Strona główna » Obyczajowe i romanse » Wewnętrzny zero

Wewnętrzny zero

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 97883-242-6408-7

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Wewnętrzny zero

Wewnętrzny zero to opowieść o rozczarowaniach i nadziejach rumuńskiego pokolenia lat osiemdziesiątych, prowadzona z perspektywy jednej z jego przedstawicielek, Cristiny. Banalna z pozoru codzienność, opisana oszczędnym, minimalistycznym językiem i z dużą dozą gorzkiej ironii, staje się kluczem do zrozumienia rozterek i dylematów głównej bohaterki, zagubionej trzydziestolatki próbującej odnaleźć sens w życiu zawodowym i osobistym. Proza Braniște to przenikliwa i celna diagnoza współczesności, nie tylko tej rumuńskiej. Lavinia Braniște – urodzona w 1983 r. w Braile prozaiczka, poetka, tłumaczka. Absolwentka studiów filologicznych w Klużu-Napoce. Zadebiutowała w 2006 r. tomikiem poezji Povești cu mine, w następnych latach wydała zbiory opowiadań Cinci minute pe zi (2011) oraz Escapada (2014). W 2016 r. opublikowała swoją pierwszą powieść – Interior zero (Wewnętrzny zero), która odniosła w Rumunii znaczny sukces czytelniczy. Braniște jest również autorką książek dla dzieci: Rostogol merge acasă (2016), Jungla lui Toco (2016), Rostogol păzeşte pepenii (2017) i Melcuşorul (2018).

Polecane książki

Książka prezentuje jasno sformułowane reguły, które pomogą utworzyć każdą formę czasownika. Przedstawia także najważniejsze regularne i nieregularne czasowniki w przejrzystych tabelach. W wyszukiwaniu czasownika pomaga alfabetyczna lista czasowników na końcu każdej książki. Dzięki tej książce można:...
Ultratajne Forum Organizmów Ziemskich i Kosmitów (UFOZiK) ma nowego członka. To Gaba – legitymacja numer 4118-25125A. Jej sławni klienci wiele razy powierzali jej opiekę nad małymi, hałaśliwymi dziećmi, i to na terenie niemal całego kraju. Nasz szpieg Edwina, legitymacja numer 4118-23432B, nabrał na...
Mimo że ułatwianie pracownikom kształcenia to jeden z obowiązków pracodawcy, musi on wyrazić zgodę na podnoszenie przez pracownika kwalifikacji zawodowych. Bez niej pracownik nie może domagać się skierowania na określony kurs lub zwolnień od pracy w celu odbywania zajęć. Aby wszystko było jasne, naj...
Monografia dr. Grzegorza Sulińskiego dotyczy jednego z najtrudniejszych teoretycznie i zarazem najbardziej doniosłych praktycznie problemów współczesnego prawa arbitrażowego, jakim stał się udział osoby trzeciej w postępowaniu arbitrażowym. Istotą bowiem arbitrażu handlowego jest jego umocowanie w ...
Konkurencja, krótki cykl życia produktów, postęp technologiczny spowodowały, że proces innowacyjny stał się bardziej kosztowny i ryzykowny. Wymusiło to na przedsiębiorstwach dzielenie się ryzykiem w pracach B + R oraz współpracę z innymi przedsiębiorstwami i organizacjami. W poszukiwaniu nowych źród...
Praca poświęcona jest przede wszystkim trzeciej części kampanii francuskiej 1814 roku. Okres ten rozpoczyna się 27 lutego bitwą pod Bar-sur-Aube i kończy 30 marca bitwą o Paryż. Jest to najmniej znany fragment dziejów kampanii 1814 roku, ale najbardziej dramatyczny. W publikacji przedłużono opis...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Lavinia Branişte

 

 

 

 

Mamie 

nie zebym był nadgorliwy, ale jestem czescia ekipy workers machine i nie moge się wychylać, takze do tej pory schudłem 8 kg, dziwnie tak czuc swoj szkielet, chyba mam za duza klatke piersiową, cholera wie. 2 listopada przyjezdzam do RO. Lavi, czy to mozliwe ze my nie rozumiemy zycia?

(vasile leac, w prywatnej wiadomości na Facebooku, październik 2014)

Wyjeżdżamy z biura koło dziewiątej. Schodzi wzburzona po schodach, mam wrażenie, że zaraz się z nich zwali, przechodzi przez drzwi recepcji, gdzie siedzę na krześle, i krzyczy za siebie, przez ramię, w stronę piętra:

– Panie Ursuuuuu, wychodziiiimyyy!

Powiedziała, że weźmie też mnie. Od ośmiu miesięcy chcę pojechać na budowę, teraz kompleks handlowy jest już na ukończeniu. Czasem wchodzę na link do podglądu obrazu z monitoringu i oglądam postępy prac.

Wysłała mi smsa o siódmej rano: Cristina, jak chcesz jechac na budowe, to ubierz sie cieplo i wez kalosze.

Otwiera drzwi, od razu wieje po nogach zimnym powietrzem.

– Mam też jechać? – pytam.

– Tak, tak, chodź!

W międzyczasie dzwoni jej telefon, odbiera i nie ma już wolnej ręki, żeby zamknąć drzwi, fala zimna zalewa nas coraz wyżej, ona już jest na zewnątrz, a ja mówię:

– Proszę chwilę poczekać, ja jeszcze szybko skoczę siku.

I po chwili:

– Timea, jadę na budowę, pilnuj telefonu.

– Dobra. – Słychać Timeę zza parawanu.

– Zamknijże w końcu te drzwi – rzuca za mną Paul Dobre, ale ja już jestem w kiblu i układam wielkie kawałki papieru toaletowego na muszli, potem czekam, aż z kranu zacznie lecieć ciepła woda, a tuż przy moim uchu zapala się głośno piecyk gazowy.

Wychodzę w pośpiechu, chwytam torebkę i płaszcz, podczas gdy na ulicy samochód już chodzi, a pan Ursu próbuje zapiąć pasy.

Siadam z tyłu, wyciągam pasy, chcę je zapiąć, ale nie mogę znaleźć tego czegoś, w co powinnam je wsadzić. Przez chwilę trzymam je w zaciśniętej pięści, po czym puszczam wolno.

Wiem o tym, że jest narwana również za kółkiem i że jeździ bardzo szybko, jestem tu od dwóch lat i już wiele osób mi o tym mówiło. Ale wsiadam do jej samochodu po raz pierwszy. 

Już na pierwszych światłach przeklina idiotów stojących w korkach, na następnych gada przez telefon, a na wylocie z miasta pyta:

– No i co można poradzić na wariatów, panie Ursu?

Po czym patrzy na mnie przez tylne lusterko i mówi:

– Zobaczysz, jaki teraz będzie cyrk.

Jestem sekretarką w firmie robiącej projekty z zakresu budownictwa, wzięli mnie ze względu na języki obce, w innym wypadku mój profil by się nie nadawał. 

Znałam dziewczynę, która była tu przede mną, najpierw poszła na macierzyński, a potem wyjechała z kraju. Szefowa nie miała czasu, żeby dać ogłoszenie, dziewczyna znała mnie, wiedziała, że szukam pracy i zaproponowała moją kandydaturę. Na rozmowie szefowa zauważyła moje dziury w CV. Ukryłam drugie magisterium, doktorat rzucony po trzech latach, drugi kierunek rzucony po dwóch. Co robiłaś w tym czasie? Współpracowałam z wydawnictwami, odpowiedziałam, a ona się przestraszyła, tutaj będziesz musiała tłumaczyć umowy i specyfikacje warunków zamówienia, żebyś mi tu tylko nie zaczęła pisać opowiadań.

Minął ponad miesiąc, zanim się zdecydowała, w końcu powiedziała, że wydałam jej się „pozytywna” i wezwała mnie na dwutygodniowe szkolenie. To było jakoś w grudniu. Zaraz po szkoleniu była impreza bożonarodzeniowa, a ja nagle złapałam się na tym, że zastanawiam się już nad przebraniem na bal maskowy.

Nieco ponad rok temu, przy pierwszym kontrakcie z generalnym wykonawcą, wyniuchała, że budowlanka to złoty interes. Zajmiemy się budownictwem, mówiła, zacierając ręce, zaraz po tym, jak zaczęła inkasować od klientów transze po milion euro każda. Każe mi wprowadzać faktury do systemu, a ja grupuję cyfry paznokciem na ekranie po trzy, żeby się zorientować, czy chodzi o dziesiątki, czy setki tysięcy, czy miliony. Mnie od pieniędzy kręci się w głowie.

W środy od 9 rano są zebrania na placach budowy, w naszym baraku zbierają się przedstawiciele klienta i podwykonawców, dyskutują i krzyczą jedni na drugich, a ona na wszystkich. Rozpiera ją duma, że jest kobietą w tym męskim świecie. „Wszyscy się pani boją, pani Liliano”, powiedział kiedyś Mircea Negoescu z MirConstruct, a ona się napuszyła i zapomniała na chwilę, jakie beznadziejne mieli wyniki przy testach betonu.

Budujemy kompleks handlowy na peryferiach Bukaresztu. 

Przy wjeździe na budowę stoją zaparkowane jeepy, jeden za drugim, i ona myśli na głos:

– Popatrz no tylko, jakie oni mają samochody… Tylko my się wozimy dusterem. 

Ona i jej mąż mają jedną czwartą firmy. Reszta należy do jakiejś hiszpańskiej grupy kapitałowej. Musi im wszystko raportować, co doprowadza ją do szału.

Wysiadamy wprost do morza błota i zaczyna mi być szkoda butów.

Plac budowy to miejsce, w którym czujesz, bardziej niż gdziekolwiek indziej, że jesteś kobietą. Ponieważ wszyscy się na ciebie gapią. Zaciekawieni, zaintrygowani, lubieżni, zastanawiasz się przez sekundę, co im się stało, po czym przypominasz sobie, że jesteś niespodziewanym zjawiskiem, które wzbudza zainteresowanie, ale nie chcesz dokładnie wiedzieć, z jakiego powodu. A, czekaj, przecież jestem kobietą, OK. Kiedy sobie pomyślę, że Mona, menadżerka projektu, przyjeżdżała tu przez całe lato w krótkich spodenkach, ogarnia mnie lęk. Sama chciała jeździć na budowę. Dni bez niej przy stole obiadowym były błogosławieństwem. 

W baraku przeznaczonym na zebrania było już pełno. Szefowa wysyła mnie na obchód budowy, ale najpierw idzie mi pokazać, skąd mogę sobie wziąć kask. Prosi o klucz do biura Mony, po czym otwiera drzwi od jej baraku. Ze środka uderza nas fala gorąca, szefowa pospiesznie zakręca farelkę. 

– Czemu ta znowu to zostawia włączone, jak wychodzi? Tyle razy jej mówiłam, żeby tyle nie grzała.

Na biurku jest sterta papierów, butelka coli zero, pewnie już zatęchła, i zdjęcie Mony z Claudiu na słoniu, w Tajlandii, gdzie byli parę miesięcy temu. Siedzą na jakichś zaimprowizowanych krzesłach, przymocowanych pod brzuchem słonia, podczas gdy woźnica, szczuplutki chłopiec, siedzi okrakiem na karku zwierzęcia i opiera się o jego głowę. Mona uśmiecha się ze zdjęcia, ale Claudiu jest za bardzo przechylony w jedną stronę i wydaje się spanikowany. Jeśli dobrze zrozumiałam, to Mona ma manię ujeżdżania różnych dzikich zwierząt podczas wakacyjnych wypraw na różne wyspy, on się temu tylko poddaje, choć tym razem Mona nam wyznała, że i ona się bała. Spacerowali przez pół godziny po lesie, słoń się czasami potykał, wyobrażacie sobie, co by się stało, jakby się poślizgnął, mówiła, jak spadniesz pod słonia, to adio. 

– To biurko to jakiś koszmar – mówi szefowa.

I zostawia na podłodze baraku smugi błota od mopa.

W środy przyjeżdża też tanti* Oara, firmowa pani sprzątająca. Do biura przyjeżdża dwa razy w tygodniu, na dwie godzinki. I tak samo na dwie godziny podpisali z nią umowę na budowie, ale mnie skarży się, kiedy tylko nadarzy się okazja, jak to ciężko jej się chodzi po tym błocie i jak musi wkładać dłonie do lodowatej wody, bo na budowie nie ma ciepłej. Poza tym Mona nie daje jej klucza do damskiej toalety i musi chodzić do toalety robotników. Toaleta damska jest tylko dla Mony.

Myje podłogi w barakach, po czym jeden z drugim wpadają tam z impetem i z miejsca robią bałagan. Szefowa na nią krzyczy, że rozciera po podłodze wodę z błotem, ale kiedy wylewa wodę z wiadra i chce je na nowo zapełnić, to znowu musi wyjmować kawałki lodu ze zbiornika i czekać, aż się stopią w wiadrze, żeby móc dalej myć.

– Mnie też to nie odpowiada – mówi. – Ja już też nie mogę. Nie daję rady.

Jest u progu emerytury.

Co dwa, trzy tygodnie Mona wpuszcza ją w maliny i nie zabiera z parkingu koło Mega**. Nie chce, żeby Cyganka zaśmierdziała jej auto.

Tanti Oara mieszka w wiosce pod Bukaresztem, po drugiej stronie miasta. Busiki jeżdżą bardzo rzadko, ten poranny przyjeżdża pod Mega o siódmej trzydzieści, tanti Oara tam wysiada i czeka do ósmej na Monę, żeby zabrać się z nią na budowę. 

Mona protestowała, że zabieranie kobiety z parkingu nie należy do jej obowiązków, ale szefowa jej nagadała i pewnie też obiecała jakieś małe profity, ponieważ Mona nigdy nie robi niczego za darmo. Ale i tak czasem udaje głupią i nie zabiera kobiety z parkingu, a kobieta stoi i czeka, po czym idzie na tramwaj.

Szefowa sięga do szafy i podaje mi kask.

Kaski posłał jej pocztą Álvaro Moreno z Hiszpanii, po tym jak zobaczył, że nasi pożyczali kaski od podwykonawców. Moreno bardzo zależy na dobrym wizerunku. Szaleje na punkcie strony internetowej i newsletteru spółki. 

Nigdy wcześniej nie nosiłam kasku budowlanego, dziwię się, że jest taki lekki. Zakładam go na czapkę, szyję trzymam sztywno bojąc się, by mi nie spadł, i sprawia mi to dziwną jarmarczną radochę – założyłam sobie na głowę coś, z czym chciałabym sobie zrobić zdjęcie. Ale się powstrzymuję.

Szefowa zamyka za mną barak i idzie na zebranie. Dzisiaj chcą skończyć szybko, o jedenastej trzydzieści przyjeżdża Carolina, nie wiem dokładnie, kto to, wiem tylko, że to ktoś ze strony klienta, jakaś babka z Włoch, która żyje w Hiszpanii i zajmuje się marketingiem. Chyba. Szefowa mówi do niej „panno Carolino”, żeby jej nie obrazić, bo nie nosi obrączki. Ale jest już dawno po czterdziestce. 

– Tam jest jedno wejście, ale możesz przejść też tamtędy, koło towaru – mówi i pokazuje mi to obiema rękami, zamaszystym gestem obejmując ogromną budowlę. 

Jedenaście tysięcy metrów kwadratowych. Wiem ze sterty przetłumaczonych dokumentów.

Udaję się sama do najbliższych drzwi, nie ma żadnych dróżek, z rozpaczą szukam jakichś desek albo kamieni. Mam wrażenie, że jest ich sporo na suchym brzegu. Prześlizguję się przez miękkie błoto, pobrudziłam już sobie jeansy, patrzę pod nogi i czuję, jak z czubka głowy i z czubka czapki na twarz zsuwa mi się kask. Po cholerę brałam torebkę. Teraz muszę ją nieść w jednej ręce; drugą podnoszę trochę do boku dla utrzymania równowagi. Drzwi wydają mi się oddalone o lata świetlne, nagle jestem przekonana, że gdzieś bardzo blisko znajduje się jakaś ścieżka, a ja, w swojej ogromnej naiwności wobec świata i oferowanych przez niego możliwości, nie poszukałam jej dobrze na samym początku. 

Przytłacza mnie moja samotność na tej błotnistej planecie, jaką jest plac budowy, ale w którymś momencie słyszę głos:

– Proszę pani!

I jeszcze raz:

– Proszę pani!

Kiedy już do mnie dochodzi, że to ja jestem tą panią i podnoszę wzrok, widzę tanti Oarę grzęznącą w błocie w moją stronę. Czyli nie ma dróżki. Dobrze.

Ma rozpromienioną twarz, myślę sobie, że może się cieszy na mój widok. To moja ulubiona koleżanka. Nasza relacja umacnia się z każdym upływającym miesiącem, kiedy przychodzi do mnie i prosi, żebym jej wydała zaświadczenia dla szpitala, jedno dla niej i jedno dla męża, który to mąż korzysta z jej ubezpieczenia zdrowotnego i cały czas chodzi po lekarzach. Drukuję więc te zaświadczenia, idę z nimi do podpisu, po czym prawie zawsze tantiOara prosi mnie o dwie kopie ksero, żeby je mieć na wszelki wypadek, a nuż się przydadzą. Raz szefowa przyłapała mnie przy kserokopiarce. Pospieszyłam przepraszać, że to nie dla mnie.

– A po co jej tyle kopii? Nie kseruj jej już więcej. Czy my jesteśmy jakąś fabryką papieru?

Czasami pozwalam jej zadzwonić z komórki w centrali. Ma w kieszeniach fartucha pełno różnych karteczek samoprzylepnych z numerami telefonów, na niektóre nie da się dodzwonić.

– Jest pani pewna, że dobrze je zapisała? – pytam.

– Spróbuj jeszcze ten – mówi i pokazuje mi palcem inny numer.

Czasem mówi do mnie „dziewczynko”. Dzisiaj wydało jej się, że jestem panią, może dlatego, że przez ten kask jestem od niej o głowę wyższa.

– Miałaś pójść z drugiej strony – mówi i wskazuje na strefę z towarem.

– Tam jest sucho?

– Tak, położyli tam żwir.

– Mona panią przywiozła?

– Tak… Ale chcę powiedzieć szefowej, że już więcej tu nie przyjadę, to za daleko. Nie mogę już tam tyle stać i zamarzać. 

– Dlaczego nie wejdzie pani do Mega, żeby się ogrzać?

– A jak wejdę do Mega, to co tam będę robić? Będę tak stać w drzwiach? Nie mogę, wstyd mi.

Milczymy obie. Postałam w miejscu przez minutę i już czuję na kręgosłupie zamarzający pot. Ruszam w stronę drzwi, a ona idzie za mną. 

– Co słychać u męża?

– Co słychać… Przeziębił się. 

– Macie zimno w domu?

– Nie, rozpalamy ogień, ale tynkował w stajni u konia i się rozebrał, bo mu się gorąco zrobiło… A przecież mówiłam mu, żeby to zostawił… Co by się stało, jak by to do wiosny poczekało? A teraz to cały czas muszę go nacierać.

Dochodzimy do drzwi. Chcę otworzyć, ale chyba są zamknięte. 

– Ciągnij mocno – mówi tanti Oara i ciągnie raz jeszcze, a drzwi się otwierają.

Drzwi są wielkie i ciężkie i zastanawiam się, czy to do nich odnosi się określenie „bramy przemysłowe” z moich tłumaczeń.

Intuicja podpowiada mi, że stawiamy kroki na podłodze z betonu wirowanego. Czyli te rzeczy naprawdę istnieją. 

– O matko, ale to wielkie, i pani też tutaj musi sprzątać?

– Tak.

Sklep jest ogromny, biały i pusty, z sufitu zwisają robotnicy, bo akurat doszli do etapu instalacji elektrycznej.

Mam po dwa kilo błota na każdej nodze i serce mnie boli na samą myśl o wejściu do środka. Rozglądam się, żeby znaleźć coś do wytarcia, ale niczego nie widzę.

– Nie ma pani czegoś, żebym zeskrobała to błoto? Jakiś kij, cokolwiek?

Kręci przecząco głową.

– Wchodź tak, trudno.

– Nie, spokojnie, popatrzę sobie stąd.

Jestem krótkowidzem i nie widzę, co jest na końcu sklepu, dziwię się raz jeszcze, jaki jest wielki. Niebawem będzie zapełniony półkami i towarami, tędy będą się toczyć produkty, tamtędy będą dreptać pracownicy i klienci. Ten sklep to istny cud, powstały z prefabrykatów w zaledwie siedem miesięcy. Cud, który będzie animował społeczność.

Burmistrz był bardzo hojny i szczodrze wystawiał pozwolenia, z niecierpliwością czeka na działkę terenów zielonych, które szefowa obiecała wybranej i zatwierdzonej przez niego firmie. Próbowała negocjować, mówiła, że inni zrobiliby to za jedną trzecią ceny, ale Vlad Simion, nasz kolega od dróg i mostów, który bywa też jej doradcą strategicznym, podszepnął jej, że tak jest OK. 

– Jaki on może mieć w tym interes? – zapytała, jak już opowiedziała mi tę historię, po czym coś jeszcze wtrąciła, a na koniec dodała żebym w żadnym wypadku się nie wygadała.

Po czym mi powiedziała, że burmistrz wcisnął jej też firmę ochroniarską.

Trzymam buzię na kłódkę, staram się nie wygłaszać opinii, staram się oglądać i na recepcję, i na centralę, milczę jak grób, to do mnie wszyscy przychodzą wylewać swoje żale. 

– Lepiej się wrócę i pójdę tą ścieżką, o której mi pani powiedziała. 

Tanti Oara popycha bramę przemysłową, wychodzi, po czym przytrzymuje drzwi, żebym mogła wyjść ja. Zatrzymujemy się obie na kawałku betonu przed drzwiami i spoglądamy na morze błota. Świeci słońce, ale jest zimno, w nocy pewnie znowu będzie przymrozek. Bardzo bym chciała, żeby na Boże Narodzenie spadł śnieg i żebym mogła go szybko zobaczyć, póki jeszcze będzie czysty. Za tydzień i trochę, w przyszły piątek, mamy imprezę firmową. Wypożyczenie przebrania kosztuje dwie stówy. Oddalam od siebie tę okropną myśl.

– Może lepiej wrócę do baraku.

Spoglądam na zegarek i zastanawiam się, ile by mi zajęło, gdybym chciała wrócić do miasta sama, komunikacją miejską. Busik, potem tramwaj, a potem jeszcze spory kawał metrem. Pewnie dotarliby przede mną.

Ktoś wychodzi z baraku i trzaska drzwiami, za nim od razu wychodzi ktoś inny i próbuje go dogonić. Pan Ursu stoi w drzwiach i patrzy za nimi, przysłaniając ręką oczy. Pewnie cyrk rozpętał się już na dobre, bo każdy krzyczy na każdego, a szefowa krzyczy na wszystkich. Kiedy jest głodna, jest jeszcze bardziej nerwowa. Zwykle przed zebraniami zabiera ze sobą coś do jedzenia.

Na początku szczerze ją podziwiałam i wierzyłam we wszystkie wierutne bzdury, które mi wciskała, jak to wszyscy są nienormalni i skorumpowani, i chcą ją ograbić, a ona walczy ze wszystkimi, jaki to kraj idiotów i mizoginów i to dlatego jej facet jest dyrektorem generalnym, a ona jest wice, bo inaczej brzmi, jak to mężczyzna jest dyrektorem. Za te dyrektorskie pieniądze jej facet chodzi na pocztę i zaopatruje nas w papier, ale tylko wtedy, kiedy nie mamy już żadnej ryzy. 

To on podlewa wszystkie kwiatki w firmie i pomaga mi umocować kubeł po tym, jak przejedzie śmieciarka.

Chciałam mieć takich rodziców jak ona. Takich, którzy dodawaliby mi sił.

A potem zdałam sobie sprawę, że dla niej wszyscy są głupi i pewnie ja również, i kiedy wychodzę, i zamykam za sobą drzwi, to ona zostaje ze swoim facetem w biurze i komentuje. Podziwiałam ją jeszcze długo po tym, jak zaczęłam się trząść na dźwięk telefonu wewnętrznego, który pokazywał jej numer. Bo mnie woła. Bo muszę coś wykonać. Bo ma prośbę. Swoje rozkazy rozdaje właśnie jako „prośby”. Mam prośbę, zrób to. Mam prośbę, pospiesz się, bo to pilne. 

Ale prawdziwym ciosem była dla mnie dopiero sytuacja, kiedy zdenerwowała się na Moreno, że wyciągnął jej pieniądze z konta i że jest nienormalny, i że co on sobie myśli, że chce zniszczyć agencję, że nie mamy już pieniędzy na pensje, że jest idiotą i kretynem i nigdy się nie zmieni, bo jest bękartem, dzieckiem niczyim, pochodzi z rozbitej rodziny. Jak on ma mieć olej w głowie, skoro dorastał na ulicy, wychowywany przez samotną matkę?

Mnie też wychowywała samotna matka.

Kiedy chce obrazić Moreno, mówi, że najprawdopodobniej Ramírez jest jego kochankiem. 

– Yo soy como tú – powiedział mi kiedyś przez telefon Ramírez, kiedy nalegałam, żeby podał mi numer do rejestracji faktury wewnątrzgrupowej. – Robię tylko to, co mi się każe. Señor Moreno nie dał mi jeszcze pozwolenia.

Ramírez jest asystentem Moreno.

Szefowa nienawidzi Hiszpanów. Zresztą tak jak i Żydów, Węgrów, homoseksualistów, wszystkich sekretarek, wszystkich urzędników i wszystkich robotników – Cyganów z Dinamic, i tę „gównianą adwokatkę” klienta. Dwudziestosześcioletnią gówniarę.

Czuję toksyny w mięśniach przez osiem godzin dziennie. A to wszystko w miejscu, w którym znalazłam się, by odszukać spokój. Pewna płaca, ewentualny kredyt. Poranny przejazd metrem, jak porządny obywatel. To znaczy gonitwa. Żebym i ja miała za czym gonić podczas poranków mojego życia.

– Może znajdziesz sobie jakiegoś inżyniera – mówi mi moja dobra przyjaciółka Otilia, która zresztą wciąż mi powtarza, żeby mnie pocieszyć (mnie, ale też siebie), że miłość jest wytworem kultury i że ludzkość wymrze jako gatunek, zanim znajdzie dla siebie ratunek na Ziemi. 

– Czytałam gdzieś, że właściwe pytanie to nie: co robisz ze swoim życiem, tylko – jak spędzasz czas – powiedziałam.

– Czytasz same bzdury.

– To był link od ciebie. 

Wysyła mi linki do artykułów o mózgu i życiu, żebym czytała w pracy, jak nie będę miała nic do roboty. Wieczorem opowiadam jej o szefowej i kolegach. Przez chwilę narzekam, a potem opowiadam też śmieszne sytuacje.

– Jak stamtąd odejdę, to tobie będzie za nimi tęskno.

– Kiedy odchodzisz?

Na placu budowy zaczęli po prawej stronie sklepu budować rondo, które będzie płynnie prowadzić samochody na parking kompleksu handlowego.

Dinamic Construct zaczęło kopać, ich robotnicy rzucili gruz i ziemię na teren myjni samochodowej, zostawili tam swoje narzędzia i zablokowali wjazd. Ludzie przestali korzystać z usług myjni, bo nie mają jak wjechać, właściciel traci codziennie pieniądze, każdy dzień to strata.

Złożył na nas skargę. Docieram do baraku, a w środku masakra, wydzierają się ze cztery osoby, ale płuca szefowej zagłuszają ich wszystkich. Dinamic ma natychmiast zabierać swój gruz i narzędzia, jeszcze tego brakowało, żebyśmy to my płacili za ich zaniedbania. 

Baciu z Dinamic mówi, że nie ma już pieniędzy na benzynę, bo nie dostał zaliczki. Dlaczego szefowa nie chciała mu dać zaliczki. Ponieważ nie ma pan zaliczki zapisanej w umowie, dlatego. Skąd mam wiedzieć, że wyda ją pan na benzynę, ja się nie wożę pana mercem. 

Zostaję na zewnątrz, żeby błoto, które oblepia moje nogi, trochę wyschło. Stoję blisko baraku, tam, gdzie rzucono żwir, tak więc dochodzą mnie ze środka odgłosy burzliwego zebrania. 

Podchodzi do mnie pan Ursu. Musi pójść do sklepu, zobaczyć, co tam zrobili z generatorem, potem musi zrobić kilka obliczeń i dogadać się z nimi w sprawie piorunochronu. Przeraża go ta ilość błota, którą musi pokonać. 

– Szefowa powinna mi dać kasę na kalosze. Mona jakimś cudem dostała swoją parę.

Ursu próbuje ze wszystkiego wycisnąć jakiś grosz. Ma spuchnięty nadgarstek, więc powiedział szefowi, że to od myszki. Że ma mu dać dodatek do myszki, bo to biurowa choroba zawodowa, powiedział mu któregoś ranka w kuchni, podczas gdy smarował sobie mocno owłosioną rękę chińską maścią. Szef wydawał się zakłopotany, ale go uratowałam:

– Wow, to ten krem jeszcze istnieje? Gdzie go pan kupił?

Ostatecznie okazuje się, że najprawdopodobniej któregoś dnia zawróciło mu się w głowie, gdy wstawał z łóżka, i upadając na tyłek, podparł się niefortunnie ręką. A maść kupił na targowisku Obor. 

– Udało mi się kupić tę kawalerkę koło parku. Mogę ci ją wynająć za dwie stówki, jakbyś chciała – oznajmia mi przed barakiem.

– Za dwieście euro?

– No wiadomo – mówi i zaczyna się śmiać. – Euro, euro, a co byś chciała?

– O matko, znowu w euro…

Nienawidzę kupować waluty.

– Dobra, możemy ustalić stałą sumę w lejach. Jak się zdecydujesz. W najbliższych dniach będę jeszcze bielić mieszkanie i potem będziesz je już mogła zobaczyć.

Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek mówiła mu, że chcę się przeprowadzić. Może narzekałam tak ogólnie, że tam, gdzie mieszkam, jest beznadziejnie, ale w sumie to nigdy nie miałam dobrych warunków i do wszystkiego zdążyłam się przyzwyczaić. Do trutki na karaluchy, do weekendów z wiertarką, do prawie fizycznego bólu na początku miesiąca, kiedy całą pensję wydaję na czynsz.

– Nie wiem, zobaczę, przeraża mnie włóczenie się z całym majdanem. Ile ja tego zdołałam nazbierać…

– Spokojnie, załatwimy furgonetkę, to żaden problem. Co, masz dużo mebli?

– Mam małe meble i dużo walizek.

Ale on już nie słuchał. 

– Ooo, pan burmistrz. Dzień dobry, dzień dobry – mówi Ursu i wyciąga rękę w stronę jakiegoś gościa, który zmierza zdecydowanym krokiem w kierunku baraku. 

– Zastałem panią Lilianę?

– Tak, jest w baraku, Cristina, idź ją zawołaj. 

Szefowa wychodzi z szerokim uśmiechem na twarzy, nikt by nie zgadł, że przed chwilą uczestniczyła w walkach psów. 

– Byłem w Inspektoracie – mówi burmistrz – nie da się wydłużyć terminu, musicie skończyć rondo w tydzień. 

– To samo właśnie powiedziałam przedstawicielowi Dinamic – odpowiada, a jej twarz pochmurnieje. – Niech to się już w końcu, psze pana, skończy, strasznie się ociągają. Po co on bierze zlecenia, jak nie ma nawet na benzynę, przeraża mnie ten Baciu… – dodaje ciszej. 

– Nie wiem, skąd go pani wytrzasnęła… Poza tym jest jeszcze problem z sąsiadami z myjni – mówi burmistrz. 

– Tak, mówiłam im, mówiłam. Rozwiążemy to jakoś. Ale musi pan wiedzieć, że myjnia nie jest zablokowana, Mona zrobiła zdjęcia. Mogę panu pokazać, jak pan chce…

– Nie, bo muszę już iść. 

– A mam jeszcze jedno pytanko: co robimy z tymi dwoma krzyżami, przenosimy je?

– Jakimi krzyżami?

– No z tymi dwoma żelaznymi krzyżami na poboczu.

Pokazuje mu palcem.

– Będą przy nich kopać.

– Aaa, to są te krzyże od pożaru. Można je stamtąd wypieprzyć.

– Myślałam, że może zamówimy im taką przydrożną kapliczkę i postawimy ją trochę dalej, tam na polu u Dragu.

Dragu jest byłym właścicielem tego terenu. Któremu podczas zawierania każdej transakcji towarzyszyli lichwiarze. 

– A gdzie jest rodzina? Może ich chociaż powiadomimy, że je wyciągamy. 

– Wykopcie je i tyle – mówi podenerwowany burmistrz. 

Szefowa jest wierząca. W portfelu nosi ikony, wciśnięte pomiędzy tokeny, i czasami daje nam jedzenie w ramach jałmużny. 

– Panie burmistrzu, i jeszcze coś. Dziewiętnastego organizujemy bal maskowy, imprezę firmową w restauracji. 

Jej usta się śmieją, ale oczy czujnie obserwują jego twarz, by zobaczyć jak zareaguje. 

– Jest pan zaproszony, wyślę zaproszenie mailem.

– Kiedy to jest, dziewiętnastego? Jaki to dzień?

– To przyszły piątek.

– Dobrze, dobrze, prześlij mi maila.

Ja chciałabym już sobie pojechać, nie mam tam już nic do roboty, zrozumiałam już, jak działa plac budowy.

– I co, jak tam? – pyta mnie, przeglądając w tym samym czasie komórkę, ale nawet nie pozwala mi odpowiedzieć. – Idź, zobacz, czy przyjechała Carolina. Ich barak jest w tamtej części, trzeci albo czwarty z kolei, na drzwiach wisi kartka z ich nazwiskami.

– I co, jeśli przyjechała?

– Zawołaj ją tutaj. 

Carolina utknęła pomiędzy baniakiem z wodą a pięcioma szczeniakami różnej wielkości. Skarży się swojemu kierownikowi, że na budowie są niezabezpieczone otwory kanalizacyjne, do których mogą wpaść małe pieski. 

– Ja też mogę sobie przez to połamać nogi – mówi po rumuńsku jakiś robotnik do swojego kolegi i zaczyna się śmiać.

Carolina wstaje, podciąga sobie spodnie, po czym podaje mi rękę i się przedstawia. Może myśli, że jestem kimś ważniejszym. Mówię jej, że szefowa na nią czeka. 

Potem pytam przypadkową osobę, skąd odjeżdża busik do miasta. Zdejmuję kask i idę do baraku Mony, żeby go tam zostawić, ale jest zamknięte. Nie chcę raz jeszcze wchodzić na zebranie.

Tanti Oara znowu wyłania się spośród błota, idzie w kaloszach brudnych po cholewki. W rękach niesie pełno pustych plastików, wiadro, miskę i dwie butelki z resztką środków do czyszczenia. 

– Ja też już jadę, nie mam tu już nic do roboty. Tylko odniosę to wszystko. 

Nie chcę się z nią spotkać w busie, tak więc wycieram szybko kalosze o betonowy krawężnik i kręcę się wokół baraku z kaskiem w ręku. Ursu nie zdecydował się jeszcze pójść do sklepu.

– Nie potrzebuje pan kasku? – pytam. – Bo ja chciałabym już sobie pójść. 

– Ja sobie tego nie wsadzam na głowę! – odpowiada.

– Ile mniej więcej zajmie mi powrót do biura?

– Co najmniej półtorej godziny!

– Nie wiem, co z tym zrobić…

– Daj, zostawię go w środku.

Zostawiam go z kaskiem w ręku, przed barakiem, odwracam się, żeby odejść, i przez sekundę stoję jak zamurowana, nie wiem, czy iść po żwirze, między jakimiś psami, czy ominąć je, idąc przez błoto.

– Odezwę się, jak już pobielę mieszkanie! – krzyczy za mną Ursu i wtedy nagle ogarnia mnie poczucie bezpieczeństwa, i ruszam w stronę psów.

Mama już tak długo pracuje nad morzem w Hiszpanii, że mam wrażenie, jakby tam była od zawsze. Pracuje w turystyce i przyjeżdża do domu raz do roku, poza sezonem. Układa sobie wszystko w taki sposób, żeby załapać się na święta Bożego Narodzenia. Od lat nie widziała Rumunii w zieleni i kwiatach, przyjeżdża zwykle na czas błotnistych ulic i ludzi okutanych w szarości – dlatego odnosi wrażenie, że to kraina smutku. Czasem zdarza jej się trafić na śnieg i cieszy się wtedy jak małe dziecko, czapka spada jej na oczy, a ona wyciera nos i bierze do ręki łopatę, żeby odśnieżyć podwórko. A potem opowiada w Hiszpanii, patrzcie, tyyyle śniegu tam było, i oni nie mogą się nadziwić, i mówią, że muszą odwiedzić kiedyś Rumunię.

Kiedy przyjeżdża do mnie, do Bukaresztu, wymyślam zawsze szereg rozrywek, gdzie możemy pójść i co robić, żeby nie siedzieć w kawalerce i się nie nudzić.

Teraz zarezerwowałyśmy sobie cały dzień na wycieczkę po nowych osiedlach w dzielnicy Berceni. Żeby zobaczyć, jak wyglądają na żywo, bo ostatnio bez przerwy wysyłam jej linki do zdjęć nowego budownictwa. Jeśli zdecyduję się na kredyt, to mama da mi pieniądze na wkład własny.

Rano jest trochę słońca, ale zanim zdążymy wyjść z domu, nie ma już po nim śladu. Dzień z marszu staje się szary, tak jak wczoraj i przedwczoraj, wchodzimy do metra, zmieniamy linię na placu Zwycięstwa i podczas długiej drogi do stacji Dimitrie Leonida siedzimy obok siebie. Mówię jej, że te nowe pociągi są produkowane w Hiszpanii i że dziewczyna, która ogłasza kolejne stacje, sądzi się z Metrorexem, bo nie wypłacili jej pieniędzy. Nie wiem, co jeszcze mogę jej opowiedzieć o Rumunii.

– A, czyli to nie jest głos z czasów Ceaușescu?

– Nie, nie, to młoda dziewczyna. Aktorka.

Stacja Dimitrie Leonida jest jak kapsuła czasu, co bardzo podoba się mamie. Ale kiedy wychodzimy na ulicę, jej zachwyt znika. 

– Ojej.

Postanawiamy skręcić w lewo, a tam od razu kończy się asfalt. Tu i tam, pomiędzy nowymi blokami, widać jeszcze jakieś wiejskie podwórko, które oparło się inwazji rynku nieruchomości. Tu jakieś łajno, tam rżenie konia, jakiś kogut, mnie się to podoba. Daleko od miejskiego zgiełku, a kawalerka kosztuje dwadzieścia tysięcy, tylko tu można znaleźć mieszkanie w takiej cenie. 

– A gdzie kanalizacja? – zastanawia się mama.

– Czytałam na forach, że bloki, które są trochę dalej od drogi, nie mają kanalizacji, mają szambo.

– Co to znaczy: szambo?

– Nie wiem dokładnie.

– No ale nie będą przecież chyba podjeżdżać szambiarką pod blok.

– Nie wydaje mi się.

Docieramy do ulicy pełnej błota. Parę kroków dalej trafiamy w sam środek megakałuży.

– Skąd się tu wzięła ta woda? Przecież nie padało – mówię.

– Coś pewnie pękło – stwierdza mama.

Błądzimy we dwie po ulicach, aż tracimy jakikolwiek punkt odniesienia. Niektóre ulice są wyasfaltowane, inne nie. Nie ma chodników, bloki są nagromadzone jeden przy drugim, z jednego balkonu widać drugi, przechodzenie między budynkami przypomina pokonywanie ciemnego labiryntu. Nie ma zieleni. Nie da się oddychać. A i tak widać, że bloki są zamieszkane, w wielu oknach powiewają zasłony, wokół jest mnóstwo zaparkowanych byle gdzie samochodów.

W którymś momencie stajemy na skraju osiedla i nagle dociera do nas, że dalej jest już tylko puste pole.

Widzimy sforę psów.

– Wiemy, jak wrócić? – pyta mama.

– Wydaje mi się, że przyszłyśmy stamtąd – mówię i macham ręką gdzieś za siebie. – Tobie jak się wydaje?

– Nie mam pojęcia. Choć tamtędy.

– Możesz jeszcze chodzić? Zmęczyłaś się? – pytam.

– Jeszcze daję radę.

Wracamy między bloki, ale ulice nie są uporządkowane, tylko rozplanowane w dość chaotyczny sposób, dlatego bardzo szybko odnoszę wrażenie, że droga, którą wybrałyśmy, znowu prowadzi donikąd.

Mama zostaje troszkę z tyłu.

– Idziemy za szybko?

– Nikt cię tu nie będzie odwiedzał – mówi. – To jest koniec świata. 

Zatrzymujemy się.

– Może lepiej zapytajmy się kogoś, żebyśmy chociaż wiedziały, że dobrze idziemy – proponuję.

– Jaki wkład własny będzie ci potrzebny przy tych dwudziestu tysiącach?

Nie daje mi odpowiedzieć i ciągnie dalej:

– Dwadzieścia tysięcy to kosztują chyba te półsutereny.

– Tak, bo piszą że ceny zaczynają się od…

Robię jeszcze zdjęcia banerów z numerami telefonów do deweloperów. 

– Będziesz całe życie spłacała tę ziemiankę, ja ci dam pieniądze, jak chcesz, ale zastanów się jeszcze dobrze.

– Wiesz, przyprowadziłam cię tutaj, żebyśmy się naradziły. Już nie mam siły się więcej zastanawiać. 

Już od prawie roku próbuję znaleźć kawalerkę na sprzedaż. Mam stabilną pracę i przyzwoite zarobki, zrobiłam dobre wrażenie w banku, od razu daliby mi kredyt. Babka z ING, gdzie mam konto, na które spływa mi pensja, i gdzie byłam po raz pierwszy wypytać o szczegóły, dzwoni do mnie regularnie i pyta, czy już się namyśliłam. Cały czas patrzę na ogłoszenia, byłam nawet zobaczyć kilka mieszkań, wszystkie wyglądały jakby właśnie umarła w nich jakaś staruszka. A ja umierałam po troszku z każdą z nich. Bardzo mocno pragnę mieć coś nowego. 

– Co ja ci mam powiedzieć, córeczko? Nie wiem. Ale tutaj nikt cię nie będzie odwiedzał…

– I tak mnie nikt nie odwiedza. Tylko ty do mnie przyjeżdżasz, jak cię odbiorę z lotniska.

– Przestań, na pewno wcale tak nie jest.

– Właśnie że dokładnie tak.

Stoimy w miejscu, nie mówiąc już ani słowa. Nagle pojawia się przed nami skulona z zimna kobieta, która właśnie wyszła ze spożywczego w suterenie. 

Pytam ją, w którą stronę do metra.

– A, idziecie w złym kierunku, tam jest Popeşti-Leordeni. Metro jest w drugą stronę.

Wyruszamy ponownie na te kalekie ulice i próbujemy znaleźć jakieś punkty odniesienia, żeby ta krzywa droga nie wyprowadziła nas znowu w pole. Pytamy jeszcze dwa razy, czy dobrze idziemy.

Przed wejściem do metra, przy wtórze ulicznego hałasu, mama mówi:

– Ja ci dam te pieniądze, jeśli chcesz, wspieram wszystkie twoje decyzje, ale ja cię tu po prostu nie widzę. Zanim to się tutaj rozwinie, to jeszcze trochę potrwa.

– To prawda, nie widziałam żadnego Mega. Ale jest bezpośrednie połączenie z centrum, w dwadzieścia minut można dojechać do centrum. 

Problem w tym, że fora internetowe są pełne utyskiwań, wszyscy narzekają na nowe budownictwo. Że beton złej jakości, że wąskie rury, że nie są dobrze izolowane, że w niektórych mieszkaniach nagle się okazuje, że piecyk gazowy jest w sypialni. Tylko nie kupuj przypadkiem mieszkania, które nie jest jeszcze gotowe, powiedział mi kolega z pracy Paul Dobre. Koniecznie musisz widzieć, co kupujesz. Ale z tych wykończonych dostępne są już tylko półsutereny i te na ostatnich piętrach. Reszta jest wykupiona. 

Chciałabym, żeby mój chłopak na odległość, Mihai, miał w sobie więcej zapału. Żeby mocniej pragnął naszego bycia razem. Żeby chociaż to było jedyną rzeczą, jakiej naprawdę pragnie. 

Dawno temu, kiedy jeszcze oboje studiowaliśmy w Klużu, byliśmy parą. Rozstaliśmy się przez jego obojętność. Potem ja się przeprowadziłam do Bukaresztu i w pewnym momencie wznowiliśmy kontakt, jak któreś z nas, już nie pamiętam które, zadzwoniło do tego drugiego z życzeniami na Nowy Rok.

Powiedział, że myśli o mnie od czasu do czasu, a mnie wydało się to wystarczające. I tak to właśnie wszystko między nami wygląda – od czasu do czasu, rozmawiamy przez telefon od czasu do czasu, widujemy się od czasu do czasu. Na tyle rzadko, by wszyscy inni myśleli, że jestem sama. Ale od czasu do czasu wydaje mi się, że myślę o nim na tyle często, by uwierzyć, że jest moim chłopakiem. 

Mama o nim nie wie, nie chcę jej robić nadziei. 

Tak samo zresztą powiedział i mnie, że nie chce mi robić nadziei. 

– Jakbyś była z kimś, byłoby inaczej. We dwójkę to co innego – mówi mama, której samotność ma swoje początki w pomroce lat młodzieńczych. 

– Ty to wiesz…

– Wiem, jak to jest, kiedy nie masz już siły dźwigać wszystkiego na swoich barkach.

Schodzimy do metra, kasuję kartę raz, żeby mogła przejść mama, i drugi raz, żebym i ja mogła. 

– Tylko nie truj mi tu teraz, że powinnam wyjść za mąż.

– Wiesz, że nie będę. 

Zatrzymujemy się w centrum i idziemy do Muzeum Historii, gdzie jest wystawa starych książek dla dzieci. Przed wejściem pokazuję jej jeszcze pomnik Trajana z wilczycą. Mówię, że wzbudził wiele kontrowersji i że siusiak Trajana jest taki lśniący dzięki tym wszystkim dłoniom, które kładły sobie na nim dłonie do zdjęcia. Wygląda na rozbawioną, ale mam wrażenie, że robi to z grzeczności. Nie wiem, co jeszcze mogę jej opowiedzieć o Rumunii. 

Niektóre książki z wystawy pamiętam z dzieciństwa, mama też je rozpoznaje, ale inne są zbyt stare. Jedno całe stoisko poświęcone jest Pinokiowi w przeróżnych wersjach. Patrzę na niego zafascynowana. 

– Ja nigdy nie miałam Pinokia!

Mama wygląda na przepełnioną poczuciem winy. Potem na znudzoną. Potem na zmęczoną. 

– Możesz jeszcze chodzić?

– Mogę – odpowiada i łapie mnie za rękę.

Nadstawiam jej policzek, żeby mnie pocałowała, to taki nasz żart. 

Ilekroć się spotykamy, mam wrażenie, że się zmieniła od poprzedniej wizyty. Choć przecież ciągle widujemy się na Skypie. Teraz ma bardzo długie włosy, nigdy takich nie nosiła przez pierwsze siedemnaście lat mojego życia, jak jeszcze była w domu. I widzę po niej upływ czasu, tak samo, jak można policzyć słoje na pniu drzewa, tak ja jestem w stanie powiedzieć, jak się zmieniała z roku na rok. A jeśli po niej widać upływ czasu, to widać go też po mnie. Ona jest moim aniołem stróżem, a co się robi, gdy twój anioł stróż się starzeje?

Najbardziej w życiu pragnęłam być dobrym dzieckiem. 

– Choć, pójdziemy sobie gdzieś usiąść – mówię.

Przy stoliku w kawiarni mówi mi, że mogę sobie zamówić cokolwiek chcę, bo ona płaci.

– Wiem, że sobie nie pozwalasz na zbyt wiele, że sobie odmawiasz, że nawet nigdzie nie wychodzisz.

– Nie jestem aż tak samotna, wiesz?

– Dobrze.

Kelner przynosi nam dwie filiżanki cappuccino i elegancką tackę z makaronikami, po jednym z każdego rodzaju, „byśmy spruebowały”, jak mówi mama, której rumuński miesza się czasem z hiszpańskim. Na mojej kawie widnieje idealne serduszko z pianki, ale rysunek mamy jest porozciągany na wszystkie strony i niczego nie można z niego zrozumieć.

– O, ale słodkie – mówi, przechylając się przez stół, z nosem w mojej filiżance.

– Chcesz moją? – pytam.

– Nieee. Mam przecież swoją.

Pospiesznie bierze łyka ze swojej filiżanki, żeby była napoczęta i żebyśmy się już nie mogły wymienić. Tak właśnie rozumiała bycie mamą. Że trzeba szybko zjeść to, co gorsze, żeby mnie zostało to lepsze. Weszło jej to w krew, teraz nawet nie zdaje sobie już z tego sprawy. 

Poparzyła sobie język.

– Powiedz mi, co u ciebie – mówię i nagle przytłacza mnie świadomość, jak bardzo jestem nieobecna w jej życiu.

Opowiada mi o kolegach z pracy. 

– Beznadziejnie było w tym Berceni, nie? Na stronie wyglądało to zupełnie inaczej. 

– Tak… Spokojnie, będziemy szukać dalej. Nie spiesz się. 

– To co mam robić? Mam się przeprowadzić do Ursu?

Któregoś dnia podczas przerwy obiadowej Ursu zaciągnął mnie siłą na oglądanie kawalerki. Bo już ją pobielił i jest blisko, dotrzemy w pół godziny.

– Ale pół godziny trwa cała przerwa – powiedziałam. – Nie możemy pojechać o piątej?

– Przestań, nic się nie stanie – odpowiedział cicho, nachylając się nad kontuarem mojego recepcyjnego biurka, wysokiego jak bar. – Chodź teraz, po co mamy tracić czas o piątej?

– A jak szefowa mnie będzie szukać?

– Timea jej powie, że wyszłaś na obiad. 

Dziwnie było iść razem z nim pospiesznym krokiem do metra. Do którego wszedł zresztą na moją kartę miesięczną na sześćdziesiąt dwa przejazdy. Szperał po kieszeniach, i zanim coś wyszperał, powiedziałam niech pan nie szuka, i tak mi zostaną niewykorzystane przejazdy. W wagonie staliśmy obok siebie, przytrzymując się uchwytów, a on zaczął opowiadać, jak to go chcieli wyrzucić z roboty, ale im się nie udało, bo ich zaszantażował – „wiedziałem za dużo i się bali!” – i jak to zatrudnili Ioanę Păun, bo jej mąż jest kuzynem szefowej. 

– To dlatego całymi dniami nic nie robi! – powiedział z niechęcią. 

To dlatego się nienawidzą, pomyślałam sobie, bo z kilometra widać, że między babkami nie ma nici porozumienia. Rozmowa trwała dwie stacje i strasznie mnie krępowała, chociaż przez hałas nie słyszałam wszystkiego. Nie prosiłam, by powtórzył. Jestem jak wór, w którym przewalają się wszystkie plotki i powody do niezadowolenia kolegów z pracy. Może i ja powinnam zacząć mówić o wszystkich źle, żeby ze strachu przestali mi się już zwierzać. Może powinnam zacząć ich szykanować. Choć i tak wiele szykan musiałoby upłynąć w Dunaju, zanim moi koledzy nauczyliby się dyskrecji.

Kawalerka była na drugim piętrze i miała nowe drzwi z jeszcze nieodklejoną folią, ale w środku wszystko było stare. Wyglądała, jakby dopiero co umarła w niej jakaś staruszka. Ursu tak właśnie robi – kupuje mieszkania, bieli ściany, po czym oddaje je pod wynajem. A po czasie je sprzedaje, kupuje inne i cały proces się powtarza, ma w Bukareszcie jakieś pięć–sześć mieszkań, bierze kredyt za kredytem, potem je refinansuje, całymi dniami wydzwaniają do niego ludzie z banku, żeby sprawdzić jego sytuację zawodową. Innym razem przyjeżdżają prosto do firmy, a on prosi mnie, żebym ich przyjmowała w biurze. Przyjaźni się ze wszystkimi bankami. Ze wszystkimi majstrami. Ze wszystkimi partiami.

Kawalerka miała też zamknięty balkon, przy którym rosły drzewa z gałęziami uderzającymi w szybę, ale zagwarantował mi, że latem jest tam zjawiskowo, wokół sama zieleń i nie widać bloku z naprzeciwka. Na balkonie było pełno materiałów wyborczych – plakaty, cztery rodzaje ulotek, kalendarze, dwie torby długopisów. Wyjaśnił mi szybko, że jego syn był zaangażowany w kampanię wyborczą, najpierw jedna partia zatrudniła go jako kolportera materiałów, a potem druga partia zatrudniła go, by zniszczył wszystko to, co miał poroznosić. Nie znalazł miejsca, gdzie by to mógł wyrzucić, dlatego przyniósł wszystko na balkon do kawalerki.