Informacja: Serwis ebooky.pl to serwis dla miłośników książek, nie ma tutaj możliwości pobrania ich w nie autoryzowany sposób, wyświetlamy jedynie porównywarkę cen. Nie każda pozycja jest dostępna do zakupienia, jeżeli znalazłeś błąd napisz na adres: kontakt@ebooky.pl. Dokładamy wszelkich starań, aby baza książek była aktualizowana.

Strona główna » Obyczajowe i romanse » Wpływ

Wpływ

4.00 / 5.00

Nie widzisz powyżej porównywarki cenowej? To oznacza, że powyższa publikacja jest niedostępna do kupienia.

Znalazłeś błąd? Skontaktuj się nami.

* - klikając w reklamę zostaniesz przekierowany do zewnętrznej strony. Nie mamy wpływu jak działa i co wyświetla zewnętrzny serwis. Mogą pojawić się nieprzyzwoite lub denerwujące reklamy. Zalecamy korzystanie z markowego antywirusa i wtyczek blokujących niechciane treści. Kliknięcie reklamę nie umożliwia pobrania plików chronionych prawem autorskim.

Zgłoś naruszenie praw autorskich

Kilka słów o książce pt. “Wpływ

W tragicznym wypadku giną żona i rodzice Adriana. Młody mężczyzna pozostaje sam z dorastającą córką i aspołecznym dziadkiem. Odurzony narkotykami wielokrotnie upada, przekuwając złość i bezradność wobec losu w brawurę i awanturnictwo. W odurzeniu traci wciąż więcej i otwiera drzwi prawdziwemu złu, które czyha w cichości, by omamić i zdusić jego człowieczeństwo.

Polecane książki

W książce miedzy innymi- skandaliczna sprawa rozliczeń za rządy sanacji i klęskę wrześniową,- czy Sikorski był przed wrześniem 1939 roku agentem francuskim? Czy przekazał Czechompolskie plany inwazji na Zaolzie?.- dziwna sprawa ewakuacji z kraju: Heleny Sikorskiej, Zofii Leśniowskiej i Jadwigi Sosnk...
  Celina Shelley, wzorem sióstr, Meg i Belli, ucieka z rodzinnego domu od rygorystycznego ojca, anglikańskiego pastora. Jedzie do Londynu, gdzie mieszka Clara, siostra jej nieżyjącej matki. Na miejscu okazuje się jednak, że prowadzi ona dom rozkoszy. Celina, nie mając wyboru, postanawia zostać. Clar...
Magazyn "Nadzór nad działalnością szkoły" to praktyczne porady dla osób zarządzających szkołami. Dyrektor znajdzie w nim aktualności oświatowe, wskazówki, podstawy prawne, praktyczne narzędzia, np. gotowe procedury przydatne w codziennej pracy. Dobre praktyki innych dyrektorów pomogą rozwiązać najtr...
Emily i Jason są jak ogień i woda. Jej żywiołowość i romantyczna natura nie podobają się poważnemu i zawsze rozsądnemu Jasonowi. Choć ich rodziny się przyjaźnią, Emily i Jason nie chcą się spotykać. A jednak, gdy postanawia znaleźć odpowiednią żonę, nie może pojąć, dlaczego wciąż na myśl przychodzi ...
Przegląd możliwości swobodnego korzystania z dóbr prawnie chronionych, takich jak artystyczne wykonania, wideogramy czy fonogramy.Na gruncie praw własności intelektualnej charakterystyczne jest swoiste „nakładanie się” na siebie różnych przedmiotów ochrony. W konsekw...
W numerze Niesamowite / FantastyczneKrzysztof Grudnik: Niesamowita, czyli jaka? O granicach literatury niesamowitejDariusz Brzostek: Realne monstra. Potwory freudowskie i potwory doktora FreudaKatarzyna Thiel-Jańczuk: Niesamowite jako taktyka. Michel de Certeau i literatura Ryszard Knapek: Jak nowo...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Bruno Kadyna

WPŁYW

Co­py­ri­ght © by Bru­no Ka­dy­na 2018. All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © by Bi­blio­te­ka­rium 2018

 

Re­dak­tor pro­wa­dzą­cy – Ma­rek Żel­kow­ski

 

Re­dak­cja – Woj­ciech Chu­dziń­ski

Ko­rek­ta – An­na Po­trze­ba

Pro­jekt ty­po­gra­ficz­ny oraz lo­go se­rii – Ta­de­usz Mesz­ko

Skład – Ta­de­usz Mesz­ko

Fo­to­gra­fia na okład­ce – Szy­mon Kosz­czuk / IG: ko­ma­r_g­da

Kon­wer­sja i opra­co­wa­nie for­ma­tów elek­tro­nicz­nych

 

Książ­ka, któ­rą na­by­łeś, jest dzie­łem twór­cy i wy­daw­cy. Pro­si­my, abyś prze­strze­gał praw, ja­kie im przy­słu­gu­ją. Jej za­war­tość mo­żesz udo­stęp­nić nie­od­płat­nie oso­bom bli­skim lub oso­bi­ście zna­nym. Ale nie pu­bli­kuj jej w in­ter­ne­cie. Je­śli cy­tu­jesz jej frag­men­ty, nie zmie­niaj ich tre­ści i ko­niecz­nie za­znacz, czy­je to dzie­ło. A ko­piu­jąc jej część, rób to je­dy­nie na uży­tek oso­bi­sty.

Sza­nuj­my cu­dzą wła­sność i pra­wo.

Wię­cej na www.le­gal­na­kul­tu­ra.pl

Pol­ska Izba Książ­ki

 

Wy­da­nie I elek­tro­nicz­ne

Byd­goszcz 2018

 

ISBN 978-83-950151-4-4

 

 

Bi­blio­te­ka­rium

ul. Kacz­mar­czy­ka 17, 85-796 Byd­goszcz

e-ma­il: re­dak­cja@bi­blio­te­ka­rium.pl

 

Ne­vi­com sp. z o.o.

ul. Kacz­mar­czy­ka 17, 85-796 Byd­goszcz

Rozdział 1

Gniew i wście­kłość aż ki­pią. Ma ocho­tę roz­pie­przyć biur­ko i ten za­sra­ny kom­pu­ter, znisz­czyć wszyst­ko, roz­sa­dzić sie­bie i wy­rzu­cić tok­sy­ny z gło­wy, że­by prze­sta­ła bo­leć.

Wiesz, że to nie­praw­da – my­śli.

Wie, ale jak nad tym za­pa­no­wać? To jest tak, jak­by ktoś sie­dział w gło­wie i ka­zał ja­rać, ży­wił się tym gów­nem, a te­raz jest wście­kły, że on nie chce już te­go ro­bić. Nie pa­li do­pie­ro od trzech dni. Pierw­szy ty­dzień po­dob­no jest naj­gor­szy. Ma na­dzie­ję, że po­tem bę­dzie le­piej, mu­si, ina­czej al­bo zdech­nie na za­wał, al­bo osza­le­je i ko­goś za­bi­je, pew­nie cór­kę, a te­go by so­bie nie da­ro­wał.

Przed chwi­lą prze­giął pa­łę i już te­go nie cof­nie. Ale ma wpływ na to, co te­raz. Zda­je so­bie spra­wę, że po­fol­go­wa­nie nie roz­ła­du­je wście­kło­ści, ale po­sze­rzy uj­ście i na­stęp­nym ra­zem bę­dzie tyl­ko go­rzej. Dla­te­go mu­si się uspo­ko­ić. Te­ra­peu­ta, uczo­na pip­ka, jak go na­zy­wa, ostrze­gał przed tym. To, co te­raz czu­je, to ty­po­we za­cho­wa­nie po od­sta­wie­niu, mo­de­lo­wy sche­mat za­cho­wań uza­leż­nio­ne­go umy­słu, dla­te­go tak cięż­ko za­pa­no­wać nad emo­cja­mi.

Te­ra­peu­ta ka­zał prze­le­wać uczu­cia na pa­pier. Na ra­zie nie­wie­le to da­je.

Pa­pier, kom­pu­ter, je­den pies.

Pi­sze, jak się te­raz czu­je. Blu­zga przy tym jak je­go nie­ży­ją­ca bab­ka, ta do­pie­ro klę­ła, naj­wię­cej na dziad­ka. Mię­so le­ci i od­bi­ja się od czte­rech ścian, ci­śnie się na wą­skie usta, ale na pa­lu­chy wa­lą­ce w kla­wia­tu­rę już nie.

Nikt nie po­my­śli, co ze mnie za bu­rak, kie­dy to prze­czy­ta, je­śli do­sta­nę za­wa­łu i zdech­nę.

Czu­je, że sty­gnie. Dra­pie się w gło­wę, któ­ra po­zby­ła się już pra­wie wszyst­kich wło­sów. Za­pi­su­je, że zno­wu wpie­ni­ła go cór­ka. Wi­dzi dziew­czy­na, że oj­ciec za­czy­na się ci­śnie­nio­wać, a mi­mo to da­lej brnie.

To cię nie uspra­wie­dli­wia, pa­ło.

Ostat­nio cięż­ko się po­wstrzy­mać, że­by nie spu­ścić jej ło­mo­tu.

No już, spo­kój.

Są­siad wła­śnie za­czy­na co­dzien­ną so­lów­kę na kraj­ze­dze.

Cze­mu ten kre­tyn nie na­pi­łu­je drew­na raz a po­rząd­nie?!

Za­my­ka oczy.

Uspo­kój się.

Od­dy­cha głę­bo­ko, sta­ra się nie sku­piać na dźwię­ku pi­ło­wa­nia, lecz na my­ślach o żo­nie. Wspo­mnie­nia o niej po­ma­ga­ją nad so­bą za­pa­no­wać, za to wzma­ga­ją pra­gnie­nie pa­le­nia.

– Iwo­na – szep­cze.

Lu­bi brzmie­nie jej imie­nia, cza­sa­mi wy­po­wia­da je na głos. Prze­cież kie­dy ży­ła, ro­bił to tak czę­sto w cią­gu dnia.

– Iwo­na – po­wta­rza odro­bi­nę gło­śniej.

Mi­nę­ły czte­ry la­ta i wciąż po­twor­nie brak mu żo­ny. Naj­gor­sze, że po jej śmier­ci za­miast zmie­rzyć się z rze­czy­wi­sto­ścią i oto­czyć cór­kę opie­ką, uciekł w nar­ko­ty­ki.

Ilo­na mia­ła dwa­na­ście lat, kie­dy Iwo­na zmar­ła. Strasz­nie to prze­ży­ła. Zmie­ni­ła się w jed­nej chwi­li. Mia­ła pięk­ną opra­wę oczu, spra­wia­ły wra­że­nie, że się śmie­ją, a prze­sta­ły w dniu śmier­ci mat­ki. Ad­rian nie mo­że za­po­mnieć tam­tych, a od tych chce uciec, ich spoj­rze­nie za bar­dzo bo­li. Na­wet jej krę­co­ne wło­sy wy­da­ją się smut­ne, okla­pły, a ko­lor zmie­nił się w my­si. I nie prze­sta­je się gar­bić, co go nie­mi­ło­sier­nie wku­rza. Sam się do te­go przy­czy­nia. Kie­dy wpa­da w złość, dziew­czy­na sta­je się kłęb­kiem ner­wów i za­my­ka się w so­bie.

Te­raz sie­dzi w ła­zien­ce. Za­wsze tam ucie­ka, gdy ro­bi się nie­we­so­ło. Sie­dzi na se­de­sie al­bo na brze­gu wan­ny i chli­pie w dło­nie. My­ślał kie­dyś, że ucie­ka do dziad­ka na strych. Wcho­dzi się tam z ła­zien­ki. Był pe­wien, że ją ja­ko je­dy­ną kop­nął za­szczyt wej­ścia na gó­rę. Ale oka­za­ło się, że ni­g­dy tam nie by­ła. Dzia­dek ma gdzieś płacz pra­wnucz­ki i wy­bu­chy zło­ści wnu­ka.

Dziew­czy­na po­ja­wia się w drzwiach. Tym ra­zem nie pła­ka­ła. Ostat­nio co­raz czę­ściej ma już dość łez. Mu­si przejść przez po­kój oj­ca, że­by wejść do swo­je­go. Ten wle­pia ga­ły w mo­ni­tor, głu­pio mu. Cór­ka prze­my­ka ci­chut­ko i za­my­ka drzwi, nie ma naj­mniej­szej ocho­ty pa­trzeć na świ­ra.

Ad­rian chciał­by te­raz uciec, od­le­cieć na ob­ło­ku i uspo­ko­ić się, ale wie, że nie mo­że tkwić w błęd­nym ko­le, że to od te­go ścier­wa tak się czu­je. Pa­le­nie dla po­zor­ne­go uspo­ko­je­nia tyl­ko po­głę­bia pro­blem i od­da­la uwol­nie­nie od na­ło­gu. Już daw­no do­szedł do mo­men­tu, w któ­rym prze­stał bro­nić ma­ri­hu­any. A bro­nił za­cie­kle, jak­by to był ży­cio­daj­ny tlen, le­kar­stwo na ca­ły ból i smu­tek. W koń­cu sta­ła się zbyt wy­ma­ga­ją­cą i upier­dli­wą ko­chan­ką. No i za­czę­ło bo­leć ser­ce, któ­re­mu cięż­ko pom­po­wać ca­łą tę smo­łę.

Ad­rian krę­ci się na fo­te­lu, jak­by go coś uwie­ra­ło.

Po­myśl, co ona te­raz czu­je.

Co mu­sia­ła czuć przed chwi­lą, kie­dy zno­wu zo­ba­czy­ła szał na gę­bie sta­re­go. Uświa­da­mia to so­bie i zbie­ra mu się na płacz.

No jesz­cze cze­go. Nie­zrów­no­wa­żo­na pi­pa. Naj­pierw drzesz mor­dę, a te­raz bę­dziesz się ma­zał?

Ku­li się w so­bie. Po­czu­cie wi­ny jest jak ka­mień wiel­ko­ści pię­ści w kla­cie, nie po­zwa­la na­brać po­wie­trza.

Wsta­je od biur­ka i pod­cho­dzi do drzwi po­ko­ju cór­ki. Chciał­by za­ła­go­dzić sy­tu­ację, ale Ilo­nie nie prze­cho­dzi tak szyb­ko, jak je­mu. On bły­ska­wicz­nie wy­bu­cha i szyb­ko się wy­pa­la.

Wi­dzisz, to jest nie­zrów­no­wa­że­nie, pi­po.

Re­zy­gnu­je, nie pu­ka. Do­strze­ga przez ma­to­wą szy­bę, że Ilo­na idzie tu­taj. Od­su­wa się, a ona wy­cho­dzi z po­ko­ju. Gar­bi się bar­dziej, kie­dy go wi­dzi.

Te­raz dłu­go się nie ode­zwie.

Wca­le go to nie dzi­wi. Dziew­czy­na wciąż my­śli, że oj­czu­lek cho­dzi na te­ra­pię z mar­nym skut­kiem. I nie wie, czym so­bie za­słu­ży­ła na ta­kie trak­to­wa­nie. Szcze­gól­nie, że ostat­nio zro­bi­ło się go­rzej. Przed chwi­lą rzu­cił ta­le­rzem w ścia­nę, bo nie­od­po­wied­nio za­re­ago­wa­ła, kie­dy ko­men­to­wał obiad, któ­ry zro­bi­ła.

Ależ mu głu­pio. Wra­ca na fo­tel i ła­pie się za gło­wę. Chciał­by to na­pra­wić. Sam nie wie, jak to się sta­ło, dla­cze­go tak się na­krę­cił.

Moż­na to w ogó­le na­pra­wić?

Na pew­no nie bia­do­ląc nad so­bą.

Rusz du­pę.

Idzie do kuch­ni po­sprzą­tać baj­zel, któ­ry zro­bił.

Ale syf.

Ilo­na za­czę­ła już sprzą­tać. Nie zwra­ca na nie­go uwa­gi, wo­la­ła­by, że­by tu nie przy­ła­ził. Do ścia­ny wciąż przy­le­pio­nych jest kil­ka ni­tek ma­ka­ro­nu, a czer­wo­ny sos spa­ghet­ti przy­po­mi­na śla­dy po ude­rze­niach czy­jąś gło­wą o ścia­nę.

Ad­rian pa­trzy na cór­kę. Ku­ca i sprzą­ta ostroż­nie. Ona wy­da­je się ta­ka kru­cha i wy­stra­szo­na, jak­by spo­dzie­wa­ła się, że za­raz zno­wu za­cznie się kosz­mar.

Skoń­czo­ny kre­tyn.

Po­ma­ga jej zbie­rać ka­wał­ki ta­le­rza i ma­ka­ron.

– Prze­pra­szam, cór­ciu.

Nic wię­cej nie przy­cho­dzi mu do gło­wy. Wy­rzu­ca śmie­ci, a Ilo­na wy­cie­ra ścia­nę. Pla­ma zo­sta­je, nie­me świa­dec­two je­go fu­rii.

Po­ja­wia się dzia­dek, prze­cho­dzi do swo­je­go po­ko­ju. Nie zwra­ca­ją na sie­bie uwa­gi, jak za­wsze.

Dom ma układ pod­ko­wy. Kuch­nia i po­kój Ad­ria­na są przej­ścio­we. Z nie­wiel­kie­go przed­po­ko­ju na le­wo wcho­dzi się do kuch­ni, a z niej do po­ko­ju dziad­ka. Na pra­wo znaj­du­je się po­kój Ad­ria­na, a tuż za nim – Ilo­ny. Na wprost z przed­po­ko­ju wcho­dzi się do ła­zien­ki, a z niej na strych, któ­ry roz­po­ście­ra się nad ca­łym miesz­ka­niem.

Po wszyst­kim Ad­rian wra­ca do kom­pu­te­ra, Ilo­na do swo­je­go po­ko­ju, a dzia­dek na strych.

Kur­de, jak mi się chce pa­lić. Mo­że film?

Po­trze­bu­je ziel­ska jak oczu, ina­czej nie da ra­dy się sku­pić. Już nie pa­mię­ta, jak to jest funk­cjo­no­wać bez zio­ła. Choć wie, że ta ro­śli­na go za­bi­je. Gło­wa bo­li, za­mu­lo­na nie­mi­ło­sier­nie, a ser­ce kłu­je co­raz czę­ściej.

Nie mo­gę pa­lić, bo zdech­nę.

Do­sta­je ese­me­sa.

„Mam two­ją ko­szul­kę, daj znać, je­śli mam od­dać.”

Zo­staw so­bie.

Na­pi­sa­ła je­go by­ła. Ro­bi­ła wszyst­ko, że­by za­stą­pić mu żo­nę, ale znik­nę­ła kil­ka dni te­mu. W su­mie do­brze. On nie na­da­je się te­raz do żad­ne­go związ­ku. Nie za­po­mni, jak zmie­nił się wy­raz jej twa­rzy, kie­dy wy­darł na nią mor­dę. Po­kłó­ci­li się o wia­do­mość na Fa­ce­bo­oku, od sta­rej mi­ło­ści Ad­ria­na, jesz­cze z cza­sów mło­do­ści. Ode­zwa­ła się po wie­lu la­tach. Śmiał się, kie­dy czy­tał, co na­pi­sa­ła, i chciał po­ka­zać Pau­li­nie, ale naj­pierw po­szedł się wy­si­kać. Zo­sta­wił otwar­ty ko­mu­ni­ka­tor, a wścib­ska ba­ba prze­czy­ta­ła wia­do­mość peł­ną ro­man­ty­zmu. Nie roz­ba­wi­ła jej tak, jak je­go.

Te­raz też mu­si się wy­si­kać. Idzie do ła­zien­ki. Od­le­wa się, my­je rę­ce i pa­trzy w lu­stro. Mi­mo że nie pa­li od trzech dni, oczy wciąż są czer­wo­ne. Kie­dy ca­ły­mi dnia­mi cho­dził na­ćpa­ny, to by­ło nor­mal­ne, ale te­raz po­win­no już zejść.

Na­siąk­ną­łeś jak gąb­ka.

Mo­że tro­chę zmniej­szy­ły się wor­ki pod ocza­mi, a ra­czej wo­ry. Wy­szcze­rza kły, żół­te od pa­le­nia i ka­wy. Bie­rze szczo­tecz­kę i szo­ru­je.

W koń­cu się roz­ja­śnią.

Sły­szy cór­kę, jest w kuch­ni, więc szyb­ko wy­płu­ku­je usta, wy­cie­ra twarz i wy­cho­dzi z ła­zien­ki. Spró­bu­je po­roz­ma­wiać. Sta­je w pro­gu. Ilo­na nie zwra­ca na nie­go uwa­gi, ale wy­raź­nie zro­bi­ła się „elek­trycz­na”. Jest co­raz star­sza i je­śli nic się nie zmie­ni, la­da dzień za­cznie się bun­to­wać prze­ciw ty­ra­nii sta­re­go. Za­pa­rza so­bie her­ba­tę i chce wró­cić do swo­je­go po­ko­ju, ale on stoi na dro­dze.

– Ko­cha­nie, prze­pra­szam za mo­je za­cho­wa­nie – mó­wi Ad­rian.

I ty­le. Pust­ka w ba­ni.

– Nie chcę, że­byś mnie prze­pra­szał, tyl­ko wię­cej te­go nie ro­bił. Co­raz czę­ściej wpa­dasz w gniew, jak­byś był ja­kimś fu­ria­tem. Nie po­zna­ję cię. Nie je­steś so­bą. Co się z to­bą dzie­je, ta­to?

Oj­ciec sia­da na ta­bo­re­cie w przed­po­ko­ju, wciąż szu­ka słów. Za­wsze ich bra­ku­je, kie­dy są naj­bar­dziej po­trzeb­ne.

– Od­bi­ja mi od nie­pa­le­nia.

Ilo­na cze­ka na wię­cej, za­słu­ży­ła na to. Za­wsze by­ła bar­dzo doj­rza­ła jak na swój wiek, a od śmier­ci mat­ki mu­sia­ła do­ro­snąć bły­ska­wicz­nie.

– Nie pa­lę trzy dni, to przez to – do­da­je.

Ilo­na marsz­czy brwi.

– Masz wy­bu­chy zło­ści od daw­na.

– Ale ża­den nie był ta­ki, jak ten.

To ma cię uspra­wie­dli­wić, czy jak?

Orien­tu­je się, jak kre­tyń­sko to za­brzmia­ło.

– Zga­dza się, da­łeś po­pis.

Po­pis to mo­gą da­wać twoi ko­le­dzy!

Sło­wa dziew­czy­ny zno­wu wzbu­dza­ją złe emo­cje, jak­by pod­krę­ci­ła ogień pod zu­pą.

Okieł­znaj się dur­niu!

– Wiem, prze­pra­szam.

– Czas po­ra­dzić so­bie z tym ja­ra­niem, nie je­steś już gów­nia­rzem. Masz czter­dzie­ści je­den lat, to gów­nia­rze ma­ją z tym pro­blem.

Wi­dać je­stem gów­nia­rzem! – Zu­pa za­czy­na wrzeć.

– Nie znam ni­ko­go, kto wpa­da w ta­ką złość, to nie­nor­mal­ne! Za­cho­wu­jesz się jak nie­nor­mal­ny. I jak ty prze­kli­nasz. Po co te blu­zgi? Mam wie­lu ko­le­gów i ża­den się tak nie za­cho­wu­je, na­wet w po­ło­wie.

Twoi ko­le­dzy pa­lą?

Nie jest w sta­nie spo­koj­nie zwró­cić uwa­gi, że­by tak do nie­go nie mó­wi­ła. Po­za tym kie­dy Ilo­na sły­szy spo­koj­ną od­po­wiedź, czu­je ja­kąś prze­wa­gę al­bo moż­li­wość udo­wod­nie­nia swo­jej ra­cji, nie­ko­niecz­nie w prze­my­śla­ny spo­sób. Wi­dać w tym jesz­cze nie­doj­rza­łość. Po­zwa­la so­bie na co­raz wię­cej, jak­by za­po­mi­na­ła, że w każ­dej chwi­li mo­gą wró­cić stres i łzy. Je­dy­ne, co do­bre, to to, że prze­sta­je się gar­bić.

Ad­rian wsta­je i wcho­dzi do ła­zien­ki. Nie mo­że po­zwo­lić na ko­lej­ny wy­buch.

– I uciek­niesz?! Kie­dy za­czy­na się nor­mal­na roz­mo­wa? Nie ob­cho­dzi cię, co czu­ję, ta­to? – wo­ła przez drzwi.

Jak wy­tłu­ma­czyć, że przy­rów­na­nie go do gnoj­ków ze szko­ły nie jest roz­mo­wą o uczu­ciach, lecz ob­ra­zą?

Wy­dmu­chu­je nos i sia­da na ki­blu. Po­cze­ka tu­taj, aż ochło­nie. Pa­trzy do gó­ry na kla­pę od stry­chu. Ni­g­dy tam nie był, ale to już tak nie prze­szka­dza, jak kie­dyś. Ro­zu­mie, że dla męż­czy­zny bar­dzo waż­na jest wła­sna sa­mot­nia.

By­le tyl­ko dzia­dek ni­ko­go nie pod­glą­dał z gó­ry.

Ten azyl mu­siał po­wstać na dłu­go przed uro­dze­niem Ad­ria­na, a na­wet je­go mat­ki. Pa­mię­ta, jak ma­ma opo­wia­da­ła, że też chcia­ła tam wejść, kie­dy by­ła ma­ła. Spa­dła ze scho­dów i zła­ma­ła no­gę.

Dzia­dek ucie­kał do gó­ry przed wście­kłą bab­cią. Nie raz by­ło sły­chać, jak do­bi­ja­ła się do cięż­kiej, drew­nia­nej kla­py i klę­ła wnie­bo­gło­sy, że­by zlazł al­bo ją wpu­ścił. Ale on sie­dział tam tak dłu­go, aż so­bie po­szła, a nie­raz jesz­cze dłu­żej, czę­sto nie scho­dził na­wet na obiad.

Wnu­czek, kie­dy do­rósł, też pró­bo­wał tam wejść, ale sta­ru­szek za­my­kał kla­pę na kłód­kę, a gdy był w środ­ku, blo­ko­wał czymś od we­wnątrz. Ostat­ni raz Ad­rian pró­bo­wał rok te­mu, kie­dy na­ćpał się i wkrę­cił so­bie, że mu­si się do­stać na strych za wszel­ką ce­nę. Ni­g­dy jed­nak nie miał śmia­ło­ści roz­wa­lić kłód­ki, a te­raz cie­szy się, że sta­rzec tam zni­ka, przy­naj­mniej nie krę­ci się po cha­łu­pie. Ma po­nad dzie­więć­dzie­siąt lat i jest dziw­ny. Jak na swój wiek bar­dzo ży­wot­ny, aż za bar­dzo. Śmi­ga po tych stro­mych scho­dach jak ma­ło­lat, a po do­mu po­ru­sza się bez­sze­lest­nie. Nie wia­do­mo, co ro­bi na gó­rze. Nic nie sły­chać oprócz kro­ków. Nie ma tam te­le­wi­zo­ra, ra­dia i ra­czej nie czy­ta, chy­ba że po­sia­da ja­kieś do­bre oświe­tle­nie. Świa­tło dzien­ne wpa­da przez jed­no ma­łe, za­sy­fia­łe okien­ko, któ­re­go nie ma jak umyć. La­tem mu­si być tam po­twor­nie go­rą­co.

Wcze­śniej czy póź­niej tam wej­dę.

Dzia­dek nie bę­dzie żył wiecz­nie.

Idzie!

Sły­chać kro­ki. Dzia­dek nie jest w sta­nie ich ukryć, de­ski na stry­chu za bar­dzo skrzy­pią.

Nie chce się z nim spo­tkać, wy­cho­dzi. Wra­ca do kom­pu­te­ra, że­by zno­wu na­pi­sać, co czu­je, ale da­je so­bie z tym spo­kój. Po­sta­na­wia za to, że ni­g­dy wię­cej nie stra­ci pa­no­wa­nia nad so­bą, na­wet nie prze­klnie, choć­by szlag miał go tra­fić.

Rozdział 2

Nie mo­że za­snąć, a kie­dy w koń­cu od­pły­wa, śni o ziel­sku, że ku­pu­je i kop­ci w go­rącz­ko­wym po­śpie­chu, jak dziec­ko ła­se na sło­dy­cze.

Bu­dzi się zno­wu.

Uf, to tyl­ko sen.

Ma wra­że­nie, że ni­g­dy się nie uwol­ni.

Fak­tycz­nie, jak gów­niarz.

Już daw­no prze­stał po­wta­rzać, jak bar­dzo się wpa­ko­wał, i py­tać sie­bie, jak to moż­li­we, że się uza­leż­nił. I dla­cze­go aku­rat od te­go, a nie od al­ko­ho­lu, z któ­rym kom­plet­nie nie ma pro­ble­mu.

Prze­wra­ca się z bo­ku na bok, w koń­cu wsta­je i idzie do kuch­ni na­pić się wo­dy. Za­wsze kie­dy wsta­nie z łóż­ka, czu­je sen­ność i wy­czer­pa­nie tak sil­ne, że mu­si się po­ło­żyć, a kie­dy się po­ło­ży, nie mo­że za­snąć. To wku­rza­ją­ce i ma na­dzie­ję, że mi­nie.

Za­sy­pia po go­dzi­nie ko­tło­wa­nia. Śni, że le­ży w cie­niu wiel­kie­go drze­wa, a nad nim ktoś się po­chy­la i po­da­je jo­in­ta. Na tle ja­sne­go nie­ba nie wi­dzi twa­rzy ani ubio­ru, tyl­ko gó­ru­ją­cą po­stać. Z po­cząt­ku chce od­mó­wić, od­wró­cić gło­wę, ale nie mo­że się ru­szyć, jak­by był od­la­ny z oło­wiu. Ko­leś nic nie mó­wi, tyl­ko wkła­da mu w usta skrę­ta i przy­pa­la. Blant nie ma sma­ku ani za­pa­chu, jak to we śnie, Ad­rian nie czu­je na­wet, że­by miał coś w ustach, ale kie­dy ro­bi ze­za, wi­dzi, że skrę­co­ny „bo­cian” wy­sta­je z gę­by.

– Do­brze, to cię uspo­koi, bę­dziesz mógł się wy­spać – mó­wi ko­leś.

Ad­rian bu­dzi się i wzdy­cha cięż­ko. Przez czte­ry la­ta pa­lił co­dzien­nie, od ra­na do wie­czo­ra, prak­tycz­nie non stop był na­ćpa­ny. Nie ma się co dzi­wić, że prze­sy­co­ny or­ga­nizm się bun­tu­je.

Co ty my­śla­łeś, nie ma lek­ko.

Le­ży z otwar­ty­mi ocza­mi. Od­wra­ca gło­wę i pa­trzy na czer­wo­ne cy­fry ze­gar­ka na sto­li­ku, 2:13. Jest kom­plet­nie ci­cho, sły­szy tyl­ko ty­ka­nie ze­ga­ra w kuch­ni.

Śpij, dur­niu.

Za­my­ka oczy, pró­ba za­śnię­cia nu­mer sto trzy­dzie­ści sie­dem.

Skrzy­pią de­ski na gó­rze. Dzia­dek się ru­szył. Skrzy­pie­nie kie­ru­je się do zej­ścia. Kla­pa uno­si się bez­sze­lest­nie, nie sły­chać, jak dzia­dek scho­dzi do ła­zien­ki i idzie do swo­je­go po­ko­ju. Jest ci­chy jak ko­cur.

Sta­ry, wy­li­nia­ły ko­cur.

Pa­mię­ta dziad­ka, kie­dy był spo­ro młod­szy. Miał spoj­rze­nie, któ­rym ni­g­dy ni­cze­go nie zdra­dzał, żad­nych emo­cji, jak Clint Eastwo­od w we­ster­nach.

W koń­cu Ad­rian za­sy­pia, ale sen jest płyt­ki jak ka­łu­ża na uli­cy przed do­mem, w któ­rej ba­wił się ja­ko dziec­ko.

Ra­no nie czu­je się le­piej. Nie ma żad­ne­go zle­ce­nia, nie trze­ba wsta­wać. Od lat tyl­ko pra­ca al­bo pa­le­nie by­ły bodź­cem do ru­sze­nia dup­ska z wy­ra. Ro­bo­ta nie wy­ma­ga wiel­kie­go wy­sił­ku. Na­wet lu­bi ukła­dać gra­ty na sa­mo­cho­dzie. Kie­dyś też no­sił rze­czy, że­by wię­cej za­ro­bić, ale nie mógł­by już za­su­wać po pię­trach z me­bla­mi, jest za sta­ry i za le­ni­wy, sa­mo sło­wo „prze­pro­wadz­ka” już mę­czy.

Je­stem star­szy od dziad­ka.

Ma na­dzie­ję, że to w koń­cu mi­nie, bo nie wy­obra­ża so­bie mor­do­wać się tak dłu­żej niż ty­dzień.

I co, za­pa­lisz, jak nie mi­nie?

Ilo­na po­szła do szko­ły, a dziad­ka nie ma w do­mu. Jest pew­nie na gó­rze, ale to tak, jak­by go nie by­ło. Mógł też pójść na spa­cer do la­su, któ­ry za­czy­na się za­raz za furt­ką w ogro­dzie, ale ostat­nio mu się nie zda­rza, je­sień jest brzyd­ka te­go ro­ku.

Przy­po­mi­na so­bie o sta­rej mi­ło­ści, przez któ­rą skoń­czył się ostat­ni zwią­zek. Cie­ka­we, czy na­pi­sa­ła.

Na pew­no na­pi­sa­ła.

Sta­ra mi­łość by­ła świet­na pod pew­ny­mi wzglę­da­mi, głów­nie fi­zycz­ny­mi. Wy­tę­ża po­dziu­ra­wio­ną nar­ko­ty­kiem pa­mięć i przy­po­mi­na so­bie, ja­ki to był in­ten­syw­ny i burz­li­wy zwią­zek. Na­ta­lia po­tra­fi­ła są­czyć do ucha czu­łe sło­wa, a on, ma­ło­lat, na­bie­rał się na to. Do cza­su, aż po­zna­ła ko­goś in­ne­go. Do dziś nie wie, co tam­ten jej za­ofe­ro­wał.

Dzi­wi się, że nie za­mie­ści­ła na swo­im pro­fi­lu żad­nych no­wych zdjęć, sa­me sta­re.

Spa­sła się, na bank – my­śli.

Ru­sza dup­sko. Od­pa­la kom­pu­ter, Fa­ce­bo­oka i kli­ka na ikon­kę wia­do­mo­ści. Uśmie­cha się.

Uu, aż trzy.

Ba­wią go te ckli­we głu­po­ty. Na­ta­lia pró­bu­je go wziąć na ten sam miód, co kie­dyś, pi­sze tak, jak­by każ­da wia­do­mość mia­ła być ostat­nią, po­że­gnal­ną. Zdra­dza, że nie do koń­ca ma wszyst­ko po­ukła­da­ne w gło­wie. Naj­lep­sze, że nie wie o śmier­ci Iwo­ny.

Ad­rian przy­naj­mniej za­po­mi­na o pa­le­niu, kie­dy to czy­ta.

„Za­pew­ne do­my­ślasz się, że pró­bo­wa­łam zro­zu­mieć le­piej to, co nas łą­czy­ło, tej głę­bi szu­ka­łam… Zna­la­złam i za to dzię­ku­ję. Wiem, umar­łam dla Cie­bie, ale tak jak mi kie­dyś po­wie­dzia­łeś, wspo­mnie­nia nie umie­ra­ją (tym bar­dziej praw­dzi­we uczu­cia, bez wzglę­du na sy­tu­acje, któ­re im to­wa­rzy­szy­ły). To już nie ta sa­ma rze­czy­wi­stość, ale ele­men­ty, któ­re znam, po­zwo­li­ły mi ją zro­zu­mieć sze­rzej. Nie martw się, Ad­ria­nie, nie bę­dę Cię nie­po­ko­ić. Żyj da­lej. Prze­pra­szam, że pi­szę, ale jak mó­wi­łeś mi kie­dyś a pro­pos swo­jej pierw­szej mi­ło­ści – ni­g­dy się jej nie za­po­mi­na. By­łeś i na za­wsze zo­sta­niesz praw­dzi­wą, pierw­szą, świa­do­mą i doj­rza­łą mi­ło­ścią. Raz jesz­cze dzię­ku­ję. Wiem, że nie mo­że­my roz­ma­wiać, ale tę­sk­nię z ca­łe­go ser­ca… któ­re ni­g­dy już nie bę­dzie ta­kie, jak wte­dy. Bądź szczę­śli­wy.”

Nie pa­mię­ta już, co mó­wił.

Ja­ka głę­bia, co ona bre­dzi?

Pa­mię­ta, ja­ka z niej by­ła la­secz­ka. Mo­że „pa­mię­ta” to zbyt moc­no po­wie­dzia­ne, to już bar­dziej prze­bły­ski uzu­peł­nio­ne wy­obraź­nią. Wy­si­la ce­ban i wi­dzi dłu­gie kasz­ta­no­we wło­sy, za­lot­ne, peł­ne ko­bie­co­ści spoj­rze­nie brą­zo­wych oczu i kształt­ne usta roz­cią­gnię­te w uśmie­chu. Za­wsze, kie­dy się uśmie­cha­ła, pchał się z ry­jem do ca­ło­wa­nia, nie mógł się po­wstrzy­mać. Strasz­ny był z nie­go ca­łu­śnik za gów­nia­rza. Ale przede wszyst­kim pa­mię­ta fi­gu­rę. Mia­ła ta­lię osy, a przy tym okrą­głą pu­pę i du­że pier­si. Pro­por­cje jak żad­na in­na dziew­czy­na, dla­te­go tak na nie­go dzia­ła­ła.

Na­stęp­na wia­do­mość.

„I jesz­cze jed­no… nie mi­nę­ło mi­lion lat, a to ja pi­szę do Cie­bie… i tak jak mó­wi­łeś kie­dyś, krót­ko przed roz­sta­niem, o nie­moż­no­ści za­stą­pie­nia mi­ło­ści praw­dzi­wej in­ną, tak ja wciąż szu­kam Ad­ria­na w in­nych. Spa­lo­ne po­su­nię­cia, bo je­steś nie­po­wta­rzal­ny, i szczę­ścia­ra z tej, któ­ra ży­je u Twe­go bo­ku. To na­praw­dę szcze­re sło­wa, bez pod­tek­stu… Choć tę­sk­nię, nie ma we mnie zło­ści. Po­zo­sta­ły tyl­ko po­zy­tyw­ne uczu­cia…”

Ktoś tu rzu­cił cu­kier­ki.

Do tej po­ry od­pi­sy­wał zdaw­ko­wo, grzecz­nie, ale te­raz ma ocho­tę się za­ba­wić. Wie, że to nie­ład­nie, ale to Na­ta­lia po­trak­to­wa­ła go kie­dyś okrut­nie, więc uwa­ża, że ma do te­go pra­wo.

Od­pi­su­je.

„Sy­tu­acje, o któ­rych wspo­mnia­łaś, wy­ni­ka­ły głów­nie z mo­jej nie­doj­rza­ło­ści. A sko­ro na­pi­sa­łaś o nie­umie­ra­niu wspo­mnień… Po­wie­dzia­łem Ci kie­dyś, że je­steś ko­bie­tą, o któ­rej nie da się za­po­mnieć. A.”

He­he, to ją pod­krę­ci.

Ale ja­koś nie jest z sie­bie za­do­wo­lo­ny. Sły­szy szept za­le­pio­ne­go smo­łą gło­su roz­sąd­ku, że to głu­pia, dzie­cin­na za­ba­wa. Na­wet je­śli kie­dyś go skrzyw­dzi­ła, nie po­wi­nien od­pła­cać złą mo­ne­tą. A po ty­lu la­tach, to już cho­re.

Ale szyb­ko o tym za­po­mi­na. Bur­cze­nie w brzu­chu ta­ra­ba­ni jak per­ku­sja.

Zjeść.

Wy­łą­cza kom­pu­ter i idzie do kuch­ni. Otwie­ra lo­dów­kę i wy­cią­ga pa­rów­ki. Ma na­dzie­ję, że jest chleb. Nie chce mu się wy­cho­dzić na deszcz.

Jest!

Wsta­wia wo­dę na gaz, a w drzwiach po­ja­wia się dzia­dek, na­gle, jak­by się zma­te­ria­li­zo­wał.

Ci­chy ko­cur.

Ja­ko dzie­ciak bał się dziad­ka, szcze­gól­nie kie­dy po­ja­wiał się tak nie­spo­dzie­wa­nie jak re­wol­we­ro­wiec, al­bo gdy wcho­dząc do ła­zien­ki na­ty­kał się na nie­go wpa­tru­ją­ce­go się w lu­stro. Sta­ru­szek nie re­ago­wał, że ktoś wszedł, po pro­stu stał i pa­trzył w swo­je męt­ne oczy. Ad­rian za­sta­na­wiał się wte­dy, co dzia­dek tam wi­dzi, czy w ogó­le coś wi­dzi, czy wy­łą­cza mózg, a wy­cho­dzi z ki­bla, kie­dy w koń­cu za­sko­czy.

– Mhrm – mru­czy na przy­wi­ta­nie.

– Cześć, dzia­dek. Ja­dłeś śnia­da­nie?

– Nie chce – od­po­wia­da i idzie do swo­je­go po­ko­ju.

Kie­dy prze­cho­dzi, Ad­rian czu­je woń spa­le­ni­zny.

Pa­pie­ro­sy? Pa­li na gó­rze pa­pie­ro­sy?

Ale nie jest pe­wien, mo­gło mu się wy­da­wać. Ni­g­dy nie czuł od dziad­ka dy­mu, ale to zro­zu­mia­łe, kie­dy sa­me­mu się pa­li.

Wsta­je od sto­łu i idzie za nim.

– Dzia­dek, po­pa­lasz na gó­rze?

Nie od­po­wia­da, sie­dzi na łóż­ku i pa­trzy w okno, nie zwra­ca na nic uwa­gi.

– Dzia­dek, po­wiedz. Tak z cie­ka­wo­ści py­tam.

– Nic mie nie wol­no, nic mie nie wol­no! – wy­rzu­ca sta­ru­szek.

Mó­wił tak za­wsze, kie­dy bab­cia cze­goś mu za­bra­nia­ła, a za­bra­nia­ła pra­wie wszyst­kie­go. Tyl­ko na strych nie mo­gła się do­stać, w tym jed­nym był nie­złom­ny. Ma bar­dzo ni­ski głos, jak­by pa­lił ca­łe ży­cie, ale Ad­rian ni­g­dy nie wi­dział go z pa­pie­ro­sem. Nie sły­szał też, że­by bab­cia kie­dy­kol­wiek zro­bi­ła o to awan­tu­rę, a ro­bi­ła o by­le co.

– Wszyst­ko ci wol­no. Ja nie bab­cia, rób co chcesz, je­stem cie­kaw po pro­stu.

Pró­bu­je coś wy­czuć, ale czu­je tyl­ko za­pach sta­re­go czło­wie­ka. Chce wró­cić do kuch­ni, ale dzia­dek pod­ry­wa się z łóż­ka i sta­je przed nim. Jest szczu­pły, wzro­stu wnu­ka. Był wyż­szy, jed­nak z wie­kiem czło­wiek się kur­czy.

Ad­rian się wa­ha. Dzia­dek wy­glą­da, jak­by chciał się bić. Pa­trzą so­bie w oczy jak kow­bo­je.

Od­bi­ja mu pal­ma na sta­rość.

– Cze­goś ci trze­ba, zro­bić ci jeść? Masz ocho­tę na pa­rów­kę?

Pa­rów­kie – my­śli, jak on by to po­wie­dział.

– Mhrmrr­rmm – mru­czy w od­po­wie­dzi.

Al­bo war­czy, cięż­ko stwier­dzić.

– Jak bę­dziesz cze­goś chciał, po­wiedz.

Sta­ry wa­riat.

Śnia­da­nie zje­dzo­ne, ka­wa wy­pi­ta w po­ło­wie. Mę­czy go chęć, że­by za­pa­lić. Te­raz za­wsze by­ła na to po­ra.

A kie­dy nie by­ła po­ra? Kre­ty­nie.

Dzia­dek do tej po­ry nie wy­szedł z po­ko­ju.

Co jest?

Sły­chać, że coś ga­da. Ad­rian wsta­je od sto­łu, naj­ci­szej jak mo­że, i pod­cho­dzi do drzwi.

– On nie je go­dzien. Po kie­go on? Prze­cie je sła­by.

Te­raz dzia­dek szep­cze coś nie­wy­raź­nie.

– Nie, on nie je wart mo­jej ro­bo­ty.

Ad­rian od­cho­dzi od drzwi. Ni­g­dy wcze­śniej nie sły­szał, że­by dzia­dek ga­dał do sie­bie.

Kur­de, a jak bę­dzie z nim go­rzej i bę­dzie trze­ba wy­cie­rać mu du­pę al­bo za­cznie rzu­cać we mnie gów­nem?

Od­ga­nia te głu­po­ty. Dzwo­ni te­le­fon.

– Ad­rian prze­pro­wadz­ki, słu­cham.

– Dzień do­bry pa­nu. – Dam­ski głos, ja­kieś czter­dzie­ści lat.

– Dzień do­bry, czym mo­gę słu­żyć?

– Pro­szę pa­na, chcia­ła­bym prze­pro­wa­dzić miesz­ka­nie zna­jo­me­go, na je­go zle­ce­nie, sam nie mo­że, jest za gra­ni­cą, czy to nie pro­blem? – py­ta ko­bie­ta.

– Tyl­ko je­śli wła­ści­ciel nic o tym nie wie.

Ko­bie­ta się za­śmia­ła.

– Czy pan jest po­waż­ny? To mój ser­decz­ny przy­ja­ciel. Brzmię pa­nu jak zło­dziej?

– A ja wiem, jak brzmi zło­dziej? Prze­cież mo­że pa­ni być w tym do­bra.

– Mam klu­cze od miesz­ka­nia, to chy­ba zmie­nia po­stać rze­czy?

– Mo­gła pa­ni buch­nąć klu­cze.

– Ale wte­dy już pan nie ry­zy­ku­je prze­cież.

– No nie. Wy­prę się, że o czym­kol­wiek wie­dzia­łem. – Koń­czy ro­bić so­bie ja­ja i prze­cho­dzi do rze­czy. – Pro­szę po­wie­dzieć, w czym mo­gę po­móc?

– Ale z pa­na nu­mer. Nie­ste­ty zna­jo­my mu­si się wy­pro­wa­dzić i bar­dzo ża­łu­je, że sam nie mo­że te­go zro­bić. Wie pan, jest do tych swo­ich ru­pie­ci bar­dzo przy­wią­za­ny, dla­te­go za­le­ży mi, że­by wszyst­ko prze­wieźć spraw­nie i w nie­na­ru­szo­nym sta­nie. Da się zro­bić?

– Pa­ni ko­cha­na, oczy­wi­ście. Pro­szę po­wie­dzieć, skąd do­kąd i co tam ma­my?

– Miesz­ka­nie jest na par­te­rze w blo­ku na Dział­kach Le­śnych, przy uli­cy Szcze­ciń­skiej. Prze­wo­zi­my rze­czy na Kar­wi­ny Fi­ka­ko­wo, też na par­ter.

– Pro­szę po­dać ad­res Szcze­ciń­skiej.

– Za­raz, nie pa­mię­tam ja­ki to nu­mer, dwa­dzie­ścia trzy chy­ba, ale ja­ki nu­mer miesz­ka­nia? Za chwi­lę spraw­dzę.

– Do­brze. I co ma­my do prze­wie­zie­nia, ile po­koi?

– Tyl­ko dwa po­ko­je. Nie­wie­le.

Ja­sne.

Lu­dzie za­wsze mó­wią nie­wie­le, dwa po­ko­je, je­den, a oka­zu­je się, że sa­mo­chód jest na­bi­ty jak bus uchodź­ca­mi.

– Piw­ni­ca? – py­ta Ad­rian.

– Nie wiem, nie spraw­dza­łam, zna­jo­my mó­wił, że jest tam kil­ka kar­to­nów, spraw­dzę.

– Pro­szę spraw­dzić, to waż­ne. Ile jest du­żych me­bli, szaf, seg­men­tów?

Sły­szy, jak ko­bie­ta wzdy­cha, nie by­ła przy­go­to­wa­na na wy­wiad. Każ­dy my­śli, że to pro­ste, za­dzwo­ni, za­mó­wi sa­mo­chód, ra­chu cia­chu i go­to­we.

– Pa­nie ko­cha­ny, oczy­wi­ście że ma me­ble i to nie by­le ja­kie, z róż­nych czę­ści świa­ta, z Chin, z Afry­ki, z Ja­po­nii – nie­cier­pli­wi się ko­bie­ta.

Z Zan­zi­ba­ru i z Per­nam­bu­co.

– Pew­nie jest i pral­ka, lo­dów­ka?

Sracz i umy­wal­ka.

– No prze­cież. Ale pan py­tań za­da­jesz.

– Pa­ni ko­cha­na, im wię­cej wiem, tym le­piej mo­gę się przy­go­to­wać, przy­je­chać od­po­wied­nim sa­mo­cho­dem – wy­ja­śnia.

– Ro­zu­miem. Raf­cio ma du­żo drob­nych rze­czy, wła­śnie je pa­ku­ję do kar­to­nów. Ma te­go peł­no, bo to po­dróż­nik, wie pan.

– Z każ­dej wy­pra­wy coś przy­wo­zi?

W gło­wie Ad­ria­na po­ja­wia się ob­raz ma­sek, ma­łych i du­żych, afry­kań­skich, in­dyj­skich, kar­na­wa­ło­wych, we­nec­kich, do te­go ca­ła ma­sa rzeźb i fi­gu­rek. Prze­pro­wa­dził mnó­stwo ta­kich miesz­kań.

– Do­kład­nie. Ma spo­rą ko­lek­cję pa­mią­tek z In­dii, tam te­raz jest zresz­tą.

No prze­cież.

– Pro­szę w mia­rę moż­li­wo­ści do­brze to za­pa­ko­wać, że­by nic się nie uszko­dzi­ło.

– Nic się nie mo­że uszko­dzić, za­mor­do­wał­by mnie.

– By­ła­by szko­da, ma pa­ni mi­ły głos.

Ko­bie­ta się śmie­je, roz­luź­ni­ła się na do­bre.

– Pan żar­tu­je, a ja po­waż­nie mó­wię.

– Ja też po­waż­nie, mi­ła pa­ni. Jesz­cze jed­no py­ta­nie i już mó­wię, ile to bę­dzie kosz­to­wa­ło. Ma pa­ni ko­goś do no­sze­nia, czy ży­czy pa­ni so­bie lu­dzi?

– Nie mam ni­ko­go, pro­szę za­brać lu­dzi i dać naj­niż­szą ce­nę.

No prze­cież.

– Sa­mo­chód kosz­tu­je sześć­dzie­siąt zło­ty za go­dzi­nę, dwóch lu­dzi to do­dat­ko­wo trzy­dzie­ści zło­ty, za go­dzi­nę oczy­wi­ście. Nie do­li­cza­my za ki­lo­me­try, bo wszyst­ko jest w ob­rę­bie Gdy­ni. Je­śli ży­czy pa­ni so­bie ra­chu­nek, mu­si­my do­li­czyć do te­go po­da­tek. – Sta­ra się prze­ka­zać to ła­god­nie.

Ci­sza w słu­chaw­ce. Cze­ka, aż ko­bie­ta po­wie, że jesz­cze się za­sta­no­wi, to ty­po­we. Ob­dzwo­ni in­ne fir­my i wy­bie­rze naj­tań­szą, a po­tem bę­dzie płacz, bo naj­tań­sze rzad­ko ozna­cza naj­lep­sze.

– Nie da ra­dy nic ta­niej? – Ko­bie­ta ma na­dzie­ję.

– Pa­ni ko­cha­na, cza­sy są ta­kie, że i tak mu­si być naj­ta­niej. A ta­niej pa­ni za­ła­twi tyl­ko tam, gdzie bę­dą mie­li, za prze­pro­sze­niem, w tył­ku, czy coś się sta­nie, czy nie, al­bo czy coś zgi­nie. U mnie to nie­do­pusz­czal­ne – uświa­da­mia.

– No tak, no tak. Do­brze, to za ile mo­że pan przy­je­chać?

– Dzi­siaj? – Pa­trzy na ze­ga­rek, jest po dzie­wią­tej.

– No tak, ja tu już mam pra­wie po­pa­ko­wa­ne, mo­że nie sły­chać, ale ja lu­bię być po­ukła­da­na i przy­go­to­wa­na. Nie trze­ba być ge­niu­szem, że­by wie­dzieć, że jak bę­dzie do­brze spa­ko­wa­ne, to pój­dzie spraw­nie.

– Cie­szę się bar­dzo, ta­ka klient­ka to skarb. Pro­szę mi dać chwi­lę, wy­dzwo­nię lu­dzi i od­dzwo­nię, do­brze?

– Cze­kam, pa.

Śmiesz­na ba­ba.

Z tym skar­bem mó­wił po­waż­nie. Lu­dzie za­zwy­czaj są w kom­plet­nym prosz­ku, kie­dy przy­jeż­dża­ją na miej­sce, cza­sa­mi do­pie­ro za­czy­na­ją go­rącz­ko­we pa­ko­wa­nie. Przez to są nie­po­trzeb­ne ner­wy, znisz­cze­nia i wy­dłu­ża się ca­ła ak­cja, przez co wię­cej pła­cą. Czę­sto wy­cho­dzą przy tym róż­ne krę­pu­ją­ce sy­tu­acje, jak od­kry­cie po­tęż­ne­go bru­du za szaf­ka­mi al­bo opa­ko­wa­nie po kon­do­mach za so­fą, pam­per­sy, czy za­po­mnia­ne za­baw­ki dla do­ro­słych.

Dzwo­ni do An­drze­ja, wy­so­kie­go, chu­de­go jak tycz­ka i brzyd­kie­go jak Gar­ga­mel. Ma na­dzie­ję, że chło­pa­ki są na stend­ba­ju, o tej go­dzi­nie po­win­ni.

An­drzej nie od­bie­ra.

To łeb, pew­nie zno­wu za­chlał pa­łę.

Je­go mot­to ży­cio­we brzmi: Tu jest Pol­ska i tu się pi­je.

Dzwo­ni do Igo­ra, niż­sze­go od An­drze­ja, też szczu­płe­go, ale ży­la­ste­go i sil­ne­go jak Pa­paj. Przy­jaź­ni się z nim.

Od­bie­ra od ra­zu.

– Cześć sze­fie, co tam?

Nie lu­bi, kie­dy tak do nie­go mó­wi, nie czu­je się żad­nym sze­fem, bo ni­ko­go nie za­trud­nia, ro­bią na czar­no.

– Sie­ma, nie ga­daj do mnie sze­fie, chu­dy pa­ją­ku, bo cię trza­snę. Ma­my ro­bo­tę, dwa po­ko­je z par­te­ru na par­ter.

W gło­wie Igo­ra po­ja­wia się ob­raz wy­ła­do­wa­ne­go po sam dach cię­ża­ro­we­go sa­mo­cho­du, ale „z par­te­ru na par­ter” za­wsze brzmi do­brze, choć cię­żej „zro­bić” go­dzi­ny.

– Na kie­dy? – py­ta.

– Na już. En­dr­ju­sza nie od­bie­ra, pew­nie wczo­raj po­chlał. Za­ła­twię ci za­stęp­stwo, mam na­dzie­ję, że Ma­ras bę­dzie mógł.

– Uro­dzi­ła mu się có­ra, mo­że być cięż­ko, też o kimś po­my­ślę.

– Za­po­mnia­łem, że zo­stał oj­cem.

– W naj­gor­szym ra­zie sam bę­dziesz mu­siał po­no­sić, sze­fun­ciu – śmie­je się Igor.

– Nie bądź ta­ki pręd­ki Mer­ce­des, bo ci za­bio­rę oku­la­ry i nie tra­fisz na sa­mo­chód.

Oku­la­ry Igo­ra przy­po­mi­na­ją świa­tła Mer­ce­de­sa 124.

– Do­bra, jak Ma­ras nie bę­dzie mógł, za­dzwo­nię po ku­zy­na – koń­czy Igor.

– Ok.

Przy­cho­dzi ese­mes, An­drzej dzwo­nił pod­czas roz­mo­wy.

Uff.

Ten chle­jus i łap­ser­dak jest pra­wie tak sa­mo sil­ny, jak pa­jąk Mer­ce­des Igor.

Bro­war do­da­je mu sił.

– Ser­wus Adik, co tam? Dzwo­ni­łeś? – mó­wi An­drzej.

– Sie­ma, ro­bo­ta En­dr­ju, na już, zbie­rzesz du­pę?

– Jak trze­ba.

Jak już od­bie­rze, to za­wsze mo­że. Ad­rian mó­wi co i jak, dzwo­ni do Igo­ra i uma­wia ich na miej­scu za go­dzi­nę, po­tem dzwo­ni do mi­łej pa­ni i ro­bo­ta usta­wio­na.

Na­łóg nie prze­sta­je mę­czyć. Ad­rian ro­bi się nie­spo­koj­ny, nie­przy­jem­nie po­bu­dzo­ny. Ca­łe cia­ło na­pi­na się jak­by w skur­czach, na­ła­do­wa­ne zbyt du­żym na­pię­ciem. Nie wie, co z tym zro­bić.

Za­pa­lić.

Ale te­go nie zro­bi, nie i ko­niec. Czas wy­sko­czyć z błęd­ne­go ko­ła, po­bu­dzić zwę­glo­ną ja­ra­niem wo­lę. Za­ci­ska pię­ści, ma ocho­tę w coś grzmot­nąć, ale prze­cież to idio­tyzm. Na do­da­tek są­siad zno­wu za­czął pi­ło­wać drew­no.

– No co za łeb! Co on, nie pra­cu­je?

Uspo­kój się, sku­pisz się na ro­bo­cie, ru­szaj się, szyb­ko się ru­szaj, roz­ła­du­jesz to.

Dziś fak­tycz­nie przy­da­ło­by się po­dźwi­gać gra­ty, nie tyl­ko ukła­dać na pa­ce. Czu­je, że bę­dzie tym ra­zem bar­dzo po­moc­ny.

Ka­wa wy­sty­gła, ja­koś dzi­siaj nie sma­ku­je. Wy­le­wa le­d­wie upi­tą do zle­wu i zbie­ra się do wyj­ścia. Idzie jesz­cze do dziad­ka. Ten sie­dzi na łóż­ku i pa­trzy w okno. Nic już nie ga­da.

O czym on tak my­śli, prze­cież nie o bab­ci?

– Dzia­dek, za kim tak tę­sk­nisz, za bab­cią, czy ja­kąś li­sicz­ką z prze­szło­ści?

Ze­ro re­ak­cji.

– Wy­cho­dzę do ro­bo­ty. Po­ra­dzisz so­bie? Ilo­na pew­nie nie­dłu­go wró­ci ze szko­ły, to zro­bi ci jeść.

Dzia­dek wy­da­je z sie­bie ja­kiś cięż­ki do okre­śle­nia dźwięk. Jest te­raz w swo­im świe­cie, na­wet za do­brze nie sły­szy wnu­ka.

– Co? – py­ta Ad­rian.

Dzia­dek mil­czy.

Ech – re­zy­gnu­je.

– Do­bra, idę.

Idzie po sa­mo­chód. Weź­mie dziś Ma­na, bu­da ma trzy­dzie­ści me­trów sze­ścien­nych, wy­star­czy na dwa po­ko­je, na­wet peł­ne gra­tów. Ła­twiej się nim ma­new­ru­je i ma hy­drau­licz­ną ram­pę. Jest jesz­cze Mer­ce­des, któ­ry żło­pie ro­pę jak smok. Ten ma pra­wie sześć­dzie­siąt me­trów po­jem­no­ści za­ła­dun­ko­wej, ale uży­wa go tyl­ko do du­żych prze­pro­wa­dzek ca­łych do­mów.

Oba sa­mo­cho­dy trzy­ma nie­da­le­ko, na osie­dlo­wym par­kin­gu.

Rozdział 3

Ro­bo­ta za­wsze za­czy­na się tak sa­mo. Ad­rian usta­wia sa­mo­chód moż­li­wie naj­bli­żej wej­ścia. Wcho­dzą do miesz­ka­nia, wi­ta­ją się z ludź­mi i oglą­da­ją gra­ty. To miesz­ka­nie ma cie­ka­wy kli­mat, cięż­ki do okre­śle­nia. Czuć to, po­mi­mo że wszyst­ko jest już w kar­to­nach. Wy­obra­ża so­bie, jak tu­taj by­ło, kie­dy wszyst­ko sta­ło i wi­sia­ło na swo­ich miej­scach, pew­nie za­po­mniał­by, że to Gdy­nia, na­wet Pol­ska.

Usta­la­ją ko­lej­ność za­ła­dun­ku, naj­pierw sza­fy, du­że me­ble i ka­na­py, po­mię­dzy me­ble idą wor­ki i kar­to­ny, po­tem mniej­sze gra­ty i drob­ni­ca, czy­li psz­czo­ły lu­zem, a na koń­cu pral­ka i lo­dów­ka. Za­zwy­czaj za­bez­pie­cza­ją wszyst­ko po swo­je­mu, za­kle­ja­ją ta­śmą szaf­ki i drzwi, wy­cią­ga­ją pół­ki. Ale nie tym ra­zem. Pa­ni Wio­le­ta spi­sa­ła się na me­dal. Po­za­kle­ja­ła na­wet ka­wał­ka­mi kar­to­nów ro­gi me­bli, któ­re wy­glą­da­ją na cięż­kie i dro­gie. Nic nie mu­szą ro­bić, tyl­ko za­cząć no­sić.

Za­wsze po wstę­pie, czy­li roz­mo­wie z ludź­mi i za­kle­ja­niu, każ­dy za­bie­ra się za swo­je za­da­nie. Ad­rian wra­cał do sa­mo­cho­du i… pierw­sze co ro­bił do tej po­ry, to wy­cią­gał gan­dzię i ja­rał. Po­trze­bo­wał na to kil­ku­na­stu se­kund, za­nim chło­pa­ki przy­szli z pierw­szym me­blem. W głę­bi bu­dy, w mro­ku, nikt nie wi­dział, co ro­bi, mógł nie­zau­wa­żo­ny na­bić lu­fę, ścią­gnąć chmu­rę, a po­tem moc­no wy­chy­lić się na ze­wnątrz i wy­pu­ścić dym, któ­ry po­ry­wał z so­bą wiatr. Trwa­ło to chwi­lę, dla­te­go nikt ni­g­dy nic nie za­uwa­żył i nie wy­czuł za­pa­chu. Sam efekt roz­po­zna­wał tyl­ko Igor. An­drzej zna się je­dy­nie na pi­ciu, dla­te­go ni­cze­go nie ku­mał, na­wet kie­dy Ad­rian mo­tał się przy ukła­da­niu.

Z Igo­rem pra­cu­je naj­dłu­żej, przy­jaź­nią się, więc roz­ma­wia­ją z so­bą bez ogró­dek. Nie zdra­dził ni­g­dy ta­jem­ni­cy sze­fun­cia, ale kie­dy ma moż­li­wość, ro­bi so­bie z nie­go ja­ja. Po­wie­dział kie­dyś o nim: – Nie dość, że nar­kus, to jesz­cze z nad­wa­gą. – Od tam­te­go cza­su Ad­rian schudł, ale nie prze­stał być nar­ku­sem. Mo­że te­raz się uda.

Dzi­siaj pierw­szy raz coś się nie zga­dza. Sze­fun­cio jest trzeź­wy. Przy­nie­śli już dwie ko­mo­dy i nic, a te­raz ła­du­ją pięk­ną szaf­kę na fi­ku­śnych nóż­kach, chy­ba ja­poń­ską, a ten da­lej ma nor­mal­ne spoj­rze­nie. Mo­że kie­dy przy­nio­są stół, ale nie, na­wet wte­dy wzrok sze­fun­cia jest by­stry, a ru­chy lo­gicz­ne i nie­spo­wol­nio­ne.

– Gów­nia­no się to usta­wia – uśmie­cha się Ad­rian.

Nie­mal wi­dzi my­śli Igo­ra, któ­ry ob­ser­wu­je i nie ro­zu­mie, o co cho­dzi. To cie­szy, da­je coś w ro­dza­ju sa­tys­fak­cji.

Każ­dy me­bel jest in­ny, za­zwy­czaj w ciem­nym ko­lo­rze. Nie zna się na tym i ma to gdzieś, ale wy­glą­da­ją na dro­gie i rzad­kie. Dla­te­go sta­ra się je za­bez­pie­czyć naj­le­piej, jak się da. Na sa­mo­cho­dzie trzy­ma kar­to­ny do prze­kła­da­nia, że­by me­ble nie ocie­ra­ły się o sie­bie i nie znisz­czy­ły, a w ra­zie po­trze­by spi­na eks­pan­de­ra­mi, że­by się nie bu­ja­ły.

Rzad­ko ma po­ję­cie, co prze­wo­zi, tak jest i tym ra­zem. Ra­fał nie zdra­dził ni­ko­mu, na­wet swo­jej po­wier­nicz­ce, ile war­te są te gra­ty. Uwa­ża, że to mo­gło­by tyl­ko utrud­nić ca­łą ope­ra­cję, nie­po­trzeb­nie stre­so­wać i nieść za­gro­że­nie. Do­pie­ro wte­dy mo­gło­by stać się coś złe­go. Dla nie­go te rze­czy ma­ją zu­peł­nie in­ną war­tość, któ­rą chce się cie­szyć na sta­rość, kie­dy już nie bę­dzie mógł od­wie­dzić za­kąt­ków świa­ta, z któ­rych je przy­wiózł.

War­tość nie­któ­rych przed­mio­tów się­ga na­wet kil­ku­dzie­się­ciu ty­się­cy zło­tych, jak choć­by afry­kań­skie­go, dzie­więt­na­sto­wiecz­ne­go sto­łu z drew­na gre­na­dill. Jest ni­ski, gru­be pół­ko­li­ste no­gi po­dob­ne do cio­sów sło­ni wy­sta­ją po­za blat. Nie ma jak te­go usta­wić. Po nim chło­pa­ki przy­no­szą ple­cio­ny szez­long, też wart ku­pę szmal­cu, mi­mo że wy­da­je się ple­cio­nym przez ja­kie­goś dzi­ku­sa ba­dzie­wiem.

– I jak ja mam to spa­so­wać?

– Przy­nieść ci te­raz kil­ka wor­ków? – py­ta Igor.

– Tak, po­pro­szę.

Gdy nie ma jak usta­wić, trze­ba me­bel usztyw­nić wor­ka­mi z ciu­cha­mi i kar­to­na­mi.

Ad­rian pra­cu­je dziś w po­śpie­chu, ina­czej niż zwy­kle. Za­zwy­czaj przy­trzy­mu­je chło­pa­ków, że­by chwi­lę od­po­czę­li, prze­cią­gnę­li ro­bo­tę, „zro­bi­li go­dzi­ny”. Jed­nak dziś mu­si się zmę­czyć, od­wró­cić uwa­gę od gło­du. Czu­je, jak­by w środ­ku się go­to­wał, był roz­beł­ta­ny, mi­mo że na ze­wnątrz wy­da­je się nor­mal­ny. Brak spój­no­ści to pa­skud­ne uczu­cie, a po­śpiech i sku­pie­nie na ro­bo­cie tro­chę zaj­mu­je gło­wę. Po­za tym pa­ni Wio­le­ta jest mi­ła i za­słu­gu­je na uczci­we trak­to­wa­nie. Kie­dy ktoś jest w po­rząd­ku, to i oni są w po­rząd­ku. Naj­wię­cej pła­cą ci, któ­rzy po­pę­dza­ją i wy­ka­zu­ją wład­cze za­pę­dy.

Du­że me­ble za­ła­do­wa­ne. Naj­więk­sze jest łóż­ko. Po­twor­nie cięż­ka ra­ma z peł­ne­go drew­na i wiel­ka pły­ta za­miast ma­te­ra­ca. Po­mógł chło­pa­kom, bo trud­no by­ło z tym wy­ma­new­ro­wać z miesz­ka­nia i nie po­obi­jać. Po usta­wie­niu pły­ty na sa­mo­cho­dzie za­sa­pa­na nie jest tyl­ko klient­ka.

– Nie ma się co dzi­wić, że ko­biet­ki nie chcą spać z Raf­ciem na ta­kim twar­dym ło­żu – żar­tu­je.

– Zdro­wo na krę­go­słup – oznaj­mia Ad­rian.

– Ale nie na ko­la­na. – Ko­bie­ta pusz­cza oczko.

Co­raz bar­dziej mu się po­do­ba, cho­ciaż wy­glą­da na kil­ka lat star­szą. Po­god­na jaj­ca­ra i atrak­cyj­na. Ob­fi­te kształ­ty, śred­niej dłu­go­ści czar­ne wło­sy, uśmiech Mag­dy Ges­sler i luz w oby­ciu z męż­czy­zna­mi.

Z nie­jed­ne­go pie­ca chleb ja­dła, świn­tu­cha.

– Mo­że pa­no­wie się cze­goś na­pi­ją?

– Oo, chęt­nie – od­po­wia­da­ją zgod­nie.

– Na to też je­stem przy­go­to­wa­na, a co.

Idzie do środ­ka, a oni uśmie­cha­ją się do sie­bie po­ro­zu­mie­waw­czo.

– Cie­ka­we, na co jesz­cze jest przy­go­to­wa­na – mó­wi An­drzej.

– Na pój­ście z to­bą na bro­wa­ra po ro­bo­cie, brzy­da­lu, na pew­no – szy­dzi Igor i ścią­ga oku­la­ry, że­by prze­trzeć je chust­ką.

Pa­ni Wio­le­ta nie­sie dwie bu­tel­ki wo­dy i pla­sti­ko­we kub­ki.

– Dla ko­go z ga­zem, dla ko­go bez?

– A nie ma pa­ni bro­wa­ra? – An­drzej uśmie­cha się jak Gar­ga­mel.

– Pa­ni go nie słu­cha, to nie­okrze­sa­ne by­dlę – kwi­tu­je Igor.

– No co?

Ze sma­kiem ga­szą pra­gnie­nie i za­bie­ra­ją się za ro­bo­tę.

– Te­raz pój­dą kar­to­ny – mó­wi Igor.

– Da­waj­cie naj­cięż­sze.

– No co ty, po­waż­nie?

Sze­fun­cio za­po­mniał, że do­brze to wie­dzą. Ma na­dzie­ję, że ta eki­pa ni­g­dy się nie zmie­ni, są naj­lep­si. Ta z po­zo­ru pro­sta pra­ca wy­ma­ga odro­bi­ny my­śle­nia, a Igor jest jak pra­wa rę­ka, mi­mo że nie jest szczę­śli­wy, iż utkwił tu tak dłu­go, i wcze­śniej czy póź­niej znaj­dzie coś lep­sze­go.

Za­czy­na­ją od cięż­kich kar­to­nów z książ­ka­mi. Pa­ni Wio­le­ta opi­sa­ła każ­dy. „Książ­ki In­die”. „Książ­ki me­dycz­ne”. „Książ­ki Afry­ka”.

Raf­cio zje­chał ka­wał świa­ta.

Jest cie­ka­wy, ja­kie war­to­ści są w tych kar­to­nach. Nie ma po­ję­cia, że idą w ty­sią­ce. A naj­droż­szy do­pie­ro ma przyjść i nie obej­dzie się z nim de­li­kat­nie.

Igor przy­no­si ko­lej­ny, opi­sa­ny „Książ­ki Au­stra­lia”.

No prze­cież, że Au­stra­lia.

– Cze­kaj chwi­lę – mó­wi Ad­rian.

Oce­nia, ile przy­da­ło­by się lżej­szych kar­to­nów na gó­rę, a An­drzej do­no­si ko­lej­ny cięż­ki z książ­ka­mi, opi­sa­ny „Pi­sma Świę­te”. Ten ma war­tość oko­ło stu ty­się­cy zło­tych.

– Po­staw z bo­ku – mó­wi Ad­rian. – Przy­nie­ście te­raz kil­ka lek­kich.

Po­szli. Kar­ton z Pi­sma­mi Świę­ty­mi prze­su­wa no­gą na bur­tę, póź­niej wró­ci do cięż­kich, jak już wy­peł­ni lu­ki lek­ki­mi.

Chło­pa­ki przy­no­szą kar­to­ny opi­sa­ne ja­ko ma­ski, na­rzu­ty, ob­ra­zy, fi­gur­ki i ka­dzi­dła, bi­żu­te­ria.

Pod­czas ko­lej­ne­go kur­su mi­ny im zrze­dły, stra­ci­li hu­mor.

– Co z wa­mi, chło­pa­ki, coś nie tak?

– Nic, a co ma być? – py­ta Igor.

Marsz­czy przy tym brwi, jak­by chciał po­wie­dzieć, że­by się od­pie­przył. An­drzej nic nie mó­wi, gar­bi się tyl­ko, mi­nę ma po­dob­ną.

Co za pip­ki wraż­li­we. Cio­ty do­sta­li obaj? Al­bo coś tam się sta­ło.

Ukła­da kar­to­ny. Pa­ni Wio­le­ta przy­no­si ko­lej­ny, też nie wy­glą­da na za­do­wo­lo­ną.

– Dzię­ku­ję pięk­nie – mó­wi i od­bie­ra od ko­bie­ty lek­ki kar­ton opi­sa­ny „pier­dół­ki”.

Klient­ka nie od­po­wia­da, a on po­sta­na­wia nie wy­py­ty­wać.

– Och, pa­nie Ad­ria­nie, za­po­mnia­łam na śmierć o piw­ni­cy. – Co­fa się.

Przy­cho­dzą chło­pa­ki z kar­to­na­mi.

– Pro­szę iść spraw­dzić te­raz. Chło­pa­ki, idź­cie z pa­nią do piw­ni­cy, bę­dzie­cie wie­dzie­li, co te­raz pój­dzie. Lek­kich na ra­zie nie trze­ba.

Kie­dy idą, prze­su­wa no­gą kar­ton opi­sa­ny „Pi­sma Świę­te”, a ten się roz­ła­zi.

Szlag by to.

Wy­la­zły wo­lu­mi­ny. Zer­ka na wej­ście do klat­ki i ku­ca. Księ­gi wy­glą­da­ją róż­nie, nie­któ­re sta­ro, szcze­gól­nie kil­ka. Trzy naj­więk­sze ob­ło­żo­ne są zwy­kłą ga­ze­tą, a nie­któ­re wy­glą­da­ją w mia­rę świe­żo.

– Do ja­sne­go grzy­ba – war­czy, nie lu­bi ta­kich sy­tu­acji.

Mu­si wszyst­kie wy­cią­gnąć i zre­kon­stru­ować kar­ton. Sta­ra się nie usy­fić okła­dek.

Cie­ka­we, ile są war­te?

Kil­ka wy­glą­da na na­praw­dę cen­ne. Ale nie ma na my­śli tych za­wi­nię­tych w ga­ze­ty, któ­re na­da­ją się na jed­ne z naj­cen­niej­szych eks­po­na­tów Bi­blio­te­ki Na­ro­do­wej. Cie­ka­we, że z każ­dej Bi­blii wy­sta­je je­den ja­skra­wo zie­lo­ny pa­sek in­dek­su­ją­cy, mniej wię­cej w tym sa­mym miej­scu.

Ukła­da wo­lu­mi­ny na in­nym kar­to­nie i bie­rze je­den z tych owi­nię­tych w ga­ze­tę. W środ­ku wy­glą­da na­praw­dę sta­ro. Otwie­ra w miej­scu, z któ­re­go wy­sta­je pa­sek, na nim na­pi­sa­ne jest sło­wo „Sza­tan”. To Księ­ga Eze­chie­la. Pró­bu­je coś od­czy­tać, ale ro­zu­mie tyl­ko po­je­dyn­cze sło­wa. Jed­nak na kart­ce jest do­łą­czo­na trans­kryp­cja frag­men­tów wer­se­tów z tej stro­ny.

„Brze­ska, 1563:

12 – Tyś iest na­do­sta­tecz­niey­szy a na­peł­nio­ny mą­dro­ścią y do­sko­na­ły w cud­no­ści

17 – bo ser­ce two pod­nio­sło sie dla pięk­no­ści two­iey. Po­pso­wa­łeś mą­drość twa w ia­sno­ści two­iey.”

Nic nie ku­mam.

Otwie­ra na­stęp­ną z tych sta­rych ksiąg, w tym sa­mym za­zna­czo­nym miej­scu, z do­łą­czo­ną trans­kryp­cją, bo tekst jest jesz­cze trud­niej­szy do roz­szy­fro­wa­nia.

„Bud­ny, 1572:

12 – Ty pie­częć zgo­to­wa­na, pe­łen mą­dro­ści y do­sko­na­łey pięk­no­ści

17 – Pod­nio­sło sie ser­ce twe w pięk­no­ści twey, ska­zi­łeś mą­drość two­ie dla pięk­no­ści twey.”

To sa­mo, nic nie ku­mam.

Przy­cho­dzą chło­pa­ki, do­brze, że bez pa­ni Wio­le­ty. Pe­szy się i za­my­ka Bi­blię, od­kła­da ostroż­nie na kar­ton, że­by się nie wy­bru­dzi­ła.

– No sze­fun­ciu, trze­ba ostroż­nie – ostrze­ga Igor.

– Goń się, gów­nia­no za­kle­iła. Co tam w piw­ni­cy?

– Sta­ry ro­wer, nar­ty, ja­kieś de­ski i kil­ka kar­to­nów z pier­do­ła­mi, lek­kie. My­ślę, że spo­koj­nie mo­że­my to zo­sta­wić na ko­niec, cho­ciaż, jak dla mnie, wszyst­ko z piw­ni­cy na­da­je się na śmiet­nik.

– Raf­cio mógł­by być zły – żar­tu­je An­drzej. – Wy­glą­da, że to ja­kiś pe­dał.

– Po czym wno­sisz, ła­chu­dro? – py­ta Igor.

– Po ró­żo­wych nar­tach.

– Nie są ró­żo­we, tyl­ko fio­le­to­we, dal­to­nie.

An­drzej kła­dzie nar­ty na tra­wie i wra­ca do bu­dyn­ku.

– Ty, dla­cze­go at­mos­fe­ra tak zde­chła? – do­cie­ka Ad­rian.

– Ten idio­ta uszczyp­nął ją w du­pę i pra­wie do­stał w pysk. Mu­sia­łem za nie­go prze­pra­szać.

– To kre­tyn. Za­raz ją prze­pro­szę.

– Nic już nie mów, spra­wa za­ła­twio­na, po­ra­dzi­ła so­bie z tym dur­niem.

Igor idzie do klat­ki.

– Da­lej lek­kie kar­to­ny! – wo­ła Ad­rian.

– Jes ser, sze­fun­ciu.

Co za głu­pek – ma na my­śli An­drze­ja.

Cze­kał, aż pój­dą, że­by spraw­dzić ję­zyk ostat­niej z tych owi­nię­tych w ga­ze­tę. Ni w ząb nic nie ro­zu­mie.

Tu­taj też znaj­du­je trans­kryp­cję.

„Le­opo­li­ta, 1561:

12 – Ty ie­steś pie­częć po­do­bień­stwa pe­łen mą­dro­ści y do­sko­na­ły w pięk­no­ści.

17 – y wy­nio­sło sie ser­ce two­ie w kra­sie two­iey stra­ci­łeś mą­drość thwo­ię w kra­sie two­iey.”

Dla­cze­go na pa­sku jest na­pi­sa­ne „Sza­tan”?

Otwie­ra Bi­blię wy­glą­da­ją­cą na naj­now­szą. Cie­ka­we, jak tu brzmią te frag­men­ty. Czy­ta te za­zna­czo­ne z róż­nych wer­se­tów, z dwu­na­ste­go i sie­dem­na­ste­go, jak na trans­kryp­cjach. Tu­taj są na­wet pod­kre­ślo­ne.

„(…) By­łeś od­bi­ciem do­sko­na­ło­ści, pe­łen do­sko­na­ło­ści i nie­zrów­na­nie pięk­ny. (…)”

„(…) Ser­ce two­je sta­ło się wy­nio­słe z po­wo­du twej pięk­no­ści, za­ni­kła two­ja prze­zor­ność z po­wo­du twe­go bla­sku. (…)”

No, tu przy­naj­mniej ro­zu­miem.

Się­ga po in­ne wy­da­nie Bi­blii. Otwie­ra na za­zna­czo­nym frag­men­cie, tym sa­mym i po­dob­nie pod­pi­sa­nym „Sza­tan”.

„(…) Pie­czę­tu­jesz wzór, ty, pe­łen mą­dro­ści oraz do­sko­na­le pięk­ny. (…)”

„(…) Ser­ce two­je sta­ło się wy­nio­słe z po­wo­du twe­go pięk­na. Z po­wo­du swej olśnie­wa­ją­cej wspa­nia­ło­ści zni­we­czy­łeś swą mą­drość. (…)”

Bie­rze ko­lej­ny eg­zem­plarz, in­ny for­mat, ale z iden­tycz­ny­mi sło­wa­mi.

To jest to sa­mo wy­da­nie.

Od­kła­da i się­ga po in­ny. Pod­kre­ślo­ne sło­wa brzmią tro­chę ina­czej, ale ma­ją to sa­mo zna­cze­nie.

„(…) Ty, któ­ry by­łeś od­bi­ciem do­sko­na­ło­ści, peł­nym mą­dro­ści i skoń­czo­ne­go pięk­na, (…)”

„(…) Two­je ser­ce by­ło wy­nio­słe z po­wo­du two­jej pięk­no­ści. Zni­we­czy­łeś swo­ją mą­drość skut­kiem swo­jej świet­no­ści. (…)”

– No co ty ro­bisz, szef­ciu, ze­bra­ło ci się na lek­tu­rę cu­dzych ksią­żek w ro­bo­cie? – py­ta An­drzej.

Ad­rian aż pod­ska­ku­je.

Szlag!

– Do ja­sne­go grzy­ba! Du­żo tu cie­ka­wych gra­tów. – Od­kła­da Bi­blię.

Chło­pa­ki zo­sta­wia­ją kar­to­ny i wra­ca­ją po na­stęp­ne.

Ostat­nia – po­sta­na­wia.

Ta też jest sta­ra, jed­nak nie tak jak tam­te, ma śmiesz­ną czcion­kę, ale czy­tel­ną, wy­da­na jest w ja­kimś sta­ro­pol­skim ję­zy­ku. Czy­ta te sa­me frag­men­ty.

Dla­cze­go on się tym tak in­te­re­so­wał?

„(…) Ty, co pie­czę­tu­jesz su­my, pe­łen mą­dro­ści i do­sko­na­łej pięk­no­ści; (…)”

„(…) Pod­nio­sło się ser­ce two­je dla pięk­no­ści two­jej, na złeś uży­wał mą­dro­ści swo­jej dla ja­sno­ści two­jej (…)”

Sły­szy kro­ki ko­bie­ty i wpa­da w pa­ni­kę. Od­kła­da księ­gę i za­sła­nia roz­wa­lo­ny kar­ton in­nym, że­by nie wi­dzia­ła, że dał cia­ła. Gdy­by zna­ła war­tość tych ksiąg i zo­ba­czy­ła, co się z ni­mi dzie­je, z miej­sca do­sta­ła­by za­wa­łu.

Ko­bie­ta już się roz­po­go­dzi­ła. Co się bę­dzie przej­mo­wać cham­stwem, ma już swo­je la­ta. Po uśmie­chu wi­dać, że mo­że na­wet schle­bi­ło jej to uszczyp­nię­cie.

– Pa­nie Ad­ria­nie, mo­że coś słod­kie­go, za­strzyk ener­gii? – po­ka­zu­je ba­to­nik.

– Dzię­ku­ję, nie jem słod­kie­go, kie­dyś by­łem gru­ba­skiem. Pa­ni jest ta­ka mi­ła, że to naj­lep­szy za­strzyk ener­gii.

Ale przy­sło­dzi­łeś.

– Głup­ta­sek.

Ko­bie­ta chi­cho­cze i ucie­ka. Ad­rian uśmie­cha się pod no­sem i bie­rze roz­wa­lo­ny kar­ton, skle­ja po­rząd­nie i pa­ku­je Bi­blie. Ni­g­dy nie in­te­re­so­wał się, ko­go i co prze­pro­wa­dza, tym ra­zem też ma to gdzieś. Usta­wia kar­ton na zie­mi. Po­ło­ży na nim na­stęp­ne, któ­re już nio­są chło­pa­ki.

Mie­lą gę­ba­mi ba­to­ni­ki, im też wró­cił hu­mor.

– Do­brze wam, co, ła­kom­czu­chy?

– Mhm.

– Daj­cie te­raz cięż­kie.

***

Chło­pa­ki ja­dą na pa­ce. To wbrew prze­pi­som, ale co tam, nie pierw­szy i nie ostat­ni raz, po­za tym to nie­da­le­ko. Pa­ni Wio­le­ta wsia­dła do ka­bi­ny, któ­rą wy­peł­nia przy­jem­nym za­pa­chem, bar­dzo ko­bie­cym. Ma na so­bie dżin­sy, bu­ty na ob­ca­sie i je­sien­ną kurt­kę, pod nią czar­ną bluz­kę ze spo­rym de­kol­tem, któ­ry po­kry­wa­ją drob­ne pie­gi.

Na­ka­blo­wa­ła na An­drze­ja. Ten kre­tyn po­wie­dział, że z chę­cią po­łą­czył­by te kro­pecz­ki fla­ma­strem i zo­ba­czył, co wyj­dzie, nie wspo­mnia­ła o uszczyp­nię­ciu. Prze­pro­sił za te­go głą­ba, ale nie mo­że się z nim nie zgo­dzić, sam jest cie­kaw, co wy­szło­by z po­łą­cze­nia pie­gów.

Wy­ła­du­nek idzie szyb­ciej niż za­ła­du­nek. Nie za­ro­bi­li ko­ko­sów, ale są za­do­wo­le­ni, chło­pa­ki do­sta­ją na­wet na­pi­wek. Pa­ni Wio­le­ta do­ce­nia po­śpiech i fakt, że nic się nie znisz­czy­ło. Na­re­pe­ro­wa­ne­go kar­to­nu nie za­uwa­ża, a na­wet je­śli, to tyl­ko kar­ton, za­war­tość jest w po­rząd­ku.

Że­gna­jąc się z pa­nią Wio­le­tą ma wra­że­nie, że ko­bie­ta cze­ka na pro­po­zy­cję za­pro­sze­nia na ka­wę. Wi­dzi w jej oczach, że chce mi­ło spę­dzić czas. Al­bo tyl­ko mu się wy­da­je.

Mam jej nu­mer.

Prze­pi­su­je go z hi­sto­rii po­łą­czeń na kart­kę, że­by nie prze­padł. Za­dzwo­ni, jak się zbie­rze na od­wa­gę. Przez te­le­fon bę­dzie ła­twiej.

W pysk mi nie da, naj­wy­żej wy­śmie­je.

Od­wo­zi chło­pa­ków do cen­trum i wra­ca do do­mu. Zno­wu czu­je ssa­nie na ja­ra­nie.

Rozdział 4

Od śnia­da­nia mi­nę­ło pa­rę do­brych go­dzin, wcho­dzi do do­mu głod­ny. A mi­mo to nar­ko­tycz­ny głód jest sil­niej­szy. Za­miast do kuch­ni ma­sze­ru­je do kom­pu­te­ra, że­by za­jąć umysł. Opi­su­je, jak pra­gnie­nie na­bie­ra roz­pę­du, że już tyl­ko o tym my­śli.

Bez sen­su.

Nie­wie­le to da­je. Od te­go pi­sa­nia jest tyl­ko co­raz bar­dziej roz­draż­nio­ny. Uno­si wzrok na ka­len­darz wi­szą­cy nad biur­kiem. Ju­tro te­ra­pia. Z po­cząt­ku my­ślał, że w ja­kiś spo­sób po­mo­że, że te­ra­peu­ta, z po­dziu­ra­wio­ną ostrym trą­dzi­kiem twa­rzą, zna ja­kiś cu­dow­nie uwal­nia­ją­cy spo­sób. Nie­ste­ty, cu­dów nie ma, nikt te­go za nie­go nie zro­bi. Nie ma żad­nej fe­no­me­nal­nej me­to­dy, któ­ra uwal­nia od uza­leż­nie­nia. Sam mu­si chcieć.

Jest pe­wien, że chce z tym skoń­czyć. Chy­ba.

Nie myśl o tym, od­wra­caj uwa­gę.

Krę­ci się na fo­te­lu.

Idź zro­bić żar­cie.

Ale przy­po­mi­na so­bie o Na­ta­lii.

Cie­ka­we, czy coś na­pi­sa­ła.

Od­pa­la Fa­ce­bo­oka.

No prze­cież – uśmie­cha się.

„My­ślę, że dziś i Ty, i ja je­ste­śmy bo­gat­si o emo­cje i do­świad­cze­nia. Two­je li­sty znam na pa­mięć. Po­dob­nie jak sło­wa, że je­stem jak wiatr… Ni­g­dy nikt nie dał mi ty­le, co Ty… Chcia­ła­bym śle­dzić Two­je kro­ki na Fa­ce­bo­oku, by­naj­mniej nie po to, byś czuł mój od­dech na ple­cach… Czy ten wir­tu­al­ny świat to do­bre miej­sce, że­by po­zo­stać nie­zau­wa­żo­ną? Wiem, że wie­le aspek­tów Two­je­go JA to my­śli, emo­cje… Szko­da tyl­ko, że tak ma­ło ‚ży­jesz’ na swo­im pro­fi­lu, tak bym chcia­ła Cie­bie wię­cej… Mi­mo to dzię­ku­ję za to, co mam.”

Co za świ­ru­ska.

Pa­mię­ta, że pi­sał kie­dyś ja­kieś li­sty, ale co w nich by­ło? Nie pa­mię­ta na­wet, ile mi­nę­ło lat od roz­sta­nia.

A co, niech ma.

Od­pi­su­je.

„Nie przy­po­mi­nam so­bie dnia, że­bym o To­bie nie my­ślał. Cięż­ko by­ło od­dy­chać bez Two­je­go za­pa­chu. Nie mia­łem oka­zji po­wie­dzieć Ci, jak wie­le mnie na­uczy­łaś. Wie­le zro­zu­mia­łem po na­szym roz­sta­niu i za to je­stem Ci wdzięcz­ny. Ża­łu­ję, że nie by­łem wte­dy doj­rzal­szy. Pew­nie wciąż od­dy­chał­bym To­bą.”

No, Alva­ro, te­raz po­je­cha­łeś.

Na­wet nie jest mu głu­pio, że kła­mie, choć nie ma te­go w zwy­cza­ju. Za­wsze uwa­żał, że moż­na mó­wić praw­dę i wy­cho­dzić na tym naj­le­piej. Ale chro­nicz­ne pa­le­nie zmie­nia czło­wie­ka.

Tę­py się ro­bisz, chło­pie.

Wsta­je od kom­pu­te­ra, pod­cho­dzi do drzwi po­ko­ju cór­ki i pu­ka.

– Prze­bie­ram się – sły­szy.

– Bę­dę ro­bił żar­cie, masz na coś ocho­tę?

– Nie, dzię­ku­ję, ja­dłam.

– Dzia­dek jadł?

Wi­dzi po­stać za ma­to­wą szy­bą, któ­ra zbli­ża się do drzwi. Uchy­la­ją się odro­bi­nę i po­ja­wia się smut­na po­ło­wa twa­rzy Ilo­ny.

– Jak wró­ci­łam ze szko­ły, w kuch­ni był roz­wa­lo­ny chleb i roz­pa­ko­wa­na kieł­ba­sa. Dzia­dek jest pew­nie na stry­chu.

– A niech so­bie sie­dzi. Jak bę­dziesz mia­ła na coś ocho­tę, po­wiedz.

Ilo­na za­trza­sku­je oj­cu drzwi przed no­sem. Ad­rian czu­je ude­rze­nie krwi do gło­wy, jak­by ktoś od­krę­cił gwał­tow­nie kran. Ma ocho­tę wal­nąć w szy­bę i wejść do środ­ka, wy­drzeć gę­bę, że ma go tak nie lek­ce­wa­żyć. Ale im wię­cej mi­ja cza­su od ostat­nie­go pa­le­nia, tym ła­twiej nad so­bą za­pa­no­wać i uzmy­sła­wia so­bie, że ta­kie za­cho­wa­nie jest nie­do­pusz­czal­ne.

Nie­na­tu­ral­ne.

Do­cie­ra do nie­go głos roz­sąd­ku i zdol­ność prze­ja­wia­nia em­pa­tii.

Wiesz, dla­cze­go ona ta­ka jest.

Wnik­nię­cie w za­cho­wa­nie cór­ki po­ma­ga, wzbu­rze­nie nie bie­rze gó­ry. Ad­rian od­dy­cha głę­bo­ko i idzie do kuch­ni przy­go­to­wać je­dze­nie. Wy­zna­cza so­bie ko­lej­ny cel.

Już ni­g­dy nie bę­dzie mu­sia­ła za­my­kać się przede mną w ła­zien­ce.

***

Sie­dzi przy sto­le w kuch­ni. Nie ru­sza się. Wzrok ma sku­pio­ny na chle­ba­ku, a ra­czej gdzieś po­za nim. W do­mu jest ci­cho, sły­chać tyl­ko ty­ka­nie ze­ga­ra nad drzwia­mi do po­ko­ju dziad­ka.

Ilo­na pew­nie się uczy al­bo czy­ta, nie sły­chać mu­zy­ki ani te­le­wi­zo­ra. Ta ci­sza nie sprzy­ja od­wra­ca­niu uwa­gi od na­ło­gu, w ci­szy na­ra­sta nie­po­kój, ale tym ra­zem jest in­ny, moż­na go ana­li­zo­wać.

Czu­je się dziw­nie, jak­by był sko­ru­pą, w któ­rej jest świa­do­mość, w ze­wnętrz­nej po­wło­ce. We­wnątrz sza­le­je hu­ra­gan i ro­bi baj­zel. Nie mo­że te­go po­wstrzy­mać, ale mo­że trzy­mać w środ­ku i ob­ser­wo­wać.

Dziw­na spra­wa.

Ser­ce wa­li, a resz­ta po­dro­bów trzę­sie się, jak­by by­ły z ga­la­re­ty. Za­my­ka oczy, za­ci­ska pię­ści. Ze­gar ty­ka co­raz gło­śniej.

Rusz du­pę, nie siedź tak.

Chce wstać, ale sły­szy skrzy­pie­nie de­sek na gó­rze i sku­pia się na tym.

Sta­ry wa­riat, co on tam ro­bi?

Już daw­no nie spraw­dzał, czy dzia­dek wciąż blo­ku­je kla­pę. Mógł prze­cież stra­cić czuj­ność.

Wpa­da na po­mysł.

Jak nie tam, to gdzie in­dziej.

Idzie do po­ko­ju dziad­ka, pod­cho­dzi do kre­den­su i wy­su­wa jed­ną z szu­flad. Ni­g­dy wcze­śniej nie grze­bał dziad­ko­wi w rze­czach, ale te­raz wo­li zro­bić to i do­wie­dzieć się cze­goś, niż wpaść w szał bez po­wo­du.

W tej szu­fla­dzie znaj­du­je ni­ci, przy­bo­ry do szy­cia i ka­wał­ki ma­te­ria­łów. To jesz­cze po bab­ci. Od­su­wa dru­gą szu­fla­dę, tu­taj są ja­kieś ko­per­ty i do­ku­men­ty. Prze­bie­ra w po­żół­kłych pa­pie­rach i wy­bie­ra jed­ną ko­per­tę, bar­dzo sta­rą, nic na niej nie ma.

Wy­su­wa z niej kart­kę tak sta­rą, że wy­glą­da jak za­nu­rzo­na w her­ba­cie. To dam­skie pi­smo.

List. Bab­ci do dziad­ka?

Czy­ta:

Ko­cha­ny mój!

Zmie­ni­łeś się nie do po­zna­nia. Kim ty je­steś te­raz, nie wiem. Kie­dyś by­łeś uczyn­ny w do­mu, ro­bot­ny, wszyst­ko opo­rzą­dzo­ne jak trza. Świ­niom i ku­rom da­ne, mo­głam się za­jąć do­mem i obia­dem, jak po­win­nam. Ni­czym się nie mar­twi­łam. By­ło tak, jak być po­win­no. I w łóż­ku by­ło jak Pan Bóg przy­ka­zał. Te­raz wszyst­ko je nie tak. Co Cię tak na­szło na ten strych? Coś tam mu­si Cię tak cią­gnąć, że wszyst­ko je nie­waż­ne, ca­łe obej­ście zo­sta­wio­ne na pa­stwę lo­su i tyl­ko mnie do ro­bo­ty. Ja je­stem nie­waż­na. Lu­dzie ga­da­jo, że bez ki­ja do Cie­bie nie pod­chodź. Wiem, że Cię oskar­ża­li o róż­ne świń­stwa, ja wiem, że to nie­praw­da, wiem ja­ki je­steś. Za­wsze by­łeś szorst­ki dla są­sia­dów, ale te­raz nie do ży­cia. Nie chcę Ci się wy­dzie­rać nad gło­wą. Siedź so­bie na tym stry­chu, ale nie za­nie­dbuj waż­nych rze­czy, bo bę­dzie bie­da. Wróć do mnie, ko­cha­ny mój, bo bied­na je­stem i stru­dzo­na tym wszyst­kim, a naj­bar­dziej tym, że Cie­bie brak.

Żo­na Le­oka­dia

Cho­wa list z po­wro­tem do szu­fla­dy.

To mu­sia­ło być przed mo­im uro­dze­niem, mo­że na­wet przed ma­my.

Pa­mię­ta, że bab­cia nie mó­wi­ła do dziad­ka, tyl­ko się wy­dzie­ra­ła. Ca­ły czas mia­ła pre­ten­sje o strych. Wi­dać, nie za­wsze tak by­ło. Wcze­śniej ukła­da­ło się mię­dzy ni­mi do­brze. Py­ta­nie, co ro­bił na stry­chu, że wszyst­ko za­nie­dby­wał? Co te­raz ro­bi?

Ad­rian idzie do kuch­ni, pod­cho­dzi do okna i pa­trzy na ogród.

Ma­ma wspo­mi­na­ła, że dzia­dek z bab­cią ho­do­wa­li świ­nie.

Ku­ry jesz­cze pa­mię­ta, ale świń już nie. Nie ma śla­du ani po chle­wie, ani po kur­ni­ku. Wie, gdzie kie­dyś sta­ły.

Do­bra, nie ma co.

Czas spraw­dzić, czy dzia­dek wciąż blo­ku­je kla­pę.

Wy­ką­pię się.

Sprzą­ta po je­dze­niu i idzie za­pu­kać do po­ko­ju Ilo­ny.

– Chcesz iść do ła­zien­ki? Idę po­le­żeć w wan­nie.

– Zro­bię tyl­ko si­ku.

Ilo­na wy­cho­dzi z po­ko­ju.

– Ko­cha­nie, chcę że­byś wie­dzia­ła, że od dzi­siaj bę­dzie ina­czej, bę­dzie le­piej.

– Czas naj­wyż­szy.

Czo­ło Ad­ria­na po­chmur­nie­je, ale dziew­czy­na już te­go nie wi­dzi.

Jest smut­na, zmę­czo­na to­bą, zro­zum to.

Ro­zu­mie. Czas naj­wyż­szy.

Ilo­na za­cho­wu­je się w ła­zien­ce gło­śno, to do­brze. Je­śli dzia­dek zwró­cił uwa­gę, że ktoś tam jest, roz­luź­ni się, kie­dy za­pad­nie ci­sza.

Ad­rian cze­ka pod drzwia­mi i my­śli o tym prze­klę­tym stry­chu. Sam nie wie, dla­cze­go. Był pe­wien, że już go to nie ru­sza.

Tro­chę za dłu­go jak na si­ku.

Sły­szy gwizd czaj­ni­ka ze środ­ka. Nie ro­zu­mie, jak moż­na so­bie usta­wić w ko­mór­ce ta­ki dzwo­nek i sy­gnał wia­do­mo­ści jed­no­cze­śnie. Chy­ba tyl­ko po to, że­by wku­rzać in­nych.

To po­trwa.

Od­cho­dzi od drzwi.

Skra­da się do ła­zien­ki. Nie za­pa­la świa­tła, że­by nie prze­świ­ty­wa­ło w szpa­rach kla­py od stry­chu, cho­ciaż ta wy­da­je się her­me­tycz­na. Drew­nia­ne, gru­be scho­dy nie skrzy­pią, są so­lid­ne, zro­bio­ne z li­te­go drew­na.

Zdej­mu­je kap­cie i stą­pa ostroż­nie, uda­je mu się nie wy­dać naj­mniej­sze­go dźwię­ku. Sia­da na gór­nych stop­niach. Jesz­cze nie do­tknął kla­py, a już ma dziw­ne, przy­tła­cza­ją­ce wra­że­nie, jak­by sie­dział w ja­kiejś ja­ski­ni i nad so­bą miał mo­no­lit wa­żą­cy set­ki ton. Pró­bu­je unieść kla­pę. Ani drgnie, na­wet nie za­trzesz­czy. Na­ci­ska trzy ra­zy, wy­si­la­jąc się co­raz bar­dziej, ale bez re­zul­ta­tu. Jak­by na­praw­dę na­pie­rał na ma­syw skal­ny.

Czym on ją blo­ku­je?

Nie mo­że zaj­rzeć, więc na­słu­chu­je. Ci­sza, nic, żad­ne­go dźwię­ku. Ale kie­dy chce już dać so­bie spo­kój, sły­szy ze środ­ka sło­wa, za ci­che, że­by je zro­zu­mieć.

Ga­da do sie­bie.

W koń­cu głos cich­nie, a za­miast nie­go sły­szy skrzy­pie­nie de­sek.

Idzie!

Nie chce zo­stać przy­ła­pa­ny. Scho­dzi szyb­ko i ucie­ka z ła­zien­ki, nie do­my­ka drzwi. Nie sły­szy, jak kla­pa się uno­si, za to do­brze i wy­raź­nie sły­szy dziad­ka.

– Won mie stąd, w mor­de ko­pa­ne! Wścib­ska gów­nia­rze­ria!

Ad­rian stoi na środ­ku swo­je­go po­ko­ju i śmie­je się, za­sła­nia­jąc usta jak dzie­ciak.

– Co się sta­ło? – py­ta Ilo­na przez uchy­lo­ne drzwi.

– Nic, chcia­łem po­dej­rzeć dziad­ka.

Dziew­czy­na uśmie­cha się i wy­co­fu­je do po­ko­ju.

Co mi bę­dzie sta­ry dziad się wy­dzie­rał, je­stem u sie­bie.

Tak na­praw­dę to dzia­dek jest u sie­bie. Wła­sno­ręcz­nie zbu­do­wał dom po­nad sześć­dzie­siąt lat te­mu, wcze­śniej na miej­scu te­go stał drew­nia­ny bu­dy­nek i w nim miesz­kał z bab­cią. Zo­sta­nie tu do śmier­ci, któ­ra chy­ba o nim za­po­mnia­ła.

Skąd on wie­dział, że tam je­stem? Nie mógł mnie sły­szeć.

Ma­cha rę­ką. Czas po­le­żeć w wan­nie. Ro­bi so­bie ka­wę, mo­że bę­dzie sma­ko­wać le­piej niż ra­no. Bie­rze książ­kę, świe­że ga­cie z szu­fla­dy i idzie do ła­zien­ki. Sta­wia ku­bek z ka­wą na de­sce se­de­so­wej, obok kła­dzie książ­kę i szy­ku­je ką­piel. Roz­bie­ra się i wy­szcze­rza zę­by do lu­stra, spraw­dza, czy mo­że już tro­chę zbie­la­ły.

Ga­ły są mniej krwa­we.

W lu­strze za­uwa­ża gło­wę dziad­ka wy­zie­ra­ją­cą z gó­ry.

– Dzia­dek, kur­de! – wo­ła.

Pra­wie do­stał za­wa­łu. Sta­rzec wy­szcze­rza sztucz­ne zę­by w her­ba­cia­nym ko­lo­rze, ciem­niej­sze niż list od bab­ci. Za­czy­na war­czeć. Nie wy­glą­da to za­baw­nie, jak po­win­no u zbzi­ko­wa­ne­go sta­rusz­ka, ale dziw­nie, jak­by był zu­peł­nie sza­lo­ny, aż prze­cho­dzą ciar­ki.

– Dzia­dek, prze­stań się wy­dur­niać, nie wi­dzisz, że je­stem na go­la­sa?

Sta­rzec prze­sta­je war­czeć i wy­szcze­rzać pro­te­zę. Ale wciąż pa­trzy na­brzmia­ły­mi od krwi ocza­mi, jak głod­ne dzi­kie zwie­rzę na ofia­rę.

Mo­że do­stać od te­go wy­le­wu.

Nie ży­czy dziad­ko­wi śmier­ci, ale cza­sa­mi za­sta­na­wia się, kie­dy w koń­cu kip­nie.

– Z mo­jej ła­ski tu je­steś, głup­cze – war­czy dzia­dek.

– Scho­waj się, bo ca­ła krew ci spły­nę­ła do gło­wy.

Ile on mu­si mieć si­ły.

Więk­szość cię­ża­ru cia­ła utrzy­mu­je na ra­mio­nach.

– Grrr… – war­czy dzia­dek i wy­co­fu­je gło­wę w ciem­ność.

Kla­pa opa­da bez­sze­lest­nie.

Mo­że te­raz wbiec?

Ale sta­ru­szek na pew­no za­blo­ko­wał kla­pę, jak tyl­ko do­tknę­ła drew­nia­nej ra­my.

Nie da się na­wet pod­rzu­cić ka­mer­ki.

Wcho­dzi do wan­ny i my­śli, kim dzia­dek był w mło­do­ści, czym się zaj­mo­wał. Nikt o tym nie mó­wił. Pa­mię­ta, że kie­dyś py­tał ma­mę i bab­cię, ale zby­ły go, jak­by nie wol­no by­ło o tym ga­dać. Sam dzia­dek ni­g­dy nie rwał się do roz­mo­wy i Ad­rian ja­koś nie wy­obra­żał so­bie, że mógł­by go py­tać. Je­dy­ne zdję­cie z mło­do­ści dziad­ka, ja­kie wi­dział, to to z bu­tel­ką wód­ki pod skle­pem, w to­wa­rzy­stwie kil­ku męż­czyzn.

Mo­że jesz­cze coś znaj­dę w szu­fla­dzie.

Za­krę­ca wo­dę i czu­je za­pach ziel­ska.

Prze­stań o tym my­śleć!

Gło­wa pierw­szy raz tak dłu­go two­rzy złu­dze­nie za­pa­chu. Za­zwy­czaj prze­sta­je go czuć po se­kun­dzie, dwóch. Te­raz trwa to dłu­żej.