Strona główna » Obyczajowe i romanse » Błyszczeć niczym foka

Błyszczeć niczym foka

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7859-628-8

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Błyszczeć niczym foka

Powieść współczesna. Proboszcz Parafii im. Najświętszej Maryi Panny po Trzykroć Dziewicy w Łapach, ksiądz Zybert Malinka, otrzymuje telefon od tajemniczej osoby przedstawiającej się jako Pulsar. Pulsar twierdzi, że wie o wszystkich grzechach księdza, jakie popełnił on piastując uprzednio parafię w Wałbrzychu, z której został przeniesiony. Oczekuje, że ksiądz wyjawi te grzechy podczas publicznego występu, transmitowanego przez kluczowe media. Co więcej, wyjawienie grzechów miałoby się odbyć w formie piosenki utrzymanej w rytmie disco. Jeżeli ksiądz się nie zgodzi, wówczas Pulsar i tak wyjawi jego sekrety. Jeżeli jednak ksiądz zaśpiewa, to będzie miał szansę wygrać nagrodę w wysokości jednego miliona złotych.

Jednakże do walki o nagrodę staną również dwie inne osoby, które zostały postawione przez Pulsara w podobnej co ksiądz sytuacji. Są to: karierowicz Jacek Pasikwoka oraz świeżo upieczona żona i matka, Lidia Koziełła-Wypych.

Co łączy te trzy osoby? Kim jest Pulsar i dlaczego oczekuje od nich tak absurdalnego zachowania? Co takiego zrobili ksiądz Malinka, Jacek Pasikwoka i Lidia Koziełła-Wypych? Czy uda im się wspólnymi siłami powstrzymać Pulsara, czy może skoczą sobie do gardeł w walce o nagrodę? W jakiej kondycji jest dzisiejsze społeczeństwo i czy można wycenić ludzką godność?

Na te wszystkie pytania odpowiada książka „Błyszczeć niczym foka”, która jest wobec czytelnika swoistym lustrem. Czytelnik zareaguje na jej treść adekwatnie do swojego charakteru, ukształtowanego wychowaniem, inteligencją oraz dystansem do rzeczywistości.

Strona autora: www.facebook.com/autorlipka

Maciej Lipka
(ur. 1980 r. w Krośnie) – absolwent Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego oraz Szkoły Głównej Handlowej. Wieloletni pracownik branży consultingowej oraz muzycznej. Jest muzykiem amatorem oraz debiutującym pisarzem. W swojej powieści, w charakterystyczny jedynie dla siebie groteskowy sposób, przekazał rezultaty swoich wieloletnich obserwacji ludzkich zachowań. Jego styl charakteryzuje się ciętym językiem, okraszonym dużą dawką humoru oraz ironii. W swojej książce nie zostawia suchej nitki na społeczeństwie, wytykając jego zakłamanie, wyrachowanie, podwójne standardy i tendencję do poszukiwania mało ambitnej rozrywki. Jest również autorem powieści biurowej pt. „Tukany latają nisko”, która ma się ukazać w 2016 roku.

Polecane książki

Krótkie rozważania na temat roli pieleniarki w relacjach z pacjentem oraz potrzeby realizowania opieki opartej na spersonalizowanej opiece....
Głównymi tematami filmów Wojciecha Jerzego Hasa są sztuczność i sztuka, ich znaczenie w życiu człowieka. Fabuła nigdy nie była dla niego ważna. Liczyły się emocje, które u odbiorców mogła wywołać odpowiednia oprawa plastyczna, dialogi czy muzyka. Dzieła Hasa mówią, że tylko w kruchej i nietrwałe...
Największym atutem Xenny jest wiarygodność opisu uzyskana przez użycie prostego, kolokwialnego, a niekiedy wręcz slangowego języka. Gdy czytałem, wydawało mi się, że po prostu jestem wśród tych ludzi, że odurzam się wódka, prochami i punk-rockiem. Nie jest to jednak zabawa w młodzieżowy, subkulturow...
Z publikacji dowiesz się przede wszystkim, jakie dokumenty krok po kroku należy przygotować, zarówno gdy jest się organizatorem przetargu, jak i w przypadku gdy bierze się udział w postępowaniu o zamówienie publiczne jako wykonawca. Poznasz wszystkie etapy procedury od ogłoszeń, przez komisję przeta...
Poradnik do gry LEGO Iniemamocni opisuje kolejną grę ze znanej serii LEGO, która cieszy się dużym uznaniem wśród młodszych i starszych graczy. Jako, że w grze zawartych jest sporo elementów logicznych, poradnik zawiera pełny opis przejścia 12 poziomów wątku fabularnego. Aby umożliwić co dociekliwszy...
Dokładny opis przejścia klasycznej gry przygodowej „Still Life”, dzięki któremu znacznie łatwiej będzie odnaleźć i powstrzymać seryjnego mordercę, sprawcę tajemniczych morderstw w Chicago.Still Life - poradnik do gry zawiera poszukiwane przez graczy tematy i lokacje jak m.in. [Rozdział VI] Kanały cz...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Maciej Lipka

Maciej Lipka

Błyszczeć niczym foka

© Copyright by Maciej Lipka

Grafika na okładce: Alina Śliwińska

Projekt okładki:

Alina Śliwińska

alinasliwinska.com

ISBN e-book 978-83-7859-628-8

ISBN druk 978-83-7859-627-1

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt: wydawnictwo@e-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2015

Konwersja

Mojej Drogiej Magdusi

„Książki są lustrem: widzisz w nich tylko to, co już masz w sobie.”
Carlos Ruiz Zafón

ROZDZIAŁ 1: ZAŚPIEWASZ I ZATAŃCZYSZ!
(STYCZEŃ 2015)

Ksiądz Zybert Malinka lubił chodzić po kolędzie. Jakkolwiek w tym tygodniu mróz dawał się we znaki, a odgarnięty z ulic śnieg przypominał upiorne, ołowiane bałwany, to i tak humor mu dopisywał. Nic bowiem nie zastąpi okazji do bezpośredniego spotkania z parafianamiw ich domach. Okryty długą, czarną i ciepłą peleryną, idący przez podlaskie zaspy ksiądz, przypominał nieco Batmana patrolującego ulice Gotham City. Porażka marketingowa nie wchodziła w grę, gdyż odpowiednio wcześniej ksiądz wysłał na zwiad Robina, swojego 12-letniego ministranta imieniem Sławek. Robin, tzn. Sławek, w ramach czynności zwiadowczych pukał do każdego z mieszkań i pytał ludzi, czy chcą przyjąć księdza. Tym samym, ksiądz Zybert Malinka wchodził już tylko w progi domostw, w których wyrażono zgodę na wizytę duszpasterską. Ministrant, niczym sprawny i pełen nadziei na przyszłość telemarketer ubezpieczeniowy, zdołał przetrzeć szlaki i wyselekcjonować klientów.

Spotkaniaz parafianami wiązały się z cierpliwym powtarzaniem oklepanych modlitw, zwrotów i gestów. Z drugiej jednak strony, aktualizowane rokrocznie podczas rozmów z rodzinami informacje, były bardzo cenne. Sprowadzone do bardziej abstrakcyjnej formy, stanowiły bowiem inspirację do kazań, które ksiądz tworzył z prawdziwą pasją. Ponadto, odwiedzając parafian, ksiądz mógł niemal zawsze liczyć na poczęstunek uwzględniający mocniejsze odmiany alkoholu, które w miarę kolejnych wizyt rozgrzewały, uśmierzały poczucie zimna oraz otwierały bardziej na problemy owieczek. Oczywistym bonusem była złożona w kopercie ofiara, która zawsze stanowiła pokusę pobrania prowizji tytułem kosztów operacyjnych. Bez faktury. Bez wpisywania w księgi kancelaryjne pełnych, ofiarowanych kwot. Bez konieczności odprowadzania podatku. „Ciekawe, ilu księży uległo pokusie i z uzyskanych środków zrobiło sobie mały Cypr?” – zastanawiał się wielokrotnie.

Było już grubo po dwudziestej drugiej, kiedy ksiądz postanowił opuścić ostatnie mieszkanie, w którym zasiedział się za długo i wypił nieco za dużo. Pigwowa nalewka była jednak wyśmienita i godna samego Namiestnika Judei. Wreszcie po godzinie dwudziestej trzeciej wrócił umęczony na plebanię przytuloną do podległego mu Kościoła Najświętszej Maryi Panny po Trzykroć Dziewicy w Łapach. Kościół ten, najmłodszy w całej miejscowości, został wybudowany sześć lat temu przy ulicy Mostowej. Charakteryzował się najnowocześniejszą spośród wszystkich łapskich kościołów architekturą. Zamiarem architekta było niewątpliwie ukazanie łączności rozwijającej się cywilizacji dwudziestego pierwszego wieku z Niebem. W praktyce jednak kościół wyglądał jak skarłowaciała strażnica Mordoru, oddana w wieczyste użytkowanie fanklubowi Gargamela. Smukła i poskręcana wieża zdawała się straszyć nawetw letnie, pogodne dni. Brakowało jedynie złowieszczego śmiechu, który unosiłby się stamtąd nad okolicznymi domostwami. Ksiądz Malinka cicho wszedł do domu. Księgowanie datków postanowił odłożyć na dzień następny. Niedbale rzucił swoje odzienie nieopodal łóżka. Wiedział już, że pani Lucynka śpi. Nie chciał, aby czekała z kolacją, zwłaszcza w okresie obfitujących w poczęstunki wizyt duszpasterskich. Proboszczem w Łapach był od niedawna. Nieco ponad dwa lata temu zastąpił proboszcza Czesława Piłkę, który został usunięty w dziwnych okolicznościach. Jak relacjonowało kilkunastu okolicznych mieszkańców, pewnego wieczoru proboszcz Piłka szedł boso przez miejscowość odziany jedynie w owczą skórę. W lewym ręku trzymał kadzidło, a w prawym odciętą głowę świni. Gospodyni parafialna, pani Lucynka, z udziałem policji zaprowadziła go z powrotem na teren parafii. Wezwano też karetkę. Od tego czasu słuch po proboszczu zaginął, a w oficjalnych ogłoszeniach duszpasterskich jego nazwisko wypływało w kontekście dłuższego urlopu.

Ksiądz Malinka zbliżał się do swoich pięćdziesiątych trzecich urodzin. Swój wiek odczuwał szczególnie w obrębie układu pokarmowego. Kilka pochłoniętych w ciągu dnia zup, kotletów oraz cała gama wielokolorowych nalewek dawały o sobie znać kłuciem w wątrobie. Ksiądz Malinka wiedział jednak, że po całym dniu jest zbyt rozbudzony i zbyt przejedzony, aby pójść spać. Będąc ubranym jedynie w białe slipki pamiętające jeszcze szalone ogniska nad Jeziorem Wigry u schyłku lat siedemdziesiątych, poszedł na paluszkach do kuchni. Idąc, przelotnie zobaczył swoje odbicie w lustrze. Wiedział, że od czasu przybycia do Łap jego waga mogła wzrosnąć o co najmniej dwadzieścia kilogramów. „Strasznie się zaniedbałem” – przeszło mu przez myśl. – „Kiedyś to był chociaż tenis, a obecnie to nawet nie wiem, gdzie mam dresy. Zresztą i tak bym się w nie teraz nie wcisnął”. Niedawno przestał oszukiwać samego siebie i pogodził się z myślą, że nie przypomina już tamtego Zyberta sprzed lat. Jedynie jego wzrost, wynoszący metr osiemdziesiąt dwa centymetry, pozostał bez zmian od momentu wstąpienia do seminarium. Obok sylwetki, największe zmiany zaszły w obrębie jego twarzy. Stała się ona zdecydowanie szersza i bardziej nalana. Fakt, że ludzki nos rośnie przez całe życie, nie mógł umknąć księdzu Malince. Jego trąba przez ostatnie lata stała się bowiem zdecydowanie dłuższa i bardziej garbata, co w połączeniu z głęboko osadzonymi oczami dawało twarzy wyraz zmęczenia życiem. Zakola, które konsekwentnie zdobywały coraz większe połacie głowy, zmuszały księdza do obcinania się na jeża. Tej długości włosy niemal przy każdym oświetleniu przypominały ołówkowego koloru ląd zalewany przez tsunami łysiny.Zkuchennej szafki wyjął szklankę oraz butelkę czeskiej Becherovki. Zawsze robiła dobrze na trawienie. Gdy wrócił do pokojuiodpalił laptopa, poczuł przypływ energii niczym surfer na rozgrzanej plaży. Nie wiedział jeszcze,wjakie rejony zniosą go ciepłe fale internetowego oceanu.

Zanim odpalił przeglądarkę, usłyszał dźwięk komunikatora Skype. Jedna nowa wiadomość. Zastanawiał się, czy nie poczekać z tym do rana, ale ciekawość zwyciężyła.

Wiadomość została nadana przez nieznanego mu użytkownika o pseudonimie Pulsar123 i brzmiała: „Szczęść Bo!”.

Ksiądz Malinka niespecjalnie palił się do odpowiedzi. „Jakiś żartowniś” – pomyślał.

Chwilę później wyskoczyła kolejna wiadomość:

– „Jak tam po kolędzie?”.

Ksiądz, występujący pod pseudonimem zybert.lapy, odpisał:

– „Szczęść Boże, w porządku. Czyw czymś mogę pomóc?”

Pulsar123: „Tak, zaśpiewać i zatańczyć :–)”.

Ksiądz Malinka, ponad pijackie rozmowy, zdecydowanie przedkładał sobie dobra stołu i multimedialną ofertę stron internetowych. Już chciał wyłączyć Skype’a, gdy zobaczył komunikat:

Pulsar123: „Wiem, co zrobiłeś”.

zybert.lapy: „???”.

Pulsar123: „Wiem o Wałbrzychu i innych rzeczach”.

Ksiądz Malinka poczuł, jak zimna fala krwi uderza go od okolic kości ogonowej, płynąc aż do mózgu.

zybert.lapy: „Ale o co chodzi? Możesz konkretniej? Czego chcesz?”

Pulsar123: „Zadzwonić. Jaki masz numer?”

Ksiądz Malinka nie zastanawiał się długo i wklepał numer do komunikatora. Po chwili jego telefon zadzwonił. Ksiądz nerwowo zaczął rozglądać się po pokoju. „Gdzie jest to cholerstwo?” – pomyślał. Telefon dzwonił coraz dłużej, jednak źródło dźwięku było trudne do ustalenia. Wreszcie uświadomił sobie, że telefon jest w ubraniach. Dorwał się do rzuconych obok łóżka szat i nerwowo zaczął je przeszukiwać. Telefon umilkł. Ksiądz zaklął i wciąż przeszukiwał ubrania. Wreszcie wyciągnął z kieszeni wysłużonego Samsunga. Telefon zadzwonił ponownie. Tym razem ksiądz odebrał pospiesznie.

– Co tak długo? – usłyszał głos osobnika podającego się za Pulsara123.

– Nie mogłem znaleźć telefonu. O co chodzi? – stanowczym głosem zapytał ksiądz.

– Wiemo Wałbrzychu i o całej tej aferze. Dużo o tobie wiem.

– Czy może mi pan wyjaśnić, o co panu chodzi? Jest późno i nie mam ochoty na żarty – odrzekł ksiądz zdecydowanie. Czuł jednak, że drży na całym ciele.

– Już wyjaśniam. Chcę, abyś zamienił się w słuch. Nie radzę odkładać telefonu. W przeciwnym razie o wszystkim dowie się zarówno prasa, jak i twoi zwierzchnicy.

Ksiądz zagryzł wargi. Czuł, że nogii pośladki mu zdrętwiały, a serce wali jak młot pneumatyczny w sierpniu na pomorskiej ekspresówce.

Pulsar123 kontynuował:

– Mam propozycję nie do odrzucenia. Chciałbym, abyś napisał i wykonał piosenkę w rytmie disco, składającą się z niemniej niż trzech zwrotek i refrenu. W piosence chciałbym, abyś ujął właśnie to, czego nie chcesz ujawnić swoim owieczkom.

Ksiądz Malinka nie wiedział już w tym momencie czy śpi, czy ma pijackie rojenia, czy też tak najzwyczajniej w świecie zwariował, dzieląc tym samym los swojego poprzednika.

– Ale co mam ujawnić? Co to za żarty są? – zapytał.

– Ty dobrze wiesz co i ja dobrze wiem co – odparł Pulsar123. – Możesz to ująć w minimum trzech zwrotkach. Pamiętaj, że chodzi o zaśpiewanie o tych najbardziej pikantnych wydarzeniach. Po napisaniu piosenki dasz mi ją do wglądu, a ja sprawnie przeprowadzę, że tak powiem, jej audyt i pokażę ci, co możemy jeszcze dodać. Nie chciałbym, abyś pominął którykolwiek z kluczowych faktów z twojego życia. Następnie wykonasz tę piosenkę podczas wskazanego przeze mnie publicznego występu.

– Przepraszam pana! – ksiądz podniósł głos, biorąc jednak poprawkę na fakt, że nie może go usłyszeć gosposia. – Czy pan ze mnie robi idiotę? Grozi mi pan, że jeżeli nie zastosuję się do tych debilnych poleceń, to ujawni pan te rzekomo krępujące fakty z mojego życia. Czy tak?

– Dokładnie tak.

– Nie wiem, czy pan zauważył, ale zastosowanie się do pana prośby wiąże się z tym, że ja te rzekomo krępujące fakty i tak będę musiał ujawnić podczas publicznego występu!

– Zgadza się!

– Dodatkowo również do tego zaśpiewam i zatańczę! – ksiądz Malinka był coraz bardziej wściekły. – Czy widzi pan niespójność w pańskim rozumowaniu? Mam dobrą radę. Proszę się rozłączyć i już więcej nie dzwonić! W przeciwnym razie idę na policję, a oni będą szukać tego numeru!

Po drugiej stronie słuchawki usłyszał dobrotliwy i zarazem ironiczny śmiech.

– Ojczulku! Po pierwsze, życzę łapskiej policji sukcesów w ustalaniu właściciela numeru na kartę. Po drugie, to ja ci dobrze radzę zamknąć się i posłuchać do końca. Zbliżamy się bowiem do kluczowego punktu całej imprezy. Zostałeś księciu wytypowany do wykonania swojej autobiograficznej piosenki wraz z dwiema innymi osobami, które dostały podobne zadanie odnośnie faktów ze swojego życia. I teraz uwaga: Osoba, która najlepiej wykona swoją piosenkę, dostanie nagrodę w wysokości jednego miliona złotych.

– Co takiego? – Malinka nie wierzył własnym uszom.

– Książęce uchow tej kwestii nie zawodzi – odparł Pulsar123. – Księciu, dobrze słyszałeś! Masz szansę wygrać jeden milion złotych! Nowych złotych oczywiście. Jeżeli jednak nie wykonasz tej piosenki, informacje o tobie zostaną i tak opublikowane w najlepszych mediach plotkarskich, a ty nie zobaczysz ani złotówki.

– Jeszcze raz,…o ile dobrze rozumiem, w każdym przypadku ta rzekoma prawda wyjdzie na jaw?

– Dokładnie tak – potwierdził Pulsar123. – Jednak w przypadku dobrowolnego ujawnienia w piosence, masz szansę wygrać milion i resztę życia spędzić z dala od afery, powiedzmy na przykład na misji w Afryce. Ha, ha, ha! Taki żarcik. Mam na myśli dowolne miejsce, na przykład możesz leżeć na Kubie. Ha, ha, ha! Albo na Dominikanie. Nowe, lepsze życie, ojczulku!

– Co mam niby robić? – zapytał Malinka.

– Wszystkie instrukcje będę przekazywał telefonicznie. Aby nie wyszło, że jestem gołosłowny, jutro przyjdzie paczka „na zachętę”zkwotą dziesięciu tysięcy złotych. Później co tydzień będziesz otrzymywać po pięć tysięcy złotych. Traktuj to jako zaliczkę. Na napisanie piosenki masz miesiąc. Jeżeli jednak zrezygnujesz lub ulotnisz się po otrzymaniu zaliczki, to gwarantuję ci, że będziesz biedny. Dosłowniei wprzenośni.

– Ale ja nie umiem pisać piosenek! – jęknął Malinka. Nie wiedział, czy w tej chwili ma się śmiać, płakać, czy może krzyczeć.

– Spokojnie. Msze prowadzisz, to jesteś rozśpiewany. Kazania piszesz, to i z tekstem sobie poradzisz. W kwestii melodycznej odwiedzi cię mój konsultant. Będziesz wiedział, co i jak zaśpiewać. Za ten czas radzę się inspirować Polo Hits TV. Czekaj na mój znak!

– Ale…

Ksiądz Malinka usłyszał, że rozmówca odłożył słuchawkę. Dopiero teraz zauważył, że jest cały mokry i siedzi na dywanie obok rozrzuconych szat. Gotów był zrzucić całą zaistniałą sytuację na karb wypitego alkoholu, jednak czuł, że wszystko, co dziś wypił, ulotniło się z organizmu. Wiedział już, że dziś nie zaśnie. Nalał sobie do szklanki Becherovki i wypił od razu połowę. Zrozumiał, że musi zrobić rachunek sumienia.

* * *

Mróz namalował na szybach symetryczne, lecz nic nieznaczące kształty. Lidka nie chciała obudzić ani rodziców, ani męża z dzieckiem. Obudzenie rodziców zawsze wiązało się z upierdliwymi pytaniami w stylu: „Co tutaj robisz?” lub „Dlaczego chodzisz po nocy?”. „Właśnie szukam wolnego cietrzewia, aby pobrać mu fragment miednicy. Wówczas Królestwo Nabu przyłączy się do nas” – takiej głupiej odpowiedzi była tym razem gotowa udzielić Lidka na równie głupie pytanie rodziców. Będący właścicielami domu rodzice na szczęście jednak się nie przebudzili. Znacznie gorzej byłoby z Krystiankiem. Ten słodki wcześniaczek długo nie dawał się uśpić. Około dwudziestej trzeciej Lidka traciła już nadzieję. Jednak z pomocą męża, który równocześnie zasnął wrazz Krystiankiem, w domuw końcu zapanowała cisza. Lidka, z nadzieją na zasłużony relaks, zdołała się wymknąć na parter, gdzie w sąsiadującym z przedpokojem pomieszczeniu podłączony był internet. Dwie godziny później, z walącym jak młot sercem, przemykała się cichaczem, podążając w stronę łazienki. Cicho zaryglowała drzwi i zapaliła małe światełko przy łazienkowej szafce.

„Co się dzieję? Kto to jest?” – zadawała sobie pytanie, jednocześnie drżąc na całym ciele. Po cichu przyznała wobec samej siebie, że jej strach miesza się z oznaczającym ucieczkę od rutyny podnieceniem.

Spojrzała w lustro, które ukazało jej blade, umęczone oblicze.

Był to ten rodzaj twarzy, który nasuwa się na ulicach bardzo często, ale ulega szybkiemu zapomnieniu. Lidka miała szeroką twarz oraz nos o podwyższonych płatach, co mogło mylnie sugerować ciągłą irytację. Jeżeli dodamy do tego cofniętą w profilu szczękę, cienkie i wąskie usta, zmierzwione włosy trudnego do określenia, wierzbowatego koloru i szeroko rozstawione oczy w barwie runa leśnego po pierwszych roztopach, obraz wydaje się dość groźny. Jednak Lidka nie uważała siebie za osobę groźną. Dzisiaj to ona czuła, że coś jej grozi.

„Wiem, co zrobiłaś.” – przeczytała na Facebooku komunikat od użytkownika Pulsar123. Zajrzała na jego profil, jednak nie znalazła nic szczególnego. Ani konkretnych informacji, ani zdjęcia, ani historii aktywności. Typowy, doraźny, anonimowy profil. Z początku myślała, że to pomyłka. Treść kolejnego komunikatu uświadomiła ją jednak, że nieznajomy zna jej sekrety. Pulsar123 poprosił ją w kolejnej wiadomości o podanie numeru komórki. Lidka zamknęła drzwi od pomieszczenia i w ciemnościach rozświetlanych jedynie facebookowym ekranem wysłuchała najdziwniejszego komunikatu, jaki było jej dane kiedykolwiek usłyszeć. Nie dość, że musi wyjawić swoje sekrety, to jeszcze ująć je w rytm disco w formie trzech zwrotek wraz z refrenemi wykonać publicznie własną piosenkę.

Lidka była przekonana, że jakoś zaczyna powoli układać sobie życie, tymczasem jej sekret miał wyjść na jaw i postawić pod znakiem zapytania całą jej przyszłość. Lidka zdała sobie sprawę z tragizmu całej sytuacji. Z rozmowyz Pulsarem123 wywnioskowała, że jedynym jej pocieszeniem w tak tragicznej sytuacji jest perspektywa wygrania jednego miliona złotych, o ile będzie lepsza od dwóch konkurujących z nią szczęśliwców. Niewątpliwie ten komunikat dodał jej otuchy i nadziei. Bez wątpienia jednak, odkrycie kart przed najbliższymi powodowało już na zapas uczucie palącego wstydu.

„Czy ono wszystkim wie? Zagroził, że poniosę konsekwencje, jeżeli cokolwiek pominę w piosence”. Lidka usiłowała ustalić, kim jest nieznajomy i o czym może wiedzieć. Nagle zastygła. Z pokoju dochodziło kwękolenie dziecka. „No to noc z głowy” – pomyślała. – „Nie dam rady! Nie w tej sytuacji!”. Nasłuchiwała, starając się wstrzymać oddech. Krystianek ucichł. Prawdopodobnie coś mu się przyśniło. W domu panowała cisza. Lidka ponownie spojrzała w lustro.

Nie do końca rozumiała, dlaczego ten telefon przydarzył się właśnie jej. Inni mieli na sumieniu większe grzechy, a ona była przecież w zasadzie dobrze wychowaną, porządną kobietą. Do kościoła chodziła prawie co tydzień. Brzydziła się swoimi rówieśniczkami, które ubierały się jak prostytutki i zmieniały mężczyzn niczym rękawiczki, a co najgorsze, w czasie studiów, podczas wspólnych wyjść na imprezy, zawsze zostawiały ją samą, zajmując się rozmową z nowo poznanymi gachami. Lidia nie znosiła takich zachowań. Zawsze uważała, że trzeba poczekać na tego prawdziwego mężczyznę, który będzie jej godzien. Mężczyznę wykształconego, szarmanckiego i zaradnego, który nie myśli w kółko o tym, żeby ją zaliczyć. Wtedy, po ślubie, miała oddać mu siebie niewinną. Zwłaszcza, że przed ślubem była niemal dziewicą. Czy można bowiem uznać za oddanie dziewictwa stosunek z dwoma Egipcjanami? Egipt miał w sobie coś magicznego, ludzie byli przyjaźni, choć mężczyźni nieco nachalni. Zakij i Abed wydawali się jednak inni. Zakij do niej podszedł, gdy była po raz pierwszy w Szarm el–Szejk. Był czarujący, ciemny i powtarzał jej cały czas, że jest piękna. Odrobina tańca, ciepły wieczór i fakt, że Zakij, jako boy hotelowy, dysponował kluczami do wolnego apartamentu na szóstym piętrze zrobiły swoje i Lidka mu się oddała. Nie było zbyt fajnie. Lidka przede wszystkim czuła ból i zdziwiła się, że wokół tak krótkich i bolesnych zbliżeń nakręcono tyle filmów i napisano tysiące piosenek. Prawdziwe jednak nieszczęście nadeszło niebawem, ponieważ już na drugi dzień Zakij był dosyć oschły i zbywał Lidkę tłumaczeniami, że jest zajęty. Gdy trzeciego dnia zastała go w niedwuznacznej sytuacji z rosyjską turystką, uznała że egipscy mężczyźni to świnie, a ona sama powinna się cenić na tyle wysoko, aby nie ulegać takim prymitywom. Abeda z kolei poznała będąc rok później w Hurghadzie, tuż pod koniec tygodniowego pobytu. Właściwie to nie chciała już jechać do Egiptu, ale namówiły ją w końcu koleżanki. Abed odpowiadał za szatnię w miejscowej dyskotece. Pracy nie miał dużo z uwagi na wysokie temperatury, toteż podszedł do opierającej się o ścianę Lidkii zaprosił ją na drugi dzień na randkę nad hotelowy basen. Lidka się zgodziła. Abed miał coś w sobie. Chyba przypominał jej Zakija. Tak samo jak on był brunetem o ciemnej karnacji i ciemnych oczach. Na randkę poszła podekscytowana. Odrobina tańca, ciepły wieczór i fakt, że Abed, jako szatniarz, dysponował kluczami na zaplecze dyskotekowej szatni, zrobiły swoje. Lidka się oddała. Nazajutrz Lidka wylała morze łez na pożegnanie. Pozostali w sporadycznym kontakcie mailowym. Abed rzekomo był zapracowany i rzadko miał czas odpisywać. Odezwał się ponownie po sześciu miesiącach, w zimny, lutowy wieczór. Wspomniał ich gorącą randkę i napisał, że bardzo tęskni. Dodatkowo wspomniał, że ma bardzo nieszczęśliwy rok, ponieważ jego mama jest ciężko chora, a egipska publiczna służba zdrowia proponuje zbyt późne terminy leczenia. Jedyną szansą była wizyta w prywatnej klinice, na którą Abed jednak pieniędzy nie miał. Gdyby nie mama, Abed wskoczyłby do pierwszego samolotu i przyjechał do niej, do Polski, aby być z nią na zawsze. Wzruszona Lidka zaproponowała, że wyśle mu pewną sumę pieniędzy ze zgromadzonych zaskórniaków. Abed początkowo się opierał, jednak dwa maile później zgodził się na przelew, załączając w nim swój numer konta wraz ze szczegółowym opisem procedury przelewu. Lidka przez dwa tygodnie niecierpliwie czekała na wiadomości o stanie zdrowia mamy Abeda i na informację, kiedy Abed przylatuje. Po dwóch tygodniach napisała maila, który pozostał bez odpowiedzi. Komórka również milczała. Kolejne maile i telefony również były bezskuteczne. To pogrążyło Lidkę całkowicie. Przez następny rok nienawidziła wszystkich mężczyzn. Z czasem zły nastrój zaczął się zmieniać. Lidka stwierdziła, że ci Egipcjanie nie byli jej warci. Uznała, że jest czysta i gotowa oddać się prawdziwemu mężczyźnie. Zbliżenie z wyznawcami Mahometa nie mogło być przecież zaliczone jako oddanie dziewictwa. Lidka otworzyła wówczas nowy rozdział swojego życia. Niedługo później poznała swojego obecnego męża.

„O czym miałabym zaśpiewać?” – zastanawiała się gorączkowo. – „W Egipcie byłam raczej ofiarą, a nie sprawczynią. To dlaczego mam wyrzuty sumienia i rozważam ujawnienie tego? Co więc w tej piosence opisać? Egipt, czy może to, co się wydarzyło po poznaniu mojego męża? Czy ten cały Pulsar o wszystkim wie i nic nie będę mogła zataić?”.

* * *

Budynek Impexmetalu przy ulicy Łuckiej w Warszawie był dość obleśny nawet dla bezdomnych, którzy konsekwentnie unikali tego miejsca. Będąc klasycznym biurowcem typu „Lipsk”, składał się na cykl rozstawionych po całym mieście klocków z czasów „szpady i oranżady”, czyliz najbardziej uprzemysłowionych lat PRL–u. Zawierał kilkaset ciasnych pokoi, długie, zdobione wykładziną z sierści Gierka korytarze oraz toalety, z których smrodem mógł konkurować jedynie smród zamieszczonych w nich papierowych ręczników. Raz na tydzień lub dwa, na parkingu przed budynkiem, gromadziły się Bentleye członków zarządu lub rad nadzorczych spółki Polstalex, tworząc wspaniały kontrast jakościowy przypominający najbardziej bananowe czasy bananowych republik, tudzież reprodukcję obrazu Mikoły Mihalczuka pod tytułem „Oligarcha zstępuje na Majdan”.

Lidka weszła do budynku i przywitała się z sympatycznym recepcjonistą.

– Dzień dobry. Ja na telekonferencję ze spółką Pulsar – oznajmiła Lidka.

– Ach tak! Zapraszam do pokoju numer trzysta dwa – odrzekł z uśmiechem recepcjonista. – Można windą lub schodami.

Lidka postanowiła ochłonąć i wejść schodami. Od razu zauważyła, że po korytarzach nikt się nie kręci. Budynek był praktycznie wyludniony, a wyblakłe ściany nosiły ślady po niegdysiejszych szyldach funkcjonujących tam firm, które przeniosły się w bardziej prestiżowe miejsca. Znalazła pokój numer trzysta dwa. Zapukała delikatnie. Odpowiedziały jej stłumione głosy: „Proszę”.

„Czyżbym miała poznać tego Pulsara?” – zastanawiała się Lidka.

Pociągnęła za klamkę i weszła do prostokątnego, jasnego pokoju. Jej źrenice rozszerzyły się ze zdumienia, a nogi zaczęły drżeć. Przy ustawionym prostopadle do okna stoliku siedziały dwie osoby, których zdumienie, połączone ze strachem, było także bardzo widoczne. Pierwszą z osób był ksiądz Zybert Malinka, bez wątpienia ten sam ksiądz, który udzielał Lidce we wrześniu ubiegłego roku ślubu w Parafii im. Najświętszej Maryi Panny po Trzykroć Dziewicy w Łapach. Druga osoba była z punktu widzenia Lidki znacznie ciekawsza. Obok księdza, czerwony na twarzy i przykulony siedział Jacek Pasikwoka.

– A więc to twoja sprawka! Domyślałam się! – krzyknęła Lidka w stronę Jacka.

– Lidka, ja nie mam z tym nic wspólnego! – krzyknął Jacek.

– Spokojnie, nie krzyczcie na siebie! – próbował się wtrącić ksiądz Malinka.

– Nie masz z tym nic wspólnego!? – krzyknęła Lidka. – To po co mnie tu wezwałeś? Mnie i mojego księdza?

– Lidka, ja was nie wezwałem! – krzyczał Jacek. – Ja zostałem wezwany, podobnie jak ksiądz.

– Czy to prawda? – zwróciła się Lidka do księdza.

– Tak, razem tu czekamy od dziesięciu minut i zastanawiamy się, czy pani została wezwana w tej samej sprawie, co my – odrzekł ksiądz Malinka.

Lidka opadła na krzesło przy przeciwległym biurku. Patrzyła się z nienawiścią w stronę Jacka. „Co oni tu robią?” – zastanawiała się. Podobne procesy myślowe zachodziły w głowach pozostałych dwóch uczestników.

Nagle zadzwonił telefon – pająk stojący tuż przed Jackiem Pasikwoką. Jacek spojrzał na księdza, po czym nacisnął przycisk „Odbierz”. Ustawiony był tryb głośnomówiący. Po drugiej stronie wszyscy usłyszeli pytanie:

– Dzień dobry, czy mnie słychać? – pytał kobiecy głos.

– Tak, słychać!

– Będę łączyć rozmowę ze spółką Pulsar.

Chwilę później usłyszeli trzy sygnały wybieranego numeru.

– Halo, halo?!? – usłyszeli głos po drugiej stronie.

– Halo?

– Dzień dobry państwu! Witam w zimny, acz słoneczny poranek! – wszyscy rozpoznali głos jako ten należący do Pulsara123. – Wybrałem ten budynek, ponieważ zapewnia nam wszystkim dyskrecję. Skoro już wszyscy są w komplecie, chciałem przejść do sedna sprawy. Państwo się już mniej lub bardziej znają. Jednak tym razem chciałem was sobie przedstawić, jako uczestników wspaniałej rywalizacji, w której stawką jest jeden milion złotych!

– Czy może nam pan wyjaśnić, dlaczego my? – spytał ksiądz Malinka.

– Powody, dla których wybrałem akurat was, pozostaną znane tylko mi. Niemniej jednak chciałem, abyście wiedzieli, że razem bierzecie udział w moim projekcie. Zasady już znacie. Skoro znacie także swoich konkurentów, chciałem doprecyzować reguły konkursu. Jesteście rywalami i trzymacie się w szachu. W ramach tekstu waszej przyszłej piosenki możecie umieścić również zwrotkę zawierającą krępujące informacje dotyczące waszych konkurentów. A to wszystko pomoże wam zwiększyć atrakcyjność piosenki. Atrakcyjniejsza piosenka to większa szansa na zwycięstwo. Zwycięstwo to milion złotych! Cieszycie się?

– Tak średnio – wściekle odparła Lidka. – Wiesz, że mam dziecko? Wiesz, że stresujesz młodą matkę?

– Ha, ha, ha! – usłyszeli po drugiej stronie pająka. – Młodej matce przydadzą się pieniądze – zachrypniętym głosem przemówił Pulsar123. – Chciałem zwrócić uwagę szanownego państwa na fakt, iż skoro wiecie o sobie co nieco, to nie radzę przekłamywać ani okrajać waszych tekstów, ponieważ zostaniecie zdyskwalifikowani w przypadku, gdy wasz rywal zaśpiewa o was coś krępującego, co nie znajdzie się w waszym tekście. Za zaśpiewanie nieprawdy również grozi dyskwalifikacja.

„Rywale” siedzieliw milczeniu pochyleni nad pająkiem. Promienie słońca gwałtownie wdarły się do pokoju.

– A teraz kwestie organizacyjne – podjął Pulsar. – Na biurku znajdziecie trzy podpisane przesyłki kurierskie. Znajdują się tam pieniądze tytułem zaliczki, o której wam wspomniałem oraz tytułem zwrotu kosztów podróży. Od dnia dzisiejszego licząc, macie sześć tygodni na napisanie waszych piosenek. Odwiedzi was w międzyczasie przesympatyczny pan, który pomoże w pisaniu muzyki. Teraz najważniejsze: napisane i nagranew wersji demo piosenki przekażecie mi do zatwierdzenia poprzez mojego zaufanego człowieka. Wykonanie publiczne będzie transmitowane na żywo przez Plastic Sat, Polo Hits TV, internetowe strony o tematyce disco oraz facebookową stronę Łap. Ponadto opisane ono zostanie w łapskim Gońcu Porannym, Superniusie oraz Plotopressie. Cieszycie się? I wreszcie to, na co wszyscy czekają: Publiczne wykonanie na żywo będzie miało miejsce w klubie Extravaganzo znajdującym się w samym Pałacu Kultury i Naukiw Warszawie. Jak wyjrzycie przez okno, waszym oczom powinno się ukazać miejsce waszego występu. Data wykonania, moje niecierpliwe gąski, to sobota, dnia siódmego marca! Tego samego dnia ogłoszę, kto wygrał pieniądze. Gratuluję z góry takiej szansy! Jakieś pytania?

– Dlaczego nam to robisz? Czy w czymś ci zawiniliśmy? – spytał ksiądz Malinka.

– Prawdziwe powody poznacie w swoim czasie. Póki co, zamiast zadawania pytań, proponuję siąść do pisania piosenek. Aha, i odradzam węszenie. Organizatorzy imprezy zostali, pod rygorem odpowiedzialności finansowej, zobowiązani do zachowania w tajemnicy moich danych. Żegnam państwa!

Pulsar się rozłączył. Cała trójka przez chwilę siedziała w milczeniu.

– Co robimy? – przerwała je Lidka.

– Musi być jakieś rozwiązanie tej zagadki – odrzekł Malinka.

– Jacek, zawsze byłeś taki wygadany, a teraz milczysz! – zwróciła się do niego Lidka.

Jacek spojrzał na nią spode łba:

– Wiesz, jakoś mnie ta cała sytuacja nie bawi. Nie sądziłem, że cię jeszcze zobaczę.

– Moi drodzy, – rzekł ksiądz Malinka – zacznijmy myśleć konstruktywnie. Ktoś nas połączył z tym przyjemnym panem. Da się ustalić, kto?

– Chyba tak – rzekł Jacek. – Znajdźmy historię połączeń na tym telefonie. Moment…Jest! Pokój dwieście dziewięćdziesiąt!

– Biegiem! – krzyknął ksiądz Malinka.

Wybiegliz pokojui skierowali się na niższe piętro. Droga prowadziła przez ciemny korytarz, na którym wykładzina miała nieco bardziej glonowaty odcień niż piętro wyżej.

– To tutaj! Dwieście dziewięćdziesiąt! – krzyknął Jacek.

Z hukiem nacisnęli na klamkę i wbiegli do pokoju. Siedząca w nim pani aż podskoczyła na krześle. Kawa pociekła jej po wełnianej spódnicy i jednocześnie wylała się na klawiaturę. Jako ostatni spadł pączek, który wykonując efektowne odbicie od nóżki krzesła, wykonał piruet, po czym idealnie wturlał się pod kaloryfer, nie chcąc mieć z tym najściem nic wspólnego.

– Kto to był? – krzyknął Jacek.

– Ale kto? – spytała pani z pokoju numer dwieście dziewięćdziesiąt.

– Gadaj biurwo, bo pożałujesz! – ksiądz Malinka chwycił ją za wełniany, bordowy sweter. Sweter zdawał się bronić, co jakiś czas kierując w dłonie księdza Malinki wyładowania elektryczne.

– O co państwu chodzi!?

– Spokojnie – Lidka weszła pomiędzy księdza a biurwę. – Proszę pani, czy to pani łączyła rozmowę z pokojem trzysta dwa?

– Ja! – odrzekła tamta, prostując sweter.

– Kim był ten pan, co z nami rozmawiał?

– Nie wiem.

– Jak to pani nie wie!? – krzyczał ksiądz Malinka.

– Zadzwonił do mnie jakiś pan, – wyjaśniała zirytowana biurwa – i powiedział, żebym zorganizowała telekonferencję. Poinformował mnie, że przyjdą jakieś trzy osoby, z którymi mam go połączyć. On będzie dzwonił z komórki, a ja mam połączyć go z pokojem, w którym te osoby się znajdą. O państwa przyjściu powiadomił mnie portier, a ja tylko wykonałam połączenie. W zamian tamten pan przekazał mi kurierem kopertę z upominkiem. Tylko tyle. Dodatkowe zajęcie za dodatkowe pieniądze. Ja tam proszę państwa nie wnikam w szczegóły – to powiedziawszy, biurwa zaczęła się intensywnie czyścić ze śladów po kawie.

– Czy ma pani ten numer, z którym nas łączyła? – spytał Jacek.

– No przecież trzysta dwa! – odparła biurwa. – Tam siedzieliście!

– Nie chodzi o numer pokoju, tylko o numer tamtej komórki!

– Proszę bardzo! Proszę sobie zapisać! Czy możecie już opuścić ten pokój?

– Dziękujemy i przepraszamy za kłopot – powiedziała Lidka na odchodne.

Wyszli na ciemny korytarz.

– Znam ten numer – rzekł ksiądz Malinka. – To ten sam, z którego do mnie dzwonił po raz pierwszy.

– Do mnie też – rzekł Jacek. – Wpisywałem go w internecie. Żadnej informacji. Zwykły numer na kartę. To nie jest żaden punkt zaczepienia.

– Jacek, możemy chwilę porozmawiać na osobności? – spytała Lidka.

– Skoro musimy…

Oddalili się nieco od księdza.

– Kiedy on do ciebie dzwonił? – spytała.

– Jakiś tydzień temu. Byłem akurat na stacji benzynowej. Potem zadzwonił ponownie i chciał, żebym się tu dzisiaj zjawił. Rozumiesz coś z tej sytuacji?

– Tyle, coi ty – odparła Lidka. – Myślałam, że to ma związek z tobą.

– Ja myślałem podobnie o tobie – rzekł Jacek. – Wiesz, że on chce abyśmy działali przeciw sobie?

– Wiem. Co zamierzasz z tym zrobić?

Jacek nie odpowiedział.

Wyszli przed budynek na świeże, mroźne powietrze.

– Słuchajcie, – rzekł ksiądz Malinka – on dobrał nas raczej nieprzypadkowo. Mamy wspólnych znajomych? Ktoś was śledził? Jakieś pomysły?

– Mi nic do głowy nie przychodzi – rzekł Jacek, po czym spojrzał na Lidkę i dodał: – Miałem swoje podejrzenia, ale dziś się one rozmyły.

– Wymieńmy nasze numery telefonów między sobą – rzekł ksiądz. Jak komukolwiek coś przyjdzie do głowy, skontaktujemy się. Może uda się zapobiec tragedii.

Cała trójka rozstała się w sposób grzecznyi oficjalny. Wiedzieli, że powinni współpracować, lecz wiedzieli również, że warunkiem zwycięstwa jest skoczenie sobie do gardeł.

ROZDZIAŁ 2: W WAŁBRZYSKIM CHRUŚNIAKU
(WRZESIEŃ – LISTOPAD 2011)

Objąwszy we władanie drewnianą Parafię imienia Ciesiołki Pańskiej w Wałbrzychu, wraz z przynależnymi latyfundiami, ksiądz-proboszcz Zybert Malinka dość szybko się tam zadomowił i zyskał uznanie parafian. Zdobył je z racji swojej surowości. Nigdy nie owijał w bawełnę, jeżeli chodzi o kazania. Potrafił wskazać czarną owcę i napiętnować ją przy wszystkich wiernych. Jakkolwiek z punktu widzenia parafian ten styl był równoważny grze w rosyjską ruletkę („A nóż trafi na mnie”?), to ciekawość i pierwotny duch linczu zawsze zwyciężały. Ksiądz nie miał skrupułów, jeżeli chodziło o nastraszenie surowym kazaniem dzieci, czy młodzieży. Imponował wszystkim dokładną znajomością Biblii, z której strzelał celnymi cytatami niczym rozrzutnik kompostem, dokonując niesamowitych wolt interpretacyjnych. Potrafił również zjednywać sobie co bardziej wpływowych parafian. Uczęszczając na tenisa oraz chodząc po kolędzie, zawarł wiele znajomości i można było powiedzieć, że trzymał się swej pozycji mocniej niż koncerny odzieżowe fabryk w Bangladeszu.

Po jednej z niedzielnych mszy udał się do domu parafialnego na zasłużony odpoczynek. Z drzemki wyrwało go pukanie. To była pani Elwirka, gospodyni która na co dzień dbała o rezydencję księdza.

– Ojcze Zybercie, jakaś para do ojca. Chcą porozmawiać.

Ksiądz leniwie dźwignął się z kanapy. „Jutro w końcu poniedziałek” – pomyślał. – „Trzeba czasem pracować”.

Założył długą, ciemną, wampirzą szatę i poszedł do pokoju gościnnego. Siedziała tam para składająca się z małego, krępego wąsacza, na oko 50-letniego oraz filigranowej, atrakcyjnej, skośnookiej dziewczyny, na oko 28-letniej. „Skąd tu Meksykanów przywiało?” – zastanawiał się ksiądz.

– Niech będzie pochwalony – odezwał się wąsacz.

– Nie wstawajcie – odpowiedział ksiądz.

– Ojciec pozwoli, – kontynuował wąsacz – jestem Agenor Zaganiacz, a to moja szanowna małżonka – Hao Zaganiacz.

– Bardzo mi miło – rzekł ksiądz Malinka. – Zatem Polak i Wietnamka?

– Polak i Czeszka – odrzekł pan Zaganiacz. – Rodzina Hao z Broumova jest i ma tam restaurację.

– Czeską?

– Nie, wietnamską – Zaganiacz spojrzał na księdza nieco zdziwiony.

– Państwo się czegoś napiją? – zapytał ksiądz.

– Herbaty – rzekł Zaganiacz.

– Pani Elwirka przyniesie trzy herbatki! – krzyknął ksiądz.

– Już się robi, proszę ojca! – usłyszał z okolic kuchni.

– Co was sprowadza w progi Domu Bożego? – zapytał Ksiądz Malinka, usiadłszy na kanapie naprzeciw małżeństwa.

– Proszę księdza, chciałem nas przedstawić – rozpoczął pan Zaganiacz. – Urodziłem się i wychowałem w Wałbrzychu. W połowie lat osiemdziesiątych trza było za pracą do RFN wyjechać. Początkowo naprawiałem pralki. Potem żem rozpoczął handel sprzętem AGD używanym. W RFN kupowałem go hurtowo i odsprzedawałem drożej w Czechosłowacji i Polsce. Potem żem własną fabrykę patelń otworzył. Początkowo sprzedawaliśmy towar na bazarach, a potem przyszła koniunktatura i zaopatrywać restauracje zacząłem. Interes mój się rozwijał, więc co? Ja naprzód! Tiry żem kupił, rozwózkę po Czechach i Polsce zaczęło się robić. Osiadłem jakiś czas temu w czeskim Broumovie, co by do granicy blisko mieć. Tam poznałem moją obecną żonę – Hao Tran, obecnie Hao Zaganiacz.

W drzwiach pojawiło się piłkowate oblicze pani Elwirki niosącej herbatę. Postawiła ją pospiesznie na ławie, nie spuszczając oka z Hao. „I’ll be watching you” – mówiłyby jej oczy, gdyby pani Elwirka znała angielski. Gdy opuściła pokój, Pan Agenor Zaganiacz kontynuował:

– Dwa tygodnie temu dom mi tu w Wałbrzychu wyremontowali, to się sprowadziliśmy. Chcemy tu prowadzić nasze życie. Na założenie i utrzymanie rodziny to mię stać. Stać mię też na flotę samochodów, pianino i, kto wie, nawet na datki na kościół. („Kontynuuj. Go on.” – pomyślał zaciekawiony ksiądz Zybert Malinka).

Agenor objął Hao i rzekł:.

– Rzecz w tym, że jeszcze nie wszyscy wrośliśmy w ziemię. W tę ziemię.

– Do czego pan zmierza? – zapytał ksiądz.

– Bo ja i Hao już po ślubie, ale cywilnym. Wzięli my go w Czechach. Teraz chcielibyśmy kościelnego ślubu.

– To gratuluję – rzekł Malinka. – A o jakiej dacie państwo myślą?

– No i tu jest lis zakopany – rzekł Agenor. – Hao nie ochrzczona. Jest Czeszką, ateistką, diablicą. Chcę ją do Domu Bożego wprowadzić. Z pomocą księdza oczywiście.

– Ależ oczywiście! Trzeba było tak od razu! – ksiądz Malinka był naprawdę podekscytowany. – Możemy zacząć w przyszłym tygodniu, jeżeli taki termin państwu odpowiada.

– Odpowiada, odpowiada – odrzekł Agenor. – Hao ma dostatecznie dużo czasu, aby zacząć rozmyślać nad Męką Pańską. Na początek daję te tysiąc złotych, jako skromną zaliczkę.

– Ależ oczywiście – odrzekł ksiądz. – Zaczniemy jak najszybciej.

– No to nie będziem się zasiadywać. Hao, idziemy!

– Do widźienia! – powiedziała Hao i posłała księdzu perlisty, egzotyczny uśmiech.

– Szczęść Boże – powiedział ksiądz i poczuł jak zalewa go fala gorąca. – Ach, ten południowy urok! – rzekł do siebie. – I pomyśleć, że południe jest tak blisko Wałbrzycha…

Zarówno podczas reszty niedzielnych nabożeństw, jak i zasypiając, myślał o Hao. Zadedykował jej w całości swoją niedzielną masturbację. Dwukrotnie.

* * *

Z wałbrzyskich kazań księdza Malinki:

– Drodzy parafianie! Drogie dzieci! Jak co niedziela o tej porze, zgromadzone licznie przed ołtarzem! Zamieńmy się w słuch, albowiem nastąpi teraz czytanie z Księgi Rodzaju: „Synami Noego, którzy wyszlizarki, byli Sem, ChamiJafet. Cham był ojcem Kanaana. Ci trzej byli synami Noegoiod nich to zaludniła się cała ziemia. Noe był rolnikiemion to pierwszy zasadził winnicę. Gdy potem napił się wina, odurzył się nimileżał nagiwswym namiocie. Cham, ojciec Kanaana, ujrzawszy nagość swego ojca, powiedziałotym dwu swym braciom, którzy byli poza namiotem. Wtedy SemiJafet wzięli płaszczitrzymając go na ramionach weszli tyłem do namiotuiprzykryli nagość swego ojca; twarzy zaś swych nie odwracali, aby nie widzieć nagości swego ojca. Kiedy Noe obudził się po odurzeniu winemidowiedział się, co uczynił mu jego młodszy syn, rzekł: «Niech będzie przeklęty Kanaan! Niech będzie najniższym sługą swych braci!»Apotem dodał: «Niech będzie błogosławiony Pan, Bóg Sema! Niech Kanaan będzie sługą Sema! Niech Bóg daiJafetowi dużą przestrzeńiniech on zamieszkawnamiotach Sema,aKanaan niech będzie mu sługą». Noe żył po potopie trzysta pięćdziesiąt lat.Iumarł Noewwieku lat dziewięciuset pięćdziesięciu”1. Drodzy parafianie! Zastanawiacie się pewnie, dlaczego przytoczyłem ten piękny fragment Starego Testamentu, którego głównym bohaterem jest, jakby nie patrzeć, przodek wszystkich ludzi, czyli Noe… Przytoczyłem go, ponieważ Kościół, a w szczególności Parafia imienia Ciesiołki Pańskiej, nie odwraca się plecami od spraw związanych z życiem codziennym! Wszyscy wiemy, co wydarzyło się w ostatnim czasie na terenie naszej parafii. Wszystkich nas wstrząsnęła historia aresztowania naszego parafianina, Pana Zenona, człowieka przedsiębiorczego, dającego pracę wielu mieszkańcom i będącego jednym z najhojniejszych darczyńców względem naszej parafii. Jego aresztowanie bez wątpienia stawia pod znakiem zapytania spokój mieszkańców. Jest to o tyle bolesne, że aresztowanie nastąpiło po telefonie jego żony, która wraz z dwójką małych dzieci została przez pijanego pana Zenona dotkliwie pobita – ksiądz Malinka zamilkł na chwilę. Towarzyszyła mu cisza.

– Policja utrzymuje, że już wielokrotnie była wzywana do domu pana Zenona z powodu awantur – kontynuował ksiądz. – Wzywała ją jego własna rodzina! Własna rodzina doniosła policji na własnego ojca! Do czego to podobne!? Czyż można uznać, że policja może zastąpić rodzinie ojca? Drogie dzieci, czy myślicie, że policjant pokochałby was bardziej niż własny ojciec? Czy włożyłby więcej trudu w wasze wychowanie niż własny ojciec? Otóż nie! Rodzina jest najważniejsza na świecie! A rodzina to odpowiedzialność i lojalność! Spójrzcie, co rzecze Pismo Święte. Noe, ulubieniec Boga, który wraz ze swoją rodziną jako jedyny z bożą pomocą uratował się z potopu, dostąpił braku lojalności ze strony własnego syna! Został zdradzony o zmroku! Zasadziwszy winnicę, skosztował jej owoców i zmożony ich smakiem usnął. Tymczasem, co zrobił jego syn Cham? Podejrzał ojca i o wszystkim zaczął rozpowiadać rodzinie. Jedynie Sem i Jafet zachowali się lojalnie i nakryli ojca nie patrząc na niego. Noe, wybraniec Boga, dowiedziawszy się o tym, przeklął syna Chama, Kanaana. Już wtedy było wiadomo, że brudy należy prać we własnym domu. Lojalność wobec naszej rodziny, nawet w momencie zamroczenia alkoholem, to podstawa! To wytrych do Królestwa Bożego! – ksiądz Malinka w tym momencie grzmiał.

Nagle ściszył głos i rzekł:

– Oczywiście zdaję sobie sprawę, że rodzina zaznaje pewnych niedogodności, gdy w domu pojawia się w nadmiarze mniej lub bardziej podłe wino. Niemniej jednak zostaliśmy stworzeni do szanowania swoich rodziców. Czcij ojca swego i matkę swoją, jak to mówi czwarte przykazanie! Albowiem ojciec twój może być jak ten Noe i zmorzony ciężką pracą oraz próbowaniem owocu winorośli, może być zdany jedynie na swoją rodzinę. Rodzinę, której obowiązkiem jest ojcu pomóc, a nie wzywać policję! – ksiądz znów podniósł głos. – Obowiązkiem rodziny jest lojalność! Przytoczę jeszcze cytat z Księgi Sędziów – ksiądz Malinka przekartkował Księgę, po czym zaczął czytać: – „Bądź spokojny – rzekł starzec – pozwól mi zaradzić wszystkim twoim potrzebom, ale nie spędzaj nocy na ulicy. Przyprowadził go więc do swego domu, osłom dał obrok, po czym umyli nogi, jedliipili. Tymczasem, gdy oni rozweselali swoje serca, przewrotni mężowie tego miasta otoczyli dom,akołacząc we drzwi rzekli do starca, gospodarza owego domu: Wyprowadź męża, który przekroczył próg twego domu, chcemyznim obcować. Człowiek ów, gospodarz domu, wyszedłszy do nich rzekł im: Nie, bracia moi, proszę was, nie czyńcie tego zła, albowiem człowiek ten wszedł od mego domu, nie popełniajcie tego bezeceństwa. Oto jest tu córka moja, dziewica, oraz jego żona, wyprowadzę je zaraz, obcujcieznimiiróbcie, co wam się wyda słuszne, tylko mężowi temu nie czyńcie tego bezeceństwa. Mężowie ci nie chcieli go usłuchać. Człowiek ten zatem zabrawszy swoją żonę wyprowadził ją na zewnątrz.Aoniznią obcowaliidopuszczali się na niej gwałtu przez całą noc aż do świtu. Puścili ją wolno dopiero wtedy, gdy wschodziła zorza.2” Czy ktoś tu wezwał policję? Czy ktoś tu się przeciwstawił woli ojca, którego dobre serce nakazywało objąć gościa ochroną? Nie! Ponieważ każdy dźwiga swój krzyż, który musi nieść z godnością i uśmiechem na twarzy! Dzieci! Kochajcie swoich rodziców i pamiętajcie, że należy ich słuchać, aby dostąpić Królestwa Niebieskiego. Tamtejsze wino jest słodsze i nie upija tak jak wina na ziemi. Albowiem nie boli po nich żołądek, nie ma się czkawki i można wstać na drugi dzień o siódmej i być w pracy wypoczętym – ksiądz na chwilę się zawiesił. – W pracy na rzecz wychwalania Pana w Królestwie Niebieskim! Pan Bóg to wynagrodzi wszystkim! I pijącemu ojcu i jego ofiarom! Ponieważ Bóg jest nieskończony w swojej dobroci. Pamiętajcie jednak, że Boga trzeba wyznawać sercem i codziennym poświęceniem, a nie na sposób pogański! Pismo Święte, w Księdze Wyjścia, rzecze bowiem wyraźnie: „Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko, ani tego, co jestwwodach pod ziemią! Nie będziesz oddawał im pokłonuinie będziesz im służył, ponieważ Ja Pan, twój Bóg, jestem Bogiem zazdrosnym, który karze występek ojców na synach do trzeciegoiczwartego pokolenia względem tych, którzy Mnie nienawidzą.”3 Ponieważ, jak widzę, część wiernych lubi wyjść z kościoła przed ogłoszeniami parafialnymi, na koniec tego kazania chciałem jeszcze zwrócić szczególną uwagę na temat dobrowolnych datków na rzecz znajdujących się na terenie naszej parafii rzeźb św. Onezyma oraz św. Klodulfa z gołębiem. Samo ozdabianie ich kwiatami nie wystarcza. Świętym odpadają już nosy niczym trędowatym, stąd prośba o datki na remont posągów jest szczególnie pilna i gorąca. Bóg zapłać!

* * *

Przyszła punktualnie. Była ubrana w czerwoną jesionkę. Ksiądz Malinka postanowił pierwotnie oczekiwać swego gościa w pokoju. Nie mogąc się jednak zdobyć na cierpliwość, wyszedł jej naprzeciw. Zobaczył jak zdejmuje okrycie i wskazał jej wieszak. Dziewczyna, jak się okazało, pod spodem miała czarną, obcisłą sukienkę, zdobioną srebrną klamrą oraz pończochy w romby. W ramach asekuracji, odprowadzał ją nienawistny wzrok pani Elwirki.

– Zapraszam – rzekł dosyć sztywno. Czuł się skrępowany. Ostatni raz z Azjatkami mógł mieć do czynienia w internecie. Poza tym niejednokrotnie był w japonkach. Ale to było w lecie. I do skarpet.

– Dziń dobry! Ahoj! – powiedziała z uśmiechem Hao.

„Coś czuję, że będziemy jeszcze w języku czeskim rozmawiać” – pomyślał Malinka. – „Swoją drogą, dlaczego «Ahoj»? Dlaczego to marynarskie przywitanie jest tak powszechne w kraju, który dostępu do morza nie ma? Zresztą, po co się nad tym zastanawiam, przecież to Czechy w końcu”.

Wprowadzając Hao, ksiądz zamknął drzwi przed nosem pani Elwirki, której wyraz twarzy przypominał upaćkany błotem buldożer.

– Hao, może zacznę od pytania. Czy wiesz już coś o Panu Bogu lub o Jezusie?

Hao się uśmiechnęła promieniście.

– Ano, ja wiem. Dwa panowie z brodą. Tatinek i syn!

– Brawo! A wiesz jak się nazywali pierwsi ludzie, których stworzył Pan Bóg?

Hao się zadumała, lecz po chwili jej twarz rozświetlił uśmiech wyrażający olśnienie.

– Ano! Ewa i Blake!

– Kto?

– Ewa i Blake!

– Ewa to prawidłowa odpowiedź. Pierwszy mężczyzna to był jednak Adam, a nie Blake.

Hao się rozpromieniła.

– Adam! Adam! Ano! Ja wiediela, że ktoś z „Dynastii”!4

Ksiądz Malinka był zdumiony procesami myślowymi Hao. Zdecydowanie łatwiej jest wygłaszać kazanie lub spowiadać parafian. Tu nie ma dyskusji. Ksiądz jest sam sobie żaglem i sterem. W rozmowie w cztery oczy nigdy się natomiast nie wie, jaka odpowiedź zostanie udzielona.

– Adam i Ewa żyli w raju – kontynuował ksiądz. – Byli nieśmiertelni i mieli wszystkiego pod dostatkiem. Jednak nie mogli zrywać owoców z jednego drzewa. Tak sobie życzył Pan Bóg. Niestety wąż namówił Ewę, aby zerwała ten owoc, zjadła i poczęstowała także Blake’a, to znaczy Adama. Jak Pan Bóg się o tym dowiedział, to wygnał Adama i Ewę z raju. Od tego czasu życie jest takie trudne. Bóg jednak nas kocha i patrzy na nas z góry i nam w tych trudach pomaga.

– Dobra wiara! – powiedziała entuzjastycznie Hao.

– Tak! Bardzo dobra – uśmiechnął się ksiądz. – Stopniowo będziesz zgłębiała jej tajniki.

– Nie! Dobra wiara! Adam dobra wiara! Adam był w dobra wiara! – odrzekła Hao.

– Nie bardzo rozumiem – ksiądz był skonsternowany.

– Adam byłwdobra wiara! Adam nie wiediel, że owoc bil zły.

– Co masz na myśli?

– To Ewa wiediela, że owoc jest zły. Dala go Adamowi, ale Adam nie wiediel, że to ten owoc. Adam był w dobra wiara i