Strona główna » Sensacja, thriller, horror » Arktyczny brzask

Arktyczny brzask

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-65904-23-2

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Arktyczny brzask

Przymierze, sojusz ukuty w ogniu chińskiej inwazji na Rosję, przeżywa kryzys. Interesy poszczególnych krajów coraz częściej znajdują się na kursie kolizyjnym. Polacy po raz pierwszy zaczynają się zastanawiać, czy dziewięć lat temu podjęli dobrą decyzję.

Rosja, fundament Przymierza, zaczyna się chwiać w posadach. Syberia wraz z jej surowcami staje się jałową pustynią, zdewastowaną przez wycofujących się Chińczyków. Jedyną nadzieją na stabilizację i przetrwanie jest Północ, mroźna kraina nie tknięta jeszcze ludzką ręką. Jednak nie tylko Rosja marzy o Arktyce... 

Między mocarstwami wyrasta wyrasta trzecia siła. Harmonia, jedna z największych korporacji na świecie, właśnie wchodzi do gry.

Polecane książki

Sophie Conroy reprezentuje interesy rodzinnego domu aukcyjnego i zabiega o lukratywny kontrakt w Rzymie. Profesor historii sztuki Matteo Bertani, którego tam poznaje, sprawia wrażenie wyjątkowo antypatycznego człowieka, ale Sophie nie może go ignorować, ponieważ znajomość z nim może okazać si...
Opowiadanie ze zbioru „Za kogo ty się uważasz?” Dziesięć powiązanych ze sobą opowiadań, z których każde tworzy samodzielną, kunsztownie zbudowaną całość, składa się na poruszającą i przenikliwą opowieść o dojrzewaniu. Rose pochodzi z biedniejszej części Ontario. Mieszka z ojcem i macochą Flo w domu ...
Ta miłość była tak wielka, że obrosła legendą na londyńskich salonach.Lecz ich rody dzieliła odwieczna waśń…Ojciec Lyona wybrał mu na żonę inną. A Olivia bała się przyszłości u boku mężczyzny, który sprzeciwił się woli rodziny. Nie uciekła z nim, choć ją błagał. I Lyon wyruszył sam w nieznane…Od tam...
Pubilkacja to konkretne, kompleksowe narzędzie dla dyrektora placówki pomagające sprawnie i zgodnie z prawem udzielać pomocy psychlogiczno-pedagogicznej w placówce oświatowej....
MAŁA ZMIANA MOŻE RADYKALNIE ZWIĘKSZYĆ TWOJĄ SIŁĘ PERSWAZJI! - Którego słowa powinieneś zacząć dziś używać, by zwiększyć prawdopodobieństwo, że ludzie cię posłuchają, o ponad 50 procent? - Czy w sytuacjach nacechowanych rywalizacją, takich jak prezentowanie oferty potencjalnemu klientowi lub rozmowa...
Wyobraź sobie, że wszystko to dzieje się obok Ciebie. Na pewno w swoim najbliższym otoczeniu znajdziesz miejsca, w których mogli spotkać się moi bohaterowie. Myśląc o Włoszech czy o Szkocji również przywołasz sobie tylko znane miejsce — wyślij tam też, bardzo proszę, stworzone przeze mnie postacie…...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Jakub Pawełek

JAKUB PAWEŁEK

Arktyczny brzask

 

 

© 2018 Jakub Pawełek

© 2018 WARBOOK Sp. z o.o.

 

 

Redaktor serii: Sławomir Brudny

 

Redakcja: Agnieszka Pawlikowska

Korekta: Katarzyna Zioła-Zemczak

 

eBook:Ilona i Dominik Trzebińscy Du Châteaux, atelier@duchateaux.pl

 

Ilustracja na okładce: Tomasz Tworek

Projekt okładki: Paweł Gierula

 

 

ISBN 978-83-65904-24-9

 

Wydawca: Warbook Sp. z o.o.

ul. Bładnicka 65

43-450 Ustroń, www.warbook.pl

Rozdział IMo­skwa, Ro­sja | 15 mar­ca 2025, go­dzi­na 17:48

Ko­lum­na nie je­cha­ła szyb­ciej niż zwy­kle, nie było ta­kiej po­trze­by. Świat, choć wciąż wy­da­wał się sie­dzieć okra­kiem na becz­ce pro­chu, za­czął kon­tro­lo­wać swo­je po­wol­ne sa­mo­bój­stwo. Li­mu­zy­ny nie pę­dzi­ły, nie po­ko­ny­wa­ły za­krę­tów z pi­skiem opon. Cy­wil­ne po­jaz­dy, któ­re tło­czy­ły się na Wiel­kiej Or­dyn­ce, po­tul­nie roz­jeż­dża­ły się na boki, prze­pusz­cza­jąc oświe­tlo­ne ko­gu­ta­mi po­jaz­dy. Uprzy­wi­le­jo­wa­ny pas za­czy­nał się do­pie­ro do­bre kil­ka­set me­trów da­lej, tam, gdzie uli­ca roz­sze­rza­ła się na wie­lo­pa­smo­wym prze­jeź­dzie przez rze­kę Mo­skwę.

Wła­di­mir Pu­tin lu­bił te spo­koj­ne, zmo­to­ry­zo­wa­ne spa­ce­ry. Mo­skwa na­bie­ra­ła ru­mień­ców do­pie­ro po zmierz­chu. Mia­sto ni­g­dy nie sta­ło się szcze­gól­nie bez­piecz­ne, ale mało komu na tym za­le­ża­ło. Ro­syj­ska sto­li­ca była peł­na za­gro­żeń i po­kus, po­tra­fi­ła zło­cić się set­ka­mi cer­kiew­nych ko­puł, by chwi­lę póź­niej odu­rzyć nar­ko­tycz­nym smro­dem par­ku Gor­kie­go. Wła­śnie taką Mo­skwę pa­mię­tał Pu­tin i li­czył, że mia­sto nie­pręd­ko się zmie­ni, a już na pew­no nie za jego ży­cia.

− Mały ruch dzi­siaj – po­wie­dział. Ko­lum­na bez więk­szych prze­szkód prze­ci­ska­ła się w stro­nę rze­ki.

− Już po go­dzi­nach szczy­tu, pa­nie pre­zy­den­cie – od­parł kie­row­ca. – Wszy­scy, któ­rzy mie­li wy­je­chać, sie­dzą pew­nie na gan­kach swo­ich da­czy.

− Więk­szość z nich na­wet nie ma po­ję­cia. – Pu­tin uśmiech­nął się pół­gęb­kiem.

− Prze­pra­szam, pa­nie pre­zy­den­cie, czy mógł­by pan po­wtó­rzyć? – Kie­row­ca spoj­rzał w lu­ster­ko.

− Nie­waż­ne. – Ro­syj­ski przy­wód­ca mach­nął ręką. – Jedź­my, czas na­gli.

− Tak jest, pa­nie pre­zy­den­cie. – Kie­row­ca ski­nął gło­wą, zre­du­ko­wał bieg i przy­ci­snął pe­dał gazu. Pan­cer­na li­mu­zy­na za­wy­ła groź­nie, sil­nik wsko­czył na wyż­sze ob­ro­ty.

Wje­cha­li na most kil­ka chwil póź­niej. Tu­taj rzą­do­wa ko­lum­na su­nę­ła już pra­wym, uprzy­wi­le­jo­wa­nym pa­sem. Na ho­ry­zon­cie ma­ja­czy­ły skrzą­ce się czer­wie­nią gwiaz­dy, któ­re za­in­sta­lo­wa­no na igli­cach po­tęż­nych baszt. Spo­koj­ny nurt rze­ki ob­my­wał na­brze­ża, wy­da­wa­ło się, że mia­sto żyje wła­snym ży­ciem, w ogó­le nie zwra­ca­jąc uwa­gi na wy­da­rze­nia, któ­re tar­ga­ły ca­łym glo­bem od do­brych kil­ku mie­się­cy. Wła­di­mir Pu­tin co­raz czę­ściej miał jed­nak wra­że­nie, że sto­li­ca, za­miast pró­bo­wać sta­wić czo­ła wy­zwa­niom, ner­wo­wo od­wra­ca wzrok.

Praw­do­po­dob­nie, gdy­by nie ja­skra­we po­ma­rań­czo­we ka­mi­zel­ki, pre­zy­dent nie zwró­cił­by na eki­pę re­mon­to­wą więk­szej uwa­gi. Sły­szał, że po­sta­no­wio­no zmo­der­ni­zo­wać wszyst­kie klu­czo­we dla in­fra­struk­tu­ry mo­sty. Nie są­dził jed­nak, że uda się za­brać do prac tak szyb­ko. Kil­ku­dzie­się­ciu lu­dzi w róż­nych punk­tach prze­pra­wy wy­mie­nia­ło na­wierzch­nię i maj­stro­wa­ło przy przę­słach. Wła­di­mir Pu­tin wy­dął usta i po­ki­wał gło­wą w uzna­niu. Choć nie prze­pa­dał za prze­sad­ny­mi in­no­wa­cja­mi, ro­zu­miał po­stęp i po­tra­fił czer­pać z nie­go ko­rzy­ści, oczy­wi­ście we­dług wła­sne­go uzna­nia.

Ból ode­zwał się nie­spo­dzie­wa­nie. Za­czę­ło się jak za­wsze, od nad­garst­ka. Pu­tin spró­bo­wał za­ci­snąć i roz­luź­nić dłoń dla po­bu­dze­nia krą­że­nia. Jed­nak ból prze­su­nął się w górę ra­mie­nia, do łok­cia i da­lej, aż po bark. Pre­zy­dent skrzy­wił się wy­raź­nie, od­ru­cho­wo spoj­rzał w lu­ster­ko wstecz­ne. Kie­row­ca od­wró­cił wzrok uła­mek se­kun­dy póź­niej.

− Dłu­go jesz­cze? – za­py­tał Pu­tin ner­wo­wym gło­sem.

− Już do­jeż­dża­my, pa­nie pre­zy­den­cie. – Kie­row­ca przy­spie­szył. Ko­lum­na wjeż­dża­ła wła­śnie na plac Czer­wo­ny i kie­ro­wa­ła się ku bra­mie Basz­ty Spas­skiej.

− To do­brze.

Ból ustę­po­wał. Wła­di­mir Pu­tin ode­tchnął głę­bo­ko. Cho­ro­ba zo­sta­ła wpraw­dzie za­trzy­ma­na, jed­nak re­kon­wa­le­scen­cja mia­ła trwać jesz­cze dłu­gie mie­sią­ce, a osta­tecz­ne zwy­cię­stwo było nie­pew­ne. Myśl o tym, że nie bę­dzie wiecz­ny, co­raz czę­ściej ko­ła­ta­ła mu się po gło­wie. Wie­dział, że po­trze­bu­je na­stęp­cy, Ro­sja była w koń­cu fe­de­ra­cją tyl­ko z na­zwy.

− To do­brze – po­wtó­rzył. – Przed nami jesz­cze dużo pra­cy, a czas ucie­ka…

Ma­za­tlan, Mek­syk | 17 mar­ca 2025, go­dzi­na 11:07

Otarł pot z czo­ła i wy­su­szył dłoń o lnia­ne spodnie. Skwar był nie­mi­ło­sier­ny, zde­cy­do­wa­nie zbyt sil­ny, jak na tę porę roku. Miej­sco­wi twier­dzi­li, że od do­brych dwóch ty­go­dni słu­pek rtę­ci nie spa­dał po­ni­żej trzy­dzie­stu stop­ni. Cier­pie­li na tym wszy­scy, łącz­nie z ho­te­la­rza­mi. Kli­ma­ty­za­cja nie wy­ra­bia­ła, na­pra­wy sta­wa­ły się co­raz bar­dziej uciąż­li­we, po­ża­ry nie­bez­piecz­nie zbli­ża­ły się do nad­mor­skich ku­ror­tów. Mek­syk cze­kał desz­czu jak zba­wie­nia, syn­op­ty­cy byli jed­nak zgod­ni. Przy­naj­mniej do koń­ca mie­sią­ca kraj wy­sta­wio­ny bę­dzie na mor­der­cze dzia­ła­nie słoń­ca.

Ukrył się w cie­niu, przy wy­sta­wio­nym u wej­ścia na molo nie­wiel­kim ba­rze. Zło­żył za­mó­wie­nie i spoj­rzał ku oce­ano­wi. Nie­wiel­kie fale za­ła­my­wa­ły się w bał­wa­ny i roz­pły­wa­ły na śnież­no­bia­łym pia­sku. Gdy­by nie do­la­tu­ją­cy zza wzgórz odór spa­le­ni­zny, miej­sce by­ło­by ide­al­ne. Czar­no­skó­ry bar­man po­sta­wił na bla­cie schło­dzo­ne mo­ji­to. Ja­mes Kiao ski­nął w po­dzię­ce, i choć jego po­byt w ku­ror­cie był opła­co­ny z góry, prze­su­nął w stro­nę męż­czy­zny dzie­się­cio­do­la­ro­wy bank­not. Mek­sy­ka­nin po­dzię­ko­wał zdaw­ko­wo i wsu­nął pie­niądz do kie­sze­ni.

− Nikt ni­g­dy w hi­sto­rii Mek­sy­ku nie miał ta­kiej wła­dzy, jaką otrzy­ma­ła Har­mo­nia. – Fe­li­pe Ri­ve­ra, do­brze zbu­do­wa­ny, wy­so­ki bru­net, sta­nął tuż obok. Na jego wi­dok bar­man wy­pro­sto­wał się jak na de­fi­la­dzie.

− Wy­ko­nu­je­my za­da­nia, za któ­re otrzy­mu­je­my za­pła­tę. Nie in­te­re­su­je nas wła­dza, pa­nie pre­zy­den­cie – od­parł Ja­mes Kiao. – Tej mamy pod do­stat­kiem. – Chiń­czyk uśmiech­nął się ser­decz­nie.

− Każ­de­go in­te­re­su­je wła­dza. – Ri­ve­ra uśmiech­nął się za­ci­śnię­ty­mi usta­mi.

− Pa­nie pre­zy­den­cie, Har­mo­nia otrzy­ma­ła zle­ce­nie za­bez­pie­cze­nia ty­sią­ca ki­lo­me­trów gra­ni­cy mię­dzy Mek­sy­kiem i USA. – Kiao ru­szył po­wol­nym kro­kiem, wpa­tru­jąc się w mi­go­czą­cą mię­dzy de­ska­mi mola la­zu­ro­wą wodę. – W krę­gu na­sze­go za­in­te­re­so­wa­nia jest wy­łącz­nie wy­wią­za­nie się z umo­wy, za któ­rą otrzy­ma­li­śmy bar­dzo duże pie­nią­dze. Je­ste­śmy pry­wat­ną kor­po­ra­cją, któ­ra pro­wa­dzi in­te­re­sy tam, gdzie wi­dzi moż­li­wość wy­ge­ne­ro­wa­nia zy­sków. Pan chce mieć spo­kój z prze­myt­ni­ka­mi, my to panu za­pew­ni­my.

− Za nie­ma­łą opła­tą – żach­nął się pre­zy­dent.

− Zle­ce­nie rów­nież do naj­ła­twiej­szych nie na­le­ży – od­bił pi­łecz­kę Kiao.

− Aż dziw bie­rze, że po­parł was cały par­la­ment, na­wet opo­zy­cja nie była szcze­gól­nie sko­ra do pro­te­stów. – Pre­zy­dent po­krę­cił gło­wą.

− Mek­syk tyl­ko na tym zy­ska. Bę­dzie pan mógł prze­nieść kil­ku­set lu­dzi do in­nych za­dań, nie wspo­mi­na­jąc o oszczęd­no­ściach dla bu­dże­tu. Pro­szę mnie źle nie zro­zu­mieć, ale to przede wszyst­kim ko­rup­cja spra­wi­ła, że ofer­ta Har­mo­nii była tak ko­rzyst­na. – Ja­mes Kiao za­trzy­mał się przy krań­cu po­mo­stu. Fale roz­bi­ja­ły się o wbi­te w dno pale. – Je­ste­śmy w Mek­sy­ku od po­cząt­ku ist­nie­nia fir­my. Ten kraj to wspa­nia­łe miej­sce do in­we­sty­cji, nie ro­zu­mie­li­śmy, dla­cze­go nikt nie wy­ko­rzy­stał wcze­śniej tej ni­szy.

− Byli tacy, któ­rzy pró­bo­wa­li – od­po­wie­dział Ri­ve­ra. – Fran­cu­zi, Bry­tyj­czy­cy, Ro­sja­nie, ostat­nio na ry­nek chcie­li też wejść grin­gos. Nikt nie ro­zu­miał Mek­sy­ku. My nie je­ste­śmy kra­jem Trze­cie­go Świa­ta, jak za­py­zia­łe re­pu­bli­ki w Afry­ce lub na Da­le­kim Wscho­dzie. Wy rów­nież nas nie ro­zu­mie­cie.

− Wy­da­je się pan tak źle na­sta­wio­ny, że nie wiem, ja­kim cu­dem uda­ło nam się pod­pi­sać umo­wę. – Kiao wzru­szył ra­mio­na­mi.

− Nie zro­bi­li­by­śmy tego, gdy­by nie sy­tu­acja. Po­ża­ry, co­raz moc­niej­sza po­zy­cja kar­te­li, ko­rup­cja, opo­zy­cja, któ­ra tyl­ko cze­ka, by do­brać mi się do tył­ka. Ma­cie swo­je pięć mi­nut, pa­nie Kiao. Ra­dzę je do­brze wy­ko­rzy­stać. – Ri­ve­ra wsu­nął dło­nie w kie­sze­nie spodni. Poły lnia­nej ma­ry­nar­ki uno­si­ły się na wie­trze. Pre­zy­dent ski­nął na po­że­gna­nie, od­wró­cił się i ru­szył w stro­nę brze­gu.

Ja­mes Kiao od­pro­wa­dził Mek­sy­ka­ni­na wzro­kiem. Na twa­rzy Chiń­czy­ka nie drgnął na­wet je­den mię­sień. Po­cze­kał, aż Ri­ve­ra znik­nie mię­dzy roz­ło­ży­sty­mi pal­ma­mi, i po­cią­gnął so­lid­ny łyk let­nie­go już mo­ji­to. Nie oce­niał pre­zy­den­ta, nie pró­bo­wał wejść w jego skó­rę, nie miał też do nie­go żalu. Kiao nie miał cza­su na roz­pa­mię­ty­wa­nie pre­ten­sji, jego wy­uczo­na em­pa­tia ogra­ni­cza­ła się do cza­su trwa­nia roz­mo­wy. Resz­ta mało go ob­cho­dzi­ła.

Do­pił drin­ka i zszedł z pla­ży. Za­nim znik­nął w ho­te­lo­wym lob­by, przez kil­ka chwil przy­pa­try­wał się dwóm he­li­kop­te­rom ga­śni­czym, któ­re za­wi­sły nad po­bli­ski­mi wzgó­rza­mi i w de­spe­rac­kiej wal­ce pró­bo­wa­ły uchro­nić nie­wiel­kie osie­dle przed ścia­ną ognia. Kiao wszedł do środ­ka do­pie­ro, kie­dy w tu­ma­nach dymu znik­nął ostat­ni z do­mów.

***

Po­kój, któ­ry dla nie­go prze­zna­czo­no, był jed­nym z naj­więk­szych w ca­łym kom­plek­sie. Wła­ści­wie był to spo­rych roz­mia­rów apar­ta­ment z wi­do­kiem na la­zu­ro­wy oce­an. Kiao, przy­wy­kły do luk­su­sów, nie zwra­cał uwa­gi na de­si­gner­skie me­ble oraz dzie­ła sztu­ki, któ­re zdo­bi­ły loft. Skie­ro­wał się pro­sto do ja­dal­ni, gdzie usta­wio­no sze­ro­ki stół o ide­al­nie gład­kim bla­cie, wy­cio­sa­nym z ka­mie­nia. Do­star­czo­na przez ku­rie­ra ko­per­ta po­zo­sta­ła za­mknię­ta. Kiao pod­szedł do sto­łu i się­gnął po prze­sył­kę. Wie­dział, cze­go do­ty­czy­ła za­war­tość, sam zle­cił ze­bra­nie tych in­for­ma­cji.

Za­war­tość roz­sy­pa­ła się na blat. Kiao pod­niósł pierw­sze z brze­gu zdję­cie. Do­brze znał twarz uchwy­co­ną przez obiek­tyw apa­ra­tu. Je­den z naj­wyż­szych w hie­rar­chii bos­sów lo­kal­nej ma­fii, El Su­eno, od­po­wie­dzial­ny za prze­rzut nar­ko­ty­ków na pół­noc kon­ty­nen­tu. Jesz­cze nie wie­dział, że mie­li go w gar­ści. Po­dob­nie jak kil­ku­na­stu in­nych, uchwy­co­nych przez dzia­ła­ją­cych od mie­się­cy agen­tów Har­mo­nii lub dro­ny in­wi­gi­la­cyj­ne, któ­re na­gra­ły dzie­siąt­ki go­dzin ma­te­ria­łu do­wo­do­we­go. Kiao miał ich po­da­nych na zło­tej tacy.

Te­le­fon w kie­sze­ni za­wi­bro­wał. Kiao ode­brał, na­wet nie spo­glą­da­jąc na wy­świe­tlacz.

− Pierw­szy sa­mo­lot zbli­ża się już do lot­ni­ska. Wy­lą­du­ją w Her­mo­sil­lo za pół go­dzi­ny – usły­szał. – Weź­miesz śmi­gło­wiec i po­le­cisz przy­pil­no­wać spraw.

− Tak jest – od­po­wie­dział. – Pierw­sze czte­ry bazy ope­ra­cyj­ne są go­to­we, ko­lej­ne dwie od­da­my do użyt­ku w cią­gu mie­sią­ca.

− Wiem, mó­wi­łeś o tym pod­czas wczo­raj­szej kon­fe­ren­cji. Mek­sy­ka­nie są za­do­wo­le­ni?

− Nie. Wie­dzą, że wy­ko­rzy­stu­je­my sy­tu­ację.

− Bar­dzo do­brze, bar­dzo do­brze. – Głos w słu­chaw­ce wy­da­wał się wię­cej niż za­do­wo­lo­ny. – Do­sta­łeś prze­sył­kę?

− Tak jest. – Kiao spoj­rzał na roz­sy­pa­ne na sto­le zdję­cia i do­ku­men­ty. – Wszyst­ko jest tak, jak po­win­no. We­zmę się do pra­cy, gdy tyl­ko do­trę do Her­mo­sil­lo.

− Na nic in­ne­go nie li­czę, Ja­mes. Ode­zwij się, kie­dy do­trzesz na miej­sce.

− Oczy­wi­ście.

Roz­mów­ca za­koń­czył po­łą­cze­nie. Kiao odło­żył te­le­fon na stół, zrzu­cił ma­ry­nar­kę i ru­szył w stro­nę ła­zien­ki. Na pu­sty­ni ele­gan­cja nie bę­dzie mu po­trzeb­na. Cie­szył się, że poza ko­lek­cją szy­tych na mia­rę gar­ni­tu­rów za­brał ze sobą kom­plet tak­tycz­nej odzie­ży. Luź­na ko­szu­la, cięż­kie, pia­sko­we buty i bo­jów­ki były tym, cze­go te­raz po­trze­bo­wał.

Drzwi apar­ta­men­tu za­mknął za sobą kil­ka chwil póź­niej. Ja­mes Kiao zde­cy­do­wa­nie pew­niej czuł się w swo­bod­nej odzie­ży. Szcze­gól­nie że na pra­wym bio­drze zna­jo­mo cią­żył za­ła­do­wa­ny pi­sto­let.

Baza sił po­wietrz­nych Cro­ugh­ton, Wiel­ka Bry­ta­nia | 20 mar­ca 2025, go­dzi­na 15:03

Sa­mo­lo­tem de­li­kat­nie za­trzę­sło. Po­go­da po­gar­sza­ła się z każ­dą mi­nu­tą, wiatr wzma­gał się na każ­dym pu­ła­pie, po­cząt­ko­wo drob­ny deszcz szyb­ko prze­ro­dził się w praw­dzi­wą ule­wę.

− Bry­ta­nia… − Puł­kow­nik Kurt King­slay skrzy­wił się pod osło­ną heł­mu. – Do­bra, to scho­dzi­my.

Pła­to­wiec za­drżał po­now­nie. Ciąg zmniej­szył się wy­czu­wal­nie, scho­dzi­li ni­żej, po­dmu­chy wia­tru da­wa­ły się we zna­ki, ale nie były nie­bez­piecz­ne dla ma­szy­ny. King­slay do­brze wie­dział, na co stać jego ma­szy­nę. La­tał Bły­ska­wi­cą jesz­cze po irań­skim nie­bie. Ob­ni­żył pu­łap, za­awan­so­wa­ny HUD pro­wa­dził go jak po sznur­ku. Dzię­ki roz­sze­rzo­nej rze­czy­wi­sto­ści puł­kow­nik bez pro­ble­mu orien­to­wał się w kie­run­ku lotu, pa­ra­me­trach pra­cy sil­ni­ków, in­for­ma­cjach me­teo i po­zo­sta­łych wskaź­ni­kach, nie­zbęd­nych do wy­lą­do­wa­nia.

Lek­ko skrę­cił drą­żek, sys­te­my wspo­ma­ga­ją­ce za­re­ago­wa­ły zie­lo­ną po­świa­tą. King­slay skie­ro­wał wzrok na cy­fro­wy wy­so­ko­ścio­mierz. Mię­dzy nim a tra­wia­sty­mi wzgó­rza­mi wciąż było do­brych kil­ka­set me­trów. Opro­gra­mo­wa­nie sko­ry­go­wa­ło nie­znacz­ne od­chy­le­nia, puł­kow­nik mógł sku­pić się tyl­ko na tym, by w od­po­wied­nim mo­men­cie re­gu­lo­wać prze­pust­ni­cę.

− Wie­ża do Szer­sze­nia Je­den, je­steś na kur­sie. Masz wol­ny pas, mo­żesz lą­do­wać. – King­slay usły­szał głos kon­tro­le­ra.

− Przy­ją­łem, wie­ża, ob­ni­żam pu­łap. Pręd­kość w po­rząd­ku, po­zo­sta­łe wskaź­ni­ki bez szcze­gól­nych od­chy­leń – po­twier­dził puł­kow­nik. – Sil­ny deszcz, bocz­ny wiatr od pół­noc­ne­go za­cho­du. Bę­dzie twar­de lą­do­wa­nie.

− U nas tak za­wsze, Szer­szeń. Nie­dłu­go po­win­ni­śmy cię zo­ba­czyć – skon­sta­to­wał kon­tro­ler.

King­slay uśmiech­nął się. Sil­nik po­now­nie zmniej­szył ciąg, ma­szy­na zwol­ni­ła, scho­dząc ni­żej. Puł­kow­nik spoj­rzał w dół, przez gra­fi­to­wą za­sło­nę chmur za­czy­na­ły prze­zie­rać pierw­sze, so­czy­ście zie­lo­ne plac­ki łąk i wzgórz. Pi­lot ode­tchnął z ulgą, za­wsze czuł się bez­piecz­niej, ma­jąc grunt w za­się­gu wzro­ku.

De­li­kat­nie przy­cią­gnął drą­żek i po­now­nie zmniej­szył ciąg. Wy­so­ko­ścio­mierz przy­spie­szył, kil­ka chwil póź­niej my­śli­wiec wy­le­ciał spo­mię­dzy roz­cią­gnię­tych stra­tu­sów. King­slay wi­dział już lot­ni­sko, drze­wa i rzad­ka za­bu­do­wa bry­tyj­skiej wsi mi­ga­ły pod brzu­chem smu­kłe­go my­śliw­ca. Pi­lot wy­pu­ścił pod­wo­zie, ma­szy­na we­szła w ostat­nią fazę lą­do­wa­nia.

Sa­mo­lot usiadł ła­god­nie. Sil­nik za­wył na wstecz­nym cią­gu, my­śli­wiec szyb­ko wy­tra­cał pręd­kość. King­slay skie­ro­wał Bły­ska­wi­cę na dro­gę do­jaz­do­wą i zgod­nie z po­le­ce­nia­mi wie­ży pod­je­chał do wy­zna­czo­ne­go miej­sca.

Ob­słu­ga na­ziem­na z za­cie­ka­wie­niem przy­glą­da­ła się my­śliw­co­wi. Ma­szy­ny z ro­dzi­ny F-35 wciąż były na Wy­spach rzad­ko­ścią. Pi­lot wy­łą­czył sys­te­my i roz­her­me­ty­zo­wał ka­bi­nę, z ra­do­ścią czu­jąc po­dmuch chłod­ne­go po­wie­trza. Nad lot­ni­skiem wciąż uno­sił się ca­łun bru­nat­nych chmur. Deszcz sią­pił, two­rząc roz­le­głe, płyt­kie ka­łu­że. Puł­kow­nik zszedł po pod­sta­wio­nej dra­bin­ce i ze­sko­czył na pły­tę lot­ni­ska. Za­sa­lu­to­wał sto­ją­ce­mu naj­bli­żej Bry­tyj­czy­ko­wi w ba­nia­stym heł­mie.

− Wi­ta­my w Cro­ugh­ton, pa­nie puł­kow­ni­ku! – krzyk­nął tam­ten.

− Wi­dzę, że nic się u was nie zmie­ni­ło, ka­pi­ta­nie. – King­slay zdjął hełm i uści­snął wy­cią­gnię­tą dłoń. Czar­na jak smo­ła skó­ra zle­wa­ła się z ko­lo­rem eks­pe­ry­men­tal­ne­go kom­bi­ne­zo­nu.

− Po­go­da do dupy, jak za­wsze. – Ka­pi­tan uśmiech­nął się sze­ro­ko i wska­zał na naj­bliż­szy han­gar. – Za­pra­szam pod dach. Po­czę­stu­nek już cze­ka, tro­chę się jed­nak le­cia­ło. Na pew­no pan zgłod­niał.

− Nie tak bar­dzo. – Puł­kow­nik mach­nął ręką. – Ale kawy nie od­mó­wię.

− Mamy czar­ną jak noc.

− Przy­da się, dłu­gi dzień przed nami. – King­slay wska­zał dło­nią za sie­bie.

− Ano tak. – Bry­tyj­czyk przy­tak­nął i od­wró­cił się w stro­nę pasa star­to­we­go. Dru­gi z ame­ry­kań­skich my­śliw­ców wła­śnie przy­zie­mił, sza­re opa­ry pa­lo­nej przy lą­do­wa­niu gumy roz­wia­ły się bły­ska­wicz­nie. Bły­ska­wi­ca ma­je­sta­tycz­nie zwal­nia­ła. – Jesz­cze tyl­ko dwa­dzie­ścia dwa, bę­dzie kom­plet.

− Na dzi­siaj – od­parł King­slay i ru­szył w stro­nę bu­fe­tu, z któ­re­go do­la­ty­wał już za­pach świe­żo za­pa­rzo­nej kawy.

Sta­cja ba­daw­cza Kra­si­no, Ro­sja | 24 mar­ca 2025, go­dzi­na 09:37

Słoń­ce pierw­szy raz od kil­ku dni roz­świe­tli­ło spo­koj­ne wody za­to­ki. Brą­zo­we, po­bruż­dżo­ne wy­brze­że No­wej Zie­mi za­ja­śnia­ło od­bi­ja­ny­mi od lodu pro­mie­nia­mi. Kse­nia Ro­go­zo­wa na­rzu­ci­ła ob­szy­ty fu­trem kap­tur kurt­ki po­lar­nej i wy­szła na ze­wnątrz. Mroź­ne po­wie­trze ude­rzy­ło w twarz, od­ru­cho­wo zmru­ży­ła oczy. Jak zwy­kle za­po­mnia­ła o go­glach, któ­re w ark­tycz­nych wa­run­kach oka­zy­wa­ły się rów­nie przy­dat­ne, co chro­nią­cy cia­ło gore-tex.

Ostroż­nie ze­szła po kra­to­wa­nych scho­dach ba­ra­ku i skie­ro­wa­ła się ku na­brze­żu. Jesz­cze kil­ka mie­się­cy wcze­śniej, gdy wraz z gru­pą geo­lo­gów do­tar­ła do sta­cji, pirs i dok ist­nia­ły tyl­ko na pa­pie­rze. Pra­ce bu­dow­la­ne po­szły jed­nak nie­na­tu­ral­nie szyb­ko. Kse­nia przy­po­mnia­ła so­bie, że dłu­żej za­ję­ło dro­go­wcom za­ła­ta­nie dziu­ry w dro­dze, któ­rą każ­de­go dnia wy­jeż­dża­ła ze swo­je­go osie­dla w Pe­ters­bur­gu. Tym­cza­sem w Kra­si­no spo­rych roz­mia­rów port wy­bu­do­wa­no w eks­pre­so­wym tem­pie. Po­dob­nie szyb­ko roz­bu­do­wa­no samą sta­cję.

Trzy­dzie­sto­let­nia pani dok­tor mi­ja­ła wła­śnie sta­cję ra­da­ro­wą, któ­rą wznie­sio­no na jej ulu­bio­nym pa­gór­ku, na za­chod­nich krań­cach kom­plek­su. Nie­co da­lej, mię­dzy wy­ry­ty­mi przez lą­do­lód wą­wo­za­mi, wy­ra­sta­ły bla­sza­ne bry­ły ma­ga­zy­nów. Po­więk­szył się rów­nież park ma­szy­no­wy, poza śmi­głow­cem trans­por­to­wym do­łą­czy­ły do nie­go dwie ma­szy­ny sztur­mo­we. Kse­nia nie zna­ła ich nazw ani ozna­czeń, przy­pusz­cza­ła jed­nak, że wy­sta­ją­ce po obu stro­nach ka­dłu­ba małe skrzy­deł­ka z pod­wie­szo­ny­mi tu­ba­mi nie są stan­dar­do­wym wy­po­sa­że­niem geo­lo­gicz­nym.

− Kse­nia! – usły­sza­ła swo­je imię przez świsz­czą­cy wiatr.

Od­wró­ci­ła za­kap­tu­rzo­ną gło­wę w stro­nę źró­dła dźwię­ku. Przez kil­ka chwil nie po­tra­fi­ła zlo­ka­li­zo­wać po­ten­cjal­ne­go roz­mów­cy.

− Hej, tu­taj!

Do­strze­gła go do­pie­ro po chwi­li. Wes­tchnę­ła pod no­sem. Opa­sły sier­żant, któ­ry od­po­wia­dał za ochro­nę ma­ga­zy­nów, wy­ło­nił się zza ko­ło­we­go trans­por­te­ra i ma­chał w stro­nę dziew­czy­ny. Kse­nia za­trzy­ma­ła się i wy­ry­ła czub­kiem buta nie­wiel­ki do­łek. Pod­ofi­cer przy­cze­pił się do niej już pierw­sze­go dnia. Po­cząt­ko­wo uzna­ła to za zwy­kły, nie­zo­bo­wią­zu­ją­cy flirt. Sier­żant wy­da­wał się jed­nak szcze­rze za­an­ga­żo­wa­ny, co Kse­nia za­czę­ła z cza­sem per­fid­nie wy­ko­rzy­sty­wać.

− Cześć, Kse­nia! – za­wo­łał, zbli­żyw­szy się na od­le­głość kil­ku kro­ków. Po­czer­wie­niał i za­sa­pał się wy­raź­nie. Otu­lo­ny gru­bą woj­sko­wą kurt­ką przy­po­mi­nał ży­we­go bał­wa­na.

− Cześć, Mi­sza – od­po­wie­dzia­ła dziew­czy­na z wy­mu­szo­nym uś­mie­chem. – Coś się sta­ło?

− A nie, nic. Słoń­ce wy­szło, ład­nie się zro­bi­ło, wiatr też jak­by ze­lżał.

− Ide­al­na po­go­da na spa­cer, co? – pod­ju­dzi­ła bied­ne­go pod­ofi­ce­ra. Zło­wi­ła błysk w jego oczach.

− Jak­byś czy­ta­ła w mo­ich my­ślach, Kse­nia. – Sier­żant roz­pro­mie­nił się jak słoń­ce, któ­re co­raz śmie­lej wy­cho­dzi­ło po­nad kłę­bia­ste cu­mu­lu­sy.

− Nie wiem, czy za­uwa­ży­łeś, Mi­sza, ale jest ja­kieś mi­nus dzie­sięć i piź­dzi. Żar­to­wa­łam. – Skrzy­wi­ła się. – Ale z chę­cią na­pi­ła­bym się go­rą­cej her­ba­ty. – Kse­nia była nie w cie­mię bita, wie­dzia­ła, że sko­ro wciąż chce mieć w sier­żan­cie źró­dło nie­ofi­cjal­nych in­for­ma­cji, po­win­na pod­trzy­my­wać cie­płe sto­sun­ki.

− Słu­żę! – Mi­sza wy­pro­sto­wał się i wska­zał dło­nią w kie­run­ku ba­ra­ku ad­mi­ni­stra­cyj­ne­go, jed­ne­go z nie­licz­nych praw­dzi­wie ocie­plo­nych bu­dyn­ków kom­plek­su.

Szli dro­gą wy­zna­czo­ną po­łą­czo­ny­mi ka­blem elek­trycz­ny­mi la­ta­ren­ka­mi. Nie spie­szy­li się, choć wiatr sma­gał ich twa­rze iskier­ka­mi mro­zu.

Kse­nia nie czu­ła się w ba­zie swo­bod­nie. Choć Kra­si­no wciąż funk­cjo­no­wa­ło jako ro­syj­ska pla­ców­ka ba­daw­cza, więk­szą część per­so­ne­lu sta­no­wi­li woj­sko­wi. Gą­sie­ni­co­we śnie­go­ła­zy co­raz czę­ściej ustę­po­wa­ły miej­sca cze­muś, co ubra­ni w ark­tycz­ne kur­ty żoł­nie­rze na­zy­wa­li be­te­era­mi. Da­chy po­kry­wa­ły an­te­ny i ob­ra­ca­ją­ce się w kół­ko ra­da­ry. Część bu­dyn­ków była cał­ko­wi­cie nie­do­stęp­na, wejść nie­ustan­nie strze­gli uzbro­je­ni lu­dzie. Cy­wil­na za­ło­ga pla­ców­ki pro­te­sto­wa­ła, wy­sy­ła­ła pi­sma, pró­bo­wa­no na­wet straj­ko­wać i wstrzy­my­wać pra­ce ba­daw­cze. Woj­sko­wi wy­da­wa­li się tego w ogó­le nie za­uwa­żać, a od­po­wie­dzi, któ­re otrzy­mał z mi­ni­ster­stwa szef pla­ców­ki, ja­sno wska­zy­wa­ły na to, kto spra­wo­wał pie­czę nad kom­plek­sem. Kse­ni, po­dob­nie jak po­zo­sta­łym na­ukow­com, po­zo­sta­ło się pod­po­rząd­ko­wać. Mło­da geo­log uzna­ła, że sko­ro i tak nie zwy­cię­ży, to przy­naj­mniej spró­bu­je do­wie­dzieć się, o co w tym wszyst­kim cho­dzi.

Na miej­sce do­szli po kil­ku mi­nu­tach po­wol­ne­go spa­ce­ru. Ba­rak so­cjal­ny, jak na­zy­wa­no obi­tą bla­chą, pro­sto­kąt­ną kon­struk­cję, był jed­nym z nie­licz­nych miejsc, gdzie na­ukow­cy mie­li oka­zję po­roz­ma­wiać z woj­sko­wy­mi bez oba­wy o do­nos. Tu­taj re­gu­la­mi­ny i ofi­cjal­ne pro­to­ko­ły nie mia­ły ra­cji bytu. Zy­ski­wa­ły na tym obie stro­ny.

− Jak za­wsze peł­no – po­wie­dział Mi­sza, prze­pusz­cza­jąc Kse­nię w drzwiach. Ob­li­zał się na wi­dok opię­tych w gore-tex ko­bie­cych po­ślad­ków.

− Śmier­dzi faj­ka­mi, ale cie­pło. – Kse­nia uśmiech­nę­ła się i chuch­nę­ła w urę­ka­wi­czo­ne dło­nie. – O, na­wet wol­ny sto­lik. – Zrzu­ci­ła kap­tur i ru­szy­ła w stro­nę prze­wró­co­nej na bok pu­stej szpu­li, któ­ra peł­ni­ła rolę sto­li­ka.

− Zor­ga­ni­zu­ję nam her­ba­tę. – Mi­sza wska­zał na im­pro­wi­zo­wa­ny kon­tu­ar w rogu po­miesz­cze­nia. Kse­nia nie od­po­wie­dzia­ła, ski­nę­ła tyl­ko gło­wą i ro­zej­rza­ła się po na­grza­nym wnę­trzu.

Per­so­nel woj­sko­wy zna­ła je­dy­nie z wi­dze­nia. Mi­ja­li się na ko­ry­ta­rzach lub wy­zna­czo­nych ścież­kach, któ­re roz­dzie­la­ły kom­pleks na mniej­sze kwar­ta­ły. Kil­ku żoł­nie­rzy co praw­da pró­bo­wa­ło sma­lić do niej cho­lew­ki, ale absz­ty­fi­kan­tów od­pra­wia­ła z kwit­kiem. Wie­dzia­ła, ja­kich pro­ble­mów może przy­spo­rzyć ro­mans w od­cię­tej od świa­ta pla­ców­ce. Zde­cy­do­wa­nie wo­la­ła tego unik­nąć, szcze­gól­nie z woj­sko­wym, a Mi­sza był zwy­czaj­nie nie­groź­ny.

Uwa­gę Kse­ni zwró­ci­ło dwóch męż­czyzn, któ­rzy opar­ci o swo­ją szpu­lę roz­ma­wia­li zde­cy­do­wa­nie zbyt gło­śno. Pu­ste szklan­ki, z któ­rych jed­na nie­bez­piecz­nie to­czy­ła się w stro­nę kra­wę­dzi, świad­czy­ły o po­wo­dach tak oży­wio­nej wy­mia­ny zdań. Kse­nia roz­po­zna­ła jed­ne­go z nich. Fio­dor Tu­rin ze wszyst­kich sił pró­bo­wał wy­tłu­ma­czyć coś kom­pa­no­wi, nie­mniej ten wy­da­wał się zbyt po­chło­nię­ty pró­bą chwy­ce­nia swo­jej szklan­ki. Kse­nia spró­bo­wa­ła zło­wić spoj­rze­nie Tu­ri­na. Fio­dor, choć tęgo pod­pi­ty, wzrok miał by­stry, od­ma­chał geo­log i ode­rwał się od sto­li­ka. Pod­szedł do Ro­go­zo­wej nie­co chwiej­nym kro­kiem.

− Wiesz, że nie ma jesz­cze po­łu­dnia? – za­py­ta­ła Kse­nia, gdy Fio­dor w koń­cu za­to­czył się i za­trzy­mał na szpu­li.

− Kse­nia, a wiesz, że po raz ko­lej­ny skon­fi­sko­wa­li pa­li­wo do śnie­go­ła­za? – za­py­tał beł­ko­tli­wie. – Po­wiedz mi, Kse­nia, w jaki spo­sób mam kon­ty­nu­ować ba­da­nia skła­du che­micz­ne­go tego śmiesz­ne­go no­we­go mi­ne­ra­łu, któ­ry uda­ło nam się wy­do­być z kra­te­ru? Ro­zu­miem, że dla do­bra na­uki czło­wiek po­wi­nien być skłon­ny do po­świę­ceń. Ale nie­mal trzy­dzie­sto­ki­lo­me­tro­wy marsz do miej­sca im­pak­tu, w nie­przy­ja­znym śro­do­wi­sku, dość nie­przy­jem­nej tem­pe­ra­tu­rze, tak śred­nio mi­nus pięt­na­ście? Nie będę wspo­mi­nał o wie­trze, któ­re­go po­dmu­chy mogą tu do­cho­dzić do stu dwu­dzie­stu ki­lo­me­trów na go­dzi­nę. Sama wi­dzisz, po­zo­sta­je mi za­miast tego ba­dać moż­li­wo­ści wła­snej wą­tro­by.

− In­nych obo­wiąz­ków, ro­zu­miem, nie masz? – za­py­ta­ła, od­chy­la­jąc się w tył. Odór prze­tra­wio­ne­go al­ko­ho­lu zmie­sza­ny z wo­nią ma­ry­no­wa­ne­go je­sio­tra mocą do­rów­ny­wał ipe­ry­to­wi.

− Inne obo­wiąz­ki to ja mogę wy­ko­ny­wać w uni­wer­sy­tec­kim la­bo­ra­to­rium – żach­nął się Fio­dor. – Przy­je­cha­łem tu­taj, bo na wy­spę spadł me­te­oryt o skła­dzie wię­cej niż in­te­re­su­ją­cym. Prze­sie­wa­nie ka­my­ków z rze­ki prze­sta­ło mnie ba­wić mniej wię­cej w trze­ciej kla­sie.

− Nie je­steś je­dy­nym ge­niu­szem na świe­cie, nie mu­sisz za­cho­wy­wać się jak bu­rak – od­par­ła Kse­nia.

− Na świe­cie może i nie, ale na tej wy­spie ow­szem. – Fio­dor ski­nął gło­wą i wy­pro­sto­wał się. – I to by było na tyle.

Kse­nia po­dą­ży­ła za męt­nym wzro­kiem Fio­do­ra. Sier­żant w wy­so­ko unie­sio­nych dło­niach niósł dwa bla­sza­ne kub­ki wy­peł­nio­ne pa­ru­ją­cą her­ba­tą. Skrzy­wił się wy­raź­nie, wi­dząc, że przy sto­li­ku stoi pod­chmie­lo­ny cy­wil. Nie kry­jąc swo­jej dez­apro­ba­ty, Mi­sza po­sta­wił ku­bek na szpu­li i osten­ta­cyj­nie prze­su­nął w stro­nę Kse­ni. Geo­log przy­glą­da­ła się sce­nie z nie­ukry­wa­nym roz­ba­wie­niem.

− Dzię­ki, Mi­sza. – Ob­ję­ła na­czy­nie dłoń­mi.

− A ten tu co? – Sier­żant ski­nął na Fio­do­ra.

− Ja tu tyl­ko sto­ję – od­parł na­uko­wiec.

− Nie mo­żesz stać gdzie in­dziej? – Woj­sko­wy na­chy­lił się w stro­nę che­mi­ka.

− Mi­sza! – Kse­nia zmro­zi­ła go wzro­kiem. – Daj spo­kój, prze­cież to Fio­dor, zna­my się od lat.

− No wła­śnie – od­burk­nął sier­żant, wy­raź­nie nie­za­do­wo­lo­ny.

− Może przy­naj­mniej spró­bu­je­my nor­mal­nie po­ga­dać? – Fio­dor chciał prze­ła­mać nie­wi­dzial­ną ba­rie­rę. – Może pan sier­żant bę­dzie ła­skaw wy­ja­śnić, dla­cze­go za­bra­no nam pa­li­wo?

Ci­sza trwa­ła se­kun­dę, może dwie dłu­żej niż pod­czas zwy­kłej wy­mia­ny zdań. To jed­nak wy­star­czy­ło, by i tak nie­sprzy­ja­ją­ca at­mos­fe­ra jesz­cze zgęst­nia­ła. Mi­sza zmu­sił się, by za­miast przy­wa­lić che­mi­ko­wi pro­sto w nos, po­dra­pać się po bro­dzie i za­pa­trzyć w su­fit.

− Mi­sza. – Kse­nia unio­sła ku­bek i wy­mu­si­ła na sier­żan­cie bez­al­ko­ho­lo­wy to­ast. – Jak tam u cie­bie ro­bo­ta? Nie prze­mę­cza­cie się chy­ba.

− Cze­ka­my na dal­sze roz­ka­zy. – Mi­sza wzru­szył ra­mio­na­mi. – Jak bę­dzie coś no­we­go, to zaj­mie­my się tym.

Geo­log prze­wró­ci­ła ocza­mi. Sier­żant, ura­żo­ny obec­no­ścią Fio­do­ra, wpa­try­wał się w ciem­ną ciecz, któ­ra pa­ro­wa­ła w kub­ku.

− Wiesz, w za­sa­dzie py­ta­nie Fio­do­ra nie było ta­kie głu­pie. Mógł za­dać je w mniej pre­ten­sjo­nal­ny spo­sób, ale ge­ne­ral­nie to rze­czy­wi­ście za­sta­na­wia­ją­ce.

− Niby co? – Sier­żant upił łyk na­pa­ru.

− Wszy­scy my­śle­li, że przy­le­cie­li­ście tu­taj po me­te­oryt – po­wie­dzia­ła Kse­nia. – Jego skład rze­czy­wi­ście jest nie­zwy­kły. Ale wy na­wet nie wi­dzie­li­ście kra­te­ru. Za­czę­li­ście bu­do­wać port, ma­ga­zy­ny, ra­da­ry, przy­wieź­li­ście tu­taj czoł­gi…

− Trans­por­te­ry, to są trans­por­te­ry – wtrą­cił Fio­dor.

− Nie­waż­ne. – Mach­nę­ła ręką. – Co jest na tej wy­spie ta­kie­go atrak­cyj­ne­go?

Wąt­pi­ła, żeby sier­żant zde­cy­do­wał się na od­po­wiedź. Pró­bo­wa­ła już nie­jed­no­krot­nie, mu­siał prze­cież coś wie­dzieć, na­wet je­śli nie­ofi­cjal­nie, to ja­kieś plot­ki mię­dzy żoł­nie­rza­mi krą­ży­ły z całą pew­no­ścią. Mi­sza spoj­rzał na nią, przez kil­ka chwil wy­glą­dał, jak­by bił się z my­śla­mi. Nie od­po­wie­dział jed­nak, przy­su­nął ku­bek do ust i jed­nym hau­stem opróż­nił jego za­war­tość. Na­czy­nie za­brzę­cza­ło o szpu­lę, Kse­nia zmarsz­czy­ła brwi. Choć było to wbrew pra­wom fi­zy­ki, ku­bek brzę­czał co­raz bar­dziej.

− Ko­lej­ny śmi­gło­wiec – stwier­dził Fio­dor i spoj­rzał na ka­se­to­ny, któ­re za­czy­na­ły drżeć co­raz moc­niej.

− Chy­ba cała flo­ta. – Kse­nia ro­zej­rza­ła się na wszyst­kie stro­ny.

− Eska­dra, Kse­nia. Śmi­głow­ce nie gru­pu­ją się we flo­ty – spro­sto­wał Fio­dor.

Sier­żant nie wda­wał się w se­man­tycz­ne dys­pu­ty. Zła­pał za czap­kę, któ­rą po­ło­żył na szpu­li, i po­spiesz­nym kro­kiem, roz­py­cha­jąc się łok­cia­mi, ru­szył ku wyj­ściu. Chwi­lę po­tem na ze­wnątrz wy­bie­gła więk­szość woj­sko­wych.

− Co tam się zno­wu dzie­je? – za­py­tał Fio­dor i na­gle trzeź­wiej­szy, ru­szył w ślad za żoł­nie­rza­mi. Kse­nia trzy­ma­ła się o krok za nim.

Ku­rza­wa, któ­ra sza­la­ła na ze­wnątrz, rze­czy­wi­ście mo­gła zwia­sto­wać przy­by­cie do bazy ca­łej eska­dry śmi­głow­ców. Po­de­rwa­ny przez sil­nik śnieg uniósł się i ko­tło­wał, sku­tecz­nie zmniej­sza­jąc wi­docz­ność.

Pod­bie­gli do nie­wiel­kie­go wznie­sie­nia, któ­re wy­rów­na­no i za­im­pro­wi­zo­wa­no na lą­do­wi­sko. Ma­szy­na wła­śnie sia­da­ła, gi­gan­tycz­ne ciel­sko opa­da­ło po­wo­li, ni­skie krze­wy i dłu­gie ło­dy­gi kła­dły się po­ko­tem pod na­po­rem mas roz­dmu­chi­wa­ne­go po­wie­trza. Za­trzy­ma­li się na skra­ju pla­cu, grup­ka żoł­nie­rzy zdą­ży­ła już za­bez­pie­czyć te­ren i za­trzy­mać co bar­dziej cie­kaw­skich.

− Co wy?! Prze­cież to cy­wil­ne lą­do­wi­sko! – krzy­czał je­den z na­ukow­ców, któ­re­go za­trzy­ma­no przy wej­ściu na wy­la­ny be­to­nem kwa­drat.

− Spe­cjal­ny ła­du­nek! Nie wol­no! – wrza­snął żoł­nierz.

− Jaki, kur­wa, spe­cjal­ny?!

Mon­stru­al­nych roz­mia­rów Mi-26 przy­zie­mił ła­god­nie, sta­lo­we ciel­sko osia­dło na hy­drau­licz­nych wy­się­gni­kach. Ro­tor zwal­niał wy­raź­nie. Ram­pa za­ła­dun­ko­wa za­czę­ła po­wo­li opa­dać, żoł­nie­rze zbli­ży­li się, od stro­ny bazy je­chał rów­nież otwar­ty po­jazd trans­por­to­wy.

− No cie­ka­we, co tym ra­zem tu­taj przy­tar­ga­li. – Fio­dor osło­nił oczy przed po­dmu­cha­mi wia­tru.

− Ostat­ni raz tak się ma­sko­wa­li z tymi no­wy­mi ra­da­ra­mi chy­ba. – Kse­nia wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

− Ra­da­ry już mają, te­raz przy­da­ło­by się coś, co bę­dzie strze­lać tam, gdzie wska­żą – za­śmiał się Fio­dor. Kse­nia prze­wró­ci­ła ocza­mi.

Ram­pa opa­dła na lą­do­wi­sko. Po­tęż­na pa­le­ta zjeż­dża­ła po szy­nach wprost na pod­sta­wio­ną la­we­tę trans­por­te­ra. Ła­du­nek był słusz­nych roz­mia­rów, wy­da­wał się szczel­nie wy­peł­niać ko­mo­rę za­ła­dun­ko­wą śmi­głow­ca. Kse­nia wi­dzia­ła, że oczy Fio­do­ra nie­mal wy­szły z or­bit.

− O co cho­dzi? – za­py­ta­ła za­nie­po­ko­jo­na.

− To jest świ­der, przy­wieź­li tu­taj cho­ler­ny świ­der. – Fio­dor zła­pał się za uszan­kę.

− To chy­ba do­brze, może w koń­cu wró­ci­my do kra­te­ru. – Kse­nia nie ro­zu­mia­ła zdu­mie­nia, któ­re ma­lo­wa­ło się na bla­dej twa­rzy che­mi­ka.

− Kse­nia, kur­wa, nie ro­zu­miesz. – Fio­dor wciąż trzy­mał się za uszy swo­jej czap­ki. – Ten świ­der mon­tu­je się na plat­for­mach, na mo­rzu. Wszyst­ko ja­sne, te­raz wszyst­ko jest ja­sne. Im wca­le nie cho­dzi o me­te­oryt.

− A o co in­ne­go? Prze­cież na tej wy­spie nic nie ma. – Kse­nia za­to­czy­ła ra­mio­na­mi nie­mal peł­ny okrąg.

− Na wy­spie nie, ale pod wodą… Je­ste­śmy w Ark­ty­ce, Kse­nia, naj­więk­szym re­zer­wu­arze ropy i gazu na świe­cie. Wpa­dli­śmy w gów­no. – Fio­dor spoj­rzał na geo­log. – Po same uszy.

Bia­ły Dom, Wa­szyng­ton DC, USA | 29 mar­ca 2025, go­dzi­na 20:58

− To wszyst­ko? – za­py­tał Ar­mi­ta­ge z unie­sio­ny­mi brwia­mi. – Tyle przy­no­si mi wy­wiad? Mam na­dzie­ję, że chcie­li­ście mnie tym tyl­ko roz­śmie­szyć.

Pre­zy­dent rzu­cił na biur­ko plik kar­tek. Po­wie­dzieć, że ra­port do­ty­czą­cy ro­syj­skiej ak­tyw­no­ści w Ark­ty­ce jest oszczęd­ny, by­ło­by spo­rym nie­do­po­wie­dze­niem. Dzie­siąt­ki wy­se­lek­cjo­no­wa­nych zdjęć sa­te­li­tar­nych sku­pia­ło się tak na­praw­dę na zna­nych już in­sta­la­cjach. Po­dob­nie jak okre­śle­nie głów­nych szla­ków, któ­re wy­ko­rzy­sty­wa­ły okrę­ty Flo­ty Pół­noc­nej. Moż­na było od­nieść wra­że­nie, że ktoś tyl­ko nie­znacz­nie zmo­dy­fi­ko­wał ro­syj­skie pla­ny od cza­sów zim­nej woj­ny. Rze­czy­wi­ście nie­wie­le się w nich zmie­ni­ło, ale Ar­mi­ta­ge ocze­ki­wał zde­cy­do­wa­nie wię­cej. Nie zro­bi­ły też na pre­zy­den­cie wra­że­nia po­ten­cjal­ne kie­run­ki roz­wo­ju ro­syj­skich baz w Ark­ty­ce oraz pla­ny roz­bu­do­wy in­fra­struk­tu­ry woj­sko­wej gdzieś na No­wej Zie­mi. Znał to wszyst­ko zbyt do­brze, by móc wy­cią­gnąć bły­sko­tli­we wnio­ski.

− Gdzie ana­li­za ro­syj­skich rosz­czeń wzglę­dem złóż w Ark­ty­ce? Wie­cie w ogó­le coś na ten te­mat? – za­py­tał Ar­mi­ta­ge i roz­siadł się w skó­rza­nym fo­te­lu.

Do­rad­cy i przed­sta­wi­cie­le po­szcze­gól­nych agen­cji spusz­cza­li wzrok lub ner­wo­wo roz­glą­da­li się na boki, szu­ka­jąc ra­tun­ku u po­zo­sta­łych. Tyl­ko nie­licz­ni wciąż pa­trzy­li przed sie­bie. Pre­zy­dent zło­wił wzrok Ry­ana Sinc­la­ira. Świe­żo upie­czo­ny szef De­par­ta­men­tu Wspar­cia Tech­no­lo­gicz­ne­go po­pra­wił oku­la­ry i wstał.

− Pa­nie pre­zy­den­cie – za­czął – po­zwo­li­łem so­bie spraw­dzić ostat­nie ana­li­zy, ja­kich do­ko­nał de­par­ta­ment w kwe­stii ro­syj­skich moż­li­wo­ści wy­do­byw­czych. Głów­nie pod ką­tem wpro­wa­dza­nych do uży­cia tech­no­lo­gii i me­to­dyk pro­wa­dze­nia…

− Do rze­czy, Sinc­la­ir. Nie będę mar­no­wał ca­łe­go wie­czo­ru na ten beł­kot. – Ar­mi­ta­ge mach­nął ręką w po­wie­trzu.

− Oczy­wi­ście. – Sinc­la­ir zni­żył głos. – Nie mamy żad­nych od­kryw­czych wnio­sków, po­nie­waż w po­dej­ściu Ro­sjan do dzia­łań w Ark­ty­ce nie do­szło do żad­nych szcze­gól­nych zmian. Wciąż uwa­ża­ją, że szelf kon­ty­nen­tal­ny, czy­li ob­szar oko­ło trzy­stu pięć­dzie­się­ciu mil mor­skich od ro­syj­skich wy­brze­ży, na­le­ży do nich. Kreml nie zmie­nił swo­ich rosz­czeń, wciąż for­su­je te same ar­gu­men­ty i jest w tym nie­zwy­kle kon­se­kwent­ny.

− A te moż­li­wo­ści tech­no­lo­gicz­ne? Wspo­mi­na­łeś coś o tym – po­na­glił Ar­mi­ta­ge.

− Tu­taj Ro­sja­nie po­czy­ni­li spo­re po­stę­py, ale wciąż są da­le­ko od chwi­li, w któ­rej będą w sta­nie do­brać się do rze­czy­wi­stych złóż – od­parł Sinc­la­ir.

− Nie by­ła­bym tego taka pew­na – do roz­mo­wy wtrą­ci­ła się mil­czą­ca do tej pory ko­bie­ta. Sie­dzia­ła w dru­gim rzę­dzie krze­seł, nie była ni­kim waż­nym w ad­mi­ni­stra­cyj­nej hie­rar­chii.

− A pani to…? – za­in­te­re­so­wał się Ar­mi­ta­ge.

− Me­gan Ray­burn, geo­log w De­par­ta­men­cie Ener­gii. Pra­co­wa­łam z pa­nem Mi­le­sem pod­czas kry­zy­su taj­wań­skie­go. – Geo­log wsta­ła, ubra­na w do­sko­na­le do­pa­so­wa­ny ko­stium ro­bi­ła nie­ma­łe wra­że­nie. Jej po­łu­dnio­wa uro­da i szla­chet­ne, wręcz ary­sto­kra­tycz­ne rysy tyl­ko do­da­wa­ły jej po­wa­gi.

− Uwa­ża pani, że Ryan po­peł­nił błąd? – za­py­tał Ar­mi­ta­ge. Przy­glą­dał się ko­bie­cie z nie­ukry­wa­ną cie­ka­wo­ścią. Nie przy­po­mi­nał so­bie, by wcze­śniej miał oka­zję ją spo­tkać. Pa­mię­tał jed­nak, że ze­spół se­kre­ta­rza ener­gii, Ed­ga­ra Mi­le­sa, wy­ko­rzy­stał na Taj­wa­nie wszyst­kie asy w rę­ka­wie.

− Pan Sinc­la­ir nie po­peł­nił błę­du w swo­ich ana­li­zach. Ro­sja­nie rze­czy­wi­ście wciąż utrzy­mu­ją ta­kie same rosz­cze­nia – po­wie­dzia­ła. – Nie­ste­ty, wy­da­je mi się, że pan Sinc­la­ir jest zbyt opty­mi­stycz­ny, je­śli mowa o ro­syj­skich moż­li­wo­ściach tech­no­lo­gicz­nych.

− Pro­szę się nie krę­po­wać, pani Ray­burn. – Ar­mi­ta­ge za­chę­cił ją ge­stem. Sinc­la­ir w tym cza­sie usiadł na swo­im miej­scu i ba­daw­czo przy­glą­dał się geo­log.

− Roz­bu­do­wa woj­sko­wej i cy­wil­nej in­fra­struk­tu­ry na pół­noc­nych wy­brze­żach trwa w Ro­sji od bli­sko dwóch de­kad. War­to za­zna­czyć, że w tym cza­sie zmo­der­ni­zo­wa­no lub przy­wró­co­no do sta­nu uży­wal­no­ści licz­ne in­sta­la­cje woj­sko­we, któ­re po­rzu­co­no po roz­pa­dzie Związ­ku Ra­dziec­kie­go. – Me­gan mó­wi­ła spo­koj­nie. Wy­glą­da­ło na to, że prze­ćwi­czy­ła wy­stą­pie­nie przy­naj­mniej kil­ku­krot­nie. – Wszy­scy sku­pia­li się wła­śnie na woj­sko­wej czę­ści in­fra­struk­tu­ry. Ro­sja­nie wie­dzie­li, jak pro­wa­dzić swo­ją ma­ski­row­kę. Mało kto zwra­cał uwa­gę na to, że w tym sa­mym cza­sie, kie­dy na Da­le­kiej Pół­no­cy in­sta­lo­wa­no naj­now­sze wer­sje sys­te­mów S-300, jak grzy­by po desz­czu za­czę­ły po­wsta­wać nowe sta­cje ba­daw­cze i doki przy­sto­so­wa­ne do przyj­mo­wa­nia spo­rych jed­no­stek geo­lo­gicz­nych. Naj­now­sza baza, Kra­si­no na No­wej Zie­mi, wciąż jest w bu­do­wie, ale w cią­gu kil­ku ty­go­dni po­win­na osią­gnąć peł­ną zdol­ność ope­ra­cyj­ną.

Pre­zy­dent uśmiech­nął się za­gad­ko­wo. Geo­log sta­ła z za­ci­śnię­ty­mi w kre­skę usta­mi, ci­sza prze­cią­ga­ła się. Kil­ko­ro do­rad­ców, któ­rzy w koń­cu od­wa­ży­li się spoj­rzeć na coś wię­cej niż czu­bek wła­snych bu­tów, wo­dzi­ło wzro­kiem mię­dzy ko­bie­tą a pre­zy­den­tem. Al­bert Ar­mi­ta­ge roz­wa­żał usły­sza­ne przed chwi­lą sło­wa. Choć Me­gan Ray­burn była prze­ko­na­na co do swo­ich ar­gu­men­tów, wy­da­wa­ło się, że nie po­wie­dzia­ła jesz­cze wszyst­kie­go. Sinc­la­ir mu­siał my­śleć po­dob­nie, z ka­mien­ną twa­rzą ocze­ki­wał dal­sze­go cią­gu wy­stą­pie­nia.

− Je­stem pe­wien, że to nie ko­niec – za­chę­cił pre­zy­dent. – Coś czu­ję, że naj­lep­sze do­pie­ro przed nami. – Uśmiech­nął się, na kil­ku in­nych twa­rzach rów­nież za­go­ścił lek­ce­wa­żą­cy gry­mas.

− Oba­wiam się, że Ro­sja­nie do­brze wie­dzie­li, w jaki spo­sób na­le­ża­ło prze­pro­wa­dzić eks­pan­sję w Ark­ty­ce – kon­ty­nu­owa­ła Ray­burn. – Do do­ków na No­wej Zie­mi oraz wzdłuż ro­syj­skie­go wy­brze­ża w każ­dej chwi­li mogą przyjść jed­nost­ki, któ­rych za­da­niem bę­dzie po­szu­ki­wa­nie złóż tam, gdzie do tej pory wszy­scy mie­li­śmy ogra­ni­czo­ny do­stęp.

− Pani Ray­burn, z ca­łym sza­cun­kiem, ale pani teo­ria, choć na pierw­szy rzut oka cał­kiem lo­gicz­na, ma jed­ną, dość za­sad­ni­czą wadę – wtrą­cił Sinc­la­ir.

− Chce pan po­wie­dzieć, że Ro­sja­nie nie dys­po­nu­ją obec­nie żad­nym no­wo­cze­snym stat­kiem geo­lo­gicz­nym? – Uśmiech­nę­ła się. Do­brze wie­dzia­ła, że prę­dzej czy póź­niej ktoś to za­uwa­ży.

− Zga­dza się. – Sinc­la­ir ski­nął po­twier­dza­ją­co. – Ro­sja nie po­sia­da tech­no­lo­gii, któ­re umoż­li­wia­ją eks­plo­ra­cję dna w Ark­ty­ce. In­ży­nie­ro­wie z Mur­mań­ska byli w błę­dzie, są­dząc, że wy­star­czy tyl­ko mo­der­ni­za­cja ist­nie­ją­cych jed­no­stek, któ­re po­szu­ki­wa­ły złóż na szel­fie. Je­śli cho­dzi o więk­sze głę­bo­ko­ści… We­dług na­szych ra­por­tów będą w sta­nie za­cząć wier­ce­nia naj­wcze­śniej w przy­szłym roku.

− Praw­do­po­dob­nie z tego po­wo­du nie­wiel­ka ro­syj­ska fir­ma wy­do­byw­cza z Kam­czat­ki pod­pi­sa­ła wła­śnie umo­wę z chiń­skim kon­cer­nem, pod­wy­ko­naw­cą kor­po­ra­cji Har­mo­nia. Ich sta­tek geo­lo­gicz­ny jest przy­sto­so­wa­ny do po­szu­ki­wa­nia złóż na znacz­nych głę­bo­ko­ściach Mo­rza Po­łu­dnio­wo­chiń­skie­go. Kil­ka­na­ście go­dzin temu ich jed­nost­ka wy­pły­nę­ła z por­tu w Da­lian – od­par­ła Ray­burn.

Szmer prze­ta­cza­ją­cy się wśród ze­bra­nych w Ga­bi­ne­cie Owal­nym przy­po­mi­nał ner­wo­we brzę­cze­nie psz­czół, któ­rym ktoś pod­pa­lił pa­sie­kę. Al­bert Ar­mi­ta­ge spoj­rzał spode łba na Sinc­la­ira, któ­ry wy­da­wał się roz­ba­wio­ny wy­wo­dem pani geo­log.

− Su­ge­ru­je pani, że Przy­mie­rze czy może sama Ro­sja po­ta­jem­nie do­ga­da­ła się ze swo­im naj­więk­szym wro­giem? Kra­jem, któ­ry le­d­wie dzie­więć lat temu omal nie rzu­cił Krem­la na ko­la­na? Czy ja do­brze ro­zu­miem? – za­py­tał wy­wia­dow­ca.

− Wąt­pię, żeby Przy­mie­rze mia­ło po­ję­cie o tej spra­wie. – Me­gan za­prze­czy­ła ru­chem gło­wy. – Nie je­stem też pew­na…

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej