Informacja: Serwis ebooky.pl to serwis dla miłośników książek, nie ma tutaj możliwości pobrania ich w nie autoryzowany sposób, wyświetlamy jedynie porównywarkę cen. Nie każda pozycja jest dostępna do zakupienia, jeżeli znalazłeś błąd napisz na adres: kontakt@ebooky.pl. Dokładamy wszelkich starań, aby baza książek była aktualizowana.

Strona główna » Obyczajowe i romanse » Zraniony pianista

Zraniony pianista

4.00 / 5.00

Nie widzisz powyżej porównywarki cenowej? To oznacza, że powyższa publikacja jest niedostępna do kupienia.

Znalazłeś błąd? Skontaktuj się nami.

* - klikając w reklamę zostaniesz przekierowany do zewnętrznej strony. Nie mamy wpływu jak działa i co wyświetla zewnętrzny serwis. Mogą pojawić się nieprzyzwoite lub denerwujące reklamy. Zalecamy korzystanie z markowego antywirusa i wtyczek blokujących niechciane treści. Kliknięcie reklamę nie umożliwia pobrania plików chronionych prawem autorskim.

Zgłoś naruszenie praw autorskich

Kilka słów o książce pt. “Zraniony pianista

Wciągająca opowieść o tym, że życie nie jest tylko splotem przypadkowych zdarzeń

Veronika i Marieke są przyjaciółkami od najmłodszych lat, ale spokojna Marieke zawsze pozostaje w cieniu charyzmatycznej Veroniki. Kiedy umiera Klara, ukochana ciotka Veroniki, kobiety wpadają w wir wydarzeń, które podważą ich przyjaźń i odmienią całe życie.

Przyjaciółki porządkują rzeczy Klary, w których znajdują tajemnicze zdjęcia z odległych miejsc. Wkrótce opuszczają zimny Sztokholm i ruszają śladem Klary, odwiedzając Malezję i San Francisco – miejsca, które miały szczególne znaczenie dla ciotki Veroniki.

Podczas podróży spotykają Jamesa, enigmatycznego i znanego pianistę, który budzi w nich prawdziwą fascynację. Przyjaciółki wikłają się w skomplikowaną relację, a rywalizacja między nimi prowadzi do tragicznego momentu, z którego nie będzie odwrotu.

Jaką przeszłość skrywa James i dlaczego Marieke ma wrażenie, że to wszystko wydarzyło się już wcześniej?

__

"Ta powieść dotyka bardzo głęboko. Autentycznie". – „Femina”

"Piękny opis związków, sekretów, nigdy niespełnionych marzeń i różnych ról, jakie odgrywamy w życiu". – „Kupé”

___

Maria Ernestam – szwedzka pisarka i dziennikarka. Studiowała dziennikarstwo, literaturę angielską i matematykę i politologię. Wszechstronnie uzdolniona Maria ukończyła dwa uniwersytety w szwedzkim Uppsala i amerykańskim Kansas. Po studiach jedenaście lat mieszkała w niemieckim Frankfurcie nad Menem i pracowała jako korespondentka dla biznesowego czasopisma „Veckans affärer” oraz medycznego tygodnika „Dagens medicin”. W 2005 roku napisała pierwszą książkę Caipirinha with Death. Jej kunszt porównywano do "Mistrza i Małgorzaty". Od tej pory, Ernestam regularnie wydaje thrillery, kryminały i opowiadania. Obecnie mieszka w Sztokholmie z mężem i dwójką dzieci.

Polecane książki

Poruszający i trzymający w napięciu thriller psychologiczny o ciemnej stronie każdego z nas. Bada powiązania jakie łączą nas z przeszłością i odpowiada na pytanie czym jest wina. Ośmioletni chłopiec zostaje znaleziony martwy na placu zabaw. Jego, o trzy lata starszy, sąsiad zostaje Oskarżony o przes...
W książce zaprezentowano modele racjonalizacji energochłonności transportu samochodowego z uwzględnieniem funkcji maksymalizującej użyteczność, poprzedzając je analizą trendów oraz cykli koniunkturalnych. Dzięki takiemu podejściu autorka podjęła się próby wniesienia wkładu do sprecyzowania kierunków...
Na początku roku 2005 Polską wstrząsnęła lista. Medialne show, podejrzenia i święte oburzenie mieszało się z kolejnymi sensacjami na temat tego, kto rzekomo "donosił". Anda Rottenberg przedstawia w tej książce zapis sześciu miesięcy swojego życia z listą, od momentu jej ogłoszenia do dnia, w którym ...
  Na "Gender w weekend" pod redakcją Agaty Zawiszewskiej złożyły się teksty, które zostały zaprezentowane przez uczestniczki i uczestników spotkań z cyklu Au Feminin, który zorganizował szczeciński „Fem Club” w roku akademickim 2005/2006. Dzięki Matkom-Założycielkom tej nieformalnej grupy feministyc...
Sześćdziesiąt minut – tyle wystarczyło, żeby zniszczyć ludzką cywilizację.Tysiące lat później nastała nowa era ruchomych miast. Miasta drapieżcy na gigantycznych gąsienicach przemierzają wyludnioną Ziemię. Polują: atakują, walczą i pożerają się nawzajem.W tym świecie młody czeladnik i dziewczyna z b...
Książka Morawskiego, autora bardzo znanego dzieła „Sacco di Roma”, opowiada o końcu epoki krucjat, której epilogiem było zdobycie Konstantynopola przez Turków w 1453 r. Fragment: „Jednego z pierwszych dni maja 1481 r., w zmierzchach zapadającego wieczoru, posuwał się zbrojny orszak gwardii sułtański...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Maria Ernestam

Rozdział 1

Rok 2014

Veronico, dziś wydawało mi się, że znów zobaczyłam Jamesa.

Zaczęłam od tego, żebyś czytała dalej. Nie odpowiadałaś na moje próby nawiązania kontaktu, więc w końcu uznałam, że nie mają sensu. Nie widziałyśmy się od tak dawna, że nie bardzo wiem, jak mam pisać. Sam wstęp do tego listu zabrał mi pół godziny.

Mogę Ci za to powiedzieć, skąd mam Twój adres mailowy. Zadzwoniłam do Jontego, oczywiście był bardzo zaskoczony. O, najlepsza kumpela mamy, powiedział.

Był jak zawsze miły, więc domyślam się, że nic mu nie mówiłaś. Starając się trzymać jak najbliżej prawdy, wyjaśniłam, że oddaliłyśmy się od siebie, w dodatku utraciłam część adresów. Poratował mnie i nawet zdradził, że obecnie jesteś w Szwecji. Ciekawy zbieg okoliczności. Zresztą domyślam się, że czasem bywasz tu, nawet jeśli mnie o tym nie zawiadamiasz.

Jest tyle rzeczy, o których chciałabym Ci opowiedzieć i o które chciałabym zapytać. Jak Ci się wiedzie, jak wygląda Twoje życie. Wiem tak mało, właściwie nic. Brakuje mi Ciebie. Chciałabym, żeby wszystko było jak zwykle, chociaż to głupie, bo już nigdy nie będzie tak, jak było. A już na pewno nie dziś, bo naprawdę wydawało mi się, że zobaczyłam Jamesa.

Właśnie dlatego zasiadłam do pisania tego listu do Ciebie.

Mężczyzna siedział oparty o fasadę domu i coś do mnie wołał. Był ubrany w kombinezon roboczy, żółtą kamizelkę odblaskową i ciężkie buciory. Miał spiczasty nos, cienkie wargi i lekko opadające powieki. W pierwszej chwili pomyślałam, że przecież to James, i wydało mi się to niemal naturalne.

Zatrzymałam się, widocznie wyglądałam na kompletnie zdezorientowaną, bo powtórzył: Is this the Old town?. Odpowiedziałam po angielsku, że owszem, Stare Miasto, i zaczęłam bredzić coś o okolicznych zabudowaniach. Jednocześnie starałam mu się przyjrzeć i sprawdzić, czy to rzeczywiście James. Zgadzały się oczy, sylwetka, czarne proste włosy. Nie widziałam wyraźnie jego rąk.

Spytałam, skąd przyjechał. Odparł, że z Irlandii, wtedy rozpoznałam jego akcent. W tym momencie dotarło do mnie, że to nie James, tylko jakiś robotnik budowlany.

Wszystko wróciło z potworną siłą.

Minęło dziesięć lat, odkąd się widziałyśmy. Może osiem, odkąd przestałam do Ciebie pisać. Od tamtej pory sporo się wydarzyło, ale nie wiem, czy Cię to interesuje. Krótko mówiąc, jestem właścicielką księgarenki przy Brända tomten[1], handluję zarówno starymi, jak i nowymi książkami. Kupiłam ją zaraz po rozwodzie z Callem. Kontakt z klientami i możliwość robienia czegoś sensownego dają mi poczucie, że wysiłek jest tego wart. Z Callem udało się pozostać w przyjaźni.

Oprócz tego nadal piszę, ale już nie kryminały. Pod tym względem też dobrze mi idzie. Poznałam pewnego mężczyznę, od kilku lat jesteśmy parą. Jest pastorem i lubi horrory – chyba wystarczy, żebyś się domyśliła, że jest inny od wszystkich.

Przede wszystkim jest moim najlepszym przyjacielem. A jednak on też nie wie. Nie wie nikt poza Tobą i mną.

Dziś zrozumiałam, że nie ucieknę przed tym. Że jeśli się z Tobą nie skontaktuję, na zawsze pozostanę z poczuciem pewnego braku w moim życiu, chociaż w gruncie rzeczy jest to dobre życie. A jednak to gryzie mnie od środka i nie przechodzi. Raczej jest coraz gorzej.

Od czasu naszej wspólnej podróży rozmyślam nad tym, co właściwie kształtuje nas jako osoby. Jest tyle typów ludzi. Są ci, którzy dają, i ci, którzy biorą. Ci, którzy mówią, i ci, którzy milczą. Jedni okłamują siebie i innych, drudzy starają się być prawdomówni, choć to prawie niemożliwe. Są też tacy, którzy wierzą, że ludzie są albo dobrzy, albo źli, i nie rozumieją, że można być i takim, i takim, a większość po prostu stara się, jak może.

Zastanawiałam się, jaka ja jestem. Zapewne mieszanką tych wszystkich cech.

Już wiem, że muszę napisać o nas i o naszej podróży, żeby to nie przepadło. Bo jeśli tego nie zrobię, Veronico, może okazać się, że wszystko, co się wtedy stało, było bez sensu. Że ja jestem bez sensu. Kompletnie. Przeraża mnie ta myśl. Właśnie dlatego muszę nawiązać z Tobą kontakt i wyjaśnić wszystko, na ile to możliwe.

Bardzo bym się ucieszyła, gdybyś w końcu odpowiedziała. I mam nadzieję, że w głębi duszy wiesz, że nigdy nie chciałam Cię skrzywdzić.

Marieke

[1] Brända tomten – trójkątny placyk na sztokholmskim Starym Mieście, szw. Gamla stan (jeśli nie podano inaczej, wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

Rozdział 2

Rok 2014

Wpatruję się w ten mail tak długo, że litery zaczynają mi tańczyć przed oczami. W końcu zostawiam go, nie kasuję, ale też nie wysyłam, i idę między regały. Dzień przeszedł w wieczór, za oknami robi się ciemno, po niebie gonią się grafitowe chmury, w ich trzewiach mieszka zimno. Ostatni klient pożegnał się, zamknęłam za nim drzwi, zgasiłam światła. Jednak nie poszłam do domu, choć tylko kilka kroków dzieli księgarnię od mojego mieszkania. Wiem, że i tak nie zmrużę oka, dopóki nie dowiem się, że Robin jest cały i zdrowy.

Dzisiejszej nocy szuka dwojga turystów, którzy zabłądzili w górach. Ledwo zdążył mnie zawiadomić, że wyjeżdża, kiedy w radiu i w telewizji poinformowali, że w rejonie jest burza śnieżna i jeden śmigłowiec ratunkowy już się rozbił. Nie podano, czy są ofiary albo ranni, a ja nie mogę się dodzwonić do Robina i nie wiem, gdzie teraz jest.

A tu o zmroku suche liście tańczą na wietrze, który jest tylko cieniem tego, co dzieje się w górach. W uliczkach Starego Miasta burza wyraża się zaledwie cichym sapaniem w porównaniu z rykiem wydawanym przez nieokiełznaną przyrodę. Liście unoszące się w powietrzu przypominają mi, czym się teraz zajmuje mój syn, niepokój wprawia mnie w drżenie i wywołuje dreszcze. Lodowe igiełki śniegu zostały utworzone przez wichurę, zaspy utrudniają posuwanie się naprzód. Oby trzymali się i szukali razem, żeby kolejni nie zabłądzili.

W tym momencie moje myśli wracają do nieznajomego, wzięłam go za człowieka, którego bardzo chciałam spotkać raz jeszcze. Kiedy zdałam sobie sprawę, że to nie James, uciekłam, dotarłam do księgarni, trzęsącymi się rękami otworzyłam drzwi i zatrzasnęłam je za sobą. Zaparzyłam sobie herbatę. Próbowałam udawać, że nic się nie stało, i usiadłam nad tekstem, nad którym obecnie pracuję, jednak zdania, które z siebie wydobywałam, były nieprawdziwe, mętne. W końcu zostawiłam to. Wejście pierwszego klienta przyniosło mi ulgę, przypomniało, że świat kręci się jak zwykle, w każdym razie dla innych.

Jednak kiedy stanęłam przy kasie i miałam przyjąć zapłatę, wspomnienia dopadły mnie, wyjąc jak wilki. Starałam się oddychać spokojnie, spojrzeć na klienta i powiedzieć coś miłego, ale było to zupełnie daremne. Na drodze stanął mi James. I Veronica. Włożyłam tyle wysiłku w to, żeby zepchnąć ją do jakiegoś zakamarka swojej świadomości, do którego drzwi powinny pozostać zamknięte, żeby się nie wyślizgnęła ani nie wślizgnęła do tego, co jest mną i we mnie. Veronica przy pianinie, śpiewamy razem, nasze rozmowy przy kieliszku wina, Veronica na plaży albo w restauracji w San Francisco, w barze hotelowym. Przez cały dzień moje spojrzenie przyciągał pozłacany zegar, który kilka lat temu przeniosłam z mieszkania do księgarni. Musiałam, bo wprawdzie za dnia jego tykanie daje poczucie bezpieczeństwa, jednak w bezsenne noce napawało mnie takim smutkiem, że w końcu stało się nie do zniesienia.

Dziesięć lat. Dziesięć lat wspomnień zamkniętych w tym zasklepionym zakamarku. Nieudana próba opisania tej właśnie historii. Co robi pisarz z podciętymi skrzydłami, któremu zabrakło słów? Człowiek cofa się przed bestią z krwiożerczą paszczą, ostrożnie wycofuje się do najbliższego rozwidlenia, gdzie skręca w inną ścieżkę, odpoczywa wśród motyli i błahostek, aż zbierze się na odwagę i znów rusza ku nieznanemu, być może teraz ze strzelbą pod pachą, jeśli miał dość rozumu, żeby się czegoś nauczyć.

Po prostu pisze co innego.

Wchodzę do przejścia przy kąciku, gdzie zwykle piszę, nazywam je magazynkiem, bo stoją tam rzędy pudeł. Trzymam w nich wycinki, notatki dotyczące pomysłów i powiedzenia zapisywane nawet na paragonach albo na serwetkach, stare rękopisy, zdjęcia, pojedyncze zdania w notesach. Idę po drabinę i wyciągam znajdujące się w głębi pudło. Odnajduję w nim kartki.

Jest to nieukończony wstęp do powieści, gdzie imię Veronica miało być zamienione na jakieś inne, na przykład Angelika albo Monika, podobnie jak James mógł zostać Harrym, podczas gdy Langkawi miało stać się jedną z wysp Tajlandii. Andrews Sisters mogłyby nazywać się Harmony Sisters albo Trio Lescano. Była to w gruncie rzeczy moja próba pogodzenia się z tym, co się stało, opowiadałam prawie zgodnie z prawdą, ale nie do końca.

Jednak nie wyszła z tego żadna książka. Słowa, które miały nadać temu jakiś wyższy wymiar, zostały przy biurku zmięte w przygnębiające wypociny, suche, martwe zdania, przez co wszystko to wydało się jeszcze bardziej tragiczne. Jedynym przejawem mojego rozsądku było wyrzucenie wszystkiego do kosza. Czystki nie przetrwało ani jedno słowo. Z wyjątkiem wstępu.

I mam nadzieję, że w głębi duszy wiesz, że nigdy nie chciałam cię skrzywdzić. Dokładnie tak napisałam do swojej niegdyś najlepszej przyjaciółki. Jednak sama nie wiem, czy to prawda. Prędzej wyraz pobożnych życzeń, nazbyt odległych od rzeczywistości, nad których sensem się czasem zastanawiam. Wiem jedno, otóż z biegiem lat wmówiłam sobie, że potrafię wytłumaczyć się sama przed sobą, uwalniając się od żalu, poczucia winy albo złości. Akceptacja to jedyne, na co mogłam mieć nadzieję.

Tak było dotąd.

Rozdział 3

Rok 2004

W dniu, w którym się to wszystko zaczęło, właśnie zmagałam się z rękopisem, kiedy zadzwonił telefon. Zapomniałam go wyłączyć i nie powinnam była się rozpraszać, ale wyświetliła mi się Veronica. Uległam pokusie, bo jej telefon był szansą, żeby się pośmiać.

Jednak nie padło żadne wesołe cześć czyhalo anizgadnij, co się stało. Zamiast tego usłyszałam dziwnie ściśnięty głos, Veronica powiedziała coś absolutnie niepojętego. Zastała swoją ciotkę Klarę martwą w łóżku. Pojechała do niej do Uppsali, były umówione na lunch, ale kiedy zadzwoniła do drzwi, nikt nie otworzył.

W końcu użyła klucza, który Klara dała jej zaledwie kilka tygodni wcześniej. Weszła do mieszkania i znalazła ciotkę w sypialni. Spokojną, z uśmiechem na ustach. Ale zimną.

Tu głos jej się załamał, Veronica wybuchła niepohamowanym płaczem. Udało mi się zachować spokój na tyle, żeby dowiedzieć się, że zawiadomiła odpowiednie służby. Wyjąkała wśród szlochów, że właśnie wraca do Sztokholmu.

Ciotka Klara. W życiu Veroniki stanowiła najważniejszy punkt odniesienia. Była jej opoką. Ojciec zniknął już w momencie narodzin Veroniki, a może jeszcze wcześniej, z kolei matka w pełnym wymiarze godzin zajmowała się sobą, babrząc się we własnym wnętrzu.

We wczesnym dzieciństwie dziewczynka była z matką, pomieszkiwały w różnych dziwnych miejscach, ale kiedy poszła do szkoły, nie dało się kontynuować koczowniczego życia. Wtedy przez dłuższy czas siostrzenicą zajmowała się ciotka Klara, zresztą zawsze dawała do zrozumienia, że chętnie to zrobi. Przecież była samotna, bez własnej rodziny, moja mama mawiała, że Klarze się udało, ma w domu dziecko, choć nie własne.

Czasem pewnie zdarzało się, że Veronica tęskniła za matką, na pewno tak było, jednak z upływem lat ich stosunki wydawały się tym lepsze, im dalej od siebie przebywały. Kiedyś słyszałam, jak rozmawiając z nią przez telefon, powiedziała niemal miło: Mamo, jesteś niepoprawna. Matka wyjechała wtedy na weekend do Paryża z pewnym żonatym mężczyzną.

Klara natomiast chyba nigdy nie angażowała się w żadne romanse. Była nauczycielką francuskiego, niemieckiego i angielskiego, jej półki były pełne książek, dobrze robiła na drutach, malowała akwarele i rok w rok wyjeżdżała na pięć tygodni ciągle do tej samej zagranicznej miejscowości. Poza tym wiodła w Uppsali życie uporządkowane i spokojne, a Veronica znalazła w niej kogoś, kto – jak się zdaje – z radością wziął na siebie rolę samotnej matki.

Klara. Również dla mnie w burzliwych latach dzieciństwa i młodości była twierdzą i prawdziwym oparciem.

Rzuciłam wszystko i pojechałam na dworzec po Veronicę. Zadbałam, żeby dotarła do swojego mieszkania, spróbowałam wmusić w nią jakieś jedzenie i zostałam u niej na noc. Obejmowałam ją za każdym razem, gdy budziła się z krzykiem, to znaczy prawie co godzinę. Głaskałam ją po głowie, gotowałam mające zmniejszyć lęki mleko z miodem, bo przecież miałam świadomość, że musi jeść i spać, jeśli ma przetrwać najbliższe dni.

Wskazówki budzika świeciły fosforyzująco, a ja wspominałam noce przespane w dzieciństwie u Veroniki, kiedy w środku nocy budziłam się z nerwów przed klasówką lub dlatego że mnie drapało w gardle. Klara albo wstawała w tym samym momencie co ja, albo mogłam uchylić drzwi do jej sypialni i wyszeptać jej imię.

Pamiętam firankę powiewającą w przeciągu od otwartego okna, chłodne nocne powietrze w jej pokoju i lekki oddech Klary, która natychmiast odrzucała kołdrę, na koszulę nocną narzucała szlafrok i szła ze mną do kuchni.

Czasem tam przysiadałyśmy. Popijałyśmy mleko z kubka i gawędziłyśmy. Napełniało to uczuciem ufności trudnym do opisania, ale wręcz namacalnym. Zdarzało jej się zaśmiać z czegoś, co w rzeczywistości chyba nie było takie zabawne. Następnie okrywała mnie starannie w łóżku i prawie za każdym razem udawało mi się zasnąć.

U nas w domu tata musiał się wysypiać i wściekał się, jeśli został niepotrzebnie obudzony.

– Przecież nie dam ci zastrzyku – powiedział pewnego razu, kiedy miałam zły sen i odważyłam się podreptać do sypialni rodziców. Nigdy nie zrozumiałam, czy to miał być żart.

Tamtej nieskończenie długiej nocy nasłuchiwałam spłoszonego oddechu Veroniki i wspominałam kolacje, które zjadałyśmy we trzy po tym, jak Klara wykonała telefon do moich rodziców i zapewniła, że mogę u niej zostać. Nie zwracała uwagi na to, co ani jak jemy, tylko wypytywała, jak minął dzień, o szkołę albo ogólnie o rozterki życiowe.

Uczucie, że to, co się mówi, jest ważne i warte wysłuchania, dodawało odwagi, żeby się otworzyć, dzielić się swoimi myślami i obawami. Nie zdarzyło się, żeby w środku wypowiedzi wstała albo sięgnęła po gazetę i zaczęła przewracać strony, albo żeby się rozgniewała, jeśli zrobiłam plamę na obrusie. Po prostu była otwarta i życzliwa bez wrażenia, że chce się poczuć dobra, a nawet lepsza od innych.

Potrafiła wypowiadać mądrości, których się wtedy do końca nie rozumiało, ale dało się z nich czerpać pociechę. Jak kiedy teatralnym głosem oznajmiała, że: coś trzeba przecież robić, czekając na śmierć albo że pora, aby się odseparować w duchu. Inne ulubione powiedzenie brzmiało: uczmy się na swoich błędach, powiedział jeż, schodząc ze szczotki ryżowej. Powtarzałyśmy to potem z Veronicą, a ciotka wołała wtedy właśnie. Świetnie opowiadała różne historie, robiła to z żarem i wielkim przekonaniem, wielu z jej rodzinnych opowieści albo soczystych wyrażeń użyłam potem w moich książkach, aby dodać kolorytu jakiejś nietypowej postaci.

Uwielbiałam jej szalone poczucie humoru.

Veronica obudziła się znów około czwartej nad ranem. Już nie tyle płakała, co zawodziła, i w końcu wykrztusiła, że nawet nie mogła się z Klarą pożegnać, nie odbyła z nią ostatniej rozmowy, w której mogłaby powiedzieć, jak bardzo ją kocha.

– Wiedziała o tym, zapewniam cię.

– W szkole… i Jonte, i kolejne małe dziecko w rodzinie…

– Dasz radę. Pomogę ci.

– Mieszkanie bez niej… ojej, Marieke…

Tak. Mieszkanie Klary. Zawsze chciałam do niej iść i zostać jak najdłużej, bo znajdowałam tam spokój i miłość, i rozwiązanie wszystkich problemów, i jeszcze czekającą na mnie szczoteczkę do zębów.

– …kiedy pojechałyśmy do Skansenu, to tak się złościłyśmy, bo żaden z tych cholernych zwierzaków nie chciał wyjść ze swojej jamy! Ale domyślam się, że…

Cień i echo naszego dzieciństwa, nasze wspólne wspomnienia. Chciałam powiedzieć, że Klara była dla mnie prawie albo nie, nie prawie, tylko równie ważna dla mnie, jak dla Veroniki. Jednak tamtej nocy, zresztą również w następnych dniach, raczej nie było miejsca na takie myślenie.

I ona, i ja musiałyśmy radzić sobie z jej rozpaczą. Musiałam ją wesprzeć, i to niezależnie od tego, że spadł na nią obowiązek zatroszczenia się o schedę po Klarze. Spędzałam całe godziny przy telefonie, biorąc na siebie rozmowy z różnymi urzędami, jednocześnie pilnowałam, żeby Veronica się nie załamała, żeby jadła, spała i umyła włosy.

Pewnego popołudnia siedziałam w kawiarni, gdy zobaczyłam kobietę podobną do Klary, stała przy ladzie, kupując jakieś wypieki. Ścisnęło mnie w żołądku, kiedy zdałam sobie sprawę, że już nigdy więcej nie zobaczę, jak owija szyję szalem i przesuwa dłonią po karku, unosząc włosy. Przeszył mnie paroksyzm bólu, który następuje w najmniej spodziewanym momencie. Dlaczego nic nie może zostać, jak jest? Oczywiście jako ludzie urodziliśmy się do walki. Jednak przydałoby się kilka kamieni, po których dałoby się spokojnie przejść i nie ześlizgnąć w zdradliwą wiarę w trwanie.

A potem odbył się pogrzeb.

Rozdział 4

Rok 2004

Był zimny lutowy ranek, słońce świeciło blado, kiedy wysiadłam z pociągu. Veronica pojechała do Uppsali dzień wcześniej, oficjalnie, by dopilnować konsolacji i różnych formalności w kościele, a po prawdzie, aby jej mama była w stanie nadającym się do wyjścia między ludzi.

Byłam z nią przy załatwianiu przyjęcia i zdumiała mnie liczba osób, które potwierdziły swoją obecność. Jednak kiedy rozmawiałam o tym z Veronicą, odniosłam wrażenie, że nie podziela mojego zdumienia. Powiedziała krótko, że widocznie przyjdzie cała szkoła.

Powietrze tego dnia było przejrzyste, oddechy przybierały postać obłoczków, jednak kiedy przyspieszyłam kroku, zrobiło mi się gorąco i w końcu mogłam nawet rozpiąć palto pod szyją. Co pewien czas wydawało mi się, że w tłumie mignęła postać Klary. Znów powróciło wrażenie, że lada chwila wyjdzie zza rogu i ucieszy się na sam mój widok. Wtedy dotarło do mnie, jak wielkim darem jest taki uśmiech.

Veronica z matką stały przed katedrą, kiedy do rozpoczęcia uroczystości pozostało chyba ponad pół godziny. Obok niej stał Jonte – elegancki, w garniturze, w którym widziałam go jedynie w kilku sytuacjach. Veronica była blada, w czarnej sukni, ale w jasnych pończochach, przez co jej nogi wydawały się jeszcze dłuższe, przy wycięciu pod szyją miała przypiętą różę. Jej matka narzuciła dziany kolorowy szal na płaszcz, który krzywo opinał jej sylwetkę, jeszcze bujniejszą, niż kiedy widziałam ją ostatnio. Obie były w wysokich butach na obcasie.

– Marieke! – zawołała matka Veroniki. – Jakie piękne kwiaty, słyszałam, że właśnie wydałaś nową książkę, cieszę się, czytałam poprzednią i bardzo mi się podobała, ale zastanowiła mnie jedna rzecz, wiesz, ten mężczyzna, który zniknął na końcu, wiadomo, co się z nim stało?

– O kim mówisz?

– Ojej, o tym przystojniaku… no wiesz…?

Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że w tym momencie nie potrafię tego odtworzyć, ale przyznaję jej prawo do własnej interpretacji. Roześmiała się i zdecydowanym ruchem mocno mnie objęła. Miałam nadzieję, że nie pobrudzi mnie swoją szminką. Veronica stała obok sztywna i zacięta.

– Przeczytaj sobie – odezwała się, kiedy matka już mnie puściła. Wzięłam od niej złożony wycinek z gazety i przeczytałam wspomnienie o Klarze. Był to jej życiorys, skupiający się głównie na pracy w szkole, na jej wszechstronnym wykształceniu i talentach pedagogicznych, na oddaniu uczniom, dalej zwyczajowe formułki o pogodnym usposobieniu i nieustannej gotowości niesienia pomocy w każdych okolicznościach. Niezawodna, prawdziwy filar i tak dalej. Tekst podpisali dyrektor szkoły i grono kolegów nauczycieli.

Kiedy podniosłam wzrok, zobaczyłam, że przed wejściem do kościoła zdążyło się już zebrać więcej ludzi. Były to osoby w różnym wieku, wiele z nich najwyraźniej postanowiło nie ubierać się na czarno. Jakiś mężczyzna miał na głowie kowbojski kapelusz i włosy do ramion. Obok niego stała nieco młodsza, drobna kobieta w wielkich okularach, przypominała owada. Wydawali się pogrążeni w bardzo osobistej rozmowie.

Szturchnęłam Veronicę i lekko kiwnęłam głową w ich stronę. Spojrzała i wzruszyła ramionami. Na moje wyszeptane pytanie, czy wie, kto to jest, pokręciła głową.

Ledwo odwróciłam od nich wzrok, kiedy na żwirowej ścieżce pojawiło się dwóch mężczyzn. Obaj w garniturach i lakierkach. Jeden miał schludne wąsy nad tak pięknie wykrojonymi ustami, że przywiodły mi na myśl zupełnie inne rzeczy. Wąsy w sam raz do tanga, jak mawiała moja babcia. Drugi miał starannie ufryzowane jasne loki i pachniał po pańsku, by użyć jeszcze jednego wyrażenia babci.

– Kto to jest?

Zamiast do Veroniki, zwróciłam się do jej mamy. Gapiła się na nich bez żenady. Jednak nie miała pojęcia, nawet się zdziwiła, dlaczego Klara ukrywała taką znajomość. Przystojni. Jeden i drugi. Jasny gwint.

W tej samej chwili zobaczyłam swoich rodziców, szli w naszą stronę. Ojciec był w jesionce i wyświechtanych skórzanych rękawiczkach jeszcze z czasów mojego dzieciństwa. Mama w przyciasnym płaszczu pogrzebowym, który nosiła jedynie w żałobnych okolicznościach, kiedy uważała, że trzeba włożyć coś ciemnego, chociaż bardzo jej w tym nie do twarzy. Ale była ładnie uczesana i pomalowała usta różową szminką.

Tata tylko kiwnął mi głową, pewnie uznał, że tego wymaga etykieta, by potem wyciągnąć rękę do Veroniki i jej mamy, wypowiadając słowa kondolencji. Moja mama pogłaskała Veronicę i objęła ją, a Veronica osunęła się jak pacynka, która po wyciągnięciu z niej dłoni zostaje bez władzy nad sobą, bez życia i kierunku.

Podszedł pastor, starszy mężczyzna, którego oczy widziały chyba wszystkie możliwe nieszczęścia. Rozejrzał się, po czym zaprosił Veronicę i jej mamę, aby weszły z nim do środka. Veronica chciała, żebym poszła z nimi, więc zostawiłam rodziców i Jontego.

Zebraliśmy się w niewielkim bocznym pomieszczeniu, żeby powtórzyć sobie poszczególne punkty uroczystości. Pieśni i słowa, wszystko, co po dyskusjach ustaliłyśmy z Veronicą. Nie było tego wiele, bo Klara zostawiła wskazówki co do organizacji pogrzebu. Veronica znalazła je w jednym ze skoroszytów Klary zatytułowanym Śmierć.

Rozległo się bicie dzwonów. Pastor wstał i szybko chwycił pod rękę mamę Veroniki, gdy stąpnęła niepewnie, kierując się w stronę wejścia do katedry.

Kościół rozświetlało mnóstwo świec. Z przodu stała ozdobiona różami trumna. Na ziemi było ich jeszcze więcej, bukiety, wieńce i pojedyncze sztuki od bieli po krwistą czerwień. Ich zapach wypełniał kościół, podchodził pod witraże i otaczał ławki, w których ludzie robili sobie nawzajem miejsce. Wszyscy, których nie znałam. Mignęła mi twarz taty. On również wydawał się zdumiony. Mama przewracała kartki w książeczce do nabożeństwa i wydawała się nieświadoma tego, co dzieje się wokół.

Podczas nabożeństwa starałam się przywołać wspomnienie Klary. Kiedy nas przyjmuje po szkole, woła do kuchni, wyjmuje chleb, masło, ser i mleko. Kiedy siada z nami przy stole, by potem pójść do swojego gabinetu albo usiąść na kanapie z książką w ręku przy włączonej muzyce. Kiedy pyta, czy długo siedziałyśmy w nocy, co bym zjadła na śniadanie i czy mam ochotę na jajko na miękko.

Było to echo życia, szeptów i krzyków, każde wspomnienie, choćby wytarte, wydało mi się rozpaczliwie cenne. Szukałam w nich chwil, które dałyby mi teraz pocieszenie, wracały do mnie w różnym kształcie albo jako ostre zdjęcia, albo jak gwiazdy widziane oczami krótkowidza, czyli coś białego rozlanego na niebie.

Podczas podchodzenia do trumny, kiedy już położyłam tam swoją różę, znów dopadło mnie wrażenie nierzeczywistości. W dodatku tylu ludzi. Kim była ta kobieta w pierwszej ławce wyglądająca jak przeterminowana hipiska z lat sześćdziesiątych? Albo mężczyzna w wytartej aksamitnej marynarce, ten, który przez całe nabożeństwo płakał i ciągle wycierał nos?

Podczas psalmu Härlig är jorden, gdy potężna pieśń wzniosła się pod łukowate sklepienie, mnie również łzy przesłoniły wzrok, ale policzki Veroniki i jej mamy pozostały suche. Kiedy potem stałyśmy w nieśmiałych promieniach słońca, ściskając dłoń za dłonią i patrząc w nieznajome oczy, już wiedziałam, że jest o czym porozmawiać, kiedy najgorsze będzie już za nami.

Konsolację zamówiłyśmy w Eklundshof. Wahałyśmy się, czy zorganizować gościom dojazd do restauracji, ale doszłyśmy do wniosku, że powinni sami o to zadbać. Veronica usiadła za kierownicą swojego samochodu i kiedy ja, Jonte i jej mama już wsiedliśmy, ruszyła ostro z miejsca. Tata pomachał mi i zasygnalizował, że pojadą za nami.

– Pięknie było.

– Tak.

– Pastor wygłosił piękną mowę.

Bez odpowiedzi.

– Wiesz w ogóle, kim są ci ludzie?

– Nie.

Twarz Veroniki stała się jeszcze bledsza. Jej mama wychyliła się między oparcia przednich siedzeń, łaskocząc mnie swoimi włosami po policzku.

– Ja też nie. Może to ludzie, którzy chodzą na konsolacje, żeby najeść się za darmo? Są tacy, co chodzą od pogrzebu do pogrzebu, żeby się nażreć. Sprawdzają w nekrologach i…

– Mamo, przestań.

– Ja tylko mówię, jak jest.

– Przestań.

Mama Veroniki opadła z powrotem na siedzenie. W jej komentarzu było widocznie coś, co uwolniło powściągany dotąd smutek córki. Po policzkach Veroniki spływały jak wiosenne wody potoki łez, a kiedy spojrzałam przez okno, okazało się, że przyroda odpowiedziała jej tym samym. Zaspy wzdłuż drogi zrobiły się szkliste, na wilgotną jezdnię spływały strumyczki z topiącego się śniegu. Kiedy już dojechaliśmy na miejsce, Jonte objął Veronicę jedną ręką, a ona oparła mu głowę na ramieniu.

Posiłek był obfity, półmiski pełne, na wszystkich stolikach stało wino, przy którym prowadzono ciche rozmowy. Smutek zaległ nad salą jak mgła, ale nie wykrzywił twarzy rozpaczą. Veronica powitała żałobników, wszyscy zabrali się do jedzenia i picia, co pewien czas ktoś wstawał, żeby wygłosić przemówienie.

Mężczyzna z wąsem jak do tanga powiedział, że w osobie Klary utracił swoją najlepszą kumpelkę do żartów, a przy tym damę, którą naprawdę dało się prowadzić w rumbie. Stara hipiska dziękowała Klarze, że miała odwagę być odważna, po czym zakończyła słowami: obyśmy nigdy nie zapomnieli: peace, love and understanding. Kobieta przypominająca owada powiedziała, że Klara pozostanie na zawsze jej największym źródłem natchnienia. Żadne z nich nie wspomniało, skąd ją znają, mówili jedynie, że była to przyjaźń, która trwała przez lata. W większości przypadków wiele lat.

Mama Veroniki dolewała sobie wina aż za często, a wypiłaby jeszcze więcej, gdyby Veronica jej nie powstrzymała. Jakaś starsza kobieta w turbanie i o imponujących warunkach głosowych zaśpiewała solową pieśń. W pewnym momencie Veronica wstała i podziękowała za życzliwość i okazane serce, następnie podeszła do fortepianu. Zagrała z wielką ekspresją, a potem poprosiła mnie, żebym zaśpiewała razem z nią.

Wypadłyśmy nieco blado w porównaniu z poprzednią wykonawczynią, ale dałyśmy radę. Sopran Veroniki zabrzmiał zdumiewająco mocno, ja zaśpiewałam drugim głosem, nawet nie bardzo drżącym. Zrobiłyśmy to dla Klary, której by się podobało.

Przy stole z deserami podszedł do mnie tata. Nalał sobie do pełna kawy.

– Strasznie dużo ludzi przyszło.

Nie odpowiedziałam, więc przysunął się bliżej.

– Dziwny melanż.

– Tak. Ale też Klara była bardzo towarzyska.

– Towarzyska? Nie powiedziałbym.

– Ależ tak. Miała mnóstwo znajomych.

Mówiłam wbrew własnemu przekonaniu. Tata mruknął coś pod nosem, potem nalał jeszcze jedną filiżankę i dodał mleka, na pewno dla mamy.

Veronica miała właśnie wstać, powiedzieć kilka słów na zakończenie, kiedy podniósł się facet z wąsem.

– Kilkoro z nas chciałoby uczcić pamięć Klary jeszcze jednym utworem – odezwał się.

Veronica nie zdążyła odpowiedzieć, gdy w sali już zaczęto odsuwać krzesła. Stanęło przed nami około dziesięciu osób. Blondyn, kolega wąsacza, pomajstrował przy przyniesionym przez nich sprzęcie grającym i już w następnej chwili akompaniament wypełnił cały lokal. Grupa zaczęła śpiewać, ale dopiero po dłuższej chwili udało mi się zrozumieć słowa. I’ve Gotta Be Me Sammy’ego Davisa, który gani zaślepiony głupotą świat.

Veronica stała nieruchomo z zastygłą twarzą, ale jej mama była wyraźnie rozweselona. Kołysała się w miejscu i próbowała wtórować w melodyjnym refrenie. Po zakończeniu nachyliła się do mnie i powiedziała, że na swoim pogrzebie chciałaby mieć tę samą piosenkę. Nie mogłam się powstrzymać i powiedziałam, że da się załatwić, ale chyba się nie obraziła.

Gdy w końcu goście zaczęli się rozchodzić, zebrałam się na odwagę i podziękowałam facetowi z wąsem do tanga, zapytałam też, skąd znał Klarę.

– O, znaliśmy się kawał czasu. Ona była wspaniała.

– Mieszka pan w Uppsali?

Facet pokręcił głową. On i jego towarzysz przyjechali z Hudiksvall. A potem doszedł do nas wspomniany towarzysz pachnący jak prawdziwy pan i obaj się pożegnali.

Mężczyzna w podniszczonej aksamitnej marynarce uściskał i mnie, i Veronicę. Przed wyjściem pogłaskał jeszcze Veronicę po policzku, nie był w stanie wykrztusić słowa, bo znów się rozpłakał. Ścisnęłam ramię Veroniki, która dygotała od zimnego popołudniowego powietrza. Jonte stał nieco dalej, rozmawiał z kilkoma dalekimi krewnymi.

Moi rodzice byli wśród ostatnich wychodzących. Twarz taty była wciąż napięta i spoglądał niemal gniewnie na Veronicę i jej mamę, które stanęły obok. Widziałam potem, jak idąc do samochodu, kręcił głową, usłyszałam, jak mruknął coś o błazeńskich zachowaniach. Mama wyglądała przy nim jak sikorka, wsiadła do samochodu, odwróciła się i pomachała ręką.

Kiedy już zniknęli nam z pola widzenia, Veronica oznajmiła, że odwozi swoją mamę. Spotkało się to z protestem.

– Miałyśmy jeszcze razem powspominać.

– Nie mam już siły.

– To co będziesz robić?

– Przenocuję u Klary. Już mówiłam.

U Klary.

Mama Veroniki zostawiła to. Nuciła piosenkę, którą zaśpiewał chór, i rozwodziła się nad ludźmi, których chętnie poznałaby wcześniej. A może jeszcze nie jest za późno, Veronica chyba ma ich telefony. Halo, Veronico?

Kiedy dojechałyśmy na miejsce, dała mi jeszcze lepkiego całusa, by potem chwiejnym krokiem podejść do swojej bramy. Chwilę postała, wystukując niezdarnie kod wejściowy. Kiedy zniknęła w środku, Veronica powiedziała, że zmieniła zdanie, nie odwiezie mnie na pociąg, tylko pojedziemy do Sztokholmu. Nie wytrzyma sama w mieszkaniu Klary.

– Jonte miał zostać w Uppsali?

– Tak. Pytał, czy mi towarzyszyć, ale powiedziałam, że nie musi.

– Chcesz przenocować u mnie?

– Może.

Podczas jazdy na pewien czas odłożyłam w myślach temat mamy Veroniki i jej stanu. Natomiast nie mogłam przestać mówić o pogrzebie. O pięknej uroczystości w kościele i niemal pogodnej atmosferze podczas konsolacji. O przemówieniach. Spytałam ostrożnie, czy uważa, że doszło tam do jakichś niewłaściwych zachowań, ale nie otrzymałam odpowiedzi.

Jej niepokój był odczuwalny w całym samochodzie. Dłonie trzymające kurczowo kierownicę, wzrok skierowany przed siebie, szarpnięcia podczas zmiany biegów, gaśnięcie silnika na światłach. Po pewnym czasie podjęłam nową próbę.

– Jednak uważam, że to był bardzo piękny dzień. Ci dwaj faceci z Hudiksvall – gdzie Klara mogła ich poznać? Na jakimś wyjeździe do teatru?

– Nie wiem, kim byli.

– Człowiek poznaje dużo ludzi, którzy mogą nam być bliżsi, niż by się wydawało, a Klara przez całe życie mieszkała w Uppsali.

Milczenie.

– Miałam wrażenie, jakby była wśród nas. W dobrym sensie.

Veronica podjechała niebezpiecznie blisko samochodu znajdującego się przed nami i zahamowała tak gwałtownie, że torebka spadła mi na podłogę. Podnosząc ją, zobaczyłam, że róża przy jej sukni zgubiła większość płatków. Jeden przykleił się do pedału gazu.

– Ale nie była.

Dałam za wygraną, nagle poczułam się kompletnie wyczerpana. Drapały mnie pończochy. Veronica spojrzała na mnie, jej oczy były jak dwa boleśnie świecące kamyki. Aż się skuliłam na siedzeniu i zamknęłam oczy, warkot silnika rozszedł się we mnie jak mechaniczna kołysanka.

Po pewnym czasie zapadłam w sen, jednocześnie pełna emocji i ogołocona z nich. Obudziłam się w Sztokholmie, niedaleko mojej dzielnicy, bez świadomości, gdzie się znajduję.

Rozdział 5

Rok 2014

Cienie listopada i cienie lutego mają ze sobą coś wspólnego. Nie są mianowicie tak okrutne, jak czarne całuny grudnia i stycznia, są jednak świadectwem, że czas mroku jest długi, jakby już nigdy nie miało się zrobić jasno.

Wstaję z bujanego fotela i znów patrzę na komórkę, chociaż nie przeoczyłabym, gdyby zapiszczała. Ale w mojej księgarni jest cicho, szumi tylko jakaś rura, może kaloryfer. Zimno mi, podkręcam go, odgłosy stają się głośniejsze.

Ani słowa od Robina. Jest dziewiąta wieczorem, wichura na zewnątrz się nasiliła.

Dolewam sobie herbaty. Komputer przeszedł w stan uśpienia, muszę wpisać hasło i wtedy znów widzę na ekranie mail do Veroniki. Przesuwam kursor w stronę „wyślij”, ale zatrzymuję się w pół drogi. Wracam do księgarni i spoglądam na książki, które pokazują mi plecy. Stoję, obejmuję się ramionami, wbijając w nie palce.

W latach dzieciństwa i wczesnej młodości mieszkanie Klary, siedzenie przy jej stole kuchennym były dla mnie jak wyzwolenie. Dodawały mi pewności siebie i poczucia akceptacji, wreszcie można było odetchnąć i nie myśleć bez przerwy o swoim zachowaniu, bo muszę albo tak trzeba. Chyba było mi lepiej we wczesnym dzieciństwie, wspomnienia z tamtego okresu są dość mgliste, jednak jest dla mnie oczywiste, że przeprowadzka do Uppsali, kiedy miałam dziewięć lat, nie była bezbolesna.

Coś się zmieniło zarówno w mojej rodzinie, jak i w naszym sposobie postrzegania świata i stosunku do ludzi z naszego otoczenia. Wynikało to, rzecz jasna, z przejścia taty do słabiej opłacanej i mniej prestiżowej pracy. Nowe mieszkanie było mniejsze od domu w Göteborgu, nie było ogrodu, nawet balkonu. Usiłowania mamy, by dopatrzyć się plusów w tym skurczeniu się naszego terytorium, napełniały ojca raz goryczą, raz gniewem, a jego starania, by to ukryć, nie były zbyt przekonujące. W niektóre dni wystarczyło mi spojrzeć im w oczy, żeby potem nie tylko mówić ciszej i ograniczyć gesty, ale również pytać, czy mogłabym w czymś pomóc.

Nie było miejsca na moje żale związane z tym, że musiałam zostawić starą szkołę i pójść do nowej, nie pomagało nawet to, że w przeciwieństwie do mamy Veroniki moi rodzice nie jeździli do Paryża, by oddawać się miłosnym przygodom, tylko grzecznie chodzili w kapciach, a w piątkowe wieczory oglądali razem telewizję.

Bez powszechnie podziwianej Veroniki, która od chwili przestąpienia progu nowej klasy wzięła mnie pod swoje skrzydła, czułabym się bardzo samotna, a u ciotki Klary nie musiałam chodzić na paluszkach. Czasem zwracałam się do niej ciociu i nigdy mnie nie poprawiała.

Gdy dziś przypominam sobie tamten czas, widzę siebie, jaką byłam, a może, jaką się stałam po przeprowadzce: porządną, czasem nieśmiałą, ale nigdy niegrzeczną. Miałam starszego brata wyróżniającego się sprytem, równymi przednimi zębami i sukcesami w każdej dziedzinie, którą postanowił się zająć. Chyba łatwiej przeszedł do porządku dziennego nad zmianą i zdecydowanie zmierzał tam, dokąd chciał, podczas gdy ja telepałam się za nim na pulchnych nóżkach i musiałam zadowalać się resztkami, nosząc po nim sprane koszulki, z których już wyrósł, i jeżdżąc na jego starych nartach – albo za długich, albo za krótkich.

Jeśli czułam się swobodnie w czyimś towarzystwie, bywałam otwarta, choćby miało to nastąpić dopiero po pewnym czasie. Wtedy lgnęłam do tej osoby szczęśliwa, pełna ufności i naiwnej wiary. Często mi mówiono, że należy być grzecznym. Pewnie niepotrzebnie, bo i tak byłam dosyć grzeczna.

Praca taty jako kierownika sklepu Konsum przyprawiała go często o ból głowy. Załatwiał sprawy związane z personelem i z magazynem, nie zawsze zgadzały mu się liczby. Po powrocie do domu, jeszcze zanim zdjął buty, często zaczynał wytykać to i tamto. Albo powodem jego złości był bezczelny klient, albo niestarannie powieszona kurtka w naszym ciasnym i ciemnym przedpokoju.

Mama dostała pół etatu w biurze i jej zarobki na pewno były istotnym dodatkiem do rodzinnego budżetu. Oprócz tego prowadziła dom, prała, gotowała, ale tylko z poczucia obowiązku, bo te domowe zajęcia kompletnie jej nie interesowały. W młodości, przed zaręczynami, zajmowała się fotografią, ale po urodzeniu mojego brata skończyło się jej patrzenie na świat przez obiektyw aparatu.

Czasem po południu nastawiała płyty, słuchała ich na cały regulator, a my, dzieci, śpiewaliśmy i tańczyliśmy. Wtedy odczuwałam coś w rodzaju beztroski, a może braku trosk, z czym spotykałam się u Klary i Veroniki. Ale jeśli tata wrócił, zanim się zdążyliśmy zorientować, wpadał do salonu i krzyczał, żebyśmy się, do diabła, uciszyli.

I znów wracało zamartwianie się, złość, a może i wstyd, że się nie postarało dostatecznie, nie spełniło czyichś, a zwłaszcza własnych oczekiwań.

Dlaczego Uppsala? Bo to miasto rodzinne mamy. Gdyby tata miał sam decydować, wybrałby Borås albo Trollhättan, a najchętniej Umeå, ale w tym przypadku mama okazała się twarda jak stal. W Uppsali czuła się u siebie, było tu jeszcze trochę przyjaciół i znajomych, wprawdzie nie wiem tego na pewno, ale być może liczyła, że podejmie na nowo to, co kiedyś zarzuciła, dzięki czemu znów będzie odczuwała zadowolenie z życia, stanie się kobietą odważną, wierzącą w spełnienie marzeń.

Bo mama była z gruntu radosna, chociaż śmiech jakby utknął jej w ściśniętym gardle, skąd próbował się wydostać. Może dlatego często wydawała się nieobecna i wtedy musiałam pytać po raz wtóry, bo myślała o czymś innym. Miałam wrażenie, jakby szukała schronienia we własnym wewnętrznym świecie, wśród zawiedzionych nadziei i pragnień, które wyśpiewywała i wytańcowywała w salonie, najlepiej do muzyki jej ulubionego Jacques’a Brela. Wszystko to w czasie, gdy jej wykształceni rodzice chodzili do sklepów Ica[2], wyrażając tym samym poparcie dla wolnej konkurencji, podczas gdy tata wciąż wierzył w handel spółdzielczy i zbierał paragony z zakupów.

Kiedyś jedliśmy dzień w dzień kotlety schabowe, bo duża partia towaru nie zeszła tak, jak się spodziewano. Jedliśmy je z ziemniakami, z ryżem, z warzywami i ze spaghetti. Tata jadł, cokolwiek mu nałożono na talerz, a mama pięknie nakrywała stół, ziemniaki na jeden półmisek, marchewki na drugi. Plecione pudełko na florę, chleb w koszyku. Lniane serwetki, dla rodziców włożone w srebrne kółka, dla nas w drewniane, moja z myszką, a brata ze świnką.

Zatem wszyscy siadaliśmy do stołu i wyduszaliśmy z siebie pytania i odpowiedzi dotyczące naszego dnia, a ja ciągle myślałam, czym wypełnić pauzy. Czasem tata chwytał się jakiejś dziedziny albo poglądu i zaczynał monologować na ten temat, mogło to być cokolwiek, od sytuacji na świecie po wysypujące się śmietniki w parku. Nic nie było tak, jak trzeba, a gdyby nawet, to dawniej i tak było lepiej.

Później, gdy mrok w jego duszy i demony w jego głowie zmagały się ze sobą w najlepsze, a dla pieśni mamy już nie było miejsca, zaszywałam się z książką w łazience. To był mój azyl, tu można było zamknąć się na klucz, wolno było zniknąć, może jak mama, tyle że była to ucieczka w słowa zamiast w muzykę.

Zasoby były niewyczerpane, wystarczało iść po nowe książki do bibliotekarki, która pod wieloma względami przypominała Klarę. Klarę, która interesowała się tym, co sobie wybrałam, i czasem z rozpędu czytała głośno, a nawet odgrywała niektóre sceny. Nauczyła mnie, że życie staje się bardziej przystępne przez literaturę, dzięki tej wiedzy nabrałam wiary w siebie, chociaż wtedy nie umiałabym powiedzieć, skąd mi się to wzięło.

Droga do mieszkania Klary wiodła rzecz jasna przez Veronicę i wciąż mam w pamięci ten pierwszy dzień w Sverkerskolan[3] w Uppsali. Na dziedzińcu szkolnym czekała na mnie i mamę moja nowa pani, przywitała się z nami obiema, a potem mama mnie zostawiła. Było już po dzwonku, wszyscy uczniowie zdążyli pójść do klas.

Szkoła składała się z kilku imponujących budynków, w środku były kamienne schody z metalową inkrustacją na stopniach. Nauczycielka, bardzo ładna i miła, przez cały czas mówiła i zadawała pytania, a ja odpowiadałam, drżąc, żeby mi się tylko głos nie załamał.

Ręce mi się spociły, a serce waliło, kiedy otwierała drzwi do klasy. Z ławek patrzyli na mnie koledzy i koleżanki, podobno mili. Żółta bluzka, rozkloszowana spódniczka, lekko pyzata. Wystarczyło kilka sekund i już byłam zaszufladkowana.

– To jest Marieke, nasza nowa uczennica, przyjechała z Göteborga. Proszę, żebyście się nią zaopiekowali i wszystko jej wytłumaczyli.

Jakiś chłopak z ostatnich ławek zaśmiał się i usłyszałam, jak zmienionym głosem wyszeptał: Marieke. Jedna dziewczynka patrzyła na moje buciki, wyraźnie odziedziczone po kimś, inna obgryzała swoją obsadkę.

Każdy, kto kiedykolwiek był nowy, wie, jak się człowiek wtedy czuje. W szkole, w pracy, na imprezie. Nieskrywane spojrzenia. Natychmiastowe zaszeregowanie w hierarchii. Moje dziewięcioletnie ciało miało wszystkie objawy lęku ściganego zwierzęcia. Tu i teraz ważyło się, jak będą wyglądały moje kolejne dni, tygodnie, a może i lata. Jak będę spała w nocy i w jakim nastroju obudzę się rano, co będę myślała.

Wtedy napotkałam wzrok Veroniki.

Siedziała w pierwszej ławce. Miała lśniące rude włosy opadające aż na plecy. Była ubrana w zielony sweter z bufiastymi rękawami i ściągaczami, od którego nie mogłam oderwać oczu, długie nogi skrzyżowała niedbale pod ławką. Obok niej siedziała nadąsana dziewczynka z mysimi ogonkami. W sąsiednim rzędzie ławek było wolne miejsce, nauczycielka powiedziała, żebym usiadła. Poszłam tam i osunęłam się na wskazane krzesło. I znów zerknęłam na Veronicę.

Veronica nachyliła się w moją stronę, powiedziała, że mam ładne imię, i przedstawiła się. Odparłam, że jej imię też jest ładne. Wtedy powiedziała, że możemy siedzieć razem. Tylko później.

Po przerwie, podczas której zarówno chłopcy, jak i dziewczynki wydawali się krążyć wokół Veroniki w zielonym sweterku, rzeczywiście mogłam usiąść na wolnym miejscu obok niej. Jakimś cudem dziewczynka z mysimi ogonkami znalazła się na miejscu, gdzie przedtem siedziałam. Był to rok 1968. Rok wielu rewolucji. I zmiany w moim życiu.

Radykalnej.

[2] Ica – sieć komercyjnych sklepów spożywczych, konkurencja dla sieci spółdzielczych Konsumów.

[3] Sverkerskolan – jedna z najstarszych szkół podstawowych w Uppsali, budynek powstał w latach 80. XIX wieku.

Rozdział 6

Rok 2004

Trzy tygodnie po pogrzebie Veronica zadzwoniła do mnie w środku dnia, jej głos był zmieniony. Brzmiała w nim jeszcze żałoba, ale było coś jeszcze.

Pisałam i znajdowałam się akurat w krytycznym momencie mojej książki, miałam w głowie kilka luźnych wątków, w notatkach było ich jeszcze więcej. Nie przerwałabym pracy dla nikogo z wyjątkiem mojego syna Robina.

– Pociąg do Uppsali odchodzi za nieco ponad godzinę. Zdążysz, jeśli się pospieszysz – powiedziała.

– Co ty mówisz? – spytałam.

– Muszę jechać do Uppsali, przejrzeć mieszkanie Klary. Zorientować się, co zatrzymać, a czego się pozbyć.

– I ja mam ci towarzyszyć?

– Potrzebuję twojego wsparcia. Męczy mnie to od wielu dni, a jeśli zaraz czegoś nie zrobię, przeciągnie się to na wiele tygodni, czego bym nie chciała. Ale wiem, że się rozpłaczę, kiedy tylko otworzę szafki w kuchni i spojrzę na jej kubki. Bez ciebie nie dam rady.

Westchnęłam.

– Wiesz, że chętnie ci potowarzyszę. Jednak dziś nie nadaję się, żeby pokazywać się ludziom na oczy.

Wzruszyłam się i dlatego tak odpowiedziałam, jednak była to również prawda. Okolicznością łagodzącą było to, że nie byłam przygotowana, by w ciągu najbliższych godzin ktoś mnie oglądał, przecież trudno robić się na bóstwo dla osoby, która jest produktem własnej wyobraźni. Uparta bohaterka mojej powieści rozumowała pewnie podobnie.

– Uczesz się. To zwykle pomaga. Kochana, jedź ze mną, zdążysz. Zobaczymy się na peronie pięć po szóstej. Załatwię bilety.

Kiedy przybiegłam, już czekała na mnie na peronie. W butach na wysokim obcasie, z włosami upiętymi w luźny węzeł na karku. Podczas gdy inni pasażerowie skuleni, dygocąc z zimna, przebijali się w stronę ciepłego wnętrza pociągu, ona wyglądała, jakby dopiero co siedziała przed kominkiem. Czyli jak zwykle. Rzecz jasna fantastycznie.

Ja również wyglądałam jak zwykle. Bujne, a raczej tęgawe kształty, brązowe kręcone włosy i płaskie buty w męskim fasonie. Szybki marsz tego nie zmienił. Jednak Veronica zdążyła powiedzieć, że świetnie wyglądam, najwidoczniej pomogło to, że się uczesałam, a potem popchnęła mnie w stronę wejścia do wagonu.

Wyglądałam przez okno, kiedy wyjeżdżałyśmy ze Sztokholmu. Wciąż był luty, na ziemi leżał mocno zrezygnowany śnieg. Chciałam powiedzieć coś żartobliwego, chociaż zaprawionego powagą, na przykład, że zostawiłam pisanie w środku zdania. Jednak kiedy spojrzałam na Veronicę, zobaczyłam, że ma szkliste oczy. Rozłożyła stolik i postawiła na nim dwa papierowe kubki.

– Tak się cieszę, że mogłaś ze mną pojechać – odezwała się cicho, więc odpowiedziałam, że to ja się cieszę, bo uwolniła mnie od tego, czym się zajmowałam, kiedy zadzwoniła, i dodałam, że również odczuwam brak Klary.

Wydawało się zupełnie niepojęte, że już nigdy jej nie zobaczymy.

W milczeniu popijałyśmy mocną gorącą herbatę z dworca. Widocznie Veronica dokładnie sprecyzowała swoje zamówienie.

– A pogrzeb miała piękny – odezwałam się w końcu.

Nie odpowiedziała, a ja nie zdradziłam, że co pewien czas o nim rozmyślałam. Przypominałam sobie masę kwiatów, liczne przemówienia i nieznanych nam wcześniej oryginałów.

Chyba wiedziałam, że Klara ma wielu znajomych. Chodziła do kina, do teatru i na koncerty, do tego na kółko czytelnicze i jeszcze regularnie wyjeżdżała za granicę. Jednak podczas pogrzebu okazało się, że ciotka była osobą znacznie bardziej wielowymiarową niż znana nam troskliwa singielka, doskonała nauczycielka, kobieta wprawnie posługująca się drutami i pędzlami malarskimi, chociaż dzieła jej rąk były rzeczywiście fantazyjne.

Być może Veronica wiedziała na ten temat więcej, jednak też była zaskoczona, mimo że właściwie o tym nie rozmawiałyśmy. Jeśli próbowałam coś powiedzieć, najpierw milczała, a potem zmieniała temat.

Szarpnęło pociągiem. W wagonie było pełno i młody mężczyzna siedzący w korytarzu na walizce omal z niej nie spadł. Zapytałam Veronicę o mamę, kilka dni po pogrzebie pojechała do Buenos Aires dla poprawy nastroju. Najwyraźniej wciąż go poprawiała, bo jeszcze nie wróciła.

– Dużo myślałam o mamie i o Klarze – ciągnęła Veronica. – Wydawało się, że mama była odmieńcem, a Klara tą normalną. A ja to przecież uwielbiałam. Jednak właśnie zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno znałam ciotkę.

– Nie mów tak. Oczywiście, że znałaś.

– A jednak wydaje się, że miała jakieś życie, o którym nikt z nas nie wiedział. W każdym razie od mojej wyprowadzki z Jontem, bo dopóki u niej mieszkałam, nie spotykała się ze zbyt wieloma osobami.

Spojrzała przez okno i po chwili ciągnęła dalej.

– Mama też nie znała tych wszystkich ludzi, którzy przyszli na pogrzeb. Wprawdzie nigdy nie zwracała większej uwagi na nikogo poza samą sobą, ale można się zastanawiać, kto tak naprawdę był ciotce najbliższy.

– Chyba ty byłaś jej najbliższa ze wszystkich.

– Też tak myślałam. Teraz nie jestem pewna. Muszę…

– Co?

– Później do tego wrócimy.

Veronica owinęła się mocniej swetrem. Darowałam sobie uwagę, że być może Klara zaczęła żyć innym życiem po wyprowadzce najpierw Veroniki, a potem również jej syna, Jontego. Mogłoby to zabrzmieć, jakby Veronica ograniczała w czymś ciotkę.

Resztę podróży do Uppsali odbyłyśmy w milczeniu, Veronica ożywiła się dopiero, gdy w oddali wyłoniła się sylweta miasta z zamkiem i katedrą. Pociąg zatrzymał się, wysiadłyśmy na peron i od razu zaczęłyśmy przytupywać.

Byłyśmy zaledwie siedemdziesiąt kilometrów na północ od Sztokholmu, jednak wydawało się, że jest tu znacznie mroźniej.

Rozdział 7

Rok 2004

Po przejściu do hali dworcowej postanowiłyśmy, że nie pojedziemy autobusem, tylko się przejdziemy. Idąc przez centrum, pod górę Carolinabacken[4] i dalej ulicą Daga Hammarskjölda, niewiele ze sobą rozmawiałyśmy. Kiedy doszłyśmy do znajomego domu na Artillerigatan, ogarnęło mnie uczucie pustki, może dlatego że w oknach Klary nie było już żadnych kwiatków.

Zatrzymałyśmy się w ogrodzie, mimo że czułyśmy się obserwowane, jak w dzieciństwie, kiedy ktoś patrzył na nas podczas zabawy na dworze i pilnował, czy nie depczemy kwiatków.

Poczułam zimno w środku i od zewnątrz. Ziemię pokrywała cienka warstewka śniegu, jabłonie stały nagie w oczekiwaniu na rozkosze wiosny, a leżące tu i ówdzie pojedyncze gałęzie świadczyły o tym, że musiało porządnie wiać. Na śniegu widać było drobne ślady, chyba kota. Dawniej widywałyśmy tu czasem bażanty chodzące po trawniku. Klara wołała nas, kiedy je dostrzegła.

Veronica schowała ręce do kieszeni trencza. Spojrzała w stronę Stadsskogen[5], gdzie chodziła z Klarą zbierać konwalie, zanim wszystkie zostały wyzbierane na czerwcowe bale maturalne, bo w zagajnikach, w których rosły, prawie nie było widać, że Klara z Veronicą coś zerwały.

Przez wszystkie lata naszej przyjaźni Veronica nie bez powodu używała perfum o zapachu konwalii. Pamiętam, jak na początku lata, już stając na progu domu Klary, można było wyczuć ich woń. Nawet w największym tłumie potrafiłam rozpoznać ten zapach.

Weszłyśmy do budynku i Veronica zadzwoniła do drzwi na parterze. Usłyszałyśmy szuranie, drzwi się otworzyły. Stała przed nami pani Verenius, ta sama, która obserwowała nas z niechęcią podczas zabaw na podwórku, a której imienia w tym momencie nie mogłam sobie przypomnieć. I tak mówiłyśmy na nią tylko Vresenius[6]. Nigdy nie spotkałam złośliwszej baby, a sądząc po wyrazie twarzy, bynajmniej nie złagodniała, nawiasem mówiąc, czas nie obszedł się z nią zbyt łaskawie.

Burknęła dzień dobry i oznajmiła, że spodziewała się nas wcześniej. Lokatorzy domu chcieliby wiedzieć, co będzie dalej. Od razu wiedziałam, że „lokatorzy” to ona i jej mąż.

Następnie zlustrowała mnie od stóp do głów. Dopiero wtedy uderzyło mnie, że kiedy byłyśmy małe, nie mogła być taka stara, jak nam się wydawało. Miała między czterdzieści a pięćdziesiąt lat, czyli niewiele więcej od Klary, chociaż dla nas była okropnie stara.

– A ciebie to dawno nie widziałam – odezwała się w końcu. Zgodziłam się z tym, wykrztusiłam, że lata lecą czy coś równie idiotycznego. Widać było, że według niej również ja nie zmieniłam się na lepsze.

Veronica wyjaśniła, że przyjechała zrobić przegląd rzeczy Klary, a o przyszłości mieszkania poinformuje, kiedy już sama będzie wiedziała. Pani Verenius porzuciła wszelkie pozory i bez pardonu spytała, czy Veronica zamierza się wprowadzić. Veronice udało się udzielić odpowiedzi, z której nic nie wynikało, a kiedy już weszłyśmy na schody, pani Verenius zawołała za nami, że przykra sprawa z tą Klarą. W jej głosie dało się słyszeć nutkę żalu. Może rzeczywiście nagłe odejście sąsiadki sprawiło jej większą przykrość, niż umiała okazać.

Przed drzwiami mieszkania Klary Veronica zaczerpnęła tchu i weszłyśmy do środka.

Na podłodze, pod wrzutnią w drzwiach leżały ulotki, kilka starych egzemplarzy UNT i zarówno DN, jak i SvD[7]. Veronica rozebrała się i złożyła je na stoliku w przedpokoju. Wszystko w tym mieszkaniu nosiło ślady Klary i przypominało o niej, ale Klary nie było i już nigdy nie wróci, ta świadomość wisiała jak zasłona nad pomieszczeniami i stojącymi w nich meblami. Pędzle na sztalugach wiedziały, że dłonie Klary już ich nie dotkną, powietrze, którym już nie oddychała, stało nieruchomo między sprzętami.

Porównywałam wygląd mieszkania, kiedy żyło i miało sens nadany mu przez Klarę, z tym, jak się przedstawia teraz, kiedy jej nie ma i nie użycza mu swojej energii. Wysokie lustro i stojący przed nim stolik na wygiętych nogach. Salon z niebieskim fotelem i kanapa z poduszkami, które sama uszyła. Fotel bujany. Kosz na drwa przed otwartym kominkiem. Kuchnia z lat pięćdziesiątych z ukośnymi przesuwnymi drzwiczkami, emaliowane pudełka na kruche ciastka starannie ustawione jedno na drugim. Toaletka z drewna w kolorze złotawego brązu, kasetka na biżuterię. Oprawna w srebro szczotka, na której zostało jeszcze kilka włosów.

Veronica przesunęła dłonią po książkach na regale, podniosła i odstawiła jakiś wazon, otworzyła garderobę i zapatrzyła się na wiszące rzędem ubrania. Wróciłyśmy do kuchni, tchnięta jakąś myślą nagle otworzyła jedno z pudełek na ciastka. Zapachniało zeschłym ciastem, bo było tam kilka kawałków spettekaka[8].

Usiadłyśmy przy stole w kuchni. Zwijałam w palcach i rozwijałam róg obrusa. Wygładzałam, potem znów zwijałam, Veronica zaczęła mówić coś bardzo szybko, potok słów bez związku i sensu.

– Pozwalała mi zawsze wybrać sobie ręcznik, a jeśli ten w niebieskie paski był czysty, to go brałam. A właśnie, widziałam, że ze srebrnej oprawki szczotki na włosy wypadła śrubka. Muszę coś z tym zrobić.

Fakt, że Klara zostawiła mieszkanie Veronice, nie był dla nikogo zaskoczeniem. Jeśli mama Veroniki spodziewała się, że je dostanie, to była na tyle wspaniałomyślna, aby tego nie okazać. Jednak było mało prawdopodobne, że Veronica wyjedzie ze Sztokholmu i przeprowadzi się do Uppsali.

– Co z nim zrobisz? Myślałaś o tym, żeby wynająć?

Pokręciła głową.

– Pewnie bym się wprowadziła, gdyby to był Sztokholm. A nie mogę go zatrzymać tylko dlatego, że nie chcę sprzedać.

Rozejrzała się.

– Jeśli chcesz coś wziąć, to mów.

Veronica skuliła się na niebieskim fotelu, ja usiadłam na bujanym. Zrobiłyśmy to zupełnie odruchowo, jak wiele razy w przeszłości. Słuchałyśmy muzyki i listy przebojów nagranej na kasety, piłyśmy herbatę, gadałyśmy albo oglądałyśmy telewizję i zamartwiałyśmy się, kiedy kapitan Onedin[9] tracił kolejny statek.

Veronica wstała, mruknęła, że można by rozpalić ogień na kominku, zaraz jednak upuściła polano do kosza. Podeszła do kącika muzycznego i wyjęła płytę. Klara zachowała swoje wszystkie płyty analogowe, a oprócz odtwarzacza CD posiadała również gramofon. Miała słabość do muzyki z lat trzydziestych i czterdziestych.

Don’t Sit Under the Apple Tree zabrzmiało w pokoju, muzyka mieszała się z trzaskami, kiedy igła podskakiwała na winylu. Po chwili się przyłączyłyśmy, Veronica sopranem, ja altem, który pasuje jako drugi głos. Jako dzieci śpiewałyśmy piosenki Andrews Sisters, co było dość niezwykłe w czasach, gdy nasi rówieśnicy określali się przez muzykę Fleetwood Mac, Bee Gees albo Davida Bowiego.

Nam również się to zdarzało. Jednak odkąd Klara po raz pierwszy zagrała piosenkę zespołu i opowiedziała nam o nim, obie zachwyciłyśmy się siostrami Patty, LaVerne i Maxene. Klara pomagała nam odpowiednio ufryzować loki i nawet uszyła nam żakiety według tamtej mody.

Potem nam kibicowała i bawiła się razem z nami. Była naszą publicznością i potrafiła oglądać ten sam numer raz za razem. Pozwalała grzebać w szufladach w poszukiwaniu rekwizytów, jak stare kolczyki, kapelusze i szale, które kupowała podczas swoich podróży. Jeśli coś się zepsuło, to trudno, nigdy nie musiałyśmy się bać, że się rozgniewa.

Przestałam śpiewać, Veronica spytała, co się dzieje. To pytanie, na które zawsze trudno mi odpowiedzieć. Bo jak mówić o czymś tak nieubłaganym, jak to mieszkanie, gdzie wszystko się skurczyło i znieruchomiało z wyjątkiem muzyki?

– Myślałam o Klarze i o tym, że nie wiem, co się u mnie dzieje. Ale nie o sobie chciałam rozmawiać.

– Jak to nie wiesz, co się u ciebie dzieje?

Pożałowałam, że się wygadałam.

– Próbowałam robić coś innego niż dotąd, ale mi nie wychodzi. Zresztą w gruncie rzeczy nas nie stać. Raczej minie sporo czasu, zanim interes Callego przyniesie jakieś zyski.

W myślach powtórzałam sobie rozmowę sprzed kilku miesięcy z moją wydawczynią, która zapewniła mnie, że mogę pisać, co chcę. Zamierzałam to uczcić z Callem i kupiłam butelkę dobrego wina. Ucieszył się i pił moje zdrowie, ale potem powiedział, niby mimochodem, że budowa zagradzająca wejście do jego sklepu nie skończy się tak szybko, jak myślał.

Wiedziałam, co to znaczy. Upłynie sporo czasu, zanim jego delikatesy przyniosą istotny zysk, moje dochody są nadal głównym źródłem naszego utrzymania, zatem czeka mnie pisanie jeszcze jednej powieści kryminalnej. Kolejnej o pani detektyw Caroline Lütkow, która bierze prywatne, płatne zlecenia i służy pomocą policji, kiedy ta nie znajduje już innej rady. Miałam jej serdecznie dość, ale nie mogłam ignorować jej znaczenia dla naszego domowego budżetu.

Mimo to zaczęłam pisać inną powieść w nadziei, że uda mi się ukończyć obie, ale moje niespokojne palce zmagały się ze słowami. Veronica mówiła, że cokolwiek napiszę, będzie dobrze. Doceniałam jej wsparcie, ale w tym przypadku nie miałam pewności, czy mnie rozumie. Sir Arthur Conan Doyle kazał Sherlockowi Holmesowi zginąć w wodospadzie, ale to nie zmieniło sytuacji na lepsze, wręcz przeciwnie. Czytelnicy i tak nie chcieli czytać jego „poważnych” powieści, tylko zmusili go do wskrzeszenia Holmesa.

Andrews Sisters śpiewały Bei mir bist du schön. Veronica powiedziała, że kiedy ostatnio rozmawiała z Callem, wydał jej się całkiem zadowolony.

– Wszystko się wkrótce ułoży. Tak powiedział.

– Tak, wyobrażam sobie.

Cały Calle. Zawsze pełen optymizmu. Odkąd się tylko poznaliśmy, zawsze miał pomysły i wizje, tylko na realizację zawsze było albo nieodpowiednie miejsce, albo czas lub też znajdował niewłaściwych współpracowników. Calle ciągle pracował, jednak nigdy nie zarabiał. Jak wybrakowane fajerwerki, które robią dużo hałasu, ale nie wzbijają się w powietrze, by rozsiać gwiazdy na niebie, tylko kręcą się na ziemi z coraz większą prędkością, wygrzebując coraz większą dziurę w ziemi.

Calle nie znalazł nawet czasu, żeby pojechać ze mną na pogrzeb Klary.

Spojrzałam na sufit, na secesyjną lampę. Może mogłabym poprosić o nią Veronicę? Poprosić o lampę Klary. Zdjąć, następnie zawiesić u nas w domu. Siedziałyśmy w salonie Klary, słuchając starych płyt winylowych, tymczasem Klara spoczywała na cmentarzu. A Patty, LaVerne i Maxene tak się ze sobą żarły, że zespół Andrews Sisters w końcu się rozpadł.

Veronica wstała i nastawiła nową płytę. Dźwięki fortepianu wypełniły przestrzeń. Chopin. Wpatrywałam się w jej bluzkę. Jak się nazywa ten kolor? Jasnoczerwony albo koralowy, może oranż, nie, nie oranż. Koral. Jak te dźwięki. Muzyka umilkła, usłyszałam, jak Veronica mówi coś niepojętego. Że wzięła urlop bezpłatny do końca semestru.

W mojej głowie zaczęły się natychmiast układać upiorne scenariusze. Veronica dostała wezwanie na dodatkowe badania po mammografii sprzed paru lat. Miała zmianę, ale łagodną, nie trzeba było nic z tym robić. Jednak nie mogłam zapomnieć tygodni pełnych lęku, dopóki nie dostała wyniku, tych myśli, co może być i będzie.

Widocznie się domyśliła, bo odpowiedziała, zanim zdążyłam spytać. Nie, nie ma żadnych nowych wyników badań. Wszystko w porządku.

– Masz jakiś inny powód? Czy tylko potrzebujesz dla siebie więcej czasu?

Wolałabym nie słyszeć o kolejnych nieszczęściach. Zmartwieniach w szkole, nieporozumieniach z dyrektorem. Z jej pracą, a była nauczycielką muzyki w wyższych klasach podstawówki, właściwie zawsze były jakieś problemy. Lubiła ją, ale często popadała w konflikt z dyrekcją, czasem również z kolegami. Odważna i niekonwencjonalna, podobno tak o niej mówili, o czym opowiadała z wielkim zadowoleniem. Jednak są granice improwizacji. Według tamtych, nie według niej. Nudnych ludzi, pozbawionych fantazji, a jest ich całe mnóstwo.

– To był… również z tego powodu chciałam, żebyś dzisiaj przyjechała tutaj razem ze mną. Przez kilka dni po śmierci Klary byłam na zwolnieniu lekarskim, zastępowała mnie przemiła osoba, której się dobrze współpracowało z moimi uczniami. Więc już wiedziałam, że ktoś może mnie zluzować. Nie umiałam odczepić się od szkoły, ale ciągle rozmyślałam o czymś innym. No i pewnego dnia pojechałam rannym pociągiem do Uppsali, poszłam na grób Klary. Pogoda była piękna, spacer przyjemny, a kiedy doszłam do jej grobu, zastałam tam świeże kwiaty… niewiarygodnie piękne. Przecież wiesz, jak rzadko róże się rozwijają, ale te – powinnaś je zobaczyć. Stałam dość długo, zanim zwróciłam uwagę na sąsiedni grób. Ten człowiek musiał umrzeć całkiem niedawno, bo kwiaty jeszcze leżały, ale była to tylko jakaś marna i samotna wiązanka.

Veronica splotła dłonie na kolanach, jak na nią był to nietypowy gest. Nie zwykła zdawać się na opatrzność. Nie przerywałam jej.