Strona główna » Literatura faktu, reportaże, biografie » Zakazane miłości

Zakazane miłości

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-62467-66-2

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Zakazane miłości

Każdy ma takie same prawo do wolności, miłości i seksu, bez względu na to, jaki typ seksualność wyraża i z jakiego powodu. Dozgonnie wierny monogamiczny gej, zmieniająca co noc partnerki lesbijka, osoba zaangażowana w relacje BDSM, fantazyjnie ubrany trans, osoby hetero w domach poligamicznych, biseksualistka, która kocha raz dziewczynę, raz chłopca – to wszystko obywatele tego świata i tego kraju.

Polecane książki

Pokojówka Tawny Baxter została przyłapana na gorącym uczynku, gdy wynosiła z pokoju hotelowego laptop znanego francuskiego przemysłowca Navarre’a Caziera. Navarre podejrzewa, że chciała przekazać tajne informacje o nim prasie lub jego konkurentom. Postanowia jednak wykorzystać Tawny...
Książka "Lecznicze likiery, ratafie i inne truneczki, które leczą" to zbiór przepisów na łatwe do wykonania domowym sposobem trunki, które mają dobroczynne działanie, doskonały smak, wygląd i zapach. Amatorzy tych trunków znajdą tu wiele ciekawych receptur, a sporządzone w domu napitki nie tylko pop...
Powieść dla miłośników literatury w stylu Charlotte Brontë! Bohaterka jest panną z dobrego domu, ale zarazem owocem mezaliansu. Matka – wielka dama - wyszła za mąż za profesora politechniki, naukowca, pozytywistę, któremu próżniacze życie arystokracji wydaje się ...
ALFABET FINANSOWY
. Vademecum finansów osobistych i biznesu. Po co ci to vademecum?Wskaże ci ono drogę do dobrobytu. Idąc tą drogą być może dojdziesz nawet do finansowej wolności. Jeśli tego pragniesz, słuchaj autorytetów i mentorów. Jaki człowiek dla mnie jest autorytetem w dziedzinie finansów osob...
Autorka podejmuje trud zaprezentowania współczesnej kultury politycznej islamskiej Republiki Iranu, dla której inspiracją był charyzmat ajatollaha Chomejniego, oraz przedstawienia podstaw tożsamości narodowej Irańczyków. Dociekania autorki są wsparte analizą dwóch konstyt...
"Ponieważ źle znoszę fakt, że prawo izraelskie narzuca mi przynależność do jakiejś fikcyjnej wspólnoty etnicznej, a jeszcze gorzej konieczność prezentowania się reszcie świata jako członek klubu wybranych, przeto oświadczam, że chcę podać się do dymisji i przestać uważać siebie za Żyda" Shlo...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Marta Konarzewska i Piotr Pacewicz

Marta
Konarzewska Piotr
PacewiczZakazane miłości Seksualność i inne tabuWydawnictwo Krytyki PolitycznejSŁOWO WYSTĘPNE Marta Konarzewska, Piotr Pacewicz

Miłość jest podobna tylko do miłości,
nie da się jej porównać z niczym innym.

Oscar Wilde

Młoda lesbijka, feministka,
nauczycielka i niemłody heteryk, publicysta „Gazety
Wyborczej”, redaktor od społecznych akcji – dziwna
z nas para. Jak córka z ojcem, który postanowił ją na stare
lata zrozumieć… Rozgryzł nas na szczęście felietonista
„Gościa Niedzielnego”: „Służą zbyt wielkiej idei,
żeby mówić prawdę. To idea wyborcza. Jej słudzy chcą,
żeby człowiek sam sobie wszystko wybierał. Nawet płeć”. Ma
rację jegomość. Bóg zapłać.

Napisaliśmy, mhm – książkę
o miłości. O erotycznych doświadczeniach, pragnieniach
ciała, serca i ducha, o tych najsłodszych bólach
i cierpieniach. Pytaliśmy o nie tych, którym kultura się
kochać zabrania.

Dlaczego zabrania? Bo mają nie taką
„jak trzeba” orientację płciową czy seksualną, więc
powinni praktykować wstrzemięźliwość. Bo łamią jakieś
inne społeczne tabu. A czasem, jak w opowieści nowicjusza
skradającego się nocą do celi współbrata w klasztorze
karmelitów bosych, łamią i tabu seksualności, i celibat
(Biblijna nagość dwóch Adamów).

Rozmówcy prowadzą nas po
nieoczywistych ścieżkach pożądań. Bez jasnych drogowskazów:
homo czy hetero, męskie czy kobiece, normatywne czy nie,
brutalne czy delikatne. Taka włóczęga otwiera oczy na
wielość, różnorodność, niejednoznaczność.

Iwona (To bi or not to
bi), jeżeli zwiąże się z chłopakiem, będzie
z nim chodzić za rękę jako stuprocentowa hetero, ze wszystkimi
przywilejami. Zakochana w kobiecie, będzie wytykaną palcami
lesbą. Jest tą i tą, a jednocześnie ani tą, ani tą.

Ania („Ślub dwóch
kobiet”? To był głupi tytuł) w męskim ciele czuje
się dobrze. A jednak mówi o sobie „kobieta”. Jej związek
z Gretą (lesbijką) nie jest lesbijski. Nie jest jednak też
heteroseksualny. Ani ani.

Wiktor Dynarski (Wszyscy
jesteśmy trans) urodził się jako dziewczynka,
przeszedł mastektomię. Jako „transfacet z waginą” żyje
w miłosnym związku z transującym gejem. Mówi, że czuje się
pierwszy raz bez reszty akceptowany i że jego miłość jest
zawsze do człowieka.

I tak
dalej.

Ani ani
komplikuje być może świat kategorii, ale otwiera
oczy na jeszcze jeden wymiar polskiej wolności. 4 czerwca ’89
wyborcza była tylko polityka. Potem okazało się, że wyborcza
może być i rola społeczna, i tożsamość, i rodzenie dzieci
(po ludzku czy nie), i wychowanie.

A teraz – także
seksualność.

***

To nie jest liryczna relacja
z frontu wojny, jaką zjednoczone pod sztandarem miłości siły
LGBT toczą z HHGN – homofobiczną heterogwardią narodową.
Z książki wyłania się – cóż za polityczna niepoprawność
– nietolerancja tych, którzy są nietolerowani. Transfobia,
czyli niechęć do osób trans, wsparta niewiedzą na temat
ich wewnętrznego zróżnicowania. Branżofobia, czyli pogarda
do tzw. branży – skupionego w klubach i wokół portali
środowiska LGBT. Bifobia, czyli pełne podejrzliwości
nastawienie do bi („tak naprawdę muszą przecież być
albo homo, albo hetero”). Butchofobia – niechęć do
męskości kobiet i ciotofobia – niechęć do kobiecości
mężczyzn.

Bo lęk przed różnorodnością ma
niewiele wspólnego z orientacją seksualną. O wiele więcej
z wychowaniem do polskiej tożsamości. Kto ty jesteś? –
Polak mały. Gdzie ty mieszkasz? – Między swymi. Między
swymi seksualnymi.

Pokazujemy świat LGBT złożony,
chropowaty, może i niezbyt solidarny. Ale naiwnie wierzymy,
że prawda się opłaca. Nierozpoznane fobie są jak potworki
w ciemnej piwnicy, którymi straszy się małe dzieci. Gdy zapalimy
światło, lęk słabnie.

Nasi rozmówcy i rozmówczynie
na ogół wiedzą, że ich żywiołem jest wielorakość
i różnorodność. Czasem tylko westchną, że łatwiej
byłoby trafić do jakiejś szuflady. Kochać tak, „jak się
kocha”.

Ale czy wszyscy ci, którzy kochają
„tak, jak się kocha”, mają na pewno wyłączność na
miłość i seks? A może czytając nasze opowieści, poczują
w swojej Szuflandii skurcz zazdrości? Bo czy poprawniej oznacza
prawdziwiej? Mocniej?

***

Książka ta jest też – jakżeby
inaczej – niewesołą opowieścią o polskiej nietolerancji.
O ponurej roli wielu rodziców, a zwłaszcza ojców, którzy bywają
wredni. Wisi tu nad nami, Polakami, cień nauk Kościoła,
sztywnych od celibackiej wstrzemięźliwości. Roman Giertych
w Nie mydlmy sobie oczu daje wykładnię
zadufanego odrzucenia tego, co „nienaturalne”, niezgodne
z wolą Boga. „Bóg jest miłością. Seksualność jest
ekspresją miłości. Bóg nie ma żadnego interesu w takim
nakazie” – odpowiada mu pisarka Iza Filipiak (To
nie ten parkiet), sama od kilku lat w związku
z amerykańską literatką Lilly-Marie Lamar, która doświadcza
w kolebce „Solidarności” (mieszkają w Trójmieście)
potrójnego wykluczenia: jako lesbijka, obca i na dodatek
niewidoma.

W tej polskiej niegościnnej ziemi
ujawnienie miłości grozi wykluczeniem z rodziny (Kto
nie słucha ojca, matki), zablokowaniem kariery
partnera-kapłana (Kochając księdza) czy
krzywym spojrzeniem sąsiada. Ale życie bez miłości byłoby
gorsze. Zresztą to nie oni ją, to ona ich wybiera.

Nasze bohaterki i bohaterowie mówią
prawdę, nieraz trudną, także dla nich samych. Robią to
z głębokiej potrzeby, a czasem z poczucia misji. Dziękujemy im
za odwagę i cierpliwość. Także tym, którzy ostatecznie nie
zdecydowali się na publikację.

***

Wszystkie rozmowy są
pieczołowicie autoryzowane. Tej zasady przestrzegaliśmy także
wtedy, gdy rozmówczyni chciała pozostać anonimowa lub rozmówca
mylił tropy, by chronić tajemnice swego ukochanego.

Pracowaliśmy nad językiem, by
nie powielać stereotypów. Określenie bindera jako koszulki
uciskającej czy maskującej piersi jest dla wielu trans
nieprzyjemne, bo odwołuje się do kobiecego ciała, płci,
która już ich nie dotyczy. Najlepiej byłoby napisać,
że binder „robi klatę”. Wybraliśmy mniej frywolne:
„elastyczna koszulka służąca do modelowania męskiej
klatki piersiowej”. A dildo? Wiele lesbijek nie lubi
wyrażenia „sztuczny penis”. Dildo niczego nie udaje, nie
zastępuje penisa, nie jest efektem kastracji, jest narzędziem
rozkoszy.

Niektórzy rozmówcy sami szukają
w polszczyźnie nowych słów. Kobieczyzna, mężbieta – mówi
Elegant, a młody teoretyk queer, eksgej, w celibacie z wyboru
po przejściach, nazywa siebie Jej Perfekcyjność.

***

Zaszczytem dla nas są słowa
wstępne osób tej miary co Magdalena Środa, Wiktor Osiatyński
i Jacek Kochanowski.

Dziękujemy też naszym
najbliższym, które czytały teksty i sugerowały, jak je
przeredagować. Agacie Kubis – za zdjęcia. W tym za to na
okładce, z warszawskiej Europride 2010. Po okładce poznacie
ich?

25 października 2010

CHODZI O SZCZĘŚCIE W GRUNCIE
RZECZY Jacek Kochanowski[1]

Nie ma bardziej oczywistej
rzeczy na świecie: ludzie dzielą się na dwa rodzaje
(ang. gender[2]). Rodzaj męski i rodzaj żeński. Rodzaj męski lepiej
się sprawdza w sferze publicznej, ponieważ charakteryzują go
takie cechy, jak racjonalność, skłonności do rywalizacji,
przedsiębiorczość. Rodzaj żeński lepiej sprawdza się
w przestrzeni prywatnej, ponieważ powiązany jest z emocjonalnością,
opiekuńczością, uległością. Rodzaj męski i rodzaj żeński
łączą się, by tworzyć rodziny oraz – co jest ich powołaniem
najwznioślejszym – płodzić i wychowywać dzieci.

Owszem, rodzaj żeński przebija się
do sfery publicznej, ale nadal funkcjonuje w niej na zasadzie
wyjątku. Owszem, rodzaj męski połapał się, że szczęście
to także (a może przede wszystkim) sfera prywatna, budowanie
codziennych więzi z bliskimi, ale nadal niewielu mężczyzn
ma odwagę pójść na urlop tacierzyński. Owszem, rodzaj
męski i rodzaj żeński odkrywają, że „żeńskość”
i „męskość” to przede wszystkim pułapki stereotypów. Że
szamoczemy się pomiędzy próbami potwierdzania naszej
męskości/kobiecości a próbami przezwyciężania
stereotypów. Ale mimo tego odkrycia wciąż wierzymy, że
rodzaj męski i rodzaj żeński tworzą odrębne, przeciwstawne
światy. Światy, które spotykają się dzięki miłości
i pożądaniu. Dychotomia tego, co męskie, i tego, co żeńskie,
dychotomia przezwyciężana w heteroseksualnym pożądaniu
prowadzącym do prokreacji jest centralnym elementem wciąż
powszechnie podzielanego mitu, który ma wyjaśniać świat
i czynić go swojskim, zrozumiałym, a zatem bezpiecznym.

Ta książka uderza w ten mit,
a zatem wywoła wiele niepokoju. Jest opowieścią o powszednim
doświadczeniu płciowej i seksualnej niejednoznaczności. O tym,
że „transowość jest wpisana w każdego z nas, bo stereotypy
płciowości i seksualności są iluzoryczne” – jak mówi
aktywista ruchu trans Wiktor Dynarski.

Marta Konarzewska

i  Piotr Pacewicz prowadzą nas do świata,

w  którym jawnym się staje, że „rodzaj męski”

i  „rodzaj żeński” to tylko sposoby myślenia, którym
można wypowiedzieć posłuszeństwo: „Pokazuję się

w  sukience

i  kiczowatej peruce albo wyglądając jak facet, każę mówić
do siebie

w  rodzaju żeńskim. […] rzeczy oczywiste nie są
oczywiste. Chcę budzić niepokój” (Jej
Perfekcyjność). Do świata, gdzie seksualność
staje się środkiem autoekspresji,

a  nie realizacją biologicznie ukierunkowanego popędu, mającego
łączyć to, co żeńskie,

i  to, co męskie: „Seks stał się drogą. Zbudowałem swój
świat przez seks” (Tomek Felczak, Rozłóż
nogi). Do świata,

w  którym ludzie po prostu usiłują być szczęśliwi,
niespecjalnie zawracając sobie głowę tym, czy są
dostatecznie przekonujący

w  swej „męskości” czy „kobiecości”: „Ja nie jestem
wyłącznie kobietą. Ani wyłącznie mężczyzną.

W  duszy jestem jednym

i  drugim, choć biologicznie jestem mężczyzną

i  tego, co między nogami, nie chce mi się zmieniać” (Ja, Elegant). Do świata,

w  którym ludzie kochają

i  pożądają, nie rozmyślając nad tym, czy ich pożądanie
jest aby „normalne” (Miłość aż do
bólu). Do kuriozalnego[3]
świata, gdzie oczywiste

i  „odwieczne” zasady poprawnej płci

i  poprawnej seksualności są unieważniane.

Ta codzienna kuriozalność nie
wynika jednak najczęściej z rewolucyjnego buntu, sprzeciwu dla
sprzeciwu. Jest kuriozalnością mimowolną, wynikającą po
prostu z tego, że ktoś właśnie w taki, a nie inny sposób
kocha. W taki, a nie inny sposób pożąda. W taki, a nie inny
sposób buduje niepowtarzalną opowieść o sobie i świecie. Na
tym polega potęga świadectwa opartego na doświadczeniu
niejednoznaczności: odrzucenie „oczywistych” norm i zasad,
odrzucenie mitu o poprawnej płci i poprawnej seksualności jest
warunkiem zrealizowania pragnień. Warunkiem wolności. Warunkiem
szczęścia. Bo o szczęście w gruncie rzeczy chodzi w tych
opowieściach.

Świat, po którym oprowadzają
nas Konarzewska i Pacewicz, nie jest piekłem, jak chcą go
widzieć zwolennicy tradycyjnego mitu o płci i seksualności. Nie
oznacza apokalipsy, cierpienia, bólu i rozpaczy spowodowanych
zaburzeniem naturalnego porządku. Znajdziemy tu radość,
miłość, szczęście, spełnienie. „Kiedy pomyślę
o wszystkich przyjemnościach, orgazmach, wieczorach i nocach,
jestem szczęśliwy. Chciałbym zawsze takich chwil” (Tomek
Felczak, Rozłóż nogi).

Nie jest to jednak także
raj. Budowanie własnego szczęścia oznacza codzienne,
powszednie zmaganie się z potęgą mitu o poprawnych rodzajach
płci. Zmaganie ze stereotypami i uprzedzeniami, z nienawiścią
lub po prostu hipokryzją. „Przeszłam przez śmiechy, pogardę,
«wielkoduszne» przemilczenie, a w końcu – kiedy złamałam
pakt milczenia – groźbę zwolnienia z pracy” – pisze
Marta Konarzewska.

Jeśli jednak świat ludzi
niepoprawnych płciowo i seksualnie nie jest rajem, to także
dlatego, że wytwarza własne wzorce normalności, których
ofiarami stają się „kuriozalni wśród kuriozalnych”. Osoby
transpłciowe, które nie chcą się jednoznacznie podpisywać
pod żadnym rodzajem płci. Osoby homoseksualne, które nie chcą
naśladować „heteryków” i tworzyć poprawnych polityczne
„wieloletnich monogamicznych związków”. Lesbijki, które
lubią seks bez zobowiązań i mają gdzieś opowieści
o rodzaju żeńskim, dla którego łóżko ma jakoby znaczenie
trzeciorzędne itp. Te wszystkie plemiona „odmieńców wśród
odmieńców” ujawniają, jak niszczące jest dążenie do
płciowej i seksualnej poprawności, jak łatwo ulegają mu
ci, którzy sami są tego dążenia ofiarami, i jak w efekcie
powstają nowe klasy podrzędne.

To nie jest tylko opowieść
o „marginesach”. Książka Marty Konarzewskiej
i Piotra Pacewicza to opowieść o człowieku. O tym, na
jak wiele niezwykłych sposobów można realizować swoje
człowieczeństwo. O tym, jak niszczymy tę różnorodność,
ulegając mitowi jednoznaczności. I o tym, jak przy okazji
niszczymy tych, którzy nie potrafią i nie chcą być
jednoznaczni – tych, którzy muszą przekroczyć wzorce
płciowej i seksualnej jednoznaczności, by znaleźć
szczęście.

[1] Jacek Kochanowski – socjolog, filozof,
publicysta, specjalista od queer i gender, komentator prac Michela
Foucaulta, adiunkt w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych
Uniwersytetu Warszawskiego, obrońca praw kobiet i osób LGBT. Sam
jest ujawnionym gejem.

[2] Termin
„gender” używany jest w naukach humanistycznych na
określenie kulturowo wytwarzanych wzorów płci. Bywa tłumaczony
na język polski jako „płeć kulturowa” lub po prostu
„rodzaj”. Często jednak pozostawia się go w oryginalnym
brzmieniu, stąd na polskich uniwersytetach wykładany jest
przedmiot „gender studies”, oznaczający
badania nad procesem kulturowego wytwarzania wzorów płci
i seksualności.

[3] Ang. queerness–
dziwaczność, oryginalność, kuriozalność. Słowo pochodzi
od przymiotnika queer(dziwaczny),
używanego także jako obelżywe wyzwisko w odniesieniu do
lesbijek i gejów. Zostało przejęte przez tych, przeciwko
którym było wymierzone, i stało się podstawą teorii
queer, akademickiej refleksji opartej na
doświadczeniu wykluczonych, oraz powiązanej z tą refleksją
praktyki politycznej.

A GDYBY TOBIE ZABRONILI BYĆ
SOBĄ? Wiktor Osiatyński[4]

Czytając rozmowy, artykuły i eseje,
które złożyły się na tę książkę, miałem wrażenie, że
dotyczy ona centralnego problemu moich zainteresowań naukowych
i obywatelskich, czyli praw człowieka.

Prawa człowieka służą
ochronie ludzkiej godności. Oznacza ona, że ludziom jako
takim, bez względu na to, co robią, przysługuje pewien
zakres elementarnych praw. Przysługuje im szacunek, bo są
ludźmi. Przysługuje im prawo do własnej tożsamości oraz do
afirmacji tej tożsamości. Kiedyś była to tożsamość grupowa:
narodowa, etniczna lub religijna. Grupy mniejszościowe domagały
się dla siebie tolerancji i praw. Dopiero od niedawna moralną
akceptację i prawną ochronę zaczyna zyskiwać tożsamość
indywidualna. Jest to trudny proces, gdyż prawa pojedynczego
człowieka czasem kłócą się z przekonaniami większości
członków grupy o tym, co służy jej interesom oraz co jest
słuszne i dobre. Ale takie napięcia towarzyszyły każdemu
poszerzeniu wolności.

Prawu do własnej tożsamości
indywidualnej towarzyszy możliwość wyboru stylu życia. To
też jest nowe: dawniej mogli sobie na to pozwolić niektórzy
arystokraci, skądinąd potępiani przez otoczenie, ale mniej
więcej od połowy lat sześćdziesiątych coraz więcej ludzi
dokonuje takich wyborów. Jedno i drugie stanowi ukoronowanie
drogi prowadzącej od niewolnictwa ku wolności: na końcu tej
drogi jest prawo do tego, by stać się właścicielem własnego
życia, by działać, a nie tylko reagować na to, co każą
lub czego oczekują silniejsi, bogatsi, obdarzeni rzekomo boskim
autorytetem albo po prostu większość.

Najbardziej bodaj wrażliwym
elementem indywidualnej tożsamości jest tożsamość
seksualna. Zwłaszcza w kulturach chrześcijańskich, od
kiedy uznały seksualność za sferę grzechu, z którego
rozgrzeszyć może jedynie prokreacja. Chyba w żadnej dziedzinie
życia nie ma tak wielu obostrzeń moralnych i prawnych jak
właśnie w tej. I tak wielkiego zakłamania. I tak ogromnej
represji uczuć i pragnień. I wreszcie tylu naruszeń ludzkiej
godności. Wielu bohaterów tej książki uwalnia się z tych
okowów albo je omija, czasem w niezwykle spektakularny sposób
(Kochając księdza).

Trudno o jednoznaczną definicję
godności. Do mnie najsilniej przemawia Kantowski imperatyw,
by traktować każdego człowieka – w tym także siebie –
jako cel sam w sobie, a nie jako narzędzie. Homofobia stanowi
pogwałcenie godności ludzi, których się dyskryminuje
i którymi się pogardza, ale w jeszcze większym stopniu tego,
kto dyskryminuje i pogardza. W książce pewien ojciec mówi, że
brzydzi się swojej córki lesbijki (Kto nie słucha
ojca, matki), podkreślając, że tak wyraża się
jego miłość i troska. Być może nie zdaje sobie sprawy,
że pogardzając córką, traktuję ją jako narzędzie do
celu, jakim jest potwierdzenie własnej wyższości. Nie wie,
że pogardzając kimś, stajemy się często narzędziem w ręku
tych, którzy na tej pogardzie i nienawiści zbijają kapitał
– polityczny, społeczny, narodowy lub religijny.

Taka pokusa bywa szczególnie silna
w demokracji, gdzie większość ludzi już nie musi się bać
państwa i policji, może wpływać na sprawy publiczne, może
mówić, czytać i słuchać, czego chce, wyjechać i wrócić,
kiedy chce. Ofiarami naruszeń praw człowieka stają się wtedy
„inni”. Bardzo różni „inni”. Niepopularne mniejszości,
jak choćby Romowie, skazani, a nawet tylko tymczasowo zatrzymani
więźniowie, bite żony, te kobiety, które chcą same decydować
o swojej rozrodczości, nosiciele wirusa HIV, narkomani
oraz właśnie ludzie o odmiennej orientacji seksualnej.
W demokracjach ich sytuacja bywa w jakimś sensie gorsza niż
w systemach autorytarnych. W czasach komunizmu prawa człowieka
miały ogromną nośność między innymi dlatego, że broniły
interesów większości, bo przecież każdy mógł się stać
ofiarą państwowego bezprawia. W demokracji „każdy” może
spać spokojnie. A obrońcy praw człowieka bronią „innych”,
z którymi większość się nie utożsamia.

Czasem demokracji są
wręcz potrzebni „inni”, do których większość
odnosi się niechętnie. Politycy potrafią zmienić
tę niechęć we wrogość lub nienawiść. Tak jest
w demokracjach populistycznych. Populizm to chytry pomysł na
rządzenie. Podobnie jak autorytaryzm, populizm opiera się
na strachu. Różnica polega na tym, że podczas gdy wódz
autorytarny mówi ludziom: „bójcie się mnie, bo inaczej was
skrzywdzę”, to przywódca populistyczny mówi: „bójcie
się ich, a ja was przed nimi obronię”. U źródeł sukcesu
populizmu w Polsce leżało szerzenie strachu przez skądinąd
niezbyt wysoką przestępczością. Konsolidacji populizmu –
co ciekawe, zarówno lewicowego, jak i prawicowego – pomogło
sianie strachu, że dzieciom grozi powszechna narkomania,
toteż należy je karać więzieniem za samą próbę powąchania
trawy. A pierwszym dziełem populistów przy władzy były zakazy
parad równości.

Utrudnianie ludziom afirmacji
własnej tożsamości seksualnej bywa użyteczne. Naruszeniu
ich praw trudniej przeciwdziałać, gdyż sprzyjają mu normy
i wartości wyznawane przez większość, a zakazy moralne mają
większą moc niż czołgi, które stanęły 13 grudnia 1981
na naszych ulicach. Trudniej przeciwstawiać się opresji ze
strony kultury niż władzy tyranów. Wymaga to wielkiej odwagi ze
strony dyskryminowanych – taką spokojną odwagę wyraża wielu
bohaterów tej książki, m.in. Wiktor Dynarski (Wszyscy
jesteśmy trans). A także wrażliwości ze strony
tych, którzy nie należą do „innych”. Ta wrażliwość
nie ma polegać na współczuciu ofiarom różnorodnych fobii,
ale na tym, by chcieć zrozumieć ich wybory, wczuć się w ich
sposób życia, myślenia i odczuwania.

Jestem przekonany, że ta książka
pomoże każdemu czytelnikowi zastanowić się nad tym, co by
było, gdyby mu zabroniono być sobą.

[4] Wiktor Osiatyński – obrońca praw
człowieka, pisarz, socjolog, profesor prawa w Uniwersytecie
Środkowoeuropejskim w Budapeszcie. Wykładał też m.in. na
Uniwersytetach Stanforda i Harvarda. Kierował Centrum Badania
Konstytucjonalizmu w Europie Środkowej na Uniwersytecie
w Chicago, doradzał komisjom konstytucyjnym parlamentu
RP. Rozpowszechnia wiedzę o alkoholizmie, do którego
publicznie się przyznaje. Zadeklarowany feminista, w 1996
r. współzakładał Partię Kobiet.

JAK TU KOLOROWO Magdalena Środa[5]

Od czasów obalenia komunizmu
mam rosnącą pewność, że natura świata jest niesłuchanie
różnorodna. Pamiętam któreś z pierwszych posiedzeń Sejmu
w czasach wolności: las rąk na „nie”, po czterdziestu
latach zgodnego, szarego „tak”. Polityka była pierwszą
dziedziną, w której ujawniła się jakaś różnica. Nie zawsze
użyteczna czy twórcza, ale też pluralizm nie ma służyć
żadnemu praktycznemu celowi, jest wartością samą w sobie,
odzwierciedla odmienność ludzkich przekonań.

Równolegle dziedziną rodzącej
się różnorodności była konsumpcja. Skończyły się łatwe
wybory między serem białym a żółtym, między mięsem a jego
brakiem, między sprężyną hydrauliczną a „maszynką do
masażu twarzy” (tak! Pamiętam warszawskie Państwowe Domy
Towarowe w najgorszym okresie konsumpcyjnej zapaści, kiedy
na półkach całego parteru leżały tylko te dwa produkty,
przy czym ten drugi tak naprawdę był sztucznym penisem na
baterię. Kupiłam sprężynę hydrauliczną, bo baterii do
penisa nie sposób było dostać).

Potem różnorodni okazali się
ludzie. Czasem nie było to przyjemne. Odmienność przekonań
nie zawsze cieszy, zwłaszcza w gronie dotąd jednolitych
przyjaciół. Dziwiłam się niezmiernie, że ci, którzy zawsze
myśleli jak ja, teraz myślą jak idioci. Ci „idioci”
myśleli tak zapewne o mnie.

Potem ujawniły się różne style życia,

a  wraz

z  nimi etykiety.

Na jednej z pierwszych konferencji
feministycznych w konserwatywnym Krakowie jacyś studenci
krzyczeli za mną „lesbijka!”. To miało bardziej obrażać,
jakby „feministka” to było za mało. Zrozumiałam, że
zróżnicowanie nie przez wszystkich jest odbierane w sposób
radosny.

Inwektywy odnoszące się do
orientacji płciowej zaczęły się pojawiać w sferze publicznej
wcześniej niż sami geje i lesbijki, ci zaś – w tym samym
mniej więcej czasie co „problem homoseksualistów”.
W połowie lat dziewięćdziesiątych uczestniczyłam wraz z Zofią
Kuratowską w programie telewizyjnym, w którym młodzi chłopcy
skarżyli się na agresję z powodu własnej inności. Problem
wydał mi się wyssany z palca. Nie rozumiałam, jak można
„nie lubić gejów”. Szybko się okazało, że „problem
homoseksualistów” jest tak naprawdę problemem zdeklarowanych
hetero i nazywa się „nietolerancja”. Skąd to się bierze
w narodzie, który – jak mi się zdawało – ma od XVI wieku
głęboko zakorzenione postawy tolerancji?

Okazało się, że nie ma. To
polski mit. Tak naprawdę nie znosimy różnorodności, ani tej
związanej z orientacją seksualną, ani obyczajowej, związanej
z odmiennym stylem życia, ani etnicznej czy religijnej. Tyle
że tych ostatnich odmienności nie mamy jeszcze okazji
doświadczać. Jesteśmy najbardziej homogenicznym krajem na
świecie. Na wszelki jednak wypadek, gdy spotykam czarnoskórego
obywatela, który w jakiś sposób znalazł się na Wisłą,
uśmiecham się szeroko i ciepło, mając nadzieję, że
uśmiech ten choć w niewielkim stopniu zrekompensuje mu
dyskomfort przebywania w nietolerancyjnym kraju. Jak widać
z opowieści żon Nigeryjczyków, takie pokrzepienie jest
mu potrzebne (Chodź, Pimpuś, ja też nie lubię
czarnuchów).

Na przełomie wieków, wraz
z politycznym i publicznym coming outem gejów i lesbijek
(najpierw gejów, potem lesbijek), wzrastała fala nietolerancji
– ale zarazem fala „homofilstwa”. Działo się tak jak
z antysemityzmem. W Polsce, podobnie jak we Francji i w innych
krajach, liczba antysemitów równoważona jest przez liczbę
filosemitów, czyli tych, którzy Żydów kochają, za Żydów
się uważają, Żydami się interesują. Od początku lat
dwutysięcznych znajomość z gejem, ostentacyjna sympatia dla
środowisk queer czy zaglądanie do branżowych klubów stały
się modne. Pamiętam taki rok w moim Instytucie, gdy nauczając
filozofii politycznej, miałam na sali:

– chłopca, który był bardziej
żydowski niż kilku Żydów naraz (jego wypowiedzi namolnie
krążyły wokół tematów żydowskich, a strój miał jak
z kabaretu; jego mama twierdziła, że w ich rodzinie nie ma
innych Żydów tylko syn, i to od niedawna),

– parę lesbijek, która ocierała
się miłośnie ramionami,

– dwóch gejów, którzy
deklarowali, że nie lubią liberałów, bo zakochani są
w ojcu Ziębie, na którego seminarium chodzili równolegle
z moim,

– jednego lewaka,

– jednego konserwatystę
o zacięciu neoarystotelesowskim.

Piękny rok! Cieszyła mnie ta
nagła eksplozja różnorodności, niemal teatralna, jak ze
snów multikulturalisty.

Potem stało się to normą, tyle że nie tak
widowiskową. Różnorodność się znormalizowała,
utrwaliła,

w  czym najważniejszą rolę, przynajmniej na uniwersytecie,
odegrały gender studies. Początkowo „dla grona
wtajemniczonych”, „feministek”

i  innych dziwolągów, potem – coraz powszechniejsze. To była
nowatorska, intelektualna kuźnia wiedzy

i  charakterów:

o  sprawach tajemniczych

i  dziwnych mówiono tam

w  sposób otwarty

i  normalny. Świat – proszę państwa – jest różnorodny. Ile
mamy płci? Kontinuum.

Wraz z rozwojem literatury
poświęconej homoseksualistom, osobom trans, LGBT, problematyce
queer, wraz z coraz liczniejszymi coming outami ludzi
znanych (ostatni prof. Michała Głowińskiego[6]) ta różnorodność, bogactwo ludzkich tożsamości i ich
płynność, niedomknięcie, gra odblaskami stają się coraz bardziej
naturalne.

Do tej naturalizacji przyczynił
się też Roman Giertych i jego wszechpolacy (rozmowa z nim
pt. Nie mydlmy sobie oczu pokazuje, że
trzyma się swoich poglądów). Ich agresja spowodowała, że
tępieni geje znaleźli mnóstwo sojuszników, bo nagle problem
homoseksualizmu stał się problemem politycznym. Problemem
represji i solidarności. Z całą pewnością homofobiczna
polityka „prawdziwych Polaków” rozbudziła homofilizm
i pobudziła ciekawość: co jest poza kulturowo wyznaczoną
granicą (pułapką) płci? Czy naprawdę muszę być
jednym z dwojga: „stuprocentowym facetem” lub „sexy
dziewczyną”? Tak jak myślą wszechpolscy zakazujący
„pedałowania”?

Różnorodność (płciowa,
seksualna, wizerunkowa, tożsamościowa) staje się
normalna. Coraz więcej jest ludzi, nie tylko młodych,
którzy nie dają się włożyć do szuflad „niebieska” –
„różowa”, choć polityka i kultura masowa czynią wszystko,
by świat odtwarzać w uproszczonych dualnych schematach.

Ta książka jest właśnie o tym
– o wszystkich kolorach tęczy (może prócz „różowego
i „niebieskiego”). O ludziach mających różną tożsamość,
różną płciowość, różne upodobania seksualne i społeczne,
wchodzących w różne relacje. Ich opowieści odkrywają nowy
świat, inne przestrzenie tożsamości, języka, kultury, zabawy,
stylu. Dobrze się to czyta i dobrze o tym czytać, nie po to
tylko, by zaspokoić głód odmienności, lecz by poszerzyć
świat o nowe – nienowe (zawsze jednak zakazane, podejrzane,
tłumione) świadectwa.

Pamiętam, jak jeszcze za
komuny pojechałam z dzieckiem do Paryża. Pierwszą opinią
małej Agaty było: „Mamo, jak tu kolorowo”. Nie miała
na myśli miasta, jego zabytków czy sklepów, lecz ludzi
– że tacy różni, tacy inni, swobodni, czarni, żółci,
biali. Pamiętam jej zachwyt. Sama go czuję, gdy widzę ludzką
różnorodność.

Bo w głębi swej istoty świat jest
bogaty, kolorowy, pełen odmienności, różnicy i inności.
A poczucie obcości, które to czasem wzbudza, jest odbiciem tego,
co w nas. Bo ten najgroźniejszy „obcy” jest właśnie tam,
a nie w innych.

[5] Prof. Magdalena Środa – teoretyczka
etyki, filozofka, publicystka, feministka; zajmuje się historią
idei etycznych, etyką stosowaną, filozofią polityczną
i problematyką kobiecą.

[6] Pisarz, teoretyk i historyk literatury, analityk
języka, zwłaszcza nowomowy w czasach PRL. Orientację
homoseksualną ujawnił w autobiograficznej powieści
Kręgi obcości (2010).

CZĘŚĆ

Seksualność i…
BŁĘDNA RYCERZ W KRAINIE
LESBIJEK

Jeszcze żadna les na mnie nie poleciała! Wolę się
zakochać

w  dziewczynie hetero, niech mnie nawet odrzuci, niż

w  les, która nawet nie daje szansy…

Powalczyć dla siebie ze smokiem?

Magda, trzydzieści lat, pracuje
w dużej firmie w niewielkim mieście, od ósmej do szesnastej. Rytm
jej życia jest jednostajny: praca – dom – praca –
dom. Bez niezwykłości, bez niespodzianek. Standard życia
– przeciętny, ma w mieszkaniu plazmę i parę technicznych
gadżetów. Stać ją na obiad na mieście i drinka – raz
na jakiś czas. Standard emocji podobnie: romans, miłostka
– raz na jakiś czas. „Kiedyś byłam cool, teraz już
tak nie myślę”. „Kiedyś” to były studia – czas
nienasyconych rozkoszy. Czas dziewczyn podrywanych w akademiku,
piw za dwa złote, pożądania bez konsekwencji. Dziś są
słowa – zapychacze, nadmiar słów. Kiedyś – była Ona,
Kaja. Intensywność, której nie da się powtórzyć. Trauma,
którą powtarzać się pragnie. Dziś – jest tylko
świat lesbijek. Wydrążony, chłodny, zwyczajny. Świat
kobiet, których uwodzić nie potrafi. Świat fałszywych
księżniczek. Prawdziwa księżniczka ma orientację
hetero.

Magda:
Wiesz co, świat lesbijek jest straszny.

Marta Konarzewska: Branżowych?

Trudno powiedzieć, co jest branżowe – ty, ja?

Myślałam
o klubach, portalach.

Opowiem ci taką historię. A. była

z  chłopakiem cztery lata,

z  następnym sześć lat, już miał być ślub, ale wyjechał
do Stanów. Poszła do koleżanki, która jest lesbijką,
oglądały zdjęcia. Zobaczyła na nich B.

i  się nią zafascynowała. Spotkały się na imprezie

i  od razu zakochały. Były ze sobą półtora roku, kupiły
razem mieszkanie, rodzice B. pomagali remontować. Ale B.,
nie wiem, czy jej się znudziło, czy stwierdziła, że do
siebie nie pasują, grunt, że zerwała. A. nie wróciła do
chłopaków, tylko zaczęła się wkręcać

w  świat les.

I  napotkała barierę. Umawiała się, zapraszała, ale dziewczyny
ją skreśliły.

Za to, że wcześniej była

z  chłopakami?

Nie! Ale żeby się przebić musisz się czymś wyróżnić,
być cool albo być strasznie pewną siebie.

A tobie jak się udało? Byłaś cool?

Może kiedyś, teraz nie. Udało się cierpliwością. Nie za
szybko, nie wpraszać się, czekać, aż same zaproszą.

Mówisz jak o wejściu do elity.

Bo tak jest! Trzeba się stopniowo zaprzyjaźniać

i  na pewno od razu nie uwodzić. Mnie zresztą podrywanie lesbijek
nie wychodzi. Jestem

w  tym towarzystwie od roku, odkąd rozstałam się

z  Basią, która była heteroseksualna. Wcześniej chodziłam do
klubów, ale podrywałam tylko hetero, które przychodziły się
wyluzować. Takich dziewczyn jest więcej, niż ludzie myślą.

„Środowisko” było dookoła, ale jeszcze do niego nie
należałam.

I  wtedy pojawiła się Maja. Jak ją zobaczyłam, to mnie
rzuciło

o  ścianę. Ładna, blond, ale lodowate spojrzenie. Zauroczyłam
się. Przychodziłam do klubu tylko po to, żeby czekać,
aż wejdzie.

Miała kogoś?

Dziewczynę

i  wianuszek koleżanek – ochronę, broniły dostępu.

A  ja podeszłam „na głupka”, to nie jest

w  środowisku normalne. Dopiero dużo później jedna małolata
mi powiedziała

o  profilach na Innej Stronie[7]. To założyłam sobie profil, dałam zdjęcie. Chciałam
zobaczyć, jakie te lesbijki są,

i  czekałam, aż Maja do mnie napisze. Całe to życie portalowe
było dla mnie nieważne, to, czy któraś mi da serduszko
czy nie. Ale poznawałam koleżanki koleżanek.

To jakie są lesbijki?

Na przykład typowa fryzura les – włosy krótkie, tlenione
blond, mocno wystylizowane.

Sama takich nie masz.

(śmiech)

Miałaś romanse?

Kilka. Na jedną noc.

A  potem konsternacja

i  tekst: „Boże, nigdy tak nie robię, ja nie jestem

z  tych”, na co tamta: „Ja też nie!”.

w  głowie: „Kurde, już któryś raz tak robię”.

Czyli lesbijki też często zmieniają partnerki, nie tylko
geje…

No chyba!

…ale wstydzimy się przyznać, więc wszyscy myślą, że
jesteśmy takie monogamiczne?

No (śmiech). Ja zauroczyłam się
parę razy, szczególnie taką Kaśką, ale mi przeszło.

A  potem dowiedziałam się, że Kaśka była dziewczyną
Mai. Oczywiście Maja się dowiedziała.

A  do tej Mai mam wciąż słabość, podoba mi się.

Ale?

Nie jest już księżniczką

o  złotym sercu.

Jasne, jest księżniczką

o  lodowatym spojrzeniu.

Ale miała być lodowatą dla innych, nie dla mnie! Tak czy
inaczej, pojawiła się Ewa. Była dziewczyna Mai…

Kolejna? No tak, ciasny krąg les.

Zachwyciła mnie bardziej niż Maja. Blada cera, niebieskie
oczy

i  ten kobiecy smutek. Zwierzała mi się, czasem

u  mnie nocowała

i  spałyśmy

w  wersji „bez”. Szukała bliskości, przytulałam ją,
płakała, zasypiała,

a  ja szłam do drugiego pokoju. Rozbroiła mnie. Bo mnie rozbraja
bliskość. Odtąd zaczęłam traktować Maję jak rywalkę.

Wcześniej byłaś w Mai zakochana?

Bardziej

w  swoim wyobrażeniu. Bo wiedziałam o niej najpierw tylko, jak
wygląda na przystanku albo gdy trzyma drinka. Maja to był
mój miłosny pretekst, żeby na dobre rozwiązać relację

z  Basią. Otworzyć drzwi do świata les.

W wyobrażeniu można się zakochać?

Można! Przykładem jest Kaja – moja największa, najbardziej
traumatyczna miłość. Ale jeszcze nie chcę

o  niej…

W  człowieku, jakim jest naprawdę, też można, ale na to
potrzeba lat.

Zdarzyło mi się to raz,

z  Basią. Żadna tam miłość od pierwszego wejrzenia ani nawet
od trzeciego. Przyszła

z  czasem. Zaczęłyśmy się spotykać, ale nawet jak doszło
do czegoś erotycznego, to jeszcze nie byłam zakochana,
choć już byłam

o  nią zazdrosna, potrzebowałam jej bliskości. Zakochałam
się potem.

Dawała mi poczucie bezpieczeństwa, ciepła. Podobała mi się,
ale nie to było ważne. Byłam zmęczona ciągłym dawaniem. Od
Basi nauczyłam się miłości dwustronnej. Jak jesteś chora,
to ktoś się tobą zajmie. Chce, żeby ci było jak najlepiej,
doradza, dzwoni pierwsza, jedzie trzysta kilometrów, żeby
się

z  tobą spotkać.

Kai…

Tej, o której jeszcze nie mówiłaś?

…wszystko bym dała

i  to by mi wystarczało. Kaja była moją najprawdziwszą
księżniczką. Chciałam się dla niej poświęcić,
zaryzykować wszystko. Tylko ten wzorzec, który na dziewczyny
hetero działa idealnie,

u  lesbijek obraca się przeciwko mnie.

Lesbijka nie wchodzi w rolę księżniczki – obiektu adoracji?

Właśnie! Zdobywając dziewczynę, chcę zrobić coś
niezwykłego. Ale to musi być docenione!

Może na lesbijki to nie działa, bo odrzucają kod hetero?

Może. Na przykład Ewa. Jeździ rowerem. Podpatrzyłam,
że popsuła jej się lampka.

I  co zrobiłam oczywiście? Prosto po pracy poszłam do sklepu,
kupiłam malutkie pudełeczko,

z  kokardką.

Podarowałaś jej lampkę?

Tak. Znalazłam

w  necie adres jej pracy

i  posłałam. Było „dziękuję”, ale nie zadziałało.

A  na hetero by zadziałało.

Dama serca, rycerz walczący ze smokiem, niezwykły czyn,
wyjątkowy podarek, zdobywam cię, ty ulegniesz… To są kody
flirtu, uwodzenia. Ale ta kultura jest hetero-dworska, niestety.

Właśnie. Nie umiem się odnaleźć wśród lesbijek.

Wiesz jak poderwać heteryczkę, a nie wiesz, jak lesbijkę?

Nie wiem! Dla Ewy zrobiłam jeszcze coś. Ona

w  ogóle uwielbia sport. Rower, łyżwy. Wynajęłam całe
lodowisko. Podałam jej godzinę spotkania. Zapewniłam ją,
że spokojnie, to nie będzie żadna romantyczna kolacja,
ale coś, co jej się spodoba. Miała tylko potwierdzić.

W  ostatniej chwili okazało się, że „idzie do cioci na
imieniny”. Jej esemes przekreślił wszystko: „Może

z  kim innym ci wyjdzie”.

I  buźka – zmrużenie oka. Czyli: nie jestem osobą, której
się robi niespodzianki. Poszukaj kogoś innego.

Jak ja coś traktuję
lekko, one serio. A jak ja uwodzę, to one żartują. Gubię
się. Może w świecie les za dużo jest zdobywców, a za mało
księżniczek?

Może mamy za mało kodów, typów, ról. Na zachodzie świat
les to różnorodność: możesz być dyke, genderfucker,
tomboy, FtM, FtX, butch, femme, hyper-fem, femme à trans,
bébé-gouine, folle itd. Polska lesbranża budzi się do
wielorakości, ale powoli. Na razie brak nawet polskich
określeń. Ale może za parę lat zrobi się miejsce na grę

w  rycerzy

i  księżniczki?[8]

Dopiero poznaję te klimaty, ale do tej pory wśród les moja
„gra” nie sprawdza się.

A  na ciebie by zadziałało? Że ktoś wsłuchuje się

w  ciebie, jest taki zapatrzony?

Może. Ale ja mam długie czarne włosy, nielesbijskie (śmiech).

No właśnie… (cisza) Ewa jest
świetnym przykładem tego, czego nie rozumiem. Kiedy

u  mnie nocuje, wchodzi mi do łóżka, chce się przytulać,
jakby mogła, toby mnie całą ogarnęła.

Jak dziecko?

Nie do końca. Puszcza nawet tekst, że wiesz, Magda, mogłabym
się zdecydować

z  tobą na TO, ale zaraz by się wszyscy dowiedzieli. Rano wraca
dystans, nie patrzy już

w  oczy. Dzwonię: „Jadę do domu, nie wiem, jak wytrzymam
bez ciebie”. Ona: „Beze mnie? Może bez innej? Nie
udawaj”. No, taki flirt

i  pa pa.

A  potem nagle – trach – esemes: „Magda, nie chcę być
niemiła, ale te rozmowy wymykają się spod kontroli, traktuje
cię jak koleżankę

i  mam nadzieję, że ty też”.

Nie rozumiem tego świata! Nie
potrafię rozgryźć lesbijek. Jakby była hetero, toby tak
nie napisała.

Ja kocham świat les. Ale też mnie smuci, że jest tak…

Chłodno.

Nie. Tak jasno. Bez tajemnicy, tabu, bez „pomiędzy”. Może
wtedy jest bezpieczniej? Może jesteśmy zmęczone tym
ciągłym, od wieków, „nie wiadomo, co będzie”. Czy
ona jest les czy hetero? Mogę jej dotknąć, tak, teraz,
czy jeszcze nie?

No właśnie, ma być oczywiste. Ale to wszystko utrudnia. Bo
jeśli jakąś dziewczynę traktuję wyjątkowo, to jeszcze
nic nie znaczy.

A  tutaj moje gesty od razu są odbierane jako podryw na
maksa. Kurde, co

z  tym zrobić? Maja boi się ze mną pogadać, bo to będzie
randka!

Może les nie dają sobie mydlić oczu?

(śmiech)

Mówią OK, wiemy, co się kryje za tą rycerską maską
uwodzenia. Ty chcesz tę maskę założyć, bo to jest ładne,
kultura nas tego nauczyła,

a  les mówią…

i  tak wiem,

o  co chodzi

z  tą rowerową lampką.

Mówią: pomińmy lampkę. Powiedzmy od razu,

o  co tu chodzi.

I  czar pryska.

A  ten pierwszy czas, kiedy się czaruje, pozwala się poznać.

I  wcale nie musi dojść do „tego”. Ty zmienisz zdanie albo
mnie się odechce. Kurde! Dajcie mi się poznać

i  dajcie sobie szansę poznać mnie. Nie klasyfikujcie od razu:
czy to osoba do łóżka czy na związek.

Tęsknisz za romantyzmem?

Tęsknię! Ja się podobam bardziej nielesbijkom. Jeszcze
żadna les na mnie nie poleciała!

I  wiesz, wolę się zakochać

w  dziewczynie hetero, niech mnie nawet odrzuci, bo ma chłopaka,
niż zakochać się

w  les, która nawet nie daje szansy…

Powalczyć dla siebie ze smokiem?

No.

Kaja dawała ci szansę?

Tak, dawała się zdobywać. Potem potoczyło się dramatycznie,
ale miałam tak wzniosłe chwile… Pojawiła się

w  sprzyjającym okresie. Pół roku wcześniej, już na studiach,
odkryłam, że jestem lesbijką,

i  świat nagle stanął mi otworem.

Było tak. Pojechaliśmy całą
paczką na wakacje, ostro imprezowaliśmy. Pewnego dnia zaszliśmy
pod dom Gosi, dzwonimy domofonem, żeby zeszła. Nie widziałam
jej z pięć lat. Wieczór, stoimy pod klatką. Gosia schodzi
po schodach i rzuca się na mnie: „O, Magda!”. Nie wiem,
kiedy to się stało, czy gdy schodziła, czy jak mnie witała,
dotknęła… Jakby coś mnie uderzyło w głowę. Poczułam,
że się czerwienię i że nie chcę jej wypuszczać. Szliśmy
nad jezioro, a ja całą drogę myślałam, o co tu chodzi.

Niby od dawna przeczuwałam,
że jestem lesbijką. Postanowiłam to wypróbować na jednej
les-les. Chciała się całować, a nawet chciała więcej, ale mi
się to nie spodobało i uznałam, że jednak nie jestem. Potem
przyniosła mi kwiatek. A ja mówię: „Gdzie? Won! Co mam
zrobić z tym kwiatkiem, ratunku!”.

A przy Gosi nagle wszystko
wybuchło. Myślałam, żeby tylko nikt nie zauważył, jak
mi się łapki trzęsą, oczy rozbiegane i tylko za nią…
Była niesamowita. Oczy tak piwne, że aż czarne. Niby była
chłopczycą, ale bardziej kobiecą niż wszystkie kobiety
razem wzięte.

Siedziałyśmy wszystkie
na jednym tapczanie, a ja czułam, że nie chcę siedzieć
pięć centymetrów od niej, tylko bym chciała… Nie wiem,
nigdy wcześniej nie miałam takiej potrzeby bliskości. I to
z dziewczyną! Masakra.

To było subtelne, ale silniejsze
niż seks. Tuż przed wyjazdem podjęłam decyzję. Miałam
straszną tremę. „Muszę ci to powiedzieć, bo będę się
czuła nie fair, bo za dużo dla mnie znaczysz, ja oszalałam na
twoim punkcie, dostałam bzika, po prostu nie mogę przestać na
ciebie patrzeć, jestem tak zafascynowana tobą, że musiałam
to powiedzieć”.

I?

Tak siedziałam na murku,

a  ona mnie pogłaskała po głowie

i  pocałowała. Pocałowałyśmy się. Przeleciały mi przez
głowę wszystkie moje heteropocałunki czy macanki pod
dyskoteką. Nagle dowiedziałam się, czego chcę. Po prostu
serce, łał!, poczułam, tu,

w  gardle,

w  uszach, ręce mi się zrobiły wiotkie, nogi wiotkie.