Strona główna » Obyczajowe i romanse » Włoskie lato

Włoskie lato

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-66338-78-4

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Włoskie lato

Porywająca love story: gorący, wakacyjny romans w bajkowym zakątku Włoch

Już raz ją zawiódł – czy pozwoli, aby znów to zrobił?

Kryzys, z którym zmaga się Cesca Shakespeare, zdaje się nie mieć końca. Minęły lata od czasu jej ostatniej sztuki, do tego nie jest w stanie utrzymać ani pracy, ani mieszkania. Decyduje się na samotny letni wyjazd do willi położonej nad malowniczym jeziorem Como, gdzie będzie miała szansę poukładać myśli i poszukać inwencji twórczej.

Hollywoodzki idol, Sam Carlton, jest na językach wszystkich plotkarskich mediów. Jedyne, na co ma ochotę, to ucieczka przed światem. Decyduje się na wyjazd do Włoch, do rodzinnej willi, która w tym czasie powinna być pusta. Kiedy przybywa na miejsce, okazuje się, że nie tylko on szuka w niej azylu.

Cesca i Sam nie są sobie obojętni, ale muszą zmierzyć się ze swoją burzliwą przeszłością. Czy pozwolą sobie na coś więcej niż tylko na wakacyjną przygodę?

__

O autorce

Carrie Elks to autorka współczesnych romansów, pełnych zwrotów akcji i elektryzującego napięcia pomiędzy bohaterami. Jej pierwsza książka została przetłumaczona na osiem języków. Carrie mieszka ze swoim mężem, dwójką uroczych dzieci i ukochanym psem o imieniu Platon. Kiedy nie pisze i nie czyta, sączy wino lub gawędzi ze znajomymi i fanami w mediach społecznościowych.

Polecane książki

Rozliczanie VAT niezmiennie od lat sprawia nawet doświadczonym księgowym sporo kłopotów. A wszystko to w dużej mierze zarówno z powodu niejasności przepisów, jak również z powodu objęcia tym podatkiem w zasadzie całej aktywności przedsiębiorców....
To miał być radosny i niezapomniany weekend w górach. Czwórka młodych przyjaciół wynajęła sobie drewniany domek, a trafiając do niego, nawet nie zdawała sobie sprawy, co ich tam czeka. We wiosce bowiem każdego dnia przybywają nowe grupy podejrzanie wyglądających uchodźców, którzy ani myślą o dalszej...
Georgia Green prowadzi Biuro Podróży Samotnych Serc, które powoli buduje swoją markę. Miała nadzieję, że ten biznes okaże się cudowną przygodą, ale rzeczywistość jest bardziej prozaiczna. Praca w branży turystycznej ma niewiele wspólnego z wylegiwaniem się na egzotycznej pla...
Inwestowanie na giełdzie wzbudza emocje. Każdy, kto zetknął się choć raz z rynkiem akcji, towarów, instrumentów pochodnych, czy innych dóbr podlegających zorganizowanemu obrotowi, doskonale zna towarzyszący temu dreszczyk emocji. Jest sprawą oczywistą, że najwyraźniej odczuwa się go dopiero wtedy, g...
Masz możliwość uzyskania indywidualnej porady eksperta, będziesz pewien, że podejmowane decyzje będą prawidłowe i zgodne z ustawą Pzp, poznasz problemy innych specjalistów oraz sposoby radzenia sobie z nimi, zyskasz pomoc przy rozstrzyganiu wątpliwości pojawiających się w trakcie interpretacji przep...
The book has been divided into three main parts. The first part, Focus on discourse studies, brings together four contributions.(...) The second part, Focus on translation studies, is made up of six papers the authors of which investigate selected phenomena which are characteristic of translation an...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Carrie Elks

1

Nędzna jest miłość, gdy da się określić.

– Antoniusz i Kleopatra*

Zwalniam cię.

Cesca Shakespeare nie po raz pierwszy usłyszała te słowa. Nawet nie po raz szósty, ale nigdy dotąd nie powiedziano jej tego w tak absurdalnym otoczeniu, jakim była kocia kawiarnia Kleopatra, pierwszy ekskluzywny lokal dla wielbicieli mruczących czworonogów.

Cesca uważała, że to jakieś wariactwo, żeby łączyć popołudniową herbatę z obecnością futrzaków, które zdawały się czerpać prawdziwą przyjemność z porzucania swojej sierści w jedzeniu i napojach. A jednak odkąd dwa tygodnie wcześniej zaczęła tu pracować, lokal bez przerwy miał pełne obłożenie i rozbrzmiewał przymilnymi głosami turystów, którzy nie wypuszczali z rąk kijków do selfie i zachwycali się tym, jak koty zwijały się w kłębek na ich kolanach, popijając lapsang souchong z delikatnych porcelanowych filiżanek.

Turyści popijali, nie koty. Kociaki wolały chłeptać śmietankę z ręcznie malowanych dzbanuszków.

– Słucham? – Gdyby nie to, że potrzebowała tej pracy, a właściwie pieniędzy na pokrycie czynszu, roześmiałaby się właścicielce w twarz. Trudno powiedzieć, żeby było to jej wymarzone zajęcie: roznosić tace z kanapkami, starając się nie potykać przy tym o koty, które zdawały się celowo wchodzić jej w drogę. Nieraz zdarzyło jej się polecieć i wywrócić tacę pełną ciastek na niczego niespodziewającą się klientelę.

– To jasne, że nie nadajesz się do tej pracy – oznajmiła jej Philomena, właścicielka kawiarni. – W CV napisałaś, że jesteś miłośniczką kotów, a teraz ciągle krzyczysz na Tootsie, Simbę i innych. A to, co powiedziałaś przed chwilą do Pana Tibblesa, jest już niewybaczalne.

– Właśnie zasikał całą tacę filiżanek z herbatą – zaprotestowała Cesca.

– Gdybyś ją odebrała, kiedy tylko cię wezwałam, nie byłoby żadnego problemu. Te koty żyją w dużym napięciu, mają potrzebę oznaczania swojego terytorium. A naszym zadaniem jest wyznaczanie im granic. Mówiłaś mi, że masz doświadczenie w kontakcie z przedstawicielami rzadkich ras, takimi jak Pan Tibbles.

Kątem oka Cesca zauważyła, jak kocur skrada się w ich stronę po podłodze. Pan Tibbles był sfinksem, bezwłosym kotem, który wyglądał tak, jakby zdjął z siebie ubranie i paradował po kawiarni nago.

– Naprawdę mam trochę doświadczenia. W okolicy, w której dorastałam, było mnóstwo kotów… – zaczęła słabym głosem Cesca, ale urwała, świadoma, że skłamała właścicielce w żywe oczy, żeby tylko dostać tę pracę. Nie żeby była to jakaś świetna okazja, ale kiedy zobaczyła w witrynie ogłoszenie, była już zdesperowana. Do tego stopnia, że zdecydowała się pracować w otoczeniu syczących kotów, którym zależało chyba tylko na tym, żeby uprzykrzyć jej życie.

– Ale nie idzie ci. Klienci skarżą się na to, jak traktujesz zwierzęta. Nie możesz nimi rzucać, kiedy tylko robią coś nie tak.

– Nie rzucałam nimi, zdejmowałam je tylko ze stołów. Poza tym to był mój pierwszy dzień, nie wiedziałam jeszcze, że klienci lubią dzielić się jedzeniem.

– O to mi właśnie chodzi. – Philomena westchnęła. – Prawdziwa miłośniczka kotów nie musiałaby się nad tym nawet zastanawiać. To jasne, że jesteś oszustką. – Zniżyła głos i odgarnęła włosy ze spoconej twarzy. – Czy ty w ogóle lubisz koty?

Cesca zawahała się przez chwilę, rozdarta między naturalną skłonnością do mówienia prawdy a potrzebą wypłaty. Pan Tibbles, jakby wyczuwając rozgrywający się dramat, podkradł się bliżej i przeszedł między nogami Ceski. Spojrzał na nią swoimi wodniście błękitnymi oczami i zwęził źrenice, jakby rzucał jej wyzwanie.

– Ja… Hm… Nie jestem wielką fanką. Ale potrzebowałam pracy i nigdy nie miałam problemów ze zwierzętami. Kiedyś co weekend bawiłam się z psem sąsiadów.

Philomena aż się wzdrygnęła.

– Wielbiciele psów nie są tu mile widziani – syknęła prawie jak kot. – A teraz zabieraj swoje rzeczy i wynoś się stąd, zanim zdenerwujesz Pana Tibblesa tymi okropnymi słowami.

– Czy mogę dostać przynajmniej swoją pensję? – Jeśli Cesca zaczynała żebrać o pieniądze, to było już naprawdę źle, ale widmo czynszu, który miała do zapłacenia pod koniec tego tygodnia, unosiło się nad nią złowieszczo, więc nie miała innego wyjścia, jak tylko okryć się hańbą. Już zbyt wiele razy musiała się usprawiedliwiać, dlaczego płaci z opóźnieniem, a czasami nawet w ogóle nie płaci. Życie od pierwszego do pierwszego w Londynie nie nadawało się dla ludzi słabych duchem.

Ale jaki miała wybór? W wieku dwudziestu czterech lat staczała się po równi pochyłej, podczas gdy wszyscy jej znajomi pięli się w górę. Kiedy oni pilnie się uczyli na uniwersytecie i zdobywali stanowiska, które przynosiły im teraz dobre wynagrodzenie, Cesca skakała z kwiatka na kwiatek, nigdy nie zatrzymując się na chwilę potrzebną, żeby uważniej się sobie przyjrzeć.

I stała się całkiem niezła w tym uciekaniu przed sobą. Sześć lat udawania, że jest szczęśliwa, że wszystko jest w porządku, że tak naprawdę lubi ten cygański styl życia, to dryfowanie od mieszkania do mieszkania i opowiadanie znajomym, jak to straciła kolejną pracę bez perspektyw albo zrujnowała kolejny związek, podczas gdy oni pokładali się ze śmiechu. Ale kiedy leżała wieczorem w łóżku, próbując nie zwracać uwagi na wszechobecny zapach wilgoci i pleśni, którym zdawały się przesiąknięte ściany mieszkania, wcale nie było jej do śmiechu. Nawet się nie uśmiechała. Wtedy właśnie z głęboko ukrytych zakamarków jej umysłu wypełzały potwory, które zaczynały szeptać jej do ucha, że przegrała, poniosła porażkę i nigdy do niczego nie dojdzie.

Że dostała już swoją wielką szansę i ją zaprzepaściła.

– Proszę, weź to. – Philomena wetknęła jej do ręki grubą kopertę. Nie zakleiła jej nawet, więc Cesca zobaczyła przez szparę pozwijane rogi banknotów. – Tylko nie proś mnie o referencje – dodała szefowa. – Nie byłabym w stanie napisać ci nic miłego.

Cesca nawet by się nie ośmieliła. Niewielu spośród jej byłych pracodawców zgodziło się napisać o niej jakiekolwiek dobre słowo, co było strasznie niesprawiedliwe, bo przecież była naprawdę miłą osobą. Po prostu nie za bardzo potrafiła utrzymać pracę.

Cesca zapakowała kopertę z gotówką do torebki, narzuciła na siebie letnią kurtkę i zapięła ją pod szyję. Co prawda był już czerwiec, ale najwyraźniej nikt nie zawiadomił o tym pogody, bo zimny wiatr zadomowił się na dobre w mieście i hulał po ulicach jak rozwścieczony upiór.

– Do widzenia. – Cesca przeszła przez kuchnię i skierowała się do tylnych drzwi, prowadzących na nieduże brukowane podwórko zastawione koszami na śmieci i kartonowymi pudłami. Już miała sięgnąć do klamki, kiedy Philomena krzyknęła w jej stronę:

– I zamknij za sobą porządnie, nie chcemy, żeby koty nam pouciekały.

Tłumiąc w sobie chęć trzaśnięcia drzwiami, Cesca wyszła na podwórko i wzięła głęboki oddech, ale natychmiast tego pożałowała, bo jej nozdrza wypełnił drażniący zapach kocich odchodów.

Może to wcale nie tak źle, że ją stąd wywalili.

W piątkowe popołudnia Londyn zaczynał żyć własnym życiem. Pełno w nim było wałęsających się turystów, którzy wpadali na urzędników pod krawatem, poszukujących pierwszego weekendowego drinka. Nawet samochody zdawały się bardziej hałaśliwe, warkot silników głośniejszy, a trąbienie klaksonów pełne wściekłości. Ulice wypełniały się ludźmi mającymi jakąś misję – gdzieś dotrzeć, coś załatwić – która nie zakładała okazywania uprzejmości komukolwiek innemu.

Cesca ledwo to zauważała. Była zbyt zajęta przepychaniem się przez tłum i jednoczesnym obliczaniem w głowie, ile pieniędzy jej zostało. Przez ostatnich parę lat nauczyła się, jak wiązać koniec z końcem, opracowując eksperymentalne przepisy, w których łączyła najbardziej zaskakujące składniki. Był nawet czas, kiedy biegała po mieście z kontenerowcami, grupą bogatych młokosów, którzy uważali, że zjedzenie kanapki przeterminowanej o dwa dni to wywrotowe działanie. Bawili się w biedaków, a mieszkanie w squacie dostarczało im podobnych wrażeń jak większości ludzi wjechanie na szczyt kolejki górskiej i wstrzymanie oddechu przed jazdą w dóóół. Ale podczas gdy dla nich był to wybór, dla Ceski stało się to już stylem życia.

Trudno jej było uchwycić dokładny moment, w którym uświadomiła sobie, jak nisko upadła. Kiedy zaczęła rozglądać się dookoła i odkryła, w jakiej dziurze się znalazła, było już za późno. Była zbyt dumna, żeby prosić o pomoc, i za bardzo się bała przyznać przez rodziną i znajomymi, jak wygląda teraz jej życie.

Do stacji metra próbowała się wcisnąć duża grupa japońskich turystów, którzy wysypywali się na chodnik, nie mogąc się pomieścić w wejściu. Cesca obeszła ich i rzuciła im zazdrosne spojrzenie, świadoma, że jej samej nie stać na przejazd metrem do domu. Pieniądze, które miała w torebce, mogły nie wystarczyć nawet na opłacenie czynszu za ten tydzień, a już na pewno nie uda się ich rozciągnąć na przyszły. Takie luksusy jak podróże metrem czy kolacja będą musiały poczekać do czasu, kiedy znajdzie kolejną pracę, dostanie zasiłek dla bezrobotnych albo zdoła przełknąć dumę i poprosić o pomoc.

Tłum przerzedził się nieco, kiedy przekroczyła Tamizę i skierowała się w stronę mroczniejszej, bardziej obskurnej części miasta, w której wspólnie z koleżanką wynajmowała mieszkanie. Sklepy, tak jasne i pełne ładnych przedmiotów po północnej stronie rzeki, stały się mniej przyjemne dla oka, a w ofercie miały przejrzałe owoce i niechciane sztuki mięsa, których zapach unosił się w zadymionym powietrzu. Właśnie tę część Londynu Cesca poznała w ciągu ostatnich paru lat, tak bardzo różnych od dzieciństwa spędzonego w Hampstead, gdzie nadal mieszkał jej ojciec. Czas dorastania w północnym Londynie w otoczeniu trzech sióstr, z których tylko jedna była młodsza od niej, wydawał się bajką w porównaniu z jej obecnym życiem.

Ale jej dzieciństwo nie było wcale sielanką. Zburzyła ją skutecznie śmierć matki, z którą Cesca musiała się zmierzyć w wieku jedenastu lat.

Mieszkanie, które Cesca dzieliła z inną dziewczyną – Susie Latham – znajdowało się na najwyższym piętrze wysokiej, koślawej kamienicy. Ściany z czerwonej cegły już dawno poczerniały od nanoszonej przez setki lat sadzy i spalin i tylko wiatr z deszczem wygryzały gdzieniegdzie jaśniejsze plamy. Na parterze znajdował się kiosk z gazetami, z rodzaju tych, gdzie sprzedawano papierosy na sztuki dzieciakom, które jeszcze się nawet nie zbliżyły do przepisowych osiemnastu lat. Cesca przekroczyła stertę pustych puszek po napojach i zwiniętych papierków po cukierkach, po czym otworzyła drzwi prowadzące na klatkę schodową, odsuwając na bok stos nieodebranych listów. Podobnie jak cała reszta budynku okres świetności schody miały już za sobą, a chodnik wystrzępił się przez lata rozdeptywania.

Susie była w łazience i niedużą pęsetą nakładała sztuczne rzęsy. Przyklejała je po jednej i przeklinała za każdym razem, kiedy upuściła maleńki włosek do popękanej niebieskiej umywalki. Słysząc kroki Ceski w korytarzu, podniosła wzrok i posłała jej sztywny uśmiech.

– Wszystko okej?

Cesca pokiwała głową. Mieszkała z Susie od prawie pół roku, ale nadal były ze sobą w zaledwie poprawnych stosunkach. Na tym właśnie polegał paradoks mieszkania w Londynie: współlokator mógł pozostawać zupełnie obcym człowiekiem, a z przechodniem poznanym na ulicy od razu nawiązywało się nić porozumienia. Dla Ceski ta sytuacja była dość niekomfortowa – do tego stopnia, że większość czasu spędzała w zagraconym pokoju, który nazywała swoim.

– Dave dzwonił po południu, przyjdzie jutro odebrać czynsz. – Susie dokleiła ostatnią rzęsę do prawej powieki. – Tym razem masz pieniądze, co?

– Jasne.

– To dobrze, bo jest cholernie zimno i nie chcę wylądować teraz gołym tyłkiem na bruku. – Susie przechyliła głowę na bok, przyglądając się uważnie swojemu odbiciu. – A, i dzisiaj przychodzi Jamie.

– Myślałam, że ze sobą zerwaliście.

– Wrócił na klęczkach, tacy jak on zawsze wracają. Najpierw zabiera mnie na tańce, a potem może na coś do jedzenia.

– Jego żona też będzie? – zapytała Cesca z przekąsem.

– Nie, no co ty! Poza tym on już mi wszystko wyjaśnił: zamierza wziąć rozwód, tylko ta baba mu to utrudnia. Niech ona się wreszcie ogarnie!

Cesca przewróciła oczami.

– O której wrócisz? – Weszła do kuchni i pstryknęła czajnik. Otworzyła lodówkę, zajrzała do środka i wyjęła mały karton mleka, który zalegał w głębi na półce. Potrząsnęła nim i zauważyła zdradzieckie ślady żółtej zawiesiny, przyklejone do plastikowych ścianek. No to będzie kawa bez mleka.

– Pewnie po północy – krzyknęła Susie z łazienki. – Będziesz jeszcze na nogach?

Jakie to dziwne, że ludzie ciągle zadają nie te pytania, co trzeba. Susie nie chciała się tak naprawdę dowiedzieć, czy Cesca nie będzie jeszcze spała, tylko czy schowa się jak zwykle w swoim pokoju i zostawi trochę przestrzeni dla niej i jej aktualnego żonatego faceta.

– Możliwe, że pójdę do wujka Hugh – odkrzyknęła jej Cesca. – Zaproponował, żebym u niego przenocowała. Więc nie czekaj na mnie.

Tak naprawdę jej ojciec chrzestny nic takiego nie oferował, ale Cesca wiedziała, że zrobiłby to bez mrugnięcia okiem. Hugh był dla niej jak drugi ojciec, a odkąd umarła jej matka, stał się też dla niej powiernikiem.

– O! – W odpowiedzi Susie kryła się tak wielka gama emocji, jaka tylko mogła się pomieścić w jednej sylabie. – No, to do miłego.

I to by było na tyle. Cesca nie miała pracy, nie miała pieniędzy i nawet osoba, z którą mieszkała, nie mogła się doczekać, kiedy zamkną się za nią drzwi.

Czy to już było ostateczne dno? Miała nadzieję, że tak. Gdyby spadła jeszcze niżej, mogłaby nie wydostać się już nigdy na powierzchnię.

* W. Shakespeare, Antoniusz i Kleopatra, przeł. M. Słomczyński, Kraków 1999.

2

Miłość jest jak dziecko – rzecz obiecaną chciałaby mieć zaraz.

– Dwaj panowie z Werony*

Cóż, nie powiem, żebym był zdziwiony. – Hugh wszedł do salonu, niosąc ostrożnie tacę z filiżankami, spodkami i ciastkami. – Trudno mi sobie wyobrazić, żebyś lubiła pracę w otoczeniu kotów. Nigdy nie przepadałaś za zwierzętami. Pamiętam, jak raz zabrałem ciebie i Kitty do zoo: obie piszczałyście, kiedy tylko zbliżaliśmy się do klatek.

– Nieprawda – zaprotestowała Cesca. – Kitty boi się wszystkiego, to fakt. Ale mi się tam bardzo podobało. Mam mnóstwo miłych wspomnień z tej wycieczki. – Uśmiechnęła się na myśl o młodszej siostrze. – A swoją drogą, masz pozdrowienia od Kitty.

– O, rozmawiałaś z nią?

– Nadal zdzwaniamy się co tydzień na Skypie. Rozkazy Lucy. – Cesca przewróciła oczami.

– Stara, dobra Lucy, ma na was wszystkie oko. W końcu od tego są starsze siostry, czyż nie? – Uśmiechnął się łagodnie.

– To prawie jak operacja wojskowa – przyznała. – Kitty jest w Los Angeles, Juliet w Marylandzie i tylko my z Lucy zostałyśmy w tej samej strefie czasowej. Zebrać nas wszystkie na rozmowę w tym samym momencie to jakby zaganiać koty do stada. – Nawet Lucy mieszkała teraz trzysta kilometrów stąd, w Edynburgu. Siostry Shakespeare rozsypały się po świecie jak niesione wiatrem kwiaty.

Hugh postawił tacę na lśniącym stoliku kawowym i pochylił się, żeby nalać do filiżanek earl greya z dekoracyjnego chińskiego imbryczka. Podał jedną z nich Cesce, a drugą zabrał ze sobą na fotel z uszami stojący koło kominka. Zamknął oczy i zaciągnął się aromatem herbaty, zanim upił jej maleńki łyk.

– Ach, rozkosz.

Cesca napiła się ze swojej filiżanki, delektując się łagodnym kwiatowym zapachem. Podobnie jak w przypadku wielu innych rzeczy to Hugh wprowadził ją w barwny świat herbat, zmuszając do nauczenia się nazw wielu odmian liści, podczas gdy jej rówieśnicy opróżniali puszki coli. Te pierwsze parę degustacji dało początek jej miłości do tego gorącego napoju, tak że Cesca potrafiła teraz docenić kunszt dobrze zaparzonej herbaty i z zamkniętymi oczami odróżnić lapsang souchong od da hong pao. Dla Hugh herbata stanowiła rytuał, coś, czym należy się delektować. Krzywił się za każdym razem, kiedy widział, jak ktoś macza torebkę w kubku pełnym gorącej wody i mleka.

Cesca odstawiła filiżankę i usiadła głębiej na sofie, podkurczając pod siebie stopy.

– Można by pomyśleć, że dla kogoś, kto tak bardzo lubi herbatę, praca w kawiarni będzie łatwa.

– To dwie zupełnie różne sprawy, moja droga – oznajmił jej Hugh. – Tak jakbyś porównywała zajadanie się dobrym stekiem do pracy w rzeźni.

– Kto wie, czy następnym razem nie skończę właśnie tam – odparła Cesca ponuro. – Chociaż pewnie nawet nie daliby mi szansy. Nie z moją historią.

Wyprostowała się i potoczyła spojrzeniem po pięknym mieszkaniu Hugh. Budynek z czerwonej cegły w dzielnicy Mayfair nie mógłby się chyba bardziej różnić od nieszczęsnej kamienicy Ceski, choć znajdowały się zaledwie parę kilometrów od siebie. Jednak pod względem poziomu życia dzieliła je prawdziwa przepaść. Hugh pochodził ze szlacheckiego rodu, a jego zmarła matka zostawiła mu to mieszkanie, kiedy miał dwadzieścia kilka lat. Meble stanowiły część rodzinnego dziedzictwa. Fotele pochodziły z okresów od regencji po wiktoriański, a wszystkie stoły, pomimo słusznego wieku, wyglądały prawie jak nowe, tak były wypolerowane i lśniące. Nawet ściany mówiły o pochodzeniu Hugh: z obrazu wiszącego nad kominkiem spoglądał na nich jego dawno zmarły prapradziadek.

– To się musi skończyć. Wiesz o tym, prawda?

Obróciła gwałtownie głowę, żeby spojrzeć na wujka.

– Co masz na myśli?

Na jego twarzy malowała się troska, ale i determinacja.

– Dokładnie wiesz, co mam na myśli. Już zbyt długo przyglądam się, jak zmieniasz prace jak rękawiczki. Tak nie może być. Obiecałem twojej matce, że będę się tobą opiekował. A ja nie znoszę łamać danego słowa.

– Przecież się mną opiekujesz – powiedziała Cesca. – Jesteś tutaj i słuchasz mojego biadolenia. Większość ludzi już dawno spisałaby mnie na straty.

Hugh dolał im herbaty, przytrzymując ostrożnie imbryk.

– Ty potrzebujesz pomocy, moja mała, a nie życzliwego ucha. Gdybym był Amerykaninem, już dawno zaaranżowałbym jakąś sesję terapeutyczną.

Po raz pierwszy odkąd Cesca weszła do tego mieszkania, na jej twarzy pojawił się uśmiech.

– Nie zniósłbyś żadnej sesji. Całe to gadanie o uczuciach i doprowadzanie mnie do płaczu. Jedyne, co byłbyś w stanie zaaranżować, to przedstawienie teatralne.

Podniósł wzrok i pochwycił jej spojrzenie, a Cesca zdała sobie sprawę, że łatwo mu się nie wywinie.

– Ty też powinnaś o tym pomyśleć. Masz teatr we krwi, a od sześciu lat przed nim uciekasz.

Poczuła ucisk w piersi.

– Nie chcę o tym rozmawiać.

– A sądziłem, że to ja mam kłopot z wyrażaniem emocji. Na tym polega cały twój problem, nie widzisz tego? Może gdybyś potrafiła o tym mówić i przepracowała sobie tę sprawę, już dawno byś sobie z nią poradziła. A tak wyrzucają cię z kolejnej pracy bez perspektyw i dalej marnujesz swój talent.

Pomimo herbaty poczuła suchość w ustach.

– Życie jest brutalne i dało mi w dupę. Dostałam już jedną szansę i najwyraźniej nie jestem wystarczająco dobra, żeby dostać kolejną.

Hugh odstawił gwałtownie filiżankę, aż herbata rozchlapała się na boki.

– Ani mi się waż tak mówić! Miałaś osiemnaście lat, świat leżał u twoich stóp. I tak, „życie dało ci w dupę”, jak raczyłaś się elegancko wyrazić. Ale to nie znaczy, że nie jesteś utalentowana.

– Moja sztuka okazała się klapą. – Po tych wszystkich latach nadal czuła ból, kiedy wypowiadała te słowa. – Zdjęli ją po tygodniu. Producenci stracili wszystkie pieniądze.

– Cesca, do licha ciężkiego, to nie była twoja wina. Sztuka była dobra, wiesz przecież.

– To nie ma znaczenia. Skoro nikt nie chciał na nią przyjść, skoro wszyscy zwrócili bilety, to równie dobrze mogłam jej w ogóle nie pisać.

– Zwrócili bilety, bo główny aktor zniknął. I to też nie była twoja wina.

Nie, to nie była ani trochę jej wina. To była wina Sama Carltona, tego przystojnego, zdolnego łajdaka.

– Powinnam była się domyślić, że to zbyt piękne, żeby było prawdziwe. No bo co za człowiek wyjeżdża z miasta po pokazie przedpremierowym? Jeszcze przed właściwą premierą sztuki?

Hugh wzruszył ramionami.

– Wiem, że wyjechał w niewłaściwym momencie, ale nie powinnaś odbierać tego osobiście.

Uderzyła otwartą dłonią w stolik obok siebie.

– Oczywiście, że odbieram to osobiście. – Oczy zapiekły ją od łez. – Cała ta sztuka była osobista. Pisałam ją własną krwią. A on tak po prostu wyjechał, Hugh, bez jednego słowa. Zostawił nas na lodzie dzień przed premierą. Więc nie mów mi, żebym nie odbierała tego osobiście, bo odbieram.

– Zachowujesz się irracjonalnie.

Wzięła głęboki oddech.

– Wiem. Pewnie uważasz mnie za idiotkę. I wiem, że to nie jego wina, że dubler był do chrzanu i że sztuka została zdjęta. Ale spójrz tylko na niego, on jest teraz obrzydliwie sławny, a ja… A ja to ja.

Oparła się o poduszki i zamknęła oczy. Łzy wezbrały jej pod powiekami.

– Ta sztuka była dla mnie wszystkim – powiedziała cicho. – To miał być mój hołd dla mamy. Chciałam wszystkim pokazać, jaka była cudowna, jak bardzo za nią tęsknimy.

– Będą kolejne sztuki. Masz talent.

– Nie ma znaczenia, czy mam talent, czy nie – odparła Cesca. – Od tamtej pory nie jestem w stanie napisać ani słowa.

Hugh się skrzywił.

– Masz talent, Cesco. Tego nie wolno zmarnować.

– Myślisz, że nie próbowałam? – zapytała, przypominając sobie te wszystkie dni, które spędziła przed komputerem, wpatrując się w pusty ekran, który spoglądał na nią szyderczo, podczas gdy jej myśli obracały się w proch. To nie była nawet blokada twórcza, to było twórcze zamurowanie. – Za każdym razem, kiedy siadam, żeby coś napisać, nic z tego nie wychodzi. To mnie dobija.

– Wiesz, Winston Churchill powiedział kiedyś, że sukces polega na przeskakiwaniu od porażki do porażki bez utraty entuzjazmu. A przynajmniej coś w tym stylu. Gdzie jest twój entuzjazm? – zapytał Hugh.

Cesca westchnęła.

– Z porażkami radzę sobie nieźle. To sukces wydaje się nieuchwytny.

– Przecież nie znajdziesz go w tej przeklętej kociej kawiarni, co? – Wzdrygnął się. – Ta cała sierść i ludzie, którzy piją tam kawę. Ohyda.

Nie była pewna, czy chodzi mu o koty, czy o kawę. W opinii Hugh i jedno, i drugie było niestosowne, choć to kawa zbierała zwykle największe cięgi.

– Nie znalazłam go nigdzie, wujku. Szukałam i szukałam, ale nigdzie go nie ma. A z tego można wyciągnąć tylko jeden wniosek: byłam gwiazdą jednego przeboju. I nawet ten jeden przebój nie był wcale taki dobry.

– To wszystko jakieś dyrdymały, dobrze o tym wiesz. Dobry Boże, Cesca, przecież ty w wieku osiemnastu lat wygrałaś ogólnokrajowy konkurs sztuką, którą sędziowie ocenili jako nadzwyczajną. Nie dostaje się takich wyrazów uznania, jeśli nie jest się wybitnie utalentowanym, wiesz o tym.

Nie miała ochoty myśleć o tamtych czasach. Przez kilka krótkich miesięcy płynęła na fali podekscytowania tylko po to, żeby na koniec wszystko wokół niej się zawaliło. Cesca była w ostatniej klasie liceum, kiedy przystąpiła do tego konkursu, święcie przekonana, że jej sztuka znajdzie się na samym końcu rankingu. To, że zdobyła nagrodę za najlepszą debiutancką sztukę roku, a potem została wybrana do produkcji, wydawało się spełnieniem wszystkich jej marzeń.

– Talent nie ma znaczenia.

– Czyli zamierzasz się po prostu poddać?

– Muszę zaakceptować to, że nie jestem stworzona do pisania. Będę próbowała różnych zajęć, aż w końcu coś mi podpasuje.

– Nic ci nie „podpasuje”. – Hugh wstał i długimi krokami podszedł do kominka. Zdjął z niego zdjęcie i przez chwilę trzymał w palcach srebrną ramkę. Cesca rozpoznała portret swojej matki stojącej na scenie z bukietem róż w ręku po którejś spektakularnej premierze. – Spójrz na swoją matkę. Masz teatr we krwi, odziedziczyłaś to po niej. Możesz sobie udawać do woli, że tak nie jest, ale i tak się tego nie pozbędziesz. Twoja matka była stworzona do grania na scenie i robiła to wspaniale. A ty jesteś stworzona do pisania, dlatego twoja pierwsza sztuka okazała się tak niesamowita. Zdobyła nagrodę. Nie pozwól, żeby zachowanie jakiegoś niedojrzałego fircyka powstrzymało cię przed zrealizowaniem tego potencjału.

W jego słowach było ziarno prawdy, które znowu sprowadziło do oczu Ceski łzy. Spośród wszystkich sióstr to właśnie Cesca praktycznie od urodzenia kochała teatr. Już jako małe dziecko błagała, żeby pozwalano jej siedzieć za kulisami i patrzeć, jak mama gra na scenie. Zakochała się w teatrze, kiedy tylko poczuła zapach szminek do charakteryzacji i starych, zakurzonych kostiumów.

– Nie potrafię. Przysięgam, że próbowałam. Ale za każdym razem, kiedy to robię, słyszę w głowie głosy, które szepczą mi, że jestem do niczego, że sama siebie okłamuję. Że to dobrze, że Sam Carlton wyjechał wtedy do Hollywood, bo ja wcale nie jestem stworzona do pisania.

Hugh usiadł koło niej, a jego zginające się kolana strzeliły cicho.

– Oboje wiemy, że to nieprawda. Musisz tylko dać sobie trochę czasu i przestrzeni. Znaleźć miejsce, w którym będziesz mogła myśleć, oddychać, pozwolić, żeby słowa popłynęły.

Roześmiała się.

– W Londynie się chyba nie da. – A przynajmniej nie w tej części Londynu, w której teraz mieszkała, w otoczeniu Susie i jej żonatych facetów. Trudno tam było nawet oddychać, a co dopiero przetwarzać własne myśli.

– Może powinnaś się stąd wyrwać.

Cesca uśmiechnęła się do niego serdecznie.

– Jak? Nie stać mnie na zapłacenie czynszu za przyszły tydzień, nie ma szans, żebym znalazła pieniądze na wakacje.

– Ja mógłbym dać ci pieniądze.

No i znowu to samo. Momentalnie się spięła.

– Nie. Nie, dziękuję. Wiem, że chcesz dla mnie jak najlepiej, ale sama na siebie zarobię.

– A gdyby znalazł się inny sposób? – spytał Hugh, a jego twarz przybrała nagle przebiegły wyraz. – Gdybyś znalazła coś taniego? Mógłbym pożyczyć ci pieniądze, a ty byś mi je potem zwróciła.

– Nigdy nie będę w stanie ci ich zwrócić, chyba że byłoby to coś skrajnie taniego. A jak napisał człowiek, którego nazwisko z dumą noszę, „pożyczek nie bierz ani nie udzielaj”**.

Hugh uśmiechnął się na ten cytat z Shakespeare’a.

– W takim razie znajdziemy coś skrajnie taniego. Poza tym dzięki wspaniałym tekstom, które napiszesz, w mgnieniu oka będziesz mogła mi wszystko zwrócić. – Odchylił się do tyłu i przez chwilę pocierał brodę w zamyśleniu. Potem wyprostował się i pstryknął palcami. – Mam!

– Co?

Zignorował jej pytanie.

– Zaczekaj tutaj, muszę wykonać jeden telefon. – Wstał i odstawił filiżankę na stolik obok.

– W sumie to nie miałabym nawet gdzie iść – zauważyła, kiedy wychodził do kuchni.

Pięć minut później wrócił z wielkim uśmiechem na twarzy.

– Wyglądasz jak kot, który dostał śmietankę – zażartowała, krzywiąc się na własne słowa.

Roześmiał się głośno.

– Właśnie rozmawiałem ze swoimi starymi przyjaciółmi. Doszły do mnie głosy, że mają kłopot ze znalezieniem kogoś, kto zajmie się ich willą we Włoszech.

Cesca uniosła jedną brew.

– Cóż za zbieg okoliczności.

– Nie patrz tak na mnie – ofuknął ją Hugh. – Wcale nie naginam prawdy ani nic nie zmyślam, to czysty przypadek. Zatrudniają pewne małżeństwo, które mieszka na miejscu i zajmuje się domem, ale ci ludzie chcą wyjechać na parę tygodni, więc właściciele potrzebują zaufanej osoby, która zamieszka tam pod ich nieobecność. Nie będziesz miała wiele obowiązków poza pilnowaniem willi, więc zostanie ci mnóstwo czasu na pisanie. Poza tym, jeśli się zgodzisz, opłacą ci lot i wyżywienie na czas twojego pobytu.

Gdyby określić jej nastawienie jako sceptyczne, nadal byłoby to mało.

– A gdzie jest ta willa, która tak bardzo potrzebuje opieki skończonej nieudacznicy? – spytała.

– Nad jeziorem Como, tuż obok uroczego miasteczka zwanego Varenna. Villa Palladino, w której zamieszkasz, jest własnością tej rodziny od pokoleń. Sam kiedyś tam byłem, jest absolutnie cudowna. Co więcej, leży na uboczu, w cichej i spokojnej okolicy, więc nikt nie będzie ci przeszkadzał. Będziesz mogła oddychać świeżym powietrzem, chodzić na spacery, a nawet wygrzewać się na plaży, jeśli będziesz miała ochotę. – Przerwał i znowu na nią spojrzał. – Albo będziesz mogła pisać.

Czuła się tak rozdarta, że aż ją bolało. Z jednej strony miała ochotę wstać i zacząć skakać z radości, okazać trochę entuzjazmu i podziękować wujkowi za uratowanie jej życia. Ale z drugiej strony Cesca, którą była przez ostatnie sześć lat, podpowiadała jej, że to zbyt piękne, żeby okazało się prawdziwe, że takie rzeczy jej się nie zdarzają. Ona jest skazana na porażkę i tylko po raz kolejny zawiedzie swojego ojca chrzestnego.

– Przecież ja nie potrafię utrzymać żadnej pracy – wyszeptała. – Skąd pomysł, że tym razem mi się uda?

– Wiem, że ci się uda – odparł Hugh. – Bo nie będziesz miała tam nic do roboty poza pisaniem i porządkowaniem swoich myśli. Powinnaś była to zrobić już wiele lat temu, kiedy zdjęli twoją sztukę. A ja powinienem był na to naciskać. Ale ty wskoczyłaś na równię pochyłą i staczasz się po niej tak szybko, że nikt nie może cię złapać.

Trudno było nie dostrzec prawdy, jaka tkwiła w jego słowach, więc Cesca nawet nie próbowała jej ignorować.

– Jeśli miałabym pojechać – odezwała się z wahaniem, nadal nie całkiem zdolna do tego, żeby się zgodzić – to będę musiała załatwić najpierw parę spraw. Na przykład paszport i ubrania. Poza tym musiałabym wymyślić, co w ogóle będę tam pisać.

Hugh obdarzył ją promiennym uśmiechem.

– To akurat łatwe, zaraz to załatwimy. Najtrudniejsze jest przekonanie cię, żebyś się zgodziła.

– Masz jakieś zdjęcie tej willi? – spytała Cesca. – Jak duża jest?

Hugh wzruszył ramionami i odwrócił wzrok.

– Raczej średniej wielkości. Nie sądzę, żebym miał zdjęcie, właściciele cenią sobie prywatność. Jest tam na tyle dużo pokoi, żebyś nie wpadała na tych ludzi, którzy zwykle opiekują się domem, kiedy jeszcze tam będą, ale nie aż tak dużo, żebyś poczuła się przytłoczona, kiedy wyjadą. – Wyczuwając jej opór, chwycił ją za rękę. – Po prostu spróbuj. Zrób to dla mnie, dla swojego taty, na miłość boską, zrób to dla swojej mamy, jeśli musisz, tylko wsiądź w samolot i leć do Włoch. Jeśli bardzo ci się tam nie spodoba, to pogadam z moimi przyjaciółmi i coś wymyślimy.

– Nie wiem…

– Przestań się zastanawiać i powiedz tak – nakazał jej Hugh. – Spójrz na to jak na ostateczne dno, od którego masz szansę się odbić.

Miał rację, wiedziała o tym. Aż trudno było uwierzyć, jak mało miała do stracenia. W życiu przychodzi taka chwila, w której człowiek albo akceptuje, że sprawy nigdy nie zmienią się na lepsze, albo bierze ster we własne ręce i zaczyna się zastanawiać, dokąd tak naprawdę zmierza. Siedząc tu, w tym londyńskim mieszkaniu, Cesca zdała sobie sprawę, że właśnie nadszedł dla niej taki moment.

Czy mogła go zignorować? Czy mogła go odrzucić i potem tylko oglądać się za nim z żalem? A żalu miała w sobie już tyle, że wystarczyłoby jej chyba do końca życia.

– Dobrze, zrobię to – powiedziała, a Hugh wydał z siebie westchnienie ulgi. – Polecę do Włoch, zajmę się tą cholerną willą i spróbuję zmienić coś w swoim życiu.

Hugh przytulił ją do siebie w nietypowym dla niego przypływie uczuć. Cesca ze zdumieniem odwzajemniła uścisk, kładąc mu dłonie na plecach i czując kości wystające z jego chudego ciała.

– Dobra dziewczynka – wyszeptał. – Jestem z ciebie dumny.

Jego słowa poruszyły ją i wprawiły w tęskną zadumę. Był taki czas, że sama była z siebie dumna. Gdyby tylko znowu mogła się tak poczuć!

– Kiedy wyjeżdżasz? – zapytał ojciec, spoglądając na nią znad krawędzi kubka.

– Jutro – odparła Cesca. – Rano mam lot z Heathrow. – Obrzuciła spojrzeniem kuchnię. Ściany były odrapane, farba odchodziła od tynku. W zlewie piętrzyły się brudne naczynia. Nie wierzyła własnym oczom. Sam dom miał dużą wartość, ale Oliver od lat go zaniedbywał, bo bardziej interesowało go badanie owadów niż wystrój wnętrz.

Poczuła ukłucie niepokoju na myśl o pozostawieniu ojca samego. Choć nadal był przystojnym mężczyzną, to kiedy tak siedział po drugiej stronie stołu, wydawał się bardziej kruchy, niż go zapamiętała. Starszy.

– Mówiłaś swoim siostrom, że wyjeżdżasz? – zapytał.

– Rozmawiałam z nimi dzisiaj rano. Na Skypie.

– Na tym czymś do telefonów wideo? – spytał Oliver, kręcąc głową. – To niesamowite, że możecie się zobaczyć, mimo że rozjechałyście się na cztery strony świata.

Uśmiechnęła się łagodnie. Nadal nie mogła się przyzwyczaić do siedzenia w tej kuchni bez nich. To pomieszczenie kryło w sobie tyle wspomnień. Lucy, która dwoiła się i troiła, żeby przygotować im drugie śniadanie do szkoły, Juliet, która malowała obraz na starym drewnianym stole. Kitty z nosem przyklejonym do przedpotopowego telewizora ustawionego na blacie kuchennym. Teraz wydawało się, że jest tu tak cicho w porównaniu z tamtymi czasami. W jej dzieciństwie ten dom tętnił życiem. Siostry Shakespeare były hałaśliwe i tryskały energią. Ale teraz zostały tu tylko duchy przeszłości.

Oczyma wyobraźni Cesca widziała tu też swoją matkę. Jak zwykle olśniewającą, pochylającą się, żeby pocałować każdą z nich przed wyjściem do teatru. Zawsze pięknie pachniała, jak bukiet kwiatów. Czasem zdarzało się, że Cesca poczuła gdzieś zapach tych samych perfum i wszystkie wspomnienia natychmiast do niej wracały.

– Poradzisz sobie, kiedy mnie nie będzie? – zapytała ojca.

– Oczywiście, że tak. Zajmę się swoją pracą. Dzwonił też Hugh, żeby zaprosić mnie na obiad. A, i Lucy pewnie przyjedzie któregoś dnia z Edynburga.

Bogu niech będą dzięki za Lucy. Ich najstarsza siostra zawsze trzymała rękę na pulsie.

– Spróbuję do ciebie zadzwonić – powiedziała.

Machnął ręką.

– Pewnie nie odbiorę. A tej piekielnej sekretarki nadal nie mogę rozpracować. Może lepiej wyślij mi pocztówkę.

– Mogę.

Ojciec wpatrzył się w swoją krzyżówkę i postukał długopisem o wargi. Znowu straciła jego uwagę.

– Tato, będziesz o siebie dbał, prawda? – zapytała, świadoma ironii zawartej w tych słowach. – Odżywiaj się dobrze.

Odsunął długopis od ust i nagryzmolił odpowiedź.

– Ja się zawsze dobrze odżywiam – odparł. – Chociaż teraz pewnie ty będziesz jadać lepiej. We Włoszech mają świetne jedzenie. – W końcu podniósł na nią wzrok. – A co ty tam w ogóle będziesz robić?

Westchnęła.

– Tak jak ci mówiłam, będę się zajmować willą. I postaram się znowu coś napisać.

Po raz pierwszy na jego twarzy zabłysło zainteresowanie.

– Sztukę? – zapytał.

– Jeśli mi się uda. Chociaż trochę wyszłam z wprawy. – Największe niedopowiedzenie tego sezonu.

– To wspaniale. Gdyby mama żyła, byłaby z ciebie bardzo dumna. Zawsze marzyła o tym, żeby któraś z córek poszła za nią w teatr.

– Wiem. – Cesca spuściła wzrok. – Ale nie sądzę, żeby była dumna. Okazałam się wielkim rozczarowaniem.

– Oczywiście, że nie. – Oliver potrząsnął głową. – Wszystkie radzicie sobie bardzo dobrze. Żadnej z was nie było łatwo po tym, jak Milly… – Urwał, a do oczu napłynęły mu łzy. – No, w każdym razie daj z siebie wszystko. Tylko tyle możesz zrobić.

Przez chwilę myślała, że ojciec się przed nią otworzy. Ale teraz wycofywał się na jej oczach. Zabrał się znowu do wypełniania swojej krzyżówki, podczas gdy ona dopiła herbatę.

Ale miał rację. Nie pozostawało jej nic, jak tylko dać z siebie wszystko. Tylko czy to wystarczy?

* W. Shakespeare, Dwaj panowie z Werony, [w:] tegoż, Komedie, przeł. S. Barańczak, Kraków 2012.

** W. Shakespeare, Hamlet, [w:] tegoż, Tragedie i kroniki, przeł. S. Barańczak, Kraków 2013.

3

Będąc w domu, byłem w lepszym miejscu, lecz podróżni muszą się zadowalać byle czym.

– Jak wam się podoba*

Włoskie słońce grzało przez ogromne szyby na lotnisku, jakby chciało ją przywitać. Rozkoszowała się jego ciepłymi promieniami, próbując się zorientować, za którą grupą ludzi powinna podążyć, i starając się zrozumieć obcojęzyczne słowa wypisane na tablicach ponad jej głową.

Po włosku wszystko brzmiało lepiej. Takie słowa jak imbarchi, attenzione czy partenza zdawały się spływać po języku jak miód. Niestety żadnego z nich nie była w stanie zrozumieć, nawet kiedy zlokalizowała w końcu swój przewodnik i zaczęła go przeglądać w nadziei na znalezienie w nim mapy lotniska. Dopiero kiedy znowu podniosła wzrok, zorientowała się, że każdy napis na tablicach ma angielskie tłumaczenie. Głupia? Ona?

Kiedy Cesca dotarła do hali odbioru bagażu, została tam już tylko jej torba. Znoszona walizka z czerwonej skóry, która jeździła w kółko żałośnie osamotniona. Cesca dźwignęła ją z pasa i przeniosła na wózek, przeklinając w duchu, że torba jest tak stara, że nie ma nawet uchwytu i kółek jak większość nowoczesnych walizek.

Gdy wyszła do hali przylotów, żołądek skurczył jej się z niepokoju. Było tam pełno ludzi, którzy czekali na swoich bliskich, i kierowców trzymających przed sobą kartonowe tabliczki z wypisanymi nazwiskami. Lotnisko w Mediolanie było jednym z największych we Włoszech i obsługiwało nie tylko miasto, ale też nastawione na turystów okolice jezior, o czym świadczył obecny tutaj tłum. Cesca zatrzymała się i rozejrzała dookoła, zastanawiając się, czy nie powinna poszukać budki telefonicznej, żeby zadzwonić do Hugh.

– Panna Shakespeare? – Dobiegł ją głęboki głos z lewej strony. Odwróciła się i zobaczyła wysokiego mężczyznę stojącego obok.

– Tak, to ja. – Posłała mu uśmiech. Wyglądał na około trzydzieści lat, może troszkę więcej. No i nie wydawał się ani trochę zagubiony. A to samo w sobie było dla niej małym cudem.

– Nazywam się Alessandro, a to jest moja żona, Gabriella. Przyjechaliśmy, żeby zabrać panią do Villi Palladino.

Nieduża brunetka z rozpromienioną twarzą wysunęła się naprzód.

– Jestem Gabi, a na niego możesz mówić Sandro. Strasznie się cieszę, że tu jesteś. – Objęła Cescę w mocnym uścisku, pozbawiając ją przy tym powietrza. Jak na tak drobną kobietę Gabi była bardzo silna.

– Miło mi was poznać – odpowiedziała Cesca. – I jak to dobrze, że mówicie po angielsku. Mój włoski jest kiepski, przykro mi.

Gabi zbyła gestem jej przeprosiny.

– Niepotrzebnie, na pewno trochę podłapiesz w czasie pobytu. Poza tym większość ludzi z okolic jeziora mówi po angielsku, to nasz drugi język.

– Mimo wszystko powinnam przynajmniej spróbować – odparła Cesca. – Kiedy wejdziesz między wrony i tak dalej.

Gabi zmarszczyła brwi.

– Wrony? Tu nie ma wron.

Cesca się roześmiała. Ta kobieta bierze ją pewnie za wariatkę.

– Nie, to tylko takie powiedzenie. Kiedy wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one. To znaczy, że jeśli jest się w innym kraju, to powinno się przyjąć tamtejsze zwyczaje.

– Z tym się akurat zgadzam. – Sandro odebrał od Ceski wózek. – Ale damy ci parę dni, zanim zaczniemy oczekiwać, żebyś mówiła płynnie po włosku.

Gabi pacnęła go żartobliwie w ramię.

– Przestań, ona przyjechała wyświadczyć nam przysługę. Powinniśmy być dla niej mili. – Chwyciła Cescę za rękę i pociągnęła ją za Sandrem w stronę wyjścia. – Tak się cieszę, że mogłaś przyjechać, nawet nie wiesz, jaka to dla nas ulga. Pod koniec miesiąca siostra Sandra rodzi dziecko, a nie ma nikogo, kto mógłby jej pomóc. Wiesz, ona i Sandro są sierotami. Więc jedziemy do Florencji, żeby się nią trochę zaopiekować, ale nie moglibyśmy zostawić willi pustej.

Cesca nie była przyzwyczajona, żeby ktoś tyle o sobie opowiadał zaledwie po paru minutach od pierwszego spotkania. Jednak Gabi była w tym tak szczera i ujmująca, że dziewczyna mimowolnie podjęła rozmowę.

– Dziecko, to cudownie – powiedziała, kiedy wyszli z lotniska na mediolańskie powietrze. – Wiecie, czy to będzie chłopiec czy dziewczynka?

– Chłopiec – odparł Sandro w tym samym momencie, kiedy Gabi odpowiedziała: – Dziewczynka.

Cesca się roześmiała.

– To będzie chłopiec i dostanie imię po mnie. – Sandro wyglądał, jakby rozpierała go duma.

– Nie znamy jeszcze płci – szepnęła Gabi do Ceski. – Ale razem z siostrą Sandra uważamy, że to będzie dziewczynka.

– W takim razie trzeba będzie nazwać ją Alessandra – odparła Cesca. – Prawie tak samo ładnie.

Kiedy dotarli do samochodu – pięknego starego fiata 500 w kolorze błękitnym z chromowanymi wykończeniami – Sandro otworzył bagażnik i wcisnął walizkę w niedużą przestrzeń.

– Boję się, że będzie nam ciasno – odezwał się. – To dobry samochód, bardzo wydajny, ale niewiele w nim miejsca.

Cesca wzruszyła ramionami.

– Żaden problem, nie jestem zbyt duża. – Zerknęła na swoją drobną sylwetkę. Podobnie jak Gabi miała tylko nieco ponad metr pięćdziesiąt wzrostu, wąską talię i smukłe kształty. Kiedy dorastała, czuła się przy swoich siostrach jak skrzat.

Podróż do Varenny zajęła im nieco ponad godzinę. Z miasta wydostali się główną drogą na wschód, a potem jechali przez soczyście zielone pola i brązowe pyliste place budowy. Od czasu do czasu przejeżdżali przez urokliwe miasteczka z wysokimi starymi budynkami i bujnymi ogrodami. Gabi podtrzymywała nieustający potok rozmowy, opowiadając Cesce w swojej niemal idealnej angielszczyźnie o historii regionu, o pięknie Varenny i o tym, jak bardzo spodoba jej się willa. Kiedy dotarli do gór otaczających jezioro Como, Cesca nie mogła się już doczekać, kiedy zobaczy to wszystko, co opisywała jej Gabi. Wyglądała przez okno na porośnięte drzewami szczyty i migoczące wody leżącego u ich stóp jeziora i zastanawiała się, jak to będzie budzić się codziennie z takim widokiem.

Już niedługo miała się przekonać.

– Oczywiście dom jest w świetnym stanie. Signor i signora Carlton przyjeżdżają co roku i zawsze dbają o renowacje. Ale signorze Carlton zależy też na zachowaniu historycznego charakteru tego miejsca. Robią to z dużym smakiem.

– Kto? – Cesca zmarszczyła czoło.

– Właściciele, signor i signora Carlton – odparła Gabi cierpliwie. – Nasi pracodawcy.

– Myślałam, że willa należy do starego włoskiego rodu. Hugh, mój ojciec chrzestny, powiedział mi, że dom od pokoleń jest w posiadaniu tej samej rodziny.

– Oczywiście – zgodziła się Gabi. – Signora Carlton przed ślubem nazywała się Palladino. Dorastała w tej willi. To był dopiero romans, jak z bajki. Ona studiowała w Nowym Jorku, a on był producentem z Broadwayu. Zakochali się w sobie i w ciągu miesiąca wzięli ślub. A teraz mają trójkę pięknych dzieci.

– Ach tak? – odparła słabo Cesca. Zaczynało ją ogarniać przeczucie nieuchronnej zguby. – Jak się nazywają?

– O ich najstarszym synu, Samie, na pewno słyszałaś, jest znanym aktorem. Oprócz niego są jeszcze Sienna i Isabella, ich córki. Sienna ma szesnaście lat, a Izzy osiemnaście.

– Sam Carlton – powtórzyła Cesca ze ściśniętą piersią. Hugh tego pożałuje. – Słyszałam o nim – stwierdziła. – Myślę, że jego talent jest przereklamowany.

Gabi rzuciła jej ostre spojrzenie.

– On ma nie tylko wielki talent, ale też dobre serce. Za każdym razem, kiedy przyjeżdża, ma dla nas mnóstwo czasu.

– Ale nie przyjeżdża za często – dodał Sandro, nie odrywając wzroku od drogi. – Jest zbyt zajęty swoją karierą filmową. Teraz Gabi nie pozostaje nic innego jak wielbić go na odległość.

– Wcale go nie wielbię – żachnęła się Gabi. – Uważam tylko, że jest dobrym aktorem.

– Przystojnym aktorem – dorzucił Sandro z przewrotnym uśmiechem. – Już ja wiem, co się tak naprawdę dzieje w twojej głowie.

Gabi przestawiła się z powrotem na włoski i wyrzuciła z siebie potok słów, których Cesca nie była w stanie zrozumieć. Zdania wystrzeliwały z jej ust jak kule. Cesca oparła się na siedzeniu samochodowym, pozostawiając Sandra i Gabi w ich gorącej wymianie zdań. Dzięki językowi włoskiemu nawet ich sprzeczka brzmiała pięknie.

Zamknęła oczy, pozwalając, żeby popołudniowe słońce obmywało jej twarz. Kiedy tylko dotrą do willi, znajdzie jakiś sposób, żeby zadzwonić do Hugh i załatwić sobie lot powrotny. Nie ma mowy, żeby spała w domu, którego właścicielem jest ktokolwiek z rodziny Carltonów. Poza tym musi wracać do Londynu, żeby powiedzieć Hugh, co o nim myśli, prosto w oczy.

Zerknęła na zegarek. Minęły dwie godziny, odkąd wylądowała w Mediolanie, ale nie planowała zostawać w tym kraju ani chwili dłużej, niż było to konieczne. Gdyby to od niej zależało, w ciągu paru godzin wsiadłaby z powrotem do samolotu.

Niezłą wycieczkę sobie zrobiła.

Kiedy Sandro zatrzymał fiata przed bramą, Cesca poświęciła chwilę na przyjrzenie się Villi Palladino w całej okazałości. Dom był otoczony wysokim murem ze stiuku, z którego zwieszały się pnącza bugenwilli, tak jakby chciały się wymknąć na drogę. Przejazd zagradzała im brama z kutego żelaza, a za nią Cesca dostrzegła alejkę, wzdłuż której rosły śródziemnomorskie cyprysy. Eleganckie, wysokie drzewa o smukłych, wiecznie zielonych koronach kołysały się delikatnie na wietrze, tańcząc do bezgłośnej melodii.

Ten widok zaparł jej dech w piersi. Na moment poczuła ukłucie żalu, że nie będzie mogła tu zostać i cieszyć się tymi wspaniałościami. Ale potem przypomniała sobie, do kogo to miejsce należy, a raczej kto jest synem właścicieli, i to tylko wzmocniło jej postanowienie.

– Czy jest tu jakiś telefon, z którego mogłabym skorzystać? – zapytała. – Mój abonament nie obejmuje Europy. – Nie było jej stać na dzwonienie po stawkach roamingowych. Lepiej przejść się raz w tygodniu do miasteczka i znaleźć kawiarenkę internetową albo budkę telefoniczną. W ten sposób będzie miała przynajmniej kontrolę nad swoimi wydatkami.

Sandro pokręcił głową.

– Obawiam się, że nie. Signorze Carlton bardzo zależy na odosobnieniu podczas pobytów rodzinnych. Żadnych telefonów, żadnego Wi-Fi, a sieci komórkowe ledwo łapią tu zasięg. – Wyciągnął swój własny telefon z kieszeni. – Ja sam muszę iść aż do Varenny, żeby złapać sygnał. Ale chętnie pożyczę ci swój telefon.

– Nie trzeba, dziękuję, jeśli i tak muszę iść do miasta, to mogę zadzwonić z budki telefonicznej. – Lepiej mieć odrobinę prywatności na przekazanie Hugh tego, co zamierzała mu powiedzieć. – Ale muszę przyznać, że dziwi mnie ten brak połączenia ze światem w sytuacji, gdy pan Carlton pracuje na tak ważnym stanowisku. – Cesca zmarszczyła brwi. Foster Carlton, ojciec Sama, od lat pełnił funkcję dyrektora Teatru Narodowego w Londynie. Wiadomość o tym, że butny Amerykanin ma zająć tak prestiżową pozycję, zatrzęsła całym światkiem aktorskim, jednak nowy dyrektor poprowadził teatr ku kolejnym sukcesom.

– Właśnie dlatego jego żonie zależy na całkowitym odosobnieniu podczas ich pobytów. Jest znana z tego, że potrafiła wrzucić telefon męża do jeziora, jeśli go nie wyłączył. – Gabi odwróciła się do niej z uśmiechem. – Ma równie ognisty temperament jak on.

Cesce zaschło w ustach.

– Będę musiała przejść się po południu do miasteczka – oznajmiła. – Mam parę telefonów do wykonania. – I bilety lotnicze do kupienia. Na które będzie jeszcze musiała wytrzasnąć skądś pieniądze.

– Oczywiście – zgodziła się Gabi z uśmiechem. – Możemy przejść się razem. Z przyjemnością pokażemy ci okolicę.

Wewnątrz willa okazała się równie urzekająca jak na zewnątrz. Podłogi były wyłożone ciepłym, wypolerowanym drewnem, a ściany pomalowane na bladokremowy odcień. Sufit przecinały ciemne belki, a pokoje były zastawione bujnymi zielonymi roślinami i pięknymi meblami, które świadczyły o nieskazitelnym guście właścicieli. Gabi prowadziła Cescę od pokoju do pokoju, podtrzymując cały czas rozmowę i opowiadając jej o pracownikach zajmujących się sprzątaniem, ogrodem, a także na wszelki wypadek o umiejscowieniu bezpieczników.

Cesca ledwo słuchała, przytłoczona pięknem willi. Co za kontrast w stosunku do jej współdzielonego mieszkania w Londynie z wytartym chodnikiem i niepasującymi do siebie stołami. Jeszcze tego ranka wyszła stamtąd, niosąc swoją jedyną walizkę, a teraz znalazła się nagle tutaj. To jakiś okrutny żart, że nie będzie mogła tu zostać. Kto nie poczułby inspiracji w tak pięknym otoczeniu?

Kiedy weszły do salonu, Cesca zobaczyła, że Gabi zachowała najlepsze na koniec. Już samo pomieszczenie było imponujące – sklepiony sufit i przeszklone drzwi zwieńczone łukiem, które prowadziły do ogrodu – ale dopiero roztaczający się stamtąd widok zaparł jej dech w piersi. Wyłożony kamiennymi płytami taras z pięknie przyciętymi topiarami po bokach prowadził w kierunku dobrze utrzymanego trawnika, który schodził łagodnym zboczem do kolejnego poziomu ogrodu. Dalej znajdowały się rabatki porośnięte bodziszkami i pelargoniami o zachwycających kolorach. Od trawnika odchodziła ścieżka, która wiła się przez nieduży labirynt z żywopłotu, a za nim widać było roziskrzone jezioro. Choć Cesca nie mogła tego zobaczyć, z opisu Hugh wiedziała, że między ogrodem a jeziorem znajduje się niewielka plaża. Na samą myśl o słońcu nagrzewającym piasek poczuła podekscytowanie.

– Jak pięknie – wyszeptała zarówno do siebie, jak i do Gabi.

– Tak – zgodziła się Włoszka. – Sandro i ja mamy dużo szczęścia, że dostaliśmy tę pracę. Dobrze jest mieć takich wspaniałych pracodawców jak signor i signora Carlton. Są dla nas tacy mili, szczególnie teraz, kiedy siostra Sandra nas potrzebuje. – Zniżyła głos. – Większość pracodawców nie pozwoliłoby nam wyjechać w samym środku lata. Ale oni byli tak dobrzy, że znaleźli nam takiego anioła jak ty, żebyśmy mogli pojechać pomóc siostrze Sandra.

Cesce trudno było zignorować skurcz, jaki poczuła w żołądku. Ale i tak próbowała to zrobić. Wszystko będzie dobrze, Carltonowie z łatwością znajdą kogoś innego, kto zajmie się domem. Siedzenie za darmo nad jeziorem Como nie wydaje się zbyt uciążliwą pracą.

– Odkąd ich syn stał się sławny, nie jest im łatwo – ciągnęła Gabi. – To jedyne miejsce, w którym mogą spędzać z nim czas bez towarzystwa paparazzich. Tak bardzo cenią sobie odosobnienie i prywatność, że trudno im komukolwiek zaufać. Dlatego byli tak zachwyceni, kiedy znaleźli ciebie. Powiedzieli mi, że polecił cię ich serdeczny przyjaciel. A to wiele dla nich znaczy, wiedzieć, że nie przyjechałaś tutaj ze względu na ich sławę.

Cesca oderwała wzrok od pięknego widoku i zmusiła się do uśmiechu. Za parę godzin już jej tu nie będzie i cały ten problem spadnie na kogoś innego.

Ta myśl nie zmniejszyła jednak jej poczucia winy.

– Oszukałeś mnie. – Zachowywała się jak obrażone dziecko, wiedziała o tym, ale nic nie mogła na to poradzić. Oparła głowę o szklane drzwi budki telefonicznej, czekając na odpowiedź Hugh. Mógłby się pospieszyć, to połączenie kosztowało ją fortunę.

– Ja tylko nie powiedziałem ci całej prawdy, i to dla twojego dobra. W imię stawiania czoła własnej przeszłości i tak dalej. Poza tym wiedziałem, że jeśli powiem ci, kto jest właścicielem tego domu, to na pewno nie pojedziesz.

– Jasne, że bym nie przyjechała, do cholery. A teraz znalazłam się w strasznie niezręcznym położeniu. Wiedziałeś, że to małżeństwo, które zajmuje się domem, wyjeżdża w przyszłym tygodniu, żeby pomóc siostrze, kiedy będzie rodzić dziecko? I że uważają mnie za anioła, bo przyjechałam, żeby ich uratować?

Hugh wybuchnął śmiechem, a Cesca miała ochotę rzucić słuchawką. I pewnie by to zrobiła, gdyby słuchawka nie była podłączona do aparatu.

– To dlatego, że jesteś aniołem. Nie możesz po prostu pójść na żywioł i zostać? Albo spójrz na to z innej strony: Carltonowie są ci coś winni za to, co zrobił ich syn. Pomyśl o tym jako o zadośćuczynieniu.

– Hugh! Absolutnie nie ma mowy, żebym została w tym domu. A co, jeśli będę musiała z nimi rozmawiać? O mój Boże, a co, jeśli przyjadą tutaj podczas mojego pobytu?

– Wyjechali na całe lato do Paryża, wydawało mi się, że ci mówiłem. Foster jest reżyserem gościnnym w jednym z tamtejszych teatrów, nie będą mieli okazji, żeby przyjechać do Włoch. Dlatego właśnie potrzebowali kogoś, kto zajmie się domem.

– Wszyscy? – zapytała Cesca groźnie.

– Wszyscy – potwierdził Hugh. – Lucia i dziewczynki spędzają lato z Fosterem, a ich syn kręci chyba jakiś film w Los Angeles. – Zauważyła, że starannie unika wypowiadania imienia Sama.

– I tak nie mogę tu zostać. Będziesz musiał im powiedzieć, że wyjeżdżam. Zamierzam znaleźć jakąś kawiarenkę internetową i poszukać lotu do domu.

Nastąpiła chwila ciszy. Cesca patrzyła przez szybę budki telefonicznej na plac. Gabi i Sandro zajęli stolik w jednej z kawiarni i gawędzili z kelnerką. Znowu przeszyło ją poczucie winy.

– A gdybym zagwarantował ci, że nikt nie przyjedzie? – zapytał Hugh. – Widziałaś to miejsce, jest całkowicie odosobnione. I piękne. Wprost idealne dla ciebie, moja mała.

Cesca dopisała niewdzięczność do listy swoich grzechów.

– Byłoby idealne – zgodziła się – gdyby nie właściciele.

– Przecież oni nic ci nie zrobili. Ani Foster, ani Lucia. I może to jest właśnie najlepsze miejsce na to, żebyś pogrzebała prześladujące cię demony. Będziesz mogła tam odetchnąć, zacząć pisać i może przekonasz się w końcu, że we wszystkim jest zarówno dobro, jak i zło, że to zależy tylko od punktu widzenia.

Gabi pochwyciła spojrzenie Ceski z miejsca, które zajmowała na placu, i pomachała do niej energicznie z ogromnym uśmiechem na twarzy. Cesca poznała ją zaledwie parę godzin wcześniej, ale od razu się polubiły. Czuła się prawie, jakby zyskała nową siostrę – choć wcale jej nie potrzebowała. A teraz miała zamiar zrujnować ich plany.

Ta myśl wydała jej się okropna.

Hugh, jakby wyczuwając, że Cesca mięknie, natarł ze zdwojoną siłą.

– Może poczekasz tydzień i zobaczysz, jakie będziesz miała wtedy odczucia? Zrób to dla mnie. Daj sobie trochę czasu na przemyślenie tej sprawy i zadzwoń do mnie w przyszły piątek. Wtedy kupię ci bilet na samolot, jeśli tylko będziesz chciała.

– Czy to da Carltonom wystarczająco dużo czasu na znalezienie kogoś na zastępstwo?

Hugh westchnął.

– Nie znajdą żadnego zastępstwa. Jeśli ty nie zajmiesz się willą, to tamto małżeństwo będzie musiało zostać. Carltonowie zgodzili się na ich wyjazd tylko dlatego, że w ostatniej chwili zaproponowałem ciebie. Przykro mi, ale to prawda. Daj sobie szansę, prześpij się z tym i przemyśl to bardzo porządnie.

Nie miała już wątpliwości, że znalazła się między młotem a kowadłem, i położenie to stawało się z minuty na minutę coraz bardziej kłopotliwe. Cesca spojrzała znowu na drugą stronę placu, rozdarta między chęcią nakrzyczenia jeszcze bardziej na Hugh a ochotą, żeby odłożyć słuchawkę i dołączyć do swoich nowych przyjaciół w kawiarni. Słońce zachodziło powoli, rzucając pomarańczowe promienie na brukowany plac, a ona niczego bardziej nie pragnęła, niż wyjść tam i przez parę godzin udawać zwykłą turystkę.

Ale czy była w stanie zrobić to dla Gabi i Sandra? Nie była pewna, czy potrafi mieszkać w tym domu i nie odczuwać nieustannie niepokoju.

Wzięła głęboki oddech i zamknęła oczy. Nie mogła okazać się tą, która zrujnuje plany Gabi i Sandra, nie kiedy byli dla niej tacy mili.

– Dobrze – odezwała się, zdając sobie sprawę, że od tamtego wieczoru u Hugh ciągle zgadza się na coś, co wykracza poza jej strefę komfortu. – Zostanę. Ale miej świadomość, że każdego wieczoru będę przeklinać twoje imię. Może zrobię sobie nawet laleczkę wudu.

Znowu wybuchnął śmiechem.

– Dam ci znać, jeśli poczuję ból. To dobra decyzja. Jesteś silniejsza, niż ci się wydaje, tylko daj sobie szansę. Będziesz mile zaskoczona.

Cesca wzruszyła ramionami, mimo że wujek tego nie widział. Mogła się przecież znaleźć w gorszym miejscu niż odosobniona willa nad brzegiem jeziora Como i w gorszym położeniu niż darmowe korzystanie z tego domu przez całe lato. Jeśli miała przeżyć załamanie nerwowe, zrobi to przynajmniej w dobrym stylu.

To by było coś godnego opisania.

* W. Shakespeare, Jak wam się podoba, przeł. M. Słomczyński, Kraków 2001.

4

Niczego nie ma, niczego nie straci.

– Henryk VI, Część trzecia*

Sam Carlton odchylił się w fotelu i potarł twarz dłońmi. Poczuł drapanie trzydniowej szczeciny, którą wyhodował na brodzie. Nie golił się, odkąd po raz pierwszy skontaktowała się z nim dziennikarka, nie wydawało mu się to warte zachodu.

– Nie rozumiem – odezwał się w końcu. – Jaki mogła mieć w ogóle powód, żeby opowiadać tę historię?

Charles Dewitt założył ręce na piersi i przechylił głowę na bok, przyglądając się Samowi. Znali się od sześciu lat, od kiedy tylko Sam przeniósł się do Hollywood i został skierowany do Agencji Aktorskiej Dewitt. Miał już propozycję konkretnej roli w ręku, więc Charles skwapliwie przyjął go na swojego klienta. Od tamtej pory kariera Sama poszybowała w górę, z początku dzięki grze w serii filmów Pełnia lata, a potem za sprawą propozycji głównych ról, jakie napłynęły po tym pierwszym sukcesie.

– Reklama. – Charles wzruszył ramionami. – Wszyscy tego chcą, nawet Serena Sloane. Zaraz wypuszczają jej nowy film, potrzebuje trochę rozgłosu.

Sam czuł w kościach rosnące wzburzenie.

– Ale w tym artykule roi się od kłamstw. Nie wiedziałem, że jest mężatką, mówiła mi, że to już skończone. Wyszedłem na jakiegoś zdradliwego palanta.

Już od samego nagłówka robiło mu się niedobrze. Serena Sloane: Hollywoodzki przystojniak okazał się niegrzeczny w łóżku. I było cudownie!

– Nie moglibyśmy tego jakoś wyciszyć? – spytał Sam. – Wysłać jakieś sprostowanie, pozwać ich czy coś? Może powinienem zadzwonić do swojej rzeczniczki?

– Dzwoniłem już do Melissy. Pracuje nad tą sprawą. Ale powiedz mi, Sam, dlaczego chciałbyś wyciszyć te plotki?

Sam poczuł w ustach smak popiołu.

– Bo to jest, kurwa, poniżające. To, co naopowiadała, że niby robiliśmy. Połowa z tego nie jest prawdą. A o drugiej połowie wolałbym, żeby ludzie nie wiedzieli. Wiesz, że mówią na mnie „Młot”? Co to w ogóle za ksywa? A wisi już w całym internecie.

Wargi Charlesa zadrgały.

– Sam „Młot”, co? To całkiem niezła ksywa, jeśli rozumiesz, co mam na myśli…

Sam zamknął oczy i ścisnął nasadę nosa między kciukiem a palcem wskazującym.

– Ale to jest gruba przesada. Spotkaliśmy się z Sereną tylko parę razy i z tego, co wtedy wiedziałem, była singielką. Byliśmy przede wszystkim przyjaciółmi. W tym artykule jest pełno kłamstw. – Westchnął. Zaczynało mu pulsować w głowie. Poprzedniej nocy w ogóle nie spał, bo był zbyt pochłonięty przeglądaniem wszystkich stron internetowych, jakie tylko znalazł, i googlowaniem własnego nazwiska tylko po to, żeby przekonać się o najgorszym. Czyli robił wszystko, co Charles mu zawsze odradzał.

– Co byś chciał, żebyśmy sprostowali? – spytał Charles. – Stwierdzenie, że w łóżku jesteś jak zwierzę, czy porównanie do „dowódcy musztry”?

– Wydaje ci się, że mi to pochlebia? – Sam przewrócił oczami. – Cała ta sprawa jest żenująca.

Charles uniósł jedną srebrnoszarą brew. Był dwadzieścia lat starszy od Sama i z pewnością nie takie rzeczy już widział. Jako doświadczony mieszkaniec Hollywood – w przeciwieństwie do Sama, który ledwo zaczynał – rzadko bywał zbity z tropu.

– Ale wiedziałeś chyba, że jest mężatką. Wszyscy to wiedzą.

– A czy ty nie miałeś stać po mojej stronie? Z tego, co słyszałem, byli w separacji. Nie jestem nawet w stanie wyjść z mieszkania, żeby ludzie się ze mnie nie śmiali. Nie mogę przed tym uciec. A kiedy moi rodzice się dowiedzą… Boże, nie chcę nawet patrzeć na ich miny.

– Poczekaj parę tygodni, to wszystko samo ucichnie. Ktoś inny zrobi coś głupiego, a ty będziesz znaczył tyle co zeszłoroczny śnieg.

– No dzięki.

Charles wzruszył ramionami.

– Co mam ci powiedzieć? Jestem twoim agentem. Według mnie każda reklama jest dobra. Musisz znieść teraz trochę docinków, ale co z tego? Możesz całkiem nieźle na tym wyjść.

Sam westchnął głośno.

– Czy ty w ogóle czytałeś ten artykuł? Jest strasznie bezpośredni, ona mówi tam dosłownie o wszystkim. Jak byś się czuł, gdyby każdy znał dokładne wymiary twojego ciała? Są tam rzeczy, o których nikt nie powinien wiedzieć, a już szczególnie nie moja rodzina.

– Mówisz o tych zboczeniach? Poradzą sobie. Powiedz im, żeby nie czytali.

Sam pokręcił głową.

– Nie będę z nimi o tym rozmawiał. – Na samą myśl o tym krew zastygała mu w żyłach. Domyślał się, że matka zaleje go potokiem słów wypowiadanych z jej dramatycznym włoskim akcentem i zwymyśla go za to, że był na tyle głupi, żeby związać się z kobietą, która nie była tego warta.

A jego ojciec, no cóż, to była osobna kwestia. Choć i tak nie uważał go już za ojca. Foster Carlton nie znosił głupców. Niezależnie od tego, co robił Sam, nigdy nie było to wystarczające, żeby zdobyć szacunek tego człowieka, a ta sprawa raczej nie zmieni jego zdania.

– Słuchaj, Sam, wiem, że to był dla ciebie szok, ale powinieneś spojrzeć na to z innej perspektywy. Wiele razy mi mówiłeś, że masz już dość ról, jakie ci proponują, że masz ochotę pozbyć się łatki „dobrego bohatera”, którą ci przypięli. Oto twoja szansa, powinieneś ją wykorzystać. Wyjdź do nich, bądź szczery i pozwól ludziom spojrzeć na ciebie z innej strony. Gwarantuję ci, że potem zaczniesz dostawać bardziej mięsiste role.

– Albo moja kariera umrze powolną śmiercią.

– Na pewno nie. Jesteś za dobry. Nie dostaje się nominacji do Oscara, jeśli nie ma się czegoś wyjątkowego. Sam, masz to coś. To prawdziwy skarb, obaj o tym wiemy. Tylko przyszedł czas, żeby zwrócić go w innym kierunku.

Charles wydawał się dziwnie nieporuszony całym tym łańcuchem zdarzeń. Sam wpatrywał się w niego przez chwilę, zastanawiając się, skąd u agenta ta nonszalancja. Przecież to on zbudował całą karierę Sama na wizerunku „dobrego bohatera”. Mimo że Sam zaczął się w końcu skarżyć na role, jakie mu proponowano.

– Czy ty o tym wiedziałeś? – zapytał Sam podejrzliwie. – Jesteś zdecydowanie zbyt spokojny. Czy ta dziennikarka dzwoniła z tym do ciebie?

Charles wzruszył ramionami.

– Pierwszy raz widzę tę gazetę na oczy.

Jego odpowiedź ani trochę nie rozwiała wątpliwości Sama.

– Wiedziałeś, prawda? Musiałeś wiedzieć. W końcu to ty zapoznałeś mnie z Sereną. – Poznali się pół roku wcześniej na jednym z przyjęć u Chalresa w Beverly Hills. Od razu przypadli sobie do gustu i skończyło się na tym, że Sam odwiózł Serenę do domu, a reszta potoczyła się już sama. I to w taki sposób, że całe Los Angeles dowiedziało się o nich z nagłówków gazet. Sama uderzyła kolejna myśl. – Wiedziałeś, że ona nie jest w separacji?

– Oczywiście, że tak. W końcu jest moją klientką. Ale kim ja jestem, żeby was oceniać?

– Mogłeś mi powiedzieć! – oburzył się Sam. – Dać mi jakąś szansę, zanim obsmarują mnie w gazetach. Na pewno wiedziałeś, że to się tak skończy, a ja wyjdę na kretyna.

– Dramatyzujesz – stwierdził Charles. – Dzięki temu zdobędziesz szacun na mieście. Zasłyniesz jako ogier. Dziewczyny będą marzyły, żeby się z tobą przespać, a faceci będą ci zazdrościli. Sam „Młot” Carlton. Całkiem nieźle brzmi, nie sądzisz?

W jego wypowiedzi było słychać jakąś przebiegłość, od której Sam od razu zesztywniał.

– Serena mówiła ci, że chce sprzedać tę historię?

Po raz pierwszy w trakcie tej rozmowy Charles wyglądał na skrępowanego. Poruszył się w fotelu, nie patrząc Samowi w oczy.

– Nie mogę rozmawiać z tobą o innych klientach, wiesz o tym, Sam.

– Czyli wiedziałeś. – Sam przełknął ślinę, próbując pozbyć się nieprzyjemnego smaku w ustach. – I nie ostrzegłeś mnie.

– To nic takiego. Wiedziałem, że wszystko dobrze się skończy. To ci pomoże w karierze, Sam. Szczególnie kiedy wyjdzie następny artykuł, ta sprawa z twoim ojcem to prawdziwa bomba.

Sam zamarł na wspomnienie o ojcu.

– Co? – Potrząsnął głową, próbując uciszyć szum krwi w uszach. – Jaka sprawa z moim ojcem?

Charles zignorował wyraz zaskoczenia na jego twarzy.

– To będzie całkowity zwrot w twojej karierze, Sam. Najpierw pokazujemy cię jako boga seksu, a potem odsłaniamy twoje wrażliwe oblicze. Kobiety będą padać na kolana przed tobą, złamanym facetem, z którym każda chce się przespać.

– Powiedziała ci, że jestem złamany? – Sam nie był w stanie nabrać wystarczająco dużo powietrza do płuc. – Dlaczego miałaby ci coś takiego powiedzieć? – Pochylił się do przodu i uderzył otwartą dłonią w biurko. – Co ona ci, do cholery, nagadała?

– Wszystko nabiera teraz sensu – ciągnął Charles. – Nigdy nie mogłem zrozumieć, dlaczego nie chcesz rozmawiać o ojcu ani wykorzystywać jego koneksji. Ale teraz już wiem… Jezu, trzeba mi było o tym wcześniej powiedzieć. Nie ma nic lepszego od skandalu, jeśli chcesz wynieść swoją karierę na kolejny poziom.

Nie był w stanie skupić myśli. Nigdy by nie przypuszczał, że Serena wykorzysta jego zwierzenia przeciwko niemu.

– Opowiedziałem jej o swojej rodzinie w tajemnicy. To prywatna sprawa, nie chcę, żeby wszyscy się o niej dowiedzieli.

– Takie już są kobiety. – Charles nadal się uśmiechał, nieczuły na to, co mówił Sam. – Śpią z tobą, wydają twoje pieniądze, a potem, kiedy los się od ciebie odwraca, dają ci w szczękę. Zapytaj moich trzech byłych żon.