewnym sensie egoizm. Nie musi tak być, ale życie artysty wymaga, by mieć dość czasu dla siebie.

Bushnell Keeler, ojciec mojego przyjaciela Toby’ego, zwykł mawiać: „Jeżeli chcesz poświęcić godzinę na malowanie, to najpierw musisz znaleźć cztery godziny spokoju”.

W gruncie rzeczy to prawda. Nie da się po prostu zacząć malować. Trzeba na chwilę usiąść i stworzyć w głowie mentalny obraz tego, co chce się namalować, by móc podjąć odpowiednie kroki. Należy mieć też w pogotowiu wszystkie niezbędne materiały. Trzeba na przykład zbudować blejtram. Samo przygotowanie materiału, na którym powstanie obraz, zajmuje dużo czasu. Pomysł musi dać nam impuls do rozpoczęcia procesu tworzenia, ponieważ (jak w moim przypadku) dalej następuje proces akcji i reakcji. Zawsze jest to ciąg zdarzeń polegający najpierw na budowaniu, a później na niszczeniu. Po zniszczeniu odkrywam coś nowego i rozwijam to. Istotną rolę odgrywa w tym wszystkim natura. Łączenie ze sobą skomplikowanych materiałów – tak jak w przypadku procesu wygrzewania czegoś na słońcu lub użycia materiałów, które wzajemnie na siebie reagują – powoduje pewien typ reakcji organicznej. Potem należy po prostu spokojnie usiąść i długo badać to zjawisko. Nagle okazuje się, że wstajemy z krzesła i zaczynamy tworzyć dalej. To akcja i reakcja.

Jeżeli jednak wiemy, że za pół godziny koniecznie musimy być w jakimś miejscu, to nie da się tego osiągnąć. Życie poświęcone sztuce to wolność, dzięki której mamy czas potrzebny, by doświadczać dobrych rzeczy. Nie zawsze starcza go na inne czynności.

NOCNY OGRÓD

Tak więc zostałem malarzem. Malowałem obrazy i uczyłem się w szkole artystycznej. Nie interesowałem się filmem. Czasami chodziłem do kina, ale tak naprawdę wolałem malować.

Pewnego dnia siedziałem sobie w wielkim studiu mieszczącym się w Pensylwańskiej Akademii Sztuk Pięknych. Pomieszczenie podzielone było na małe wnęki, a ja znajdowałem się w jednej z nich. Dochodziła trzecia po południu. Pracowałem nad obrazem przedstawiającym ogród w nocy. Było na nim dużo czerni oraz zielone rośliny wyłaniające się z mroku. Nagle rośliny te zaczęły się poruszać, a ja usłyszałem szum wiatru. Nie brałem żadnych narkotyków! Pomyślałem sobie: „To fantastyczne!”. Przyszło mi do głowy, że film mógłby się okazać sposobem na ożywienie obrazów.

Pod koniec roku w akademii odbywał się konkurs malarstwa i rzeźby eksperymentalnej. Poprzedniego roku także brałem w nim udział. Tym razem postanowiłem zaprezentować ruchomy obraz. Specjalnie na tę okazję wykonałem ekran o wymiarach 180 na 240 cm. Wyświetliłem na nim prostą animację. Nazwałem ją Six Men Getting Sick (Sześciu mężczyzn, którym robi się niedobrze). Spodziewałem się, że moja kariera filmowca skończy się na tym jednym projekcie, ponieważ przygotowanie go kosztowało mnie fortunę – dwieście dolarów. Zdałem sobie sprawę, że zwyczajnie nie stać mnie na podążanie tą ścieżką. Jednak jeden ze starszych kolegów zobaczył mój projekt i zamówił taki sam dla siebie. Wtedy wszystko się zaczęło. Od tamtej pory mogłem rozwijać swoje filmowe pomysły. Krok po kroku, a właściwie skok po skoku, zakochałem się w tym medium.

KURTYNA W GÓRĘ

Zrozum, że natura to nic innego jak magiczny teatr.

Matka Natura to mistrzyni magii, zaś cały ten świat jest zaludniony różnymi jej aspektami.

– Upaniszady

Nie