Strona główna » Sensacja, thriller, horror » Wybór Zygmunta

Wybór Zygmunta

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-8110-453-1

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Wybór Zygmunta

Rzym, 1903: spokój przyjemnej, letniej nocy zakłócony zostaje przez zbrodnię popełnioną w zdawałoby się najbezpieczniejszym z możliwych miejsc, na terenie Watykanu. Znaleziono tam zwłoki jednego z gwardzistów oraz pokojówki. Wiekowy papież ma związane ręce: oficjalne śledztwo wywołałoby skandal, wystawiając na szwank wiarygodność Kościoła. Ojciec wiekuisty zajmie się ukaraniem winnego. Ale Leon XIII chce za wszelką cenę zapobiec sytuacji, w której po jego śmierci, na tronie Piotrowym mogłaby zasiąść osoba zamieszana w tę zbrodnię. I tak, aby dyskretnie rozwiązać zagadkę, Leon XIII postanawia zwrócić się do wiedeńskiego lekarza Zygmunta Freuda, o którym mówi się, że stworzył teorię będącą w stanie zrewolucjonizować sposoby badania ludzkiego umysłu. Ojciec Święty wyznacza Freudowi do pomocy kleryka, w którym pokłada pewne nadzieje – to młody Giuseppe Angelo Roncalli, otoczony już wtedy aureolą świętości. Spod pióra jednego z najpopularniejszych autorów powieści historycznych wychodzi kolejna, napisana żywym językiem, wciągająca opowieść o pierwszym śledztwie doktora Zygmunta Freuda.

Polecane książki

Co to znaczy – kochać ojczyznę? Ukraińska porucznik i lotnik nawigator po szkoleniu dla komandosów spędziła niemal 200 dni jako rosyjski więzień. Stanęła przed sądem oskarżona o zabójstwo w procesie, o którym mówił cały świat. I choć przebywała za kratami, przyc...
Milioner Leo Zikos ma wkrótce poślubić swoją idealną narzeczoną, o odpowiedniej pozycji społecznej i majątku. Jednak to nie ona, lecz piękna nieznajoma, Grace Donovan, którą spotyka na wakacjach nad morzem, rozpala jego zmysły. Zaprasza ją na swój jacht. Zafascynowany Grace,...
Młoda dziennikarka ma przeprowadzić wywiady z dwoma trzydziestoletnimi milionerami w Nowym Jorku i Los Angeles, i dowiedzieć się, dlaczego są wciąż singlami. Obaj bardzo strzegą swojej prywatności. Dziewczyna musi zastosować różne chwyty, by zdobyć wymarzony wywiad. Nie przeczuwa jednak, jak bolesne...
Autorka bestsellera "Ja chyba zwariuję!" powraca z  równie zwariowaną i zaskakującą komedią pełną rodzinnych nieporozumień!   Eliza przygotowuje się do ślubu, a całej rodzinie udziela się podniosła atmosfera. Lecz niespodziewanie w życiu dziewczyny pojawi się niepokorny Szczepan, który grzecznej i u...
Dwudziestoośmioletni niezwykle przystojny Matt Sky ma olbrzymi spadek i cztery bestsellery, napisane pod pseudonimem M. Pierce. Związek z piękną Hannah, w którym oboje się zatracają, wypełnia ich życie. Ale jego życie to plątanina fałszywych tropów, pozorów i zatartych śladów. Przeszłość to tragedie...
Anna i Joanna nigdy się nie widziały, żyjąc w dwóch różnych miastach. Jednak w niejasny sposób wyczuwają swoją obecność, wiedzą o sobie. Przesyłają sobie myśli, znają wzajemne stany emocjonalne.   Kobiety tęsknią za sobą, ich życia upodabniają się do siebie, czasem funkcj...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Carlo A. Martigli

Tytuł oryginalu: La scelta di Sigmund

Copyright © 2016 Carlo A. Martigli

This edition published in agreement with Piergiorgio Nicolazzini Literary Agency (PNLA)

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Bogusława Wójcikowska

Korekta: Iwona Wyrwisz, Marta Chmarzyńska

ISBN: 978-83-8110-453-1

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Książka musi być jak siekiera,

która rozłupuje zamarznięte morze wewnątrz nas.

FRANZ KAFKA

Zygmunt Freud był wielkim miłośnikiem Rzymu i jego historii. Latem 1903 roku po raz drugi odwiedził to miasto. Nie była to tak naprawdę podróż dla przyjemności i nie miał zbyt wiele czasu na rozrywkę. Niemniej tych kilka tygodni pozostawiło głęboki ślad w świadomości psychiatry i przyczyniło się do rozwinięcia jego teorii, doprowadzając go do przekonania, że metody naukowe nie zawsze bywają skuteczne w procesie poznawczym. Kiedy zaistniałe zdarzenia zmusiły go do dokonania wyboru, miotał się między tym, co dyktował mu rozum, a tym, co mówiło serce, i w końcu pozwolił, aby zwyciężyły uczucia. Ale nigdy się do tego nie przyznał.

1

RZYM, PIĄTEK, 5 CZERWCA 1903 R.

Dziewczyna zatrzymała się na podeście schodów między pierwszym a drugim piętrem i przymknęła na chwilę oczy. Stare marmurowe stopnie zapewniały jej bosym stopom przyjemny chłód i czystość. Podobnie jak lniana sukienka, uszyta przez matkę ze starych kawałków materiału ze ślubnej wyprawy, której nigdy nie używała. Kiedy pokonywała krótki odcinek drogi z via del Falco do Pałacu Apostolskiego, lekki zachodni wietrzyk, łagodzący pierwsze czerwcowe upały, wkradał się złośliwie w jej nowe majtki, uszyte zgodne z najnowszymi wymogami francuskiej mody. Zobaczyła je w magazynie noszącym tytuł „Frou Frou” – od dźwięku, jaki powoduje ocierający się o ciało jedwab – i zapragnęła je mieć, nie zważając na cenę, chociaż kosztowały aż dwanaście lirów. Tej nocy jednak, wyjąwszy jakiś nadzwyczajny przypadek, nie miała zamiaru ich zdejmować. Nie tym razem.

Rozważała nawet, czy nie zrezygnować z wysiłków, jakich wymagało likwidowanie zapachu ryb, którym przesiąkła, by wydać się mniej pociągającą, ale w końcu, uginając się pod naciskiem matczynych próśb, zanurzyła się w balii. Matka wyszorowała ją energicznie, a następnie spryskała delikatnie lawendą. Wychodząc, ciągle miała w uszach jej uwagi, że możliwość korzystania z opieki tak wpływowego człowieka, który być może pewnego dnia zatroszczy się o znalezienie dla niej odpowiedniego męża, to prawdziwy dar niebios.

Wyjrzała przez okno – Rzym sprawiał wrażenie opustoszałego i tylko przebłyskujące gdzieniegdzie słabe światła dowodziły, że jednak żyje. Miasto spało, nieświadome, że wewnątrz świętych murów, w samym sercu grodu, diabeł z radością knuje swe bezeceństwa. Tupnęła nogą. Matka nie mogła, a raczej nie chciała zrozumieć, jak wysoką cenę przyszło jej płacić za korzyści, które czerpała z tej znajomości cała rodzina, od sprzedaży wszystkich złowionych ryb poczynając, a na nieoprocentowanych i nigdy niezwracanych pożyczkach kończąc.

Pomijając pierwsze spotkania, kiedy – onieśmieloną zainteresowaniem kardynała – bawiło ją nawet wykorzystywanie kobiecej władzy nad mężczyzną, teraz ta gra była już tylko męcząca. O nie, tej nocy nie wystarczy lizanie na kolanach jej stóp, aby skłonić ją do zdjęcia majtek. Nie wystarczą też banalne obietnice lub groźby, bo wcale nie jest taka głupia, za jaką ją uważa. Może przekonałby ją do tego jakiś klejnot, ale nie zwykły pierścionek, jaki jej kiedyś podarował, tylko coś naprawdę pięknego – ciężar złota, szmaragdy i rubiny, na przykład ten krucyfiks, który nosił na szyi i całował za każdym razem, kiedy go zdejmował i kładł na poduszkę, chowając w niej twarz Chrystusa.

Poprawiła piersi pod sukienką, pokonując kolejne stopnie. Jeszcze wyżej, na ostatnim piętrze, odpoczywał ten sympatyczny człowieczek zwany papieżem. Miał na imię Leon i pewnego razu podał jej do ucałowania dłoń w rękawiczce, a potem nawet pogłaskał ją po głowie. Wyglądał jak stary dziadek, lekki jak piórko i dobry jak chleb dopiero co wyjęty z pieca. Ale gdyby wiedział, co wyprawiają na dole jego wnuki, jak ich pieszczotliwie nazywał, nie poprzestałby na uderzeniu w policzek, ale porządnie natarłby im uszu i nie wystarczyłby jeden różaniec, żeby uzyskać jego przebaczenie.

Idąc przy samej ścianie, z chodakami w ręce, dotarła do niewielkich drzwi i zapukała cicho. Poczekała chwilę, po czym uderzyła w nie mocniej. Ogarnęło ją dziwne uczucie strachu, ale zaraz skarciła się w myślach za swą naiwność. Przecież znajdowała się w najbezpieczniejszym pałacu na świecie – wystarczyłoby, żeby głośno wymówiła imię swego opiekuna, a natychmiast pojawiliby się żołnierze gwardii szwajcarskiej, którzy zresztą już ją rozpoznawali i na jej widok udawali bardzo zaspanych. Próbując po raz trzeci, nacisnęła klamkę i drzwi się otworzyły. Światło księżyca, przenikając przez okna, malowało ściany pokoju niebieskawą poświatą. Położyła chodaki na sofie pokrytej czerwonym aksamitem i skierowała się do okna po lewej stronie, jak najdalej od wielkiego biurka, nad którym królowało antyczne malowidło podobne do obrazów widzianych przez nią pewnego razu na targu na Campo de’Fiori, kiedy sprzedawca po kryjomu pokazał jej swój asortyment.

Naga kobieta otoczona przez próbujących jej dotknąć mężczyzn. Obraz nosił tytuł Zuzanna i starcy, a kiedy złośliwie zażądała od kardynała wyjaśnień, odpowiedział jej, że scena odzwierciedla jedną z historii biblijnych, o szantażu pewnej młodej małżonki przez dwóch starców. Chcieli, aby kobieta im się oddała, w przeciwnym razie zamierzali oskarżyć ją o cudzołóstwo i ukarać śmiercią przez ukamienowanie. Ponieważ Zuzanna nie uległa namowom, obarczono ją winą i skazano na śmierć. Na szczęście młody prorok, Daniel, odkrył spisek i ocalił dziewczynę, oddając pod sąd dwóch starych lubieżników. Dwaj spryciarze – myślała o nich – i kto wie, czy ten Daniel naprawdę istniał. Tak czy inaczej, szczęśliwe zakończenia można spotkać jedynie w bajkach.

Chociaż jakiś czas wcześniej sama poznała kogoś podobnego do Daniela. Wszystko było na etapie wymownych spojrzeń, pojedynczych słów zamienianych w przelocie, kiedy mijał ją, dźwigając na plecach ćwiartki wołu. Był intrygujący, uśmiechnięty i złośliwy. Nazywał się Rocco. Dowiedziała się, że już o nią wypytywał w sąsiedztwie – interesował się, czy była zaręczona lub czy miała wielbicieli. Trzy dni wcześniej matka przepędziła go ze sklepu rybnego, a on odszedł z szyderczym grymasem na twarzy. Ona odpowiedziała zza lady na jego uśmiech, pochylając głowę i przyglądając mu się ukradkiem. Być może nie był odpowiednią partią, może powinna jeszcze poczekać, ale miała już szesnaście lat i perspektywa małżeństwa z młodzieńcem, który potrafił wprawić ją w dobry humor i będzie umiał posiąść z siłą młodego byczka, śmiała się do niej jak poranne słońce.

Zegar wybił drugą i dziewczyna zadrżała. Poczuła na plecach zimny podmuch i skrzyżowała ramiona. Salon sprawiał wrażenie opustoszałego, chociaż nie mogła się pomylić, na bileciku, który otrzymała jako zaproszenie, widniała data i godzina – druga w nocy piątego czerwca. Chyba że miał na myśli poprzednią noc, no tak, po północy był już przecież szósty. Gdyby okazało się to prawdą, to nawet i lepiej – wreszcie by zrozumiał, że ten romans musi się kiedyś skończyć. Jeszcze kilka chwil i sobie pójdzie, może zapuka do masarni, bo wie, że jej Daniel tam sypia i jeśli pozwoli jej wejść, to wszystko zakończy się jak najlepiej. W końcu matka jest przekonana, że spędza noc u kardynała, a nigdy nie wracała od niego przed siódmą.

Odetchnęła z ulgą i kierując się w stronę drzwi, mijała właśnie oparcie fotela, na którym jak twierdził kardynał, często siadywał papież.

– Gdzie idziesz, Rosa?

Stanowczy głos sprawił, że zadrżała, po czym zamarła w bezruchu. Nigdy wcześniej nie igrał z nią w ten sposób, a wcale jej się to nie spodobało.

– Wielebny, gdzie jesteś?

Głos drżał jej lekko, ale nie chciała pokazać, że się boi.

– Właśnie obok mnie przeszłaś. Chodź tu, Roso, nie bój się.

Okrążyła fotel i zobaczyła go siedzącego z lekkim uśmiechem na ustach.

– Ja się niczego nie boję – odpowiedziała, stając przed nim na szeroko rozstawionych nogach.

Kardynał podniósł dłoń i wykonał lekki ruch, oznaczający dezaprobatę dla wypowiedzianych właśnie niedorzeczności. Podobała mu się jej bezczelność, ale do chwili, gdy nie przekraczała dozwolonych granic.

– Dziś mam dla ciebie niespodziankę, moja droga, i myślę, że bardzo ci się spodoba.

Oczy Rosy spoczęły na drogocennym złotym krzyżu, który kardynał nosił na szyi, co nie umknęło jego uwadze.

– Ty mała szelmo, co ci chodzi po głowie? Myślisz, że mógłbym ci podarować ten święty krucyfiks? Dostałem go od samego papieża, a ty śmiesz przypuszczać… Ach, powinienem wymierzyć ci za to kilka klapsów.

Dziewczyna zaczerwieniła się i spuściła głowę, nie przestając go jednak obserwować. Może kardynałowie znajdują się tak blisko Boga, że potrafią czytać w myślach? A niech tam, nawet jeśli umieją, nie mam zamiaru zadowolić się jakimś drobiazgiem za kilka lirów.

– Nie – ciągnął kardynał. – Mam dla ciebie całkiem inną niespodziankę. Podejdź, Gustavie, pokaż się nam.

Czyjaś ręka odsunęła zasłonę i w półcieniu dostrzegła mężczyznę w stroju Adama, jakby został przeniesiony z jednego z licznych tu obrazów. Zakrywał przyrodzenie rękami i szedł, pochylając się nieco do przodu. Kiedy ich oczy się spotkały, pochylił głowę i się zatrzymał. Rosa, cofając się, dotarła do biurka, które tarasowało jej przejście. Biust dziewczyny wznosił się i opadał przy każdym oddechu, a ona w tym momencie pragnęła, by nie był tak obfity. Strach zyskał przewagę nad zaskoczeniem i wślizgnął się w nią jak wąż, owijając się wokół serca. Spojrzała na drzwi, przez które weszła do pokoju – to instynkt wskazał jej drogę ucieczki.

– Złap ją! – rozkazał kardynał.

Chwilę później poczuła, jak silne ramię osadza ją w miejscu, a dłoń mężczyzny zasłania usta, uniemożliwiając wezwanie pomocy. Prałat wstał, zbliżył się i uniósł jej podbródek.

– Oj, Roso, moja mała Roso, nie musisz się obawiać. Czy kiedykolwiek cię skrzywdziłem? Przecież zawsze byłem dobry dla ciebie i dla twojej rodziny. Zrozum, dzisiaj jestem zmęczony, bardzo zmęczony. Musiałem przyjąć na audiencji dyplomatów reprezentujących dwa państwa, a obaj mieli wykluczające się oczekiwania. Wyobrażasz sobie, jaka odpowiedzialność na mnie spoczywa? Nie – odsunął się z uśmiechem – ty nie możesz tego pojąć. Jesteś na to zbyt ograniczona. Ale powinnaś chociaż zrozumieć – wzruszył ramionami – że człowiek piastujący takie stanowisko jak moje ma prawo do odrobiny zapomnienia, które wyrwie go z tego padołu łez, pozwalając na chwilę radości. Ten młodzieniec, będący na moich usługach, dzisiejszej nocy dostarczy nam obojgu rozrywki. To tak jakbym, nie mogąc sam odprawić mszy, ograniczał się jedynie do biernego uczestnictwa. Pragnę więc, abyście ze sobą spółkowali jak dwoje kochanków albo jak dwa psy, zależnie od tego, co sprawi wam większą przyjemność. Zobacz, jaki on jest silny, założę się, że już nie możesz się doczekać, kiedy w ciebie wejdzie. A ja – zniżył głos do szeptu – będę się wam przyglądał z ojcowską wyrozumiałością. Mam nadzieję, że nie odmówisz mi tej małej przyjemności.

Dziewczyna spróbowała ugryźć dłoń zakrywającą jej usta, ale w rezultacie poczuła jedynie silniejszy, duszący ucisk. Jednocześnie zauważyła, że trzymający ją mężczyzna drżał mocniej niż ona. Usiłowała odwrócić głowę w jego stronę i wzrokiem błagać o pomoc, ale młodzieniec stał ciągle z pochyloną głową i spuszczonymi oczami. Postanowiła więc wzruszyć ich łzami. Wtedy kardynał zbliżył się do niej ponownie, a ona poczuła w nozdrzach jego oddech, który sprawił, że zaczęło jej brakować powietrza, a uczucie to przeraziło ją bardziej niż wszystko inne.

– Jeśli obiecasz, że nie będziesz krzyczała, powiem mu, żeby pozwolił ci normalnie oddychać.

Skinęła głową na znak zgody i mężczyzna zdjął dłoń z jej ust.

– Błagam cię, wielebny, pozwól mi odejść, mama na mnie czeka.

– Eminencjo, moja córko, eminencjo. Wielebny to może być biskup. Czy nie widzisz, jaką barwę mają moje szaty? Nie są czerwone, jak biskupa, lecz pąsowe. Śmieszna nazwa dla koloru, nieprawdaż?

– Tak, eminencjo, ale błagam…

– Nie, to niemożliwe, że jesteś aż tak głupia! Nie można wznosić błagań do kardynała, tylko do Boga, i to od niego otrzymujemy łaski za wstawiennictwem Najświętszej Maryi Panny. Ale ty przecież już dawno nie jesteś dziewicą, prawda? No więc zabieraj się do roboty, bo zaczynam się denerwować.

Rosa zrozumiała, że nie ma sensu krzyczeć, bo grozi jej zakneblowanie i gwałt. Ale nie miała zamiaru poddać się bez walki. Nie chciała dać temu bydlakowi takiej satysfakcji. Z wysiłkiem przyjęła uległą postawę i czekała w gotowości. Gdy tylko młody gwardzista zwolnił nieco uścisk, delikatnie osuwając ramiączko jej sukni, wymierzyła mu łokciem cios w żołądek i rzuciła się do ucieczki.

Imię Gustav niczym ryk lwa wyrwało się z ust kardynała i Rosa, będąc już przy drzwiach, usłyszała za sobą kroki młodzieńca. Zgubiły ją sekundy potrzebne do ich otwarcia i z impetem oboje wylądowali na podłodze w korytarzu. Gwardzista w jednej chwili wykręcił jej ramię, zmuszając do posłuszeństwa. Mając twarz wgniecioną w posadzkę, zobaczyła zbliżające się błyszczące buty kardynała, które zatrzymały się zaledwie kilka centymetrów od jej nosa. Poczuła woń tłuszczu z foki i zrobiło jej się niedobrze.

– Liż – rozkazał prałat – liż i proś o przebaczenie.

Rosa splunęła na buty i wybuchła płaczem, przepełnionym złością i strachem. Chwilę później kopniak wymierzony w brzuch sprawił, że poczuła ból, jakiego jeszcze nigdy w życiu nie doświadczyła. Był tak przenikliwy, że mózg odmówił współpracy i zaczęła tracić przytomność.

– Eminencjo, nie tak mocno, na litość boską. Jeszcze ją ekscelencja zabije.

– Cicho bądź, idioto, bo odeślę cię z powrotem do dojenia krów.

– Ale z nią jest coś nie tak, może lepiej zaniosę ją do lekarza.

– Ani mi się waż. Zabierz ją do pokoju i rób, co każę. Jestem pewien, że teraz już nie będzie stawiać oporu.

– Jest w fatalnym stanie, ledwo oddycha, jeszcze się udusi.

– Nikt nie zna dnia ani godziny – oznajmił z uśmiechem kardynał. – Przypomnij sobie Marię Goretti, zamordowaną w zeszłym roku przez tego wariata, który chciał ją zgwałcić. Wcześniej czy później zrobimy z niej świętą, być może Rosa też ma taką szansę. A teraz dość tego, rób, co mówię, albo wezwę straże i powiem, że kiedy nakryłem was na cudzołóstwie, ty mnie zaatakowałeś.

Gustav spojrzał na niego wzrokiem pozbawionym emocji. Zrozumiał, że znalazł się w ślepym zaułku, Sackgasse. Kiedy niedźwiedź wybierze sobie ofiarę ze stada, nie ma sensu mu się sprzeciwiać – mawiała jego matka. Trzeba zostawić go w spokoju i zapewnić bezpieczeństwo pozostałym. Ale kiedy to sam właściciel trzody szczuje psy na swoje owce, to znaczy, że oszalał i wcześniej czy później zabije nawet najwierniejsze zwierzę. Wziął na ręce dziewczynę, która zdawała się nie oddychać, i skierował się w stronę gabinetu. Znalazłszy się w środku, zamiast wypełnić rozkaz, ruszył biegiem w stronę okna. Rozbił szybę i rzucił się w dół, prosząc swoją matkę o przebaczenie.

Dźwięk rozbijanego szkła rozdrażnił kardynała, który chwilę później wyjrzał ostrożnie przez okno, aby przekonać się, czy to na pewno już koniec. Pod dwoma ciałami widniała ciemna plama, po uderzeniu o bruk z tej wysokości nie mieli wielkich szans na przeżycie. A nawet gdyby im się jakimś cudem udało, to on z pewnością by im tego nie wybaczył.

2

WIEDEŃ, DWADZIEŚCIA DNI PÓŹNIEJ

W swoim gabinecie na półpiętrze, przy ulicy Berggasse 19, Zygmunt Freud obracał w palcach świeżo otrzymany list, który przyszedł wraz z kilkoma uporczywymi ponagleniami do zapłaty. Kiedy zobaczył na kopercie klucze Świętego Piotra, uśmiechnął się na myśl o swoich braciach z wiedeńskiego koła B’nai B’rith. Tylko złośliwy umysł żydowskiego masona mógł wpaść na pomysł takiego żartu. Tymczasem wszystko było wysoce wiarygodne, a najbardziej przekonujący był dołączony czek na trzysta włoskich lirów na pokrycie wydatków związanych z podróżą do Rzymu.

Niesamowite zdawało się to, że list z zaproszeniem został przygotowany i podpisany własnoręcznie przez papieża Leona XIII. Pismo było drobne i niezbyt równe z uwagi na zaawansowany wiek autora, niemniej odstępy między wyrazami wskazywały na silny charakter i determinację wojownika. Jednocześnie to, że zwracał się do niego sam papież, było mimo wszystko możliwe, chociaż nieco nieprawdopodobne. Głoszone tezy naukowe przyniosły mu w równej mierze krytykę i podziw, bardzo często z najbardziej nieoczekiwanej strony, a jego sława przekroczyła już Alpy, szerząc się na północ i na południe. Kusiło go, aby zadzwonić do Rzymu i prosić o potwierdzenie, ale biorąc pod uwagę prośbę papieża o zachowanie tajemnicy, zdecydował się w końcu na telegram.

– Wychodzę, Minno – zwrócił się do szwagierki, będącej nie tylko jego sekretarką. – Ale nie wrócę zbyt późno.

Zostawił w popielniczce tlące się jeszcze cygaro, aby po powrocie z poczty móc cieszyć się tym słodkawym, ostrym aromatem, który włoski tytoń wydziela, aż się całkowicie nie wypali. A chcąc należycie uczcić niecodzienną wiadomość, pozwolił sobie na kosztowne Don Pedro, spoczywające w cedrowym pudełku, które znalazł na regale między Fenomenologią ducha Hegla a Krytyką praktycznego rozumu Kanta. Po prostu rarytas.

W czerwcu zapach lip i świergot jaskółek czyniły wiedeńskie niebo jednym z najpiękniejszych w Europie. I było ono z pewnością jego ulubionym. Zerwał kwiatek z gałązki, podziwiając jego aksamitną powierzchnię. Potem zbliżył go do nosa i powąchał, wciągając głęboko powietrze i przymykając oczy. Określiłby ten zapach mianem intensywnego i lekkiego zarazem – przypominał mu olej kokosowy – ale prawie w tej samej chwili rozpoznał niewątpliwą woń spermy. Powietrze było nią przesycone i być może dlatego mężczyźni i kobiety wydawali się pełni wigoru, poruszali się żwawo, wymieniali szybkie pozdrowienia i uśmiechy, jakby wszyscy spieszyli do domów, aby zaspokoić wreszcie podstawowy instynkt.

Nie istnieje na świecie silniejszy popęd niż libido – był już co do tego nie tylko całkowicie przekonany, ale praktycznie uczynił z tej teorii nową wiarę. Nie, poprawił się w myślach, nie wiarę, ale filozofię, która zajmowała go bardziej nawet niż badania kliniczne. Darwin stwierdził jasno, że dotyk i węch to zmysły, które najbardziej ucierpiały w procesie ewolucji, ponieważ były człowiekowi pierwotnemu niezbędne do udoskonalenia sprawności manualnych oraz unikania niebezpieczeństw. Współczesna cywilizacja ograniczyła konieczność ich używania. Wielka szkoda, zważywszy, że odczucia, które zapewniają te dwa zmysły, należą do sfery podświadomości i być może budzą najbardziej zwierzęcą część ludzkiej natury, tę najgłębiej skrywaną i dlatego najbardziej autentyczną.

– Życzy pan sobie nadać telegram? – zapytał urzędnik, wykonując skrupulatnie powierzone mu zadania, chociaż nie omieszkał przy tym zasłonić sobie nosa chusteczką, aby uniknąć obłoków cygarowego dymu.

Freud nie odpowiedział, gładząc brodę, nie miał bowiem pewności, co konkretnie ma napisać w telegramie. Ponaglany przez stojących za nim klientów, którzy nie przestawali znacząco pokasływać, uniósł lewą dłoń do melonika, po czym skierował się do wyjścia. Opuściwszy budynek, ruszył w kierunku Dunaju, zatrzymując się przy balustradzie, aby popatrzeć na statki i rozładunek towarów – słonych sardeli o przenikliwym zapachu, doskonałych na gardło, chociaż nie zalecano jedzenia ich na kolację bez przygotowania sobie na noc dużej szklanki wody.

Spojrzał w dal, w kierunku ogrodów rozciągających się na drugim brzegu rzeki. Jeżeli to naprawdę papież się do niego zwraca, łatwo będzie to potwierdzić, realizując w banku czek. Pieniądze nie kłamią. W tym przypadku telegram okazałby się zbędny, co więcej, stałby się dowodem na nadużycie zaufania, o którym wspominano w piśmie. Z tego samego powodu list nie wyjaśniał przyczyny zaproszenia – z pewnością chodzi o jakieś wymagające dyskrecji zlecenie zawodowe, którego nie musi wcale przyjąć, zanim go szczegółowo nie rozważy.

Jakkolwiek miałoby się to wszystko potoczyć, cudownie byłoby spędzić kilka dni w Rzymie. Pobyt przed dwoma laty był zbyt krótki i tak wypełniony spotkaniami, że nie zostało mu dość czasu na zachwycanie się cudami tego miasta…

Poczuł przyspieszone bicie serca: miasto zwane caput mundi zawsze wywoływało u niego zdenerwowanie graniczące wręcz z obsesją, działo się tak od czasów, kiedy zasiadał jeszcze w szkolnej ławie. W przeciwieństwie do innych uczniów odczuwał swego rodzaju uwielbienie dla semickiego bohatera Hannibala, z którym często się utożsamiał. Było to tak, jakby z jednej strony chciał posiąść na własność tysiącletnie tajemnice Rzymu, a z drugiej – pragnął zniszczenia miasta. I być może to samo odczuwał po otrzymaniu tego zaproszenia, miotały nim sprzeczne uczucia – ostrożność i entuzjazm.

Dodatkowo należało wziąć pod uwagę, że czas spędzony z dala od kłopotów rodzinnych mógł przynieść jedynie korzyści. Chociaż udało mu się otworzyć gabinet na półpiętrze, a jego żona, święta kobieta, próbowała utrzymać w ryzach sześcioro potomstwa, on sam często nie mógł zbyt długo bez nich wytrzymać, co kłóciło się z pracą naukową. I znowu dwa przeciwstawne popędy: pewnego dnia, uśmiechnął się, będzie musiał znaleźć kogoś z zewnątrz, kto odkryje mu najgłębsze zakamarki jego własnej psyche. Wtedy może zdoła zrozumieć, co tak naprawdę skłoniło go do nawiązania romansu ze szwagierką Minną.

– Doktorze Freud, to prawdziwy zaszczyt, że zechciał pan u nas zrealizować tak poważny czek.

Dyrektor Raiffeisen Banku wydał wyrok, potwierdzając ważność pieczęci Stolicy Apostolskiej na zacnym dokumencie. A potem nadal nie szczędził komplementów, aż w końcu stwierdził, że katedra uniwersytecka, którą doktor niedawno objął, jest jedynie marnym początkiem, zwykłym symbolem międzynarodowego uznania, które mu się bezwzględnie należy.

Freud wymamrotał słowa podziękowania, po czym zapalił nowe cygaro marki Trabucco, nie będąc w stanie zadowolić się niedopałkiem Don Pedra. Dyrektor zaczął kaszleć, a doktor oddalił się w pośpiechu, nie czekając, aż odpowie na jego pożegnanie.

Problemy, którym powinien stawić czoła przed wyjazdem, wydawały się teraz do pokonania. Postanowił powierzyć opiekę nad pacjentami kolegom Adlerowi i Federnowi, a także obiecać Marcie wspólne, rodzinne wakacje w Bad Reichenhall, gdzie wyjadą zaraz po jego powrocie z Rzymu. Kości zostały rzucone, zaspokoi swoją ciekawość, a jeśli los tak zechce, może nawet uda mu się wciągnąć papieża na listę swoich klientów, a już na pewno poprosi go o świadectwo potwierdzające zasługi, co zawsze może przydać się Żydowi w katolickim Wiedniu.

Rankiem dwudziestego siódmego czerwca Zygmunt Freud wyłączył budzik zaraz po pierwszym sygnale, aby nie obudzić żony. Nie lubił płaczliwych pożegnań, choć z drugiej strony przeświadczenie, że jego obecność jest tak ceniona, a w konsekwencji wyjazd bardzo przykry, sprawiało mu przyjemność. Nie wstając z łóżka, zanotował w zeszycie kluczowe elementy oraz szczegóły snu – od wielu już lat przyzwyczajenie to stanowiło nieodzowną część jego codziennych zajęć.

Minionej nocy śniła mu się sprzeczka z córką Matyldą: skarżyła się na brak urody, który nie pozwoli jej znaleźć męża. We śnie córka była o wiele ładniejsza niż w rzeczywistości, być może z powodu braku tego lekkiego prognatyzmu, nad którego pochodzeniem często się zastanawiał. Ani w jego rodzinie, ani wśród krewnych żony nie było dotąd takiego przypadku. Kiedy się jej przyglądał, gdy wylewała swe żale, nagle zdał sobie sprawę, że jej pragnie, a towarzyszący temu uczuciu niepokój i wstyd sprawiły, że się obudził.

W pociągu będzie miał czas na analizę snu. W tym momencie poczuł się szczęśliwy, że nie musi zwierzać się nikomu z sennego marzenia ani z nikim dzielić podróży. Obwinianie za wszystko ogromnej porcji gotowanej wołowiny z chrzanem oraz pysznego Kaiserschmarren, posypanego cukrem pudrem i oblanego sosem jagodowym, nie miało sensu. Marta uważała, że był najlepszym środkiem łagodzącym skutki notorycznego palenia, które wyczuwało się w jego oddechu, stąd też placek ten stał się z czasem tradycyjnym wypiekiem w ich domu. Nie, ten sen miał konkretne znaczenie, chociaż nieco zniekształcone przez dosłowność przekazu, zważywszy, że myśl o kazirodztwie nigdy nie postała w jego głowie. Mimo wszystko nie był pozbawiony podtekstu seksualnego i co za tym idzie, wyrażał, jak wszystkie marzenia senne, potrzebę zaspokojenia jakiegoś wypartego lub ukrytego pragnienia. Musiał jedynie odkryć, o jaką żądzę chodzi.

Umieścił walizkę w swoim małym fordzie landau, zaparkowanym na skrzyżowaniu z Porzellangasse, i spędził cały ranek między gabinetami swoich kolegów Adlera i Federna oraz bankiem i pocztą, skąd wysłał w końcu dwa telegramy. Jeden do hotelu Quirinale w Rzymie, a drugi do Watykanu, do rąk własnych Jego Świątobliwości Leona XIII, z krótką informacją o przyjeździe następnego dnia.

Pociąg ruszył punktualnieo czternastej ze stacji Westbahnhof, a o siedemnastej czterdzieści dwie następnego dnia, z dwuminutowym opóźnieniem w stosunku do rozkładu, Zygmunt Freud stanął na peronie dworca centralnego w Rzymie.

Przeszedł przez przestronny hol zwieńczony kopułą i znalazł się na wprost smukłego pomnika, na którego szczycie błyszczała w słońcu pięcioramienna gwiazda. Nie mógł sobie wymarzyć lepszego powitania: pentagram najwyższego architekta świata, boga całej ludzkości, jakby miasto papieża zmieniło się nagle w ogromną lożę masońską, obejmującą ramionami jednego ze swych niewierzących żydowskich braci.

Na wschodzie niebo pokrywały perłowe chmury świadczące o niedawnej ulewie, powietrze było świeże i czyste, pomimo dymiącej woni ekskrementów unoszącej się spod licznych powozów, które czekały na podróżnych. Wystawiając na próbę swoją znajomość włoskiego, polecił dorożkarzowi, żeby zawiózł go do pobliskiego hotelu Quirinale, a następnie uraczył go serią wrażeń na temat starożytnych ruin, uroku miasta oraz charakteru jego mieszkańców. Dorożkarz natychmiast wykorzystał tę wylewność, wożąc go przez dobre pół godziny po dzielnicy pełnej kościołów i zabytków i dopiero potem wysadził przed hotelem, naciągając zawczasu na hojny napiwek i wyłudzając jedno z ulubionych cygar doktora.

W holu od razu podszedł do niego młody ksiądz o czerwonej twarzy, z tonsurą otoczoną pasmem czarnych włosów.

– Mam przyjemność z doktorem Freudem, prawda?

Zaskoczony lekarz przyjrzał mu się ze zdziwieniem, zdjął kapelusz i znieruchomiał z cygarem w ustach.

– Tak, to ja – odpowiedział. – Zarezerwowałem tu pokój…

– Proszę się nie martwić, już wszystko załatwiłem z dyrektorem. Proszę za mną, samochód stoi na zewnątrz. Jego Świątobliwość czeka na pana. Przygotowaliśmy dla pana apartament w Watykanie, na pewno będzie tam panu wygodniej.

Usadowili się razem na tylnym siedzeniu samochodu, na którego silniku widniał znak firmowy Darracq. Markiza chroniąca ich przed słońcem zdawała się pasować raczej do jachtu, a kierowca przemierzał ostrożnie wąskie uliczki, trąbiąc na każdym rogu. Minęli Castel Sant’Angelo. Po pokonaniu kolejnego zakrętu auto zatrzymało się przed posterunkiem kontroli. Na widok papieskiej flagi włoscy policjanci natychmiast podnieśli szlaban.

– Jesteśmy prawie na miejscu – odezwał się duchowny. – Od tej chwili jest pan gościem Stolicy Apostolskiej.

Niedługo potem szereg kolumn, zaprojektowanych przez Berniniego, zacisnął się wokół nich jak szczypce i Freud odniósł nieprzyjemne wrażenie, że właśnie stał się więźniem.

3

Samochód skręcił gwałtownie w lewo i wjechał w boczną uliczkę, gdzie zatrzymał się przed wielką bramą, czujnie śledzony przez dwóch gwardzistów. Kiedy otwierali drzwi samochodu, Freud zauważył, że na ramieniu noszą czarne opaski.

– To brama poświęcona męczennikom Kościoła rzymskiego – odezwał się towarzyszący mu ksiądz. – Pierwszym z nich był Święty Stefan, ale do najznamienitszych zaliczyć można też biskupa Bonifacego, zwanego apostołem Niemiec – dodał z uśmiechem.

– Ja jestem Austriakiem, ojcze – odpowiedział Freud, patrząc przed siebie.

– A ja nie jestem ojcem – obruszył się chłopak. – Odbywam nowicjat, może mi pan mówić po prostu Angelo. Moje nazwisko brzmi Roncalli i mam ten zaszczyt, że ojciec święty darzy mnie zaufaniem. Jeśli chodzi o Bonifacego, to ma pan rację, proszę o wybaczenie. Ale czasami wszystko, co dzieje się poza tymi murami, wprawia mnie w konsternację.

Jechali dalej wzdłuż murów kaplic, a potem skręcili, okrążając tyły masywnej bazyliki Świętego Piotra. Freud trzymał się kurczowo podłokietników, ale kiedy popiół z cygara spadł mu na spodnie, strzepnął go szybkim ruchem, ryzykując przez chwilę upadek. Wydawało się, że kierowca umyślnie stara się go zmylić, krążąc w labiryncie krzewów, drzew, między fontannami i kaplicami, aż wreszcie znalazł się przy bocznych murach Pałacu Apostolskiego, w części, gdzie mieściły się muzea, a po przeciwnej stronie miejsca, w którym wjechali do Watykanu. Minęli kolejną bramę i skręcili w lewo, wjeżdżając do ogrodu, i wreszcie po pokonaniu ostatniego zakrętu znaleźli się przed Pałacem Apostolskim.

– Uwaga – powiedział Angelo Roncalli, zasłaniając prawą ręką klatkę piersiową doktora, na chwilę przed tym, zanim kierowca po wykonaniu kolejnego manewru zahamował z piskiem opon na żwirze.

– Jesteśmy na miejscu. Nasz zaufany Augusto wskaże panu apartament, który mam nadzieję, przypadnie panu do gustu. A ja tymczasem pójdę zawiadomić Jego Świątobliwość. – Obciągnął sutannę i biegnąc jak na skrzydłach, zniknął za drzwiami, które wydawały się wejściem głównym do budynku.

Augusto zachowywał się, jakby złożył śluby milczenia, ponieważ wziął walizkę i gestem poprosił doktora, aby udał się za nim ku bocznym drzwiom prowadzącym bezpośrednio na strome schody. Pokonali dwa biegi w absolutnej ciszy i weszli w korytarz zakończony po obu stronach ciężkimi drzwiami z ciemnego drewna. Augusto otworzył jedne z nich i gestem zaprosił Freuda do środka, a następnie zamknął je za sobą, zostawiając doktora samego.

Freud spojrzał na sufit, znajdujący się co najmniej pięć metrów nad nim, i zobaczył podtrzymujące go drewniane belki kontrastujące z białym tynkiem. Potem rozejrzał się wokół siebie – w przeciwieństwie do jednoosobowego pokoju, który zarezerwował w hotelu Quirinale, tutaj nie brakowało przestrzeni. Pokój był tak duży, że sprawiał wrażenie pustego, chociaż znajdowały się w nim małżeńskie łoże, sofa, dwa fotele, szafa oraz biurko i wygodne krzesło z podłokietnikami, stojące w rogu koło okna.

Położył walizkę na łóżku i otworzył okno. Mieszanina żywicznych zapachów z ogrodu wtargnęła do pokoju i żeby je złagodzić, sięgnął do kieszeni marynarki po ostatnie cygaro, małe i kosztowne liliputano, zapalając je niezwłocznie. Pomyślał, że następnego dnia musi zapytać Angela o jakiś dobrze zaopatrzony sklep tytoniowy w pobliżu.

Właśnie zamierzał zamknąć okno, kiedy stado szpaków usiadło na starej sośnie, zwabione mnóstwem różnych insektów oraz promieniami słońca. Ptaki to podrywały się stadnie do lotu, to znowu rozpierzchały się na różne strony, przybierając przy tym najrozmaitsze konfiguracje, ale cały czas zachowywały się tak, jakby stanowiły jeden organizm. Wydawało mu się to dziwne, choć podobnie zdarzało się w snach, w których pozornie niemające ze sobą nic wspólnego szczegóły stanowiły zawsze część tego samego obrazu, aczkolwiek czasami należało go dopiero odkryć. Tak właśnie było w przypadku jego kazirodczego snu: mimo długiej podróży pociągiem jeszcze nie udało mu się go w zadowalający sposób przeanalizować. A stado za oknem zdawało się umyślnie przypominać o tym zaniedbaniu.

Był zbyt zmęczony, aby podjąć wątek analizy, wziął więc gorący prysznic, doceniając jednocześnie obecność bidetu w przestronnej łazience. Ledwo zdążył ułożyć swoje dwie koszule w szufladzie szafy, kiedy usłyszał pukanie. Angelo Roncalli pozdrowił go radośnie.

– Mam nadzieję, że podoba się panu pokój, doktorze. Jego Świątobliwości bardzo na tym zależy.

– Proszę mu serdecznie podziękować w moim imieniu, tak, jest tu bardzo wygodnie. Mimo to chciałbym zapytać ojca świętego…

– Będzie pan mógł uczynić to osobiście. Mam przyjemność zaprosić pana na kolację, o ile nie jest pan zbyt zmęczony. Przyjdę po pana za pół godziny.

Jakiś czas później, idąc za klerykiem, Freud zauważył, że tonsura nie pasuje do kształtu jego głowy. Prawdopodobnie komponowałaby się dobrze z okrągłą czaszką, natomiast na kwadratowej sprawiała wrażenie, jakby ukrywała postępującą łysinę. Ten młody człowiek o wydatnych wargach i różowej skórze upstrzonej purpurowymi plamkami odpowiadał, jeśli zastosować klasyfikację Cesarego Lombrosa, typowi o silnej zmysłowości, ze skłonnościami do zachowań przestępczych o podłożu seksualnym. Freud natomiast byłby gotów się założyć, że po analizie snów wyszłaby na jaw jego przeciętna i łagodna osobowość, na co wskazywała wyprostowana postawa, pozbawiona jednak pychy. Ale z całą pewnością nie został wezwany, czy raczej zaproszony, do Watykanu, aby poddawać psychoanalizie Angela Roncallego.

Znowu ogarnęła go niepohamowana ciekawość, chciał jak najszybciej poznać prawdziwy powód tego bardzo powściągliwie sformułowanego zaproszenia. Od samego początku najbardziej prawdopodobną hipotezą wydawała się ta związana z propozycją objęcia katedry czy przynajmniej poprowadzenia kursu monograficznego na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim, którego renoma ostatnio bardzo się podniosła. Byłoby mu to nawet na rękę, szczególnie biorąc pod uwagę to, że katedra, którą w ubiegłym roku otrzymał na uniwersytecie w Wiedniu, nie przynosiła żadnych dochodów. To przypuszczenie przywodziło jednak na myśl przeszkodę pozornie nie do pokonania, a mianowicie jego żydowskie pochodzenie, o którym papież z pewnością wiedział. Niemniej w tym okresie toczyły się w Watykanie walki pomiędzy frakcją proniemiecką a profrancuską i to one mogły mieć wpływ na wybór austriackiego lekarza, mimo jego niedoskonałości rasowej, celem zachowania równowagi – jak by to rzec – politycznej. Niebawem miał się o tym przekonać.

Angelo Roncalli prowadził go szerokimi schodami i w końcu zatrzymał się przed masywnymi drzwiami, ozdobionymi scenami pochodzącymi ze Starego Testamentu. Splatając dłonie, odwrócił się do gościa.

– Jesteśmy na miejscu. Bardzo przepraszam, ale mam do pana ogromną prośbę. Ojciec święty jest słabego zdrowia, nie powinno się palić w jego obecności.

Freud westchnął, na próżno szukając wzrokiem popielniczki, w której mógłby zgasić cygaro.

– Proszę mi je dać – powiedział Roncalli.

Po chwili wahania delikatnie złożył wysmukłe trabucco na prawej dłoni kleryka, licząc, że ocaleje. Sposób, w jaki Roncalli patrzył na cygaro, jak je wąchał, uśmiechając się z przyjemnością, sprawił, że doktor nabrał co do tego pewności.

Dwa skrzydła drzwi otworzyły się na całą szerokość i lokaj w zielono-złotej liberii odsunął się na bok, pozwalając wejść doktorowi Zygmuntowi Freudowi, jak głosiła oficjalna zapowiedź.

Leon XIII siedział w rogu, opierając wątłe ręce na białym obrusie. Kiedy zobaczył wchodzącego gościa, uczynił dłonią gest, jaki się robi, przywołując dzieci, chcąc zachęcić je do podejścia bliżej. Freud karcił się w duchu, że nie pomyślał wcześniej, jakie zachowanie byłoby najodpowiedniejsze. Żyd na prywatnej audiencji u papieża. Całowanie pierścienia mogło być odczytane jako akt pochlebstwa, natomiast zwykły uścisk dłoni wydawał się po prostu niegrzeczny. Pomyślał o lekkim ukłonie połączonym z niezbyt szerokim uśmiechem, wyrażającym uznanie i szacunek, a zarazem szczerą serdeczność. Zbliżając się, wykluczył całkowicie możliwość przyklęknięcia, zastanawiał się jedynie, jak by wykręcić się od całowania pierścienia Rybaka, gdyby ojciec święty podał mu swoją dłoń. Nie miał pewności, czy w tej sytuacji lepiej byłoby udać niezorientowanego, czy też podnieść jednak papieską dłoń do ust, oczywiście zachowując należytą odległość. Kiedy wreszcie dotarł do stołu, Jego Świątobliwość wybawił go z kłopotu, ujmując jego dłoń w swoje i kilka razy nią potrząsając.

– Och, szanowny doktorze, nie wyobraża pan sobie, jak miło mi pana poznać.

Męski głos kontrastował z wyglądem tego ponaddziewięćdziesięcioletniego staruszka o wyostrzonych rysach twarzy i cienkich wargach, ułożonych w lekkim, ironicznym uśmiechu. Wszystko wskazywało na to, że struny głosowe nie odczuły jeszcze ciężaru lat, jakiego doświadczało całe ciało, czyniąc papieża podobnym do starego efeba. Z upływem czasu oraz z utratą libido męskie i kobiece ciała upodabniają się do siebie, nawet jeśli w młodości cechy płciowe były bardzo wyraźne.

Szybki ruch gałek ocznych wskazywał jednak na silny charakter i jasny umysł.

– To dla mnie zaszczyt – odpowiedział Freud, podczas gdy służący w liberii podsuwał mu krzesło, prawie zmuszając, by usiadł.

– Nie znam pańskich upodobań kulinarnych – ciągnął papież. – I nie chciałbym też zmuszać pana do jedzenia tego, co przewiduje moja dieta, czyli rosołu z kapłona i fileta z kurczaka. No cóż, lekarze muszą przynajmniej udawać, że dbają o moje zdrowie, chociaż niewiele mi już z niego zostało.

Zaśmiał się cicho, po czym położył prawą dłoń na ręce gościa.

– Myślę, że tradycyjny włoski makaron z sosem pomidorowym sprawi panu przyjemność. A na drugie danie proponuję sałatę z naszego ogrodu z czymś, co będzie hołdem dla pana ojczyzny. Kotlety po wiedeńsku, smażone na naszej oliwie z Umbrii. To znaczy, teraz oliwki już nie są nasze, tylko sabaudzkie – westchnął – i wyczuwa się różnicę, proszę mi wierzyć.

Kolacja upłynęła w milczeniu, ponieważ ojciec święty jadł szybko i z apetytem, co zmuszało Freuda do podobnego zachowania. Od czasu do czasu Leon XIII unosił brwi i wskazywał nożem talerz swego gościa, jakby chciał go zachęcić do szybszej konsumpcji.

Kiedy wstał, Freud natychmiast poszedł w jego ślady, ale papież uniósł jedną rękę, podczas gdy drugą oparł na lasce.

– Pójdę teraz do sąsiedniego pokoju, jest tam wygodna kanapa, a ja mam kilka listów do przeczytania. Będzie pan miał chwilę czasu na swoje słynne cygaro. Ale – pogroził mu palcem – niech pan nie każe mi zbyt długo na siebie czekać.

Tym razem Freud skłonił się z prawdziwym szacunkiem. Papież, który rozumie potrzeby nałogowego palacza, nie tylko zasługuje na uznanie, ale ma pełne prawo do piastowania godności pasterza licznej trzody ludzkich dusz.

Gdy tylko białe szaty zniknęły za drzwiami, służący otworzył okno. Freud oparł się o parapet, śledząc wzrokiem rząd latarni, których światło podkreślało fachowo sylwetę Castel Sant’Angelo i odbijało się blaskiem w spokojnych wodach płynącego w dole Tybru.

Łagodny smak reiny cubany pieścił podniebienie, usuwając nutę mocnego wina Barolo Falletti, którą ciągle jeszcze wyczuwał na języku. Papież wśród win brzmi nawet lepiej niż król wśród win, zażartował przed chwilą Leon XIII, mając na myśli barolo. Błogie zmagania między przyjemnością dokończenia cygara a obowiązkiem i ciekawością, związanymi z rozmową z ojcem świętym, zostały gwałtownie przerwane. Gilotynka do przycinania cygar dobrze spełniła swoje zadanie i Freud schował do kieszeni dobrą połowę reiny. Sprawdził woń swego oddechu, po czym przywołał gestem lokaja – teraz był już w pełni gotów na spotkanie z papieżem.

4

Leon XIII siedział na złotej sofie w stylu rokoko, która miała kształt fasoli, sprzyjający prowadzeniu rozmów. Freud uśmiechnął się do swego gospodarza i usiadł na skraju kanapy. Papież milczał, a doktor nie czuł się upoważniony do rozpoczęcia konwersacji – jego żona Marta całkowicie zgodziłaby się z taką decyzją. Zrobiło mu się przykro na wspomnienie zgaszonego w pośpiechu cygara, którego zapach dobiegał teraz z kieszeni, wystawiając na ciężką próbę bardziej jego dobre maniery niż siłę woli. Może mógłby je chociaż włożyć do ust, bez zapalania. W ten sposób zęby miałyby jakieś zajęcie.

– Czy smakowała panu kolacja?

Lekki baryton, charakteryzujący głos papieża, ciągle nie pasował do osoby, ale takie właśnie było jego prawdziwe brzmienie.

– Dziękuję Waszej Świątobliwości, wszystko było przepyszne.

Minęły kolejne minuty ciągnące się w nieskończoność, zanim gospodarz ponownie przemówił. Freud zdążył przestudiować najdrobniejsze szczegóły posadzki pod swoimi stopami.

– Co pan myśli o rzymskim klimacie?

– Wspaniały. – To było pierwsze słowo, które wyrwało mu się z ust. Być może jego myśli szybowały jeszcze w innej przestrzeni. – Nie jest ani zbyt gorąco, ani za zimno – dodał. – Po prostu idealnie.

Miał ochotę spojrzeć na zegarek, żeby przekonać się, ile czasu upłynie, zanim padnie kolejne niepotrzebne pytanie dotyczące pogody, klimatu, zwyczajów czy upodobań rzymian.

– Mówi pan bardzo dobrze po włosku – po serii westchnień odezwał się znowu papież. – Słyszałem, że zna pan również francuski i angielski.

– To bardzo miło z waszej strony. – Wydało mu się, że ta forma zwracania się do papieża będzie najodpowiedniejsza. – Czuję się naprawdę zaszczycony, że moje skromne umiejętności wzbudziły wasze zainteresowanie.

W końcu rozmowa kierowała się w stronę jego kompetencji, chociaż na razie była jeszcze dość daleko od sedna sprawy.

– Muszę jednak wyznać – powinien ugryźć się w język, zanim zdecydował się na użycie tego właśnie słowa w obecności ojca świętego. Marta z pewnością by go za to skarciła – że żywię swego rodzaju idiosynkrazję do angielszczyzny, która…

– Wierzy pan w Boga, doktorze?

Ciężar tego pytania sprawił, że w jednej chwili poczuł, jak znika cała jego sympatia do tego staroświeckiego człowieka. Oto zdradziecki cios, za pomocą którego próbuje się go zachęcić do przehandlowania agnostycyzmu za wyznanie wiary albo – co gorsza – nawrócenia na katolicyzm w zamian za niesprecyzowane zaszczyty lub gratyfikacje pieniężne. Jego nazwisko pojawiłoby się we wszystkich gazetach, a rekompensata byłaby z pewnością interesująca, ale nie miał zamiaru się ugiąć. Typowa zagrywka, przećwiczona w ciągnących się przez wieki intrygach, charakterystyczna dla papieży: wszyscy oni są jednakowi, jeżeli chodzi o absolutną pogardę wobec godności swoich tak zwanych synów. Nadzieja na katedrę na Uniwersytecie Papieskim rozwiała się jak dym, nic zatem nie stało na przeszkodzie, aby potwierdzić przekonanie o wyższości rozumu nad wiarą.

– Wydawać by się mogło, że pantera, wyposażona w ostre pazury i nadzwyczajną szybkość, została stworzona po to, by zabijać gazele. – Freud wstał, aby nadać swoim słowom większą moc i znaczenie. – Te zaś, jak możemy zauważyć, są na tyle zręczne i gibkie, że wydaje się, jakby urodziły się specjalnie po to, żeby pantery umierały z głodu. Zadaję więc sobie pytanie, czy istnieją dwa bóstwa będące ze sobą w konflikcie lub chociaż jedno o sadystycznych instynktach, które skłaniają do zabawiania się życiem własnego stworzenia. Używam tego absurdalnego przykładu bez żadnej bluźnierczej intencji i obie hipotezy kategorycznie odrzucam. To całkowity brak pewności sprawia, że pozostaje mi jedynie poszukiwanie prawdy w głębi mojej duszy i za pomocą rozumu, przyjmując, że istnieje jedna prawda obiektywna.

Próbował oględnie zaprezentować swoją deklarację ateizmu, odwołując się do boskich alegorii, ponieważ nie był w stanie wyrazić się jaśniej, nie ryzykując oskarżenia o niestosowność. Przynajmniej tak mu się wydawało. Usiadł z powrotem na kanapie, gotowy w każdej chwili do opuszczenia salonu, uginając się pod ciężarem myśli, że żona przez resztę życia będzie mu wypominała tę straconą okazję, kiedy nie wykazał się większą dyplomacją, większą uległością.

Ale gdy jego oczy napotkały radosne spojrzenie Leona XIII, zdziwiony wcisnął się głębiej w kanapę. A kiedy papież zaczął z werwą uderzać w dłonie, jak dziecko, które zobaczyło pudełko czekoladek, przeszło mu przez myśl, że jego słowa zostały źle zrozumiane. Czasami zdarzało mu się to podczas pracy z pacjentami, którzy za wszelką cenę chcieli usłyszeć to, co było po ich myśli.

– Ależ to samo twierdzi Demokryt – zawołał uszczęśliwiony papież. – W szkole był jednym z moich ulubionych filozofów, przede wszystkim podoba mi się jego przekonanie, że nie jesteśmy w stanie poznać prawdy, ponieważ jest ona ukryta w naszej podświadomości. A pańska metoda badawcza, zwana psychoanalizą, jeśli dobrze zrozumiałem, zmierza dokładnie w tym samym kierunku. Ach, drogi doktorze, nawet sobie pan nie wyobraża, jaką mi pan sprawił radość, a w obecnych czasach i biorąc pod uwagę mój wiek, nie jest to łatwe zadanie. Szkoda, że nie ma tu naszego przyjaciela Roncallego. Jest on bardzo bystry, głęboko wierzący i przede wszystkim uczciwy. A to bardzo rzadka cecha nie tylko w tych murach. Wie pan – zbliżył się i zniżył głos – chciałbym panu coś wyznać. On chyba częściej zwraca się do Jezusa niż do Boga. Myślę, że rozumie pan, co mam na myśli.

Potarł nos palcem wskazującym, wzruszając szczupłymi ramionami na potwierdzenie, że właśnie podzielił się ważnym sekretem, po czym energicznie zatarł dłonie.

– Teraz jestem zadowolony – ciągnął – potwierdziły się moje oczekiwania. I prawdę mówiąc, wcale nie z powodu przekonania o papieskiej nieomylności, które mój poprzednik uczynił jednym z dogmatów wiary. Według mnie Duch Święty ma inne sprawy na głowie niż zajmowanie się majaczeniami takiego skromnego starca jak ja. No wystarczy, teraz przejdźmy do rzeczy. Proszę pana jedynie o jak najdalej posuniętą dyskrecję odnośnie do tego, co teraz powiem. Z drugiej strony do zachowania tajemnicy zobowiązuje pana również przysięga Hipokratesa, nieprawdaż?

I zaczął opowiadać historię, która zdarzyła się w tym właśnie pałacu kilka tygodni wcześniej. Pewna dziewczyna została zamordowana przez gwardzistę, a ciała obojga znaleziono na dziedzińcu po upadku na bruk z wysokości trzeciego piętra. Przerwał na chwilę, oczekując komentarza ze strony swego gościa, który jednak mimo wysiłku nie był w stanie znaleźć w tym epizodzie żadnego związku ze swoją profesją.

Freud uznał za stosowne, aby przyjąć współczującą postawę. A ponieważ papież nadal milczał, spróbował się jakoś asekurować, wiedząc, że ta technika zwykle skłania rozmówcę do większej otwartości.

– Ojcze święty, doskonale rozumiem wasz niepokój – zaczął – nie wiem jednak, czy moje umiejętności są wystarczające, aby wyleczyć tego typu traumę.

– Och, och! – Leon XIII sprawiał wrażenie naprawdę rozbawionego. – Proszę mnie źle nie zrozumieć. Boleję nad tym, co się stało, ale stawiłem w życiu czoła wielu przeciwnościom, więc uporam się również z tym nieszczęściem. To nie ja pana potrzebuję.

– Bardzo przepraszam, ale naprawdę nie rozumiem.

– Spróbuję to panu wyjaśnić, proszę jedynie o cierpliwość i skupienie. Chcę, czy raczej chciałbym, jak pan woli, aby poddał pan swojej analizie pewne osoby, chodzi o prałatów pełniących wysokie funkcje. I wcale nie dlatego, że obawiam się o ich zdrowie psychiczne, po prostu chciałbym pozbyć się tego uporczywego kamyczka z buta. Chcę mieć pewność, że żaden z nich nie jest zamieszany w tę sprawę.

Freud podniósł obie ręce do twarzy, aby podrapać brodę, ale zaraz je cofnął, wyobrażając sobie żonę krytykującą tego typu gest w obecności patriarchy Rzymu. Chociaż skuteczny w rozładowaniu napięcia.

– Tak, wydaje mi się, że teraz już rozumiem – skłamał. – Sądzę jednak, że tego typu sprawami powinna zająć się policja.

– Która policja? – papież zmrużył oczy. – Może policja Królestwa Włoch, która zajęła nasze terytorium? Tylko czekają na jakiś skandal, a Bóg jeden wie, jak bardzo jest nam to teraz potrzebne, kiedy wszystkie mocarstwa europejskie ciągną nas za rękaw, a to żeby nas poprzeć, to znowu żeby podstawić nam nogę. A może nasza żandarmeria, która co prawda pozostaje na moich usługach, ale jak pan dobrze wie, w koszarach większym posłuchem od pułkownika cieszy się zwykły sierżant kwatermistrz. A mnie otacza grono oficerów i podoficerów, z których większość dba jedynie o własne interesy. – Leon westchnął i uspokoił się nieco. – A nawet jeśli winny zostałby wykryty, to jaki sens miałoby karanie? Bóg go ukarze albo mu przebaczy, zgodnie ze swoją wolą. Zna najskrytsze zakamarki jego duszy, co nigdy nie uda się żadnemu spowiednikowi, i wyda wyrok. Nie, drogi doktorze, ja potrzebuję właśnie pana do przeprowadzenia tego śledztwa, liczę, że odkryje pan prawdę w podświadomości, jak twierdził nasz starożytny filozof Demokryt. Niedługo zwołane zostanie nowe konklawe, ja wiem, że zbliżam się już do kresu, chociaż czuję się jeszcze dość dobrze. Proszę tak na mnie nie patrzeć, doktorze, mam pełną świadomość swojego stanu, nie jestem szalony. Wkroczyłem już w wiek starczy i moje ciało daje mi sygnały, które tylko ja znam i rozumiem. Jestem gotowy na wieczny odpoczynek. Ale nie mogę pozwolić, aby mój wiekuisty spokój zakłócało to, że nie podjąłem żadnych działań, aby zapobiec sytuacji, w której na moje miejsce wybrany zostanie, nie chcę powiedzieć morderca, niech mnie Bóg broni, ale ktoś, kto może ukrywać pod tiarą ładną parę rogów. Czy jasno się wyrażam?

Freud przytaknął, gardło miał wyschnięte tak bardzo, że gdyby spróbował wypowiedzieć choćby jedno słowo, to wydałby z siebie jedynie jakiś niezrozumiały i nieprzyjemny dźwięk. Swoją drogą, jak zostało zapisane w Pięcioksięgu, który jako chłopak znał niemalże na pamięć, jest czas na słuchanie i jest czas na mówienie. A poza tym słuchanie było jego przywilejem i zarazem fundamentem jego metody.

– W ciągu wieków – kontynuował Leon XIII – mieliśmy do czynienia z wieloma czarnymi owcami, które kierując Kościołem, zamieniły go w prawdziwy dom nierządu. Zwracał już na to uwagę święty człowiek imieniem Savonarola, cokolwiek by o nim mówić. A wie pan, co napisał Marcin Luter po wizycie w Rzymie w tysiąc pięćset dziesiątym roku?

Starsze osoby mają nawyk zadawania pytań, na które potem same sobie odpowiadają, nawet wtedy, gdy rozmówca zna rozwiązanie. Freud znał odpowiedź, ale nie chciał pozbawiać papieża satysfakcji.

– Napisał, że kiedy próbował w tych murach mówić o duszy, ludzie go wyśmiali! Na szczęście tamte czasy minęły, a my nie chcemy, żeby znowu powróciły. Prawda, doktorze?

Freud zmuszał się do wysiłku, aby odpowiedzieć, ale papież wykorzystał chwilę między myślą a słowem na kolejne pytanie.

– Czy zauważył pan, że osoby w podeszłym wielu powtarzają często frazę „kiedy byłem młody”? Podkreślają w ten sposób, że chodzi o lepsze czasy, kiedy życie było przyzwoitsze i uczciwsze. No, tak – zakończył z przyjemnością – a ja uważam, że to teraz mamy do czynienia z najlepszą epoką w ciągu ostatnich dwudziestu wieków naszej historii. I chociaż czasami obowiązek wynikający z racji stanu zmusza mnie do krytykowania okupacyjnej polityki Sabaudczyków, to uważam, że oddali ogromną przysługę naszym duszom, pozbawiając nas ziemskiej władzy. Ale na czym to ja stanąłem?

– Wspominał Wasza Świątobliwość, że nie ufa policji…

– Tu nie chodzi o zaufanie, ale o użyteczność. Mnie nie zależy na ukaraniu ewentualnego winnego, chciałbym tylko zapobiec jego potencjalnemu wstąpieniu na tron, do którego przez dwadzieścia pięć lat bardzo się przywiązałem. To spory kawałek czasu, a przecież nikt nie wróżył mi tak długiego panowania. Zna pan ten krążący o mnie dowcip? Mówi się, że kardynałowie chcieli wybrać ojca świętego, a wybrali wiecznego!

Leon XIII śmiał się i kaszlał jednocześnie, sprawiając wrażenie, jakby nie był w stanie przestać, aż Freud zaniepokoił się, czy czasem nie zasłabnie. Atak kaszlu potrząsał wychudzonym ciałem papieża jak trzepaczka dywanem.

Otworzyły się drzwi i pojawił się w nich Angelo Roncalli ze szklanką wody i butelką, którą Freud rozpoznał jako słynne Mariani, wino z domieszką kokainy, ponieważ swego czasu sam się nim z umiarem raczył. Początkowy entuzjazm związany z przeświadczeniem o niezwykłych zaletach tego trunku ulotnił się, kiedy doktor odkrył niebezpieczeństwo związane z uzależnieniem. W tym momencie jednak najbardziej zaskoczyło go to, że na etykiecie widniała uśmiechnięta twarz ojca świętego, jakby to była jakaś zwykła reklama.

Jego Świątobliwość wypił najpierw wodę, a następnie poprosił o napełnienie kieliszka winem.

– Dziękuję, Angelo, możesz teraz odejść.

Młody kleryk wyszedł szybko i cicho, tak samo jak się pojawił.

– A więc – podjął – zgadza się pan? Sprawi mi pan w ten sposób ogromną radość, a poza wdzięcznością papieża otrzyma pan wynagrodzenie opiewające na kwotę dwóch tysięcy lirów tygodniowo. Zamieszka pan tutaj i przydzielimy panu gospodynię, która zajmie się wszystkim, oczywiście poza zadaniami zastrzeżonymi dla Roncallego, który jest jedyną osobą cieszącą się moim zaufaniem.

Podobnie jak analiza snów czasami sprawiała niespodzianki, których ani on, ani pacjent nawet sobie nie wyobrażali, tak samo prośba o poddanie psychoanalizie niektórych wysokich dostojników Kościoła, jak określił ich papież, podważyła wszystkie dotychczasowe przypuszczenia Freuda. Natychmiast przyszła mu na myśl żona Marta, ponaglająca go łokciem do przyjęcia zadania, gdyż zaproponowane wynagrodzenie pozwoliłoby na dłuższy czas poprawić finanse rodziny. Mimo zachęty, nie tylko materialnej, jaką niosła ze sobą ta oferta, Freud poczuł się przytłoczony licznymi wątpliwościami i obawami. Przede wszystkim zadał sobie pytanie, czy technika swobodnych skojarzeń, hipnoza oraz analiza snów mogą być pomocne w śledztwie kryminalnym.

Jednocześnie dziwił się, że nigdy wcześniej nie przyszło mu to do głowy. Nagle wydało mu się oczywiste, chociaż do tej pory niesprawdzone w praktyce, że analiza popędów, pragnień oraz tabu, które umysł ludzki poddaje procesowi adaptacji w głębi świadomości, może ujawnić niegodziwości i skłonności przestępcze czy tendencje wręcz przeciwne. Pracę terapeuty można by więc w tym przypadku porównać do zadań sędziego śledczego.

Wcześniej u niektórych pacjentów udało mu się ujawnić skłonności przestępcze, ale nigdy nie wykrył popełnionych już zbrodni. A badanie powodów konkretnych zachowań, mniej lub bardziej patologicznych, obsesji, fobii czy paranoi odsłania przed terapeutą o wiele więcej sekretów niż zwykłe przesłuchanie. Jeśli nie uda się ustalić jednoznacznie kwestii winy lub niewinności, to być może metoda ta pozwoli na odkrycie ciągu łączących się ze sobą tropów, prowadzących w jednym bądź w drugim kierunku.

Jednocześnie zajęcie to może wystawić na szwank jego profesjonalizm, kiedy rozniesie się, że wybitny profesor Zygmunt Freud zaniedbuje pacjentów oraz badania naukowe, aby zająć się jakimś śledztwem jak zwykły inspektor policji. Poproszono go jednak o całkowitą dyskrecję, co wskazywało, że żadna ze stron nie powinna być zainteresowana rozpowszechnieniem tej wiadomości.

Co więcej, dwa tysiące lirów tygodniowo było prawdopodobnie zapłatą również za jego milczenie. Po przeliczeniu dawało to ponad osiem tysięcy koron, czyli jego dochody z ponad trzech miesięcy – i nie było nic bardziej przekonującego, żeby wysłać do diabła wszystkie skrupuły. Brakowało jednak niektórych elementów układanki i Freud miał nadzieję, że papież będzie mógł ich dostarczyć.

– Czy mogę zadać kilka pytań? Obiecuję, że postaram się pozbyć wszystkich zastrzeżeń.

Zdawało się, że wyniosły ton nie sprawił na papieżu żadnego wrażenia, przeciwnie, splatając dłonie, Leon nachylił się ku doktorowi.

– Dlaczego właśnie ja? – Freud wstał i zaczął chodzić w tę i z powrotem przed ojcem świętym, naśladując ruch wahadła. – Wasza Świątobliwość wie, że jestem Żydem, a moje teorie nie cieszą się powszechną akceptacją w europejskim środowisku akademickim.